What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
poniedziałek, 19 lutego 2018

Ach śpij kochanie (2017)

ach spij kochanie

Kraków lata '50  ubiegłego wieku. Młody komisarz milicji pozbawiony przychylności przełożonych rozpoczyna śledztwo, którego przedmiotem jest udowodnienie tezy o seryjnym mordercy, który miałby odpowiadać za serię kilkudziesięciu zaginięć jakie miały miejsce w Krakowie począwszy od lat '40.

"Ach śpij kochanie" to kolejny Polski film, traktujący o seryjnym zabójcy. Krzysztof Lang poszedł więc w ślad twórców "Jestem mordercą", "Amoku" czy "Czerwonego pająka" i wygrzebał zapomnianą przez wielu biografię Władysława Mazurkiewicza.

ach spij kochanie

Facet był jednym z pierwszych schwytanych zabójców cyklicznych w Polsce, bo swoją działalność zaczął jeszcze w czasie II wojny światowej. Piękny Władek, bo tak nazywano go w środowisku nim jego oblicze zeszpecono oskarżeniami o sześc zabójstw, nie zabijał dla samej radości zabijania. Nie interesowały go też zwłoki ofiar, ani rozgłos.

Elegancki morderca, bo taki przydomek otrzymał zabijał dla pieniędzy. Był niezwykle zaradnym człowiekiem, z szerokimi kontaktami, który bardzo lubił życie na poziomie jednak nie bardzo utożsamiał się z klasą robotniczą. Swoje ofiary przyciągał propozycjami inwestycji, okradał i zabijał. Sprawa wyszła na jaw gdy odkryto zwłoki zakopane w wynajmowanym przez niego garażu w Krakowie.

ach spij kochanie

W filmie "Ach śpij kochanie" w rolę antybohatera wciela się Andrzej Chyra. Zdradzam ten fakt bez ogródek, bo i twórcy nie czaili się ze zdemaskowaniem sprawcy całego zamieszania. Chyra w swej roli wypada nieźle aczkolwiek nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że troch zabrakło mu pomysłu na kreację Pięknego Władka. Wyszło z tego takie połączenie Cassanovy z Hannibalem Lecterem,a to wysoce odtwórcze.

ach spij kochanie

Partneruje mu znana mi jedynie z portali plotkarskich Katarzyna Warnke, która gra naśladując femme fatale z filmów noir z falą blond grzywki kusząco opadającej na karpie usta. Gdzieś pod nogami plącze się, w teorii, głównym bohater, w przypadku, którego brak aktorskiej charyzmy odtwórcy roli pogrzebał wszelkie znaczenie postaci.  Jest jeszcze Linda, po Lindowsku pyszałkowaty i łachudrowaty oraz wulgarny Grabowski, któremu brakuje tylko mocnego fulla w ręce by można było jego postać  nazwać Ferdynandem Kiepskim.

Pierwsza partia filmu, czyli poszukiwania nieuchwytnego Władzia, to opowieść o zepsuciu systemu na podstawie historii kryminalnej.  Część druga, czyli Władzio schwytany, to już zagrywka w stylu "Jestem mordercą", czyli próba stworzenia bardzo ambiwalentnej relacji pomiędzy zabójcą, a milicjantem. Ciekawi mnie też kwestia rzuconego od niechcenia hasła: Seryjny zabójca - w Polsce w latach '50, podczas gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią o narodzinach tego określenia za oceanem w latach '70.

Nie wszystko się w tym filmie udało. Mogę powiedzieć, nawet, że więcej się nie udało niż udało, ale nie mogę być bezlitosna i powiedzieć, że film jest całkiem kiepski. Nie jest, przede wszystkim dlatego, że historia Eleganckiego Mordercy sama w sobie jest ciekawa i chociażby ze względu na to warto ten film zobaczyć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 17 lutego 2018

Nowy Dom na Wyrębach - Stefan Darda

nowy dom na wyrębach

Huber Kosmala, wykładowca akademicki z Lublina dziedziczy po zmarłym przyjacielu wiejską posiadłość, Wyręby. Osobliwy spadek przyprawia go o mieszane uczucia gdyż okoliczności śmierci jego przyjaciela, Marka wzbudzają w Hubercie silne poczucie winy. Mimo tego postanawia uczynić z Wyrębów wakacyjne siedlisko. W czasie krótkich wizyt mających na celu przygotowanie domu na ewentualny pobyt z rodziną zaczyna odkrywać, że Wyręby są miejscem cokolwiek dziwnym, a on ku swemu zdziwieniu zaczyna dawać wiarę niezwykłym świadectwom zmarłego przyjaciela.

Wydany w 2008 roku "Dom na Wyrębach" był swego rodzaju objawieniem na polskim rynku wydawniczym. Niektórzy porównywali polskiego Stefana z amerykańskim Stephenem, wierząc, że autor jest przyszłością polskiego horroru.

Tak, debiutancka powieść Dardy skradła mi serce i czym prędzej sięgnęłam po kolejne publikacje pisarza. Wtedy zachwyciłam się serią książek "Czarny wygon" - no, zachwyciłam się połowicznie, bo jedynie dwoma pierwszymi tomami. Już wtedy zauważyłam u Dardy  tendencje do desperackiego przeciągania wymyślanych historii.

Później przyszedł czas na całkiem zgrabny zbiór opowiadań "Opowiem Ci mroczną historię", którzy przywrócił mi wiarę w wyobraźnie autora, która nie kończy się na jednym wałkowanym w kółko pomyśle. I wtedy nastąpił mały krach, bo Darda począł eksperymentować z innymi tematami. Dalekimi od ludowych wierzeń. Mam tu na myśli przeciętne "Zabij mnie tato". Mniej więcej wtedy zakończyłam współprace z wydawnictwem Videograf, bo któraś z moich recenzji się nie spodobała  i na dłuższy czas zapomniałam o Stefanie Dardzie.

Teraz Darda powrócił z "Nowym domem na Wyrębach". Jaka była moja pierwsza myśl? Facet ma się ku końcowi jako pisarz. Odgrzewanie starego kotleta i próba powtórzenia niepowtarzalnego sukcesu.

Mimo tych myśli gdzieś z tyłu głowy miałam nadzieję - a może w tej metodzie jest szansa?

Akcja "Nowego domu na Wyrębach" rozpoczyna się prawie bezpośrednio po zakończeniu akcji "Domu na Wyrębach". Minęło bodaj parę miesięcy. Bohater pierwszej powieści został pochowany, a feralne domostwo wpadło w  ręce jego kolegi, Huberta, którego możecie pamiętać jako trzecioplanową postać debiutanckiej książki. Stwierdziłam, że w zasadzie nie tu nic do dodania, ale Darda mile mnie zaskoczył, bo miał zamysł na ponowne zawiązanie akcji. Pojawia się wilk- jak ma się do upiornej sowy, nie zdradzę, ale nie głupio to rozegrano. Jest jednak problem.

"Nowy dom na wyrębach" to dopiero początek, mamy się bowiem spodziewać kontynuacji. A w związku z tym w rzeczonej książce nie dzieje się wiele. Jest to ledwie zalążek opowieści. I to mnie wkurza.

Nie jestem miłośniczką książkowych sag, których fabułę da się zamknąć w jednym tomie. Takie działanie ma dla mnie coś z oszustwa. Pisarz obiecuje historię, a później każe na nią czekać zabijając czas fabularnymi zapchajdziurami. Jestem na niego zła, bo w ten sposób stawia siebie w roli przynudzającego wykładowcy, na którego zajęcia trzeba przyjść i odsiedzieć dwie godziny, bo istnieje możliwość, że na koniec rzuci parę zdań na temat egzaminu semestralnego.

Finalnie przebrnęłam przez powieść, ciesząc się każdą okruszyną akcji jak głupia, niewiele mając jednak radości z ogółu. A co żebym nie mogła zbyt łatwo zrezygnować z kolejnej bolesnej przeprawy w epilogu obrzucono mnie jeszcze garścią okruchów na przynętę. Nie ładnie Panie Darda.

Nie wiem nawet jak ocenić, ta książkę, bo jak mam to zrobić, nie mając obrazu całości? Wstrzymam się więc, a może kto wie, kiedy mi przejdzie wkurwienie to sięgnę po kolejny tom? Oby się nie okazało, że będzie ich jeszcze pięćdziesiąt...

środa, 14 lutego 2018

The Cloverfield Paradox/ Paradoks Cloverfield (2018)

cloverfield paradox

Kryzys energetyczny na Ziemi zmusza międzynarodową grupę astronautów do wyruszenia w przestrzeń kosmiczną celem pozyskania nowych zasobów energii. Muszą trafić na stację kosmiczną Cloverfield, gdzie ich zadaniem będzie uruchomienie urządzenia, które zgromadzi niewyczerpaną energię. Przed dłuższy czas próby uruchomienia akceleratora cząstek nie przynosi żadnych efektów jednakże tuż przed całkowitym upadkiem morali załogi udaje się. Sęk w tym, że wytworzenie wiązki energii poskutkowało przeciążeniem systemu na stacji, a jak wskazywali naukowcy ostrzegający przed tą misją może to przynieść nieoczekiwane rezultaty. Pierwszym z niecodziennych odkryć grupy, jest brak ich rodzimej planety na horyzoncie.

Utrzymany w konwencji found footage "Cloverfield"/"Projekt:Monster" wyprodukowany przed dziesięcioma laty należał raczej do zapomnianych produkcji. Sama nie byłam nim szczególnie zachwycona, ale tytuł zwrócił uwagę kogo trzeba i tak powstał nie sequel, nie prequel a "duchowy następca" "Cloverfield" czyli "Cloverfield Lane 10" tratujący o dwójce ludzi ukrywających się w podziemnym schronie po globalnej katastrofie.

W rok później platforma Netflix ogłosiła, że pociżgnie temat i tak powstał, można rzec "Duchowy poprzednik" pierwszego "Cloverfield", "Cloverfield Paradox"

Wielu widzów nie dostrzega żadnych związków pomiędzy tymi trzema produkcjami, a i twórcy wypowiadają się na ten temat dość ostrożnie. Ja jednak jestem wstanie dostrzec pewien związek przyczynowo skutkowy. Mamy tu bowiem kosmiczną przygodę w "Cloverfield Paradox", która skutkuje pojawieniem się nadnaturalnych zjawisk, które obserwujemy w "Cloverfield"/"Projekt Monser", by później śledzić losy ocalałych w "Cloverfield lane 10". Jest to chyba najprostsze wyjaśnienie.

Sęk w tym, że cała ta seria, czy antologia, jak zwał tak zwał, powstała z 'pozbieranych resztek" po projektach filmowych, które miały być samodzielnymi dziełami, a zostały wcielone do projektu z pod szyldu "Cloverfield".

Stąd też mamy tak duży rozrzut form i styli pozwalający na traktowanie wszystkich trzech produkcji jako oddzielnych historii.

Dziś jednak powinnam skupić się na samym "Cloverfield Paradox", który w przeciwieństwie do poprzednika, czyli ubiegłorocznego "Cloverfield Lane 10" nie zebrał zbyt entuzjastycznych recenzji. Czemu?

Nie mogę mówić za innych, ale z mojej strony zabrakło tu dobrze zbudowanego napięcia, nastroju tajemnicy i dobrego wykorzystania wątków obyczajowych, bez których nie obejdzie się żadna fabuła niezależnie od przynależności gatunkowej. Podobał mi się natomiast epilog, w zasadzie jedna scena epilogowa, która wiele nam mówi na temat przynależności tego obrazu do serii "Cloverfield".

cloverfield paradox

cloverfield paradox

W międzyczasie troszkę się znudziłam. Znudzili mnie przede wszystkim bohaterowie, tak sztampowi  płascy jak tylko było to możliwe. Nie wzbudzili we mnie żadnych emocji swoimi małymi i dużymi historiami.

Pochwalić mogę natomiast dobre wykorzystanie nowinek technicznych, co skutkuje całkiem zgrabnymi efektami.

Nie mniej jednak jak na film traktujący o zagrożeniu globalną katastrofą i heroicznej walce o jej zapobiegnięcie jest bardzo mało dramatyczny. W zasadzie wzbudził we mnie główni obojętność, co początkowo chciałam zrzuć na swoje zmęczenie, ale po dłuższym przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że gotowa byłam wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, gdybym tylko dostała ku temu dobry powód. Nie dostałam go jednak i muszę zgodzić się z większością widzów.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

46/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 11 lutego 2018

Ritual/ Rytuał (2018)

rytuał

By uczcić pamięć zmarłego przyjaciela, czterech mężczyzn udaje się na samczy treking po szwedzkich górach. Z uwagi na to, że pomysłodawca wypadu zmarł nim doczekał się pozytywnego rozpatrzenia swojej wakacyjnej oferty, kumple spędzają czas na smutno. Szczególnie Luke będący świadkiem śmierci Roberta nie może uciszyć głosu sumienia podpowiadającego mu, że mógł zrobić coś by pomóc kumplowi. Wyrzuty sumienia i konflikty w stadzie z nich wynikające szybko okazują się małym zmartwieniem wobec wyzwań survivalu. Gdy jeden z gości doznaje kontuzji reszta decyduje się na przeprawę przez las by skrócić trasę. 

Po słabym początki roku, który na Netflixie rozpoczął thriller "Open house", platforma rehabilituje się propozycją horroru, która szybko zjednała sobie sympatię widzów.

"Rytuał" wbrew podejrzeniom, jakie może nasuwać tytuł w żadnym stopniu nie jest horrorem religijnym, tak więc obejdzie się bez księży i recytacji tekstu rytuału rzymskiego, który od nadmiernej ekspozycji w świecie filmowego horroru będzie niebawem popularniejszy od "Ojcze Nasz":).

Mamy tu raczej horror rozpoczynający się jak klasyczny survival, który w miarę rozwoju akcji przechodzi w rytm nastrojówki, gdzie paranormalne zdarzenia wiążą się z lokalnym, skandynawskim folklorem.

Już od pierwszych ujęć widzimy, że brytyjski twórca ma na swój film pomysł. Wie, jaką historię chce stworzyć i buduje pod nią solidne podwaliny przykuwając uwagę widza dramatycznym otwarciem. Gdy przenosimy się w plener, nikt już nie może mieć wątpliwości co do zdolności operatorskich współtwórców, którzy będą nas uwodzić pięknymi panoramami szwedzkich gór. Wszytko w stosownie mglistej tonacji kolorów i bez zbytków w postaci plastikowych upiększeń.

Wczucie się w klimat i zaangażowanie w historię przychodzi bez trudów. Bohaterzy niby niewyróżniający się, a jednak sympatyczni będą dobrymi przewodnikami po mrokach lasu, do którego skierują swoje kroki, gdy sytuacja wymusi obranie drogi na skrót.

rytuał

rytuał

W lesie jest nie mniej czarownie niż na otwartej przestrzeni, jednak szybko przekonamy się jak błyskawicznie urok przyrody znika. Widok rozprutego i zawieszonego na drzewie pięknego okazu łosia to pierwsza z lepszych stricte horrorowych scen. Twórcy nie patyczkowali się z widzem, więc na tej jednej ekspozycji się nie skończy.

Nie myślcie jednak, że nastrój tajemnicy zdezerterował na rzecz prostych uroków bezrozumnej rąbanki. Owszem znajdą się tu sceny krwawe i nieprzyjemne, ale dużo większe wrażenie robi to, czego nie widać. Nasi bohaterzy zaczyna doświadczać przerażających koszmarów, a przebudzenie  z nich wcale nie będzie przyjemniejsze. Tu muszę pochwalić aktorów, bo nie łatwo jest przekonać widza, by zobaczył śmierć w oczach dorosłych dobrze zbudowanych samców rodzaju ludzkiego. W tej kwestii nawet mistrz suspensu szedł na łatwiznę posługując się białogłowymi trwożącymi się bez trudu i bez umiaru.

Jak wspomniałam pojawia się tu wątek lokalnego folkloru i pewnych wierzeń. Wierzeń w to, co nadnaturalne i powinno zostać niezauważalne. I tak też jest przez większość filmu, jednak w końcu niewyobrażone zło ukarze swoje oblicze i jest to oblicze bardzo zadowalające - jak dla mnie zajechało trochę Lovecraftem, ale bez prostego kalkowania za to z pomysłem, którego wykonawca efektu nie powinien się wstydzić.

Reasumując produkcja na poziomie, do której muszę Was zachęcić, a coby na coś ponarzekać to powiem, że pierwsza polowa filmu lepsza od drugiej:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 10 lutego 2018

Infinity Chamber (2016)

infinity chamber

Frak budzi się w rządowym więzieniu, gdzie za towarzystwo ma jedynie kamery i dochodzący z głośników głos niejakiego Howarda. Nie bardzo wie dlaczego się tam znalazł, a ilekroć zapada w sen lub traci przytomność przenosi się do chwili aresztowania próbując zapobiec nieuniknionemu.

W tym miejscu muszę serdecznie podziękować osobie, która poleciła mi ten film. Przeoczyłam go, bo umówmy się, ile współczesnych filmów sci-fi zasługuje na uwagę? "Infinity Chamber" zdecydowanie należy do tego wąskiego grona.

Fabuła to teatr jednego aktora, która stara się poruszać w ograniczonym środowisku jednoosobowego więzienia. Odtwórca roli Franka dźwiga na sobie cały ciężar opowiedzenia tej historii  radzi sobie nie gorzej niż bohater "The Moon", który może Wam przyjść na myśl w czasie seansu z "Infinity Chamber".

Zadaniem widza jest towarzyszenie mu i wspólnie z nim zgłębianie tajemniczych okoliczności jego obecnego położenia. Kibicujemy mu w jego próbach, coraz bardziej desperackich wydostania się.

Frak jest trochę jak bohater "Procesu", głos Howarda próbuje przekonać go, do cierpliwego oczekiwania, aż 'procedura się rozpocznie'. Sęk w tym, że z czasem Frank nabiera przekonania, że nie ma na co czekać, wszytko się już zaczęło i będzie trwać niezależnie od niego, pozostawiając go z samymi pytaniami.

infinity chamber

infinity chamber

Zamysł filmu jest w gruncie rzeczy prosty. Prostym okazuje się też finalne rozwiązanie zagadki. Ta prostota nie znaczy jednak, że nie będziecie zainteresowani rozgrywającymi się tu wydarzeniami, czy zaskoczeni ich finałem.

Reasumując, polecam, dobre kino sci-fi z elementami thrillera.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

środa, 07 lutego 2018

Ghoul (2012)

ghoul

Trzech dorastających chłopaczków z małego miasteczka odkrywa system podziemnych tuneli ciągnących się pod miasteczkiem jako pozostałość dawnej kopalni. Chłopcy zaczynają łączyć tą kwestię z lokalną legendą o demonie zwanym 'Ghoul'. Zaginięcia  jakie  coraz częściej zdarzają się w okolicy tylko nasilają ich podejrzenia względem tego co kryje się pod ziemią.

"Ghoul" został mi kiedyś polecony przez któregoś z czytelników bloga. Nie znałam tej produkcji, a jej tytuł kojarzyłam z zupełnie innym filmem.

Ten "Ghoul", o którym dziś będzie mowa, to obraz nakręcony na potrzeby telewizji. Jego fabułę oparto na nieznanej mi powieści Brian'a Keene'a. Fabularnie blisko mu do "IT", bo sprawa dotyczy młodych bohaterów i zagrożenia czającego się pod ich stopami. Zagrożenie ma rzekomo nadnaturalne pochodzenie, więc wszytko się zgadza. Oczywiście ktoś zaraz powie, że Keene to nie King.

Oceny widzów są rozpaczliwie niskie i w sumie to nie wiem czemu. "Ghoul" to przyjemny horrorek dla dzieciaków. Jego bohaterzy są sympatyczni, a antybohaterzy stosownie odrzucający.

ghoul

Dużo uwagi poświecono wątkom obyczajowym i dramatycznym, bowiem każdy z dzieciaków przeżywa swój niemały dramat - znowu kłania się "IT". Mamy tu motyw alkoholizmu i przemocy fizycznej, molestowania seksualnego i śmierci bliskiego krewnego.

W tym wszystkim znajdzie się miejsce na przewodni wątek zjawiska nadnaturalnego.

ghoul


Jeśli miałby określić ten obraz jednym słowem nazwałabym go asekuranckim. Wszytko jest bardzo ostrożne i w pewnym stopniu wydelikacone, choć porusza kwestie wcale nie łatwe. Brakuje mu własnego charakteru.

Jego reżyser podobnie jak scenarzysta mieli do czynienia z literacką twórczością Ketchuma. Razem zrobili "Dziewczynę z sąsiedztwa" nie rozumiem więc skąd ten nagły brak odwagi? Myślę, że gdyby nie wymogi TV, które z całą pewnością poskromiły pewne zapędy film byłby dużo lepszy, nie tak 'wykastrowany'.

Nie mogę jednak powiedzieć, że mi się nie podobał. Fabuła, szczególnie jej finalne rozwiązanie przypadła mi o gustu, nie mniej jednak czegoś tu zabrakło.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Oryginalność:4

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 05 lutego 2018

Tragedy girls (2017)

tragedy girls

Dwie nastoletnie przyjaciółki Sadie i Mckayla uwielbiają błyszczeć. Chcą zyskać popularność dzięki lokalnej tragedii, serii brutalnych morderstw. Dziewczyny zakładają w tym celu stronę internetową gdzie dzielą się nowinkami dotyczącymi kolejnych nieszczęść spadających na miasto jednocześnie deklarując, że to właśnie one, zdemaskują ich sprawcę.

"Tragedy girls" obraz nieznanego mi dotąd duetu twórców stanowi kolejną próbę ukazania slasherowej konwencji w krzywym zwierciadle. Biorąc pod uwagę serię porażek jakie składają się na większość tego typu przedsięwzięć jest to zamiar karkołomny. Z drugiej strony sukces tych, którym się jakimś sposobem udało kusi by dorzucić swoje pięć groszy.

"Tragedy girls" wyśmiewa także, a może przede wszystkim kulturę socjal mediów, która karmi się czym popadnie. Nie pogardzić ani gołym cycem ani śmiercią. Dwie bohaterki filmu dochodzą do wniosku, że na tym drugim polu można zaistnieć dużo bardziej. Jaki plan mają panny, nie zdradzę, bo sprawa jest bardziej popieprzona niż może się wydawać.

Cały zamysł filmu opiera się na satyrycznym przedstawieniu faktów. Mamy tu czarny humor stosowany z dużym rozmachem, który myślę, zaskarbi sobie sympatię wielu z Was, Pomyleńcy, już w pierwszych minutach filmu.

Miejscami przypomina komedię pomyłek, bo los zdaje się nie sprzyjać dwóm marzycielkom, innym razem idzie jak z płatka, jakby żerowanie na ludzkim nieszczęściu było gotową recepta na sukces.

tragedy girls

Każdy dobrze Wam znany element składowy filmowe slashera: profil antybohatera, wątek mediów, policji, społeczne tło zdarzenia został tu stosownie przejaskrawiony, żeby nie rzec, odwrócony. Jest się z czego pośmiać. a co z walorami horrorowymi?

Są tu obecne mniej więcej na tym samym poziomie co w zwykłej rąbance. Jest krew, rozłupane czachy i rozczłonkowane kończyny. Wygląda to całkiem dobrze, więc amatorzy posoki powinni być kontenci.Gorzej z tymi oczekującymi strachu.

Z czystym sumieniem stwierdzam, że film przyjemny, choć zdecydowanie nie nastawiony na sianie popłochu.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

w skali brutalności:2/10

sobota, 03 lutego 2018

Manhunt: Unabomber - Sezon 1 (2017)

manhunt: unabomber

USA. lata '90. Jim "Fitz" Fitzgerald kończy szkolenie w wydziale behaviorystyki FBI, gdzie uczył się profilowania kryminalnego. Wkrótce zgłaszają się do niego przedstawiciele agencji proponując współprace przy projekcie UNABOMBER. Jim, który do tej pory był zwykłym 'krawężnikiem' postanawia wykorzystać szansę i pomóc w schwytaniu najgroźniejszego terrorysty jakiego wydala amerykańska ziemia, nieuchwytnego już od siedemnastu lat.. Jego intuicja nakazuje mu stworzenie nowego profilu psychologicznego przestępcy słynącego z wysyłania ludziom ładunków wybuchowych w oparciu o autorską technikę:lingwistyki kryminalnej.

siedmioodcinkowy serial "Manhunt:Unabomber" powstał we współpracy Netflixa i Discovery i szybko zyskał sobie zainteresowanie widzów. Sama trafiłam na ów tytuł przeglądając jakiś internetowy ranking najlepszych seriali ubiegłego roku. Zainteresował mnie głównie z powodu terminu: lingwistyka kryminalna. A cóż to takiego i jak się ma do tworzenia profili psychologicznych?

manhunt: unabomber

Wielu seryjnych morderców, w tym Unabomber, bo chyba możemy go do tego grona zaliczyć, lubiło korespondować z władzą czując palącą potrzebę podzielenia się ze światem swoimi refleksjami na temat dokonanych czynów. Jak wiecie na podstawie takich bardziej lub mniej szalonych wypocin behawioryści i psychologowie kryminalni potrafią odczytać charakter sprawcy niejednokrotnie typując nie tylko jego cechy osobnicze, ale i wyrokując na temat jego biografii.

To jednak nie zawsze wystarcza, jak okazało się w przypadku Unabombera, którego - uwaga - uznano za bezrobotnego mechanika mieszkającego z mamusią i mającego trudności z potencją:) Jak daleko byli wówczas od prawdy przekonacie się oglądając serial- lub czytając informacje znalezione w sieci- sporo tego.

manhunt: unabomber

Lingwistyka kryminalna to nie tylko analiza treści, ale przede wszystkim formy. Właściwości języka, zależne od miejsca, czasu, wykształcenia, zainteresowań, ilorazu inteligencji i od wielu wielu innych czynników to trop w oparciu, o który schwytano 'bombownika'.

Serial opowiada o procesie narodzin tej techniki, tak jak "Mindhunter" opowiadał o narodzinach profilowania kryminalnego.

Naszym przewodnikiem w  tej historii jest średnio sympatryczny policjant Jim. Bystrością swej dedukcji może budzić podziw, ale mimo tego nie potrafiłam go polubić, bo cóż.. koniec końców okazał się dupkiem.Pierwsze odcinki skupiają się na jego osobie, dopiero później robi się ciekawiej - kiedy Unabomber przesyła swój słynny manifest. Poznajemy naszego mordercę, człowieka niebagatelnego.

manhunt: unabomber

Nie chcę Wam zdradzać szczegółów jego postaci, nawet kosztem jałowości tej recenzji, bo liczę, że sięgniecie po serial i nie chcę popsuć Wam miłej niespodzianki.  Samo trafienie na jego trop to jeszcze nic, niczym jest też zebranie dowodów i posadzenie go w areszcie. Jeśli podobała Wam się rozgrywka toczona w serialu "The Fall" pomiędzy 'Scully' a 'Christianem Gray'em' to gwarantuje uciechę przy pojedynku 'mały krawężnik' i 'pan bombka'. Tu zresztą mamy do czynienia z historią nie fikcyjną, choć należy brać poprawkę na pewne ubarwienia na potrzeby serialu.

Dla mnie była to nie tylko ciekawa historia kryminalna, ale też, a może przede wszystkim pretekst do przemyśleń. Myślę, że główny antybohater tej opowieści byłby bardzo zadowolony z uzyskanego efektu.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 02 lutego 2018

The Grotto/ Księga demonów (2014)

księga demonów

Młoda Amerykanka Melissa przyjeżdża do Włoch w ślad za ukochanym, Carlo. Para zatrzymuje się w domu rodzinnym mężczyzny, gdzie przyjmuje ich dziadek Carla. Już pierwszego dnia kobieta jest uczestnikiem makabrycznego znaleziska - ktoś rozpruł psa nieopodal podziemnej jamy zwanej przez rodzinę Bove grotą. Senior rodu ostrzega Melissę przed zwiedzaniem tego miejsca jednak ta zabijając nudę w końcu trafia do groty.

Nie często trafiam na współczesne włoskie horrory, w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam takowy. Stąd moje zainteresowanie "Księgą demonów" mimo delikatnie rzecz ujmując mało zachęcającego opisu.

"Księga demonów" okazała się raczej średnim wyborem, choć bardzo chciałbym powiedzieć, że jest inaczej. Myślę nawet, że określenie 'średni' jest nad wyrost, bo film jest po prostu słaby, zarówno na poziomie scenariusza jak i realizacji. Dużego, łaskawego plusa mogę dać za scenografię i wybór plenerów. Nadmorska willa i otaczające ją krajobrazy wypada naprawdę fajnie.

księga demonów

Fabula w dużej mierze bazuje na retrospekcji sięgającej czterdziestu lat wstecz. Wszystko za sprawą pamiętnika babci Carlo niedbale porzuconego w pokoju nieżyjącej już od dawna lokatorki. Kobieta opisuje w nim okoliczności śmierci jednego z dzieci, syna Benito. Ten punkt historii jest zaskakująco dobry. Później pojawiają się cuda i dziwy, których świadkiem jest Melissa. Tu pierwszy z nich udał się całkiem, całkiem - kobieta widzi bowiem swoją postać, samą siebie w jakiejś okaleczonej, zmaltretowanej i obłąkanej wersji - zdarzenie ma miejsce w tytułowej grocie. Niestety im dalej tym gorzej. Pojawia się rzeczona księga demonów a stąd już tylko rzut beretem do opętania. Nic ciekawego się już tu nie wydarzy.

księga demonów

Ktoś spyta, o co się czepiam, przecież co drugi film z gatunku można opowiedzieć tymi samymi słowami i nie zawsze wiąże się to z porażką twórcy. A jednak  w tym przypadku do porażki przyczyniło się więcej czynników. Przede wszystkim bardzo toporne prowadzenie fabuły. Nie ma w tym płynności, co i rusz natrafiamy na coś co staje kantem na filmowej taśmie i nijak nie wchodzi w  symbiozę z całością. Dużo tu zwyczajnej niechlujności i działań po łepkach. Aktorstwo pozostawia wiele do życzenia i nie przyczynia się do zainteresowania losem postaci. Wszystko jest takie byle jakie, aby aby.

Jasno z tego wynika, że polecić Wam tego tytułu nie mogę, chyba, że macie ochotę na skonfrontowanie własnych wrażeń z moimi - w takim wypadku, Wasza wola.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

środa, 31 stycznia 2018

Open House (2018)

open house

Po tragicznej śmierci ojca rodziny nastoletni Logan i jego matka Naomi zmuszeni są opuścić zadłużony dom. Tymczasowym rozwiązaniem wydaje się oferta ciotki Logana, która udostępnia im swoją nieruchomość. Istnieje jednak pewien haczyk, kobieta pragnie sprzedać swoją własność stąd tymczasowe lokum jej siostry jest nieustannie nawiedzane przez chętnych kupców. Naomi i Logan mieszkają więc w domu otwartym, który każdego dnia, w określonych godzinach staje otworem dla każdego kto chce go obejrzeć. Szybko okazuje się, że w związku z ową dostępnością położony w górach dom staje się siedliskiem dziwnych zdarzeń i ewidentnego ataku intruza.

Oto przed Wami pierwszy starszak 2018 roku. Udostępniony na platformie Netflix thriller "Dom otwarty" jest swego rodzaju wariacją na temat podgatunku home invasion. Różnica polega na tym, że intruz zjawia się w domu za pewnego rodzaju przyzwoleniem. Patowa sytuacja finansowa nastolatka i jego matki nie pozwala na grymaszenie, wiec każdego dnia opuszczają oni swój tymczasowy schron, zostawiają swoje prywatne rzeczy i czekają aż oglądacze się wyniosą.

open house

Wkrótce odkrywają, że coś jest nie tak. W zasadzie odkrywa to Logan. Ktoś szpera w ich rzeczach, naraża na trudności majstrując przy bojlerze z wodą. Matka obwinia syna, bo tak już przywykła. W końcu był on świadkiem śmierci jej męża. Pierwszy winny z brzegu. Syn obwinia zaś matkę twierdząc, że w analogicznej sytuacji owdowiały ojciec poradziłby sobie lepiej z trudami życia codziennego. I tak się kręci przepychanka w którą twórcy chcą zaangażować widza coby odciągnąć jego uwagę od tego co faktycznie rozgrywa się w domu.

open house

Powiem szczerze, że ta produkcja udała się Netlixowi cokolwiek średnio. Niektórych widzów przyciągnął do niej z pewnością odtwórca roli Logana- aktor z serialu "13 powodów", moja reakcja na niego była zgoła inna... Zostawię go jednak w spokoju, bo nie on jet tu największym problemem.

Według mnie zabrakło tu solidnej fabuły. Gdyby nie finał, który może kogoś zaskoczy - nie mnie niestety, ciężko byłoby znaleźć tu jakiś mocniejszy punk. Ta historia mnie po prostu znudziła, ot co. Duży nacisk położono na wątek dramatyczny, który nie unika banału, a z thrillera mamy zaledwie okruszynę. Kiepski początek, ale z produkcjami Netflixa tak już jest - nigdy nie wiadomo czy będzie błysk, czy mielizna.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Jasnowidz na policyjnym etacie - Krzysztof Jackowski, Krzysztof Janoszka

jasnowidz na policyjnym etacie

Krzysztof Jackowski, bo jego osoby dotyczy niniejsza publikacja, zasłynął jako naczelny jasnowidz RP. Nie powiem by jego osoba kojarzyła mi się pozytywnie, ale ten człowiek mnie ciekawił. Dlatego sięgnęłam po książkę Krzysztofa Janoszki powstałej we współpracy z tytułowym bohaterem.

Stwierdziłam, że to chyba lepsza opcja niż czytanie autobiografii, która jak sama nazwa wskazuje może stanowić przekaz jednoznacznie stronniczy. Chciałam się dowiedzieć, co o Jackowskim sądzą ludzie, którzy z nim współpracowali.

Janoszka w policyjnym mundurze na fotografii obok Jackowskiego - wszytko wskazywało, że jest jedną z osób, które miały okazję korzystać z jego wiedzy w pracy. Jednak nie. Już w przedmowie okazuje się, że współautorowi książki bliżej do szefa fanklubu niż do osoby, której Jackowski pomógł rozwiązać zagadkę kryminalną.

Janoszka zainteresował się postacią jasnowidza w trakcie studiów na akademii policyjnej i jak wynika z wypowiedzi jego i samego jasnowidza poświęcił wiele czasu energii by zbadać przypadki, w których wizje Jackowskiego miały być pomocne w pracach policji.

Czytając książkę, złożoną z krótkich relacji z miejsc zdarzeń, w których Jackowski uczestniczył w roli jasnowidza, wywiadów z samym zainteresowanym i osobami związanymi z komendą policji nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że cała ta publikacja ma tylko jeden cel: Zmusić czytelnika do uwierzenia w Jackowskiego. Nie przekonać, lecz zmusić.

Dedykacja na pierwszej stronie stanowi wyzwanie: Książkę tę dedykujemy racjonalistom, sceptykom i zwykłym ignorantom. Stawiać ignorancję w jednym szeregu z racjonalizmem i sceptycyzmem to co najmniej niewłaściwe i jestem przekonana, że parę osób może się poczuć urażonymi.

Dalej czytamy o przypadkach spraw, w których Jackowski brał czynny udział. Spraw okropnych, trudnych, smutnych. Relacjonowanych jednak z chłodem i dystansem. Niektóre z nich zostały uzupełnione o wywiady z osobami z policji i innymi zainteresowanymi, by uwiarygodnić udział jasnowidza w rozwiązaniu zagadki.  Są też rozmowy Janoszki z Jackowskim, w których jasnowidz wypowiada się na... każdy temat: Od polityki krajowej po życie po śmierci. Co sądzi o Smoleńsku, o samobójstwie Leppera...

jasnowidz na policyjnym etacie

W książce wciąż pojawia się jedno pytanie: Czemu policja nie chce przyznać się do korzystania z pomocy Jackowskiego?

W odpowiedz najczęściej czytamy o lęku przed ośmieszeniem. Policja ma procedury a w tych procedurach nie ma miejsca na zjawiska nadnaturalne. Osobiście myślę, że przyczyna może być inna. Nie chodzi o to co robi Jackowski tylko jak jest oceniany jako człowiek: "Natomiast po za tym musimy pamiętać, że jest to człowiek trudny i tych wrogów nierzadko narobił sobie z własnej winy. Taki ma wybuchowy charakter. Moim zdaniem Krzysiek musi liczyć się z tym, że do końca życia będzie obiektem ataków innych ludzi. Tego już nie zmieni. Rozumie pan? Nigdy nie pojawi się moment gdy wszyscy nagle stwierdzą "Tak, on faktycznie ma dar". Krzysiek jednak nadal walczy, zbiera materiały dokumentując swoje dokonania. Chwali się nimi na stronie internetowej, łazi po telewizjach śniadaniowych, wygłasza charyzmatyczne wykłady.

"Każdego dnia czuję się człowiekiem, który jest coś komuś dłużny. Co rano budzę się z ogromnym poczuciem winy... Na szczęście jest jeszcze druga rzecz: przemożna potrzeba udowodnienia realności zjawiska jasnowidzenia przed całym światem".

A ja się zastanawiam, czy robi to po to by ludzie uwierzyli w dar jasnowidzenia, czy żeby uwierzyli w niego?

Jest w nim dużo pychy, o czym przekonałam się czytając tego typu kwiatki: "To nie jest  z mojej strony pycha, tylko efekty. Niech znajdą ile Ossowicki czy Klimuszko [inni polscy jasnowidze] znaleźli trupów a ile ja?" Albo pisząc, że czeka na kolejne zgłoszenia, na kolejne trupy wprost, bo bez tego jego dar może zaniknąć, a to byłoby straszne. Że dowody potwierdzające jego dar są dla niego najważniejsze. Czy przyznawanie się do tego, nie jest okrucieństwem wobec rodzin tych zmarłych ludzi?

Z jednej strony Jackowski oczekuje by zobaczono w  nim kogoś obdarzonego nadnaturalną mocą, kogoś wyjątkowego, z drugiej swój dar traktuje jak pracę albo hobby, które reklamuje. Brakuje w tym taktu i delikatności i myślę, że to sprawia, że ludzi go hejtują. Wiara lub jej brak ma tu drugorzędne znaczenie.

Kiedy wpisuje w Google nazwisko: Krzysztof Jackowski i w odpowiedzi na pierwszej stronie widzę artykuł "Znany jasnowidz Krzysztof Jackowski przewiduje pogodę na święta", to bardzo mu współczuje. Serio, przydałby mu się dobry PRowiec, który poskromił by jego medialne zapędy i pozwolił się skupić na tym z czym chce by kojarzony - ze swoim darem.


Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN

sqn


sobota, 27 stycznia 2018

The Employer/ Pracodawca (2013)

pracodawca

Grupa kandydatów na kuszące stanowisko w znanej korporacji budzi się pośród czterech solidnych ścian czegoś na kształt bunkra. Wkrótce dowiadują się, że aby uwolnić się z tego miejsca muszą wypełnić zadanie. Zadanie w gruncie rzeczy proste: wybić wszystkich pozostałych by ocalić siebie i zgarnąć wymarzoną posadę.

"Pracodawca" to kolejny thriller z cyklu 'piłopodobnych', bo znowuż mamy do czynienia z historią grupy wybrańców, którzy zostają uwięzieni i zmuszeni do desperackich działań.

Drobną ciekawostką jest fakt, że znaleźli się tam w ramach procesu rekrutacyjnego do pewnej firmy. Tak, jest to kolejna upiorna wizja tego co korporacja robi z ludźmi.

Tu potencjalni pracownicy są zmuszeni do wzajemnej eliminacji w ramach bitwy o stołek i nie jest to metafora.. Oczywiście, ważnym jest też by w ogóle się wydostać z zamknięcia, jednak każdy bohaterów myśli też o wymarzonym stanowisku. Oczywiście wszyscy zgodnie deklarują, że nie zamierzają ulegać szantażowi i zabijać. W praktyce, cóż, wygląda to jednak inaczej.

pracodawca

"Pracodawca" to film raczej niskich lotów.Dziwi mnie tu obecność Malcolma McDowella, ale miał on już słabsze tytuły w swojej filmografii. Aktor wciela się tu w postać tytułowego pracodawcy, typa cynicznego i bezwzględnego. Dźwiga ciężar tej roli z pozytywnym efektem. Reszta obsady jest raczej nie warta wspomnienia.

pracodawca

Szóstka wybranych przez niego kandydatów musi wykazać się morderczymi instynktami niezbędnymi do pracy w firmie, jak twierdzi. Kolejno poznajemy wszystkich mało interesujących protagonistów oceniając ich szanse w walce. W między czasie giną kolejne osoby i to w zasadzie na tyle.

Całość, nazwijmy rzeczy po imieniu, to pokaz przeciętności i wtórności. Nie ma szansy zszokować, jak podobne jemu tytuły, bo od początku wszystko jest wiadome. Nawet pomysł z rekrutacją pojawił się już gdzieś, w "Exam" bodajże, więc od pomysłu wyjściowego, do wykonania wszytko już było, i mówiąc szczerze w dużo lepszych wydaniach.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:2/10

Tagi: thriller
13:02, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 stycznia 2018

Flatliners/ Linia życia (2017)

linia zycia

Zdolna studentka medycyny Courtney prowadzi nieoficjalne badania dotyczące życia po śmierci. Wkrótce w sprawę angażują się jej koledzy z roku. Wszyscy skuszeni możliwością zobaczenia co jest po drugiej stronie godzą się na ryzykowne eksperymenty na sobie samych. Recz polega na tym by umrzeć i powrócić, jednak jak się okazuje taka przejażdżka ma swoje konsekwencje.

Seans z "Linią życia" przyniósł mi mały dysonans poznawczy. Już początek filmu, w którym zaznajamiamy się z zamiarami bohaterów przywołał mały flash back- ale to już było. Było i owszem i to całkiem nie tak dawno, bo w początku lat '90.

Z uwagi na to, że nie szczególnie zajmuję się pozyskiwaniem informacji o danym filmie przed jego obejrzeniem, fakt, że mamy tu do czynienia z remake zaskoczył mnie. Szczęśliwie oryginał oglądałam dość dawno,a twórcy poczynili pewne fabularne zmiany - czy korzystne powiedzą prędzej Ci którzy lepiej pamiętają pierwszą wersje - więc seans nie był dla mnie nudą i czasem straconym.

Nowa "Linia życia" zapunktowała u obsadą. Bardzo lubię Elen Page i jej mniej zdolna ale bardziej urodziwą koleżankę Ninę Dobrev. Obydwie odgrywają tu bardziej znaczące role.

Fabuła filmu jak wspomniała, traktuje o kontrolowanym przekraczaniu granicy śmierci i życia. Ambitna studentka pragnie zgłębić temat, a znajomi przychodzą jej z pomocą. Wszystkich trapią jakieś kłopoty, głównie związane  z błędami przeszłości, co jednak nie czyni ich szczególnie interesującymi. Scenariusz rozprawia się z nimi typowo po Hollywoodzku, więc można tu odczuć pewien banał. I pewno odczulibyśmy go bardziej gdyby nie wartka, pełna paranormalnych zdarzeń akcja. Znalazło się tu miejsce na elementy horroru ale nie powiem by one dominowały.

linia zycia

linia zycia

Technicznie film jest bardzo dopieszczony, więc oglądanie go powinno przynieść sporo przyjemnych wrażeń wizualnych. Warstwa dramatyczna jest poprawnie poprowadzona, ale jest tu sporo niekonsekwencji i pewna widoczna dawka naiwności. Tak, historia jest naciągana i osoby bardziej zgłębiające temat śmierci klinicznej pewno nie zostawią na tym fakcie suchej nitki. Ja jednak do nich nie należę i w pełni doceniam walory rozrywkowe tego obrazu.

Na ten moment czuję się w obowiązku by odświeżyć sobie oryginał i pewnie w niedługim czasie to uczynię. Tym czasem osobom, które nie maja szczególnie wygórowanych oczekiwań mogę zachęć do seansu z nową "Linią życia".

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 23 stycznia 2018

The Mummy/ Mumia (1959)

mumia

Trzech archeologów John Banning, jego ojciec i jego wuj natrafiają na niezwykłe znalezisko, grobowiec egipskiej księżniczki, kapłanki mało popularnego bóstwa. Banning senior oraz wuj Johna, czym prędzej wkraczają do grobowca zakłócając spokój strażnika księżniczki, rozeźlonego świętokradczymi badaniami. Na mężczyzn spada klątwa, która dosięgnie ich nawet w dalekiej Anglii.

mumia

Hammerowska "Mumia" stanowi remake dwóch filmów, "Ręki mumii" i  jego kontynuacji "Grobowca mumii" wytwórni Universal. Osobiście nastawiałam się raczej na remake innego tytułu Universala mianowicie "Mumii" z 1939 roku. Ale może to i lepiej, bo będę mogła na świeżo zapoznać się z oryginałem.

"Mumia" obok "horroru Draculi" i "Przekleństwa Frankensteina" uważana jest za jeden z najlepszych Hammerowskich tworów. Mimo, że dwóch pozostałych obrazów jeszcze nie miałam okazji poznać (shame on me), to "Mumia" bardzo przypadła mi do gustu.

Chyba nikomu nie muszę mówić, że horrory brytyjskiej wytwórni Hammer są dość specyficzne i część widzów woli oddać sprawiedliwość Uiversalowi, jednak nie da się ukryć, że te 'małe potworki' mają swój urok i nie da się ich pomylić z niczym innym.

mumia

Nazwisko reżysera "Mumii", Terence Fishera jest Wam z pewnością znane, bo to naczelny twórca Hammera, podobnie jak odtwórcy ról głównych: Christopher Lee, którego możecie mieć problem rozpoznać, za sprawą kostiumu tytułowego bohatera i Robert Cushing występujący jako ostatnia ofiara klątwy mumii, czyli John Banning.

Najwięcej punktów jeśli chodzi o ocenę tegoż filmu, mimo całego uwielbienia dla obsady muszę oddać scenografii. To ona w zasadzie robi ten film. Wiem, że dla współczesnego widza może trącić tandetą, ale ja kocham tą teatralność, tą pieczołowitość w każdym dodatku.

Walory horrorowe nie bardzo przeszły próbę czasu, bo potężny Christopher Lee pakujący się do wnętrza budynku przez mały świetlik pod sufitem wypada trochę śmiesznie, nie mniej jednak nie po to oglądam stare produkcje by porównywać je z nowymi pod względem efektów.

Mimo tych dyskusyjnych dla współczesnego widza atrakcji wizualnych warstwa narracyjna trzyma się dobrze. Angielski humor, trochę przekory i całkiem zgrabne dialogi - pomijając tendencję do łopatologicznego przedstawiania faktów - przyczyniają się do płynnego prowadzenia opowieści.

Wracając do obsady, jako najlepszą rolę typuję Christophera Lee, mimo że nie powiedział w tym filmie ani słowa,a  jego mimika skryta była pod bandażami kostiumu mumii. Grał gestami i oczami, a te oczy, smutne oczy pogrążonego w rozpaczy kochanka pałającego morderczymi zapędami kupuję całkowicie.

mumia

Najtrudniej ocenić mi sam scenariusz, bo nie oglądałam ani "Grobowca..." ani "Ręki...", więc nie wiem co Amerykanie zaproponowali w zamian, ale chyba i bez tego mogę stwierdzić, że historia jest bardzo prosta, klasyczna i oczywista. Chyba nie było aspiracji na więcej.

Dla fanów Hammera pozycja obowiązkowa, choć podejrzewam, że Ci dawno mają ją za sobą.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

to coś:8

63/100

W skal brutalności:1/10

sobota, 20 stycznia 2018

Mity skandynawskie - Roger Lancelyn Green

mity skandynawskie

Mitologia skandynawska nie cieszy się taką popularnością, jak chociażby mitologia grecka, która to za sprawą wydania Parandowskiego stanowi stały punkt edukacji w ramach lekcji języka polskiego. Religia wyznawana niegdyś przez naszych północnych sąsiadów nie ma tylu sympatyków, rzadko też służy za kopalnie motywów dla współczesnej literatury czy kina. Są jednak wyjątki i od tych wyjątków zaczęło się moje zainteresowanie mitologią skandynawską.

Chyba wszyscy znają "Trzynastego wojownika" historię dworskiego wierszoklety, który z sułtańskiego pałacu zostaje zesłany do ponurej i zimnej krainy północy. Jego obyczaje i kultura stają w zupełne kontrze dla stylu życia wikingów, z którymi przychodzi mu obcować.

To w czasie seansu z tym filmem po raz pierwszy usłyszałam o gniewnym Odynie, i o Walhalli, do której idą tylko Ci, którzy umarli w walce.

Patrząc powierzchownie wikingowski system wierzeń wydaje się dość prostacki, bo chodzi jedynym celem ziemskiej egzystencji jest śmierć w boju. W porównaniu z intrygami olimpijskich bogów, grających w diablo ludzkim losem wydaje się to mało zajmujące dla potencjalnego badacza.

Książka Rogera Lancelyn'a Greena, którą dziś Wam polecam stawia skandynawską mitologie w nieco innym świetle. Owszem, brutalność, mściwość i wszelkie okrucieństwo jest niezwykle cenione przez bogów północy, jednak wcale nie czyni ich to mało interesującymi.

Mitologia skandynawska jak każda religia, czy to politeistyczna czy monoteistyczna ma za zadanie objaśniać działanie świata. Wszystko zaczyna się więc od stworzenia. Każdy z religijnych obrazów początku dziejów jest podobny i tu Skandynawowie też nie są oryginalni.

Poznajemy bogów najważniejszych i pomniejszych. Pojawiają się czarne charaktery i ludzie, mały pyłek w boskim świecie. Książka zapewne nie omawia wszystkich niuansów, na pewno nie wszyscy bohaterowie tych wierzeń znaleźli tu miejsce. Autor skupia się na najważniejszych motywach omawiając je w sposób, który łączy wszystkie wątki w logiczną całość.

Poznamy tu sprytnego Lokiego, Freję boginię miłości (i wojny), poznamy rozterki Odyna i wszystkie mroczne, okrutne, ale i chwalebne czyny nadbohaterów, którzy jednych popychali w otchłań Niflheim by innych ponieść do Walhalli.

"Mity skandynawskie" w ogromnym stopniu zaspokoiły moją ciekawość względem mitologii wikingów, choć nie powiem, że nie miałabym apetytu na więcej:)

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

Tagi: książki
16:57, ilsa333
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 stycznia 2018

Verónica (2017)

veronica

Piętnastoletnia Veronica cały swój czas poświęca na opiekę nad młodszym rodzeństwem, Lucią, Irene i małym Antonio. Ich ojciec nie żyje, a matka prawie nie bywa w domu skupiając się na prowadzeniu knajpy.

W dniu zaćmienia słońca, przypadającego na 12 czerwca 1991 nastolatka wraz z dwoma koleżankami schodzi do szkolnej piwnicy by za pomocą planszy Ouija skontaktować się z nieżyjącym ojcem. Seans przyprawia o dreszcze zarówno samą Veronice jak i jej towarzyszki. Nazajutrz dziewczynie przyjdzie zmierzyć się z pierwszymi konsekwencjami zdarzenia.

Horror paranormalny "Veronica" jest nowym dziełem twórcy serii "Rec", Hiszpana Paco Plazy.

Szczęśliwie nie został utrzymany w konwencji paradokumentu, choć pierwsze sceny kazały mi podejrzewać, że tak właśnie będzie. Obraz otwierają ujęcia z anonimowego mieszkania, do którego wkraczają policjanci. Nie dowiemy się jeszcze co zastali na miejscu jednak szok i przerażenie malujące się na twarzy jednego z nich każe nam podejrzewać, że doszło tam do niezłej jatki.

Dalej dowiadujemy się iż oto przed nami przypadek autentyczny, odtworzony na podstawie policyjnego raportu z miejsca zdarzenia. Skwitowałam to półuśmiechem. Oczywiście nie znalazłam żadnych informacji potwierdzających te rewelacje, a fakt, że twórcy potknęli się już przy kalendarzu, twierdząc, że 12 czerwca 1991 przypadał na czwartek, też o czymś już świadczy - 12 czerwca 1991 przypadał na środę.

(Małe sprostowanie: Faktycznie, nie ma śladu po Veronice, która doswiadczyła nawiedzenia/opętania w czerwcu 1991 roku w Madrycie. Jest za to marzec 1990 i Estefania Gutierrez Lázaro. )

Nie wspominam o tym by utwierdzić Was w przekonaniu, że film nie wart jest zachodu. Tak się tylko podśmiewam ze sławetnych 'faktów autentycznych'. A film? Film mi się podobał.

Może nie jestem wielką miłośniczką serii "Rec", ale "Veronica" całkiem się Panu Plazie udała. Mamy tu sympatyczną bohaterkę, na która kochająca mama przerzuciła cała odpowiedzialność za wychowanie rodzeństwa.

Vero jest samotna do tego stopnia, że prawdopodobieństwo porozmawiania z martwym ojcem jest większe niż szansa na rozmowę z żywą matką. Wspólnie z koleżankami odprawia seans, który kończy się powodzeniem, bo coś tam udało się zza światów wywołać. Tatuś to jednak raczej nie jest, choć przyznam, że scenariusz nie fatyguje się by wyłuszczyć tu szczegóły biograficzne bytu wizytującego w domu Veroinicy. I dobrze, bo mi zbrzydło powtarzania w kółko tego samego.

veronica

Stopniowo obserwujemy coraz to intensywniejsze manifestacje paranormalnego gościa i jego działań. Efekty nie powalają, ale coś w tym jest. Może prostota? Mroczne cienie i te sprawy.

Warstwa paranormalna to jednak nie wszytko, co oferuje produkcja, bo jak wspomniałam nasza bohaterka znajduje się w dość chujowym położeniu, co każe nam podejrzewać załamanie nerwowe.

Co mnie cieszy nie pojawia się tu żaden wybitny psychiatra hipnotyzer, ani  egzorcysta, pada nawet zdanie : Bóg nie ma tu nic co rzeczy. I super, bo wymachiwanie krucyfiksami też mi zbrzydło.

Mimo, że film oparty jest na starym schemacie, to jednak nie idzie tą wydeptaną, przewidywalną ścieżką. Tym między innymi zaskarbił sobie moją sympatię.

Z czystym sumieniem mogę go polecić, bo podejrzewam, że spodoba się większości. Chociaż, co ja tam wiem. Ostatnim czasem moje filmowe sympatie i antypatie średnio pokrywają się z głosem internetów ;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 16 stycznia 2018

The Killing of a Sacred Deer/ Zabicie świętego jelenia (2017)

zabicie swietego jelenia

Ceniony kardiochirurg Steven spotyka się z synem swojego pacjenta, Martinem. Poznaje go ze swoją rodziną, odwiedza go w domu jego matki. Wkrótce po tym dwoje dzieci lekarza zapada na dziwną chorobę, a on staje przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu.

Yorgos Lanthimos to niebywale oryginalny twórca. W swoich filmach niejednokrotnie porusza tematykę godząca w układny obraz świata jaki sprzedaje nam Fabryka Snów. Jego filmy można określić mianem dołujących, ale to coś więcej, czego jeszcze nie jestem w stanie nazwać. Kojarzy mi się z paraliżem.

Tym razem twórca "Kła" i "Lobstera" sprzedaje nam historię, która jak  wskazuje tytuł nawiązuje do mniej znanego mitu o Agamemonie i jego córce Ifigenii. Jest jeszcze jeden utwór, z którym silnie skojarzył mi się film. Niestety z lenistwa, nie chce mi się poszukiwać informacji o jakimkolwiek celowym nawiązaniu, więc powiem Wam tylko, że odczułam dość silne skojarzenie z jednym z opowiadań Ketchuma, zawartym w zbiorze "Królestwo spokoju". Tak, chodzi o "Pudełko".

Podobnie jak było to w przypadku "Kła" fabuła filmu rozwija się niespiesznie. Nawet w punkcie kulminacyjnym nie przyspiesza, nie licząc wyrzuconej z prędkością karabinu kwestii mówionej Martina. Możemy się więc delektować ta patową sytuacją.

zabicie swietego jelenia

Tu również dominowała bardzo jasna kolorystyka zdjęć, jasny wystrój wnętrz, scenografii. Nie wiem jak u Was ale w moim przypadku potęgowało to tylko wrażenie oddzielenia bohaterów od świata, w którym nie możemy liczyć na taką sterylność obrazu.

Pewnie z automatu przyjdzie Wam na myśl obraz "Funny games" i nie jest to zła myśl. Podejrzewam, że odtwórca roli młodego Martina wziął 'Golfistów' za wzór.  Te same niedbałe, nieskoordynowane ruchy kończyn w połączeniu ze skupieniem na twarzy.

Po drugiej stronie barykady mamy  'tadam'... Colina Farella którego ciężko rozpoznać, pod bujną brodą. Gra on faceta, który od pierwszego ujęcia sprawia ważenie takiego co ma coś na sumieniu. Partneruje mu posągowa jak zawsze Nicole Kidman i o tej postaci jestem w stanie powiedzieć najmniej. Miałam wrażenie, że odstaje aktorsko od reszty. No i dzieci. Świetne dzieci. Dorastająca córeczka żyjąca pierwszą menstruacją i bystry nieco milczący młodszy brat. Pewnego dnia nieoczekiwanie jedno po drugim zaczynają odmawiać jedzenia i poruszania się.

zabicie swietego jelenia

Tu zaczyna się wątek główny, czyli dylemat naszego bohatera. Nie przybliżę Wam jaki. Dość powiedzieć, że nie jest on prosty. Ba, jest kurewsko trudny, a konieczność dokonania go staje się głównym tematem rozważań moralnych jakie przyjdą po seansie z tym filmem.

Tym, którzy znają Greckiego reżysera nie muszą chyba tłumaczyć, że nie jest to film z rodzaju tych w przypadku których możemy łatwo prześledzić tok rozumowania twórcy. Wątek główny jest cokolwiek niecodzienny, jest jedną wielka metaforą i próżno szukać tu racjonalnego wyjaśnienia. I właśnie takie chwyty bardzo lubię.

W zasadzie nie wiem czy powinnam polecać Wam ten film, obawiam się, że nie zadowoli wszystkich, mimo iż z pewnością znajdzie się grupa odbiorców która będzie się nad nim rozpływać. Ja może nie rozpłynęłam się dostatecznie, bo jednak filmy Lanthimosa mają to do siebie, że studzą entuzjazm swoim lodowatym i wrogim klimatem. Nie mniej jednak nie byłabym sobą gdybym nie znalazła w tym czegoś pociągającego.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 14 stycznia 2018

Black Mirror - Sezon 4 (2017)

black mirror

Brytyjski serial Black Mirror został reaktywowany przez platformę Netflix mimo że pierwotnie był to serial stacji Chanal 4. Już przy trzecim sezonie zastanawiałam się, czy będzie to miało wpływ na kondycje serialu.

Teraz, po seansie z kolejnym, czwartym już sezonem, i drugim od czasu 'przeprowadzki za ocen' muszę powiedzieć, że Netflix nie skrzywił formatu. Co więcej, dzięki tej zmianie, mamy po sześć odcinków w sezonie zamiast trzech.

Jakość to z pewnością zasługa pomysłodawcy serialu, który nie wypadł z obiegu i "Czarne lustro" nadal stanowi odzwierciedlenie jego wyobraźni. Czytałam gdzieś, że Brooker unika śledzenia nowinek technologicznych i czerpie tylko i wyłącznie z własnych zasobów wyobraźni. Wymyśla temat odcinka i podkręca go do chwili gdy jego współpracownica stwierdzi, że jest już wystarczająco okropnie.

Jakie więc tematy zostają poruszone w sezonie czwartym?

"USS Callister" to wizja upiornych konsekwencji fascynacji grami sieciowymi. Nie jednokrotnie słyszy się, że gry online, dziejące się w czasie rzeczywistym zawłaszczają prawdziwe życie. Ludzie wolą egzystować w cyberświecie niż w szarej codzienności. O tym też jest pierwszy odcinek nowego sezonu.

black mirror

Genialny twórca gier,  programista i współtwórca cyberkorporacji klonuje i porywa kopie swoich podwładnych umieszczając ich w świecie stworzonej przez siebie gry. Odcinek całkiem dobry, choć przyznam szczerze, że klimat "Star treka" to nie moja bajka.

Odcinek drugi "Arkangel" okazał się zdecydowanie bliższy moim zainteresowaniom. Rzecz jest o pewnej zatroskanej matce, która po przykrym incydencie w trakcie którego nieomal zgubiła córkę decyduje się na udział w projekcie, którego celem jest zwiększenie rodzicielskiej kontroli.

black mirror

Jej córka, Sara zostaje zaczipowana jak rasowy piesek, co pozwala jej matce monitorować świat widziany oczami jej dziecka. Mama zerka w tablet i dzięki temu widzi i słyszy dokładnie to co jej córka. Co więcej może wpływać na jej postrzeganie świat, zamazując pewne obrazy. Sara dorasta, nie znając widoku krwi, nie widząc szczekającego psa. Kiedy matka w końcu decyduje się na przerwanie eksperymentu dziecko jest już poważnie skrzywdzone. Wyobraźcie sobie, że żyjecie na rajskiej wyspie w otoczeniu przyjaznych małpek i błękitnej wody, a wtem nagle wrzucają Was do slumsów  na obrzeżach Rio de Janeiro i widzicie okropieństwo w całej krasie. Czegoś w tym rodzaju doświadcza Sara.

Oczywiście na tym się to nie skończy. Twórca przedstawił nam tu wszystkie konsekwencje nadmiernej kontroli i w pewien sposób zgubnego wpływu rodzicielskiej ingerencji na budowanie tożsamości dziecka.

Odcinek trzeci "Crocodile" też trafił w mój gust. Za sprawą pewnego wynalazku, mogącego wiernie odtworzyć wspomnienia pewna kobieta, wzięta architekt i matka roku staje się... seryjnym mordercą. Lęk przed wykryciem pewnej zbrodni młodości pociąga za sobą niebagatelne konsekwencje. Czyli znowu mamy rzecz o kontroli.

black mirror

Czwarty odcinek "Hang the DJ" to mój faworyt w serii. Skojarzył mi się z "San Jupitero" z sezonu 3, bo znowu mamy historię miłosną.

Dwoje młodych ludzi żyje w świcie w którym 'system' decyduje o doborze partnerów i czasie trwania związków. Idziecie na umówioną randkę w czasie której dowiadujecie się, że z siedząca na przeciwko osobą spędzicie kolejne... 12h, 3 miesiące, czy 5 lat. Dopiero po przejściu określonej ilości związków, rozważeniu przez system Waszych preferencji dostajecie partnera 'na zawsze'. A co jeśli system się pomyli? Cała historia była słodko gorzka, a jej finał, łał, nie małe zaskoczenie.

black mirror

Piąty odcinek serii ruszył mnie już mniej. No może za wyjątkiem finału. Generalnie podsumowania historii są zazwyczaj najmocniejszym punktem każdego z odcinków.

"Metalhead" to postapokaliptyczna historia kobiety, która wraz z dwoma towarzyszami opuszcza bezpieczne schronienie celem zdobycia czegoś, jak się domyślamy, niezbędnego do dalszego przetrwania. W czasie akcji zostają napadnięci przez psa robota - przynajmniej ja go tak nazywam - który nie odpuści puki nie zrealizuje swojej robociej misji. Opowieść pędząca dość brawurowo, ku jak wspomniałam zaskakującemu  jednocześnie smutnemu finałowi.

black mirror

Ostatni, szósty odcinek, to drugi z moich ulubieńców w serii.

"Black Musem" to swoiste podsumowanie, w zasadzie można rzecz kilka odcinków w jednym. Stworzony na zasadzie opowieści z dreszczykiem, gdzie dziwaczny właściciel muzeum technologicznej zgrozy oprowadza zaciekawioną turystkę.

black mirror

Usłyszymy tu hoho, kilka niezłych historii o tym jak techniczne nowinki zniszczyły życie kilku osób. Każda historia nawiązuje do jednego z muzealnych eksponatów. Jednym z najbardziej interesujących  jest urządzenie mające pomagać w diagnozowaniu schorzeń. Inna dotyczące przesyłu świadomości z ciała do ciała i wreszcie z cała do przedmiotu martwego powinna Was solidnie zasmucić. Słowem bardzo dobry finał sezonu.

Zazdroszczę tym, którzy seans z czwartym sezonem mają jeszcze przed sobą. Ja mam w perspektywie jedynie roczne oczekiwanie na następny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skalii brutalności:2/10

piątek, 12 stycznia 2018

L'Anticristo/ Antychryst (1974)

antichristo

Dorosła córka znanego arystokraty Ippolita w wyniku doznanego w dzieciństwie wypadku jest sparaliżowana. Brak władzy w  noga wpędził ją w gorycz samotności i całkowitej zależności od ojca. Nie pomaga wizyta w uzdrowiskowym sanktuarium. Dopiero seanse hipnotyczne przeprowadzone w myśl teorii o psychicznym podłożu niepełnosprawności kobiety sprawiają, że staje ona na nogach. Niestety regresywny seans wpędza Ippolitę w znacznie większe kłopoty.

"Antychryst" stanowi doskonały przykład horroru religijnego. Piekielne moce biorą tu we władanie wrażliwą duszę skrzywdzonej bohaterki. Początkiem opętania jest hipnoza w czasie, której kobieta przeżywa regresję do swojego poprzedniego wcielenia. Zaczyna się jazda.

antichristo

Choć jeśli mam być szczera tego, że mamy tu do czynienia z  kinem grozy możecie być pewni już od pierwszych scen, wcale nie trzeba czekać na szczególny rozwój wydarzeń. Początkowe partie filmu to przede wszystkim przejaskrawiona ekspresja odtwórczyni głównej roli, pokaz iście teatralnej gotycko kiczowatej scenografii i BAM... muzyka Morricone, która robi do prawdy upiorne wrażenie w połączeniu z natarczywie nadużywanymi strunami głosowymi kolejnych aktorów.

Film jest bardzo krzykliwy. Stworzono go na fali sukcesu "Egzorcysty", ale włosi przegięli w tych materiach, które i tak szokowały w filmie Friedkina. Często ocierają się wręcz o groteskę i kicz, ale nie da się ukryć, że włosi pewne elementy horroru wykorzystują inaczej niż robi to Hollywood. Niestety bezmiar aspiracji twórców zapędził ich w kozi róg w momencie gdy zaczęli na poważanie serwować nam efekty specjalne.A te są.. no, przemilczę.

antichristo

Ważnym elementem fabuły są wątki seksualne i te znajdują odzwierciedlenie w namiętnych westchnieniach naszej Ippolity, równie częstych co nieludzkie krzyki a także w konkretnych scenach jak nieliche nawiązanie do "Dziecka Rosemary" w scenie bluźnierczego seksu z diabłem. Niezaspokojone potrzeby natury seksualnej pretendują też do roli przyczyny całego zamieszania, bo nasza bohaterka podobnie jak jej poprzednie wcielenie roi sobie namiętne wizje i wyraźnie nie radzi sobie z brakiem spełnienia. Ot jakiś frywolny penis na wyciągnięcie reki zażegnał by kryzys dużo szybciej niż hipnoza i wszelkie odprawiane w dalszej partii filmu gusła.

antichristo

Minusem produkcji jest fakt, że całe to pobojowisko wlecze się trochę przy długo i w pewnym momencie nawet lizanie rzygowin przestaje robić wrażenie. Nie postarano się tu o stopniowanie napięcia,a fabuła lecie sobie samobieżnie od jednej sceny do drugiej, jakby scenarzysta pogubił się w notatkach i co poniektórym może się odechcieć ogarniać ten chaos. Nie miej jednak na swój sposób to ciekawa oferta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

środa, 10 stycznia 2018

Bestia w jaskini i inne opowiadania - H.P Lovecraft

bestia w jaskini

Lovecraft w ponad osiemdziesiąt lat po swojej śmierci wciąż nie daje o sobie zapomnieć i za sprawą kolejnych wydań swoich opowiadań zyskuje nowych czytelników.

"Bestia w jaskini i inne opowiadania" to kolejna po "Górach szaleństwa..." propozycja wydawnicza Zysk i s-ka.

Tym razem w zbiorze znalazły się mniej szlagierowe teksty samotnika z Providence. Powiem szczerze, że ogromnie mnie ten fakt cieszy. Nie jest to bowiem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora, nie jest nawet drugim, więc na chwilę obecną coraz trudniej jest mi znaleźć opowiadania z którymi jeszcze nie miałam styczności.

W niniejszym wydaniu znajduje się aż 47 opowiadań, choć książka nie różni się zbyt objętościowo od wydania "W górach szaleństwa...", gdzie znajduje się o trzydzieści mniej opowiadań.

Już kiedyś wspominałam, że ogromnie lubię Lovecrafta w tych króciutkich formach, a tak się składa, że właśnie takowe trafiły do zbioru "Bestia w jaskini".

Nie powiem, że fartownie były to jedynie te których nie znam, ale była ich pokaźna ilość. Zupełną nowością było dla mnie chociażby opowiadanie tytułowe traktujące o człowieku, który zabłądził w czasie eksploracji jaskini, czego skutkiem okazało się mrożące krew w żyłach spotkanie z Bestią.

Podobnie rzecz ma się z drugim z kolei opowiadaniem "Alchemik". Miałam też okazję po raz pierwszy poznać takie teksty jak: "Za murem snu", "Pamięć", bardzo dobre "Przemiana Juana Romero", "Ulica", "Przerażający staruch", "Drzewo", "Nylarlathotep", "Ex Olivione","Księżycowe moczary", "Uwięziony wśród Faraonów", "Koszmar w Red Hok", "Dziwny wysoki dom", fenomenalne "Sny w domu wiedźmy", czy "Zły duchowny".

Nie jest to z pewnością najlepszy możliwy podział ale osobiście większość tekstów Lovecrafta dziele na trzy kategorie: transformacyjne, oniryczne i potworne. Pierwsze to wszystkie opowieści w jakiś sposób podobne do "Przypadku Charlesa Dextera Warda", jak "Przemiana Juana Romero" z tego zbioru. Drugie to te traktujące o astralnych podróżach do nieznanych krain, przypominające sen lub wręcz dziejące się we śnie, jak "Zapomniane miasto", czy "Biały statek". I ostatnie, potworne, czyli te traktujące o spotkaniach z bestiami pokroju tej z jaskini, czy Pradawnymi. Oczywiście nie wszystkie podlegają temu podziałowi, ale myślę, że jest ich znaczna większość. Które lubię, najbardziej? Te z kategorii pierwszej, choć przyznam, że te wymykające się z kategorii zapamiętuje najmocniej.

Wracając do zbioru "Bestia w jaskini i inne opowiadania", myślę, że będzie to doskonały wybór dla osób znających twórczość Lovecrafta i szukających czegoś mniej spopularyzowanego, ale także dla tych, których odstraszają długie opowieści, a mają chęć na spotkanie z Samotnikiem z Providence.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl