What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
RSS
czwartek, 18 września 2014

Scream/ Krzyk (1996)

krzyk

W małym miasteczku w Stanach grasuje morderca. Upiorny facet pogrywa sobie z nastolatkami, a stawką w tej grze jest ich życie.

Morderca jest fanem horrorów, więc zabawa polega na odpowiadaniu na pytania dotyczące filmów z tego gatunku. Nieśmiertelne: What is your favorite scary movie? to dopiero wstęp. Wybrańcy losu muszą też wykazać się znajomością tematu inaczej zginą.

krzyk

Wśród prześladowanej młodzieży znajdzie się Sidney Prescott, która nadal walczy z traumą po śmierci matki oraz jej najbliżsi przyjaciele.

Wes Craven to czołowy twórca złotego okresu horrorów. Zaczął od "Ostatniego domu po lewej", następnie rzutem na taśmę "Wzgórza mają oczy". Później było kilka mniej docenionych filmów, aż przyszedł czas na "Koszmar z ulicy wiązów". Moim zdaniem jego największe filmowe dokonanie. Później znowu mamy zniżkę formy, kilka mniej popularnych tytułów, aż lata dziewięćdziesiąte przynoszą nam "Krzyk".

krzyk

Wskrzeszenie prawie już zapomnianego slashera. I to wskrzeszenie w jakim stylu!

Wes wykorzystał wszytko to, co nudziło jego samego i widzów w tej konwencji, po to by jeszcze bardziej, wręcz na maksa podkręcić wszystko to, co sprawia, że slasher jest tak tendencyjnym gatunkiem.

Ktoś by mógł pomyśleć, facet oszalał, strzela sobie w stopę, albo przeczy sam sobie. Nic z tych rzeczy. We współpracy ze scenarzysta Kevinem Williamsonem stworzył jednocześnie laurkę i parodię gatunku. Wszystko to, co w zawiera film, wszelkie schematy, naiwność, typowość jest całkowicie celowa i zamierzona. O to właśnie chodziło. Nie wiem, czy młodzi widzowie, nie zaznajomieni z klasyką, do której nawiązuje obraz odnajdują się w tym, ale w latach dziewięćdziesiątych "Krzyk" został jak najbardziej doceniony.

"Krzyk" to trochę taki film edukacyjny. Pokazuje, jak funkcjonuje świat przedstawiony w horrorze. Pokazuje niemożność wyrwania się po za schemat.  Bohaterzy nabijają się z 'nieśmiertelnych zasad' horroru, by po chwili zginąć dokładnie zgodnie z nimi. To błędne koło. Nawet jeśli wiesz, ze idiotyzmem jest uciekanie przed mordercą na piętro to i tak tam pobiegniesz:)

krzyk

krzyk

Tak jak napisałam, to film oparty na tradycyjnym schemacie. Musi więc mieć postać charakterystycznego mordercy. W przypadku "Krzyku" jest to 'Ghostface', czyli morderca w przebraniu upiora. W jego wyglądzie możemy dopatrzeć się inspiracji obrazem Muncha pod tytułem (no właśnie!) "Krzyk".

Zabójca jest miłośnikiem filmów grozy i działa zgodnie z zawartym w nich schematem. Kto kryje się za tą maską? Zakładając, że nie wiedzieliście filmu, nie domyślicie się tego prędko. Mimo, że to przecież 'tak głupi film';) Na tym polega cały dowcip.

Jest morderca, więc musi być też ofiara. Na pomniejszych pozostawionych po kątach zwłokach nie będziemy się skupiać. Skupmy się na final girl, czyli również stałym punkcie programu. Jest nią nasza Sindy. Osierocone przez puszczalską matkę niewiniątko, dziewica, słodka i nie do ruszenia. To na niej skupia się morderca. Pragnie ją zastraszyć i ...opowiedzieć swoją historię. Tak, bo mordercy zawsze mają swoją historię, nie ważne że się ona kupy nie trzyma.

Wes w tym momencie złośliwie drwi z tak zwanego 'motywu zbrodni' i to jest właśnie wisienka na torcie.

Seans z "Krzykiem" nie wywoła u Was krzyku. Na pewno nie krzyku przerażenia. Zafunduje natomiast solidną rozrywkę, da szansę na zapoznanie się z kilkoma smaczkami ze świata filmów grozy.

Na ten moment film posiada trzy sequele ale o tym innym razem.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:10

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

To coś:8

Oryginalność:9

79/100

W skali brutalności: 2/10

środa, 17 września 2014

Wither aka Cabin of the dead (2012)

wither

Grupa znajomych wyjeżdża na weekend do domku w lesie poleconym przez rodziców jednego z członków ekipy. Tam rozpętuje się piekiełko, bo jedną z uczestniczek zabawy dopada 'coś' i to coś okazuje się zaraźliwe.

Opis jak z "Martwego zła", ale "Martwe zło" to to nie jest.

Twórcy, kręcący filmy niskobudżetowe mają już na koncie jeden porządnie zlany krwią horror i inne produkcje, nie mniej jednak widać w ich warsztacie brak wprawy i niestety brak pomysłu również.

Jedyną egzotyką jest język filmu, bowiem obraz nakręcono po szwedzku. Cała reszta jest  typowo amerykańska.

Bohaterowie, piękni i młodzi nie sprawili bym szczególnie przejęła się ich okrutnym losem. Jest ich tam niezła banda, więc czasami gubiłam się kto żyje, a kto już nie. Nie to żeby mi szczególnie zależało na tym by ktokolwiek przeżył;)

wither

Początek filmu był nawet obiecujący. Fajna wejściówka przy napisach, dobre wejście starszego pana ze strzelbą. Zejście młodej dziewczyny do ciemnej piwnicy i pierwsze objawy czegoś, co wygląda jak zaraza zombie, a nazywana jest opętaniem, też prezentowały się dobrze.

wither

wither

Niestety później akcja zaczęła gnać na łeb na szyję, bez ładu i składu. Kamera przystawała tylko na moment, żeby przez chwilę wyeksponować flaki wypływające z pozbawionego głowy ciała czy inne tego rodzaju smaczki.

Dialogi o dupę potłuc, już nawet nie chciało mi się słuchać, co bohaterowie mają do powiedzenia. Niech już umrą, przynajmniej będzie ładna ujęcie zmiażdżonej głowy, czy coś w tym stylu.

wither

Ludziom nader rozmiłowanym efektach gore wrażenia wizualne mogą w pewnym stopniu zrekompensować brak pomysł na fabułę. Dla mnie to jednak za mało. Może jakby aktorstwo było nieco znośniejsze, bohaterowie ciekawsi, coś działoby się między jednym atakiem kolegi zombiaka ,a drugim, to może, może... a tak, nie dopatrzyłam się tu nic po za próbą zerżnięcia motywu z "Martwego zła" i maniakalną ekspozycją brutalności. Tym razem kino skandynawskie zawiodło, ale szansę dać musiałam.

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Aktorstwo:4

Walory techniczne:6

Oryginalność:3

To coś:4

48/100

W skali brutalności:6/10

poniedziałek, 15 września 2014

Captive/ Pojmani (2014)

pojmani

Dziesięcioletnia łyżwiarka, Cassandra zostaje uprowadzona w biały dzień z samochodu, który jej ojciec parkuje pod sklepem. Gdy facet wraca z zakupów ze zgrozą odkrywa, że jego blond włosa księżniczka zniknęła. Policjanci specjalizujący się w zaginięciach nieletnich fundują ojcu i matce dziewczynki ostrą jazdę. Przesłuchania, podejrzenia, najokrutniejsze wersje tego, co mogło spotkać małą.

pojmani

W okazałym domostwie w pokoju bez okien trzynastoletnia dziewczynka pod okiem swojego 'opiekuna', stróża i jednocześnie przywódcy tak zwanego 'kręgu' werbuje kolejne ofiary. Poznane na internetowych czatach dziewczątka, które wkrótce staną się gwiazdami filmów online, w których dorośli mężczyźni będą eksploatować ich małe ciałka wg. uznania swojego i widzów.

pojmani

Policjant próbuje rozwikłać sprawę zaginięcia swojej partnerki. Kobiety, która nie mało już zdziałała w policyjnych kręgach i która mogła być ostatnią nadzieją dla dzieci, które znikają bez śladu. Teraz to ona znikła.

Początkowo trudno się zorientować jak te filmowe plany mają się do siebie. Oświecenie przychodzi jednak szybko, gdy tylko umiejscowimy sobie poszczególne wydarzenia w czasie. Czytałam już recenzje, które od razu wywalają kawę na ławę, ale ja wolę zostawić Wam odrobinę przestrzeni do myślenia. Sama nie lubię, gdy w filmowych opisach z góry zakłada się, że widz jest debilem i nie umie dodać dwa do dwóch.

Najnowszy film Atoma Egoyan'a to thriller w stylu ubiegłorocznego "Labiryntu". Ostatnio dużo piszę o tym reżyserze, bo ledwie kilka wpisów temu chwaliłam jego "Diabelską przełęcz", a jeszcze wcześniej "Chloe". Facet ładnie sobie poczyna i na pewno jeśli zmajstruje coś jeszcze obejrzę jego działo.

Polska premiera kinowa "Pojmanych" zapowiadana jest na koniec listopada. Tymczasem film jest już w sieci, więc jeśli jesteście niecierpliwie, będziecie mogli zapoznać się z nim wcześniej.

Czy wcześniej, czy później, jedno jest pewne: warto. Nie ma tak mrocznego klimatu jak wspomniany "Labirynt", historia nie jest aż tak pogmatwana, ale porusza zbliżoną tematykę, a przeżycia bohaterów, które prezentuje są niemal odbitą kalką.

W centrum całego zamieszania po za poszukującymi prawdy rodzicami i policjantami znajduje się 'krąg'. Dorośli mężczyźni gustujący w małych dziewczynka. Pedofile psychopaci, bo choć niektórym z was za pewne ciężko w to uwierzyć nie każdy pedofil dopuszcza się czynów pedofilnych. Nie każdy pedofil to psychopata i nie każdy psychopata to pedofil. Tak w zasadzie nie trzeba być pedofilem żeby dopuszczać się czynów pedofilnych, ale to już temat na inny dział. W każdym bądź razie 'krąg' to ci najgorsi z możliwych. Dowiadujemy się sporo na temat ich modus operadi. To jak pozyskują nowe ofiary i do czego są one zmuszane. Co się dzieje z dziewczynką, która 'traci datę przydatności'. Jak funkcjonują dorosłe ofiary tego procederu. Obraz prania mózgu jest tu zaledwie zaznaczony, ale Egoyan nigdy nie słynął z dosadne brutalności, więc nie oczekiwałam jazdy w stylu "Taśm z Poughkeepsie".

Mimo braku rzeczonej dosadności film robi wrażenie. Szczególnie sceny z udziałem jego prywatnej dziewczynki. Od lat więzionej. Najlepsze jest to, że złoczyńca nie traktuje jej brutalnie, tak jak można by się spodziewać. Uczy ją śpiewu i gry na fortepianie, zapewnia lektury i możliwość podglądania rodziców przez ukryte kamery. Mówi do niej czule i jest rozczarowany tym, że mała mimo wszytko nie jest szczęśliwa. To chyba jeszcze bardziej daje w psychę niż piwnica w Austrii.

Co się tyczy wydarzeń związanych z rodzicami to... no cóż, tu nie ma zaskoczenia. Wariują z niepokoju, obwiniają się. Jedno się poddaje, a drugie nadal walczy. Postaci policjantów też skonstruowane są w miarę ciekawy sposób.

Technicznie film nie robi takie wrażenie jak "Labirynt", choć moją uwagę bardzo przykuła muzyka. Zdjęcia przyzwoite, zimowa sceneria służy budowaniu klimatu. Aktorzy dobrzy, choć nie wybitni. Ryan Reynolds w roli ojca, nie pokazał takiej klasy jakiej po nim oczekiwałam, ale jest ok. Dużo lepiej sprawdza się nasza uwięziona nimfa, śpiewająca rzewnym głosem piosnki o ogrodzie, którego nie widziała bagatela z osiem lat.

pojmani

Oczywiście najbardziej przypadł mi do gustu czarny charakter, Jim Calarco który chyba zapatrzył się na postać Quilty'ego z "Lolity", bo gdy obserwowałam jego manierę cały czas przed oczami miałam dostojnego Franka Langelle, wypadł wręcz wybitnie.

Cóż, jeszcze mogę powiedzieć? Wg. mnie jak do tej pory najlepszy tegoroczny thriller.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 14 września 2014

It's in the Blood (2012)

its in the blood

Młody mężczyzna o imieniu October wraca w rodzinne strony by spotkać się z ojcem.

W opisie filmu wspominali coś o demonach przeszłości i można to traktować bardzo dosłownie, bo wspólna wyprawa do lasu kończy się spotkaniem z czymś co można określić mianem demonów.

Nie zostało to. co prawda dosadnie wyłożone, ale może mieć to związek z tragedią z przeszłości jaka rozegrała się w domu Rusella, Octobera i... Irys.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tym filmie, bo było w nim nader sporo elementów zupełnie dla mnie niejasnych. Wcale nie przeszkodziło mi to w jego pozytywnym odbiorze.

its in the blood

its in the blood

Jest to obraz debiutancki, niskobudżetowy.

Bardzo widoczne w nim są spore ambicje twórcy, może nie wszytko udało się w stu procentach, ale wolę już wysoko postawioną poprzeczkę niż pójście na łatwiznę.

Scooter Downey wymyślił sobie film w dużej mierze oparty na retrospekcji. Rodzinna tragedia, która wydarzyła się lata temu nadal siedzi w głowie naszego głównego bohatera.

Bieżące filmowe wydarzenia przeplatane są migawkami wspomnień. Muszę przyznać, że to się najbardziej udało. Wprowadzają one spore zamieszanie, ale budują też nastrój paranoi i zagrożenia. Pojawiają się znienacka i są ciekawie zmontowane. O tym, co się wtedy wydarzyło nie będę wspominać, bo stopniowy wyjaśniająca się kwestia przykuwa uwagę widza. Nie jest to może jakaś zaskakująca, kosmiczna opowieść, ale daje radę.

Drugą sprawą jest bieżąca akcja, czyli wyprawa Octobera i Russela. Padają oni ofiarą jakiegoś dziwacznego zjawiska. Widzą dziwne postaci czające się za drzewem. Podejmują walkę z nimi.

its in the blood

its in the blood

Jedna z finałowych scen może sugerować w jaki sposób można połączyć ten element z przeszłością naszych bohaterów, ale to tylko moja interpretacja. Dla innego widza może to być jedynie zlepek nonsensownych scen.

Nie gwarantuje, że ta opowieść spodoba się każdemu. W wymowie jest oszczędna, bo nie stara się nic tłumaczyć na siłę, ale i forma jest minimalistyczna. Znowuż mamy teatr dwóch aktorów. Dodam, dobrych aktorów. I leśną scenerię. Wszystko to obleczone w ramy nadprzyrodzonego zjawiska, które depcze bohaterom po piętach i sugestywny wątek traumy jaką przeżył October.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 12 września 2014

Heart/ Serce (1999)

serce

Gary Ellis w wyniku przebytego zawału serca nie może funkcjonować jak zdrowy człowiek. Porusza się na wózku, oczekuje na przeszczep serca. Tym czasem jego żona wali go w rogi z aroganckim pisarzem, Alexem.

Pewnego dnia Gary otrzymuje wiadomość, że młody chłopak, który pożegnał się z tym światem może oddać mu swój organ. Operacja kończy się sukcesem a i życie rodzinne Gary'ego powoli wraca do normy. Występują jednak pewne komplikacje. Małżonka bardzo tęskni za niecierpliwym penisem kochanka, a Gary wchodzi w dziwną relację z matką zmarłego dawcy serca.

serce

serce

"Serce" to dość dziwny brytyjski thriller. Okraszony dużo dawką erotyzmu- co byłby przyjemne dla oka, gdyby pieprząca się bohaterka, żona Gary'ego, była choć odrobinę apetyczniejsza - i psycho jazdy z udziałem przedziwnego czworokąta.

Tak na prawdę żaden z filmowych bohaterów nie jest w stanie wzbudzić sympatii widza. Opowieści Marii Anny, matki dawcy, mogą przyprawić o mdłości. Wiecznie zblazowana Tess (żonka) ma przykry pysk i rozbiegane oczka, wciąż wypatrujące fallusa Alexa, jej wątpliwa moralność raczej nie zaskarbi jej fanów. Nasz główny bohater Gary to też nieciekawy przypadek. Wariujący z zazdrości, niepotrafiący dać szansy, ani sobie, ani swojemu małżeństwu. No i pyszałkowaty Alex, ogarnięty zupełnie niezrozumiałą obsesją na punkcie Tess.

Wszystkie filmowe wydarzenia krążą wokół tytułowego serca. Serca, które w założeniu ma być nową szansę, a praktyce jest poważnym problemem. Nie wiem, czy wymową tego filmu miało być to, że nie każdy zasługuje na taką szansę, ale sporo może na to wskazywać.

Fabuła filmu opiera się na retrospekcji. Wszytko zaczyna się jakby od końca. To ciekawy zabieg, bo zastanawiamy się jak mogło dojść do czegoś tak makabrycznego.

Scenarzysta odsłania karty powoli. Napięcie jest mocną stroną tego obrazu. Mimo iż wykreowane postaci nie budzą ciepłych uczuć aktorstwo jest bardzo dobre.

Reżyserem filmu jest znany z wielu topowych seriali Charles McDougall, który maczał paluchy przy "Gotowych na wszystko", "Seks w wielkim mieście", czy "Dynastia Tudorów". Oczywiście estetyka filmu znacznie odbiega od wymienionych tu produkcji nie mniej jednak wspólna jest dbałość o szczegóły, czy zdolność wydobywania ze swoich aktorów emocji.

Na pewno jest to wyróżniający się film, podejmuje trudną tematykę w nie łatwy sposób.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:8

Walory techniczne:6

to coś:7

Oryginalność:7

67/100

W skali brutalności: 2/10


Tagi: thriller
12:10, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 września 2014

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (1933)

niewidzialny człowiek

Skromy aptekarz, Jack Gryffin, ma ambicje zostania wielkim naukowcem. Jak przekonają się mieszkańcy małej turystycznej mieściny, w końcu udaje mu się dokonać odkrycia na miarę nagrody Nobla.

Wszystko zaczyna się w pewną wietrzną noc, gdy w czasie śnieżnej zawiei opatulony od stóp do głów Jack wpada z walizką do gospody państwa Hall. Tam stara, podejrzliwa karczmarka wynajmuje mu pokój. Wkrótce jej wścibstwo doprowadzają ją do nieprawdopodobnego odkrycia.

niewidzialny człowiek

Jack Gryffin nie jest zwykłym przyjezdnym, a naukowcem, który w wyniku eksperymentowania na samym sobie doprowadził do nieszczęścia. Bohater zaaplikował sobie mieszkankę składającej się z niepewnej substancji, która sprawiła, że jego powłoka materialna, znikła. Mężczyzna stał się niewidzialny i tylko warstwa ubrań i bandaży sprawia, że inni ludzie mogą dostrzec jego obecność.

niewidzialny człowiek

Jest coś jeszcze. Wspomniana substancja powoduje poważne skutki uboczne doprowadzając eksperymentatora do szaleństwa. Wkrótce pojawiają się pierwsze śmiertelne ofiary, a Jack pokaże światu, co jeszcze może zrobić, czego dokona, a nikt nie będzie w stanie go powstrzymać, bo... go nie widać.

Bardzo tęskniłam za tym filmem. Oglądałam go oczywiście jeszcze za dzieciaka i chyba nie muszę dodawać, że mocno mnie przeraził. Teraz efekt przerażenia był... no, nie było go, niemniej jednak klasyczna już historia o niewidzialnym człowieku jest nader interesująca a obraz w reżyserii Jamesa Whale świetnie przekłada ją na język filmu.

Postawę dla scenariusza stanowiła powieść H. G. Wellsa, autora bardzo znanych powieści z pogranicza grozy i Sci-fi, takich jak "Wojna światów", czy "Wyspa doktora Moreau". Jeszcze nie miałam okazji się z nią zapoznać, więc porównań na poziomie fabuły nie będzie.

Lata 30 przyniosły wiele dobrych ekranizacji klasycznych powieści grozy, "Niewidzialnego człowieka" spokojnie można do nich zaliczyć.

niewidzialny człowiek

Film oglądałam w wersji czarno-białej, może szczęśliwie nikt go nie pokolorował, a może miałam fart trafiając na wersję oryginalną. To automatycznie działa na korzyść klimatu, przynajmniej w moim odczuciu.

Jeśli chodzi o prezentację filmowych wydarzeń to nie mam zastrzeżeń ze względu na moją tolerancję dla niewielkich, w porównaniu z obecnymi możliwości technologicznych ówczesnych filmowców.

Sceny, które zawierają efekty specjalne, jak ta w której widzimy człowieka, którego twarz powoli znika, po powolnym zdejmowaniu bandaża, udały się całkiem dobrze.

Bardzo przypadło mi do gustu aktorstwo.Nieco przesadna maniera jaką operowała obsada pasowała do iście dramatycznych wydarzeń. Szczególnie obłęd wydzierający z głównego bohatera w czasie wygłaszanych monologów o potędze i sławie. Zabawną postacią jest stara karczmarka. Wiecznie krzycząca w przerażeniu, zagłuszająca wszystko i wszystkich. Jakby mieć taką obok siebie na co dzień można się dorobić chronicznej migreny:)

niewidzialny człowiek

Lubię opowieści o szalonych naukowcach, są nieśmiertelne i wciąż aktualne, na tyle długo na ile człowiek nadal będzie przekraczać kolejne bariery poznania.

Człowiek, którego nie widać, który może być wszędzie, może bez problemu wejść i wyjść niezauważony, podsłuchać wszystko, zdemaskować każdego, to iście szatańska wizja.

Oglądając film zastanawiałam się na ile obłęd głównego bohatera i jego mordercze zamiary były winą feralnej substancji, a na ile nagle zdobytej władzy, która, jak wiadomo, powoduje u niektórych rozpętanie najgorszych instynktów.

Ta historia opowiadana, kontynuowana była na wiele sposobów, sama miałam do czynienia tylko z "Człowiekiem widmo" i wrażenia po seansie raczej mierne. Natomiast bardzo chętnie zapoznam się z pierwowzorem filmu, czyli powieścią.

Do seansu z "Niewidzialnym człowiekiem" z 1933 roku oczywiście zachęcam, może nie miłośników współczesnego kina grozy, ale na pewno tych, którzy doceniają starsze produkcje.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

Zaskoczenie:6

76/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 08 września 2014

The Gathering/ Zgromadzenie (2002)

gathering

Na terenie Anglii, w dość nieprzyjemnych okolicznościach, dwoje młodych ludzi odnajduje zasypane ruiny kościoła z pierwszego wieku naszej ery. Jest to, być może jedno z najstarszych znalezisk w Europie, dodatkowo cechuje je niestandardowa budowa ołtarza.

Wierni, którzy przybyliby do tej świątyni nie obserwowaliby standardowo ukrzyżowanego Jezusa, lecz innych, ludzi. Tych, którzy przypatrywali się ukrzyżowaniu.

gathering

Specjalista od renowacji zabytków, Simon Kirkman, rozpoznaje w budowli kościół wzniesiony przez jednego z naocznych świadków ukrzyżowania.

Tym czasem żona naukowca, macocha jego dwójki dzieci z pierwszego małżeństwa, w deszczowy dzień potrąca na drodze młodą dziewczynę.

Cassie, nie pamięta nic z celu swojej podróży. Rodzina Kirkman bierze ją pod swoją opiekę dopóki nie dojdzie do siebie.

gathering

Pamiętam jak bardzo spodobał mi się ten film, gdy obejrzałam go po raz pierwszy wkrótce po polskiej premierze. Teraz za każdym razem, gdy go oglądam, sentyment pozostaje, ale wyłapuję też coraz więcej elementów, które zdają się nie pasować, w najlepszy przypadku odbieram je jako naciągane.

"Zgromadzenie" to horror religijny, ale spokojnie obchodzi się bez antychrysta i bez boga- w zasadzie. Skupia się na ludziach. Na wyznawcach wiary chrześcijańskiej i na tych, którzy przeczą chrześcijańskiemu miłosierdziu.

Pierwsza połowa filmu jest bardzo tajemnicza. Młoda dziewczyna przybyła nie wiadomo skąd. Dziewczyna, która ma makabryczne wizje, w których widzi śmierć kilku osób.

Kościół, który ktoś wzniósł w sposób całkowicie różniący się od tradycyjnych budowli, kościół który ktoś później zasypał. I ludzie. Ludzie, którzy patrzą. Cassie widzi ich w miasteczku. Chodzą całymi grupami, jakby w oczekiwaniu.

gathering

Druga połowa filmu jest już bardziej przyziemna. Cassie odkrywa, że jeden z mieszkańców miasteczka ma złe zamiary wobec rodziny, która ją przygarnęła. Za wszelka cenę chce temu zapobiec.

Mamy tu więc wątki religijne, tajemnice kościoła, są wątki psychologiczne, trauma, zbrodnia etc. Bogactwo i urodzaj. A co mi zgrzyta, co mi nie pasuje, co konkretnie mi się podoba muszę umieścić w spoilerze.

SPOILER: Cała idea zgromadzenia jest szalenie ciekawa. Zawsze zastanawiało mnie to, jak ludzie mogą być tak podli i obojętni na cierpienie. Filmowy scenariusz pokazuje, że wszystkich takich osobników spotka kara. Tytułowe zgromadzenie to osoby, które przyszły na ukrzyżowanie Jezusa dla fun'u. Ze wszystkich stron świata zbiegli się żeby popatrzeć na widowisko śmierci. Nie okazali współczucia, nie uronili łezki, tylko patrzyli.

Od tamtej pory, na tych ludzi spadła klątwa. Przez wszystkie czas,y w swoim niekończącym się żywocie będą robić tylko to. Patrzeć na cierpienie. Wspaniała wizja kary. Ale w tym miejscu następuje zgrzyt.

Przecież każdego dnia tysiące ludzi na całym świecie cierpi. Toczone są wojny, ludzie padają ofiarami morderstw, dzieci są sprzedawane do burdeli, a chińskie małolaty obdzierają koty ze skóry! Jak Zgromadzenie odróżnia te Wielkie tragedie od małych? Bo przecież nie mogą być w tylu miejscach jednocześnie? Dlaczego akurat zemsta Freda, który pomijając rojenia wobec małego Michaela bierze do ręki bicz boży i wymierza karę tym, którzy zasłużyli został tak wyróżniony? Przecież masowe morderstwa to codzienność, jak nie w tym to w innym zakątku świata. Czemu zgromadzenie wybrało akurat te tragedię? Śmiesznie małą w porównaniu z wybuchem bomby atomowej? KONIEC SPOILERA

gathering

Obydwa wątki, te religijne i te przyziemne połączą się, tu następuje zgrzyt, ale to kwestia tego, czy widz jest upierdliwy, czy nie. Ja swoje wątpliwości wyłożyłam w spoilerze i tyle w tym temacie mogę Wam powiedzieć.

Czy je podzielicie, czy nie, nadal uważam, że "Zgromadzenie" jest jednym z oryginalniejszych pod względem pomysłu horrorem religijnym.

Obfituje w zwroty akcji, które owszem każdy stary horrorowy wyjadacz przewidzi, ale mimo wszytko są obecne i wzbogacają fabułę.

Jest tu sporo mocniejszych fragmentów, takich powodujących wzrost emocji, jak chwila w której klecha zaczyna łączyć wizerunki z ołtarza z innymi materiałami, w których szperał. Sceny kolejnych śmierci przy milczącym akompaniamencie obserwatorów, również robią wrażenie.

Tak, mimo wszystko to dobry film.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:8

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 07 września 2014

Wirus - Guillermo del Toro &  Chuck Hogan

wirus

Na lotnisku JFK ląduje samolot pasażerski z Europy. Mimo iż do chwili lądowania nic nie wskazywało na problemy na pokładzie, po wylądowaniu wszystkie systemy w samolocie padają, a pasażerowie i załoga tkwią w nim mimo braku dopływu tlenu.

Służby ratownicze lotniska nie bardzo wiedzą, jak zareagować, więc zarządzają standardową procedurę w razie ataku terrorystycznego. Zjawia się ekipa 'Zwalczania i zapobiegania chorobom', która ma sprawdzić możliwość ataku biologicznego. Szybko okazuje się, że wszyscy pasażerowie lotu, a także załoga pokładu są martwi, a jedynymi obrażeniami na ich ciałach są drobne, acz głębokie rany na szyi. Sprawa dodatkowo komplikuje się, gdy czworo z podróżujących, w tym pilot 'zmartwychwstają'.

Lekarz zatrudniony w CDC podejrzewa, iż doszło do zainfekowania nowym, nieznanym wirusem.

Zanim jednak znajdziemy się na lotnisku JFK w asyście jednego z głównych bohaterów- wspomnianego lekarza - poznamy historię sięgając dużo dalej w przeszłość. Jest to legenda o Sardu, bestii, wampirze, strzydze, która wysysa krew i zabija swoje ofiary. Opowieść snuje pewna staruszka, a słuchaczem jest chłopiec, który będzie miał okazję w swoim długim i burzliwym życiu spotkać Sardu, a jego wiedza i doświadczenie przyda się w momencie, gdy Nowy Świat ogarnie panika związana z nieznaną zarazą, która zmienia ludzi w ... no, właśnie, w co?

Guillermo del Toro, jeden z moich ulubionych hiszpańskich twórców filmowych, zapragnął nakręcić serial o wampirach. W obecnych czasach, gdy wampiry głównie umierają z miłości, a pożywiają się z rzadka, zachowując przy tym wszelkie wymogi humanizmu, w dodatku są przystojne i zamożne, bardziej drastyczny pomysł Hiszpana nie spotkał się z oczekiwanym entuzjazmem wytwórni filmowych.

Mogę przypuszczać, że dlatego właśnie postanowił podążyć tropem wszelkich "Pamiętników wampirów" i innych "Zmierzchów": najpierw książka, sukces książki, a później film.

We współpracy ze znanym amerykańskim pisarzem stworzył fabułę powieści "Wirus", która w założeniu ma składać się z trzech części. Póki co, na polskim rynku pojawiły się dwa wydania pierwszego tomu.

Drugie wydanie to zasługa wydawnictwa Zysk- i spółka, którego publikacja poniekąd zbiegła się w czasie z premierą serialu na kanale Fox. Co niemniej, nie więcej oznacza, że chwyt Guillermo zadziałał.

Sama serialu nie oglądałam, (dziś o 22:55 na Fox, leci chyba pierwszy odcinek), ale zbiera pochlebne opinie co oznacza, ze wkrótce także w Polsce stanie się popularny, a to zwiększa szansę na polskie wydanie kolejnych części powieści.

wirus

Mogę Wam zagwarantować, że powieść tych dwóch panów nie ma nic wspólnego z popularnymi romansami paranormalnymi. Już bardziej przypomina post apokaliptyczne twory o zombie. Bo właściwie obraz wampiryzmu zaprezentowany w "Wirusie" to taka hybryda zarazy ożywiającej  zmarłych i czyniącej z nich bezrozumne maszyny do zabijania, brzydkie i okrutne i wampiryzmu, ze względu na połowicznie mitologiczne pochodzenie, wątek pożywiania się krwią i strach przed światłem.

Podobnie jak w popularnych filmach z wątkiem apokalipsy przyczyną zagłady ma być nieznana choroba. Tego najbardziej obawia się współczesny świat. Chorobę tą przywlecze coś, co teoretycznie nie powinno istnieć, a ktoś, kto pragnie niemożliwego wesprze działania złowrogiej siły przy akompaniamencie bezradnych służb rządowych. Jak zwykle znajdzie się ktoś inny, ktoś oświecony, ktoś kto wie, ale nikt mu nie wierzy, postać mściciela na wzór pogromców wampirów i osoby, które mu zawierzą.

Czy taki obraz wampiryzmu mi się podobał? Niekoniecznie. Na pewno wygląda to lepiej niż słodko pierdzących romansidłach dla zakompleksionych małolat z silnym motywem Kopciuszka, jako fabularny szkielet. Ale jest też gorzej niż w bardziej tradycyjnych opowieściach, jak niedawno wspominany tu "Dracula". 

Wątek mitologiczny jest tu bardzo oszczędny, pojawia się w prologu (czymś na kształt prologu), gdzie czuć ducha twórczości Hiszpana i wątkach dotyczących starego profesora - wspominanego 'tego który wie'. Cała reszta bardziej przypomina sensacyjną opowieść z masą medycznych szczegółów. Coś dla tych, którzy wolą 'szkiełko i oko'.

Tu wampir rozebrany jest na części. Za przebieg przemiany w stwora odpowiada pasożytniczy wirus, który atakuje osobnika, jak nowotwór tylko w przyspieszonym tempie. Dostosowuje organizm nosiciela do swoich potrzeb - między innymi w jego przełyku wyrasta ogromne, wijące się żądło umożliwiające pożywianie się.

starin

Powieść stara się też racjonalizować legendy o wampirach, wyjaśnia pewne kwestie, które mogły dręczyć niedowiarków:

"Stoker spopularyzował mit, że wampir potrafi zmienić swoja postać, przekształcić się w nocne stworzenie, takie jak szczur, nietoperz, czy wilk. Ta nieprawdziwa opinia zawiera ziarnko prawdy. Zanim zaczęto budować piwnice, wampiry gnieździły się w norach i na skraju wiosek. Wyganiały inne stworzenia, takie jak nietoperze, czy wilki, a one napadały na wioski."

Całość w pewnym sensie urąga wampirycznej tradycji, ale przynajmniej nie czyni z tych stworzeń misiów -pysiów do pokochania.

Podsumowując, książka mi się podobała, ale wolałabym w niej mniej sensacji, medycyny, czy szczegółów opisujących działania amerykańskich organizacji rządowych, a więcej ciemnych korytarzy, legend, baśniowości i postaci takich ,jak stary profesor. Jestem sentymentalna, ot co. Na serial oczywiście rzucę okiem przy okazji, bo ze screenów znalezionych w sieci zapowiada się ciekawie.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i ska


http://www.zysk.com.pl/pl/Aktualnosci/Chimaera_-_nowa_jakosc_wyobrazni

The Possession of Michael King/ Opętanie Michaela Kinga (2014)

opętanie michaela kinga

Tytułowy bohater debiutanckiego horroru Davida Junga właśnie stracił- w tragicznych okolicznościach- ukochaną żonę, Sam. Wini za to jej prywatne medium/wróżkę, która poniekąd przyczyniła się do tego, że Samantha znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Jest wściekły na tą całą szopkę ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, więc postanawia nakręcić dokument udowadniający, że siły nadprzyrodzone nie istnieją. W tym celu na sto sposobów próbuje wywołać demona, co jak wskazuje tytuł filmu- udaje mu się.

opętanie michaela kinga

Cóż, kolejny paradokument właśnie trafił na ladę. Brać, czy nie brać? Ano, wziąć można. Niestrawności po nim nie będzie, ale uczta kinomana to to też nie jest.

Jak zauważyliście tło historii jest dość dramatyczne, śmierć i żałoba, którą nasz bohater próbuje odreagować wyżywając się na wszystkich tych, którzy wierzą w życie pozagrobowe, opętania, boga i jasnowidzów.

opętanie michaela kinga

Nie wiem czemu obrał sobie na cel właśnie demony, w końcu co one były mu winne? Mniejsza z tym.

Nasz bohater przez pierwszą połowę filmu bawi nas przygodami jakie napotyka na ścieżce tropiciela demonów. Trafia do szalonego nekromanty, którzy wstrzykuje mu jad żaby i przyszywa do brzucha zęby nieboszczyka lojalnie uprzedzając, że teraz zamieszka w nim dusza zmarłego. Oczywiście Michael używa też bardziej dostępnych środków wabienia demonów, jak 'zestaw internetowy do wywoływania demonów'. Najbardziej pojechaną akcją jest jednak spotkanie z demonologiem i jego żoną, które zmienia się w satanistyczną orgie doprawioną LSD. Nie należy też pomijać pierwszego spotkania jakie odbywa Michael, wprowadza ono w dość określony stan ducha.

opętanie michaela kinga

Balansujemy tak między grozą, a groteską słuchając szyderczego śmiechu Michaela, do którego póki co, żaden demon przyjść nie chce, aż... zacznie się. Co się zacznie? Ano, opętanie.

Zaczyna się niewinnie, bo od omamów słuchowych, Michael słyszy nieustanny szum, który stara się coś zagłuszyć. Co? Głos diabła. Okazuje się, że jedno z spotkań było bardziej owocne niż podejrzewał bohater, bo w końcu przyplątał się do niego demon. Nie jakiś Legion, Baal czy Lucyfer. To raczej typ z dalszego szeregu, więc doceniam inwencje twórcy filmu, że chciało mu się znaleźć coś oryginalniejszego, przy czym włożył on stosowne wysiłki by objawy opętania pasowały do specyfiki działania tego akurat demona.

opętanie michaela kinga

W czasie jednego z Michaelowych spotkań usłyszymy o nim więc wiemy do czego zmierza demon. To bardzo mi się spodobało. W paradokumentach najbardziej, po za latającą kamerą ,wkurwia mnie brak konsekwencji w prowadzeniu fabuły. W pewnym momencie twórca zaczyna płynąć i widzimy tylko rozmazany, rozhuśtany obraz, a o co tak naprawdę chodzi nikt nie wie i nawet nie ma czasu się zastanowić, bo próbuje nadążyć za latającym obrazem, albo wytropić w ciemnym kącie to coś, na co filmowy bohater reaguje krzykiem. Tu jest nieco inaczej. Efekty wizualne nie są tak nachalne, oczywiście pojawią się wygięcia i przegięcia ciała, rzut o ścianę czy tego typu kwiatki, ale głównie chodzi o wrażenia słuchowe- od nich wszytko się zaczyna.

Michael nieustannie chandryczy się z diabłem, jak duży to błąd ostrzegł go jeden z rozmówców. Opętanie wygląda tu więc trochę inaczej. Nie jakiś targ o dusze w stylu "Emilly Rose, rozstań cierpiętnicą", demon Michaela jest bardziej zabawny. Można nawet powiedzieć, że trafił swój na swego:)

opętanie michaela kinga

Jeśli chodzi o to, czy film przeraża, to tu jest raczej średnio. Niby jest się czego bać, bo diablisko ostro sobie poczyna, ale nie brakuje tu wisienki na torcie.

Dużo się dzieje, więc nudy nie ma, montaż jest przyzwoity, kamery w miarę statyczne, jak na debiut jak najbardziej ok.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:6

Oryginalność:6

65/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 06 września 2014

Histoires extraordinaires/ Trzy kroki w szaleństwo (1968)

trzy kroki w szalenstwo


Ekranizacja trzech opowiadań Poego znana także pod tytułem "Historie niesamowite".

Każda z filmowych nowel ma osobnego reżysera, średnio na każdy z segmentów przypada też po dwóch scenarzystów.
Trzy nowele, to tak, jak wspomniałam, trzy opowiadania Poego.

Pierwszym jest "Metzengerstein". W wersji oryginalnej spisanej przez autora jest to historia dziedzica Fryderyka, w wersji filmowej Fryderyki. Bohaterką noweli, jest piękna i bogata szlachcianka z rodu Metzengerstein od lat zwaśnionego z dalszymi krewnymi Berlifitzing i nieutrzymującymi z nimi żadnych kontaktów mimo iż ci mieszkają nieopodal.

trzy kroki w szalenstwo

trzy kroki w szalenstwo

Pewnego dnia w czasie przejażdżki po włościach Fryderyka napotyka swojego kuzyna, Wilhelma, którego z racji rodzinnego konfliktu nigdy nie widziała. Młodzieniec robi na pannie kolosalne wrażenie, a nie łatwo jest zrobić wrażenie na kimś takim jak Fryderyka. Jest ona bowiem wyjątkowo rozwydrzoną damulką. Jest piękna i młoda, na całego korzysta ze swoich wdzięków. Może mieć każdego kochanka. Ale jak się okazuje, nie Wilhelma. Wilhelm nie daje się złapać w sidła przy pierwszym skinięciu palcem. Jak powiedział kiedyś mądry człowiek, piekło nie zna takiej furii w jaką wpada wzgardzona kobieta.Fryderyka postanawia ukarać Wilhelma podpalając stajnie z jego ukochanymi koniami.

Fryderyka nie wie, że kuzyn jest gotowy zginąć by ratować swoich 'przyjaciół', a ona zostanie za to surowo ukarana przez los. Zemsta nie ukoi jej żalu, a miłość jaką zapałała do Wilhelma nigdy nie straci swojej mocy.


Jest to typowa dla Poego opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. O klątwie, która dotyka tych którzy dopuścili się zbrodni. Film jest doprawdy pięknie zrobiony. Wspaniałe plenery, doskonałe zdjęcia, nastrojowa muzyka i oczywiście Jane Fonda mknąca w piekielna otchłań na czarnym rumaku.


Drugi film powstał w oparciu o jedno  moich najulubieńszych opowiadań Poego, mianowicie "Wiliam Wilson".

Lubię je tak bardzo, bo spośród przeczytanych przeze mnie, do tej pory, opowieści Poego ta najbardziej się wyróżnia. Wszystkie "Ligeje", "Morelle" i "Bereniki" można wrzucić do jednego worka i oznaczyć kwitkiem 'powstałe z żałoby po Virginii'. Oczywiście są dobre i różnią się od siebie pod pewnymi względami, ale muszę przyznać, że monotematyczność Poego bywa męcząca.

"Wiliam Wilson" to opowieść o ...szaleństwie. Szaleństwo zawsze w mniejszym lub większym stopniu jest obecne w twórczości tego autora, ale żaden jej obraz tak mocno mnie nie zaintrygował. Bohaterem tego filmu (i opowiadania) jest tytułowy Wiliam Wilson. młodzieniec odziany w mundur zwierza się księdzu z grzechu morderstwa, aby uzasadnić swój czyn opowiada mu historię, która rozpoczęła się, gdy jeszcze był dzieckiem. Gdy Wiliam, był chłopcem,a był wyjątkowym gagatkiem, do szkoły z internatem, w której się uczył przybył nowy uczeń. Tym uczniem był... Wiliam Wilson. Chłopak nazywał się tak jak on i szybko stał się powodem frustracji naszego bohatera.

Nowy uczeń szybko pokazał, że jako jedyny nie boi się Wiliama, co więcej podważał jego autorytet wśród rówieśników. Ale nie to najbardziej irytowało bohatera.Nowy Wilson zdawał się naśladować starego Wilsona jakby wchodził w jego skórę by zająć jego miejsce. Co gorsza mimo iż naśladuje bohatera to we wszystkim jest dwa razy lepszy.Doprowadza to do ostrej scysji, jeśli tak można nazwać próbę morderstwa;), przez co obydwaj chłopcy zostają wydaleni ze szkoły.

trzy kroki w szalenstwo

trzy kroki w szalenstwo

Bohater oddycha z ulgą licząc, że pozbył się sobowtóra. Ale tak mu się tylko wydaje. Wiliam Wilson numer dwa pojawia się w życiu Wiliama Wilsona numer jeden za każdym razem, gdy ten zaczyna zyskiwać pozycję, władzę, odnosić sukces. Nie jest przy tym uczciwy. Sobowtór, niczym głos sumienia pojawia się zawsze by pogrążyć bohatera.
Tak, „William Wilson” to świetna historia psychologiczna. Opowiada o obsesji i szaleństwie. Można ją interpretować jako opowieść o skutkach walki z własnym sumieniem. Walki miedzy jasną i ciemną stroną tej samej osoby.

Film trochę mnie rozczarował, bo w porównaniu z opowiadaniem, brakowało mu głębi. Jeśli weźmiemy pod uwagę treść filmowego scenariusza natomiast pod względami technicznymi wypada równie dobrze jak pierwszy z filmowych segmentów.

W roli tytułowej mamy bardzo dobrego, przekonującego Alaina Delona. Filmową ozdobą filmu jest Brigitte Bardot, choć raczej mało korzystnie wygląda – jak na nią – w czarnych włosach.


Trzecia, ostania filmowa nowela, przyznam, znudziła mnie. Nie znam opowiadania na podstawie, którego powstała, więc porównań nie będzie. Widać jednak, że fabuła została mocno uwspółcześniona, bo w latach twórczości Poego nikt nie śmigał samolotami, ani nie zażywał LSD. „Nigdy nie zakładaj się z diabłem o własną głowę” opowiada o aktorze, a raczej aktorzynie, który przybywa z Wielkiej Brytanii do Włoch by zagrać w sztuce o religijnym charakterze. Ma być to historia Jezusa na dzikim zachodzie. Bardziej kpina z chrześcijaństwa niż ukłon w stronę wierzących, ale naszego bohatera wcale to nie obchodzi, bo jego gwiazda mocno przygasa, a producenci kuszą go nowym porsche, czy tam ferrari. O co chodziło Felliniemu w jego filmie? Głowy uciąć sobie nie dam ale wyraźnie obnaża on tu niedorzeczność kultu oddawanemu gwiazdom kina. Toby jest doskonałym przykładem braku podstaw do zachwytu nad sławną osobą.

trzy kroki w szalenstwo

trzy kroki w szalenstwo

Wszystko to w diabelnie surrealistycznej, ale jak dla mnie mało czytelnej oprawie.Aktorstwo podobnie jak w poprzednich dwóch tytułach na jak najlepszym poziomie.

Moja ocena:

Metzengerstein:7/10

William Wilson:7/10

Nigdy nie zakładaj się z diabłem o własna głowę:4/10

Całość:6/10

piątek, 05 września 2014

Don't Bother to Knock/ Proszę nie pukać (1952)

prosze nie pukac

Młodziutka Nell Forbes niedawno przybyła do Nowego Yorku i zamieszkała u swojego wuja Eddiego, który jest windziarzem w jednym z nowojorskich hoteli. Właśnie tam dziewczyna podejmuje swoją pierwszą pracę. Ma przez jeden wieczór zaopiekować się sześcioletnią córką bogatych gości hotelu.

prosze nie pukac

Niestety z Nell, a raczej jej psychiką nie wszytko jest w porządku, co wyjdzie na jaw w chwili pojawienia się na scenie przystojnego gentlemana, pilota Jeda, który w NY odwiedza swoją kochankę, barową piosenkarkę.

Marilyn Monroe, kto jej nie zna? Ale ilu z widzów kojarzy ją z rolami dramatycznymi? Jak chociażby ta w "Przystanku autobusowym"? Jeszcze mniej osób (prawdopodobnie) zdaje sobie sprawę z tego, że śliczna blondynka sprawdziła się także w thrillerze psychologicznym i to w roli głównej.

prosze nie pukac

Sama nie jestem jej fanką, ale to raczej wina narzuconego jej image niż wynik mojej analizy jej aktorskiego warsztatu. Nie powiem, byłam nieco uprzedzona do Marilyn, którą kojarzyłam jako piękną modelkę z problemami, która swoim wdziękiem i seksapilem podbiła Hollywood - ani słowa o talencie aktorskim z prawdziwego zdarzenia. Jako, że jedna z moich kum jest jej wielką fanką postanowiłam znaleźć w tej nieszczęsnej Marilyn coś dla siebie - jak i tak muszę słuchać wykładów na jej temat;) I znalazłam. I powiem Wam z ręką na sercu, że ze zdziwienia opadła mi szczęka. Jednym słowem nie warto patrzeć na aktora poprzez pryzmat narzuconego wizerunku.

Historia, którą opowiada film podobno wydarzyła się naprawdę. Nie jest mi jakoś szczególnie ciężko w to uwierzyć, wariatów na tym świecie nie brakuje.

Nie od razu poznajemy naszą główną bohaterkę. Początek filmu daje szansę na poznanie drugoplanowych bohaterów, pary wścibskich staruszków, czy zleceniodawców Nell.Jesteśmy też świadkami rozstania pary kochanków, Jed'a i Lyn - wspomnianej piosenkarki, której zasługą jest całkiem dobre tło muzyczne obrazu. Wracając do fabuły: Jed melduje się w hotelu licząc, że uda mu się ugłaskać ukochaną, ale początkowo nie zanosi się na to. Facet popija whisky i zerka na okna przeciwległego pokoju, gdzie dostrzega śliczną blondynkę w kosztownym szlafroczku i pięknych kolczykach. To nasza Nell. Jed postanawia poflirtować z dziewczyną, dzwoni do jej pokoju, a wkrótce zjawia się w nim.

A nasza Nell? Naszą Nell poznajemy jako skromniutką, szarą myszkę, pokornie spuszczającą oczy. Nawet platynowe włosy Marilyn nie lśnią jak zazwyczaj, są przygaszone, jak cała jej postać.

To było pierwsze zaskoczenie i pierwsza odsłona charakteru tej postaci. Kiedy tylko dziewczynie udaje się położyć swoją podopieczną do łóżka, zaczyna myszkować w rzeczach właścicielki pokoju, swojej pracodawczyni. Ubiera jej rzeczy, skrapia się jej perfumami, zakłada biżuterię.

prosze nie pukac

Gdy na horyzoncie pojawia się Jed, początkowo jest nieufna, wystraszona, "Naprawdę chodzi panu o mnie?" Jednak łatwo wchodzi w rolę, jak określa ją Jed 'dziedziczki, która jutro będzie przechadzać się po swoich włościach'. Flirtuje, jej uwodzicielska, intrygująca, bez wątpienia Marilyn w pełnej klasie. Ale to nie wszytko, bo już niebawem poznamy trzecią odsłonę jej charakteru.

Nell to ktoś w rodzaju szalonej wdowy wojennej. Okoliczności rozwinięcia się jej obłędu i wpływ na dalsze filmowe wydarzenia zachowam dla siebie. Po prostu uważam, że musicie to zobaczyć na własne oczy. A jest na co popatrzeć.

Jeśli tak jak ja, do tej pory postrzegaliście aktorstwo Marilyn jako kompilację seksapilu i sztucznego wizerunku zmienicie zdanie. Może i grała słodkie idiotki, których jedynym problemem był nadmiar powodzenia u płci przeciwnej, gdzie mimika ograniczała się do trzepotania rzęsami,  ale potrafiła też zagrać postać tak wielowymiarową i pokręconą jak Nell. To doprawdy rola warta uwagi.

prosze nie pukac

To film wart uwagi, ze względu na samą aktorkę, ale nie tylko. Cały scenariusz jest zmyślny, dialogi inteligentne, postaci z dalszego planu nie mniej ciekawe.

Akcja toczy się w kilku pomieszczeniach, wszystko rozgrywa się na terenie hotelu, co przydaje filmowi takiego teatralnego uroku.

Jednym słowem dobrze zrobiony film na podstawie bardzo dobrego pomysłu. Szkoda mi tylko Marilyn, że tak rzadko miała okazję wcielić się w jakąś ambitniejszą rolę. Nawet na plakacie promującym ten oto film przedstawiona jest w swoim klasycznym stylu- diva w czerwonym gorseciku, chyba producenci obawiali się, że w przeciwnym razie nikt jej nie rozpozna;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Aktorstwo:9

To coś:8

Oryginalność:8

Walory techniczne:8

Zaskoczenie:8

77/100

W skali brutalności:0/10


środa, 03 września 2014

Deadly Friend/ Przyjaźń na śmierć i życia (1986)

deadly friend

Głównym bohaterem horroru Wes'a Cravena jest jest nastoletni geniusz, który zdołał skonstruować robota wyposażonego w sztuczną inteligencję. Jego BB jest nie tylko wielkim naukowym osiągnięciem, ale także przyjacielem Paul'a.

Gdy chłopak wraz z matką przeprowadza się do nowego domu, by podjąć pracę na uczelni, BB wiernie mu towarzyszy. Wkrótce chłopak nawiązuje przyjaźń z mieszkającą w sąsiedztwie Samathą i rówieśnikiem, Tomem. Przyjaźń całej czwórki kwitnie do momentu, gdy Sam umiera. Paul za wszelką cenę pragnie wskrzesić przyjaciółkę. Z pomocą przychodzi mu jego wiedza z pogranicza technologii i medycyny.

deadly friend

Lata osiemdziesiąte to wg. mnie złoty okres twórczości Cravena. Nie znaczy to oczywiście, że później było gorzej, w końcu lata '90 to seria "Krzyk" kontynuowana ostatnio w roku 2011. Mam po prostu wrażenie, że reżyserom z tamtego okresu teen slasherów ciężko pogodzić ich własną estetykę, którą ukształtowali dwadzieścia, czy trzydzieści lat wcześniej z wymogami współczesnego odbiorcy. Podobnie sprawa ma się też Carpenterem.

Piszę o tym słowem wstępu do wpisu o "Przyjaźni na życie i śmierć", bo jest on doskonałym przykładem nieporozumień między współczesnym widzem, a wizją horroru z lat 80. Czytając opinie o tym obrazie, jakby nie patrzeć starszym, widzę, że oczekiwania horrorowej widowni całkowicie się zmieniły. Jestem pewna, że w swoim czasie ten film budził strach, a nie drwinę. Czemu tak jest?

Przyglądając się fabule obrazu widzimy, iż opiera się ona logice, czy naukowemu rozumowaniu. Postać nastoletniego geniusza, jest mało wiarygodna. Chłopak, który wie wszystko lepiej od profesorów z uniwersytetu medycznego mimo iż nigdy nie ukończył dziesiątek klasy. No, fajna bajka. Nie twierdzę, że takie umysły się nie zdarzają, ale tu myślę nastąpi pierwszy zgrzyt w odbiorze dzieła Cravena. Na robotyce nie znam się zupełnie, ale samouczący się, podejmujący decyzje pod wpływem emocji robot też nie zostanie zaaprobowany przez umysły ścisłe, które na poczekaniu wytkną niedorzeczność w tym pomyśle.

Im dalej brniemy w tą opowieść, tym więcej takich logicznych potknięć. Wystarczy wejść na pierwsze z brzegu forum filmowe, znaleźć temat "Deadly friend" a przeczytacie całą prześmiewczą litanie, która zdyskredytuje zarówno treść filmu jak i formę - szczególnie efekty. Dlatego też ja na tym zakończę.

Celem Cravena na pewno nie było ukazanie wiarygodnej naukowo teorii sztucznej inteligencji. Celem Cravena, mniemam, było ukazanie lęku człowieka przed taką technologią, która jak pokazuje film może wymknąć się z pod kontroli. W filmie spotkamy wielu bohaterów patrzących krzywo na małego uroczego robocika. Grupa wyrostków na motorach nazwie go konserwą, a starsza pani będzie walić do niego z dubeltówki. Nawet bliski przyjaciel Paula początkowo będzie zwyczajnie obawiać się wynalazku kolegi.

deadly friend

Jeśli się zastanowić, to czego właściwie boją się współcześni ludzie? Tego, że technologia zastąpi to co żywe, 'prawdziwe'. A co robi Paul z Samanthą? Robi z niej pół robota. Istotę zagubioną, obdarzoną morderczą siłą - epicka scena z piłką do kosza - ale nie radzącą sobie z ludzkimi emocjami, jak chęć zemsty.

deadly friend

deadly friend

Przeczytałam gdzieś zarzut względem scenariusza: Dlaczego Sam na początku chodzi jak robot ,a z czasem zaczyna biegać jak normalna dziewczyna? Jeśli uważniej obejrzy się ten film można wychwycić słowa Paula: procesor ma pomóc zregenerować to, co zostało żywego w mózgu Sam, nie zastąpić go robocim. Stąd mniemam, że z czasem Sam dochodziła do siebie i wyzbywała się 'robociego patrzenia'.

Jeśli idzie o oprawę techniczną to jest dokładnie taka, jakiej należy się spodziewać w filmach z tamtego okresu. Efekty epatują sztucznością, tu znowu można się powołać na scenę z piłką, ale mają swój niepowtarzalny urok, mnie np. spodobała się scena ze spaloną głową - typowy Craven.

deadly friend


Aktorstwo jest całkiem ok. Manieryzm lat '80 jest obecny, ale ciężko, żeby go tam nie było. Odtwórca głównej roli, 'chłopiec z "Domku na prerii"' radzi sobie dobrze, choć jego postać  ogólnie mnie irytowała 'kompleksem boga', ale podobnie miałam z Victorem Frankensteinem, a to w końcu postać oparta na tym samym schemacie charakterologicznym.

Najbardziej do gustu przypadła mi odtwórczynie roli Samanthy. Popis daje szczególnie w części drugiej, po wszczepieniu procesora, kiedy wygląda jak połączenie terminatora z zombie.

deadly friend

Wiele można temu filmowi zarzucić, ale po co? W końcu horror, szczególnie jeśli idzie o horrory złotego okresu slasherów, ma przede wszystkim bawić i budzić grozę. Craven jak zwykle balansuje między grozą i groteską zapewniają obydwa te wrażenia.

Na pewno nie polecę tego filmu komuś kto uparcie tropi filmowe błędy, czy oczekuje wiarygodnego odwzorowania rzeczywistości. Fani starych horrorów, szczególnie teen horrorów powinni być usatysfakcjonowani, bo "Przyjaźń na śmierć i życie" to nic innego jak kolejna nadprzyrodzona, krwawa przygoda, jaka spotyka nastolatki z Amerykańskiego przedmieścia.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

To coś:7

Oryginalność:6

68/100

W skali brutalności:3/10

wtorek, 02 września 2014

The Night Listener/Nocny słuchacz (2006)

nocny sluchacz

Gabriel Noone, autor znanych radiowych słuchowisk pewnego dnia otrzymuje od swojego znajomego książkę. Jej autorem ma być czternastolatek. Wyjątkowy chłopiec, po wyjątkowych przejściach.

Powieść robi na Gabrielu ogromne wrażenie i postanawia porozmawiać z młodym autorem. Tak zaczyna się ich telefoniczna znajomość.

Chłopiec jest nieuleczalnie chory, jego zdrowie i szczęście zostało w piwnicy domu rodzinnego gdzie rodzice wraz ze znajomymi kręcili filmy pornograficzne z udziałem syna. Tragedia rozgrywała się przez wiele lat, aż w końcu na swojej drodze nieszczęsny chłopaczek spotyka Donne, swoją adopcyjna opiekunkę. Gabriel tak silnie angażuje się w relację z chłopcem, że postanawia przejechać wiele mil i poznać o osobiście, ale czy chłopiec o imieniu Pete w ogóle istnieje?

nocny sluchacz

"Nocny słuchacz" to wyjątkowy film. Pomijając już fakt, że jest naprawdę dobrze skonstruowanym thrillerem, pełnym tajemnic, to przede wszystkim ma głęboki przekaz.

Gabriel jest gejem, ale jego związek się rozpada. Młody kochanek, jego wieloletni partner chce od niego odejść. Ma dość bycia fikcyjną postacią w słuchowiskach radiowych. Czuje się wykorzystywany. Ich życie i związek nieustannie stanowią temat twórczości Gabriela, który wydaje się traktować partnera jako środek do osiągnięcia zawodowych celów. Zarzuca mu, że dla niego każdy człowiek jest tylko kolejną historią.

nocny sluchacz

W kolejną historię, historię Peta, Gabriel angażuje się osobiście, emocjonalnie. Kim jest dla niego ten chłopiec? Kolejną historią do opowiedzenia, czy autentycznie łączy ich więź?

Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami, bo zanim cokolwiek w kwestii uczuć Gabriela stanie się jasne pojawią się poważne wątpliwości ad. postaci Pete'a. Może los się odwrócił i teraz to ktoś inny wykorzystuje radiowca żeby zwrócić na siebie uwagę?

"Nocny słuchacz" bardzo dobrze stoi w kwestii obsady aktorskiej. W roli głównej smutny Robin, partnerują mu bardzo dobrzy aktorzy drugoplanowi. Szczególną uwagę zwraca odtwórca roli Pete'a, Rory Culkin, młodszy brat 'Kevina', którego ostatnio widziałam też w bardzo dobrym dramacie "Mean Creek", oby nie zmarnował sobie kariery. Bardzo dobrze spisuje się Toni Colette, jako Donna, szerokiej publiczności znana przede wszystkim jako matka Cole'a "Widzę martwych ludzi" Sear'a.

Jako że mamy tu do czynienia z thrillerem psychologicznym meandry ludzkiego umysłu odgrywają znaczną rolę w tej zagadce. A muszę Wam powiedzieć, że historia jest złożona. Dla tych, którzy film już widzieli dzielę się refleksją w spoilerze. Tym, którzy filmu nie widzieli, gorąco polecam się zapoznać.

nocny sluchacz

SPOILER: Postać Donny, jak w finale stwierdza główny bohater, ma z nim wiele wspólnego. Donna, czy jak tam w rzeczywistości się nazywała, tworzy historie. Tak jak Gabriel. W ten sposób kobieta kształtuje swoje życie. Spokojnie można to nazwać chorobą psychiczną. Ale czy Gabriel nie czynił podobnie w swojej relacji z ukochanym? Czy nie zmieniał historii ich związku dla potrzeb słuchowisk, nie ubarwiał? Zapytany o ważne fakty ze wspólnego życia zadane przez partnera gubi się pomiędzy fikcją, a prawdą. KONIEC SPOILERA.

nocny sluchacz

O czym więc jest ten film? O samotności, która sprawia, że człowiek woli skryć się w fikcji niż pielęgnować prawdę.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

Tagi: thriller
13:24, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 września 2014

Dracula - Bram Stoker

dracula

Hrabia Dracula zamieszkujący okazały i mroczny zamek w Transylwanii jest najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem wampirycznego gatunku. To pierwszy wampir popkultury, literacki pierwowzór powieściowych krwiopijców - pierwowzór, od którego niestety coraz bardziej się oddalamy.

"Dracula" po raz pierwszy wydany został w roku 1897 budząc sensacje. Formalnie fabuła powieści złożona jest z listów, które bohaterzy piszą do siebie, dzienników, które prowadzą, a także wycinków z prasy.

Głównym bohaterem jest młody prawnik Jonathan, który na życzenie zwierzchnika musi udać się w podróż z Anglii do Rumunii, gdzie oczekuje go klient zainteresowany nabyciem nieruchomości na terenie Wielkiej Brytanii. Owym klientem jest hrabia Dracula, zamożny mieszkaniec niedostępnych karpackich terenów, żyjący samotnie i budzący niepokój wśród mieszkańców okolicznych miasteczek. Pierwowzorem dla postaci demonicznego szlachcica był niejaki Vlad Palownik, który słynął z okrucieństwa zarówno wobec poddanych jak i wobec wrogów. Jeśli przyjrzymy się wizerunkom Palownika i porównamy je z opisem powierzchowności literackiego bohatera, widzimy iż mamy tu do czynienia z wiernym odwzorowaniem.

dracula

Tu, dla wielu osób mylący może okazać się wygląd odtwórców ról Draculi w rozlicznych ekranizacjach powieści. Tak naprawdę żaden z aktorów nie był dobrany do tej roli tak jak powinien, już w latach 30 wampiry zaczynały niebezpiecznie przystojnieć. Toteż za najwierniejszą wizualnie względem książki postać filmową uznam wampira Nosferatu, bo tu też mamy do czynienia z cichą ekranizacją książki.

Co się tyczy fabuły, różnic pomiędzy filmowymi scenariuszami, a książką, to miałam wrażenie, że filmowcy starają się skomplikować sprawę. W tym momencie w pamięci mam tylko "Dracule" z '31 i "Nosferatu" z 22, więc nie mogę zbytnio generalizować. Nie mniej jednak powieściowa historia spotkania młodego prawnika z Draculą i konsekwencje tego spotkania jest dużo prostsza niż ukazują to filmy.  Finał powieści w przeciwieństwie do ekranizacji z '31 rozgrywa się z dala od korony brytyjskiej, a postać Miny nie jest utożsamiana z wybranką serca Draculi.

Jeśli o mnie chodzi, książka podobała mi szalenie. Fabuła - prosta, język przystępny, ale nadal literacki. Klimat książki- NIESAMOWITY. Nie oddała go żadna z ekranizacji. Książkowy Dracula to antybohater, którego można się bać. A nawet trzeba. Obraz jego wampirycznej egzystencji opisany z perspektywy śmiertelnie przerażonego Jonathana jest autentycznie upiorny.

Moja ocena:9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Klasyka Horroru

sobota, 30 sierpnia 2014

RECENZJA KONKURSOWA AUTORSTWA KOPRA:

Wolfen/ Wilkołaki (1981)

wolfen

Rok 1981 w kinie grozy okazał się rokiem wilkołaków. Premierę wówczas miały zarówno „Skowyt” Joego Dante, jak i „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa. Oba wykorzystując najlepsze jak na tamte lata efekty animatroniczne, ukazały nowe oblicza likantropów, które wreszcie przestały tu wyglądać jak facet z nadmiernym owłosieniem twarzy (a taki obraz znajdziemy jeszcze w pochodzącej z tego samego roku komedii „Full Moon High”) i dorobiły się pysków prawdziwych bestii.

Oprócz tych dwóch dzieł, ukazał się wówczas jeszcze jeden niesłusznie zapomniany dziś horror, który podszedł do tematyki z kompletnie odmiennej strony. To „Wolfen” w reżyserii Michaela Wadleigha.


Film ten jest ekranizacją zupełnie przyzwoitej powieści Whitleya Striebera, która co ciekawe wydana została także w naszym kraju. Choć polski tytuł mógłby sugerować klasyczne podejście do tematu, wilkołaki w „Wilkołakach” to trochę nie do końca wilkołaki. Przynajmniej nie takie co to w dzień ukrywają się pod postacią pozornie zwyczajnych ludzi a umierają tylko od srebrnej kuli.

Strieber po pierwsze podszedł do tematu od strony, można by rzec, naukowej, a po drugie zamiast do wywodzących się z Europy legend odwołał się do mitów północnoamerykańskich Indian. W efekcie tego powstała dość oryginalna koncepcja wilkołaków.

wolfen

Sama historia zbudowana jest na zasadzie policyjnego thrillera z paroma nieodzownymi dla tego typu opowieści schematami i kliszami.

Mamy zatem doświadczonego gliniarza „po przejściach”, który wraz z młodszą, całkiem atrakcyjną koleżanką, próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw w ubogiej dzielnicy Nowego Jorku. Za sprawą specyficznego filmowania z perspektywy zabójców, widz od początku domyśla się, że sprawcami nie są ludzie, tylko „coś innego”, co główni bohaterowie odkryją oczywiście później.

Tytułowe wilkołaki w pełnej krasie zaprezentują się praktycznie dopiero w końcówce i tu niektórzy widzowie przeżyją pewnie małe rozczarowanie ich wyglądem. Zastosowane przez twórców rozwiązanie pozwoliło pewnie zmieścić się w budżecie i obejść się bez speców do F/X. Choć wielu może się ono nie podobać, uważam że w kontekście akurat tego filmu był to lepszy pomysł, niż potencjalnie niedoskonałe efekty specjalne, które w wielu filmach z tamtego okresu dziś mocno trącą już myszką.


Mimo że skrót fabuły może zwiastować ciekawe i ekscytujące kino, niestety reżyserowi nie do końca się ono udało. Tempo „Wilkołaków” jest nieco niemrawe, w niektórych momentach zwyczajnie brakuje napięcia czy grozy, a Wadleigh zbyt dużo uwagi poświęca potomkom Indian, kosztem tytułowych stworów.

W ogóle w porównaniu do literackiego pierwowzoru, filmowy „Wolfen” strasznie upraszcza nie tylko wygląd wilkołaków, ale ich świat i sferę przeżyć wewnętrznych. O ile Strieber potrafił w książce praktycznie całe rozdziały opisywać z ich punktu widzenia, o tyle filmowcy ograniczają się do paru specyficznych ujęć.

Ponadto naukowa otoczka z powieści zostaje tutaj wepchnięta w mgiełkę tajemnicy i niedopowiedzenia, tak jakby reżyser uznał, że jednak woli pozostawić wilkołaki przynajmniej troszeczkę w sferze mitu.

wolfen


Mimo tego wszystkiego, „Wolfen” nie tylko może, ale i powinien choć po części spodobać się ceniącym w horrorze coś ponad straszenie, czy dużą ilość krwi. Film już od pierwszych kadrów urzeka zdjęciami tworzącymi niezwykły klimat.

Filmowcy na scenerię akcji wybrali fantastycznie prezentujące się w kadrach zapuszczone, przeznaczone do rozbiórki tereny nowojorskiego Bronxu (dziś wyglądające już zupełnie inaczej) na czele ze zrujnowanym kościołem wyłaniającym się z dymu na napisach początkowych. Spore wrażenie robią także ujęcia mostu Manhattan Bridge, na którego szczyt filaru wejść musi główny bohater. W ogóle film to taka mała wycieczka po Nowym Jorku, bo oprócz wspomnianych miejsc odwiedzimy jeszcze Most Brooklyński, Manhattan, Central Park a finał rozegra się na słynnej Wall Street.


To jednak nie walory turystyczno-krajoznawcze sprawiają, że „Wolfen” zaznaczył się czymś pośród filmów grozy. Wymyślona przez Streibera koncepcja wilkołaków nie przyjęła się w kinie i nie miała większego wpływu na kolejne dzieła o likantropach, ale kto wie jak bez filmu Michaela Wadleigha wyglądałyby takie klasyki jak „Predator”, czy „Aliens”. Ten pierwszy zaczerpnął z „Wolfen” sposób filmowania „oczami nieludzkiego zabójcy”. Co prawda wilkołaki nie stosują termowizji, ale wykorzystane przez filmowców sztuczki wizualne dają podobny efekt odrealnienia, wspomagany także udziwnionym wówczas dźwiękiem. Natomiast przy „Obcych: Decydujące Starcie” kompozytor James Horner mając mało czasu na stworzenie ścieżki dźwiękowej postanowił wykorzystać swoje wcześniejsze pomysły i sięgnął do bardzo dobrej, a mało znanej i niedocenianej kompozycji z „Wolfen” właśnie. Znakomita muzyka z finałowej konfrontacji z wilkołakami w niewiele zmienionej aranżacji stała się jednym z najbardziej pamiętnych muzycznych motywów „Aliens”.

wolfen

wolfen

Myślę, że to całkiem nieźle, jak na film którego reżyser de facto nie dokończył, bo zwolniono go tuż po zakończeniu zdjęć, nim zasiadł przy stole montażowym. Perypetii przy „Wolfen” było zresztą więcej, ale mimo wszystko, przy skromnym budżecie i bez żadnych gwiazd w obsadzie udało się nakręcić całkiem oryginalny horror, który choć pod pewnymi względami może delikatnie rozczarowywać i nie do końca wykorzystuje potencjał  opowiadanej historii, to jednak ma w sobie coś. Coś, co sprawiło, że mimo niedoskonałości, wracałem do niego kilka razy i chyba nawet za każdym razem potrafiłem go trochę bardziej docenić.


Moja ocena:
Straszność: 6
Fabuła: 7
Klimat: 8
Napięcie: 5
Zaskoczenie: 6
Zabawa: 5
Aktorstwo: 7
Walory techniczne: 7
Oryginalność: 8
To coś: 8
67/100
W skali brutalności: 5/10


KOPER

czwartek, 28 sierpnia 2014

Kristy (2014)

kristy

Justine, młoda studentka postanawia spędzić świąteczny weekend w akademiku. Jej chłopak, koleżanka i wszyscy studenci opuszczają teren kampusu. Justine jest sama. W czasie wizyty w sklepie napotyka dziwną, ostentacyjnie manifestującą do niej swoją niechęć zakapturzoną dziewczynę w podobnym wieku, która uparcie zwraca się do niej 'Kristy'.

Okazuje się, że słowna potyczka zachęci dziwaczkę do ataku na Justine, bo wkrótce po tym jak dziewczyna wraca do akademika, 'zakapturzona' wkracza na tern kampusu w asyście zamaskowanych kumpli. Nie inaczej, jak planują pozbawienie życia Justine.

"Imię Kristy z łacińskiego oznacza zwolenniczkę Chrystusa. Zabijcie Kristy, a zabijecie boga."

Już w pierwszych minutach filmu, zanim jeszcze w kadrze pojawi się protagonistka, poznajemy zamiary grupy sadystów, którzy mordują młode dziewczyny.

"Kristy jest piękna, czysta, błogosławiona. Znajdźcie, prześladujcie, pogrążcie w strachu..."

Wiemy zatem o co chodzi 'zakapturzonej' i jej towarzyszom. Poznając Justine widzimy, że na pierwszy rzut oka może pasować do profilu ofiar grupy. Cóż więc nam pozostaje? Śledzić rozwój fabuły, która pobiegnie dobrze znanym torem konwencji home invasion.

kristy

Scenariusz autorstwa Anthony'ego Jawinskiego odarty jest z jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Migawki we wstępie do filmu obnażają zamiary i przyczyny działań grupy polującej na kolejne 'Kristy'. Spotkanie 'zakapturzonej' i Justine jest czytelną zapowiedzią ataku, a dalsze wydarzenia są jasną konsekwencją wdrożonego planu.

kristy

Pod wieloma względami można powiedzieć, że scenariusz jest do dupy. Mamy zaszczutą ofiarę,  zachowującą się jak ofiara i podkładają się oprawcom. Działania sprawców, sceny w jakiś sposób mogące zostać uznane za drastyczne są skrzętnie ukrywane przed okiem kamery. Film w sam raz dla strachliwych.

Część filmu poświęcona polowaniom na Justine, jest jeszcze znośna fabularnie, gorzej zaczyna się dziać w drugiej połowie, ale nie będę Wam zdradzać szczegółów. Ten film i tak jest wystarczająco przewidywalny.

Zarówno aktorstwo jak i realizacja, tj. zdjęcia, muzyka... prezentują dość wysoki poziom. Nie ma się do czego przyczepić. Ashley Green, w roli 'zakapturzonej' jest bardzo dobra, szkoda, że nie ma większego pola manewru. Odtwórczyni roli Justine, Haley Bennestt jest stosownie słodka i typowa, jak na ofiarę.

kristy

Cóż więcej mogę powiedzieć? Film jest mocno przeciętny. Scenariusz pozbawiony jest jakichkolwiek mocniejszych elementów, które przybliżyłyby obraz do wymogów gatunku grozy. Natomiast doceniam pomysł na 'zgrupowanie morderców'. Przyczyny ich działań, wyszukiwanie dziewcząt, które mogłoby się wydawać mają w życiu lepiej i eliminowanie ich w imię walki z bożym błogosławieństwem, jest całkiem niezły.

kristy

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

61/100

W skali brutalności:1/10

środa, 27 sierpnia 2014

Devil's Knot (2013)

devils knot

Nowy film Atoma Egoyan'a, którego możecie pamiętać z thrillera "Chloe" opowiada historię trzech młodych skazańców oskarżonych o rytualne morderstwo dokonane na trzech ośmiolatkach z Arkansas w latach 90.

Tę głośną sprawę wielu z widzów miało okazje poznać dzięki rozlicznym filmom dokumentalnym, a także książce napisanej przez jednego z oskarżonych. Teraz, w dwadzieścia lat od od tych wydarzeń powstał filmowy scenariusz, który stara się przybliżyć zagmatwaną historię, która do dziś nie została do końca wyjaśniona.

devils knot

Akcję filmu otwiera scena zaginięcia trzech chłopców. Obraz skupia się szczególnie na jednym z nich, Stevie'm, który wraz z kolegami wychodzi na rowerową przejażdżkę by już z niej nie powrócić. Dzień po zniknięciu chłopców ich ciała zostają wyłowione z mętnej wody w pobliskim lesie. Związani, zgwałceni, zamordowani. Trop szybko pada na trójkę nastolatków, metalowców, którzy to mieliby zajmować się czarną magią, kultem szatana i w konsekwencji składaniem ofiar z ludzi. Dla władz sprawa jest prosta, ale w rzeczywistości wszytko się rozmija.

devils knot

"Devils Knot" stara się ukazać meandry śledztwa i procesu sądowego.

Słynna "Trójka z West Mephis" przez wielu nazywana jest kozłami ofiarnymi, zaś przez innych manipulantami, którzy dzięki rozgłosowi zyskali bardzo wiele, to jedni z głównych bohaterów filmu. Nie jedyni, bo obraz tylko częściowo skupia się na postaciach oskarżonych. Ważną rolę odgrywają też postaci bliskich ofiar. Pam Hobbs, matka Steviego, w którą wciela się Rese Witherspon, czy prywatny detektyw Ron Lax (Colin Firth), który jako jedyny wydaje się mieć wątpliwości względem sprawy.

devils knot

Pierwsza połowa filmu jest w miarę neutralna jeśli chodzi o opinię na temat domniemania winy oskarżonych jednak im dalej w las, tym bardziej film staje się stronniczy. Nie do końca można mieć o to pretensję, bo w roku 2011 sprawa niejako się rozstrzygnęła i na tym bazuje filmowy scenariusz. Szczęśliwie, a może nieszczęśliwie, jeśli weźmiemy pod uwagę iż jest to autentycznie rozgrywający się dramat niepewności, w filmie nic nie jest do końca jasne. Poznajemy wiele tropów, po za tym który został oficjalnie zaaprobowany w roku 1994.

devils knot

Na pewno nie można temu filmowi odmówić napięcia, typowego dla thrillera czy dobrego dramatu sądowego. Cała sprawa jest na tyle złożona, że obraz nie może nudzić, nie może nie budzić emocji. Pod względem realizacji jest niemal wzorowy. Dobry scenariusz, dobre aktorstwo, wszystko to sprawnie oprawione. Jeśli macie ochotę na coś, intrygującego, nie strasznego, to polecam.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:0/10

Tagi: thriller
21:32, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 sierpnia 2014

At the devils door (2014)

at the devils door

"At the devils door", czy też "Home" to nowy film Nicolasa McCarthy'ego twórcy dość intrygującego horroru "Nadprzyrodzony pakt" nakręconego dwa lata temu.

W nowym filmie twórcy znowuż mamy wątek paktu, innego rodzaju niż ten występujący w starszej produkcji, ale jednak.

Cech wspólnych między obydwoma filmami jest zresztą sporo, ale o tym później.

Pakt, którego zawarcia będziemy świadkami w pierwszych minutach filmu dotyczy sprzedania duszy. Młoda dziewczyna sprzedaje swoją duszę wujowi nowo poznanego ukochanego za bodajże pięćset baksów. Dziwnie wyglądający wuj/szaman początkowo sprawdza, czy panna przypadnie do gustu władcy piekła, gdy ten okazuje zainteresowanie dziewczyna wypowiada sakralne 'tak,' czyli podaje diabłu swoje imię i od tego zaczyna się jej przygoda. Czym się kończy zdradzić nie mogę.

at the devils door

at the devils door

at the devils door

Po mniej więcej kwadransie przechodzimy do następnego wątku. Poznajemy dobijającą do trzydziestki panią agent sprzedającą nieruchomości, która dostaje zlecenie sprzedania pewnego domu. Dom jest dość kłopotliwy, kobieta widuje w nim postać młodej dziewczyny, prawdopodobnie córkę właścicieli, która uciekła od nich. Powoli w sprawę zostaje zamieszana siostra agentki, Vera i to nią diabeł najsilniej zaczyna się interesować.

Uff... wypocenie logicznego streszczenia tej fabuły, które nie zdradza jej największych meandrów to nie lada wyczyn.

Scenariusz "At the devils door" jest nieźle pogmatwany, jest w nim sporo wątków, których połączenie mimo iż jest możliwe to ciężko odnaleźć się w tym chaosie.

Mamy tu w zasadzie trzy główne bohaterki i jednego antybohatera, diabła. Diabeł nie wykłada kawy na ławę, wiemy o nim jedynie tyle, że chce w kimś zamieszkać. Z czasem dowiadujemy się więcej na temat środków jakich musi użyć by osiągnąć cel, ale wszystko w swoim czasie.

Jeśli miałabym wymienić jedną główna cechę tego obrazu powiedziałabym 'długi'. Ale to bardzo subiektywne wrażenie, bo seans trwa raptem dziewięćdziesiąt minut. Czemu więc wydawał mi się niekończącą się opowieścią? Może nie byłam w formie, a może to wina mnogości elementów, wątków, które urywają się by za chwile powrócić i ogólnego rozciągnięcia fabuły w czasie.

Fabuła prowadzona jest w sposób dość oryginalny, bo nie pozwala ona zbytnio przywiązać się do żadnego z bohaterów. Nie jest to typowa opowieść, gdzie można wyłonić wątek przewodni i w prosty sposób usystematyzować sobie kolejne wydarzenia i związki pomiędzy nimi. To daje szanse na zwroty akcji i można rzecz, zaskakujące momenty, ale także wywołuje wrażenie chaosu.

Jako horror z wątkiem religijnym, który przede wszystkim ma na celu wystraszyć sprawdza się dość dobrze. Diabeł jest tu dość skromną postacią, ale stale obecną. Pojawi się kilka szybszych ujęć, mocniejszych momentów, typowych dla tego podgatunku ale nie wypadających bardzo tendencyjnie w kontekście całej fabularnej budowli. Mimo wyświechtanego tematu nie można nazwać tego obrazu schematycznym.

at the devils door

Podobne, niejednoznaczne odczucia miałam po seansie z "Nadprzyrodzonym paktem". Widoczna jest amatorskość w realizacji obydwu produkcji, ale zapewnia ona dość świeże i oryginalne spojrzenie. Poszczególne ujęcia, oświetlenie, montaż, aktorstwo itp. na pewno nie jest profesjonale w taki sposób jakiego oczekuje się od produkcji kinowych, ale nie można rzecz, że nie ma w tym pomysłu, metody na opowiadanie historii.

Chyba muszę przemyśleć, czy ten film mi się podobał bardzo, czy tylko średnio:)

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:6

To coś:7

Oryginalność:8

67/100

W skali brutalności:1/10

RECENZJA  ZWYCIĘŻCZYNI  KONKURSU ST _ASKA:

MadHouse / Dom szaleńców (2004)

madhouse

Absolwent psychiatrii, Clark, by zakończyć edukację na uniwersytecie podejmuje staż w klinice leczenia zaburzeń psychicznych Cunnigham Hall. Sara, której powierzono zadanie oprowadzenia mężczyzny po szpitalu, zabiera go do piwnicy, gdzie za pilnie strzeżonymi przez ochroniarza drzwiami przetrzymywani są najniebezpieczniejsi pacjenci. Właśnie ta część obiektu nazywana jest przez pracowników Cunnigham „Madhouse”. Wizyta w podziemiach kończy się nieprzyjemnym incydentem – Clark zostaje zraniony przez jednego z chorych. W jakiś czas po rozpoczęciu przez głównego bohatera pracy, na terenie placówki zostaje zamordowana siostra przełożona. Clark, który chce rozwiązać zagadkę śmierci kobiety, a także kolejnych osób, powoli poznaje tajemnice skrywane w murach szpitala.

madhouse

„Madhouse” stanowi debiut reżyserski Williama Butlera, który przed 2004 rokiem rozwijał się artystycznie jako aktor. Z kinem grozy zapoznał się wtedy całkiem nieźle, bowiem jego chyba największym aktorskim osiągnięciem była jedna z głównych ról w remake’u „Nocy żywych trupów” w reżyserii Toma Saviniego. Wystąpił także w siódmej części „Piątku trzynastego” a także w trzeciej odsłonie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Trzeba przyznać, że dotychczasowe doświadczenia Butlera w dziedzinie horroru pozwoliły mu na nakręcenie całkiem przyzwoitego straszaka.

Czegóż to w „Madhouse nie zobaczymy? Wątek przewodni młodego lekarza rozpoczynającego pracę w nowym miejscu, wątek morderstw popełnianych na terytorium szpitala, wątek ducha małego chłopca pojawiającego się nocą w klinice, wątek zbiegłego przed laty pacjenta, a w końcu wątek miłosny. Całkiem tego sporo, prawda? Początkowo może się wydawać, że taka mnogość motywów zadziałała na niekorzyść obrazu Butlera. W pierwszych parunastu minutach wprowadzane są bowiem one wszystkie naraz, zdaje się, że bez żadnego pomysłu na inteligentne rozłożenie tych informacji w czasie. Nie da się ukryć, że taki chaos budzi jedynie rozdrażnienie widza i zniechęca do kontynuowania seansu. Dalej jest jednak dużo lepiej. Historia staje się bardziej uporządkowana a wszystkie wątki w dalszej części umiejętnie prowadzone są aż do finału, który zgrabnie je łączy i wyjaśnia ich wzajemne powiązania. Sam z resztą pomysł na rozwiązanie zagadki, choć może nie nowatorski, to usatysfakcjonuje na pewno sporą grupę widzów.

Głównym atutem omawianej produkcji jest zbudowany przez twórców klimat. Dużo w tym zakresie na pewno „Madhouse” zawdzięcza umiejscowieniu akcji. Szpitale psychiatryczne wielu ludziom wydają się same w sobie niepokojące i bazując na tym twórcy postanowili tę awersję wykorzystać i zintensyfikować wszystkimi możliwymi sposobami. I udaje im się to niemal bezbłędnie. Zarówno scenografia, jak i zdjęcia skąpanych w półmroku korytarzy zapuszczonego szpitala w ujęciach nocnych przechadzek bohaterów robią niesamowite wrażenie. Na szczególną uwagę zasługuje oprawa dźwiękowa tych scen. Klimatyczna muzyka w połączeniu z ciągłym odgłosem szeptów oraz krzyków pacjentów szpitala potrafi zmrozić krew w żyłach. Co ciekawe, nacisk w „Madhouse” położony jest właśnie na te elementy, nie zaś na spektakularne sceny mordów. Tych w obrazie jest niewiele, a największe wrażenie robi iście groteskowe zabójstwo (silnie wzorowanej na postaci siostry Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”) siostry przełożonej.

madhouse

Sceny śmierci pozostałych ofiar potraktowane zostały raczej po macoszemu.

Główną rolę w produkcji Butlera odgrywa znany z kultowego „Blair Witch Project” Joshua Leonard, partneruje mu śliczna Jordan Ladd. Sprawiają oni, że aktorstwo nie jest najmocniejszym punktem „Madhouse”. Ladd, choć starała się jak mogła, nie dała rady zaprezentować przyzwoitego poziomu gry. Postać przez nią kreowana od początku do końca trąci sztucznością. Może młodziutka aktorka, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafiła się z nią utożsamić. Joshua Leonard natomiast chyba nawet się nie starał, większą część omawianego filmu odgrywa na jednej minie, także o jakiejkolwiek modulacji głosu widz może zapomnieć.

Choć „Madhouse” nie jest pozbawiony wad, w ostatecznym rozrachunku są one przyćmione przez niesamowity klimat, utrzymujący się przez cały czas trwania filmu, a także całkiem zgrabnie napisaną, ciekawą i zaskakującą historię. A wydaje się, że właśnie takimi cechami powinien się odznaczać dobry horror.


Moja ocena:

Straszność: 7

Klimat: 9

Napięcie: 7

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne: 7

Oryginalność: 6

To coś: 7

Aktorstwo: 3

Fabuła: 7

Zabawa: 7

67/100

W skali brutalności: 1/10


St _aska

10:41, ilsa333
Link Komentarze (6) »

Mamy zwycięzce!

konkurs

Miesiąc temu na blogu ogłosiłam konkurs na recenzję książki, lub filmu grozy. Ciężko było mi wyłonić zwycięzce. Kilka recenzji bardzo przypadło mi do gustu, ale nagrodzić mogę tylko jedną. Ostatecznie nagroda powędruje do ST ASKA, która napisała recenzję horroru "MadHouse". Recenzję czytelniczki opublikuję we wpisie 'powyżej'. Jeśli inni konkursowicze nie strzelą na mnie focha to z chęcią wrzucę na stronę także recenzje Kopra i Agnieszki:) Cóż, następnym razem będę musiała zorganizować większą pulę nagród;)

Do Aśki wysyłam dwutomową powieść Piotra Klupy "Pan na Wisiołach" ufundowaną przez wydawnictwo Videograf.

Wszystkim bardzo dziękuję za udział i oczywiście zapraszam ponownie.

10:22, ilsa333
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie


























Najstraszniejsze strony w necie

Blogi

Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidzących

Spis moli

zBLOGowani.pl