What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
sobota, 20 stycznia 2018

Mity skandynawskie - Roger Lancelyn Green

mity skandynawskie

Mitologia skandynawska nie cieszy się taką popularnością, jak chociażby mitologia grecka, która to za sprawą wydania Paradowskiego stanowi stały punkt edukacji w ramach lekcji języka polskiego. Religia wyznawana niegdyś przez naszych północnych sąsiadów nie ma tylu sympatyków, rzadko też służy za kopalnie motywów dla współczesnej literatury czy kina. Są jednak wyjątki i od tych wyjątków zaczęło się moje zainteresowanie mitologią skandynawską.

Chyba wszyscy znają "Trzynastego wojownika" historię dworskiego wierszoklety, który z sułtańskiego pałacu zostaje zesłany do ponurej i zimnej krainy północy. Jego obyczaje i kultura stają w zupełne kontrze dla stylu życia wikingów, z którymi przychodzi mu obcować.

To w czasie seansu z tym filmem po raz pierwszy usłyszałam o gniewnym Odynie, i o Walhalli, do której idą tylko Ci, którzy umarli w walce.

Patrząc powierzchownie wikingowski system wierzeń wydaje się dość prostacki, bo chodzi jedynym celem ziemskiej egzystencji jest śmierć w boju. W porównaniu z intrygami olimpijskich bogów, grających w diablo ludzkim losem wydaje się to mało zajmujące dla potencjalnego badacza.

Książka Rogera Lancelyn'a Greena, którą dziś Wam polecam stawia skandynawską mitologie w nieco innym świetle. Owszem, brutalność, mściwość i wszelkie okrucieństwo jest niezwykle cenione przez bogów północy, jednak wcale nie czyni ich to mało interesującymi.

Mitologia skandynawska jak każda religia, czy to politeistyczna czy monoteistyczna ma za zadanie objaśniać działanie świata. Wszystko zaczyna się więc od stworzenia. Każdy z religijnych obrazów początku dziejów jest podobny i tu Skandynawowie też nie są oryginalni.

Poznajemy bogów najważniejszych i pomniejszych. Pojawiają się czarne charaktery i ludzie, mały pyłek w boskim świecie. Książka zapewne nie omawia wszystkich niuansów, na pewno nie wszyscy bohaterowie tych wierzeń znaleźli tu miejsce. Autor skupia się na najważniejszych motywach omawiając je w sposób, który łączy wszystkie wątki w logiczną całość.

Poznamy tu sprytnego Lokiego, Freję boginię miłości (i wojny), poznamy rozterki Odyna i wszystkie mroczne, okrutne, ale i chwalebne czyny nadbohaterów, którzy jednych popychali w otchłań Niflheim by innych ponieść do Walhalli.

"Mity skandynawskie" w ogromnym stopniu zaspokoiły moją ciekawość względem mitologii wikingów, choć nie powiem, że nie miałabym apetytu na więcej:)

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

16:57, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 stycznia 2018

Verónica (2017)

veronica

Piętnastoletnia Veronica cały swój czas poświęca na opiekę nad młodszym rodzeństwem, Lucią, Irene i małym Antonio. Ich ojciec nie żyje, a matka prawie nie bywa w domu skupiając się na prowadzeniu knajpy.

W dniu zaćmienia słońca, przypadającego na 12 czerwca 1991 nastolatka wraz z dwoma koleżankami schodzi do szkolnej piwnicy by za pomocą planszy Ouija skontaktować się z nieżyjącym ojcem. Seans przyprawia o dreszcze zarówno samą Veronice jak i jej towarzyszki. Nazajutrz dziewczynie przyjdzie zmierzyć się z pierwszymi konsekwencjami zdarzenia.

Horror paranormalny "Veronica" jest nowym dziełem twórcy serii "Rec", Hiszpana Paco Plazy.

Szczęśliwie nie został utrzymany w konwencji paradokumentu, choć pierwsze sceny kazały mi podejrzewać, że tak właśnie będzie. Obraz otwierają ujęcia z anonimowego mieszkania, do którego wkraczają policjanci. Nie dowiemy się jeszcze co zastali na miejscu jednak szok i przerażenie malujące się na twarzy jednego z nich każe nam podejrzewać, że doszło tam do niezłej jatki.

Dalej dowiadujemy się iż oto przed nami przypadek autentyczny, odtworzony na podstawie policyjnego raportu z miejsca zdarzenia. Skwitowałam to półuśmiechem. Oczywiście nie znalazłam żadnych informacji potwierdzających te rewelacje, a fakt, że twórcy potknęli się już przy kalendarzu, twierdząc, że 12 czerwca 1991 przypadał na czwartek, też o czymś już świadczy - 12 czerwca 1991 przypadał na środę.

(Małe sprostowanie: Faktycznie, nie ma śladu po Veronice, która doswiadczyła nawiedzenia/opętania w czerwcu 1991 roku w Madrycie. Jest za to marzec 1990 i Estefania Gutierrez Lázaro. )

Nie wspominam o tym by utwierdzić Was w przekonaniu, że film nie wart jest zachodu. Tak się tylko podśmiewam ze sławetnych 'faktów autentycznych'. A film? Film mi się podobał.

Może nie jestem wielką miłośniczką serii "Rec", ale "Veronica" całkiem się Panu Plazie udała. Mamy tu sympatyczną bohaterkę, na która kochająca mama przerzuciła cała odpowiedzialność za wychowanie rodzeństwa.

Vero jest samotna do tego stopnia, że prawdopodobieństwo porozmawiania z martwym ojcem jest większe niż szansa na rozmowę z żywą matką. Wspólnie z koleżankami odprawia seans, który kończy się powodzeniem, bo coś tam udało się zza światów wywołać. Tatuś to jednak raczej nie jest, choć przyznam, że scenariusz nie fatyguje się by wyłuszczyć tu szczegóły biograficzne bytu wizytującego w domu Veroinicy. I dobrze, bo mi zbrzydło powtarzania w kółko tego samego.

veronica

Stopniowo obserwujemy coraz to intensywniejsze manifestacje paranormalnego gościa i jego działań. Efekty nie powalają, ale coś w tym jest. Może prostota? Mroczne cienie i te sprawy.

Warstwa paranormalna to jednak nie wszytko, co oferuje produkcja, bo jak wspomniałam nasza bohaterka znajduje się w dość chujowym położeniu, co każe nam podejrzewać załamanie nerwowe.

Co mnie cieszy nie pojawia się tu żaden wybitny psychiatra hipnotyzer, ani  egzorcysta, pada nawet zdanie : Bóg nie ma tu nic co rzeczy. I super, bo wymachiwanie krucyfiksami też mi zbrzydło.

Mimo, że film oparty jest na starym schemacie, to jednak nie idzie tą wydeptaną, przewidywalną ścieżką. Tym między innymi zaskarbił sobie moją sympatię.

Z czystym sumieniem mogę go polecić, bo podejrzewam, że spodoba się większości. Chociaż, co ja tam wiem. Ostatnim czasem moje filmowe sympatie i antypatie średnio pokrywają się z głosem internetów ;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 16 stycznia 2018

The Killing of a Sacred Deer/ Zabicie świętego jelenia (2017)

zabicie swietego jelenia

Ceniony kardiochirurg Steven spotyka się z synem swojego pacjenta, Martinem. Poznaje go ze swoją rodziną, odwiedza go w domu jego matki. Wkrótce po tym dwoje dzieci lekarza zapada na dziwną chorobę, a on staje przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu.

Yorgos Lanthimos to niebywale oryginalny twórca. W swoich filmach niejednokrotnie porusza tematykę godząca w układny obraz świata jaki sprzedaje nam Fabryka Snów. Jego filmy można określić mianem dołujących, ale to coś więcej, czego jeszcze nie jestem w stanie nazwać. Kojarzy mi się z paraliżem.

Tym razem twórca "Kła" i "Lobstera" sprzedaje nam historię, która jak  wskazuje tytuł nawiązuje do mniej znanego mitu o Agamemonie i jego córce Ifigenii. Jest jeszcze jeden utwór, z którym silnie skojarzył mi się film. Niestety z lenistwa, nie chce mi się poszukiwać informacji o jakimkolwiek celowym nawiązaniu, więc powiem Wam tylko, że odczułam dość silne skojarzenie z jednym z opowiadań Ketchuma, zawartym w zbiorze "Królestwo spokoju". Tak, chodzi o "Pudełko".

Podobnie jak było to w przypadku "Kła" fabuła filmu rozwija się niespiesznie. Nawet w punkcie kulminacyjnym nie przyspiesza, nie licząc wyrzuconej z prędkością karabinu kwestii mówionej Martina. Możemy się więc delektować ta patową sytuacją.

zabicie swietego jelenia

Tu również dominowała bardzo jasna kolorystyka zdjęć, jasny wystrój wnętrz, scenografii. Nie wiem jak u Was ale w moim przypadku potęgowało to tylko wrażenie oddzielenia bohaterów od świata, w którym nie możemy liczyć na taką sterylność obrazu.

Pewnie z automatu przyjdzie Wam na myśl obraz "Funny games" i nie jest to zła myśl. Podejrzewam, że odtwórca roli młodego Martina wziął 'Golfistów' za wzór.  Te same niedbałe, nieskoordynowane ruchy kończyn w połączeniu ze skupieniem na twarzy.

Po drugiej stronie barykady mamy  'tadam'... Colina Farella którego ciężko rozpoznać, pod bujną brodą. Gra on faceta, który od pierwszego ujęcia sprawia ważenie takiego co ma coś na sumieniu. Partneruje mu posągowa jak zawsze Nicole Kidman i o tej postaci jestem w stanie powiedzieć najmniej. Miałam wrażenie, że odstaje aktorsko od reszty. No i dzieci. Świetne dzieci. Dorastająca córeczka żyjąca pierwszą menstruacją i bystry nieco milczący młodszy brat. Pewnego dnia nieoczekiwanie jedno po drugim zaczynają odmawiać jedzenia i poruszania się.

zabicie swietego jelenia

Tu zaczyna się wątek główny, czyli dylemat naszego bohatera. Nie przybliżę Wam jaki. Dość powiedzieć, że nie jest on prosty. Ba, jest kurewsko trudny, a konieczność dokonania go staje się głównym tematem rozważań moralnych jakie przyjdą po seansie z tym filmem.

Tym, którzy znają Greckiego reżysera nie muszą chyba tłumaczyć, że nie jest to film z rodzaju tych w przypadku których możemy łatwo prześledzić tok rozumowania twórcy. Wątek główny jest cokolwiek niecodzienny, jest jedną wielka metaforą i próżno szukać tu racjonalnego wyjaśnienia. I właśnie takie chwyty bardzo lubię.

W zasadzie nie wiem czy powinnam polecać Wam ten film, obawiam się, że nie zadowoli wszystkich, mimo iż z pewnością znajdzie się grupa odbiorców która będzie się nad nim rozpływać. Ja może nie rozpłynęłam się dostatecznie, bo jednak filmy Lanthimosa mają to do siebie, że studzą entuzjazm swoim lodowatym i wrogim klimatem. Nie mniej jednak nie byłabym sobą gdybym nie znalazła w tym czegoś pociągającego.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 14 stycznia 2018

Black Mirror - Sezon 4 (2017)

black mirror

Brytyjski serial Black Mirror został reaktywowany przez platformę Netflix mimo że pierwotnie był to serial stacji Chanal 4. Już przy trzecim sezonie zastanawiałam się, czy będzie to miało wpływ na kondycje serialu.

Teraz, po seansie z kolejnym, czwartym już sezonem, i drugim od czasu 'przeprowadzki za ocen' muszę powiedzieć, że Netflix nie skrzywił formatu. Co więcej, dzięki tej zmianie, mamy po sześć odcinków w sezonie zamiast trzech.

Jakość to z pewnością zasługa pomysłodawcy serialu, który nie wypadł z obiegu i "Czarne lustro" nadal stanowi odzwierciedlenie jego wyobraźni. Czytałam gdzieś, że Brooker unika śledzenia nowinek technologicznych i czerpie tylko i wyłącznie z własnych zasobów wyobraźni. Wymyśla temat odcinka i podkręca go do chwili gdy jego współpracownica stwierdzi, że jest już wystarczająco okropnie.

Jakie więc tematy zostają poruszone w sezonie czwartym?

"USS Callister" to wizja upiornych konsekwencji fascynacji grami sieciowymi. Nie jednokrotnie słyszy się, że gry online, dziejące się w czasie rzeczywistym zawłaszczają prawdziwe życie. Ludzie wolą egzystować w cyberświecie niż w szarej codzienności. O tym też jest pierwszy odcinek nowego sezonu.

black mirror

Genialny twórca gier,  programista i współtwórca cyberkorporacji klonuje i porywa kopie swoich podwładnych umieszczając ich w świecie stworzonej przez siebie gry. Odcinek całkiem dobry, choć przyznam szczerze, że klimat "Star treka" to nie moja bajka.

Odcinek drugi "Arkangel" okazał się zdecydowanie bliższy moim zainteresowaniom. Rzecz jest o pewnej zatroskanej matce, która po przykrym incydencie w trakcie którego nieomal zgubiła córkę decyduje się na udział w projekcie, którego celem jest zwiększenie rodzicielskiej kontroli.

black mirror

Jej córka, Sara zostaje zaczipowana jak rasowy piesek, co pozwala jej matce monitorować świat widziany oczami jej dziecka. Mama zerka w tablet i dzięki temu widzi i słyszy dokładnie to co jej córka. Co więcej może wpływać na jej postrzeganie świat, zamazując pewne obrazy. Sara dorasta, nie znając widoku krwi, nie widząc szczekającego psa. Kiedy matka w końcu decyduje się na przerwanie eksperymentu dziecko jest już poważnie skrzywdzone. Wyobraźcie sobie, że żyjecie na rajskiej wyspie w otoczeniu przyjaznych małpek i błękitnej wody, a wtem nagle wrzucają Was do slumsów  na obrzeżach Rio de Janeiro i widzicie okropieństwo w całej krasie. Czegoś w tym rodzaju doświadcza Sara.

Oczywiście na tym się to nie skończy. Twórca przedstawił nam tu wszystkie konsekwencje nadmiernej kontroli i w pewien sposób zgubnego wpływu rodzicielskiej ingerencji na budowanie tożsamości dziecka.

Odcinek trzeci "Crocodile" też trafił w mój gust. Za sprawą pewnego wynalazku, mogącego wiernie odtworzyć wspomnienia pewna kobieta, wzięta architekt i matka roku staje się... seryjnym mordercą. Lęk przed wykryciem pewnej zbrodni młodości pociąga za sobą niebagatelne konsekwencje. Czyli znowu mamy rzecz o kontroli.

black mirror

Czwarty odcinek "Hang the DJ" to mój faworyt w serii. Skojarzył mi się z "San Jupitero" z sezonu 3, bo znowu mamy historię miłosną.

Dwoje młodych ludzi żyje w świcie w którym 'system' decyduje o doborze partnerów i czasie trwania związków. Idziecie na umówioną randkę w czasie której dowiadujecie się, że z siedząca na przeciwko osobą spędzicie kolejne... 12h, 3 miesiące, czy 5 lat. Dopiero po przejściu określonej ilości związków, rozważeniu przez system Waszych preferencji dostajecie partnera 'na zawsze'. A co jeśli system się pomyli? Cała historia była słodko gorzka, a jej finał, łał, nie małe zaskoczenie.

black mirror

Piąty odcinek serii ruszył mnie już mniej. No może za wyjątkiem finału. Generalnie podsumowania historii są zazwyczaj najmocniejszym punktem każdego z odcinków.

"Metalhead" to postapokaliptyczna historia kobiety, która wraz z dwoma towarzyszami opuszcza bezpieczne schronienie celem zdobycia czegoś, jak się domyślamy, niezbędnego do dalszego przetrwania. W czasie akcji zostają napadnięci przez psa robota - przynajmniej ja go tak nazywam - który nie odpuści puki nie zrealizuje swojej robociej misji. Opowieść pędząca dość brawurowo, ku jak wspomniałam zaskakującemu  jednocześnie smutnemu finałowi.

black mirror

Ostatni, szósty odcinek, to drugi z moich ulubieńców w serii.

"Black Musem" to swoiste podsumowanie, w zasadzie można rzecz kilka odcinków w jednym. Stworzony na zasadzie opowieści z dreszczykiem, gdzie dziwaczny właściciel muzeum technologicznej zgrozy oprowadza zaciekawioną turystkę.

black mirror

Usłyszymy tu hoho, kilka niezłych historii o tym jak techniczne nowinki zniszczyły życie kilku osób. Każda historia nawiązuje do jednego z muzealnych eksponatów. Jednym z najbardziej interesujących  jest urządzenie mające pomagać w diagnozowaniu schorzeń. Inna dotyczące przesyłu świadomości z ciała do ciała i wreszcie z cała do przedmiotu martwego powinna Was solidnie zasmucić. Słowem bardzo dobry finał sezonu.

Zazdroszczę tym, którzy seans z czwartym sezonem mają jeszcze przed sobą. Ja mam w perspektywie jedynie roczne oczekiwanie na następny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skalii brutalności:2/10

piątek, 12 stycznia 2018

L'Anticristo/ Antychryst (1974)

antichristo

Dorosła córka znanego arystokraty Ippolita w wyniku doznanego w dzieciństwie wypadku jest sparaliżowana. Brak władzy w  noga wpędził ją w gorycz samotności i całkowitej zależności od ojca. Nie pomaga wizyta w uzdrowiskowym sanktuarium. Dopiero seanse hipnotyczne przeprowadzone w myśl teorii o psychicznym podłożu niepełnosprawności kobiety sprawiają, że staje ona na nogach. Niestety regresywny seans wpędza Ippolitę w znacznie większe kłopoty.

"Antychryst" stanowi doskonały przykład horroru religijnego. Piekielne moce biorą tu we władanie wrażliwą duszę skrzywdzonej bohaterki. Początkiem opętania jest hipnoza w czasie, której kobieta przeżywa regresję do swojego poprzedniego wcielenia. Zaczyna się jazda.

antichristo

Choć jeśli mam być szczera tego, że mamy tu do czynienia z  kinem grozy możecie być pewni już od pierwszych scen, wcale nie trzeba czekać na szczególny rozwój wydarzeń. Początkowe partie filmu to przede wszystkim przejaskrawiona ekspresja odtwórczyni głównej roli, pokaz iście teatralnej gotycko kiczowatej scenografii i BAM... muzyka Morricone, która robi do prawdy upiorne wrażenie w połączeniu z natarczywie nadużywanymi strunami głosowymi kolejnych aktorów.

Film jest bardzo krzykliwy. Stworzono go na fali sukcesu "Egzorcysty", ale włosi przegięli w tych materiach, które i tak szokowały w filmie Friedkina. Często ocierają się wręcz o groteskę i kicz, ale nie da się ukryć, że włosi pewne elementy horroru wykorzystują inaczej niż robi to Hollywood. Niestety bezmiar aspiracji twórców zapędził ich w kozi róg w momencie gdy zaczęli na poważanie serwować nam efekty specjalne.A te są.. no, przemilczę.

antichristo

Ważnym elementem fabuły są wątki seksualne i te znajdują odzwierciedlenie w namiętnych westchnieniach naszej Ippolity, równie częstych co nieludzkie krzyki a także w konkretnych scenach jak nieliche nawiązanie do "Dziecka Rosemary" w scenie bluźnierczego seksu z diabłem. Niezaspokojone potrzeby natury seksualnej pretendują też do roli przyczyny całego zamieszania, bo nasza bohaterka podobnie jak jej poprzednie wcielenie roi sobie namiętne wizje i wyraźnie nie radzi sobie z brakiem spełnienia. Ot jakiś frywolny penis na wyciągnięcie reki zażegnał by kryzys dużo szybciej niż hipnoza i wszelkie odprawiane w dalszej partii filmu gusła.

antichristo

Minusem produkcji jest fakt, że całe to pobojowisko wlecze się trochę przy długo i w pewnym momencie nawet lizanie rzygowin przestaje robić wrażenie. Nie postarano się tu o stopniowanie napięcia,a fabuła lecie sobie samobieżnie od jednej sceny do drugiej, jakby scenarzysta pogubił się w notatkach i co poniektórym może się odechcieć ogarniać ten chaos. Nie miej jednak na swój sposób to ciekawa oferta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

środa, 10 stycznia 2018

Bestia w jaskini i inne opowiadania - H.P Lovecraft

bestia w jaskini

Lovecraft w ponad osiemdziesiąt lat po swojej śmierci wciąż nie daje o sobie zapomnieć i za sprawą kolejnych wydań swoich opowiadań zyskuje nowych czytelników.

"Bestia w jaskini i inne opowiadania" to kolejna po "Górach szaleństwa..." propozycja wydawnicza Zysk i s-ka.

Tym razem w zbiorze znalazły się mniej szlagierowe teksty samotnika z Providence. Powiem szczerze, że ogromnie mnie ten fakt cieszy. Nie jest to bowiem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora, nie jest nawet drugim, więc na chwilę obecną coraz trudniej jest mi znaleźć opowiadania z którymi jeszcze nie miałam styczności.

W niniejszym wydaniu znajduje się aż 47 opowiadań, choć książka nie różni się zbyt objętościowo od wydania "W górach szaleństwa...", gdzie znajduje się o trzydzieści mniej opowiadań.

Już kiedyś wspominałam, że ogromnie lubię Lovecrafta w tych króciutkich formach, a tak się składa, że właśnie takowe trafiły do zbioru "Bestia w jaskini".

Nie powiem, że fartownie były to jedynie te których nie znam, ale była ich pokaźna ilość. Zupełną nowością było dla mnie chociażby opowiadanie tytułowe traktujące o człowieku, który zabłądził w czasie eksploracji jaskini, czego skutkiem okazało się mrożące krew w żyłach spotkanie z Bestią.

Podobnie rzecz ma się z drugim z kolei opowiadaniem "Alchemik". Miałam też okazję po raz pierwszy poznać takie teksty jak: "Za murem snu", "Pamięć", bardzo dobre "Przemiana Juana Romero", "Ulica", "Przerażający staruch", "Drzewo", "Nylarlathotep", "Ex Olivione","Księżycowe moczary", "Uwięziony wśród Faraonów", "Koszmar w Red Hok", "Dziwny wysoki dom", fenomenalne "Sny w domu wiedźmy", czy "Zły duchowny".

Nie jest to z pewnością najlepszy możliwy podział ale osobiście większość tekstów Lovecrafta dziele na trzy kategorie: transformacyjne, oniryczne i potworne. Pierwsze to wszystkie opowieści w jakiś sposób podobne do "Przypadku Charlesa Dextera Warda", jak "Przemiana Juana Romero" z tego zbioru. Drugie to te traktujące o astralnych podróżach do nieznanych krain, przypominające sen lub wręcz dziejące się we śnie, jak "Zapomniane miasto", czy "Biały statek". I ostatnie, potworne, czyli te traktujące o spotkaniach z bestiami pokroju tej z jaskini, czy Pradawnymi. Oczywiście nie wszystkie podlegają temu podziałowi, ale myślę, że jest ich znaczna większość. Które lubię, najbardziej? Te z kategorii pierwszej, choć przyznam, że te wymykające się z kategorii zapamiętuje najmocniej.

Wracając do zbioru "Bestia w jaskini i inne opowiadania", myślę, że będzie to doskonały wybór dla osób znających twórczość Lovecrafta i szukających czegoś mniej spopularyzowanego, ale także dla tych, których odstraszają długie opowieści, a mają chęć na spotkanie z Samotnikiem z Providence.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 09 stycznia 2018

Heartthrob (2017)

heartthrob

Po śmierci przyjaciółki nastoletnia Sam nawiązuje znajomość z Henrym. Chłopak jest jest zupełnym przeciwieństwem: Ona szkolna gwiazdka bez większych aspiracji za to z dużym doświadczeniem w relacjach damsko męskich, on nieśmiały, inteligentny przyszły student MIT, prawiczek. Dziewczyna zakochuje się w nim, on w niej. Niestety dzielące ich różnice odciskają coraz większe piętno na wzajemnych relacjach.

Nie, nie jest to opis romansidło.

"Heatthrob" jest thrillerem osadzonym w świecie nastolatków, gdzie niezwykle żywiołowa uczuciowość zmienia się w szaleństwo. Nie chcę Wam robić spoilerów, internety zrobią to za mnie, ale zdradzić Wam muszę, że dojdzie tu do szeregu zgonów, a wszytko przez to, że ktoś kocha za mocno.

Myślę, że szybo domyślicie się co i jak, a fabułę odbierzecie jako prostą i schematyczną i nie zamierzam Wam wmawiać, że jest inaczej.

heartthrob

Twórca filmu wyspecjalizował się w opowieściach o małolatach i z tego doświadczenia czerpie pełnymi garściami, serwując nam całą gamę nastoletnich dramatów stosownie podkręconą na potrzeby gatunku thrillera.

Moją uwagę przykuł tu Keir Gilchrist, w roli Henrego i myślę, że jest najmocniejszym punktem tej produkcji.  Musicie mieć jednak na uwadze by nie oczekiwać tu wielkich fajerwerków. Sceny zgonów, są umieszczone po za kadrem więc spokojnie można ten film zaserwować nawet bardzo strachliwej duszy. Nie powiem, ogląda się to przyjemnie, bo film jest dobrze zrealizowany technicznie, ale żeby coś więcej? Nic z tych rzeczy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 07 stycznia 2018

The Nesting (1981)

nesting

Młoda pisarka Lauren Cochran za radą swojego terapeuty przenosi się z Nowego Jorku na wieś, by tam odzyskać spokój ducha i pozbyć się uporczywych objawów agorafobii. Gdy wraz ze swoim znajomym, Markiem dociera w okolice gdzie planowała osiąść jej oczom ukazuje się okazałe stare domostwo. Jak sama twierdzi nigdy go nie widziała, a mimo to stworzyła jego obraz na kartach ostatniej powieści. Kobieta postanawia zarzucić wcześniejsze plany i wynająć właśnie ten dom.

Jego właścicielem okazuje się stary pułkownik, który cokolwiek dziwnie reaguje na widok Lauren. Nie mniej jednak kobiecie udaje się zrealizować plan wynajmu za pośrednictwem wnuka pułkownika i wkrótce zostaje lokatorką domostwa. Tam jednak nie znajduje spodziewanego spokoju, a agorafobia okazuje się najmniejszym problemem.

"Nesting" nie jest znanym filmem. Jego reżyser nie ma dużego dorobku. To rościło mi nadzieję na coś oryginalnego, ale niestety, "Nesting" to typowy reprezentant ghost story, jedynie pewne fabularne wybiegi, które sprawiły, że w wielkiej Brytanii uznano go za obsceniczny stawowi pewne novum, albo też ukłon w stronę gatunku slashera.

nesting

Nie mniej jednak nie jest to obraz, który powala na kolana, ale obejrzałam go, bo miałam palącą ochotę na obejrzenie czegoś starszego. W tej roli się sprawdził. To dokładnie taki film jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Żadnych szczególnych efektów, ale przynajmniej dobra jakość dźwięku.

Spora część filmowych wydarzeń rozgrywa się w biały dzień, ale klimat wcale na tym nie traci, bo w tych promienistych kadrach jest coś podstępnego. Z uwagi na fakt, że nie jest to superprodukcja, w którą wpompowano miliony, nie może się też pochwalić wyróżniającą się obsadą. Filmografia odtwórczyni głównej roli ogranicza się do paru ról, ale za to John Carradine powinien zwrócić waszą uwagę. Wciela się tu w postać pułkownika, jest też narratorem opowieści. Facet ma świetny głos, stworzony do filmów grozy. "Nesting" może też poszczycić się niezłą muzyką.

nesting

Scenariusz filmu mieści się w ścisłych ramach opowieści o nawiedzonym domu. Samo domostwo, jego architektura zrobiła na mnie większe wrażenie niż sama jego historia, ale może to kwestia mojej niechęci do wątków rodem z "Niewolnicy Izaury". Mimo wszytko seans z "Nesting" muszę uznać za całkiem zadowalający. Dostałam od tegoż filmu to czego potrzebowałam, czyli klimatu kina lat '80. bez wygórowanych oczekiwań może na film zalukać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

piątek, 05 stycznia 2018

Belfer - Sezon 2 (2017)

belfer 2

Po wydarzeniach w Dąbrowicach, polonista Paweł Zawadzki ulega szantażowi agenta Kędzierskiego i zaczyna pracę w prywatnym liceum we Wrocławiu. To tu zdaniem policjanta dzieją się niepokojące rzeczy. Zaczyna się od zniknięcia trójki uczniów, lecz to dopiero początek całej nie łatwej do zrozumienia historii. Paweł ma za zadanie wniknąć w szkolne środowisko poznać o nim prawdę i zapobiec kolejnym nieszczęściom.

Pierwszy sezon serialu "Belfer" był swego rodzaju objawieniem w polskiej telewizji. Wyróżniał się na tle zupełnej amatorszczyzny i wtórnych pomysłów. dlatego też z ochotą podeszłam do sezonu drugiego, który okazał się... no właśnie, jaki?

Sezon drugi zaczął się z przytupem, bo już na początku możemy stwierdzić, że mamy do czynienia z grubą sprawą, a młodzież z dużego miasta będzie stanowić znacznie większe wyzwanie dla pedagoga niż to było w przypadku maleńkich Dąbrowic.

Przyznam, że młodzi bohaterzy szybko zaczęli mnie drażnić swoim manieryzmem, jednak muszę stwierdzić, że reżyserowi dość dobrze udało się sportretować środowisko młodej burżuazji. Akcja serialu rozkręca się z odcinka na odcinek i  w pewnym momencie chciałam temu sezonowi oddać sprawiedliwość, ale finał został tak dokumentnie skopany, że ogarnął mnie brak nadziei na sensowną kontynuację.

belfer 2

belfer 2

Z lepszych wątków wymienić mogę strzelaninę w szkole - pocisnęli trochę "Musimy porozmawiać o Kevinie", ale generalnie to jeden z lepszych momentów w serialu. Niestety finalne wyjaśnieni przyczyny zajścia okazało się bardzo rozczarowujące. Podobał mi się wątek prepersów i przywrócenie na plan Eweliny z pierwszego sezonu. Do bohaterów też z czasem się przekonałam, a przynajmniej do niektórych z nich. Bardzo do gustu przypadła mi aktorska kreacja Michaliny Łabacz w roli Halucyny, piękna i zdolna dziewczyna - debiutowała u Smarzowskiego.

Większa część serialowej akcji to narastające niewiadome, wtedy przychodzi odcinek ósmy, finałowy i wszytko bierze w łeb. Wręcz nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest dziełem zupełnie innych twórców, którzy nawet nie wysilili się, żeby zapoznać się ze skryptami z odcinków poprzednich. Na szybko wyrzucili z siebie jakieś niedbałe wyjaśnienia, na siłę komplikując kilka wątków inne olewając. Nie wiem czemu nie było dziesięciu odcinków jak w sezonie pierwszym, bo wyraźnie widać, że scenariusz nie wyrobił się w ośmiu, stąd takie pospieszne i byle jakie i skrótowe potraktowanie sprawy. I sprawa się rypła,a szkoda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

środa, 03 stycznia 2018

Zioła w leczeniu chorób cywilizacyjnych

- Teresa Lewkowicz-Mosiej

zioła w czeczeniu chorob cywilizacyjnych

Może ciężko w to obecnie uwierzyć, ale były czasy, w których ludzie nie łykali proszków jak cukierków. Nie łykali, bo ich nie mieli. Nie musicie wcale sięgać myślą do czasów kamienia łupanego.

Jeszcze w XX wieku ludzie często unikali lekarzy, a szpitale postrzegali jako umieralnie. Co więc robili kiedy bolał ich brzuch? Moja babcia szła w pole i zbierała zioła. Największym przebojem był dziurawiec, który zbiera się w czerwcu i sierpniu. Sama zbieram, do dziś. Na biegunkę kobylak, na przeziębienie napar z lipy. Do tego miętka, wyciąg z kwiatów mlecza, majowa pokrzywa, syrop z szyszek, czy czarnego bzu.

Nawet leśne zwierzęta wiedzą co zjeść aby sobie pomóc. Ziołolecznictwo nie jest więc mitem.

dziurawiec

W swoje publikacji Teresa Lewkowicz- Mosiej nie zaleca jednak całkowitej rezygnacji z dorobku medycy konwencjonalnej. Nie jest szamanką, jej podejście jest jak najbardziej naukowe i rozsądne. W tej konkretnej publikacji odwołuje się do ziołolecznictwa w kontekście leczenia chorób cywilizacyjnych.

W pierwszej części publikacji wymienia najpopularniejsze z nich, jednocześnie proponując wsparcie w ich leczeniu konkretnymi ziołami. Zarówno medyczny opis schorzeń, jak i sugestie dotyczące podawania ziół podane są prosto i konkretnie.

Druga, obszerniejsza część książki to już leksykon samych ziół wraz z ich zastosowaniem i sposobem podawania. Jak się okazuje nie ma roślin bezużytecznych.

Dzięki dobrodziejstwu natury możemy pozbyć się toksyn z organizmu, zwalczyć bezsenność i stany depresyjne, najróżniejszego rodzaju alergie, schudnąć, przytyć, a nawet wspierać leczenie nowotworów.

Jak na tak dużą zawartość informacji książka wcale nie jest opasłym tomiskiem. Jak wspomniałam autorka skupia się na konkretach i dzięki temu posiadając tę jedną skromną książkę już po jej lekturze pozyskujemy całkiem sporą dawkę wiedzy o ziołolecznictwie. W zasadzie jedynym minusem tej publikacji jest brak zdjęć roślin, które ułatwiły by ich poszukiwanie. Jednak jakby nie patrzeć - zawsze możemy uzupełnić wiedzę.

Osobiście ogromnie się cieszę z faktu jej posiadania i teraz z jeszcze większą bacznością zacznę się przyglądać 'polnej aptece'.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Tagi: książki
13:17, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018

Wyniki głosowania na najlepszy film grozy 2017 roku

Moi Drodzy, rok 2017 za nami. W tym czasie obejrzeliście mam nadzieję masę horroru i liczę, że choć połowa z nich okazała się zadowalająca.

Co się tyczy produkcji, które wyszły w tym roku Wasze głosy pokazują, że najbardziej przypadła Wam do gustu readaptacja Kingowskiego "It"/"To", która uzyskała najwięcej głosów

1. To/ It - 9 głosów

it

Na drugie miejsce załapał się thriller "Get Out"

2. Uciekaj/ Get out - 8 głosów

get out

Trzecie miejsce dzielą mój tegoroczny faworyt czyli "A Ghost Story", kolejna odsłona przygód nawiedzonej lalki "Annabelle - Narodziny zła", thriller kryminalny "Wind River" i ociekający krwią "Raw"

3. A Ghost Story & Annabelle -creation/ Annabelle -Narodziny zła - 4 głosy

a ghost story

annabelle 2

 wind river

raw


13:11, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 grudnia 2017

Neverlake (2013)

neverlake

Nastoletnia Jenny przerywa naukę w Nowym Jorku by spędzić trochę czasu z ojcem mieszkającym w Toskanii. Niestety ojciec pochłonięty praca naukową nad etruskim rzemiosłem nie poświęca jej zbyt wiele uwagi.

W czasie samotnej przechadzki nad słynne jezioro bożków, leżące nieopodal posiadłości ojca dziewczyna spotyka niewidomą mieszkankę pobliskiego sierocińca. Wkrótce Jenny zaprzyjaźnia się z mieszkającymi tam dziećmi i regularnie je odwiedza. Pewnej nocy to właśnie oni wyjawiają jej tajemnice dotyczącą kultu jeziora bożków.

neverlake

Przyznam się bez bicia, że przy pierwszym podejściu do tego filmu - jakiś tydzień temu - wyłączyłam go po dziesięciu, może piętnastu minutach. To co mnie odstraszyło zapewne jest tez przyczyną małej popularności filmu wśród widzów. Tak się jednak złożyło, że jakaś dobra dusza zachęciła mnie do seansu umieszczając komentarz z tytułem na blogu. W związku z tym uatrakcyjniłam sobie prasowanie ponownie włączając film;) Obejrzałam do końca i nie tylko dlatego, że w porównaniu z moją nienawidzoną domową czynnością nawet kiepski film jest dobry. Otóż okazało się, że mimo dużych niedostatków realizacyjnych "Neverlake" naprawdę jest filmem wartym uwagi.

W pierwszym kontakcie obraz wypada kanciasto. W aktorstwo odtwórców najważniejszych ról wkrada się nienaturalna sztywność - mam tu szczególnie na myśli ojca i córkę - ale postarałam to sobie wytłumaczyć. Ostatecznie nasza Jenny przybywa do domu ojca, którego prawie nie zna, ciężko w takiej sytuacji czuć się swobodnie i vive versa. Ostatecznie ograniczona ekspresja tatusia przełożyła się też na moje odczucia względem jego osoby- jakiś taki podejrzany. Za to pacynkowata Jenny okazała się idealną ofiarą sytuacji. Jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

neverlake

Twórcom filmu daleko do hollywoodzkich potentatów kina, budżecik lichy, więc trzeba się więcej nakombinować. Zamiast plastikowych efektów dostajemy rozmyte mary i chałupniczo majstrowane cuda, które tworzą bardzo specyficzny świat przedstawiony tej historii.

neverlake

Byłoby to jednak na nic gdyby nie sama historia, unurzana w mistycznej mgle starożytnych etruskich legend. Jednakowoż cała fabuła filmu, jej główna oś to nie tylko wątki mityczne. Tu twórcy zaserwowali nieoczekiwanie sprawną intrygę - nie powiem, że odkrywczą, bo mieliśmy już do czynienia z  podobnymi sprawami, ale nie ukrywam, że nie spodziewałam się zastać tu tego rodzaju kwiatków.

Reasumując, biję się w pierś za uprzedzenia, bo film dobry, choć zapewne nie spełni oczekiwań większości, jak to niskobudżetówki.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 29 grudnia 2017

 Bluebeard/ Sinobrody (2017)

sinobrody


 Seung-hoon jest lekarzem zatrudnionym w małej klinice. W pracy wykonuje głównie badania gastroskopii. W czasie jednego z nich, uśpiony pacjent zaczyna zdradzać szczegóły pewnego zdarzenia, konkretnie opisuje jak pozbyć się zwłok. Seung-hoon jest zdziwiony tym bardziej, że pacjentem jest staruszek z sąsiedztwa.

Mężczyzna zaczyna uważnie przyglądać się staruszkowie i jego rodzinie, szczególnie synowi i wnukowi.

Dawno nie pisałam o żadnym filmie z Korei Południowej, prawda? Dobra, to był kiepski żart. Tak, mam dla Was kolejny świetny południowo -koreański thriller o seryjnym mordercy. Oczywiście stanowi przykład krańcowej przewrotności na poziomie scenariusza.

sinobrody

sinobrody

Jak to bywa zazwyczaj w przypadkach filmów 'zakręconych', usianych fabularnymi twistami za wiele Wam zdradzić nie mogę. Jeśli chodzi o największe zalety tej produkcji - po za ogólnym pomysłem - zaliczyłabym do nich klimat. Szybko wprowadzi Was w poczucie zagrożenia. W pewnym momencie już dźwięk dzwonka do drzwi głównego bohatera- bardzo irytujący - uruchamiał we mnie przekonanie że zaraz coś się wydarzy. Oczywiście metaliczna kolorystyka zdjęć z miejsca kojarzyła mi się z nożami, tasakami i innymi szeroko tu eksponowanymi narzędziami zbrodni. Uprzedzam, nie jest to film wybitnie brutalny. Bardziej liczy się tu tajemnica, którą musimy odkryć. Z tym odkrywaniem zdeczka się zejdzie. Wprawni oglądacze tego typu zwichrowanych historii może coś wyczują, ale nie mogę powiedzieć, że jest przewidywalnie. Przekonało mnie tez aktorstwo, generalnie już przywykłam do stylu w jakim grają aktorzy z Korei Południowej. Jestem całkowicie za i liczę, że podzielicie mój entuzjazm.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 2/10

środa, 27 grudnia 2017

Zawsze mieszkałyśmy w zamku - Shirley Jackson

zawsze mieszkałyśmy w zamku

Constance i Mericat, dwie młode kobiety mieszkają w okazałej posiadłości na przedmieściach wraz ze schorowanym wujem, który jako jedyny ich bliski krewny ocalał z pewnej popołudniowej herbatki doprawionej arszenikiem. Posiadłość Blackwoodów jest omijana z daleka i tylko najbardziej wścibskie damy nie baczące na konwenanse mają odwagę przekroczyć jej próg. Pewnego dnia w posiadłości zjawia się kuzyn, Charles zwiastun kolejnych nieszczęść.

Shirley Jackson jest mi znana jedynie z ekranizacji jej powieści "Nawiedzony". Miałam wielką ochotę zapoznać się z pierwowzorem filmu. Tak trafiłam na ... "Zawsze mieszkałyśmy na zamku". Nie jest to co prawda "Nawiedzony", ale ogromnie się cieszę, że trafiłam na tę książkę i za jej pośrednictwem mogłam zgłębić tajniki stylu pisarki, jej niezwykłego stylu.

Jej twórczość jest porównywana z szeregiem różnych autorów, w tym ze Stephenem Kingiem. Mnie po lekturze "Zawsze mieszkałyśmy na zamku" nasunęło się skojarzenie jedynie z Daphne Du Maurier. Skojarzenie bardzo przyjemne, głównie z tytułem "Rebeka".

"Zawsze mieszkałyśmy na zamku" to powieść z pogranicza nastrojowego horroru i thrillera psychologicznego. Nastrój opowieści przenosi nas w czasy pikników i proszonych herbatek i konwenansów. Nie wiem w zasadzie w jakim czasie rozgrywa się akcja powieści, bo w posiadłości Blackwoodów czas się zatrzymał.

Ta przed laty szanowana familia doświadczyła tragedii. Znaczna jej część zmarła w wyniku masowego mordu truciciela, a o ten czyn oskarżona została starsza z sióstr, Constance. Mimo, że została uniewinniona to zdarzenie położyło się cieniem na przyszłości rodziny.

Siostry żyją w całkowite izolacji. Constance stara się wszystkim dobrze pokierować dbając o młodszą, mocno walniętą Mariicat, marzącą o przeprowadzce na księżyc i o wuja unieruchomionego przez chorobę - najpewniej powikłania po zatruciu arszenikiem - który w chwilach lepszego samopoczucia stara się przełożyć rodzinną tajemnicę na książkę swego autorstwa. Jest też kot, jak w każdym porządnym mrocznym domostwie. Nieoczekiwanie w ich życiu pojawia się kuzyn Charles żywo zainteresowany rodowym majątkiem.

Klimat powieści jest tak niesamowity, że pochłania bez reszty. Tajemnica rodu może się wydać na wskroś mało tajemnicza, bo w moi przypadku dość szybko obstawiłam właściwego konia w tym wyścigu.

Nie zmniejsza to jednak siły jej oddziaływania. Autorka bardzo dba by czytelnik nawet wobec oczywistości, doświadczył solidnego mętliku w głowie. Przede wszystkim nie jest to naiwna opowieść z na siłę upychanymi twistami fabularnymi. Dla mnie rewelacja.

Moja ocena:9/10

piątek, 22 grudnia 2017

Doch/ Córka (2012)

doch

W małym prowincjonalnym miasteczku żyje dorastająca dziewczyna, Inna mieszkając wraz z młodszym bratem  i owdowiałym ojcem. Jej matka odeszła z tego świata samobójczą śmiercią. Inna czuje się bardzo samotna, do póki nie pozna nowej koleżanki, Maszy. Kiedy dziewczyny cieszą się urokami młodości tuż obok seryjny zabójca pozbawia życia nastolatki.

Nie ma  zbyt wielu okazji by poznawać rosyjskie kino. Obecnie nie dociera do nas zbyt wiele filmów z tego kraju, a trafić na horror jest już niebywale trudno. Do tej pory, jeśli nie myli mnie pamięć widziałam cztery rosyjskie straszaki: Rewelacyjną "Yulenke", świetne "III", niezłe "Martwe córki" i kompletnie nieudany "Fobos". "Córka" nie koniecznie mieści się w gatunku grozy, jednak porusza tematykę seryjnych zabójstw, więc pozwolę sobie Wam ją przedstawić.

"Córka" to obraz w sam raz na pogłębienie sezonowego przygnębienia. Ukazuje nam ponure plenery w których żyją ponurzy ludzie. Bieda solidnie klepie ich po plecach, toteż warto mieć na podorędziu jakiś eliksir szczęśliwości, żeby przetrawić cienką zupkę.

córka

W tej ogólnej beznadziei żyje Inna i jej bliscy. Matka postanowiła wymeldować się z życia, choć jej córka woli wierzyć w nieszczęśliwy wypadek. W końcu znajduje sobie rozrywkową koleżankę, która uatrakcyjnia ich żywot, do chwili gdy... No właśnie, seryjny morderca. Postać którą poznamy ale nie od razu.

Typ niezbyt interesujący, ale w takim padole beznadziei ciężko nawet o ciekawego zbrodniarza. Paradoksalnie ów antybohater wcale nie działa na niekorzyść filmu, bowiem stanowi on jedynie przedsionek, przejście z przedpiekla do piekła właściwego. Jakkolwiek to brzmi. Celowo pomijam tu konkrety licząc, że sami sięgniecie po ten film.

córka

Film technicznie bardzo udany. stanowi odmianę dla wypieszczonych scenografii i aktorek o idealnie ułożonych włosach. Brudny i brzydki to film, daleki od tego do czego zdążyliśmy przywyknąć dzięki mainstreamowym produkcjom z zachodu. Wart uwagi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

66/100

W sali brutalności:1/10

środa, 20 grudnia 2017

Dark -Sezon 1 (2017)

dark

Jest rok 2019. W małym niemieckim miasteczku położonym w cieniu elektrowni atomowej, Vinden bez śladu znika nastolatek. Grupa jego znajomych udaje się więc do jego niegdysiejszej kryjówki by przechwycić towar, którym chłopak handlował. Kiedy kręcą się tam dochodzi do czegoś na kształt wstrząsu. Małolaty rozbiegają się, nie zauważając, że młodszy brat jednego z nich znika.

W Vinden jest więc już doje zaginionych dzieci. Ale to nie koniec. Takie zdarzenia miały tu miejsce niejednokrotnie na przestrzeni ostatnich 66 lat. Ludzie znikali i pojawiali się ze zdziwieniem odkrywając, że są w zupełni innej rzeczywistości.

dark

"Dark" to niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa. Ktoś bardzo chciał by widzowie zobaczyli w nim podobieństwo do "Strager things", bo w sieci aż roi się od pokątnych informacji głoszących jakoby "Dark" stanowiło odpowiedź na amerykański serial. Muszę tą pogłoskę oprotestować.

"Dark" to serial z zupełnie innej beczki, oryginalny, dużo bardziej złożony fabularnie. Że pojawiają się tu wątki typu 'małe miasteczko' i 'sekretne przejścia' zbieżne z wątkami "Stranger Things" nie znaczy, że twórca serialu bazował na amerykańskim pomyśle i zaproponował wtórny produkt.

dark

Powiem to, "Dark" podobał mi się bardziej niż "Stranger thins"."Dark" stanowi  Swoistą kompilacje, kina sci fi, kina obyczajowego, thrillera i horroru. Przyniósł mi nie mały zawrót głowy jeśli chodzi o fabularne zawirowania i przeplatanie wątków. Mamy tu bowiem trzy rzeczywistości istniejące na przestrzeni 66 lat. Całe gro bohaterów których losy splatają się, przenikają. Wszytko inteligentnie złożone do kupy, może stanowić wyzwanie dla widza, który przedwcześnie chciałby wszytko widzieć.

dark

Nie mam wielkiego rozeznania w kinie niemieckim, ale "Dark" zaskoczył mnie poziomem wykonania. Jego tytuł spokojnie możne znaleźć odzwierciedlenie w klimacie osiągniętym dzięki misternemu i precyzyjnemu dobraniu kolorystyki, scenografii, plenerów i oczywiście muzyki. Ścieżka dźwiękowa zasługuje na osobne wyróżnienie. Wychodzi z tego rasowy dreszczowiec, który ma wiele do zaoferowania.

Przed nami jeszcze sezon drugi. Czekam na niego niecierpliwie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:8

Zaskoczenie9

Zabawa:10

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

87/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 17 grudnia 2017

Found Footage 3D (2016)

found footage

Grupa filmowców przymierza się do nakręcenia pierwszego filmu grozy łączącego konwencję paradokumentu z technologią 3D. Swój arcy odkrywczy pomysł zamierzają zrealizować posługując się autorskim scenariuszem i obierając na miejsce akcji owianą złą sławą opuszczoną chatę. Na planie nie obejdzie się bez konfliktów, które zaogniają kolejne niewyjaśnione zjawiska będące udziałem bohaterów.

Nakręcenie oryginalnego i dobrego filmu found fotage to wyzwanie, które porywają się rozliczne rzesze szczególnie debiutujących filmowców. Do nakręcenia paradokumentu nie potrzeba profesjonalnego sprzętu, aktorów można wziąć z łapanki, a scenariusz stworzy się na spontanie. Takie przekonanie gubi większość twórców, a brak profesjonalnego podejścia nie zawsze daje efekt naturalizmu i prawdy przez duże P.

Mamy tu opowieść z cyklu film w filmie. Bohaterami są filmowcy i aktorzy pracujący nad ich zdaniem superprodukcją. Przewodzi im pyszałkowaty Derek, wielki wizjoner, jednocześnie odtwórca głównej roli męskiej w filmie. towarzyszy mu eks małżonka Amy, wcielająca się w pierwszoplanową postać kobiecą. Mamy jeszcze młodszego brata Dereka, Marka,młodziutka asystentkę produkcji Lily, dźwiękowca Carla i operatora Thomasa.

found footage

Historia składa się na ich próby nakręcenia filmu, kolejne potyczki obyczajowe i sekwencję paranormalnych wydarzeń. To co ma rozgrywać się jedynie w świecie kręconego przez nich filmu zaczyna znajdywać odzwierciedlenie w tym czego doświadczają filmowcy. Odgrywane przez aktorów konflikty bardzo szybko przestają być jedynie aktorskim popisem a nadnaturalne zdarzenia nie są wynikiem efektów specjalnych. tu możemy odnotować kilka bardziej udanych scen, jednak im bliżej finału tym więcej typowych dla paradokumentu potknięć.

found footage

Co myślę o tym pomyśle? Takie pomieszanie z poplątaniem, ale mogło by się udać. Odniosłam jednak wrażenie, że celem stworzenia takiego złożonego świata przedstawionego był brak solidnego pomysłu na to co najważniejsze, na horror. Jeśli przyjrzeć się motywowi złego, nawiedzonego domu i temu co z nim związane okazuje się bowiem, że mamy tu mieliznę. Myślę, że solidna dawka autoironii na jaką pozwalają sobie twórcy jest objawem świadomości, że coś tu jednak do końca nie wyszło. Może wcale nie chodziło o nakręcenie dobrego filmu tylko pokazanie jak trudna i nierzadko nieosiągalna jest to sztuka. "Found Fotage 3D" jest tego dowodem i stwierdzam to mając świadomość, że miał on dobre, choć nieliczne momenty.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 16 grudnia 2017

Slumber (2017)

slumber

Do kliniki specjalizującej się w zaburzeniach snu zgłasza się rodzina szukająca pomocy. Każdej nocy gdy tylko zapadną w sen zaczynają lunatykować, a w tym lunatycznym transie robią rzeczy mogące zagrozić ich życiu. W najgorszej sytuacji jest syn państwa Morgan, który doznaje paraliżu sennego, który każdorazowo osłabia jego zdrowie. Mały Daniel jest przekonany, że nawiedzająca go we śnie istota w końcu doprowadzi do jego śmierci.

Film Johnantana Hopkinsa był jednym z głośniejszych tegorocznych horrorów. Informacje o nim krążyły w sieci na długo przed premierą zapowiadając dobre kinowe widowisko. Entuzjazm widowni opadł wkrótce po pierwszych pokazach filmu. Nie wiem już co tam konkretnie nie pasowało szanownej publice, mogę za to powiedzieć co nie pasowało mi.

Produkcja kuleje głównie na poziomie scenariusza. Brakuje tu dobrego prowadzenia historii, która szybko staje się niespójna i nielogiczna - pomijając liczne nonsensy - złe wypośrodkowanie napięcia sprawia, że nie wiemy jaki etap tej historii właśnie poznajemy, czy to jeszcze wstęp, czy już finał. Film urywa się bez doprowadzenia widza do punktu w którym mógłby stwierdzić że poznał jakieś konkrety lub zdążył pogodzić się z faktem, że pewne rzeczy mają zostać tajemnicą. Wszystko jest rozpieprzone bez ładu i składu. Nie mogę tego zrzucić na karb celowego zabiegu, bo film bije mainstreamowymi wybiegami po oczach i ciężko mi tu dostrzec aspiracje w kierunku oryginalności. Po prostu ktoś nie przemyślał do końca fabuły.

slumber

slumber

Drugim minusem jest aktorstwo odtwórczyni głównej bohaterki, czyli kreującej panią doktor pracującą we wspomnianej klinice zaburzeń snu. Ma ona osobiste przejścia związane z badanym przez siebie problemem, ale po drewnianej odtwórczyni tej roli nie widać nawet krzty emocjonalnego zaangażowania. Ma w sobie mniej więcej tyle aktorskiego entuzjazmu co hostessa po całym dniu stania w markecie z ekspozycja pasztetów.

"Slumber" ma jednak plusy i tych plusów najbardziej nie mogę odżałować, bo zmarnowały się na ołtarzu kiepskiego scenariusza.

Bardzo podobał mi się główny motyw- koszmary senne, paradoksalnie nie tak popularny w kinie grozy. Twórcom udało się nakręcić masę dobrych scen ukazujących ten problem, mam tu szczególnie na myśli nocne maratony rodziny Morganów. Ujęcia wypadają bardzo ciekawie i profesjonalnie w porównaniu z innymi aspektami produkcji.

Te plusy robią nam na wstępie duży apetyt na ten film, zapowiadają, że będzie klawo. Niestety są to nadzieje płonne jak sami się przekonacie, albo już przekonaliście.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 1/10

piątek, 15 grudnia 2017

(Recenzja zawiera informacje dotyczące interpretacji filmowych wydarzeń)

Mother!

 mother

W okazałym domu na odludziu mieszka małżeństwo. On starszy, ona młodsza. On poeta w twórczym kryzysie, ona wierna żona starająca się stworzyć im dom.

Pewnego dnia w ich progach pojawia się nieznajomy, lekarz i jednocześnie fan niegdysiejszej twórczości poety. Pisarz przygarnia go pod swój dach nie bacząc na lichość fundamentów wspólnego życia z wyraźnie niezadowoloną z tego faktu żoną. Tak w ich życie wkrada się trudny do opanowania chaos.

Jak wspominałam na fanpage bloga, byłam bardzo ciekawa tego filmu. Podeszłam do niego jednak z dużą nieufnością, którą tylko podsycały kolejne relacje widzów, z których nie mogłam wywnioskować najprostszej i najważniejszej rzeczy: czy to dobry film?

Nie postradałam zmysłów z wrażenia, nie mogę też powiedzieć by fabuła filmu była dla mnie nie jasna. Myślę, że zrozumiałam ją 'po swojemu' i tak też zamierzam przedstawić swoje wrażenia po seansie.

Bohaterami najnowszego filmu Aronofsky'ego ("Reqiem dla snu", "Czarny łabędź") jest małżeństwo przechodzące kryzys. Ich kryzys to rodzaj katalepsji w której oboje tkwią. On czeka aż wena pozwoli mu wrócić na pisarski szczyt, ona czeka aż on na ów szczyt wróci. On swoje szczęście warunkuje zawodowym powodzeniem ona swoje szczęście warunkuje jego szczęściem. Pech chce że facet to ziejąca dziura, wiecznie nie zagojona rana, której nie zapełni ani jej miłość, ani nie uleczy jej kojący dotyk.

mother

Ona robi wszystko by go uszczęśliwić, jak wiele jest w stanie poświecić pokazują kolejne filmowe wydarzenia. Z tej stagnacji wyrywa ich pojawienie się intruza. Z czasem żona staje się coraz bardziej osaczona obecnością osoby/osób trzecich w małżeńskim życiu. Traci kontrolę nad sytuacją, którą reżyser podkręca coraz to większą dawką absurdu.

Pisząc o absurdzie mam na myśli absurd przez wielkie A. To co się tu wyprawia przechodzi wszelkie pojęcie.

Z racji tego, że cała uwaga widza kierowana jest na osobę żony z miejsca przyjmujemy jej perspektywę. Jej położenie jest tragikomiczne. Racjonalista nie znajdzie tu ani krzty logiki, przenosimy się tu bowiem do całkowicie nie rzeczywistego świata stworzonego z lęków i obaw. To jest oczywiście jedna strona medalu ta 'moja'. Tymczasem reżyser w odpowiedzi na klucz do zrozumienia filmu zaleca sięgnięcie do Księgi Rodzaju.

mother

SPOILER:I tu wszytko mamy. Mamy matkę ziemię wsłuchaną w pulsujący życiem dom, mamy boga rodzącego w bólach nowy testament, Adama i Ewę pojawiających się w raju i ich synów z czego jeden okazuje się bratobójcą. Wracamy więc do punktu gdzie bóg składa w ofierze matkę ziemię ludziom, którzy rozszarpują ją niszczą. I tak od nowa aż do końca czasu.KONIEC SPOILERA.

Personifikacja Boga jako kapryśnego artysty uzależniającego swoje spełnienie od ludzkiego poklasku? Imponujące, podoba mi się. Choć znowuż jest to moja strona medalu, bo podejrzewam, że twórcy nie tylko chodziło o ukazanie boskiej słabości, co ukazanie drapieżności ludzi, którzy wszystko niszczą nie doceniając bożych darów.

mother

Wracając na ziemię: Zawsze podkreślałam, że nie lubię Jennifer Lawrence i chyba ten mój brak sympatii pomógł mi dokładnie przyjrzeć się jej aktorskiej kreacji. Potraktowałam jej postać z drobiazgową dociekliwością i nie zauważyłam w niej żadnego potknięcia. Jej bohaterka króluje niepodzielnie. W ramach ciekawostki powiem Wam, że reżyser filmu też się nią zapatrzył i stworzyli parę. Partnerujący jej Javier Bardem, zostaje w tyle. Co ciekawe, jego dla odmiany bardzo lubię jako aktora. Być może założenie fabularne filmu wymusiło taki nierówny układ sił.

Obłędny klimat i aktorski popis Lawrence to też jedne z większych zalet obrazu. A sama historia, nie zależnie od tego czy zobaczycie tu Boga czy tylko ludzi uważam, że lęki i opresje bohaterów nie będą Wam wcale dalekie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:7

75/100

W skali brutalności: 3/10

wtorek, 12 grudnia 2017

Nieznajoma w domu - Shari Lapena

nieznajoma w domu

Karen i Tom to młode dobrze sytuowane małżeństwo mieszkające na przedmieściu. Dla wielu osób mogą stanowić żywe pomniki szczęścia i życiowego powodzenia. Jednak pewnego wieczoru na tym pomniku powstaje rysa. Na tyle niebezpieczna, że może zburzyć całą konstrukcję.

Z niewiadomych nikomu przyczyn Karen wsiada wieczorem do samochodu i rozbija go w najpodlejszej dzielnicy miasta łamiąc wszelkie możliwe przepisy. Na domiar złego w tej samej okolicy znalezione zostają zwłoki niezidentyfikowanego mężczyzny. Badania wykazują, że zginał właśnie w czasie eskapady Karen. Sama zainteresowana nic z tego nie pamięta.

Tom zszokowany całą sytuacją zaczyna bliżej przyglądać się ideałowi który poślubił. W końcu dochodzi do wniosku, że wcale nie zna swojej żony. Tak się składa, że ona może zarzucić mu to samo.

Shari Lapena zaskarbiła sobie sympatię polskich czytelników swoją powieścią "Para z za ściany". Sama jakoś ją przeoczyłam, czego pewnie powinnam żałować, bo zdaniem wielu "Nieznajoma w domu" jest słabsza od "Pary z za ściany".

"Nieznajoma w domu" stanowi przykład thrillera, gdzie największy nacisk kładziony jest na zaskoczenie czytelnika.

Na początku dostajemy wiele niewiadomych, które z czasem powinny stopniowo się wyjaśniać. Zamiast tego w przypadku tej powieści dostajemy jeszcze więcej znaków zapytania, by dopiero w epilogi poznać prawdziwą naturę rzeczy.

O innych wiemy tyle ile zechcą nam zdradzić.

W miarę rozwoju akcji powieści dostajemy sporo wskazówek, które są nam delikatnie podrzucane. Jeśli zwrócimy na nie należytą uwagę zagwarantuje nam to możliwość podejrzenia zamiarów autorki. Przykład?

SPOILER: Każdorazowo podkreślana niechęć Toma do Briget kazała mi podejrzewać, że łączy go z nią coś więcej niż sąsiedzkie relacje, na długo przed tym  jak autorka postanowiła ujawnić ich romans. KONIEC SPOILERA.

Można to zrzucić na przewidywalność stylu autorki, ale myślę, że to sposób na dopieszczenie czytelnika, takie pogłaskanie po głowie "Tak, miałeś racje bystrzaku".

Istotnym elementem, jeśli nie najistotniejszym, są tu charakterystyki bohaterów, ich można rzec, portrety psychologiczne. O głównych bohaterach wiemy niewiele, ponad to, że wiodą idealnie nudne żywoty. Tom jest zapatrzony w idealnie ułożone włosy Karen, ona zaś dba by przy myciu naczyń nie złamał jej się paznokieć. Nie mają nawet psa, który od czasu do czasu uatrakcyjnił by ich egzystencję sikając na dywan.

Przyznam, że nie polubiłam żadnego z nich. Obydwoje wydawali mi się fałszywi i miałam rację. Głównym punktem programu są bowiem skrywane przez nich tajemnice.

Powieść Lapeny uważam za satysfakcjonującą lekturę. Napisaną w bardzo dobrym, oszczędnym stylu. Z pewnością mogę ją poleć.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl