What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
sobota, 18 listopada 2017

Sil-jong aka Missing (2009)

missing

Hyeon-a wraz ze swoim chłopakiem odwiedzają małą restaurację na prowincji. Jej właścicielem jest niejaki Pan-kon, który od razu wzbudza podejrzenie dziewczyny. Nie spodziewa się ona jednak, że starszy mężczyzna o przebiegłym spojrzeniu jest seryjnym mordercą, a ona będzie jego trzecią ofiarą. Podczas gdy Hyeon-a przeżywa katusze więziona przez Pan-kon, jej siostra  Hyeon-jeong rusza na jej poszukiwania.

"Missing" to jeden z nieco starszych koreańskich thrillerów. Mimo, że zostaje w tyle za moimi faworytami jeśli chodzi o kino koreańskie, to nadal jest to bardzo udana produkcja, którą muszę Wam polecić. Jest jednocześnie jedną z brutalniejszych.

Temat popularny - seryjny morderca. W tym przypadku fabuła czerpie nieco z autentycznej historii pewnego siedemdziesięcioletniego rybaka, który u schyłku swego żywota rozpoczął morderczą karierę, zabijając trzy kobiety.

Film można podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na postaci pierwszej z sióstr, młodszej, rozrywkowej Hyeong-a, która jest przetrzymywana przez zwyrodnialca. Tu poznajemy jego zbrodniczy kunszt, jego sadystyczne upodobania. Nie obejdzie się bez drastycznych scen, gwałt, etc.

missing

Druga połowa filmu jest poświęcona działaniom, starszej z sióstr, tej odpowiedzialnej i rozważnej. Dziewczynie dość szybko udaje się ustalić gdzie mniej więcej słuch o jej siostrze zaginął, ale na niewiele się to zdaje, bo miejscowa policja nie dostrzega przesłanek o popełnieniu przestępstwa. Hyeong-jeong można rzec bierze sprawy w swoje ręce i tak dochodzi do niezbyt szczęśliwej konfrontacji z psycholem.

missing

Jak na solidny thriller przystało, nie zabraknie tu napięcia. Scenariusz nie patyczkuje się z bohaterami, więc happy end jest tu bardzo wątpliwą sprawą. Aktorzy dają radę, choć pewne manieryzmy typowe dla Azjatów są tu bardziej widoczne niż w młodszych filmach z tego kraju. Na prowadzenie wysuwa się tu Seong-kun Mun, który mógłby wiele nauczyć innych filmowych zboków. Film raczej z kategorii tych mocniejszych więc przestrzegam.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

64/100

W skali brutalności:5/10

czwartek, 16 listopada 2017

Like. Share. Follow (2017)

like share follow

Młody chłopak imieniem Garret prowadzi popularny videoblog, w którym dzieli się swoim prywatnym życiem z widzami.

Pewnego dnia poznaje  na mieście sympatyczną dziewczynę, z którą szybko ląduje w łóżku. Nazajutrz panna wyznaje mu, że jest fanką jego działalności w sieci, zakochała się w nim za pośrednictwem internetu i specjalnie dla niego zmieniła miejsce zamieszkania. Garret jest lekko przerażony sytuacją i postanawia wymiksować się z tej znajomości. Okazuje się, że nie jest to takie proste, bo FanGirl nie zamierza odpuścić.

"Like Share. Follow" wprowadza nas w świat internetowego ekshibicjonizmu i przestrzega przed nieostrożnym dzieleniem się swoją prywatnością. Takie teraz czasy, że każdy może zostać celebrytą jeśli wystarczająco się obnaży i nie dotyczy to koniecznie świecenia gołą dupą w sieci, a raczej wpuszczania obcych ludzi do swojej 'głowy'. Tak też czynił nasz bohater, Garret.

Przejęty swoją popularnością, jest pewien, że udało mu się nawiązać więź z milionem ludzi, którzy śledzą jego internetowe wynurzenia. Przez myśl nie przechodzi mu, że wśród nich mogą być jednostki niebezpieczne.

like share follow

like share follow

Mimo, że film porusza ważny, można rzec temat, nie robi tego w zbyt atrakcyjny dla odbiorcy sposób. Bardzo szybko wszytko staje się nazbyt oczywiste, a błędy popełniane przez bohaterów sprawiają, że przestajemy wierzyć w ich zdolność logicznego myślenia. Nie mniej jednak nie skreślam tej historii całkowicie. Jestem na bakier z nowymi trendami w internecie, nie śledzę żadnego kanału na youtube i nie wierzę w moc internetowych znajomości. Świat Garreta całkowicie osadzony w cyberprzestrzeni był więc dla mnie pewną ciekawostką, bo jak można tak funkcjonować?

Fabuła filmu mimo że sili się na mądre przesłanie, nie prezentuje wyżyn intelektualnych. Jest prosty i raczej nie wymagający. Do obejrzenia bez zgrzytów, ale i bez zachwytów.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 14 listopada 2017

Tallon Falls (2017)

tallon falls

Czwórka znajomych,Sean, Lyndsey, Lance i Ryder udają się na rekreację do stanu smażonych kurczaków. Na małej stacji benzynowej wpadają na informację o lokalnej atrakcji, Domu Grozy. Jak się okazuje przybytek cieszy się ogromną popularnością. Młodym udaje się jednak dostać bilety i tak wkraczają do świata niezwykle realistycznego horroru. Nie wiedzą jednak, że ich wejściówki, są, można rzec, vipowskie i gwarantują dodatkowe atrakcje.

"Tallon Falls" będący owocem pracy nikomu nieznanego debiutanta niestety nie grzeszy oryginalnością. Niektórzy porównują go do serii "Hostel", ze względu na przynależność do gatunku torture porn, gdzie turyści padają ofiarą nietypowej, lokalnej rozrywki, ale to porównanie może okazać się o wiele nad wyrost, jeśli chodzi jakość obydwu produkcji. Ponadto "Hostel" był chyba pierwszym horrorem ukazującym w taki sposób motyw handlu ludźmi. Mogę się oczywiście mylić, ale nic takiego sobie nie przypominam.

"Tallon Falls" w swoim zamyślę do złudzenia przypomina "The House of October Bullit", czyli horror gdzie grupa młodych ludzi poszukuje wrażeń w Domach grozy, aż kończą jako ...eksponaty. Tu mamy w zasadzie to samo, z tym, że wizyta naszych bohaterów w upiornym przybytku jest dziełem przypadku.

Fabuła, jak na torture porn przystało skupia się na zaprezentowaniu tortur. Nasi bohaterzy, goście w domu grozy, przechadzają się korytarzami i oglądają utkwione za szybami przedstawienia. Oczywiście są przekonani, że to lipa. Lance z zapałem zadaje kilka strzałów prądem człowiekowi uwięzionemu na krześle elektrycznym, doskonale się przy tym bawiąc i będąc pewnym, że to tylko aktorski pokaz.

tallon falls

tallon falls

Myślę, że każdy widz w tym momencie już doskonale wie, że tak nie jest. Mnie lampka zapaliła się w momencie, gdy protagoniści stojąc w niemożebnie długiej kolejce po bilet zostają przepuszczeni, przez jednego z organizatorów, po tym jak mówią, że przyjechali z daleka.

Sami zainteresowani, zaś nie prędko zorientują się o co chodzi, nawet znalezisko z pokaźną stertą nagrań snuff nie poprowadzi ich na właściwe tory myślowe. Wkrótce wylądują w klatce i wkrótce zacznie się jatka.

Jatka całkiem udana jak na standardy kina niskobudżetowego. Tortury są ostre i efektowne. Fani tego rodzaju widoków, będą mieli na czym zawiesić oko. Wrażliwcy z niesmakiem pokręcą głowami. To w tym momencie akcja znajdzie kulminację. Oczywiście jedyna myślą tych, którzy jeszcze nie zostali zakatowani jest, jak stąd uciec. Obraz ucieczki, który powinien być przyczółkiem największego napięcia najbardziej nuży i irytuje brakiem logiki.

Efekt finalny jest cokolwiek średni. Technicznie nie wygląda to źle, ale zabrakło oryginalnych pomysłów, zakończenie zwykła kalka. Nawet wygląd oprawców, zwierzęce maski są wtórne do porzygu. Nie znalazłam tu wiele dla siebie.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:4/10

niedziela, 12 listopada 2017

Road Games/ Autostopem po śmierć (2015)

road games

W czasie podróży po Francji Jack bezskutecznie próbuje złapać, gdy na poboczu pojawia się samochód z szamoczącymi się pasażerami. Jedną z nich okazuje się Veronique. Jack ratuje ją z rąk agresywnego kierowcy. Okazuje się, że dziewczyna też podróżuje autostopem, więc postanawiają połączyć siły w wędrówce.

Złapanie stopa w tej okolicy wcale nie jest łatwe, tabliczki na poboczu ostrzegają przed zabieraniem nieznajomych a gminna wieść niesie, że od jakiegoś czasu w tej okolicy grasuje morderca.

W końcu młodym udaje się złapać podwózkę, nie mniej jednak zachowanie kierowcy, który postanawia ugościć podróżnych w swoim domu, nie należy do zwyczajnych.

"Road Games" to mało znany thriller mało znanego twórcy. Raczej nie zaskarbił sobie sympatii widzów, jak wnoszę po ocenach filmu w sieci. Ze wspomnianymi ocenami nie do końca mogę się zgodzić, bo mimo iż zdecydowanie nie jest to kino z wyższej półki to przekonało mnie dość świeżym podejściem do oklepanego tematu. Pamiętacie "Wyspę strachu" z Milą Jodovic? Tu stosowane są podobne wybiegi, na tej zasadzie, że ni cholery nie wiadomo kto poluje na kogo. Mimo iż pogrywanie z widzami za pomocą twistów fabularnych to stała praktyka thrillerów, to tu wyjątkowo się to udało. Może to za sprawa niepozorności tego filmu odzwierciedlonego w jego formie.

Pomysłowy zamysł główny jest najmocniejszym elementem produkcji, choć początkowo  niewiele na to wskazywało.

road games

road games

Nastrój filmu opiera się na jego minimalizmie. Mamy tu niewielu bohaterów, ale ich charakterystyki są bardzo ‘żywe’, trochę groteski, trochę schizu. Tempo akcji jest dość nierówne, ale dostosowane do stylu narracji.

Całość jest całkiem oryginalna i mile się ją ogląda, jeśli nie lubujecie się w mainstreamie i przychylacie się do mniej komercyjnych produkcji.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 listopada 2017

Must alpinist/ Widmo z gór (2015)

must alpinist

Grupa estońskich studentów wyrusza w kilkudniową podróż ku Syberyjskim górom celem znalezienia najlepszych okazów nefrytu. W drodze nie obywa się bez problemów. Słabo przygotowani młodzi ludzie i nieprzyjazne okoliczności przyrody to niezbyt fortunne połączenie. W końcu jeden z bohaterów znika bez śladu, a pozostali są zmuszeni szukać pomocy w pobliskiej wiosce.

"Must alpinist" to mój pierwszy estoński horror w historii bloga. Zabrałam się więc do niego z ciekawością. Tak się złożyło, że trafiłam na produkcję debiutanta, pozbawioną profesjonalnego szlifu i ograniczoną niewielkim budżetem. Nie daje mi więc to wiarygodnego obrazu estońskiego kina grozy, bo wiadomo, że niskobudżetówki zwykle mierzy się inną miarą.

Fabuła filmu ma opierać się na autentycznych wydarzeniach z lat osiemdziesiątych kiedy to grupa studentów, głównie geologii, ale trafił się też biolog i studentka medycyny wybrali się na wyprawę badawczo- poszukiwawczą do odległej Syberii. Historię relacjonuje nam jeden z jej uczestników, który wspomina po latach przerażające wydarzenia.

must alpinist

Ile w tym wszystkim prawdy trudno powiedzieć, bo nie udało mi się znaleźć żadnego wiarygodnego źródła. Obstawiałam jednak, że będę mieć tu do czynienia z filmem pokroju "Tragedii na przełęczy dialatowa" i po części tak jest.

Nasi bohaterzy ą kiepsko przygotowani, nie łączą ich więzy przyjaźni, a indywidualne oczekiwania wobec wyprawy różnią się. Dość chaotyczne prowadzenie narracji sprawiło, że nie zdołałam zbyt dobrze przyjrzeć się jej bohaterom nie mogę jednak odmówić kreacjom aktorskim naturalności.

Nie znaczy to jednak, że mogę nazwać ich warsztat dobrym. Nikt chyba szczególnie nie analizował tego, kto ma być kim w tej historii i jaką rolę miał do odegrania. Scenariusz też zdaje się iść na żywioł, bo brakuje tu konsekwencji i jakiegoś logicznego ciągu zdarzeń.

Ten wszechobecny chaos dodaje filmowi absurdalnego wymiaru, co można dodać na plus bo z absurdalną historią mamy tu do czynienia. Bo co tu mamy?

Mamy lokalną legendę o alpiniście, który zaginął i od tej pory powraca jako widmo bez twarzy. Mamy zaginięcie jednego z bohaterów, najprawdopodobniej zakopanego w śnieżnej lawinie. Mamy podejrzenia względem jego kolegów kończące się wzajemnymi oskarżeniami. Wszystko to w małym radzieckim miasteczku gdzie największą władzę ma zblazowany komunista na stanowisku stróża prawa. Zamieszanie jakie tu powstaje można posumować słowami 'burdel na kółkach', ale ma to swój urok.

must alpinist

Tak, w jakiś sposób to dziwowisko przetrzymało mnie przed ekranem i teraz wspominając seans uważam go za ciekawe doświadczenie. Wydaje mi się jednak że braki jakie obiektywnie prezentuje ta produkcja mogą ja pogrzebać w oczach większości widzów, więc nikomu go usilnie nie zamierzam polecać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

53/100

W skali brutalności: 1/10

środa, 08 listopada 2017

Babysitter (2017)

babysitter

Dwunastoletni Cole, wrażliwy i sympatyczny chłopiec po raz kolejny zostaje sam w domu pod opieką swojej ulubionej opiekunki, nastoletniej Bee. Za namową koleżanki z sąsiedztwa postanawia sprawdzić co też jego starsza przyjaciółka porabia gdy jej podopieczny już zasypia. Okazuje się, że przypuszczenia jego małej kumpeli są niczym wobec przerażającej rzeczywistości. Podglądając Bee w czasie zabawy z zaproszonymi do jego domu przyjaciółmi odkrywa prawdziwe, przerażające oblicze swojej opiekunki.

"Babysitter" to kolejna utrzymana w konwencji horroru komediowego propozycja od Netflixa. Podobnie jak "Little evil" w moim przypadku przyniósł on więcej rozczarowania niż uciechy. O grozie nawet nie wspominając. No, dobra, może nie był tak zły jak poprzednia Netflixowa produkcja w tym klimacie, bo w przeciwieństwie do "Little evil" nie przerwałam seansu, ale żeby powiedzieć o satysfakcji z filmu to dużo jeszcze brakuje.

Fabuła filmu opiera się na absurdzie. Dwunastolatek zadurzony w swojej niani postanawia ją poszpiegować. Jest przekonany, że jego przyjaciółka nie jest taka jak inne nastoletnie nianie. Na pewno nie sprowadzi do domu chłopaka ani pijanych znajomych. Chłopak się rozczaruje srodze. Tu zaczyna się absurd.

babysitter

Pojawia się motyw satanizmu, ale obleczony w taką groteskę, że na grozę wynikającą z faktu obcowania z mrocznymi siłami nie mamy co liczyć. Jest krwawo i wesoło. Czarny humor i brak konsekwencji w scenariuszu, kiedy już na dobre zostają puszczone wodze fantazji. Seria, w założeniu zabawnych, scenek, dużo krwi i zamieszania i to tyle.

Jak dla mnie to licha oferta, choć przyznam, że film ma swojej zalety. Po pierwsze nie wymaga absolutnie żadnego wysiłku umysłowego, po drugie technicznie jest sprawnie zrobiony dzięki czemu miło się na niego patrzy. A aktorka wcielająca się w Bee też bardzo fajna sztuka i nawet posiadająca jakieś zdolności aktorskie - na standardy tego typu kina akuratne.

babysitter

Oglądajcie jeśli taka wola, ale pomijając tę produkcję nie będziecie szczególnie stratni.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 05 listopada 2017

HEX - Thomas Olde Heuvelt

hex

Black Springs to kilkutysięczne miasteczko leżące nad rzeką Hudson. Nie różni się niczym od innych amerykańskich miasteczek. Po za tym, że ciąży nad nim całkowicie realna klątwa.

Tak w Black Springs, jak i w wielu amerykańskich miasteczkach purytanie lubowali się w tropieniu zła. W siedemnastym wieku upatrzyli je sobie w osobie Katherine Van Wyler samotnej matki, którą w okrutny sposób pozbawiono życia. Z tym, że Katherine wróciła i teraz każdego dnia przypomina mieszkańcom Black Spring o tym co uczynili ich przodkowie.

"HEX" Thomasa Olde Heuvelta po raz pierwszy ukazała się w 2013 roku w jego rodzimej Holandii.Popularność książki sprawiła, że postanowiono wydać ją za oceanem. Nie wiedzieć czemu autor dostosował się do szturmu za oceanem nie tylko zadbawszy o przekład językowy, ale też o zmiany fabularne.W oryginalnej wersji powieści akcja rozgrywa się w Europie, w ojczyźnie pisarza. Szkoda, że polski przekład to już zamerykanizowana wersja powieści, ale mniejsza z tym.

Tytuł "HEX" pochodzi od nazwy organizacji zajmującej się ochroną tajemnicy Black Springs. Mieszkańcy Black Springs w obawie o konsekwencje jakie mogły by wiązać się z interwencją osób z zewnątrz - których zresztą już mieli okazję doświadczyć - ukrywają fakt, że są jeńcami we własnych domach. Nikt kto zamieszka w Black Springs nie może go już opuścić. Może próbować, ale klątwa rychło zmusi go do powrotu. Jak? Za sprawą wizji, głosów, szeroko pojętych halucynacji, które skutecznie doprowadzają do samobójczej śmieci każdego kto postąpi wbrew woli Wiedźmy.

A Wiedźma, cóż, jest całkiem obecna w codziennym życiu mieszkańców, spaceruje ulicami, znienacka pojawia się w ich domach. Skutecznie obezwładniona łańcuchami, z zaszytymi oczami i ustami jest prawie niegroźna. Chyba że...

O tym co może się stać gdy wiedźma zostanie sprowokowana przekona się Tyler, nastolatek, który nie marzy o niczym innym jak tylko o opuszczeniu Black Springs.

Muszę przyznać, że "HEX" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Główny pomysł, dotyczący współczesnego działania klątwy z przed wieków i tego jak można sobie z nią radzić, okazał się absolutną nowością w świecie horroru, czy literackiego, czy filmowego.

Podejście do sprawy od zupełnie innej strony okazało się strzałem w dziesiątkę. Nawiedzenie - kompletnie nie standardowe.

O wątki nadnaturalne autor zadbał nie mniej niż o te obyczajowe. Generalnie jeśli spojrzeć na pointe powieści, bardzo dobrą zresztą, to właśnie to co zwyczajne i ludzkie wprawia w większy szok niż upiorne i nadnaturalne wydarzenia.

Książka zaskarbiła sobie sympatie czytelników, wytwórnia filmowa już kupiła prawa do ekranizacji, a autor usłyszał pochwały od takich pisarzy jak George Martin. Pełen sukces. Wracając do Martina,Heuvelt w podobny do niego sposób buduje napięcie. Pisze, że coś się zdarzy,a dopiero później zdradza szczegóły, żeby jak najbardziej skumulować napięcie. To bardzo dobry chwyt, nie pozwalający na oderwanie się od książki.

"HEX" polecam z czystym sumieniem i ręczę, że nikt nie uzna książki za wtórną, czy nużącą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

*"HEX" jest objęta patronatem bloga Biblia Horroru

hex

sobota, 04 listopada 2017

Memoir of a Murderaka  Sal-in-ja-eui Gi-eok-beob/ Wyznania mordercy (2015)

memoir of a murder

 Byeong-soo właśnie dowiaduje się, że cierpi na alzhaimera. Jedyną radę jaką dostaje od lekarza to, by pielęgnował wspomnienia póki może. Tak też postanawia uczynić Byeong -soo. Rezygnuje ze swojej praktyki weterynaryjnej po tym jak przez pomyłkę uśmierca kota i skupia się na spisywaniu swoich wspomnień. Wspomnień nie byle jakich, bo wspomnień seryjnego mordercy, który ostatnią ofiarę zabił przed siedemnastoma laty. Niestety okoliczności zmuszą go kolejnego pościgu w ślad za osobą, która zasługuje na śmierć, gdy na swojej drodze spotyka godnego, albo niegodnego, zastępce.

Kiedy przeczytałam, że "Meoir of murder" to historia seryjnego mordercy z demencją produkcji koreańskiej, wiedziałam, że muszę ten film zobaczyć.

Koreańczycy jak zwykle, niebanalni. Co prawda cała opowieść nie zrodziła się w głowie twórców filmu, lecz pisarza, autora powieści pod tym samym tytułem, nie mniej jednak uderzające jest to, że moi ulubieńcy znowu wyszli na przeciw moim potrzebom. Ile razy zastanawiałam się co dzieje się z seryjnymi mordercami na starość? Oczywiście tymi, którym starości było dane dożyć. Dlaczego przestali zabijać? A może nie przestali? Co porabiał Zodiak? Jak emeryturę spędził Kuba Rozpruwacz? I wielu wielu innych, o których nawet nie dane nam było usłyszeć, bo ich zbrodnie nigdy nie wyszły na jaw, albo nie zostały rozwiązane właściwie.

memoir of a murder

Byeong-soo jest odpowiedzią na te pytania. Po zabiciu ostatniej ofiary miał wypadek i skupił się na wychowywaniu córki. Teraz cierpi na zaniki pamięci i walczy jak lew by zachować odrobinę przytomności umysłu. Wtedy na jego drodze staje, można rzec, sobowtór. Młody sprawny i zabójczy. Byeong- soo nakrywa go praktycznie na gorącym uczynku. Wystarczy jedno spojrzenie w oczy by drapieżnik rozpoznał drapieżnika.

memoir of a murder

Młody morderca oczywiście nie chce być złapany, w pogardzie ma próby zdemenciałego starca, układa plan.Byeong- soo wie, że jego umysł powoli zanika, ale mordercze zwyczaje pozostają. ów brak jasności umysłu po stronie naszego staruszka niejednokrotnie każde nam poddawać w wątpliwość jego osąd sytuacji.

Ich pojedynek dostarczy wielu emocji. Bez hollywoodzkiej kaskaderki i efekciarstwa, czyli po koreańsku, czyli tak jak lubię. Ze świetnym aktorstwem po męskiej stronie obsady i urodnym po damskiej. Jest to pojedynek między dwoma czarnymi charakterami, bo jeden i drugi ulepieni są z tej samej gliny, nawet historie ich naznaczonego przemocą dzieciństwa można przyrównać. Oczywiście, Byeong-soo zabijał tylko tych, którzy 'zasługiwali na śmierć tym jak żyli', ale przecież tak mówi każdy seryjny, czyż nie. Mimo tego jestem pewna, że starszy pan przekona Was by to jemu kibicować.

Nie będę ukrywać, że thriller "Wyznania mordercy" mnie zachwycił. Próbuje desperacko przypomnieć sobie jakiś koreański thriller, który mnie nie zachwycił, by pokazać, że tli się we mnie trochę obiektywizmu, ale nic z tego. Albo koreańskie kino jest tak bezbłędne, albo postradałam rozum;)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 02 listopada 2017

Mr. Mercedes/ Pan Mercedes - Sezon 1 (2017)

mr mercedes

Emerytowany detektyw David Hodges zamiast cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem po latach służby w policji kryminalnej zadręcza się swoją ostatnią nierozwiązaną sprawą. Przed dwoma laty wariat w przebraniu klauna wjechał w tłum ludzi oczekujących na otwarcie targów pracy skradzionym Mercedesem. Zabił szesnaścioro z nich, w tym matkę z niemowlęciem na ręku.

Sprawca nie został złapany, właścicielka skradzionego auta popełniła samobójstwo dręczona wyrzutami sumienia, a detektyw prowadzący sprawę przeszedł na emeryturę i obecnie zapija zawodową porażkę nie mogąc znaleźć sobie miejsca. wtedy otrzymuje pierwszą wiadomość. Jej autor podaje się za mordercę z mercedesa i nie mniej ni więcej rzuca emerytowi wyzwanie: złap mnie jeśli potrafisz.

mr mercedes

Słyszałam wiele dobrego o powieści "Pan Mercedes", ale jakoś dotąd po nią nie sięgnęłam. Przeczytałam natomiast drugi tom detektywistycznej serii o Davidzie Hodgesie "Znalezione nie kradzione". Zatem serial był moim pierwszym spotkaniem z tą historią. Spotkaniem bardzo udanym z resztą, o czym mogłam stwierdzić już po pierwszych odcinkach.

Obecnie zakończyła się emisja pierwszego sezonu liczącego sobie dziesięć odcinków. Historia znalazła rozwiązanie, ale wcale nie jest oczywiste, czy w kwestii Pana Mercedesa nic więcej się nie wydarzy. Z resztą już pojawiły się pogłoski o pracach nad sezonem drugim. Jeśli o mnie chodzi jestem za.

Śledzenie losów detektywa Davida Hodgesa odnotowuje jak najbardziej na plus. Serial jest wart uwagi. Bardzo przypadła mi do gustu kreacja głównego bohatera. Wydał mi się dużo bardziej interesujący niż w powieści "Znalezione nie kradzione". Bredan Gleeson świetny aktor, jakby nie patrzeć wykreował postać, której nie można nie polubić mimo jej oczywistych i bardzo rzucających się w oczy wad. W kontrze mamy antybohatera, którego tożsamość nie jest żadna tajemnicą. Już w pierwszym pilotowym odcinku zobaczymy jego oblicze. Tuż przed napisami końcowymi widzimy niepozornego młodzieńca z niebezpiecznie wytrzeszczonymi oczami.

mr mercedes

Był dla mnie sporą niespodzianką. Mimo, że profil szaleńca mieści się w szeroko pojmowanych ramach, w których umieszcza się wszystkich seryjnych morderców, to jego postać wcale nie wydała mi się banalna.Tu aktorski popis daje Harry Treadaway, którego z pewnością kojarzycie. Jego postać ma siłę i impet, którego często brakuje innym filmowym szaleńcom. Pan Mercedes jest wzorcowy. Poznamy go dość dobrze, przyjrzymy się przyczynom i skutkom. Przyznam, że King się nie patyczkował. Z pewnością wasza uwagę zwróci wątek matki mordercy. Na dalszym planie również jest ciekawie, nie mamy tu bohaterów nijakich. Bardzo polubiłam Holly.

Fabuła skład się na kolejne rundy rozgrywki między emerytowanym detektywem a nieuchwytnym morderca. David musi stawić mu czoła, jednocześnie walcząc z samym sobą. Szanse są nierówne, ale z każdym odcinkiem przekonujemy się, że tradycyjnie: na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. W porównaniu z innym tegorocznym serialem, a podstawie twórczości Kinga, tj. "Mgłą", "Pan Merecdes" wypada wybitnie;) A tak całkiem serio, mamy tu dobrze zrobiony serial.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:9

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

środa, 01 listopada 2017

WYNIKI KONKURSU HALLOWEENOWEGO

Drodzy Państwo, zgodnie z umową, wylosowałam dziś dwóch laureatów konkursu z okazji Halloween.

Dwa egzemplarze powieści "HEX" trafią kolejno do Oli Solarskiej i Kseni Nowak. Dziewczynom gratuluje i proszę o zgłoszenie się do mnie na maila biblia_horroru@o2.pl lub w wiadomości prywatnej na fanpage bloga, celem podania adresu do wysyłki nagrody.

Wszystkim biorącym udział serdecznie dziękuję.

10:07, ilsa333
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 października 2017

Sun Choke (2015)

sun choke

Młoda kobieta, Janie żyje zamknięta w czterech ścianach willi w Los Angeles. Towarzyszy jej surowa opiekunka, gosposia i terapeutka w jednej osobie. Wykorzystując często kontrowersyjne metody Irma pracuje nad zdrowiem psychicznym Janie. Kolejnym krokiem w terapii ma być samodzielne opuszczenie domu. Gdy Janie samotnie krąży po mieści wpada na rówieśniczkę Savanne, która budzi jej zainteresowanie. Zainteresowanie w wykonaniu Janie ma jednak osobliwe oblicze.

Zarówno pomysł jak i reżyseria filmu jest zasługa jednej osoby, Bena Crescimana, o którym w sumie niewiele mi wiadomo. Pisywał już scenariusze, nakręcił film krótkometrażowy, współpracował w produkcji, dorobek więc raczej niewielki. Nie przeszkodziło mu to jednak  w zrealizowaniu "Sun Choke". Jest to obraz z rodzaju tych dziwnych. Gatunkowo można go określić mianem thrillera psychologicznego.

Uwaga widza skupia się tu na Janie, która pozostaje w domu pod opieką Irmy. O jej rodzinie wiemy tyle, że ojciec na dłużej wyjechał do Japonii. O samej Janie też nie dowiemy się wiele, jeśli chodzi o jakiś konkretny werbalny przekaz.

Migawki z jej życia, pokazują nam że ma poważne problemy zdrowotne. Jej psychika jest delikatnie mówiąc w rozsypce. Z tej przyczyny dziewczyna została odizolowana.

Opiekująca się nią Irma surowo egzekwuje posłuszeństwo w wykonywaniu przez Janie jej zaleceń. O ile joga i picie koktajli nie są niczym szczególnie kontrowersyjnym o tyle Irma ma w zanadrzu dużo mocniejszy repertuar. Zacznijmy od izolacji: Młoda, piękna dziewczyna odcięta od świata, jak Roszpunka w wysokiej wieży pod strażą złej wiedzmy. Kiedy Janice zbyt rozsmakowuje się w wolności, elektryczna obroża ostudza jej zapędy. Irma stosuje też hipnozę, o której akurat nie mam najlepszego zdania, ale to jeszcze nic, obserwujemy bowiem jak Irma wywołuje u Janie ataki epileptyczne.

sun choke

Ale czy zła wiedźma wypuściłaby swoją Roszpunkę na balety do miasta? No, raczej nie. Janie dostaje jednak wychodne w związku z postępami w terapii. Tu w jej życiu pojawia się Savannah. Widzimy jak Janie sprytnie obserwuje dziewczynę zbliżając się do niej coraz bardziej. Pytanie jaki w tym cel?

I tu mam problem. Scenariusz nie przewiduje wyjaśnień, nie podsuwa zbyt wielu podpowiedzi bym mogła zbudować jakąś interpretację dalszych zdarzeń. Następuje eskalacja choroby Janie, o której jednak nie chce pisać zbyt wiele.

Finał jest taki, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta mozolnie budowana opowieść zmierzała w zasadzie donikąd. Zabrakło tu pointy.

sun choke

Technicznie jet zgrabnie. Kolorystyka zdjęć wywołuje wrażenie, że obserwujemy obraz przez mgłę. Może to ta sama mgła która spowija umył Janie? Aktorstwo prezentuje niezły poziom. Sarze Hagan odtwórczyni roli Janie udaje się przykuć uwagę, wzbudzić niepokój.

Reasumując nie wróżę tej produkcji zbyt wielu fanów. Potrafi zainteresować, ale z utrzymaniem zainteresowania jest już problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 5

48/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 29 października 2017

Wind River (2017)

wind river

Wind River to nazwa rezerwatu w Wyoming na terenie, którego Cory Lambert, tropiciel dzikiej zwierzyny znajduje zwłoki nastoletniej Indianki, Nathalie. Sprawę wyglądającą na morderstwo ma zbadać młoda agentka FBI, Jane Banner. Kobieta szybko zaczyna rozumieć, jak trudne będzie wytropienie sprawcy w pojedynkę, więc nie mogąc liczyć na wsparcie swoich jednoczy siły z tropicielem drapieżników i miejscowym strażnikiem rezerwatu. Wkrótce pojawia się trop.

"Wind River" to podręcznikowy thriller kryminalny, jeden z tych, które praktycznie w gwarancie mają sympatię widzów. Jego twórca nie ma na koncie zbyt obszernej filmografii, ale napisał scenariusz do "Sicario" a więc mówi nam to coś o jego preferencjach. "Wind River" to obraz traktujący o sile i waleczności kobiet, więc wszytko się zgadza.

Akcja rozgrywa się w mojej ulubionej zimowej scenerii, zagrożenie śmiercią przez zamarznięcie jest tu bardzo realne.

Klimat filmu podkreśla nieprzyjazny charakter terenów w jakich przyszło żyć mieszkańcom Wind River, niejako obwiniając samo otoczenie za tragiczne wydarzenia. Wybór takiego, a nie innego miejsca akcji skutecznie przyczynia się do zbudowania filmowego nastroju.

wind river

Głównym bohaterem jest szczęśliwy znalazca zwłok, Cory, mężczyzna w średnim wieku, twardziel, który przed trzema laty stracił ukochana córkę, Emily. Co ciekawe, za życia Emilly przyjaźniła się z Natalie, więc śmierć kolejnej młodej dziewczyny  otwiera w nim starą ranę.

Za sprawą prośby przybyłej z Vegas agentki FBI angażuje się w sprawę i nie da się ukryć, że owo zaangażowanie okazuje się niezwykle cenne. Nasza agentka o twarzy Elisabeth Olsen niczym dziecko we mgle wydaje się nie mieć nic z twardej policjantki, które zwykły badać sprawy morderstw. Polubiłam ją mimo tego, a jej skrywaną nieporadność uznałam za rozczulającą.

wind river

Mamy więc fajny klimat, schematyczne, ale przyjemne postaci, teraz najważniejsze: kryminalna intryga. Ta również mnie przekonała choć nie pozostawiła dużo przestrzeni na domysły. Kiedy na arenę wkroczą antybohaterzy już będziecie wiedzieć, że to oni.

Cała sprawa nie jest szczególnie wymyślna, ale ta prostota dodaje historii realizmu. Narracja nie przesadza z dynamiką, małe postoje na mądre  rozważania naszego głównego twardziela doskonale równoważą przymioty kina czysto rozrywkowego z refleksyjnością przypowieści niosącej jakiś morał.

"Wind River" to przykład kina uniwersalnie dobrego. Całe przedsięwzięcie idzie wydeptaną w śniegu ścieką, nie zbaczając z obranego kursu. To sprawia, że nie znajdziecie tu nic nowatorskiego, czy oryginalnego, ale ten nieco archaiczny duch czuwa nad wszystkim.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 28 października 2017

Superstition/ Zabobony (1982)

superstition

W małym miasteczku Blak Point przed dwustoma laty wykonano wyrok śmierci na oskarżonej o konszachty z szatanem czarownicy Elondrze Sharack. Wkrótce po tym zdarzeniu na związanych z nim osobach zaczyna ciążyć klątwa. Zemsta zza grobu jednak nigdy się nie kończy i nowe nieszczęścia spadają na przybyłą do Black Point rodzinę. Sprawę kolejnych makabrycznych zbrodni bada inspektor Carl Strugess wraz z miejscowym księdzem Davidem.

"Zabobony" nie należą do czołówki najpopularniejszych horrorów z lat osiemdziesiątych. Ja sama prędko na niego nie trafiłam. Można go przypisać zarówno do grona slasherów ze względu na serię makabrycznych mordów stanowiących główną oś fabuły jak i do grona horrorów paranormalnych ze względu na nadnaturalne wątki żywe w tej historii.

superstition

Twórcy filmu to duet reżysera, między innymi, klasycznego "The Town That Dreaded Sundown" i scenarzysty.... "Strażnika Teksasu". Połączenie ciekawe i efekt nie mniej intrygujący.

Uważam, że film jest wart uwagi przynajmniej z kilku powodów. Waszą uwagę z pewnością zwróci muzyka. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest rżnięta z "Lśnienia" Kubricka i tylko dla niepoznaki została podrasowana. A wiadomo, że muzyka w "Lśnieniu" była wybitna, więc pozytywne wrażenia przekładają się też na odbiór naśladowcy. Sceny grozy nie oszczędzają widza, nawet jak na slasher, gdzie rąbanka musi być. Tu jest jej sporo i w dodatku dość pomysłowej. Twórcy serii  "Oszukać przeznaczenie" mogli znaleźć tu inspirację. Można nawet odważnie rzec, że film zawiera elementy gore.

superstition

Nadprzyrodzona warstwa wydarzeń dodaje wszystkiemu smaku. Scenariusz pana od "Strażnika Teksasu" wykorzystuje schemat obecnie bardzo popularny mianowicie wprowadza moty śledztwa paranormalnego. Obecnie to nic nowego, ale w latach osiemdziesiątych hołdowano większej czystości gatunkowej i nie wplatano elementów właściwych dla kryminału w fabułę filmu typu ghost story. Jest to duży plus, nie tylko ze względu na element nowości, ale przede wszystkim ze względu na praktyczny efekt takiego zabiegu, czyli większe możliwości stosowania twistów fabularnych. Nasi czołowi bohaterzy są zresztą dość ciekawymi postaciami, a ich działania możemy śledzić z zainteresowaniem.

Reasumując, "Zabobony" to pozycja warta uwagi, szczególnie dla widzów lubiących klimat starych horrorów. Dziwi mnie stosunkowo niewielka popularność tego obrazu.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

64/100

W skali brutalności:3/10

To coś:7

64/100

W skali brutalności:3/10

środa, 25 października 2017

1922 (2017)

1922

Wilfred James, farmer w średnim wieku przeżywa poważny kryzys małżeński. Jego żona Arlette pragnie przenieść się do miasta zabierając ze sobą nastoletniego syna małżonków i spieniężając swoją część ziemi uprawnej. Mężczyzna nie wyobraża sobie takiej wizji przyszłości. Jeśli Arlette sprzeda ziemie zainteresowanym kupcom jego farma będzie teraz sąsiadować z ubojnią, a pola uprawne zaleją świńskie flaki. Obawia się też utraty kontaktu z synem  tego, że ten po przeprowadzce do miasta już nigdy nie przyjmie ojcowskiego spadku. Wilfred jest zdesperowany do tego stopnia, że namawia swojego syna do zamordowania matki. Manipuluje nim na tyle, że chłopak się godzi. Kiedy Wilfred wraz z Henrym podrzynają gardło Arlette jest rok 1922 i wtedy wszytko się zaczyna...

"1922" to kolejna tegoroczna produkcja filmowa zainspirowana twórczością Stephena Kinga. To też kolejny po "Grze Geralda" obraz Netflixa.

Fabuła filmu czerpie z opowiadania zawartego w zbiorze "Czarna bezgwiezdna noc" noszącego tytuł "1922". Tytuł to oczywiście wskazówka odnośnie czasu akcji, która rozpoczyna się właśnie w roku 1922, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie tradycja nakazuje kochać ziemię, aż po grób - nie ważne już czyj.

Narratorem opowieści, bazującej na uwielbianej przez Kinga retrospekcji jest farmer Wilfred James. Snuje on swoją opowieść w jakimś zapadłym moteliku gdzie sprowadziły go koleje losu i jego własne złe wybory. Wraca pamięcią do 1922 roku, najgorszego roku swojego życia, jak deklaruje, by przywołać wspomnienia o tym jak stracił wszytko.

1922

Film bardzo fajnie oddaje gawędziarski styl Kinga, kształtując scenariusz na wzór przypowieści z morałem.

Właściwa akcja zaczyna się od konfliktu małżonków. Arlette ma wyraźnie inne potrzeby niż mąż i teraz zamierza zacząć je realizować. Pan James widzi to inaczej. Jest przywiązany do ziemi i nie wyobraża sobie życia nigdzie indziej. Mimo iż obraz ich małżeństwa widzimy tylko w wielkim skrócie, to wyraźnie widać, że ich relacja została zdominowana przez gorycz rozczarowania wspólnym życiem. Złe emocje są tak nagromadzone, że Arlette na złość mężowi zamierza sprzedać swoją część ziemi rodzinie zajmującej się ubojem bydła. On zaś posunie się do ostateczności by uniemożliwić jej wcielenie planu w życie. Mężczyźnie udaje się przekonać syna by ten pomógł mu w zamordowaniu matki. Oczywiście zdarzenie to staje się punktem, w którym młody chłopak zacznie oddalać się od ojca.

Jeśli w tym miejscu sądzicie, że Wilfred James jest archetypicznym antybohaterem, bezwzględnym okrutnikiem to się mylicie. Poznamy go jako inteligentnego, wrażliwego człowieka którego postawiono pod ścianą. Nie jest wiejskim chłopkiem roztropkiem, na którego można najwyżej pogardliwie splunąć. Mnie jego postać bardzo zaciekawiła, bo jest niejednoznaczna i złożona. Jest generalnie siłą tej opowieści.

Jak wspomniałam rok zamordowania żony to dopiero początek tej historii. Od chwili gdy zwłoki Arlette James spoczną w studni na terenie gospodarstwa na farmie i jej mieszkańcach zaczyna ciążyć klątwa. Znajdzie się tu spora przestrzeń na zjawiska niewytłumaczalne, które skutecznie przekuto na wizualne wrażenia typowe dla gatunku grozy. Jednak pamiętajcie że jest to opowieść, która zrodziła się w głowie Kinga, a głównym źródłem strachu w jego twórczości wcale nie są zjawiska nadnaturalne tylko ludzie i ich czyny. Sprawne sportretowanie ludzkiego dramatu to główna siła napędowa tego filmu.

1922

W moim przekonaniu ta ekranizacja diabelnie się udała. Nie tylko jako horror, jako film generalnie. Twórcy, który mimo iż nie miał wielkiego doświadczenia udało się zaangażować wprawnych aktorów i ekipę która zadbała o doskonałe wrażenia wizualne. Nie wiem tylko co powiedzą fani wersji oryginalnej, czy wszytko się zgadza? No, nie wszytko. Ja skupiając się na efekcie finalnym stwierdzam, dobra rzecz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 23 października 2017

The Limehouse Golem/Golem z Limehouse (2016)

golem z limehoue

W Limehouse w Londynie grasuje morderca. Jego zamiarem jest stworzenie wiekopomnego dzieła, choć metoda opiera się na destrukcji. Nieznany sprawca odbiera życie kolejnym osobom. Rozwiązanie zagadki kryminalnej przypada w udziale sędziwemu acz niedoświadczonego w sprawach zabójstw detektywowi. John Kildare swoją uwagę kieruje na osoby związane z miejscowym teatrem.

Tytuł filmu "Golem z Limehouse" był mi znany bowiem istnieje książka pod tym tytułem autorstwa Brytyjczyka Petera Ackroyda. Niestety nie miałam okazji jej przeczytać. Wiem o niej tyle, że w pewnym stopniu opisana w niej historia nawiązuje do postaci Kuby Rozpruwacza. Na ile to prawda nie wiem. Moje rażenia po filmie raczej nie są spójne z tą teorią. Ale wiadomo, dziewiętnastowieczna Anglia równa się Kuba Rozpruwacz.

Obraz Juana Carlosa Mediny ("Granice bólu") kategoryzowany jest jako horror jednak jest w tym pewna przesada. Horror z niego żaden, bo ani nie stara się stworzyć atmosfery grozy, ani nie posuwa się do mainstreamowych zabiegów mający wywołać gwałtowną reakcję lękową.

Fabularnie jest to kryminał, przy dobrych wiatrach thriller. Klimat epoki został nieźle oddany, ale zabrakło mi tu autentyczności, bowiem wizualnie jest dość plastikowo, a nie sprzyja to mrocznej atmosferze, która powinna być atrybutem filmu o seryjnym zabójcy.

golem z limehoue

Nie wiem jak filmowy scenariusz ma się do oryginalnej wersji literackiej, więc nie mogę jej pochwalić ani skrytykować na zasadzie porównań. Ogólnie mówiąc, historia jest niezła. Styl narracji zakłada byśmy przyglądali się kolejnym podejrzanym o straszne zbrodnie. Każdy zostaje wzięty pod lupę przez bystrego śledczego. Wszytko jednak zmierza do tego by finał zaskoczył widza. Czy mnie na serio zaskoczył, tu mam wątpliwości.

SPOILER: Dobitność z jaką zaznaczano charakterystykę naszej Lizzie od razu kierowała podejrzenia w jej stronę. Bystra, ambitna, z tęgą traumą za sobą.KONIEC SPOILERA.

golem z limehoue

Technicznie, jak wspomniała, trochę zbyt plastikowo. Aktorzy wypadają nie najgorzej z drobnymi wyjątkami. Tak, po raz kolejny przekonałam się, że pięknooka Olivia Cook aktorką jest marną. Dostała tu główną rolę, ale moje oczy i tak kierowały się na Marie Valverdę, która niesprawiedliwie robiła za trzeci plan.

golem z limehoue

Reasumując, mogło być o wiele lepiej. Myślę, że ta historia miała o wiele większy potencjał niż to co zobaczyli w niej twórcy filmu. Ale o tym przekonam się dopiero gdy przeczytam książkę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 21 października 2017

KONKURS HALLOWEENOWY

hex

Moi Drodzy, z okazji nadchodzącego Halloween mam dla Was niespodziankę w postaci dwóch egzemplarzy powieści grozy "Hex", nowości wydawniczej Zysk i s-ka, której patronuję.

Wszystkich którzy pragną wziąć udział w konkursie zapraszam do:

1.Wpisywania w komentarzach tu na blogu, bądź na jego fanpage (link) za kogo chcielibyście się przebrać na Halloweenową imprezę.

2.Zlajkowania i udostępnienia na swoich profilach informacji o konkursie - dotyczy posiadaczy facebooka. Link: KLIK

3. Zgłoszenia chęci udziału na maila boblia_horroru@o2.pl  bądź w wiadomości prywatnej na fanpage bloga żebym mogła skontaktować się z potencjalnym zwycięzcą.

Z pośród zgłoszeń rozlosuję dwóch laureatów, do których trafią książki. Rozstrzygnięcie konkursu 1 listopada 2017.

(Uprzedzając częste pytanie, które pojawiało się w poprzednich książkowych konkursach: Książki będą wysyłane bezpośrednio z wydawnictwa, więc NIE, nie będzie dedykacji od matki założycielki:)

12:10, ilsa333
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 października 2017

The Crucifixion/ Krucyfiks (2017)

krucifiks

Młoda reporterka wyrusza do dalekiej Rumunii by zbadać sprawę księdza egzorcysty, który trafił do aresztu oskarżony o spowodowanie śmierci zakonnicy w trakcie rytuału egzorcyzmów. Nicole jest sceptyczna i niechętna wszelkim gusłom i powierzania swojego życia wierze. Planuje skroić materiał oskarżycielski jednoznacznie wymierzony w osobę księdza egzorcysty, ale po drodze zgłębiając sprawę śmierci zakonnicy dopadają ją wątpliwości.

Słyszałam wiele złego o tej produkcji. Szumna reklama podkręciła oczekiwania widzów, którzy najczęściej byli rozczarowani. Jeśli o mnie chodzi, nie pofatygowałam się nawet by obejrzeć trailer i podeszłam do filmu stosownie ostrożnie i bez skonkretyzowanych oczekiwań.

Nazwiska twórców są mi znane. Scenarzyści z racji pracy przy serii "Obecność" i paru innych znanych tytułach, zaś reżyser ma na koncie takie obrazy jak "Frontieres", czy "Divide". Nie powinno być zatem źle. I wcale źle nie jest. Tym stwierdzeniem pewnie już Was zaskoczyłam, ale bez obaw, nie zapadłam na przytępienie zmysłów i nie przygotowałam tu hymnu pochwalnego na cześć "Krucyfiksu". Uważam jedynie, że 'nie taki diabeł straszny jak go malują'.

"Krucyfiks" jest filmem na wskroś typowym. Typowe są jego zalety i typowe są jego wady. Zaletą jest z pewnością jakość techniczna, tu nie mam zastrzeżeń względem aktorstwa, a zdjęcia, szczególnie plenery jestem gotowa mocno pochwalić. Nieźle prezentuje się też aktorstwo - inną sprawą jest sam pomysł na postacie - ale o tym później.

Fabuła jest bardzo prosta i schematyczna. Są próby zaskoczenia widza, ale raczej przejdą bez echa.

Historia w dużej mierze bazuje na retrospekcji. Historię opętania i śmierci młodej zakonnicy poznajemy wraz z reporterką Nicole. Oczywiście poznajemy też samą Nicole, której postać stworzono na bazie tradycyjnego schematu sceptyka. Złe doświadczenia związane z religią, nieprzepracowane problemy, które odżywają w konfrontacji z badaną przez nią sprawą.Wrażliwe dziewczę kontra demon.

krucifiks

Myślę, że twórcy chcieli by konstrukcja fabularna produkcji przypominała "Egzorcyzmy Emilly Rose", stąd główna bohaterka jest bohaterką poboczną, która wraz z widzem ma wahać się, wątpić, wierzyć etc. To sprawia, że łatwiej można zaangażować się w tą historię, bo przynajmniej do pewnego punktu uwzględnia różne drogi interpretacji.

To co Was najbardziej interesuje czyli walory horrorowe, te walory nie wybiegają po za standard, aczkolwiek jedna ze scen zasługuje na uwagę. Chodzi o ujęcie w łóżku gdy siostra zakonnicy odsłania nakrycie i... uh - dobre to było, bez dwóch zdań. Reszta tego rodzaju 'kwiatków' też całkiem zgrabna, ale już bez szału.

krucifiks

Kwestia miejsca akcji... Tu mam dysonans, bo z jednej strony piękna Rumunia, fajnie, kraina Draculi, idealna miejscówka dla horroru, ale moim zdaniem twórcy za bardzo tą Rumunię podkoloryzowali. Z jednej strony mamy zapadłą wieś, z wozami konnymi, budowlami jak ze średniowiecznego skansenu i mieszkańcami, którzy żyją zgodnie z dawnymi tradycjami. Z drugiej, mamy XXI wiek. Nie byłam w Rumunii, może faktycznie tak to wygląda, ale powątpiewam, czy prości mieszkańcy taki dziur posługiwali się biegle angielskim. Z tą kwestia językową zauważyłam ciekawą omyłkę. Gdy Biskup Gornik nakrywa obcą dziewczynę w kaplic,y gdzie odprawiono egzorcyzmy od razu woła do niej po angielsku. Skąd wiedział, że jest obcokrajowcem? W małym Rumuńskim miasteczku wszyscy nawołują się po angielsku?

Produkcja nie uniknęła więc klasycznego błędu, wypuściła się na manowce, ale nie do koca zbadała grunt.

Kwestii autentyczności historii się nie czepiam. Tak, napisy początkowe głoszą, że true events, ale nawet te filmy które starają się bazować na wziętych z życia historiach wciąż są tylko filmami i tak też je traktuje.

krucifiks

Reasumując, stwierdzam, że "Krucyfiks", a w zasadzie "Ukrzyżowanie" jest typowym średnim współczesnym filmem grozy. Ma swoje wady i zalety, zarówno jedne jak i drugie są typowe.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś: 5

58/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 17 października 2017

Dzikie królestwo - Gin Phillips

dzikie królestwo

Joan wraz z czteroletnim synkiem Lincolnem beztrosko spaceruje po ogrodzie zoologicznym. Za parę minut miejsce ma zostać zamknięte, więc kobieta z dzieckiem zmierzają już do wyjścia. Wtedy to słyszy. Wybuch, albo wystrzał, nie jest pewna. Wie tylko, że dźwięk zwiastuje zagrożenie. Dla niej i dla jej synka. Początkowo chcę na oślep rzucić się do ucieczki, ale instynkt przetrwania podpowiada jej, że musi zachować spokój i znaleźć kryjówkę, bezpieczne miejsce, gdzie przeczeka najgorsze.

"Dzikie królestwo" już w tym momencie jest bestsellerem za oceanem, a wkrótce możemy się spodziewać także ekranizacji powieści. Nie dziwi mnie to, bo historia Gin Philips to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy. Autorka relacjonuje w czasie rzeczywistym krok po kroku, co dzieje się z jej bohaterką. Wszytko zaczyna się z wybiciem godziny 16.55 a kończy dokładnie o 20.05. Może być z tego dobry thriller, może nawet lepszy niż sama książka?

Akcja powieści toczy się w ogrodzie zoologicznym, do którego wpadają uzbrojeni mężczyźni. Mogą to być terroryści, mogą to być dobrze zorganizowani porywacze żądający okupu, mogą to być zwykli desperaci, którzy postanowili się wyżyć. Co gorsze? Dla Joan, matki tulącej swoje przestraszone dziecko to bez różnicy.

Fabuła skupia się na próbach przetrwania matki chroniącej dziecko i to w zasadzie tyle. Tylko tyle, albo aż tyle. Z uwagi na fakt, że całą akcję śledzimy krok po kroku możemy silnie wczuć się w sytuację. Każdej decyzji podejmowanej przez bohaterkę towarzyszy napięcie czytelnika. To skuteczne zagranie by uniemożliwić oderwanie się do lektury.

Faktem jest, że książkę czyta się bardzo szybko.

Nie jest jednak idealna. Nie jest idealna dla mnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterom tej historii, wyłączając dziecko będące centrum wszechświata, zabrakło wyraźnego rysu psychologicznego, jakieś charakterystyki. Najbardziej bezbarwna wydała mi się główna bohaterka, Joan, o której wiem tylko tyle, że ma jakiegoś męża, lubi nosić wygodne sandały i bardzo kocha swoje dziecko. W zasadzie ocenić ją można tylko poprzez pryzmat jej macierzyństwa. Nie wiem nawet jaki miała kolor włosów. Wszystkie jej myśli poświęcone są synkowi, z tego powodu chłopca poznamy dość dobrze -fajny dzieciak - ale matka, no cóż...

Nie da się ukryć, że autorka całkowicie skupiła się na relacji matka - dziecko pozbawiając bohaterkę własnej tożsamości. Może wszystkie matki tak mają? Są matkami i nikim więcej? Może nie ogarniam tego, bo nie mam własnego potomstwa? Pewnie tak. Trochę lepiej jest z charakterystyką antagonisty, jednego, bo dwóch pozostałych nie poznajmy praktycznie wcale, co też jest moim zdaniem dużym pominięciem.

Jeśli chodzi o moją pokrętną wrażliwość najwięcej emocji budziły we mnie ofiary poboczne czyli zwierzęta, mieszkańcy ogrodu, zabita małpa, martwy słoń, drąży ze strachu świstak.

Względem stylu nie mam zarzutów, bo jak wspomniałam książkę czyta się bardzo płynnie. Akcja jest wartka więc nikogo nie powinna znudzić, mnie jedynie zabrakło większego rozwinięcia portretów postaci. Śledząc czyjeś dramatyczne losy chciałabym jednak czegoś się o nim dowiedzieć. A może to celowy zabieg? Może z Joan jest bezbarwna by wszystkie matki świata łatwo mogły się z nią utożsamić? Cóż mi ta postać była odległa, ale wszystkim którym macierzyńskie odruchy nie są obce książkę gorąco polecam, pewno będziecie włosy z głowy rwać;)

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka


zysk

poniedziałek, 16 października 2017

Amityville: The Awakening (2017)

amityville przebudzenie

Joan, która samotnie wychowuje troje dzieci, nastoletnią Belle, jej pogrążonego od dwóch lat w śpiączce brata bliźniaka, Jamesa i najmłodszą Juliet wprowadza się do nowego domu. Domu nie byle jakiego, bo słynnego na cały świat Amityville House.

Przeprowadzka odmienia ich życie wydawałoby się, że na lepsze, bo nie tylko zdołali ogarnąć niezła chatę za psi grosz, ale zmiana otoczenia najpewniej przysłużyła się medycznemu cudowi jakim stała się poprawa stanu zdrowia Jamesa.

Wszystkie te korzyści, wkrótce obrócą się w niwecz, bo zło obecne w murach domu wcale nie zniknęło.

Horrorów nawiązujących do historii pewnego domu na Long Island jest tyle, że nie da się ich już zliczyć na palcach obydwu dłoni. Niektóre obrazy ściśle skupiają się na biografii Ronniego Defeo, zabójcy rodziny z Amityville, inne dotyczą losów tych którzy przyszli po nim. W wielu produkcjach Amityville funkcjonuje jako symbol nawiedzonego domu i do jego historii nawiązują na sto rożnych sposobów.

Nie dziwi mnie więc, że Amityville zostało wzięte na tapetę po raz enty. Twórca nie wiedział nawet jaką opowieść chce stworzyć. Pomysły ewoluowały, a pewną rzeczą było tylko miejsce akcji. Moim zdaniem film powstał trochę na siłę i niestety jest to odczuwalne dla widza.

Fabuła filmu skupia się na nowej rodzinie, która dopiero co przekracza próg feralnego domostwa. Czteroosobowa familia ma za sobą trudne przejścia. Ojciec i mąż umarł na raka, matka pogrąża siew gniewie i depresji, nastoletnia córka narobiła głupot, a jej brat bliźniak doświadczył wypadku, który zmienił go w warzywo. Tylko najmłodszej członkini rodu nic ne dolega, bo nawet pies imieniem Larry wydaje się znerwicowany.

Po przeprowadzce fortuna się odwraca. Najważniejsze, syn, któremu nikt nie wróżył powrotu do zdrowia, zaczyna odzyskiwać świadomość. Jednak jednocześnie wokół  wszystkich lokatorów domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najbystrzejsza w stadzie, nastoletnia 'grunge gotka' w różowych majtasach zaczyna rozkminiać sprawę do spółki z nowo poznanymi szkolnymi kolegami.

amityville przebudzenie

amityville przebudzenie

W tym miejscu możemy się zorientować jak "Amitywille: Przebudzenie" odnosi się do całej hordy podań na temat jego mrocznej historii. Ano, wszytko co było przed, między innymi słynny film "Horror Amityville" z 1979 to fikcja, jak i jego sequele, jego remake z 2005 roku to jeszcze większa fikcja, ale... No właśnie, historia Ronniego Defeo to już to słynne ziarnko prawdy. Młodzi bohaterzy zaczynają wierzyć, że zło tkwiące w domu, które skłoniło Ronniego do zabicia krewnych, przebudziło się po czterdziestu biblijnych latach i jest bigos. Nagłe przebudzenie Jamesa, ma więc podłoże paranormalne i jest zwiastunem zła.

Film, krótko mówiąc jest słabawy. Ogląda się go nieźle, jeśli nie mamy absolutnie żadnych wymagań, ale jeśliby zacząć szukać elementów, za które można by go polubić, lub chociaż zapamiętać zaczynają się schody.

Fabuła, mało wymyślna, schematyczna, do przejścia w najlepszym wypadku. Mam w sobie dużo niedociągnięć, miejscami wieje nudą, a miejscami jest niedorzecznie. Zastanawiający jest chociażby fakt, że nasza nastoletnia bohaterka, po stylu widać zainteresowana ciemnymi sprawkami, nie miała pojęcia o istnieniu Amityville. Serio? Istnieją ludzie, którzy o nim nie słyszeli? Efekty też nic nadzwyczajnego, aktorstwo bieda straszna, no może po za Jennifer Jason Leigh.  Bella Thorne, odtwórczyni głównej roli, gra dobrze dupą, ale jej ekspresji mimicznej już brak tak popisowej spójności.

Zakładam, że większość fanów horrorów i tak obejrzy ten film, więc nie będę nikogo od tego ociągać. W końcu jak można by odpuścić kolejna wizytę w najsłynniejszym nawiedzonym domu?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 13 października 2017

Temple (2017)

temple

Troje Amerykanów, Kate, jej chłopak James i jej kumpel z dzieciństwa Chris wyruszają na wycieczkę do Japonii. Kate, jak na zaangażowaną studentkę przystało zamierza wykorzystać podróż do zdobycia materiałów do pracy dyplomowej na temat miejscowej religii. W tym celu grupa zamierza odwiedzić miejsca kultu, różnej maści świątynie by dziewczyna mogła jej fotografować i poznać ich historię.

W tokijskim antykwariacie młodzi natrafiają na dziennik, w którym pojawia się wzmianka o opuszczonej świątyni w lesie, której strzeże zmiennokształtne bóstwo. Kate żywo interesuje się miejscem i wbrew ostrzeżeniom miejscowych rusza w raz z Chrisem i Jamesem na spotkanie przygody.

temple

"Temple" reżyserski debiut niegdysiejszego operatora stanowi koalicję filmu amerykańskiego z japońskim tłem. Akcja w całości rozgrywa się w kraju kwitnącej wiśni, starając się wykorzystać tamtejsze wierzenia do wystraszenia amerykańskich turystów, czyli naszych dobrych bohaterów.

Bohaterów jakoś nie polubiłam, bo mamy tu mało interesującą grupę. Egzaltowana Kate, kusząco wydymająca ostrzyknięte wargi, jej frajerski chłopak o niecierpliwym penisie i Chris chłopaczek z sąsiedztwa, który skrycie marzy o swojej koleżance nie robiąc jednak nic sensownego w tym kierunku.

Fabuła filmu jest na wskroś prosta i niezaskakująca. Widzimy tu mały wstęp zapoznawczy, po którym przechodzimy do akcji właściwej, czyli zarysowania historii świątyni, która to nie powinna zachęcić do odwiedzin.

temple

Nasi nieustraszeni protagoniści nic sobie jednak z tego nie robią i czym prędzej udają się do opuszczonego przed laty miejsca kultu. Tu napotykają zło wszelkie , które sprawnie się z nimi rozprawi. Zło objawia się dzięki przeciętnym efektom. Epilog tej historii w założeniu miał wywołać u widza 'wow', ale tego nie zrobił. Zabieg wydał mi się wręcz śmieszny i poczułam, że ktoś tu ma mnie za idiotkę sądząc, że nie będę w stanie dodać dwa do dwóch, ale mniejsza.

Film uznaje za pokaz przeciętności i nijakości, który wywietrzał mi z głosy w kwadrans po zakończeniu seansu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl