What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
RSS
niedziela, 07 lutego 2016

Calvaire/ Kalwaria (2004)

calvaire

Objazdowy muzyk Marc w czasie podróży na kolejny koncert zmuszony jest do postoju w małej wiosce w Ardenach. Tu z pomocą przychodzi mu samotny karczmarz Bartel, oferujący nocleg i pomoc w naprawie auta.

Marc zatrzymuje się w domu mężczyzny. Wkrótce w czasie spaceru Marc pozna bliżej innych mieszkańców wsi, a z czasem także prawdziwe oblicze Bartela.

Nie inaczej, Marc jest pułapce pomiędzy prawdziwymi wariatami.

Dziś mam dla Was coś specjalnego. "Kalwaria" to ewidentnie jeden z najdziwniejszych filmów jakie ostatnio widziałam. No, dobrze, dziwolągi zdarzają się często, ale ten film jest tyle samo dziwny co w tej dziwności genialny i na tym polega jego wyjątkowość.

Nie bardzo wiem do jakiego innego tytułu mogłabym go porównać, żebyście mieli jakieś odniesienie. Klimatem przypomina nieco "Anomalię" z 2012 roku, ale to pewnie kwestia tego, że obydwa filmy posiadają Belgijski rodowód, obydwa dzieją się w małej belgijskiej osadzie.

Sklasyfikowanie gatunkowe "Kalwarii" to karkołomny zamiar, bo znajdziecie tu wszytko: grozę zarówno z pod znaku psychologicznego thrillera jak i torture porn, czarną komedię, dramat, a nawet melodramat. Od tego urodzaju wcale głowa nie boli.

Jest też pięknie zrobiony od strony technicznej. Zdjęcia są wręcz fenomenalne, budują nastrój, który przygniata do ziemi. Nie można zrzucić tej zasługi na dobry wybór plenerów, bo widzimy zwykłą wieś na zadupiu świata, zwykły las i zwykłe pola, ale wszytko sfilmowane w taki sposób, że przyroda staje się integralną częścią całej historii. Ona też opowiada historię.

calvaire

Fabuła filmu rozkręca się bardzo niepozornie. Mamy grajka, który śpiewa swoje smęty po domach starców wzbudzając gorące uczucia w sercach staruszek, sam jednak jawiąc się widzowi jako niezwykle cierpki gość.

Pewnego razu, w czasie swojego tourne dopada go awaria wozu i z pomocą przychodzi mu jeden z miejscowych, Bartel. Bartel to podstarzały komik, który jak twierdzi niegdyś prowadził własny biznes, jednak po odejściu ukochanej żony stracił cały 'entuzjazm'. Facet stara się z zaprzyjaźnić z Marcem, jednak ten odpowiada mu tylko chłodną, uprzejmą obojętnością. W czasie pobytu Marca w domu Bartela gospodarz przestrzega go przed odwiedzaniem innych mieszkańców wioski, twierdząc, że tacy jak oni nie zostaną dobrze przyjęci. Tacy, czyli artyści.

Marc jednak olewa to ostrzeżenie dzięki czemu poznaje seksualne preferencje mężczyzn bez kobiet - uwaga, w całej wsi nie ma ani jeden cipki, na co nie od razu zwróciłam uwagę. Marc widzi jak chłopki roztropki zabawiają się z trzodą chlewną...

calvaire

Od tego punktu robi się coraz dziwniej i dziwniej. Gdy zniecierpliwiony przeciągającą się naprawą auta Marc postanawia mimo wszytko odejść z dziwnego miejsca Bartelowi odbija. Początkowo sądziłam, że to kwestia braku towarzystwa, ale Bartel ma bardzo konkretną wizję ad. swojego nowego przyjaciela.Opisy w sieci zdradzają co też spotka naszego objazdowego grajka więc jeśli chcecie mieć niespodziankę radzę tam nie szperać. Nie spodziewajcie się jakiejś wielkiej makabrycznej wizualizacji - liczy się kontekst, jest on wystarczająco dosadny.

calvaire

Nie spodziewałam się tego rodzaju wrażeń po tym filmie. Ba, niczego się nie spodziewałam, nawet nie przeczytałam filmowego opisu. Po prostu puściłam sobie jakiś film do żelazka. I o mały figiel nie zchajcowała bym sobie ciuchów.

Jeśli lubicie dziwne twory to to będzie doskonały wybór.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

To coś:8

Oryginalność:8

79/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 05 lutego 2016

The Hollow/ Otchłań (2015)

hollow

Trzy siostry, Sarah, Marley i Emma po śmierci rodziców wyruszają na wyspę Shelter by zamieszkać wraz ze swoją ciotką Corą. Wyspa cieszy się złą sławą od czasu, gdy pewnej nocy Halloween burza zabiła większość jej mieszkańców.

Tak się składa, że przyjazd dziewcząt przypada na Halloween, a nad wyspą zbierają się burzowe chmury.

Jest to z pewnością jeden z najmniej udanych horrorów jakie osobiście miałam okazje obejrzeć i mówię to z całym przekonaniem, bo to już chyba nie jet rzecz gustu. Ciężko mi wyobrazić sobie, że ten film mógłby się komuś spodobać.

Już pierwsze minuty seansu wróżą katastrofę. Praktycznie od progu rzucają widzowi w twarz jakieś komputerowe badziewie wypełzające spod drzewa i atakujące nieszczęsną ciotkę Corę. Odebrałam to jak swego rodzaju manifest - stać nas na efekty komputerowe i nie zawahamy się ich użyć. Oczywiście gdyby ów efekt był znośny, a przynajmniej pomysłowy faktycznie mógłby stanowić zachętę, ale ten graficzny, świetlisty stwór rzucający iskry nie napawa optymizmem względem wyobraźni twórców.

hollow

Takiej jakości efekty będą nośnikiem całego filmu, będzie ich dużo i pewnie pożarły cały filmowy budżet, a do tego skłoniły producentów do przekonana, że jak mamy takie efekty to już nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba. Używane są też do stworzenia mało przekonującego frontu burzowego, wypełniając cały kadr grafiką komputerową, przez co nie mogę pochwalić nawet pleneru.

Drugim gwoździem do trumny jest aktorstwo. Trzy dziewczyny. którym przydzielono role trzech sióstr są manieryczne, nijakie i drętwe. Szczerze mówiąc nawet nie mam im tego bardzo za złe. Jeśli dostaje się w dłoń taki scenariusz, tak nakreśloną postać, tak DURNE dialogi to pozostaje tylko przebrnąć przez ten film z nadzieją, że wynagrodzenie starczy na zaszycie się gdzieś przed ludzkim wzrokiem kiedy ów płód nędzy i rozpaczy zostanie wydany na świat.

Nigdy tak gorliwie nie trzymałam kciuków za szybką śmierć głównych bohaterek, ,jak w przypadku tego filmu. Niech ich ta otchłań w końcu pochłonie, niech przestaną się przekrzykiwać "Weź mnie, weź mnie", "Słońce wzeszło, czas na śmierć", bo słowo daję, jeszcze trochę a historię mojego seansu z tym filmem będzie można wykorzystać w nagłówku "Super ekspresu".

Jeśli wykonanie jest tak tragiczne, to co można powiedzieć o pomyśle na fabułę? Można go przez litość pominąć, bo pomysłu nie było tu praktycznie wcale. Zlepek nonsensownych sytuacji, bez jakiegoś związku przyczynowo skutkowego. Potwór z lasu rażący prądem i grzebiący ludzi w krzakach w noc Halloween w czasie złych warunków atmosferycznych, który to odprawia zemstę za spalenie na stosie czarownic.

hollow

Wszystkiemu temu towarzyszą sny najmłodszej z nawiedzonych siostrzyczek w których przewiduje kolejne śmierci tylko po to żeby móc popłakać się w kącie wyrzucając z siebie szereg melodramatycznych wynurzeń.

Jak można zrobić takiego gniota nie paląc się przy tym ze wstydu? Fakt, że jest to produkcja dla TV nie jest żadnym uzasadnieniem.  Sheldon Wilson pomysłodawca i wykonawca do tej pory chyba nie zrobił nic równie chujowego. Widziałam jego "Płytko pod ziemią", widziałam "Grave Halloween", ale tym filmem skutecznie mnie odstraszył od dalszego śledzenia jego poczynań.

Proszę, Was, osrajcie ten film.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:2

Klimat:2

Napięcie:3

Zabawa:1

Zaskoczenie:2

Walory techniczne:1

Aktorstwo:1

To coś:1

Oryginalność:3

17/100

W skali brutalności:1/10

środa, 03 lutego 2016

Intruders aka  Shut in (2015)

shut in

Anna mieszka w wielkim domu odziedziczonym o ojcu wraz z nieuleczalnie chorym bratem. Okazałe domostwo świadczące o niewątpliwym majątku mieszkańców przyciąga złodziei, którzy to w dniu pogrzebu brata Anny włamują się do domu przekonani, że w tym czasie właścicielka będzie na ostatnim pożegnaniu brata.

Sęk w tym, że Anna nigdzie nie wychodzi. Od dziesięciu lat tkwi w domu sparaliżowana lękiem przed jego opuszczeniem. Z tej przyczyny nie może uciec przed napastnikami. Próby ukrycia się w przestronnych przestrzeniach w końcu kończą się klęską, a Anna zmuszona jest skonfrontować się ze sprawcami.

Czyli mamy kolejny film z rodzaju nietracącego na popularności home invasion.

Dla podkreślenia bezradności ofiary włamania twórcy posłużyli się motywem fobii, która nie pozwala bohaterce na opuszczenie murów domu. Z rozmów z umierającym bratem możemy wywnioskować, że dorosła już kobieta w dzieciństwie doświadczyła nie lada traumy, a śmierć jej ojca przypieczętowała rosnący w niej lęk. Wspominam o tym, bo jest to wątek bardzo istotny dla dalszego rozwoju tego w gruncie rzeczy wstępnie prostego pomysłu.

Nasza Anna doświadczy tego, czego obawiają się wszyscy, napadu we własnym domu, miejscu z gruntu bezpiecznym. Szczególnie dla niej, tej którą paraliżuje myśl o przekroczeniu progu domu.

shut in

Niestety sprawcy nie będą się nad nią litować. Pierwsza połowa filmu to ta jego część pokazująca standardowy rozwój wydarzeń w takiej sytuacji. Anna próbuje się ukryć, kiedy to nie pomaga próbuje znokautować sprawców. Nie dzieje się tu nic nadzwyczajnego.

W drugiej części obrazu sytuacja się poniekąd odwraca. Zwabieni do piwnicy domu napastnicy zostają tam uwięzieni przez naszą bohaterkę. Teraz Anna jest oprawcą. W tym momencie możemy ją poznać od nieco innej strony, wyklaruje się wątek jej przeszłości, który jest, chyba mogę to powiedzieć, dość interesujący, ale na pewno nie oryginalny.

Od tego obrazu nie macie co oczekiwać nowatorskich rozwiązań fabularnych, i to powinnam powiedzieć już na wstępie. Nawet gdy sytuacja się odwraca nie uświadczymy tu elementu porażającego zaskoczenia.

shut in

Muszę jednak przyznać, że dobrze się stało, że twórcy scenariusza podjęli choć ten wysiłek by urozmaicić klasyczne home invasion w chwyt revegne. Gdybym przez kolejne pół filmu miała patrzeć tylko i wyłącznie na szamotaninę bohaterki przeciwstawiającej się antybohaterom znudziłabym się znacznie mocniej, a tak mogę powiedzieć, że nie było źle.

Jest to więc niezły film, dość sprawnie zrealizowano cały zamysł i nie mam tu większych zarzutów ad realizacji. Nie przysporzy on jednak większych wrażeń i trudno go nazwać emocjonującym. Ot taki średniaczek, dla zabicia czasu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

to coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 02 lutego 2016

Komórka - Stephen King

komórka

Boston, 1 Października, godzina 15.30 tamtejszego czasu. Clay Riddel właśnie sprzedał swój pierwszy komiks i wraca ze spotkania z wydawcą. Wtedy to się zaczyna.

Stojąc na jednej z Bostońskich ulic staje się świadkiem fali szaleństwa, morderczego szaleństwa, które ogarnia ludzi. Rzucają się sobie do gardeł, zabijają się na wzajem, bełgoczą w niezrozumiałym języku. Wszytko to dzieje się w jednej chwili jakby coś ich poraziło.

Punktem wspólnym dla wszystkich szaleńców są telefony komórkowe. Każdy z nich chwilę przed tym jak postradał zmysły rozmawiał przez telefon komórkowy.

Telefonicznych szaleńców, jak określa ich bohater przybywa, ale jest też kilku ocalałych i to właśnie z nimi jednoczy siły nasz bohater by przetrwać w tej komórkowej apokalipsie i zdołać wrócić do rodziny.

Na tyle, na ile wyrobiłam sobie jakiś ogląd na twórczość Stephena Kinga, jestem w stanie stwierdzić, że "Komórka" nie jest typowym dla niego utworem. Przypomina hollywoodzkie zombie movie gdzie wszytko dzieje się bardzo szybko, miejscem akcji jest niekończąca się droga i nie ma tu miejsca na Kingowskie gawędy, zbaczanie z jednotorowego procesu twórczego.

Z tego też względu nie uważam tej powieści za szczególnie udaną choć z drugiej strony jest praktycznie gotowym scenariuszem filmu. Oczywiście już ktoś na to wpadł i od kilku lat krążą pogłoski o ekranizacji powieści.

Początkowo reżyserem miał być Eli Roth ale komuś to widać nie przypasiło i teraz podejrzewany jest o taki twórczy zamiar Tod Wiliams, twórca drugiej części "Paranormal Activity". W głównego bohatera ma się wcielić John Cusak co nie do końca mi leży, bo nie lubię oglądać wciąż tych samych facjat w ekranizacjach Kingowskich powieści.

Dużo większym zaskoczeniem dla wszystkich, którzy czytali "Komórkę" będzie jednak odtwórca roli Toma - tak, małego, białego grubaska rozpaczającego nad porzuceniem kota - Samuel L. Jackson... Czyżby skopiowali obsadę z "1408"? Cieszy mnie natomiast wybór Isabelle Fuhrman do roli Alice, chciałabym zobaczyć jak nam 'sierotka' wyrosła. Premiera ponoć w tym roku. Niektórzy już pewnie stracili nadzieję, na powodzenie tej 'misji', ale mam dla Was dowód, że coś w tym kierunku jest robione:

komórka

Wracając do powieści: Nie jest to 'mój typ'. King bardzo często zaskakuje mnie swoimi pomysłami. Z czegoś absurdalnego robi coś żywego i autentycznie strasznego. Tu nie popisał się oryginalnością. Opowieści o zgubnych skutkach używania technologii mamy wystarczająco. Jego pomysł bardzo przypomina "Pulse", z resztą używa określenia puls, dla zjawiska, które doprowadziło do katastrofy w jego powieści. Pulsem określił sygnał z nadajników, który rozniósł się przez aparaty komórkowe niczym wirus. Wirus ten zgubnie zadziałał na układ nerwowy ludzi, 'resetując cały system', czyniąc ludzi bezrozumną plagą.

Ludzie, do których dotarł puls tracą swoje człowieczeństwo na rzecz czegoś co można określić zbiorową świadomości. Jak każda nacja komórkowi szaleńcy dążą do zwiększania swojej liczebności i siły.

Grupa ocalałych pod wodzą Clay'a próbuje im się przeciwstawić. Wirus komórkowy mutuje, przez co agresorzy zyskują nowe zdolności, jak chociażby telepatia.

Dużo się tu dzieje, trzeba przyznać, ale mnie ta historia osobiście nie wciągnęła. Na pewno przypadnie do gustu osobom ceniącym szybkie tempo akcji, tym którzy lubią się rozsmakowywać w Kingowskich 'bocznych torach opowieści' raczej bym tej powieści nie poleciła.

Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 01 lutego 2016

Regresion/ Regresja (2015)

regression

Siedemnastoletnia Angela Grey oskarża swojego ojca o molestowanie seksualne. Ucieka z domu, szukając schronienia na parafii u znajomego księdza. Miejscowy detektyw Bruce Kenner przesłuchuje bogobojnego ojca dziewczyny, a ten ku zdziwieniu wszystkich przyznaje się do winy. Przyznaje, w pewnym sensie, zaznaczając, że nie pamięta żeby kiedykolwiek zgwałcił córkę, co nie znaczy, że tego nie zrobił o_O.

Zdezorientowany funkcjonariusz nie ma innego wyjścia jak tylko porozmawiać się z domniemaną ofiarą. Kolejne rozmowy z nią i innymi potencjalnymi świadkami, a także o zgrozo, uczestnikami czynu rozpościerają obraz popularnego w owym czasie (lata '90) kultu satanistycznego.

Cechą wspólną dla wszystkich przesłuchiwanych jest wyparcie wspomnień, dopiero stopniowe ich odtwarzanie dzięki metodzie zaangażowanego w sprawę hipnoterapeuty, tworzy drabinę szczeblami sięgającą samego piekła.

regression

Oto nowy film mego hiszpańskiego ulubieńca, czyli Alejandro Amenabar. Jego filmografia jako reżysera nie jest może zbyt bogata, ale przecież nie chodzi o ilość, ale o jakość. A jakość jego filmów, jeśli chodzi o dotychczas przeze mnie widziane produkcje jest wręcz niezawodna. Ostatnim filmem tego twórcy jaki miałam okazję zobaczyć, był dramat "Agora". Innymi bardziej znanymi produkcjami są chociażby moi ulubieni "Inni", których oglądam kompulsywnie dla samych estetycznych doznań, bo scenariusz znam już na pamięć. Amenabar nakręcił też rewelacyjne "W stronę morza", czy "Otwórz oczy". Czekam na każde jego twórcze posuniecie z niecierpliwością.

"Regresja" jest thrillerem psychologicznym pełnym pułapek, w które łatwo wpaść. Wpadają w nie sami bohaterowie, można powiedzieć, że sami je na siebie zastawiają. Tematem filmu jest nieco już przebrzmiały temat natury sekt satanistycznych, które to rzekomo dopuszczają się rytualnych mordów, gwałtów i czarnej magii oczywiście. Wyznawcy diabła mogą być wszędzie, w końcu każdy nosi w sobie zło, trzeba je tylko wypuścić w świat, podkarmić odpowiednią sugestią i hulaj dusza.

Obraz natury zła przedstawiony w filmie Hiszpana rodzi się powoli. Wszytko zaczyna się od zarzutu o przemoc seksualną i kazirodztwo. Zarzuty te wychodzą ze zgrabnych usteczek Emmy Watson, która to wciela się tu w postać Angeli, nastolatki wychowywanej przez ojca alkoholika.

Wobec takich zarzutów szybko pojawia się gliniarz o twarzy Ethana Hawke, czyli Bruce. Jego zaangażowanie w śledztwo jest godne podziwu. Pcha śledztwo naprzód z impetem i werwą, aż zapiera mu dech od miary potworności do jakich się dogrzebał.

regression

Pomoc hiponoterapeuty, który ma pomóc w zarówno Angeli jak i jej ojcu w odtworzeniu przykrych zdarzeń jest tu nieoceniona. To właśnie dzięki seansom widz może być świadkiem pięknie przedstawionych mrocznych obrazów, które wysypują się z głów kolejnych bohaterów zamieszanych w sprawę.

Sceny, w których widzimy rytuały mogłyby wydać się śmieszne, bo sataniści byli już tyle razy filmowani, że ich kult zaczął ocierać się o groteskę, ale na szczęście nie u Amenabara. Dla mnie owych momentów mogłoby być jeszcze więcej, ale nie o to tu chodzi. Chodzi głównie o to czego nie widać, co czai się gdzieś po powierzchnią, podejrzenia, spojrzenia, szepty gdzieś z tylu głowy. Diabeł ma tu pole do popisu. Ale pamiętajcie nie jest to tyle thriller religijny, co psychologiczny.

Tytułowa regresja biorąc pod uwagę łacińskie znaczenie tego słowa, znaczy tyle co 'cofanie się'. To termin bardzo popularny w psychologii, choć nie koniecznie posiadający pozytywne skojarzenia. Terapia regresywna ma w założeniu odtworzenie dawnych, przykrych przeżyć, często wypartych ale nadal wpływających na obecne funkcjonowanie pacjenta w celu ich przepracowania. Dla owego cofnięcia się, często stosuje się hipnozę, czyli mamy już dwa nie lubiane przez naukę terminy.

Sensacyjne wyniki jakie przynosiły próby hipnoterapi regresywnej pozwoliły rozrosnąć się tej dziedzinie do miary niektórym mogącej wydać się absurdalną. Pod wpływem hipnozy pacjenci cofali się nie tylko do zdarzeń z młodości, czy dzieciństwa, hipnoterapeuci wysyłali ich świadomość do życia płodowego, a gdy tego było mało, do poprzedniego wcielania. Teraz już chyba rozumiecie dlaczego nie wszyscy są zwolennikami tej metody;)

Co więcej sama  hipnoza niektórym może już śmierdzieć szwindlem, bo opiera się ona na niczym innym jak na sugestii, więc jeśli hipnoterapeuta może was przekonać do tego, że bardzo chce Wam się spać to do czego jeszcze?

Moi mili, pamięć to sprytny demon. W filmie Amenbara nadziewa na bujne poroże  świadomość bohaterów. Pamięć zastawia sprytne pułapki.

regression

W ogólnym rozrachunku cały pomysł na film uważam za dość udany, choć dużo bardziej przekonuje mnie do niego realizacja owego pomysłu niż on sam. Sam w sobie może być łatwy do rozgryzienia i pewnie wielu z Was też tak uzna. Wykonanie jednak odznacza się przede wszystkim profesjonalizmem. Dobre aktorstwo, klimat zbudowany na ponurych podwalinach ludzkich tragedii i stosownie wkomponowane w to zdjęcia. Wspomniałabym też o muzyce, ale rzuciła mi się w ucho dopiero przy napisach końcowych, więc trochę bieda. Fajnie, ale jak na Amenabara, co do którego oczekiwania mam sufitowe,  to raczej średnio. Ale cóż, czasem musi nastąpi regres by mógł wystąpić progres;)

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 31 stycznia 2016

Jeruzalem (2015)

jeruzalem

Dwie młode i bogate żydówki mieszkające w Stanach, Sarah i Rachel, wyruszają w podróż do Izraela. Szukają tam całonocnych imprez i rozrywek wszelkich maści jednak w samolocie poznają młodego archeologa, Kevina i to on namawia dziewczyny na zmianę kierunku i wybranie się z nim do Jerozolimy. Laski ochoczo porzucają swoje plany, jedna z nich porzuca nawet ciuszki na rzecz zabaw oferowany przez Kevina. Lądują w hotelu w starej części miasta przed dzień święta Jom Kippur, które według niektórych mieszkańców miasta skończy się katastrofą miary apokalipsy. Oczywiście młode niewiasty i ich towarzysze zabaw w to nie wierzą i oczywiście się mylą.

No, cóż mamy kolejny mcdocumentary religią w roli głównej, czyli coś w tylu niedawnego "Jako w piekle tak i na ziemi". Piekło jest tu z resztą ważnym tematem, bo wedle wierzeń to właśnie w Jerozolimie znajduje się jedna z trzech bram do piekła. W filmie pojawiają się apokaliptyczne nawiązania, począwszy od zmartwychwstania zmarłych po zjazd demonów na ludzkiej ziemi.

jeruzalem

Całą historię śledzimy dzięki bajeranckim smart okularom jakie w prezencie od tatusia otrzymała Sarah. To one są nam kamerzystą, co jest chyba nieco lepszym rozwiązaniem niż kręcenie z ręki, bo jednak głowa bywa bardziej stabilnym statywem:)

Pierwsza połowa filmu stanowi wieczorek zapoznawczy z bohaterami i tłem opowieści. Bohaterowie jak na amerykańskich turystów przystało piją i pieprzą się co dla obserwatora jest elementem średnio atrakcyjnym.

Tło, czyli Jerozolima i jej kontekst kulturowo religijny jest już elementem dużo ciekawszym. Nigdy nie byłam w Izraelu i pewnie nie będę więc mogłam się napatrzeć, a jest na co. Obraz miasta wypada tu świetnie, na każdym kroku historia, tajemnicze przejścia, ślepe uliczki, mieszanka wybuchowa narodowości.

jeruzalem

Pojawia się też wątek psychicznego kryzysu zwanego syndromem jerozolimskim, który dotyka niektóre osoby pielgrzymujące do ziemi świętej. O taką przypadłość podejrzewany jest Kevin, którego już pierwszej nocy po przybyciu do miasta zaczynają trapić złe przeczucia.

Innym jerozolimskim szaleńcem jest mężczyzna zwany 'królem Davidem', który nieustannie kursuje po ulicach wieszcząc apokalipsę. Wszytko to, całe tło wydarzeń wypada całkiem fajnie, przynajmniej dla mnie. Jest to pewnikiem zasługa twórców, braci Paz, którzy ze względu na swoje urodzenie potrafili w interesujący sposób pokazać widzowi Jerozolimę. Nigdy nie oglądałam żarnego horroru z tej części świata więc było to dla mnie nowe doświadczenie.

jeruzalem

W drugiej partii filmu zaczynamy mocnym tąpnięciem. W noc wspomnianego święta zaczynają dziać się niesłychane rzeczy. Niewiele jednak można z tego zrozumieć;) Na ulicach totalny chaos. Mówi się o ataku terrorystycznym. Z głośników wydobywają się jakieś niezrozumiałe komunikaty. Władze zamykają bramy miasta, a nasi bohaterzy muszą poradzić sobie sami. Nie zabraknie tu przestrzeni na zaprezentowanie zachowań podręcznikowo głupich, ale tego akurat należy się spodziewać.

Sarah, Rachel, Kevin i kilku miejscowych postanawiają wydostać się z miasta podziemiami. Wizualnie podziemia Jerozolimy wypadają super. W tej części filmu zaczyna się też szarżowanie efektami komputerowymi w celu zmajstrowania dobrze wyglądających zwiastunów apokalipsy. Demoniczne, skrzydlate postaci kojarzące mi się z harpiami wyglądają całkiem znośnie. Owe stwory polują na ludzi w tym na naszych protagonistów.

jeruzalem

Im bliżej finału tym więcej zamieszania. Ogólnie jak na tak długi wstęp film ma całkiem żywe tempo. Jak na tak ograny motyw jak sąd ostateczny nie znudził mnie tak żebym klęła z niesmaku. Nawet jak na found footage nie wkurwiał tak bardzo oka. Ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że wbrew moim oczekiwaniom, które były jak najgorsze, film nie jest taki kiepski.

Dużo dobrego robi miejsce akcji, w moim przypadku zrobiło chyba całą robotę, niestety obiektywnie patrząc mamy tu też bardzo asympatyczne bohaterki, tendencyjny motyw przewodni i obraz macdocumentary. Nie wiem, czy komuś tak bardzo jak mnie spodoba się klimat Jerozolimy by przymknąć na te rzeczy oko.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 29 stycznia 2016

The Abandoned aka Confines/ Porzuceni (2015)

confinens

Julia Streak od lat boryka się z problemami psychicznymi objawiającymi się atakami paniki. Z tego powodu grozi jej pozbawienie praw rodzicielskich do córki, Clary. Ostatnią deską ratunku jest udowodnienie otoczeniu, że może normalnie funkcjonować. Pierwszym krokiem mam być znalezienie stałej pracy. Streak zatrudnia się więc na nocnej zmianie w ochronie opuszczonego apartamentowca. Tam wraz z współpracownikiem, Cooperem ma pilnować zabytkowych wnętrz przed intruzami.

Już pierwszej nocy łamie zasady wpuszczając do środka bezdomnego szukającego schronienia przed burzą. Następnym krokiem ku pogrożeniu swojej kariery jest wyprawa w zakazane części budynku. Tak Streak ładuje się w kłopoty, a te niestety wiążą się z nadprzyrodzonymi zjawiskami do jakich dochodzi w piwnicach budynku.

Wpis na temat "Porzuconych" mogłabym w zasadzie zakończyć jednym epitetem: schematyczny, ale to chyba zauważy każdy, już na podstawie szczątkowych informacji na temat fabuły.

Mamy tu standardową bohaterkę. Streak oczywiście boryka się z problemami emocjonalnymi i mimo iż ich charakter nakazywałby trzymanie się z dala od mrocznych miejsc i samotnych nocy to ta zatrudnia się właśnie tam gdzie jest ciemno i podejrzanie. Jak na problematyczną osobę przystało przyciąga kłopoty, jak magnes biurowe spinacze. O ile ulitowanie się nad bezdomnym z psem- tak pies jest argumentem - nie jest tu godne potępienia, to samotna wyprawa w głąb, ciemnego opuszczonego budynku, podążanie za głosami z zaświatów jest już świadomym pakowaniem się w tarapaty. To typowa cecha bohaterek horrorów, niestety, tu twórcy nie pokusili się o choćby szczątkowe uzasadnienie głupoty Streak.

confines

Zagadka jaką skrywają mury budynku też jest nie tyle oczywista, co często występująca w charakterze horrorowego 'jądra ciemności'. Oczywiście zjawiska do jakich dochodzi w  budynku maja związek z haniebnym jego zastosowaniem w przeszłości. Tu mamy kolejny stały punkt programu, czyli udręczone dusze poprzednich lokatorów napastujące naszą problemowa bohaterkę.

Żeby nieco odświeżyć temat finał odwraca kota ogonem, posługując się również dość popularnym wątkiem. Jeśli więc chodzi o samą historie nie uświadczymy tu absolutnie nic ciekawego, wszytko już było i będzie pewno jeszcze nie raz.

Jak wielokrotnie zaznaczałam, jestem w stanie wybaczyć schematyczność, jeśli jest podana w dobrej formie i tu muszę trochę pochwalić twórców, bo "Porzuceni" mają naprawdę fajny klimat.

Po pierwsze lokalizacja. Opuszczony apartamentowiec, pełne przepychu wnętrza, ale wszytko porzucone i zapomniane. Gdy gasną światła atmosfera robi się gęsta, a gdy nasz głupiutka bohaterka schodzi do piwnicy można mówić o klaustrofobii.

Twórcy znaleźli też złoty środek pomiędzy found footage, a obrazem kręconym klasycznie. W niektórych scenach możemy oglądać nagrania z kamer przemysłowych monitorujących budynek, czy też osobistych kamer pary ochroniarzy. Tu zobaczy kilka dobrych ujęć które z pewnością spodobają się fanom "Łowców grobów", z przemykającymi widami i oświetlanymi punktowo upiornymi piwnicznymi pomieszczeniami. W większości jednak film kręcony jest klasycznie, stabilnie przez co nie umordujemy oczu nieustannie skaczącym obrazem. Bardzo przypadła mi do gustu sytuacja z zamkniętymi drzwiami, tu ciśnienie mi skoczyło, ale niestety fabularnie wybrnięto z tej sytuacji dość po łepkach.

confines

Wiem, że twórcy nie mają dużego doświadczenia, ale co ciekawe nie widać tego w formie, lecz na poziomie budowania historii.

Niestety nie mogę tego filmu uznać za dobry, mimo dobrej realizacji, bo ciąg przedstawionych wydarzeń był po prostu nudny, abstrahując już od wtórności pomysłów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

środa, 27 stycznia 2016

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

dziewczyna z pociągu

Trzydziestoczteroletnia Rachel Watson jest u kresu sił. Jej życie się rozpadło. Przed paroma laty zaczęła pogrążać się w depresji i alkoholizmie co doprowadziło do rozpadu jej małżeństwa. Po rozwodzie, zaczęła wlewać w siebie jeszcze więcej przez co straciła pracę. Teraz mieszka kątem u koleżanki nie przepuszczając żadnej okazji do zalania się w trupa.

Udając uczciwie pracującą kobietę każdego poranka wsiada po pociągu o 8.04 wiozącego ją z przedmieść do Londynu. Każdego dnia mija ulicę, przy której mieszkała. Widzi swój, niegdyś, dom i jego nowe lokatorki, córkę swojego byłego męża i jego nową żonę, Annę. Widzi coś jeszcze, stojący kawałek dalej dom młodego małżeństwa. Pociąg którym podróżuje ma zwyczaj zwalniać właśnie na wprost tego domu, dzięki czemu Rachel dwa razy dziennie podgląda życie jego mieszkańców snując wizję ich szczęścia. Nadaje im imiona, wymyśla profesje, fantazjuje o ich zwyczajach.

Pewnego dnia na tym wyidealizowanym obrazie powstaje rysa, a chwilę później szklana kula szczęścia pęka na kawałki. Jess, bo tak nazwała ją w myślach Rachel, znika w sobotnią noc i już nie wraca. Policja podejrzewa męża kobiety, jednak Rachel wie, że Jess- w rzeczywistości Megan, miała tajemnicę i to ona mogła mieć związek z jej zniknięciem.

W ogóle nie wzięłabym się za tą powieść gdyby nie została zmuszona do zorganizowania jej egzemplarza dla mamy. Niektórzy po prostu muszą być na bieżąco z nowościami. Ja zazwyczaj omijam tak nachalnie promowane tytuły, albo sięgam po nie z bardzo dużym opóźnieniem, kiedy wrzawa zachwytu już przycichnie.Tak, czy siak "Dziewczyna z pociągu" wpadła w mojej ręce.

Pierwsze za co muszę pochwalić tę powieść to narracja. Głównym bohaterem i głównym narratorem powieści jest Rachel i to jej punkt widzenia wychodzi na prowadzenie. Pojawiają się też relacje widziane oczami Anny, nowej małżonki ex męża Rachel i wreszcie wspomnienia zaginionej Megan. Nie ma tu więc miejsca na żadnego dzielnego glinę, samotnego i nieco zgorzkniałego, ale nadal z bohaterskim nastawieniem do pracy - czyli typem bohatera kryminału który pojawia się najczęściej w tego rodzaju powieściach i zawsze mnie mierzi swoją nijakością.

Zmiana punktu widzenia na osobę świadka zamiast mordercy czy śledczych wpływa na całą fabułę, która opiera się na zbieraniu pamięciowych skrawków pijanej w sztok obserwatorki zamiast wodolejczego obrazu policyjnego śledztwa, czy bardziej lub mniej udanych wynurzeń jakiego psychola.

Skojarzyło mi się to z jedną z moich ulubionych filmowych opowieści Hitchcocka, "Okno na podwórze" .Głównym podobieństwem jest oczywiście motyw vojeryzmu, podglądania czyjegoś życia i snucia teorii na jego temat na podstawie obserwacji. Po drugie mamy przestępstwo, przestępstwo jakie widzi Rachel nie ma natury kryminalnej, najwyżej jest moralnym uchybieniem, ale w jej przekonaniu to właśnie ono doprowadziło do późniejszej tragedii, czyli zniknięcia młodej mężatki.

W "Oknie na podwórze" mieliśmy przykutego do wózka faceta, który podglądał sąsiadów z nudów. Jego prywatne śledztwo było nie tyle wypadkową altruizmu i bohaterstwa ile wynikiem znudzenia i chęcią ucieczki od własnej smutnej egzystencji. Tak też jest w przypadku Rachel.

Na tej samej ulicy widzi dom swojego ex i dom Megan i Scotta. Woli obserwować sielankę tych drugich zamiast zastanawiać się co nowa kobieta robi w jej domu. Gdy okazuje się, że wizja jaka wysnuła na temat obserwowanych małżonków jest nieprawdziwa, a Megan najprawdopodobniej padła ofiara przestępstwa Rachel z butami włazi w życie Scotta. Mimo iż zdaje sobie sprawę z tego, że nie powinna angażować si aż tak, to właśnie cudza tragedia pozwala jej znaleźć odskocznie. Kiedy próbuje zrekonstruować wydarzenia z soboty wieczór potrafi zachować trzeźwość.

Jest coś jeszcze, jakieś mgliste pijackie wspomnienie, które nie daje jej spokoju. Przecież tej soboty była w pobliżu domu Megan, chciała zrobić kolejną awanturę swojemu ex i... i nazajutrz obudziła się w zasikanym i zarzyganym mieszkaniu swojej koleżanki z siniakami i ranami na ciele. Mogła coś widzieć, mogła widzieć sprawce, mogła by go rozpoznać, a może sama nim była? W pijackim amoku zatłukła bidule?

Jak na kryminał przystało, głównym wyzwaniem dla czytelnika jest zdemaskowanie przestępcy. U Pauli Hawkins nie jest to łatwe, ale nie jest też niewykonalne. U mnie pierwsze przeczycie pojawiło się już w początku książki, ale było równie niejasne jak pijacki przebłysk wspomnień Rachel. Wątek kryminalny odnotowuje więc na plus, może bardziej za sposób w jaki został przedstawiony, za oryginalna perspektywę niż za sam pomysł.

Kolejny bardzo duży plus za suspens, sposób budowania nastroju tajemnicy, bardzo sukcesywny bardzo powolny. Ostatni plus za watki obyczajowe. Tu należałoby zacząć od historii Rachel, od jej postaci, takiej zupełnie niezwyczajnej, a jednak tak normalnej. Zamiast bystrej piękności, mamy otyłą pijaczkę. To już chyba wystarczająca odmiana, a gdy jeszcze dorzucimy do tego psychologię tej postaci, jej sposób myślenia, jej zachowania to wszystko daje nam niezwykle ożywcza odmianę. Ja polubiłam Rachel już za samo to że nie była kolejną "Marry Sue", miała wady których w żaden sposób nie można uznać za urocze, a i zalet u niej niewiele po za tym, że znalazła se w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Tak, polubiłam tą biedną pijaczkę. Polubiłam "Dziewczynę z pociągu".

Jeśli pamięć mnie nie myli powieść jest debiutem dziennikarki, która pisywała owszem, ale zupełnie inne rzeczy. Jej kryminał zyskał na tyle pochlebne opinie, że w tym roku, już na jesieni mamy się spodziewać ekranizacji. W rolę Rachel ku mojej wielkiej uciesze wcieli się Emilly Blunt, bardzo lubię tę aktorkę.

Moja ocena: 7+/10

wtorek, 26 stycznia 2016

Martyrs/ Skazani na strach (2008)

vs

Martyrs (2015)

martyrs

martyrs

Stało się. Amerykanie wyciągnęli swe pazerne łapska po francuski film, który swoją brutalnością zszokował Europejczyków. Pogłoski na temat planowanego remake "Skazanych na strach" krążyły już od dawna. Sądziłam, że po takim czasie temat się szczęśliwie rozmył, ale skądże. Scenarzysta nominowanej w tym roku do Oscara "Zjawy" podjął się niewdzięcznego zadania wywabienia posoki z fabuły francuskiego straszaka i na zgliszczach pomysłu Pascala Laugiera wyhaftowania kolorowego i ślicznego obrazka, który zaspokoi fasfoodowe apetyty.

Do tej pory nie udało mi się nic naskrobać o oryginale - to nie jest film który można oglądać dla relaksu - więc teraz nadarza się doskonała okazja do recenzji porównawczej, której wyniku już się za pewne domyślacie, biorąc pod uwagę porcję jadu jaką zdążyłam już wylać na remake:)

"Martyrs", którego tytuł oznacza tyle co "męczennik" oraz "świadek" traktuje o pewnym zgromadzeniu fanatyków, chcących uzyskać wgląd w życie po śmierci. Chcą to oczywiście osiągnąć za życia, a zgodnie z ich teorią nic tak skutecznie nie prowadzi na granicę między życiem a śmiercią jak męczeństwo. Ostatecznie jak wspomniałam, męczennik to inaczej świadek, ale świadek czego? Tego właśnie chcą dowiedzieć się owi osobnicy.

martyrs

martyrs

Poznajemy ich dzięki jednej z ofiar ich zabiegów. Małej dziewczynce Lucie, która zostaje porwana w celu... zamęczenia. Zarówno początkowe sceny z oryginału jak i te z nieszczęsnego remake ukazują los małej Lucie po wydostaniu się z łap oprawców.

martyrs

martyrs

Oczywiście w wersji francuskiej Lucie po swoich przejściach wygląda znacznie gorzej. W wersji amerykańskiej ma jednego siniaka na twarzy. To dopiero hard core.

Następnie poznajemy jej relacje z poznaną w sierocińcu Anną. To właśnie przyjaciółka stanowi opokę dla straumatyzowanej dziewczynki, którą nawiedzają demony przeszłości i to ona będzie świadkiem tego jak z owymi demonami będzie się rozprawiać.

Lucie Wciąż widzi potwory i jak dowiemy się z dalszych wydarzeń w wersji oryginalnej filmu jest to konsekwencja przejścia przez pewien etap męczeństwa.

Lucie dorasta i jedyne czego chce to uwolnienie się do wspomnień. Ma jej w tym pomóc odnalezienie oprawców i wymierzenie im kary.

W scenach w domu szczęśliwej rodziny, której najstarsi członkowie dopuszczali się tych... eksperymentów pozornie nie różnią się w obydwu wersjach filmu. Pozornie, bo wersja francuska ma ostre pierdolnięcie. Kiedy Lucie wywala ze strzelby, ofiara niemal rozmazuje się na ścianie. W wersji amerykańskiej wystrzał przypomina raczej wystrzał z rewolweru i to o niewielkim kalibrze.

Podobnie wyglądają różnice w dalszej partii filmu. Wszyscy, którzy oglądali film Laugiera na pewno zapamiętali znalezisko z sali tortur martwych oprawców w osobie młodej kobiety, której próbuje pomóc przyjaciółka Lucie, Anna.

martyrs

Okaleczona postać wygląda makabrycznie. Tego nie da się po prostu opisać. Taki widok zrzuca z krzesła. W wersji amerykańskiej Anna znajduje w piwnicy małą dziewczynkę, której nawet włos z głowy nie spadł. Jeśli to miało kogoś zszokować to chyba tylko osoby, które nie widziały pierwotnej wersji wydarzeń. Dla mnie to było po prostu śmieszne.

Znaczące różnice fabularne rozpoczynają się z chwilą gdy Lucie po zamordowaniu oprawców postanawia targnąć się na swoje życie pozostawiając bezradną Annę. W wersji francuskiej robi to bardzo skutecznie, dzięki czemu reszta członków sekty, bo chyba tak można ich nazwać, nie ma szansy na powrót zaciągnąć ją do lochu i oskórować. Zamiast tego sędziwa dama przewodząca zgromadzeniu pierdolców bierze się za Annę.

W wersji oryginalnej będziemy teraz śledzić powolną, sukcesywną i postępującą drogę męczeństwa przyjaciółki Lucie. Dziewczyna jest poniewierana chyba na wszelkie możliwie sposoby z dużym naciskiem na upokorzenie. Na koniec widzimy 'piękny' obrazem kobiety, z której zdarto niemal każdy centymetr skóry.

martyrs

martyrs

Dla kontrastu w remake to Lucie na powrót staje się ofiarą i w stan agonalny wpędzają ją zadraśnięcia na dłoniach i chyba jedyny mocny element tortur, czyli zdarcie skóry z pleców. Męczeństwo w wersji amerykańskiej w każdym calu jest lajtowe.

Finał historii również różni się w obydwu wersjach i muszę to powiedzieć, amerykanie polecieli sobie "Dotykiem anioła". żałość.

Możemy tu mówić o jakieś wersji ocenzurowanej pod względem brutalności. Taki pono był zamiar, ale czemu w związku z tym spłycono też przekaz, że tak powiem werbalny?

Oglądając obydwa filmy jeden po drugim (ja, w ramach dobrej woli, zaczęłam teraz od remake) zauważymy, że niektóre wypowiedzi bohaterów są niemal identyczne z tą różnicą, że w remake są mocno okrojone, jak np. rozmowa z przywódczynią.

W wersji francuskiej uzyskujemy dużo lepszy ogląd na sprawę męczenników. Wersja amerykańska zastępuje brutalność formy i treści jakimiś ganiankami po okolicy, dramatycznymi monologami i chaotycznym miotaniem się po wydzielonej przestrzeni.

Tak to właśnie wygląda. Amerykanie zabrali "Skazanym na strach", cały strach, zabrali bardzo wiele, ale niestety nie dali nic w zamian.

Moja ocena:

Martyrs/ Skazani na strach (2008): 8/10

Martyrs (2015): 4/10

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Amnesiac (2015)

amnesiac

Po wypadku samochodowym mężczyzna traci pamięć. Nie pamięta domu, w którym znajduje się przykuty do łóżka, nie pamięta kobiety, która troskliwie się nim zajmuje, nie pamięta kim był, ani czym się zajmował. Wszystko, co pamięta to wypadek i dziewczynka z samochodu wzywająca tatę.

Od swojej pięknej opiekunki dowiaduje się, że jest jej mężem, dom jest jego domem, gdzie mieszka wraz z żoną i zgrają kotów. Musi od nowa ze wszystkim się oswoić, ale jak to robić, gdy wszytko wydaje się kłamstwem, wszytko jest nie tak?

amnesiac

"Amnestiac" to nowy thriller Michaela Polish'a, który wraz ze swoi bratem bliźniakiem od dawna z powodzeniem radzi sobie w świecie filmu.

Scenariusz obrazu sięga po ograny motyw zaniku pamięci, który nieodmiennie kojarzy mi się z brazylijskimi tasiemcami i raczej odrzuca od danej produkcji niż zachęca po sięgniecie po nią.

W początkowych partiach seansu już miałam pewien pomysł na rozwiązanie zagadki tożsamości głównego bohatera i relacji łączącej go z kobietą.

Nie miałam racji, ale to chyba dobrze, bo oznacza, że film nie jest tak łatwo przewidywany jak należałoby oczekiwać.

Główny wątek to utrata pamięci bohatera i jego próby odzyskania tożsamości poprzez rozmowy z żoną i myszkowanie po domu- tu mamy sceny rodem z "Misery".

Elementem, który najbardziej przyciągnął moja uwagę w tym filmie jest postać kobiety. Niestety ani razu nie pada tu jej imię. Dzięki temu jej postać jeszcze zyskuje na tajemniczości. W tej roli widzimy piękną Kate Bosworth, prywatnie żonę, reżysera filmu. Widzimy ją tu jako bardzo majestatyczną, elegancką damę noszącą się na modę europejską z lat '40. Bije od niej chłód i opanowanie, co i rusz zabawia męża ciekawostkami w stylu 'wiedza bezużyteczna', co każe sadzić, że jest niezwykle bystra, albo ma doskonałą pamięć. Jest troskliwa i czuła. Taka "Żona ze Stepford".

amnesiac

Niestety, jak należy się spodziewać ideałów nie ma i owa dama także jest tego przykładem. Trup w piwnicy, dziecko w klatce... zaniepokoją najbardziej ugłaskanego małżonka. Za tę postać twórca odstaje ode mnie ogromnego plusa, podobnie jak odtwórczyni tejże roli.

Męskiego bohatera kojarzę zaś z serialu "American Horror Story", czy starej roli w "American Beauty". Facet ma w sobie coś niepokojącego, trzeb mu przyznać. Jego postać jest zdecydowanie mniej pociągająca, taki Jon 'knows nothing' Snow, marionetka w rękach pięknej żony. Jego historia, kiedy w końcu ją poznamy jest przykładem figli pamięci, jak rzecze piękna małżonka, sami możemy stworzyć swoje wspomnienia, co też oboje w pewnym sensie robią.

Finalnie mamy tu ciekawy film, dość złożoną historię z drugim dnem. Obraz raczej oszczędza na formie serwując nam surową oprawę filmowych wydarzeń. Jest dobrze zagrany, nieźle przemyślany, ot zgrabny thriller, który jak sądzę, spodoba się większości widzów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 1/10

niedziela, 24 stycznia 2016

AfterDeath (2015)

afterdeath

Pięcioro młodych ludzi trafia do domku nad morzem. Zanim tam dotarli każde z nich zbudziło się kompletnie przemoczone na plaży, gdzie ze zdziwieniem odkryli, że ... nie mają pulsu.

Jeśli umarli to gdzie teraz są?

Oto kolejny film z serii uwięzieni w zaświatach, gdzie widz ma przyjemność kibicować martwym bohaterom.

W takich scenariuszach fakt, że mamy do czynienia z ludźmi bez pulsu zazwyczaj zachowywane jest w tajemnicy, by finale zrobić 'tadam' i zaskoczyć widza zmyślnością takiego założenia. Fakt faktem powstało już stanowczo za dużo filmów opartych na tym motywie, przez co dochodzi do tego, że gdy scenarzysta nie ma pomysłu, jak spointować usianą absurdami fabułę swojej historii, uśmierca protagonistów dając nam do zrozumienia, że przecież w zaświatach wszytko jest możliwe - a przynajmniej nikt nie może potwierdzić, że nie;) Tu najlepszym przykładem takiego chwytu był "Zapach śmierci" puszczony gdzieś w drugiej fali wysypu produkcji z martwymi bohaterami.

Twórcy "AfterDeath" najwyraźniej przewidzieli, że owo zaskakujące zakończenie obecnie jest już zagraniem standardowym, toteż w czasie trwania seansu skupili uwagę widza na czym innym. Na czym? Ano na tym by bezpiecznie przetransportować naszych umarlaków do nieba.

W związku z powyższym zagadnieniem głównym tematem rozważań w filmie będzie kwestia  grzechu, tego co można mieć na sumieniu by mimo to dostąpić bram raju.

Tu powstaje przestrzeń, w której możemy bliżej poznać protagonistów. Mamy tu tylko jednego faceta, więc zacznę do niego. Seb ma sporo na sumieniu. Chłopak lubi sobie popić i pobzykać, i nie przeszkadza mu, że partnerka jest nieprzytomna. Dalej mamy Pati, której głównym grzechem jest zazdrość, czego tak zazdrości innym, nie powiem, bo to jedna z niewielu niespodzianek w tym filmie. Mamy jeszcze głupiutką acz waleczną Livy, której przewiną jest głównie puszczalstwo, oraz Onie, która grzeszy myślami samobójczymi. Na koniec mamy główną bohaterkę, Robin, która... nie koniecznie ma ochotę dzielić się swoimi winami, a ma za co pokutować.

afterdeath

Jak sami pewnie wywnioskowaliście fabularnie film ten jest mierny. Raz, że wtórny, dwa, że nudny, trzy, że niedopracowany - jeśli już jakiś wątek zaczyna być interesujący, to szybko zostaje porzucany.

Film ma jednak zaletę - podobały mi się efekty. No, dobra nie wszystkie, czarna, demoniczna postać gwałcąca Seb'a to nie szczyt mojego zachwytu, ale za bardzo udane uważam tło wydarzeń i nie chodzi mi o domek, w którym rozgrywa się większość wydarzeń, lecz o to co widzimy na zewnątrz. A są to bezludne połacie ziemi, zatopione w granatowym półmroku, czarne wody morza i upiorne światło latarni, gdzieś w oddali. Gdy nasi bohaterowie wychodzą na zewnątrz wreszcie można odczuć coś na kształt klimatu grozy, niestety ten wątek szybko zostaje porzucony...

afterdeath

Nie bardzo przypadł mi ten film. Głównie ze względu na mało ciekawy pomysł wyjściowy - na mój gust trochę za dużo religijnego biadolenia za mało prawdziwego strachu. Mamy tu zaledwie kilka interesujących elementów, ale jak wspomniałam twórcy nie poświęcają im zbytniej uwagi. Mamy kilka wstawek nieco komediowych, jak wątek wódki, którą nasi bohaterowie chlają hektolitrami, i mimo tych starań nie są w stanie się urżnąć - no, to chyba faktycznie musi być piekło.

Całość w nizinach średniej, nawet jak na debiutantów w pełnym metrażu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

50/100

W skali brutalności:0/10

środa, 20 stycznia 2016

American horror story- Sezon 5 (2015)

hotel

Pierwsze przecieki na temat piątego sezonu sugerowały, że będzie on nawiązywał do konwencji slashera, a w roli głównej Jessike Lange zastąpi Jamie Lee Curtis znana przede wszystkim jako królowa krzyku z "Halloween". Jak się szybko okazało informacje te dotyczyły zupełnie innego serialu, zupełnie nowego projektu pod szyldem "Scream Queens".

Następny soczysty news przedpremierowy głosił, że w obsadzie zobaczymy Lady Gage. Myślałam, że to chory dowcip. Już abstrahując od moich muzycznych upodobań, jak najdalszych od Lady Gagi nie mogłam sobie tego pomysłu zracjonalizować. A tu proszę, faktycznie Lady Gaga zastąpiła Jessikę Lange i jeszcze została doceniona Złotym Globem za tą herezję;)

Z tą herezją to żartuje, bo mimo iż brak Jessiki uważam za błąd producentów, to Lady Gaga poradziła sobie z główną rolą bardzo dobrze. Może powinna zmienić branżę, bo jej teatralny styl sprawdziłby się w jeszcze nie jednym filmowym projekcie, gdzie dziwność jest w cenie.

Najnowszy sezon "American horror story" nosi podtytuł "Hotel", a jego akcja rozgrywa się w starym hotelu w Los Angeles. Tu mogę przytoczy słowa Mike Enslina z "1408": "Pokoje hotelowe z natury są przerażające, bo ilu z gości zmarło, ilu było chorych etc." Pasują one do tematu sezonu jak ulał.

Jak zazwyczaj, twórcy serialu swoja fabułę złożyli z kilku połączonych wątków dotyczących słynnych amerykańskich historii budzących grozę. Jedne z nich można uznać za autentyczne, inne tylko nawiązują do faktów, a jeszcze inne stanowią swoiste legendy.

Główną 'osoba dramatu' jest wampirzyca zwana Hrabiną. To w tą postać wciela się Lady Gaga i na niej skupiamy uwagę przez pierwsze kilka odcinków. Wampiry, jak wampiry nigdy jakoś szczególnie mnie nie kręciły, chyba te z pod znaku XIX wiecznych powieści gotyckich. Podobne wrażenia miałam względem postaci hrabiny, Nie urzekła mnie swoją krwistą seksualnością i mimo iż Lady Gaga poradziła sobie w roli femme fatale to i tak daleko jest do kreacji stworzonych przez Lange. Doceniam ją jednak, bo spodziewałam się istnej katastrofy.

Historia hrabiny jest naznaczoną żądzą władzy, miłością, i krwią. W pewnym momencie pojawia się ciekawe nawiązanie do  postaci amanta wszech czasów i gwiazdy kina niemego Rudolfa Valentino i jego ostatniej żony, Nataszy.

hotel

Idąc dalej trafiamy na legendarnego reżysera Friedricha Murnau i jego wampiryczne zapędy. Facet był posądzany o wampiryzm tak jak Bela Lugosi i ten moty zgrabnie wykorzystali twórcy serialu. Hrabina niejako scala wszystkie wątki, bo to ona decyduje kto trafi do Hotelu 'Cortes'. Wciąż pojawiają się nowi kochankowie, kochanki i ofiary.

W ten sposób na arenę wkracza postać właściciela hotelu Jamesa Marcha, w tej roli znany z wszystkich wcześniejszych sezonów Evan Peters. Postać Marcha nawiązuje do bodajże- tego nikt nie może być pewien - pierwszego seryjnego mordercy Ameryki H.H Holmes'a, który w swoim hotelu w Chicago mordował ludzi, zazwyczaj hotelowych gości.  March jak większość stałych rezydentów hotelu jest duchem, który w noc Halloween zaprasza w swoje skromne progi inne duchy, duchy najsłynniejszych seryjnych zabójców. Tu spotkamy między innymi Gacy'ego, Alien, Ramireza itp.

hotel

Wątek seryjnych morderców jest tu bardzo istotny bo wprowadza nam kolejnego, o dziwno żywego bohatera, agenta FBI, który w Los Angeles tropi zbrodnie 'mordercy od 10 przykazań'. Ten bohater przyniesie nam pewną niespodziankę, i wprowadzi kolejnych bohaterów na planszę. Agent John ma żonę i dwójkę dzieci. Niestety kilka lat temu jego synek Holdem zaginął i ups... pewnego dnia odnalazł się w niezmienionym kształcie w hotelu Hrabiny, jako wampirzątko.

hotel

Z seryjnym mordercom miała też do czynienia jedna z najzabawniejszych i najsmutniejszych jednocześnie postaci dalszoplanowych, mianowicie pokojówka Hazel. Wierna swemu morderczemu Panu nie radząca sobie z tragedią z przeszłości, kiedy to jej syn padł ofiarą zabójstwa. Ona także jest jednym z uwięzionych tu duchów.

Jeśli już o duchach mowa, nie można zapomnieć o zaćpanej Sally, heroinistce, która dokonała żywota w hotelu i od tamtej pory szuka ukojenia swojej samotności w budynku bez wyjścia. Sally dawała sobie w żyłę wraz z Donovanem, dopóki jego niewątpliwa urodą zainteresowała się Hrabina i uczyniła go swoim kochankiem i wampirem.

Wraz z Donovanem poznajemy jego strapioną matkę, która większość życia poświęciła na bezowocne próby wyciągnięcia syna z nałogu. By móc być przy nim zamieszkałą w hotelu i od tamtej pory pracuje jako recepcjonistka- w tej roli widzimy wymęczoną Kate Bates.

hotel

Za ladą recepcji towarzyszy jej, moim zdaniem najsympatyczniejsza postać sezonu, stary transwestyta zwany Liz Taylor lub Cleopatra. Losy wszystkich, tych bohaterów- plus kilku innych których pomijam z braku czasu - łączą siew historii gdzie głównym wątkiem jest życie po śmierci.

Czy ten sezon przypadł mi do gustu? Dosyć, jest na pewno lepszy niż sezon trzeci i czwarty, ale niestety nie zbliża się do wrażeń jakie zafundowały mi dwie pierwsze odsłony serialu.

Sam pomysł na lokalizacje jest tu udany, bo jak wspomniałam, hotele nadają się na siedlisko mrocznych tajemnic, jak żadne inne miejsce. Scenografia, którą stanowi wystrój hotelu jest jednym z najmocniejszych punktów programu.

Martwi mnie tylko jednak rzecz, twórcy coraz więcej uwagi poświęcają formie, a coraz mniej treści. Za dużo tu rozwleczonych scen gdzie ciężko o jakaś treść.

Pierwsze trzy odcinki nie nastroiły mnie pozytywnie i dopiero większe nagromadzenie wątków pobocznych sprawiło, że ta historia zaczęła mnie interesować. Jestem ciekawa, co będzie w następnym sezonie.

Był nawiedzony dom, był szpital psychiatryczny, była szkoła czarownic, był cyrk, był hotel... Może by tak wyszli po za budynki i rozkręcili coś powiedzmy na odludnej drodze? Za miejsce 'przystankowe' mógłby posłużyć upiorny motelik, czy na wpół opuszczona stacja benzynowa.  O Amerykańskich zapomnianych drogach krąży tyle samo legend podszytych zbrodnią co o hotelach, domach i szpitalach. 

Jednakże jak do tej pory jedyny znaleziony przeze mnie news z zagranicznej strony poświęconej horrorom głosi, że nowy sezon będzie nosił podtytuł "Summer Camp" co sugeruje nawiązanie do nurtu camp slasherów.

Czy to prawda, czy plotka, czy czyjeś pobożne życzenie, okaże się.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 7

Klimat: 8

Napięcie: 6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:6

Oryginalność:7

To coś:8

68/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 17 stycznia 2016

The Messengers/ Posłańcy (2007) &

Messengers 2: The Scarecrow (2009)

posłańcy

posłańcy

Dwa filmy z pod jednego szyldu. Różni reżyserzy i scenarzyści, jak to często bywa w przypadku kontynuacji, różne historie z tym samym wątkiem przewodnim. Punktem wspólnym w "Posłańcach" i "Posłańcach 2" jest podupadająca farma, problemy finansowe i zjawiska nadprzyrodzone.

Pierwszy z filmów, dzieło dwóch reżyserów i można w sumie powiedzieć, dwóch scenarzystów, gdyż pierwotnie pierwsza część posłańców miała być oparta na pomyśle, który wykorzystano w drugiej części. Moim zdaniem twórcy jedynki powinni pluć sobie w brodę, bo fabuła proponowana im przez scenarzystę drugiej części była ciekawsza, ale do tego dojdziemy.

Pierwszy z filmów zaczyna się w chwili, gdy rodzina nastoletniej Jess - mama, tata i młodszy brat- przeprowadzają się z Chicago na kompletna prowincję. Resztki pieniędzy jakie im pozostały ładują w kupno zrujnowanej farmy. Ważnym punktem w programie są niesnaski pomiędzy nastolatką, a rodzicami. To jej przewina była przyczyną upadku ekonomicznego rodziny o czym często jej przypominają.

Gdy rodzina wprowadza się do nowego domu starzy całkowicie skupiają się na uprawie słoneczników. Tymczasem nastolatka zaczyna odbierać wiadomości od gości z zaświatów. Ataki nadprzyrodzonych istot stają się coraz bardziej inwazyjne, ale nikt nie słucha niegrzecznej Jess.

posłańcy

posłańcy

Wszystko zgodnie z klasycznym wzorcem. Wszytko płaskie i przewidywalne i tylko zwrot akcji w finale może kogoś zaskoczyć. Niestety nie jest to wystarczająca rekompensata za cała godzinę nudy, słabych efektów i drętwego aktorstwa czołowej bohaterki.

Dwa lata później inny reżyser nakręcił "Posłańców 2" i wykorzystał scenariusz, który pierwotnie miał stanowić fabularną podstawę pierwszego filmu.

Nie mamy tu przeprowadzki, ale kłopoty finansowe odgrywają taka samą, albo jeszcze większą rolę. Ponownie widzimy tu czteroosobową rodzinę farmerów tym razem uprawiających kukurydzę. Ojciec rodziny tonie w długach, a matka szuka wsparcia w ramionach dawnego adoratora.

Pewnego dnia John wraz z synkiem znajduje w szopie starego stracha na wróble. Jego mały synek jest przerażony kukłą i wymusza na ojcu obietnicę, że ten nigdy nie postawi go na polu. Niestety złośliwe ptactwo wyżera plony, a John za namową sąsiada postanawia skorzystać ze strach na wróble. Od tamtej pory los zaczyna się do niego uśmiechać. Wszyscy, którzy byli wrogo nastawieni wobec bohatera zaczynają ginąć, a on sam znajduje na polu wartościowe przedmioty. Jak się okazuje, nie ma nic za darmo.

posłańcy

posłańcy

Druga część "Posłańców" jest znacznie bardziej złożona pod względem fabuły. Pojawia się więcej wątków, a same zjawiska paranormalne nie mają kształtu złowrogich niewyjaśnionych emanacji, lecz są celowe i uzasadnione.

Jak nie trudno zgadnąć sprawa ma związek z tytułowym strachem na wróble. Aktorstwo też jest lepsze, a może po prostu postaci ciekawsze, w każdym bądź razie ogląda się to ciekawie. Nie mamy tu wysypu tanich efektów, ani eskalacji w postaci walki wręcz z demonicznym antybohaterem, co zawsze budzi we mnie niesmak. Jest lepiej, niż w przypadku części pierwszej, co jest dość zaskakujące, bo kontynuacje zazwyczaj są słabsze. Ne mniej jednak moje odczucia względem obydwu filmów są dalekie od zachwytu.

Moja ocena:

Posłańcy: 5/10

Posłańcy:6+/10

piątek, 15 stycznia 2016

The thing from another world (1951)

the thing from another world

W amerykańskiej bazie na terenie Alaski grupa naukowców wyłapuje podejrzany wzrost promieniowania w niedalekiej okolicy. Naukowcy udają się na miejsce i odkrywają pokryty lodem statek kosmiczny. Nie udaje im się bezpiecznie wykopać statku, ale wydobywają z jego wnętrza 'pasażera'. Zabierają go do siebie zatopionego w bryle lodu.

Czekając na decyzje zwierzchników nie wszyscy potrafią wykazać się cierpliwością. Przypadek i nieostrożność prowadzi do tego, że obcy zostaje 'rozmrożony' i o zgrozo, ożywa. Nie jest przyjaźnie nastawiony wobec swoich znalazców.


the thing from another world

Czy ta fabuła Wam coś mówi? I powinna, bo dotyczy pierwowzoru "Coś" Carpentera.

Bardzo chciałam obejrzeć ten film. Porównać go ze znacznie popularniejszym remake. Liczyłam, że sprawa będzie wyglądać podobnie jak w przypadku "Inwazji porywaczy ciał" i jego rozlicznych readaptacji i poniekąd tak jest, z tym, że jestem znacznie mniej zachwycona oryginałem i dostrzegam przepaść między nim a filmem Carpentera.

Jak się okazuje jedynym niezmienionym elementem jest pierwszy człon tytułu i napis w czołówce filmu;) Chyba strasznie spodobał się Carpenterwi.

the thing from another world

Zmieniono nawet miejsce akcji, w remake jesteśmy już na terenie Arktyki. Ale to akurat niuans, bo Alaska prezentuje się tu niemal jak biegun północny.

the thing from another world

Najbardziej zasadnicza równicą fabularną jest sama postać antagonisty z kosmosu. Carpenter widział go zupełnie inaczej.

W filmie Christiana Nyby i Howarda Hanksa obcy jest genetycznym pokrewieńcem rośliny, pada nawet określenie Super Marchewka. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi wcale nie stanowi słabego puntu tego pomysłu.

Według obecnego na stacji badawczej doktora to właśnie ta prymitywna struktura, brak cech zwierzęcych, czy ludzkich przyczynił się do tak zaawansowanego rozwoju tej formy życia i jej cywilizacji. Jakby nie patrzeć to 'Marchewka' przemierzyła kosmos i wylądowała na Ziemi, a nie na odwrót;)

Naukowiec dopatrzył się w tym słabości swojego własnego gatunku i stwierdził, że obcy jest produktem ewolucji, tak jak ludzie z tym, że my mieliśmy pecha i pochodzimy od zwierząt, a on z roślin więc: "Jego rozwój nie był powstrzymywany przez emocjonalne bądź seksualne czynniki."

Pomył Super Marchwi jest więc dość interesujący, gorzej natomiast twórcy spisali się przy wizualizacji tego pomysłu. Obcy wygląda jak... człowiek, jak człowiek w ciasnym kombinezonie. Nic więcej. Atakuje wyciągając przed siebie górne kończyny, porusza się przy pomocy kończyn dolnych. Nie ma w nim nic kosmicznego. Gdy wreszcie mogłam go zobaczyć w ostatnich minutach filmu byłam rozczarowana. Wiem, że w '51 nie było takich możliwości jak dwadzieścia lat później, ale taki sposób zaprezentowania kosmity trącił kompletnym brakiem kreatywności. Już chyba wolałabym żeby z głowy wyrastała mu nać.

the thing from another world

Jak napisałam, starcie z obcym przypada dopiero na ostanie minuty filmu, co więc dzieje się wcześniej? Dzieje się podobnie jak w większości filmów starej daty - dużo gadania. Kiedyś scenarzyście wkładali duży wysiłek w dialogi, bo miały one kolosalne znacznie dla zbudowania całej fabuły. Po prostu trzeba było powiedzieć to, czego nie dało rady pokazać.

Mimo iż taka dysproporcja akcji właściwej i całego wstępniaka może niektórych znudzić, mnie to szczególnie nie przeszkadzało - może to kwestia przyzwyczajenia, bo jednak często oglądam stare filmy.

Mimo, że film mnie nie zachwycił, to warto go obejrzeć chociażby w ramach ciekawostki - co doprowadziło do powstania "Coś".

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 14 stycznia 2016

Planeta Małp - Pierre Boulle

planeta małp

Pamiętam, jak gdzieś między czwartą, a piątką klasą podstawówki po raz pierwszy obejrzałam w telewizji film Franklina J. Schaffnera "Planeta małp". Pamiętam, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił, a scena finałowa ze Statuą Wolności pogrzebaną w piasku na plaży rozrastała się przeraźliwą wizją w mojej głowie. Byłam w szoku.Była to kompletnie inna wizja końca świata niż sobie wyobrażałam. Często myślałam o tym filmie, rozważałam w głowie jego główne założenie i z czasem uznałam, że gdyby faktycznie ludzkość zamienić miejscami w hierarchii ze zwierzętami, to byłaby to sprawiedliwa kara.

Science fiction przestało być absurdalne,  gdyby faktycznie coś w popieprzyło się w łańcuchu ewolucji i to małpy nie ludzie rozwinęły by w sobie inteligencję, czy jest to aż tak absurdalne i niemożliwe do zaakceptowania? Może te małpy myślały by o analogicznej sytuacji to samo - jak człowiek mógłby się rozwinąć?

O tym właśnie opowiada "Planeta małp", powieść francuskiego pisarza Pierre Boulle, która zainspirowała twórców pamiętnego dla mnie filmu.

Szczerze powiedziawszy, jak w wielu wcześniejszych przypadkach nie wiedziałam, że film Schaffnera jest ekranizacją powieści. Trafiłam, ot przypadkiem i wpadłam. Wpadłam jak śliwka w kompot, bo okazało się, że wielbiony przeze mnie film nie umywa się do powieści.

Myślę, że większość z Was go widziała, dlatego spokojnie mogę pozwolić sobie na porównania. Po pierwsze książka jest krótka, albo taką mi się wydawała. Scenariusz w znaczący sposób odbiega od pierwowzoru i niestety, odbiega na minus. Akcja powieści rozpoczyna się w dalekiej przyszłości, kiedy to turystyczne loty w kosmos są już codziennością.

W czasie takiej wycieczki pewne małżeństwo natrafia na dryfującą w kosmosie butelkę z listem w środku. Udaje im się ją 'odłowić' i zaczynają czytać zawartość wiadomości. Jest to opowieść niejakiego Ullissesa, francuskiego dziennikarza ( w wersji filmowej, Tylera, amerykańskiego astronauty), który w czasie wyprawy badawczej w kosmos towarzystwie znanego profesora trafia na nieznaną planetę.

Tam z ogromnym zdziwieniem obydwaj odkrywają podobieństwo owego miejsca do ziemi, z tą tylko różnicą, że tam nie ludzie, a małpy sprawują niepodzielną władzę nad królestwem zwierząt.

Jak pamiętacie z filmu główny bohater wraz z towarzyszem zostaje złapany wraz z dzikimi ludźmi tworzącymi jakiej pierwotne plemię przez armię małp. Wówczas trafia do ośrodka badawczego, gdzie małpy eksperymentują na niższym gatunku - na ludziach. Tu film wiele traci w porównaniu z książką. Opisy autora, dzięki którym zapoznaje nas z życiem na planecie małp i funkcjonowaniem ich społeczeństwa są dużo bardziej szokujące niż to, co zaserwowano w filmie.

planeta małp

Po pierwsze filmowa planeta małp tkwi w epoce średniowiecza. Małpy, co prawda, mają swój system polityczny, ale zarówno pod względem techniki jak i nauki są daleko w lesie. W książce są mniej więcej na takim stopniu zaawansowania cywilizacyjnego, jak ziemianie w końcu XX wieku. Latają w kosmos, mają samoloty, samochody, bardzo zaawansowana medycynę, prowadza badania laboratoryjne i psychologiczne. Wszytko zupełnie jak na ziemi, z tym, że tu rządzą małpy. Ta różnica jest bardzo ważna dla fabuły powieści, bo dzięki temu możemy spojrzeć na małpy niczym w zwierciadło. Oni są tacy jak my. Opisy eksperymentów jakim poddawany jest Ulisses i inni schwytani ludzie są idealnym odwzorowaniem tego, co my robimy. W identyczny sposób badają zachowania osobnicze ludzi w jaki my badamy zachowania zwierząt.

Książka doskonale obrazuje szok głównego bohatera, to jak trudno było mu utrzymać swoją cywilizowaną naturę w pionie i nie dać się ponieść zdziczeniu do jakiego według małp został przeznaczony. Film niejako zbagatelizował kwestię relacji Ulissesa z 'koleżanką z klatki'. W filmie jest nią co najwyżej zainteresowany w książce ... ma z nią dziecko. Z dziką kobietą, która nie potrafi nawet mówić - to jak zoofilia.

Inny jest też finał całej opowieści. Nie twierdzę, że reżyser nie przywalił mi swego czasu po głowie tą Statuą Wolności, nie objawił smutnej prawdy o losach naszej cywilizacji, ale to jak pograł ze mną Boulle jest nie do pobicia.

Książka jest wprost rewelacyjna! Staram się nie krzyczeć na was tymi wykrzyknikami, ale po prostu się inaczej nie da. Forma w jakiej Francuz spisał swoją opowieść też bardzo przypadła mi do gustu. Styl nieco przypominał fantastyczną gawędę, a z drugiej strony szokujący raport naukowy.

Pożarłam tę książkę z apetytem i Wszystkim zalecam umieszczenie jej w swoim czytelniczym menu.

Moja ocena:10/10

środa, 13 stycznia 2016

Perfect Sisters (2014)

perfect sister

Sandra i Beth to dwie nastolatki mieszkające w Toronto. Są urodziwe, oryginalne i zdolne. Jak same twierdzą, jedyną rzeczą, jaka może im przeszkodzić w odniesieniu sukcesu w dorosłym życiu jest ich pochodzenie.

Wraz z młodszym braciszkiem mieszkają w kolejnym wynajętym mieszkaniu, które dzięki rozrywkowemu stylowi życia ich matki szybko zmienia się w melinę. Ich matka przez całe życie piła i sprowadzała do domu kolejnych 'tatusiów', ci dopuszczali się przemocy fizycznej i seksualnej.

Teraz, gdy siostry są już prawie dorosłe postanawiają z tym skończyć. Uciekną z domu? Nie, to by było nie praktyczne. Dziewczęta postanawiają pozbyć się zbędnego balastu na drodze do szczęścia - swojej matki.

Scenariusz "Perfect sisters" został zainspirowany autentyczną historią dwóch małoletnich morderczyń z Kanady, które w 2003 roku zostały skazane za zabójstwo swojej matki. Zrobiły to z pełną premedytacją.

Ich dane są utajnione, obydwie panienki są już na wolności od kilku lat. Pamiętam, że kiedyś oglądałam o nich dokument, gdzie podkreślano wyjątkowe zwyrodnienie małolat.

W filmie Stanleya Brooksa poznajemy tą historię z nieco innej, mniej kategorycznej perspektywy.

Akcja rozpoczyna się od kolejnej przeprowadzki i kolejnej próby ogarnięcia drinkującej mamuśki. Niestety Sandra i Beth widzą, że zakończy się ona klęską. Matka traci pracę i sprowadza do domu kolejnego 'dobrodzieja'. Ten dość bezpośrednio dobiera się do młodszej z sióstr, ale dopiero cios wymierzony z małego braciszka decyduje o tym, że siostry wcielają w życie to, co pozostawało w sferze nieśmiałych rojeń.

Postaci Beth i Sandry są dosyć ciekawe. Obie dziewczyny są bystre, dobrze się uczą. Młodsza bawi się w gotkę, starsza aspiruje do roli ladacznicy. Obydwie mają skłonność do uciekania w fantazje, gdzie spotykają matkę idealną, a ta tuli je w trudnych chwilach.

perfect sister

Starsza, Sandra, jest zdecydowanie bardziej uparta i to ona stanie się prowodyrką zbrodni. Ze względu na wyjątkowo silną więź między nimi, Beth podąża za nią.

Co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne i co wyjątkowo podkreślali twórcy zarówno wspomnianego dokumentu jak i sfabularyzowanej wersji filmowej dziewczyny wcale nie kryły się ze swoimi planami. Wręcz przeciwnie, opowiadały na prawo i lewo o swoich zamiarach, jakby nie traktowały tego poważnie. Ich wyjątkowo infantylne podejście do zbrodni sprawiło, że cała szkołą dowiedziała się o ich zamiarach. Dwoje znajomych zostało bezpośrednio zaangażowanych w sprawę, uczestniczyło w planowaniu. Istny absurd.

Po dokonanym morderstwie, upozorowanym na wpadek, panny doskonale się bawiły, nie miały żadnych wyrzutów sumienia. Sandra na prawo i lewo opowiadała o tym jak załatwiła mamuśkę. Wśród rówieśników cieszyły się uznaniem, nikomu nie przyszło do głowy żeby zgłosić sprawę na policji. No, tak, prawie nikomu...

Gdyby nie to, że jest to historia autentyczna ciężko byłby mi zaakceptować i uwierzyć w tak absurdalny ciąg filmowych wydarzeń.

Cała opowieść pobrzmiewa dość lekkim tonem, jakby to był zwykły film o kryzysie w dojrzewaniu nastolatek. Brakuje tu autentycznego dramatyzmu, bo przecież zabicie własnej matki, okoliczności, które popchnęły do tego bohaterki, są dramatyczne. Myślę jednak, że takie właśnie było założenie twórców. Pokazanie zbrodni w świeci dzieciaków, gdzie wszytko jest pretekstem do zabawy. Niestety nasze małolaty nie mogły zgarnąć zabawek i wynieść się do innej piaskownicy kiedy ta okazała się zbyt zasrana. Wpadły i dopiero wtedy dotarło do nich, że wszystko stało się na prawdę.

perfect sister

W główne bohaterki wcieliły się dwie aktorki młodego pokolenia. Sandrę zagrała Abigail Brenslin, którą od debiutu w czasach dzieciństwa często możemy oglądać w filmach. Jak najbardziej dała radę w tej dość złożonej roli i z pewnością przysłużyła się postaci Sandry. Beth, czyli Georgie Hanley była mi natomiast zupełnie obca. Grywała co prawda w filmach, ale były to raczej baśniowe opowieści. Grała tu drugie skrzypce, bo Abigail przejęła szturmem cały film, pewnie też ze względu na większą siłę przebicia jej postaci, ale też za sprawą większego aktorskiego doświadczenia.

Film został sklasyfikowany jako dramat/thriller i to chyba najlepsze rozwiązanie bo jednoznaczne wyłonienie gatunku byłoby trudne.

"Perfect sister" opowiada historię małoletnich zabójczyń nie wskazując jednoznacznie kogo należy tu potępić. Antybohaterzy są jednocześnie ofiarami i oprawcami.

W rozmowach dziewcząt często pojawiało się jedno zdanie: co by było gdyby... No, cóż ostatecznie musiały sprawdzić, co by było.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa;8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 12 stycznia 2016

Chained (2012)

chained

Mały Tim i jego mama wracają właśnie z kina, gdy padają ofiarami porwania. Oprawcą jest taksówkarz, który wywozi kobietę i jej dziewięcioletniego syna do swojego domu na odludziu. Mężczyzna morduje kobietę, ale oszczędza chłopca.

Tak zaczyna się jego wieloletnia gehenna. Bob nadaje mu nowe imię 'królik' i przydziela rolę niewolnika. Pasie go na łańcuchu, na tyle długim by bez problemu mógł wykonywać obowiązki kury domowej i osobistego grabarza, który 'sprząta' po imprezach z paniami i na tyle krótkim by nie mógł uciec. Bob ma swoje plany względem chłopaczka i gdy ten dorośnie do wieku młodzieńczego psychopata przedstawi mu jego nowe obowiązki.

chained

Nie wiem czemu wcześniej ominęłam ten film. Pewnie odstraszył mnie jego opis w sieci. Teraz mogę powiedzieć, że gdybym nadal go ignorowała byłbym stratna o jeden całkiem przyzwoity thriller o psychopatycznym mordercy.

Film nie jest szczególnie popularny toteż wielu z Was również mogło na niego nie natrafić. Nie jest to taki typowy straszak z zabójcą w roli głównej. Mimo swojego początku nie idzie s stronę slashera czy torture porn. W zasadzie nie uświadczymy tu brutalności sygnowanej krwią, a jeśli już to nie jest jej tyle by można było mówić o wizualnej makabresce.

Większość akcji śledzimy oczyma porwanego Tima, a ten nigdy nie był naocznym świadkiem żadnego z zabójstw. Niczym lokaj otwierał drzwi mrocznej pieczary, gdzie gnieździł się jego 'pan', widział jak ten wlecze kolejne kobiety do swojej sypialni, słyszał krzyki - między innymi krzyki własnej matki, sprzątał krew z materaca, grzebał w piwnicy zwłoki. Mnie to wystarczyło by wyrobić sobie bardzo określoną opinię o jego sytuacji.

chained

W "Chained" bardzo ważną role odgrywa wątek psychologicznej więzi między Bobem i jego króliczkiem, króliczkiem można by rzecz doświadczalnym, jeśli spojrzeć na zamiary Boba z dalszej perspektywy.

Tytułowy łańcuch jest tu symbolem. Bob często nawiązuje do łańcucha pokarmowego, zaznaczając rolę królika w ich małym ekosystemie. Królik dojada jego resztki z obiadu, jest jego prywatną ofiarą, w każdej chwili może zostać 'pożarty' przez psychola, jest ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego.

Gdy chłopiec dorasta, bo niestety spędzi w loży na łańcuchu kilka ładnych lat, Bob stara się wywołać u niego coś na kształt gatunkowej ewolucji, by nie był już królikiem, lecz wilkiem.

Jeśli przyjrzymy się wspomnieniom z wyjątkowo chujowego dzieciństwa Boba możemy już domyślić się do czego zmierza. Chce przedłużyć łańcuch, łańcuch patologii. Może w ten sposób chce udowodnić samemu sobie, że w odpowiednich warunkach środowiskowych z każdego można zrobić dewianta.

chained

Ten łańcuch to też symbol więzi między oprawcą i ofiarą. Jest nam sugerowane, że między Bobem a Timem nawiązała się ambiwalentna relacja. Bob bywał dobry dla Tima, nigdy go nie bił, czasem rzucił mu wafelka na pożarcie, pozwalał wraz z nim oglądać telewizję. Tim nauczył się żyć w tej relacji. To wyjątkowo przygnębiające.

Finał tej historii przyniesie nieoczekiwany zryw akcji. O ile przez większość czasu scenarzysta dłubał nad psychologią postaci i ich relacji o tyle pod koniec zafundowano nam wzrost napięcia i nie małą, wierzcie mi, nie małą niespodziankę.

Forma w jakiej opowiedziana jest na historia z pewnością znajdzie swoich oponentów. Dla niektórych powolne budowanie 'nowego świata Tima' może być nużące, zwłaszcza, że brak tu jednoznacznych bodźców, które naprędce wywołają przerażenie.

Mamy mocny wstęp i mocny koniec, zaś cały środek filmu, jego najdłuższa partia to mozolne taplanie się w brudzie. Cóż jeszcze? Mamy tu w zasadzie tylko dwóch bohaterów. Kobiety pojawiają się i migiem znikają w piwnicy, więc cały ciężar budowania tej historii spoczywa na dwóch postaciach. To właśnie lubię. Mimo iż szanuję formułę rąbanek, typu camp slashery, gdzie mamy do czynienia nie tyle z serią zabójstw co z masowym mordem, to nie jestem w stanie ogarnąć tej bandy przyszłych trupów, nie zdołam nawet zakodować imion, a już leżą i gniją. Tu mamy szanse rozsmakować się w pojedynku ofiary i mordercy, a ich relacja nie jest jednoznaczna i oczywista.

Wizualnie film wypada dobrze, jak wspomniałam nie jest brutalny w dosłownym tego słowa rozumieniu, góruje przemoc psychiczna, nie rany fizyczne. Co ciekawe dom oprawcy wcale nie wygląda jak loch sadysty, raczej jak mieszkanie kogoś bardzo samotnego. Scenografia jest bardzo oszczędna. A aktorzy? Dla mnie jak najbardziej spełniający oczekiwania, choć nie zapadli mi w pamięć w żadnych wcześniejszych rolach.

Moja opinia jest więc, jak najbardziej pozytywna.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięci:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

69/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 10 stycznia 2016

Anguish (2015)

angish

Nastoletnia Tess mieszka wraz z matką. Dziewczyna ma poważne problemy psychiczne i od lat jest faszerowana psychotropami. Po przeprowadzce do nowego domu chorobowe objawy u nastolatki nasilają się. Lekarze nieśmiało przebąkują o zaburzeniach dysocjacyjnych, a tymczasem Tess zrywa się z domu i udaje do mieszkającej w sąsiedztwie księgarki, która niedawno straciła w wypadku jedyne dziecko.

Opis filmu na jaki trafiłam w sieci z miejsca nastawił mnie do tego filmu negatywnie. Kolejna nastolatka w sidłach diabła... Jednakże, jak szybko przekona się każdy, kto zdecyduje się na seans z "Angiush" zupełnie nie o to tu chodzi.

Zastanawiam się, czy zdradzać Wam o co tak naprawdę biegnie i co dzieje się z Tess, z pewnością byłby to zachętą, ale z drugiej strony odbierze Wam frajdę powolnego sądowania i samodzielnego poznania tajemnicy.

Dla tych, którzy film już widzieli SPOILER: W rzeczywistości przypadłość Tess nie ma nic wspólnego z diabelskimi mocami, ani zaburzeniami osobowości. Tess jest medium, coś jak Dorothy Milles z "Egzorcyzmów Dorothy Miles" z tym, że nad Tess kontrole przejmuje jeden zmarły, jest nią Lucinda, zmarła nastolatka, córka wspomnianej wcześniej księgarki.

W jakiś sposób Lucy zajmuje miejsce Tess, jak to było w starszym już obrazie "Audrey Rose", gdzie w ciało dziewczynki weszła dusza jej poprzedniego wcielenia. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Tess wcale nie ma ochoty wracać do swojego życia, do swojego ciała. Ma już dość prochów i szpitali, ma dość własnej matki i nieobecnego wciąż ojca. KONIEC SPOILERA.

Zanim zorientujecie się o co chodzi w całej tej historii mają szansę przekonać Was do niej inne jej zalety. Fabuła bardziej przypomina psychologiczny dramat niż horror, gdyby nie wstawki z odpałami nastoletniej Tess.

angish

Wszytko rozkręca się powoli, od głosów aż do pełnej eskalacji obłędu, ale bez lewitacji, czy rzygania na zielono. Wszytko jest tu bardzo ostrożne.

Moją uwagę przykuło pierwsze z serii dziwnych zjawisk, czyli scena, w której Tess obserwuje swój dom i znienacka w szybie okna ukazują się dłonie, cała masa dłoni. Takich smaczków będzie więcej, ale nie sądźcie że film będzie wyładowany paranormalnymi zdarzeniami aż po sufit na każdym centymetrze filmowej taśmy. Nic z tych rzeczy, większość dziwnych zdarzeń jest łatwa do przeoczenia, bo z pozoru są pozbawione tej typowej niesamowitości.

angish

Ktoś mógłby powiedzieć, i pewnie niektórzy to zrobią, że temu filmowi brakuje rozpędu. Osobiście, przyzwyczajona do bardzo wyraźnego schematu wstęp, rozwiniecie, punkt kulminacyjny i zakończenie miałam wrażenie, że cały czas tkwię we wstępnie. Ta fabuła nie biegnie, tylko się przekrada.

Mamy tu więc obraz bardzo stonowany, powolny, nie dla amatorów wartkiej akcji. Ma ujmujący, dość dramatyczny nastrój, przygnębia, choć odrobina grozy też się znajdzie, ale na pewno nie w mainstreamowym rozumieniu.

No, cóż, dla mnie miła niespodzianka. Co ciekawe film jest w pewnym sensie reżyserskim debiutem, bo nakręcił go facet, który do tej pory zajmował się głównie produkcją i w ten sposób dorobił się na swoim koncie kilku zacnych tytułów filmów grozy.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

To coś:7

Oryginalność:7

69/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 09 stycznia 2016

4 horror tales: Nebeonjjae cheung/

Zakazane piętro (2006)

zakazane piętro

"Zakazane piętro" to kolejna część koreańskiej serii filmów grozy na podstawie scenariuszy Il-han Yoo, "4 horror tales". To powieść o samotnej matce, która wynajmuje mieszkanie w apartamentowcu dla siebie i swojej pięcioletniej córeczki.

Budynek sprawia nieciekawe wrażenie, mimo powierzchownej dbałości o estetykę. Nastrój tam panujący mocno przygnębia i jak się okazuje ma zły wpływ na córeczkę głównej bohaterki. Mała całymi dniami nasłuchuje dziwnych odgłosów, które jak mniema jej matka dochodzą od sąsiadów z niższego piętra. Jak sądzi mieszka tam ponury typ wraz z żoną i synkiem. Wkrótce jednak okazuje się, że kobieta i jej dziecko od dawna nie mieszkają w tamtym mieszkaniu, bo ... nie żyją.

zakazane piętro

Zakazane piętro uważam za projekt średnio udany, z tego względu, że za bardzo rzuca się w oczy podobieństwo do "Dark Water". Mamy samotną matkę, która wprowadza się z małą rezolutną córeczką do apartamentu, gdzie ... straszy.

W "Dark Water" niepokojące wydarzenia miały miejsce u sąsiadów z góry, nie z dołu. Wszytko wiąże się of course ze śmiercią w sąsiedztwie i to napędza nadprzyrodzone zjawiska. Aż tak duże podobieństwo jest moim zdaniem czymś więcej niż inspiracją.

Scen stricte strasznych raczej tu nie uświadczymy, choć kilka zgonów w okolicy uatrakcyjni fabułę. Z założenia historia miała być zaskakująca, ale niestety każdy kto oglądał wspomniane "Dark water" od razu doda dwa do dwóch. Mamy tu więc klasycznie zagrany motyw zemsty zza grobu.

Jedyną innowacją jest wątek 'zakazanego piętra', czyli zjawisk nadprzyrodzonych do jakich dochodzi na teoretycznie nie istniejącym piętrze. Gdyby skupiono się na tym mogłoby być dużo ciekawiej, a tak mamy takie nic specjalnego.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

47/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 08 stycznia 2016

Rok Wilkołaka - Stephen King

rok wilkołaka

I znowu mamy Kinga. I tym razem sięgnęłam po jedną z jego krótszych książek w tak zwanym 'miedzy czasie'. Padło na jedna z najcieńszych powieści, którą spokojnie można by zakwalifikować jako obszerniejsze opowiadanie.

"Rok wilkołaka" składa się z dwunastu niewielkich objętościowo rozdziałów, z czego każdy opowiada o wydarzeniach do jakich doszło w czasie każdego z dwunastu miesięcy roku. Skupiamy się w nich w zasadzie na jednej tylko nocy, nocy na którą przypada pełnia księżyca.

To właśnie wtedy jeden z mieszkańców małego miasteczka Tarker Mills zmienia się w krwiożerczą bestię znaną nam jedynie z legend. King celowo na te noce obrał ważne z kalendarzowego punktu widzenia daty, jak walentynki czy 4 lipca. To właśnie w czasie tych wieczorów jeden z mieszkańców Tarker Mills żegna się z życiem w wyniku ataku wilkołaka.

King pokrótce przedstawia sylwetkę danej postaci po czym uśmierca ją dając obraz działalności wilkołaka. Nie wiemy kim on jest, choć pierwsza wskazówka pojawia się w okolicy maja. Dopiero u schyłku roku potwór zostaje zdemaskowany. King podkreśla, że potworem jest ktoś, kogo nikt by nie podejrzewał i daje mu to pretekst do poruszenia kwestii dwoistości ludzkiej natury.

Nie od dziś wiemy, że cykl księżyca wpływa na fizjologie i psychikę ludzi. Ja na ten przykład nie mogę spać w czasie pełni. Jak widać, mogło być gorzej, bo mogłabym zmienić się w cuchnącego wilkołaka;)

Szczęśliwie autor nie bawi się w dociekania na temat przyczyn zjawiska wilkołactwa, wilkołak po prostu jest, jeden z mieszkańców staje się nim i nie towarzyszyło temu wydarzeniu ukąszenie przez innego wilkołaka, czy klątwa rzucona przez cygankę.

Wilkołaki nie są moimi ulubionymi postaciami z krainy strachu, ale książkę Kinga przeczytałam z przyjemnością, być może ze względu na prostotę z jaką podszedł do tematu.

Powieść została wydana w 1983, więc należy do grona starszych 'Kingów' po które ostatnimi czasy często sięgam, co żeby przypomnieć sobie podstawówkowo- gimnazjalne fascynacje.

Książeczkę oczywiście polecam jeśli macie chęć na szybką piłkę, przeczytanie jej nie zajmie Wam dużo czasu. Na podstawie tej historii, w dwa lata od wydania powieści powstał film "Srebrna kula" i jeśli pamięć mnie nie myli nie miałam okazji go obejrzeć.

Moja ocena:6+/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl