What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
RSS
poniedziałek, 01 września 2014

Dracula - Bram Stoker

dracula

Hrabia Dracula zamieszkujący okazały i mroczny zamek w Transylwanii jest najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem wampirycznego gatunku. To pierwszy wampir popkultury, literacki pierwowzór powieściowych krwiopijców - pierwowzór, od którego niestety coraz bardziej się oddalamy.

"Dracula" po raz pierwszy wydany został w roku 1897 budząc sensacje. Formalnie fabuła powieści złożona jest z listów, które bohaterzy piszą do siebie, dzienników, które prowadzą, a także wycinków z prasy.

Głównym bohaterem jest młody prawnik Jonathan, który na życzenie zwierzchnika musi udać się w podróż z Anglii do Rumunii, gdzie oczekuje go klient zainteresowany nabyciem nieruchomości na terenie Wielkiej Brytanii. Owym klientem jest hrabia Dracula, zamożny mieszkaniec niedostępnych karpackich terenów, żyjący samotnie i budzący niepokój wśród mieszkańców okolicznych miasteczek. Pierwowzorem dla postaci demonicznego szlachcica był niejaki Vlad Palownik, który słynął z okrucieństwa zarówno wobec poddanych jak i wobec wrogów. Jeśli przyjrzymy się wizerunkom Palownika i porównamy je z opisem powierzchowności literackiego bohatera, widzimy iż mamy tu do czynienia z wiernym odwzorowaniem.

dracula

Tu, dla wielu osób mylący może okazać się wygląd odtwórców ról Draculi w rozlicznych ekranizacjach powieści. Tak naprawdę żaden z aktorów nie był dobrany do tej roli tak jak powinien, już w latach 30 wampiry zaczynały niebezpiecznie przystojnieć. Toteż za najwierniejszą wizualnie względem książki postać filmową uznam wampira Nosferatu, bo tu też mamy do czynienia z cichą ekranizacją książki.

Co się tyczy fabuły, różnic pomiędzy filmowymi scenariuszami, a książką, to miałam wrażenie, że filmowcy starają się skomplikować sprawę. W tym momencie w pamięci mam tylko "Dracule" z '31 i "Nosferatu" z 22, więc nie mogę zbytnio generalizować. Nie mniej jednak powieściowa historia spotkania młodego prawnika z Draculą i konsekwencje tego spotkania jest dużo prostsza niż ukazują to filmy.  Finał powieści w przeciwieństwie do ekranizacji z '31 rozgrywa się z dala od korony brytyjskiej, a postać Miny nie jest utożsamiana z wybranką serca Draculi.

Jeśli o mnie chodzi, książka podobała mi szalenie. Fabuła - prosta, język przystępny, ale nadal literacki. Klimat książki- NIESAMOWITY. Nie oddała go żadna z ekranizacji. Książkowy Dracula to antybohater, którego można się bać. A nawet trzeba. Obraz jego wampirycznej egzystencji opisany z perspektywy śmiertelnie przerażonego Jonathana jest autentycznie upiorny.

Moja ocena:9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Klasyka Horroru

sobota, 30 sierpnia 2014

RECENZJA KONKURSOWA AUTORSTWA KOPRA:

Wolfen/ Wilkołaki (1981)

wolfen

Rok 1981 w kinie grozy okazał się rokiem wilkołaków. Premierę wówczas miały zarówno „Skowyt” Joego Dante, jak i „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa. Oba wykorzystując najlepsze jak na tamte lata efekty animatroniczne, ukazały nowe oblicza likantropów, które wreszcie przestały tu wyglądać jak facet z nadmiernym owłosieniem twarzy (a taki obraz znajdziemy jeszcze w pochodzącej z tego samego roku komedii „Full Moon High”) i dorobiły się pysków prawdziwych bestii.

Oprócz tych dwóch dzieł, ukazał się wówczas jeszcze jeden niesłusznie zapomniany dziś horror, który podszedł do tematyki z kompletnie odmiennej strony. To „Wolfen” w reżyserii Michaela Wadleigha.


Film ten jest ekranizacją zupełnie przyzwoitej powieści Whitleya Striebera, która co ciekawe wydana została także w naszym kraju. Choć polski tytuł mógłby sugerować klasyczne podejście do tematu, wilkołaki w „Wilkołakach” to trochę nie do końca wilkołaki. Przynajmniej nie takie co to w dzień ukrywają się pod postacią pozornie zwyczajnych ludzi a umierają tylko od srebrnej kuli.

Strieber po pierwsze podszedł do tematu od strony, można by rzec, naukowej, a po drugie zamiast do wywodzących się z Europy legend odwołał się do mitów północnoamerykańskich Indian. W efekcie tego powstała dość oryginalna koncepcja wilkołaków.

wolfen

Sama historia zbudowana jest na zasadzie policyjnego thrillera z paroma nieodzownymi dla tego typu opowieści schematami i kliszami.

Mamy zatem doświadczonego gliniarza „po przejściach”, który wraz z młodszą, całkiem atrakcyjną koleżanką, próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw w ubogiej dzielnicy Nowego Jorku. Za sprawą specyficznego filmowania z perspektywy zabójców, widz od początku domyśla się, że sprawcami nie są ludzie, tylko „coś innego”, co główni bohaterowie odkryją oczywiście później.

Tytułowe wilkołaki w pełnej krasie zaprezentują się praktycznie dopiero w końcówce i tu niektórzy widzowie przeżyją pewnie małe rozczarowanie ich wyglądem. Zastosowane przez twórców rozwiązanie pozwoliło pewnie zmieścić się w budżecie i obejść się bez speców do F/X. Choć wielu może się ono nie podobać, uważam że w kontekście akurat tego filmu był to lepszy pomysł, niż potencjalnie niedoskonałe efekty specjalne, które w wielu filmach z tamtego okresu dziś mocno trącą już myszką.


Mimo że skrót fabuły może zwiastować ciekawe i ekscytujące kino, niestety reżyserowi nie do końca się ono udało. Tempo „Wilkołaków” jest nieco niemrawe, w niektórych momentach zwyczajnie brakuje napięcia czy grozy, a Wadleigh zbyt dużo uwagi poświęca potomkom Indian, kosztem tytułowych stworów.

W ogóle w porównaniu do literackiego pierwowzoru, filmowy „Wolfen” strasznie upraszcza nie tylko wygląd wilkołaków, ale ich świat i sferę przeżyć wewnętrznych. O ile Strieber potrafił w książce praktycznie całe rozdziały opisywać z ich punktu widzenia, o tyle filmowcy ograniczają się do paru specyficznych ujęć.

Ponadto naukowa otoczka z powieści zostaje tutaj wepchnięta w mgiełkę tajemnicy i niedopowiedzenia, tak jakby reżyser uznał, że jednak woli pozostawić wilkołaki przynajmniej troszeczkę w sferze mitu.

wolfen


Mimo tego wszystkiego, „Wolfen” nie tylko może, ale i powinien choć po części spodobać się ceniącym w horrorze coś ponad straszenie, czy dużą ilość krwi. Film już od pierwszych kadrów urzeka zdjęciami tworzącymi niezwykły klimat.

Filmowcy na scenerię akcji wybrali fantastycznie prezentujące się w kadrach zapuszczone, przeznaczone do rozbiórki tereny nowojorskiego Bronxu (dziś wyglądające już zupełnie inaczej) na czele ze zrujnowanym kościołem wyłaniającym się z dymu na napisach początkowych. Spore wrażenie robią także ujęcia mostu Manhattan Bridge, na którego szczyt filaru wejść musi główny bohater. W ogóle film to taka mała wycieczka po Nowym Jorku, bo oprócz wspomnianych miejsc odwiedzimy jeszcze Most Brooklyński, Manhattan, Central Park a finał rozegra się na słynnej Wall Street.


To jednak nie walory turystyczno-krajoznawcze sprawiają, że „Wolfen” zaznaczył się czymś pośród filmów grozy. Wymyślona przez Streibera koncepcja wilkołaków nie przyjęła się w kinie i nie miała większego wpływu na kolejne dzieła o likantropach, ale kto wie jak bez filmu Michaela Wadleigha wyglądałyby takie klasyki jak „Predator”, czy „Aliens”. Ten pierwszy zaczerpnął z „Wolfen” sposób filmowania „oczami nieludzkiego zabójcy”. Co prawda wilkołaki nie stosują termowizji, ale wykorzystane przez filmowców sztuczki wizualne dają podobny efekt odrealnienia, wspomagany także udziwnionym wówczas dźwiękiem. Natomiast przy „Obcych: Decydujące Starcie” kompozytor James Horner mając mało czasu na stworzenie ścieżki dźwiękowej postanowił wykorzystać swoje wcześniejsze pomysły i sięgnął do bardzo dobrej, a mało znanej i niedocenianej kompozycji z „Wolfen” właśnie. Znakomita muzyka z finałowej konfrontacji z wilkołakami w niewiele zmienionej aranżacji stała się jednym z najbardziej pamiętnych muzycznych motywów „Aliens”.

wolfen

wolfen

Myślę, że to całkiem nieźle, jak na film którego reżyser de facto nie dokończył, bo zwolniono go tuż po zakończeniu zdjęć, nim zasiadł przy stole montażowym. Perypetii przy „Wolfen” było zresztą więcej, ale mimo wszystko, przy skromnym budżecie i bez żadnych gwiazd w obsadzie udało się nakręcić całkiem oryginalny horror, który choć pod pewnymi względami może delikatnie rozczarowywać i nie do końca wykorzystuje potencjał  opowiadanej historii, to jednak ma w sobie coś. Coś, co sprawiło, że mimo niedoskonałości, wracałem do niego kilka razy i chyba nawet za każdym razem potrafiłem go trochę bardziej docenić.


Moja ocena:
Straszność: 6
Fabuła: 7
Klimat: 8
Napięcie: 5
Zaskoczenie: 6
Zabawa: 5
Aktorstwo: 7
Walory techniczne: 7
Oryginalność: 8
To coś: 8
67/100
W skali brutalności: 5/10


KOPER

czwartek, 28 sierpnia 2014

Kristy (2014)

kristy

Justine, młoda studentka postanawia spędzić świąteczny weekend w akademiku. Jej chłopak, koleżanka i wszyscy studenci opuszczają teren kampusu. Justine jest sama. W czasie wizyty w sklepie napotyka dziwną, ostentacyjnie manifestującą do niej swoją niechęć zakapturzoną dziewczynę w podobnym wieku, która uparcie zwraca się do niej 'Kristy'.

Okazuje się, że słowna potyczka zachęci dziwaczkę do ataku na Justine, bo wkrótce po tym jak dziewczyna wraca do akademika, 'zakapturzona' wkracza na tern kampusu w asyście zamaskowanych kumpli. Nie inaczej, jak planują pozbawienie życia Justine.

"Imię Kristy z łacińskiego oznacza zwolenniczkę Chrystusa. Zabijcie Kristy, a zabijecie boga."

Już w pierwszych minutach filmu, zanim jeszcze w kadrze pojawi się protagonistka, poznajemy zamiary grupy sadystów, którzy mordują młode dziewczyny.

"Kristy jest piękna, czysta, błogosławiona. Znajdźcie, prześladujcie, pogrążcie w strachu..."

Wiemy zatem o co chodzi 'zakapturzonej' i jej towarzyszom. Poznając Justine widzimy, że na pierwszy rzut oka może pasować do profilu ofiar grupy. Cóż więc nam pozostaje? Śledzić rozwój fabuły, która pobiegnie dobrze znanym torem konwencji home invasion.

kristy

Scenariusz autorstwa Anthony'ego Jawinskiego odarty jest z jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Migawki we wstępie do filmu obnażają zamiary i przyczyny działań grupy polującej na kolejne 'Kristy'. Spotkanie 'zakapturzonej' i Justine jest czytelną zapowiedzią ataku, a dalsze wydarzenia są jasną konsekwencją wdrożonego planu.

kristy

Pod wieloma względami można powiedzieć, że scenariusz jest do dupy. Mamy zaszczutą ofiarę,  zachowującą się jak ofiara i podkładają się oprawcom. Działania sprawców, sceny w jakiś sposób mogące zostać uznane za drastyczne są skrzętnie ukrywane przed okiem kamery. Film w sam raz dla strachliwych.

Część filmu poświęcona polowaniom na Justine, jest jeszcze znośna fabularnie, gorzej zaczyna się dziać w drugiej połowie, ale nie będę Wam zdradzać szczegółów. Ten film i tak jest wystarczająco przewidywalny.

Zarówno aktorstwo jak i realizacja, tj. zdjęcia, muzyka... prezentują dość wysoki poziom. Nie ma się do czego przyczepić. Ashley Green, w roli 'zakapturzonej' jest bardzo dobra, szkoda, że nie ma większego pola manewru. Odtwórczyni roli Justine, Haley Bennestt jest stosownie słodka i typowa, jak na ofiarę.

kristy

Cóż więcej mogę powiedzieć? Film jest mocno przeciętny. Scenariusz pozbawiony jest jakichkolwiek mocniejszych elementów, które przybliżyłyby obraz do wymogów gatunku grozy. Natomiast doceniam pomysł na 'zgrupowanie morderców'. Przyczyny ich działań, wyszukiwanie dziewcząt, które mogłoby się wydawać mają w życiu lepiej i eliminowanie ich w imię walki z bożym błogosławieństwem, jest całkiem niezły.

kristy

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

61/100

W skali brutalności:1/10

środa, 27 sierpnia 2014

Devil's Knot (2013)

devils knot

Nowy film Atoma Egoyan'a, którego możecie pamiętać z thrillera "Chloe" opowiada historię trzech młodych skazańców oskarżonych o rytualne morderstwo dokonane na trzech ośmiolatkach z Arkansas w latach 90.

Tę głośną sprawę wielu z widzów miało okazje poznać dzięki rozlicznym filmom dokumentalnym, a także książce napisanej przez jednego z oskarżonych. Teraz, w dwadzieścia lat od od tych wydarzeń powstał filmowy scenariusz, który stara się przybliżyć zagmatwaną historię, która do dziś nie została do końca wyjaśniona.

devils knot

Akcję filmu otwiera scena zaginięcia trzech chłopców. Obraz skupia się szczególnie na jednym z nich, Stevie'm, który wraz z kolegami wychodzi na rowerową przejażdżkę by już z niej nie powrócić. Dzień po zniknięciu chłopców ich ciała zostają wyłowione z mętnej wody w pobliskim lesie. Związani, zgwałceni, zamordowani. Trop szybko pada na trójkę nastolatków, metalowców, którzy to mieliby zajmować się czarną magią, kultem szatana i w konsekwencji składaniem ofiar z ludzi. Dla władz sprawa jest prosta, ale w rzeczywistości wszytko się rozmija.

devils knot

"Devils Knot" stara się ukazać meandry śledztwa i procesu sądowego.

Słynna "Trójka z West Mephis" przez wielu nazywana jest kozłami ofiarnymi, zaś przez innych manipulantami, którzy dzięki rozgłosowi zyskali bardzo wiele, to jedni z głównych bohaterów filmu. Nie jedyni, bo obraz tylko częściowo skupia się na postaciach oskarżonych. Ważną rolę odgrywają też postaci bliskich ofiar. Pam Hobbs, matka Steviego, w którą wciela się Rese Witherspon, czy prywatny detektyw Ron Lax (Colin Firth), który jako jedyny wydaje się mieć wątpliwości względem sprawy.

devils knot

Pierwsza połowa filmu jest w miarę neutralna jeśli chodzi o opinię na temat domniemania winy oskarżonych jednak im dalej w las, tym bardziej film staje się stronniczy. Nie do końca można mieć o to pretensję, bo w roku 2011 sprawa niejako się rozstrzygnęła i na tym bazuje filmowy scenariusz. Szczęśliwie, a może nieszczęśliwie, jeśli weźmiemy pod uwagę iż jest to autentycznie rozgrywający się dramat niepewności, w filmie nic nie jest do końca jasne. Poznajemy wiele tropów, po za tym który został oficjalnie zaaprobowany w roku 1994.

devils knot

Na pewno nie można temu filmowi odmówić napięcia, typowego dla thrillera czy dobrego dramatu sądowego. Cała sprawa jest na tyle złożona, że obraz nie może nudzić, nie może nie budzić emocji. Pod względem realizacji jest niemal wzorowy. Dobry scenariusz, dobre aktorstwo, wszystko to sprawnie oprawione. Jeśli macie ochotę na coś, intrygującego, nie strasznego, to polecam.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:0/10

Tagi: thriller
21:32, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 sierpnia 2014

At the devils door (2014)

at the devils door

"At the devils door", czy też "Home" to nowy film Nicolasa McCarthy'ego twórcy dość intrygującego horroru "Nadprzyrodzony pakt" nakręconego dwa lata temu.

W nowym filmie twórcy znowuż mamy wątek paktu, innego rodzaju niż ten występujący w starszej produkcji, ale jednak.

Cech wspólnych między obydwoma filmami jest zresztą sporo, ale o tym później.

Pakt, którego zawarcia będziemy świadkami w pierwszych minutach filmu dotyczy sprzedania duszy. Młoda dziewczyna sprzedaje swoją duszę wujowi nowo poznanego ukochanego za bodajże pięćset baksów. Dziwnie wyglądający wuj/szaman początkowo sprawdza, czy panna przypadnie do gustu władcy piekła, gdy ten okazuje zainteresowanie dziewczyna wypowiada sakralne 'tak,' czyli podaje diabłu swoje imię i od tego zaczyna się jej przygoda. Czym się kończy zdradzić nie mogę.

at the devils door

at the devils door

at the devils door

Po mniej więcej kwadransie przechodzimy do następnego wątku. Poznajemy dobijającą do trzydziestki panią agent sprzedającą nieruchomości, która dostaje zlecenie sprzedania pewnego domu. Dom jest dość kłopotliwy, kobieta widuje w nim postać młodej dziewczyny, prawdopodobnie córkę właścicieli, która uciekła od nich. Powoli w sprawę zostaje zamieszana siostra agentki, Vera i to nią diabeł najsilniej zaczyna się interesować.

Uff... wypocenie logicznego streszczenia tej fabuły, które nie zdradza jej największych meandrów to nie lada wyczyn.

Scenariusz "At the devils door" jest nieźle pogmatwany, jest w nim sporo wątków, których połączenie mimo iż jest możliwe to ciężko odnaleźć się w tym chaosie.

Mamy tu w zasadzie trzy główne bohaterki i jednego antybohatera, diabła. Diabeł nie wykłada kawy na ławę, wiemy o nim jedynie tyle, że chce w kimś zamieszkać. Z czasem dowiadujemy się więcej na temat środków jakich musi użyć by osiągnąć cel, ale wszystko w swoim czasie.

Jeśli miałabym wymienić jedną główna cechę tego obrazu powiedziałabym 'długi'. Ale to bardzo subiektywne wrażenie, bo seans trwa raptem dziewięćdziesiąt minut. Czemu więc wydawał mi się niekończącą się opowieścią? Może nie byłam w formie, a może to wina mnogości elementów, wątków, które urywają się by za chwile powrócić i ogólnego rozciągnięcia fabuły w czasie.

Fabuła prowadzona jest w sposób dość oryginalny, bo nie pozwala ona zbytnio przywiązać się do żadnego z bohaterów. Nie jest to typowa opowieść, gdzie można wyłonić wątek przewodni i w prosty sposób usystematyzować sobie kolejne wydarzenia i związki pomiędzy nimi. To daje szanse na zwroty akcji i można rzecz, zaskakujące momenty, ale także wywołuje wrażenie chaosu.

Jako horror z wątkiem religijnym, który przede wszystkim ma na celu wystraszyć sprawdza się dość dobrze. Diabeł jest tu dość skromną postacią, ale stale obecną. Pojawi się kilka szybszych ujęć, mocniejszych momentów, typowych dla tego podgatunku ale nie wypadających bardzo tendencyjnie w kontekście całej fabularnej budowli. Mimo wyświechtanego tematu nie można nazwać tego obrazu schematycznym.

at the devils door

Podobne, niejednoznaczne odczucia miałam po seansie z "Nadprzyrodzonym paktem". Widoczna jest amatorskość w realizacji obydwu produkcji, ale zapewnia ona dość świeże i oryginalne spojrzenie. Poszczególne ujęcia, oświetlenie, montaż, aktorstwo itp. na pewno nie jest profesjonale w taki sposób jakiego oczekuje się od produkcji kinowych, ale nie można rzecz, że nie ma w tym pomysłu, metody na opowiadanie historii.

Chyba muszę przemyśleć, czy ten film mi się podobał bardzo, czy tylko średnio:)

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:6

To coś:7

Oryginalność:8

67/100

W skali brutalności:1/10

RECENZJA  ZWYCIĘŻCZYNI  KONKURSU ST _ASKA:

MadHouse / Dom szaleńców (2004)

madhouse

Absolwent psychiatrii, Clark, by zakończyć edukację na uniwersytecie podejmuje staż w klinice leczenia zaburzeń psychicznych Cunnigham Hall. Sara, której powierzono zadanie oprowadzenia mężczyzny po szpitalu, zabiera go do piwnicy, gdzie za pilnie strzeżonymi przez ochroniarza drzwiami przetrzymywani są najniebezpieczniejsi pacjenci. Właśnie ta część obiektu nazywana jest przez pracowników Cunnigham „Madhouse”. Wizyta w podziemiach kończy się nieprzyjemnym incydentem – Clark zostaje zraniony przez jednego z chorych. W jakiś czas po rozpoczęciu przez głównego bohatera pracy, na terenie placówki zostaje zamordowana siostra przełożona. Clark, który chce rozwiązać zagadkę śmierci kobiety, a także kolejnych osób, powoli poznaje tajemnice skrywane w murach szpitala.

madhouse

„Madhouse” stanowi debiut reżyserski Williama Butlera, który przed 2004 rokiem rozwijał się artystycznie jako aktor. Z kinem grozy zapoznał się wtedy całkiem nieźle, bowiem jego chyba największym aktorskim osiągnięciem była jedna z głównych ról w remake’u „Nocy żywych trupów” w reżyserii Toma Saviniego. Wystąpił także w siódmej części „Piątku trzynastego” a także w trzeciej odsłonie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Trzeba przyznać, że dotychczasowe doświadczenia Butlera w dziedzinie horroru pozwoliły mu na nakręcenie całkiem przyzwoitego straszaka.

Czegóż to w „Madhouse nie zobaczymy? Wątek przewodni młodego lekarza rozpoczynającego pracę w nowym miejscu, wątek morderstw popełnianych na terytorium szpitala, wątek ducha małego chłopca pojawiającego się nocą w klinice, wątek zbiegłego przed laty pacjenta, a w końcu wątek miłosny. Całkiem tego sporo, prawda? Początkowo może się wydawać, że taka mnogość motywów zadziałała na niekorzyść obrazu Butlera. W pierwszych parunastu minutach wprowadzane są bowiem one wszystkie naraz, zdaje się, że bez żadnego pomysłu na inteligentne rozłożenie tych informacji w czasie. Nie da się ukryć, że taki chaos budzi jedynie rozdrażnienie widza i zniechęca do kontynuowania seansu. Dalej jest jednak dużo lepiej. Historia staje się bardziej uporządkowana a wszystkie wątki w dalszej części umiejętnie prowadzone są aż do finału, który zgrabnie je łączy i wyjaśnia ich wzajemne powiązania. Sam z resztą pomysł na rozwiązanie zagadki, choć może nie nowatorski, to usatysfakcjonuje na pewno sporą grupę widzów.

Głównym atutem omawianej produkcji jest zbudowany przez twórców klimat. Dużo w tym zakresie na pewno „Madhouse” zawdzięcza umiejscowieniu akcji. Szpitale psychiatryczne wielu ludziom wydają się same w sobie niepokojące i bazując na tym twórcy postanowili tę awersję wykorzystać i zintensyfikować wszystkimi możliwymi sposobami. I udaje im się to niemal bezbłędnie. Zarówno scenografia, jak i zdjęcia skąpanych w półmroku korytarzy zapuszczonego szpitala w ujęciach nocnych przechadzek bohaterów robią niesamowite wrażenie. Na szczególną uwagę zasługuje oprawa dźwiękowa tych scen. Klimatyczna muzyka w połączeniu z ciągłym odgłosem szeptów oraz krzyków pacjentów szpitala potrafi zmrozić krew w żyłach. Co ciekawe, nacisk w „Madhouse” położony jest właśnie na te elementy, nie zaś na spektakularne sceny mordów. Tych w obrazie jest niewiele, a największe wrażenie robi iście groteskowe zabójstwo (silnie wzorowanej na postaci siostry Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”) siostry przełożonej.

madhouse

Sceny śmierci pozostałych ofiar potraktowane zostały raczej po macoszemu.

Główną rolę w produkcji Butlera odgrywa znany z kultowego „Blair Witch Project” Joshua Leonard, partneruje mu śliczna Jordan Ladd. Sprawiają oni, że aktorstwo nie jest najmocniejszym punktem „Madhouse”. Ladd, choć starała się jak mogła, nie dała rady zaprezentować przyzwoitego poziomu gry. Postać przez nią kreowana od początku do końca trąci sztucznością. Może młodziutka aktorka, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafiła się z nią utożsamić. Joshua Leonard natomiast chyba nawet się nie starał, większą część omawianego filmu odgrywa na jednej minie, także o jakiejkolwiek modulacji głosu widz może zapomnieć.

Choć „Madhouse” nie jest pozbawiony wad, w ostatecznym rozrachunku są one przyćmione przez niesamowity klimat, utrzymujący się przez cały czas trwania filmu, a także całkiem zgrabnie napisaną, ciekawą i zaskakującą historię. A wydaje się, że właśnie takimi cechami powinien się odznaczać dobry horror.


Moja ocena:

Straszność: 7

Klimat: 9

Napięcie: 7

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne: 7

Oryginalność: 6

To coś: 7

Aktorstwo: 3

Fabuła: 7

Zabawa: 7

67/100

W skali brutalności: 1/10


St _aska

10:41, ilsa333
Link Komentarze (6) »

Mamy zwycięzce!

konkurs

Miesiąc temu na blogu ogłosiłam konkurs na recenzję książki, lub filmu grozy. Ciężko było mi wyłonić zwycięzce. Kilka recenzji bardzo przypadło mi do gustu, ale nagrodzić mogę tylko jedną. Ostatecznie nagroda powędruje do ST ASKA, która napisała recenzję horroru "MadHouse". Recenzję czytelniczki opublikuję we wpisie 'powyżej'. Jeśli inni konkursowicze nie strzelą na mnie focha to z chęcią wrzucę na stronę także recenzje Kopra i Agnieszki:) Cóż, następnym razem będę musiała zorganizować większą pulę nagród;)

Do Aśki wysyłam dwutomową powieść Piotra Klupy "Pan na Wisiołach" ufundowaną przez wydawnictwo Videograf.

Wszystkim bardzo dziękuję za udział i oczywiście zapraszam ponownie.

10:22, ilsa333
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 sierpnia 2014

Moi drodzy, z dniem dzisiejszym znikam na tydzień. A może na dłużej? Jeszcze nie wiem, jak długo potrwa banicja.

Objawię się na pewno 25 sierpnia, choćby po to, żeby podać wyniki konkursu. Przypominam, że Waszym zadaniem jest napisanie recenzji- w formie standardowego wpisu, jakie pojawiają się na moim blogu - i ocena książki lub filmu grozy. To Wasze główne zadanie, a szczegóły macie TU.

Tak, więc przez krótki czas nowych wpisów nie będzie. Oczywiście możecie do mnie nadawać, być może będę w stanie odpisywać.

09:30, ilsa333
Link Komentarze (5) »

Bad Behavior/ Złe uczynki (2013)

złe uczynki

Nastoletnia Zoe, pod nieobecność Bruce'a i Margaret ma sprawować opiekę nad ich pociechami, sześcioletnią Grace i piętnastoletnim Tylerem. Najstarsze z dzieciaków, to już w zasadzie dorosły chłopak, który niebawem wyjedzie na studia do Yale. Młoda opiekunka musi spędzić z nimi jedną noc i pół dnia. Niestety sprawa się nico przeciągnie, a niańczenie zmieni się w obóz surwiwalowy.

"Złe uczynki" to teen thriller, stworzony przez duet kompletnie zielonych filmowców. Charakteryzuje się niedoróbkami w realizacji i niezbyt owocnym wykorzystaniem, w gruncie rzeczy niezłego pomysłu.

Nie będę Wam ściemniać i na siłę robić surprise, że 'nieznany napastnik' czyha na Zoe i jej podopiecznych, bo bardzo szybo zorientujecie się, że z najstarszym z chłopaków, Jackiem, jest coś mocno nie w porządku. To on szybko przejdzie do ataku i uwięzi swoje rodzeństwo i opiekunkę w kiblu. Wzorem bohatera "Pięknego umysłu" jest genialny i szalony. Schizofreniczne objawy jakie wykazuje są zresztą bardzo podobne do objawów Nasha. Jack wierzy, że jacyś "ONI", w domyśle rządowa organizacja szpieguje go i chce uwięzić. W dniu wyjazdów jego rodziców odbija mu palma i wszyscy domownicy stają się owymi szpiegami.

złe uczynki

Zacznę od tego, co w filmie było dobre. Sam pomysł wydaje się niegłupi, bo niby mamy schemat jak w home invasion, ale oprawcą jest jeden z domowników. Nie sposób przemówić mu do rozsądku, bo każda próba wejścia z nim w interakcje kończy się zarzutem manipulacji, czy sabotażu. Chłopak wpada w coś w rodzaju manii podszytej paranoją.

Tyler i Grace są nauczeni tego by ukrywać chorobę brata. Nawet jeśli jej objawy niejednokrotnie zagrażały życiu innych osób. Widz nie wie do końca do czego zdolny jest Jack. Scenariusz, w dużej mierze oparty na rozmowie toczonej przez uwięzionych, dopuszcza tylko szczątki informacji, które czasem wymkną się któremuś z dzieci powodując jeszcze większe przerażenie u opiekunki.

złe uczynki

Film obija się nieco o klimat produkcji z szaloną rodzinką w roli głównej.

Mogę wspomnieć o budowaniu napięcia, bo owszem jakieś wysiłki zostały w to włożone, jednak zbyt często jest ono z premedytacją rozładowywane przez głupie gadki naszych protagonistów, więc w sumie nie bardzo ono istnieje.

Aktorstwo jest kiepskie, choć jak często bywa, jedyne światełko w tunelu stanowi najmłodsza z obsady, czyli mała Grace.

złe uczynki

Ode mnie plus za zakończenie.

Taki to zwyczajny teen thriller. Dzikiego entuzjazmu w nikim nie wzbudzi, ale w razie nudy można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:6

To coś:5

Oryginalność:6

Walory techniczne:5

Zaskoczenie:6

53/100

W skali brutalności:1/10

Tagi: thriller
09:19, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 sierpnia 2014

Wielcy zboczeńcy - Elwira Watała

wielcy zboczeńcy

"Wielcy zboczeńcy" to książka traktująca o tym, o czym przyzwoici ludzie milczą. To zestaw opisów wszelakich seksualnych dysfunkcji i parafilii, które przydarzały się możnym tego świata i w jakiś sposób zostały zapamiętane przez historię.

Książka składa się z rozdziałów i podrozdziałów ,między innymi znajdziemy tu tytuły takie jak: Fallus to brzmi dumnie, Orgazm to mój idol, Prostytucja sakralna, Choroby weneryczne, Kazirodztwo, Flagelacja, Nekrofilia, Pedofilia, Zoofilia, czy Homoseksualne tragedie.

Zawiera podane w formie ciekawostek, czy skrótowych not biograficznych opowieści z wyżej wymienionymi wątkami.

Mimo iż autorka jest doktorem habilitowanym, książka absolutnie nie ma formy publikacji naukowej. Jeśli mam być szczera, to oceniając pod tym kątem wypada gorzej niż najmarniejsza praca licencjacka spłodzona na schodach akademika przez leniwego studenta, któremu nawet nie chciało się poprawnie zredagować swojego dzieła.

Autorka jednak zastrzega, że jej książka z założenia miała być lekką lekturą, nie naukową rozprawą. Dobrze, że o tym wspomina, bo niejeden historyk, czy seksuolog zmieszał by ją z błotem, gdyby zechciała reklamować swoją pracę jako coś 'na serio'.

"Wielcy zboczeńcy" zdecydowanie nie są na serio. Pomijając kiepską redakcję, czyli błędy rzeczowe, logiczne, powtórzenia i na siłę wulgaryzowany styl, informacje w niej zawarte nie mają wartości... hym naukowej. Chociażby z tego względu, że pani Watała, nie umieszcza przypisów do przytaczanych informacji, przez co większość z nich można odebrać jako zwykłe wodolejstwo.

Czytając tą książkę miałam wrażenie, jakbym przysłuchiwała się opowieściom jakiejś rubasznej karczmarki, która powtarza zasłyszane ploteczki, a gdy zapytać ją o szczegóły, czy źródło rzuca na odczepne "Tak było".

Część z opisanych przez autorkę historii słyszałam już wcześniej, inne były dla mnie absolutną nowością. Mimo iż niektóre z nich nie trzymają się kupy w jakiś sposób są interesującymi smaczkami.

Nie można odmówić autorce wiedzy, jednak za takie niechlujstwo należy się szafot. W jej książce panuje ogromny chaos, a rozdziały nie zawsze zawierają informacje, które pasują do tematu. Niektórym 'przypadkom' poświęca ogromnie dużo uwagi inne, choć równie ciekawe, jedynie zaznacza. Nie ma tu jakiś chronologii, czy innego porządku, który trzymał by swobodę twórczą Watały w ryzach. Gdyby autorka włożyła w to więcej pracy efekt byłby lepszy.

Jeśli o mnie chodzi to jestem w stanie wiele wybaczyć i wybaczam, ale muszę ostrzec tych, którzy oczekiwaliby od tego dzieła naukowego tonu. To czysto rozrywkowa lektura.

Moja ocena: 6/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf :

http://www.videograf.pl/index.php


piątek, 15 sierpnia 2014

Madman (1982)

madman

Wczesna jesień, obóz dla uzdolnionej młodzieży. Właśnie trwa pożegnalne ognisko, w trakcie którego jeden z opiekunów zabawia grupę opowieścią o lokalnej sławie, niejaki Marz'u, zwanym także Madman Marz. Za życia był zwykłym chlajusem lubiącym znęcać się nad rodziną. Pewnego dnia przegiął i zarąbał swoich bliskich siekierą. Spotkało się z to z gniewną reakcją ze strony pozostałych mieszkańców, którzy postanowili powiesić drania. Tak też zrobili, jednak następnego dnia od samosądu zwłoki psychopatycznego farmera zniknęły.

madman

Po okolicy zaczęła krążyć legenda mówiąca, że Madman Marz nadal gdzieś tu grasuje i wystarczy wypowiedzieć jego imię, by ryhle zjawił się z siekierą i odrąbał głowę każdemu, kto się nawinie. Jeden z młodych postanawia okpić tę historię wydzierając się kilka krotnie "Madman Marz". W ten sposób Richie ściąga nieszczęście na siebie i kompanów.

O twórcy tego filmu, Joe Giannone, świat usłyszał tylko raz. W dwa lata po sukcesie pierwszego amerykańskiego camp slashera, "Piątku 13ego", za bardzo niewielkie pieniądze nakręcił swój horror, utrzymany w tej samej konwencji.

Ostatnio o nim wspominałam przy okazji wpisu o "Krwawym obozie", że w przeciwieństwie do bardziej pomysłowych slasherów posiada topornie prostą fabułę i nie stara się zmylić widza w kwestii tożsamości mordercy.

Młodzi ludzie zaczynają znikać, jedno po drugim, a zaczyna się od chłopaczka, który wypatrzy tę legendarną ludzką bestię czyhającą na drzewie. To jedno z najlepszych filmowych ujęć, z resztą umieszczono je na plakacie promującym filmu.

madman

Ogólnie, brak zawodowstwa i funduszy nie przeszkodził twórcy w stworzeniu ciekawego klimatu za sprawą zdjęć i muzyki. Dużą rolę odgrywa tu oświetlenie, bardziej przypominające fluorescencyjną mgłę, która pada na naszych bohaterów, gdy przedzierają się przez las. Prawdopodobnie ekipa nie miała lepszych, profesjonalnych lamp na stanie.

madman

Muzyka, szczególnie kawałek tytułowy, jest na prawdę świetnie zrobiona.

Na tym moje dobre słowa na temat filmu się kończą.

Aktorstwo jest... no, brak słów. Brak talentu to jedna strona medalu, drugą sprawą jest sam pomysł twórcy na swoich bohaterów.

Cycki, golizna, seks, etc. są stale obecne w slasherach, ale raczej nikt nie prezentuje tych w taki sposób. Niemal nabożny. Powolne przejazdy kamerą po włochatych nogach głównego amanta zanurzającego się w basenie, gdzie pływa jego wątpliwie urodziwa ukochana. Długa sekwencja mozolnego pocałunku i 'cmyk' pod wodę.

Zachowania bohaterów, szczególnie pewnej ciemnowłosej niewiasty są więcej niż niedorzeczne. Rozumiem, bezradna niewiasta, ale żeby samodzielnie nie potrafiła poruszać kończynami, mimo iż żadna widoczna krzywda nie zdążyła jej się stać? Bezradna królewna jest bezradna tylko przy królewiczu, bo gdy królewicz pada martwy królewna bierze się w garść i dzięki temu widz zobaczy kolejną (drugą i w zasadzie ostatnią) godną uwagi scenę. Płaczliwa idiotka stanie się bardzo pomysłowa. Nie mniej jednak charakterystyka zgromadzonych na obozie bohaterów sprawiała, że życzyłam im śmierci.

madman

Bardzo słabo wypada także nasz antagonista. Póki siedzi na drzewie wygląda bardzo efektownie, ale gdy mamy okazję przyjrzeć mu się z bliska cały czar znika. Ciekawy czarny charakter to klucz do sukcesu, a tu niestety nie mamy ani ciekawej biografii, ani aparycji, która wyróżniałaby go na tle innych pojebów.

madman

O tym, że sceny mordów nie wypadają wiarygodnie nie muszę wspominać, bo tego chyba nawet nikt nie oczekuje od slasherów z ich najlepszego okresu.

To film skierowany do zatwardziałych fanów starych slasherów, takich, którym nie będzie przeszkadzać warsztat aktorski, nieciekawy morderca i na wskroś proste założenie scenariusza, natomiast doceniam wysiłki włożone w tworzenie klimatu grozy.

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:4

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 4/10

czwartek, 14 sierpnia 2014

Małe co-nieco od czytelnika bloga:

"Hej, jestem KAIN, robię szeroko pojęty horrorcore i pochodne. Jestem pewien, że każdy fan dobrego kina grozy znajdzie w mojej twórczości coś dla siebie - nie będę oryginalny, gdy powiem, że inspirację czerpię głównie z nich Do Waszych rąk oddaję 4 kawałki, które stanowią przedsmak przed moim wydawnictwem, zatytułowanym „Z mroku światłości”, które ukaże się najprawdopodobniej u schyłku 2014 roku. Lękajcie się!!!"


facebook.com/raperkain

20:11, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 sierpnia 2014

Cheap Thrills (2013)

cheap thrills

Craig właśnie został zwolniony z pracy. Ma długi, żonę i małe dziecko. Załamany ciężarem odpowiedzialności udaje się do baru. Tam spotyka kumpla z liceum, Vince, a wkrótce także zupełnie im nie znaną parę, Violet i jej męża Colina, którzy przybyli do knajpy by świętować urodziny kobiety.

Kumple przyłączają się do małżonków, którzy ewidentnie są przy kasie - w przeciwieństwie do głównego bohatera. Szybko okazuje się, że Craig i Vince mogą sporo skorzystać na tej znajomość, bowiem Colin mocno sypie kasą przy każdej nadarzającej się okazji. Okazję stanowią zakłady. Graczami są Craig i Vince. Colin nagradza ich forsą za każde wykonane zadanie. Początkowo są to nieduże sumy i niewinne wybryki, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia...

cheap thrills

Reżysera "Cheap thrills" możecie kojarzyć z horroru "Autopsja". Średnio udanego jeśli chodzi o moją opinię, toteż cieszy mnie ogromnie, że w pierwszej chwili nie skojarzyłam nazwiska twórcy. Prawdopodobnie nie wzięłabym się wówczas za jego nowy thriller. Nie to, żebym szalała z zachwytu nad tą produkcją, ale stanowi ona całkiem niezłą rozrywkę.

A jeśli mowa o rozrywkach, jedną z bardziej znanych i lubianych są zawody. Rywalizacja podnosi adrenalinę a zwycięstwo przynosi satysfakcję. Vince i Craig mają o co grać, bo Colin jest wyjątkowo hojny. Cały czas podnosi stawkę sprawiając, że gracze coraz bardziej się rozkręcają. Tylko śliczna Violet wydaje się znudzona.

cheap thrills

Dopiero, gdy impreza przeniesie się do willi małżonków zacznie się prawdziwa jazda.

Wie, wiem, ten motyw pojawiał się już setki razy. Wystarczy przypomnieć sobie "Would you rather", albo "Trzynaście grzechów" - jakbym dłużej nad tym podumała znalazłoby się jeszcze więcej tytułów.

Wszystkie one mają tendencję do wzbudzania oburzenia w widzu, bo jak można takie rzeczy, dla kasy. fuj.

"Cheap thrills" wydaje się przy nim bardzo niewinnym filmikiem. Głównie dzięki mocno komediowym zabarwieniu. Bo przyjrzyjmy się naszym bohaterom: Niespełniony pisarz, który tyra w warsztacie samochodowym - teraz już nawet nie tyra. Wygląda i zachowuje się jak ofiara losu i początkowo wcale nie zamierza reperować budżetu domowego przy pomocy zakładów. Vince stanowi jego przeciwieństwo, twardy zdeterminowany, gotowy na wszytko. A tymczasem, cóż...  Colin... to dopiero okaz. Śmieszny kapelutek, dziwne poczucie humoru, tony koksu w nosie i fura forsy w kieszeni. Wydaje się klasycznym bogatym idiotą do wydymania. Na koniec Violett. Śliczna jak królewna i znudzona jak królewna. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś z nią nie tak...Kiedy dzieją się rzeczy - które się dzieją - nie drgnie jej nawet powieka, czasem tylko szerze otworzy oczęta z podziwu. Zimna sucz.

Przedstawione wydarzenia mimo, iż mają zabarwienie, jak wspomniałam humorystyczne, są dość mocno porypane. Zjadanie psa? Odcinanie palca? A wszytko to w nastroju ogólnego zadowolenia.

cheap thrills

Na pewno nie jest to jeden z tych mrocznych thrillerów. Uderza raczej w stronę czarnej komedii, czy satyry. Ogląda się przyjemnie, mimo dość niesmacznych momentów. Uroda Sary Paxton (Violett) nagradza trudy patrzenia na srających w domu sąsiadów kumpli.

Można obejrzeć, ale bardziej dla fun'u, niż dla grozy.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 12 sierpnia 2014

Demonolog - Andrew Pyper

demonolog

Profesor literatury specjalizujący się w działach o tematyce religijnej, szczególnie tej części poświęconej jej czarnym charakterom, otrzymuje niezwykłe zlecenie...

Jego życie prywatne doszczętnie się sypie: żona zdradza go i chce zostawić, wchodząca w wiek nastoletni córka, Tess, zmienia się w zimną, mroczną i niedostępną istotę, a jedyna przyjaciółka okazuje się być nieuleczalnie chora.

Wtedy właśnie na arenę wkracza 'Chuda', dziwna dama, która nieoczekiwanie pojawia się na wydziale, gdzie wykłada David Ullman i wręcza mu bilet do Wenecji i okrągłą sumę pieniędzy. W zamian oczekuje tylko by udał się pod wskazany adres i zobaczył coś, co określa zdawkowo 'zjawiskiem'.

Być może z powodu pragnienia odcięcia się od smutnej rzeczywistości, być może z powodu mroczne siły, która zdaje się kierować Davida tam, gdzie nie czeka go nic dobrego, mężczyzna decyduje się podjąć zadania i zabiera ze sobą swoją jedynaczkę.

To, czego doświadczy David w czasie wizyty we Włoszech i bezpośrednio po niej ciężko mi określić nie zdradzając Wam do końca fabuły historii spisanej przez Andrew Pypera.

Jedno mogę stwierdzić z całą pewnością, książka bardzo mi się podobała.

Horrory, czy to literackie, czy filmowe wykorzystujące tematykę religijną często okazują się wyjątkowo... mroczne. Może dlatego, że religia chrześcijańska pełna jest elementów mrożących krew w żyłach, których nie uświadczą wierni w czasie mszy niedzielnej, natomiast stanowią młyn na wodę tych, których interesuje ciemna strona.

Bogu, towarzyszy szatan, przynajmniej taka jest teoria.

David Ulmann bohater powieści, ateista i cynik mimo, iż nigdy nie przydzielał zjawisku wiary specjalnego miejsca w swoim życiu, poświecił swoją pracę naukowo postaci największego biblijnego antybohatera, szatana.

Jego publikacje dotyczą analizy jednego z najbardziej kontrowersyjnych dzieł, mianowicie poematu Miltona "Raj utracony".

"Demonolog" poświęca znaczną część fabuły powieści na ukazanie natury zła w oparciu właśnie o dzieło Miltona. Demon, wysłannik piekieł, diabeł, Nienazwany, którego na swojej drodze spotka David jest 'wielkim fanem' Milton. A może to Milton był wielkim fanem Nienazwanego? Tę kwestie możecie sami spróbować rozstrzygnąć. Dość powiedzieć, że cała wędrówka Davida, która stanowi fabułę  powieści jest próbą odpowiedzi na pytanie, po której stronie się znajduje. Diabeł ma dla niego misje, chce uczynić go swoim apostołem, mami go, a w dodatku ma dość mocna kartę przetargową.

demonolog

"Demonolog" absolutnie nie jest dziełem klasycznym, jeśli idzie o powieści o opętaniach. To bardziej sfabularyzowana analiza postaci diabła. Bardzo ciekawa jeśli idzie o wnioski i bardzo efektowna jeśli idzie o formę.

Zdarzą się w niej momenty absolutnie mocne, jak fragment rozmowy z Tobym na placu zabaw.

Autor wykorzystuje wiedze jaką proponują apokryfy, czy dzieła pokroju "Raju utraconego" by ukazać zupełnie inną naturę zła. Zła jako integralnej części człowieka, jako widmowej czarna korona, jako melancholia i wewnętrzne piekło, nie jako epileptyczno-podobny objaw występujący u religijnej niewiasty, gdy ta z dnia na dzień zaczyna wpieprzać pająki i skakać po suficie.

Diabeł to taki zły przyjaciel, który nie musi nikogo wpędzać do piekła, bo najlepsze rzeczy może zafundować ofierze za życia, a ta nawet nie będzie zdawać sobie z tego sprawy.

Pyper jest doświadczonym i nagradzanym autorem toteż jego pióro nie zawodzi także pod względem formy. Po prostu przyjemnie się to czyta.

demonolog

Powieść amerykańskiego autora została wydana w ramach nowej serii wydawniczej "Chimaera" stworzonej przez Zysk i s-ka w celu przedstawienia czytelnikom 'niestandardowej fantastyki'.

Niebawem do dystrybucji ma trafić ekranizacja powieści w reżyserii Roberta Zemeckis'a - no, ciekawe co z tego wyniknie:)

Książkę, oczywiście, gorąco polecam.

Moja ocena: 8+/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka.


http://www.zysk.com.pl/pl/Aktualnosci/Chimaera_-_nowa_jakosc_wyobrazni

Gallows Hill aka The Damned (2014)

gallows hill

Akcja filmu rozgrywa się w Ameryce Południowej, w okolicach Bogoty. To właśnie w stolicy Kolumbii obecnie mieszka osiemnastoletnia Jill. Przybyła do rodzinnego kraju swojej nie żyjacej już matki, by uczestniczyć w akcji charytatywnej. Opiekę nad nią sprawuje ciotka (siostra matki), a wkrótce z wizytą wpada tatuś, David - wraz nową narzeczoną, Lauren, zwaną pazerną suką. A, jest jeszcze chłopak Jill, niejaki Ramon.

Wszyscy oni w trakcie podróży trafią do nieczynnego od lat gościńca należącego do Felipe. W piwnicy jego przybytku odkryją ogromnych rozmiarów skrzynie, gdzie samotny facet przetrzymuje małą dziewczynkę, Anę Marię. Nie trudno się domyślić, że nasz główny bohater, David, w raz z familią zapragnie pomóc więzionej istotce.

gallows hill

gallows hill

Horror nakręcony przez dwóch panów z Hiszpanii - mam tu na myśli reżysera Vicora Garcie i scenarzystę Richarda D'Ovido -  stosownie wsparty przez producentów z USA, rozbudził we mnie pewne oczekiwania.

Od filmów grozy made in Espania zwykła oczekiwać więcej, niż od produkcji chociażby, Amerykańskich. Niestety, jak już miałam okazję się wcześniej przekonać, nawet najlepszym zdarzają się potknięcia i "Gallows hill" zdaje się być tego potwierdzeniem.

Fabuła filmu skupia się na postaci Any Marii. Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że stary Felipe nie zamknął dziecka bez powodu. Jeśli wykluczymy, że jest zboczeńcem- a należy to wykluczyć, bo żaden hiszpański filmowiec, jeśli przypadkiem nie nazywa się Almodovar, nie tyka takiej tematyki, a już na pewno nie spotkamy jej w horrorach.

gallows hill

Z góry można obstawić, że z dziewczynką jest coś nie tak. Rodzina Davida nie zamierza jednak wysłuchać  tego, co może mieć na ten temat do powiedzenia Felipe, bo i po co? Facet ląduje w 'izolatce', związany i zakneblowany. Tymczasem nasza gromada wraca do swoich maluczkich poczynań. Nie dane im będzie znudzić mnie do końca bezbarwnością ich postaci, bo oto Ana Maria przystępuje do ataku. Kim jest ta dziewczyna i co zamierza? Dla tych, którzy nie zamierzają filmu oglądać zdradzę tę tajemnicę w spoilerze, zaś tym, którzy planują seans powiem, że nie wiąże się z tą postacią absolutnie żadna godna zachodu zagadka. Wszystko to już było. Setki razy, w dodatku w kinie amerykańskim.

SPOILER: Ana Maria to w rzeczywistości Elena, czarownica stracona przed wielu laty. Jak się okazuje czarownicy nie da się zabić, bo czym prędzej jej demoniczny duch włazi w tego, kto dopuścił się morderstwa. A nawet bez tego mała czarowniczka jest w stanie przejąć kontrole nad niewinnymi duszami- co z resztę uczyni. Przyczyną jej 'niewłaściwego' zachowania jest chęć zemsty, na potomkach tych, którzy próbowali ją uśmiercić. KONIEC SPOILERA.

Jak na doświadczonych filmowców, a za takowych można uznać zarówno reżysera jak i scenarzystę, film wypada blado. Może w tym wypadku nabyte doświadczenie podziałało na niekorzyść, bo twórcy zamiast szukać nowy rozwiązań wybrali ścieżkę mocno wydeptaną.

Zabrakło tu elementu który mógłby chwycić za gardło. Bo ani antagonistka nie jest przerażająca, ani protagoniści godni współczucia, czy w jakikolwiek sposób interesujący. W ogóle rzekłabym, że to stado jest za duże. Dobry układ do slashera, gdzie trzeba sporo mięsa armatniego, żeby spełnić wymogi podgatunku, ale słaby do horroru nastrojowego, gdzie najlepiej spisuje się minimalizm.

gallows hill

Aktorstwo jest słabe, bardzo słabe. W rolę głównego bohatera, Davida, wciela się ojciec rodziny ze "Zmierzchu". Chyba maniera dostojnego wampira bez jaj została mu po pięciu częściach super produkcji bo jest po prosu... drewno. Reszta obsady też nie wydaje się pochodzić z ulicznej łapanki, bo jakaś tam filmografie mają, a zupełnie po nich tego nie widać. Myślę, że ta produkcja od początku nie miała potencjału, dlatego efekt jest taki - nijaki.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:4

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:5

49/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 10 sierpnia 2014

Reazione a catena/ Krwawy obóz (1971)

krwawy obóz

W domu nad zatoką, gdzie niedawno rozkwitła nowa gałąź turystyki zostaje popełnione podwójne morderstwo. Hrabina Federica, inwalidka, zostaje powieszona przez swojego męża. Nim tajemniczy mężczyzna załatwi oprawcę Federicy i wrzuci jego zwłoki do wód zatoki, chciwy małżonek zdoła upozorować samobójstwo żony.

krwawy obóz

Sprawa wydaje się tajemnicza, lecz przez długi czas nikt nie poddaje w wątpliwość faktu, że kaleka kobieta sama targnęła się na swoje życie, a Paolo uciekł w siną dal.

U schyłku lata, gdy dom i przyległe do niego budynki- między innymi nocny klub Paola - wieją pustką,  nad zatokę przybywa czwórka młodych ludzi. Podział ról w tym stadzie jest zapowiedzią schematu protagonistów jaki przetrwał po dziś dzień: Frajer, macho, dziwka i niewiniątko w zwiewnej haleczce i kokardą na kaskadzie blond włosów. Szybko padają oni ofiarami mordercy, być może tego samego osobnika, który załatwił Państwo Fosatti.

krwawy obóz

krwawy obóz

"Krwawy obóz", włoskiego reżysera filmów giallo, doczekał się tytułu pierwszego slashera, a nawet pierwszego camp slashera, czyli prekursora dla takich obrazów jak "Piątek trzynastego", "Uśpiony obóz" i wielu wielu innych filmów, których fabuła ogranicza się do rzezi dokonanej na uczestnikach letnich obozów.

W swoim 65 letnim życiu Mario Bava nakręcił ogromną ilość filmowego materiału. Obok Dario Argento jest jednym z najznamienitszych twórców nurtu giallo, czyli mówiąc skrótowo, wyjątkowo krwawego kryminału. Zmarł w roku osiemdziesiątym, toteż nie doczekał się slasherowego bumu nadciągającego zza oceanu w ślad za jego filmem.

Bardzo długo polowałam na ten film, bo choć w roku 2005 został wciągnięty na listę najlepszych horrorów wszechczasów, nie jest tak znany, jak jego amerykańscy naśladowcy -zazwyczaj, z resztą, dużo gorsi.

ŻADEN z amerykańskich slasherów nie posiada tak pięknie, wręcz epicko przedstawionych scen morderstw. Już sam początek, czyli śmierć hrabiny, robi duże wrażenie, ale kiedy nasz antybohater zabierze się za młode, ponętne ciałka obozowiczów jest jeszcze lepiej. Trzeba to po prostu zobaczyć!

krwawy obóz

Filmy takie jak "Piątek 13ego", "Upiorne urodziny", czy "Uśpiony obóz" wyróżniają się na tle innych slasherów, jak chociażby "Madman'a" bardziej przemyślaną fabułą, elementem zaskoczenia w finale, intrygą towarzyszącą odkrywaniu tożsamości mordercy. To ewidentna i bardzo widoczna spuścizna filmów giallo, gdzie wcale nie było tak łatwo dowiedzieć się kto tu grasuje i morduje - w końcu to istota kryminału.

Nie inaczej jest w pierwszym slasherze dziejów, czyli "Krwawym obozie". Pierwsza połowa filmu to dość gęste nagromadzenie krwawych scen, ale też zaczątki intrygi, która odsłania się w drugiej połowie filmu, nadal nie wkładając kawy na ławę jeśli chodzi o tożsamość mordercy. Antybohaterów okazuje się być więcej niż jeden, każdy coś knuje.

krwawy obóz

Nie zabraknie nam podejrzanych, bohaterów, których spokojnie można by posądzić o szaleństwo i tym samym wypatrzeć nóż w ich kieszeniach.

Spokojnie mogę powiedzieć, że ten obraz nie ma w sobie nic z głupoty, czy naiwności średniej jakości slasherów. Dialogi są inteligentne, pojawia się odrobina wisielczego humoru, a mimo to dominującym elementem jest widmo czyhającej śmierci.

krwawy obóz

Naprawdę kawał dobrej roboty. Wszyscy rozmiłowani w slasherach, miłośnicy pojebów z piłami, siekierami i nożami, zdeformowanych, poparzonych, mściwych i chorych psychicznie powinni zapoznać się z "Krwawym obozem", chociażby po to, by zobaczyć od czego to wszytko się zaczęło.

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

76/100

W skali brutalności:4/10

sobota, 09 sierpnia 2014

The Fly/ Mucha (1958) vs The Fly/ Mucha (1986)

fly

fly

Premiery dwóch horrorów sci-fi, o których dziś będzie mowa dzieli blisko trzydzieści lat. Blisko trzydzieści lat dzieli młodszy z nich od czasów obecnych. A mimo wszystko tematyka jaką poruszają jest nadal aktualna, a same obrazy w opinii wielu widzów wcale się nie zestarzały.

Zacznę od starszej "Muchy":

Nakręcona została w latach '50 więc domyślacie się zapewne, że spektakularne efekty współczesnego kina sc-fi tam nie istnieją. Jeśli widzieliście inne stare produkcje z tego gatunku, jak "Wioska przeklętych", "Inwazja porywaczy ciał", czy "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia" i przypadły Wam one do gustu, to podobnie powinno być w przypadku "Muchy" Kurta Neumanna.

Akcja rozpoczyna się od... morderstwa. Małżonka bogatego naukowca, Hellen telefonuje do swojego szwagra by oświadczyć mu, że właśnie uśmierciła jego brata, a swojego męża, Andre. Wkrótce w domu wdowy pojawia się detektyw i wraz z Francois'em (szwagrem) próbują dowiedzieć się dlaczego kochająca i oddana Pani Delambre wsadziła głowę i ramię swojego męża pod prasę hydrauliczną i dwukrotnie ją zmiażdżyła.

fly

Szacowna dama odmawia wyjaśnień i błędnym wzrokiem krąży po pokoju w poszukiwaniu... muchy. Kaftan dla Helen jest już w przygotowaniu, gdy ta decyduje się w końcu wyjawić swoją niecodzienną historię. Przechodzimy do retrospekcji, w której widzimy jak zapalony naukowiec oddaje się pracy nad maszyną nazywaną przez niego "Dezintegratorem-integratorem". Andere dzięki swojej niebagatelnej fantazji zdołał stworzyć dwie komory, miedzy którymi jest w stanie przesyłać różne przedmioty. Maszyna rozkłada cząsteczki, z których zbudowany jest obiekt a następnie składa je w innym miejscu. Andre jak najszybciej chce poszerzyć działanie maszyny, tak aby była ona zdolna przenosić bardziej złożone obiekty, jak żywe organizmy.

Pierwsza próba kończy się fiaskiem, kot jego synka zostaje zdezintegrowany, ale nie powróci do swojej pierwotnej formy. Zawieszony gdzieś w nicości będzie przeraźliwie miauczał. - Jest to pierwsza traumatyzująca (mnie) scena.

Gdy naukowiec udoskonali swoją machinę postanowi sam się w niej zainstalować, niestety wraz z nim zabierze się pasażer na gapę. Maszyna zgłupieje i w czasie ponownej integracji i pomiesza ze sobą części dwóch obiektów. Tak powstanie Andre z głową i górną kończyną muchy i mucha z głową i ręką Andre.


fly

Widz nie jest świadkiem samej zamiany. Akcje śledzimy z punktu widzenia Helen toteż dopiero, gdy Andre zdecyduje się ukazać jej swoje oblicze i prosić o pomoc w odnalezieniu muchy, która zawłaszczyła sobie części jego ciała, widz ujrzy przeraźliwego stwora.

Kiedyś ten widok musiał robić wrażenie, bo i teraz po tylu latach, gdy ponownie zobaczyłam człowieka muchę -film oglądałam już w dzieciństwie- efekt był całkiem groźny:)

Ta scena nie jest jednak moim faworytem, dla mnie najlepszy w tej starej produkcji jest finał:

Francois siedzący na ławce w ogrodzie, nagle słyszy błagalne wołanie o pomoc, cichutkie "Help me", dobiegające z pajęczyny, gdzie do muchy z głową i dłonią człowieka zbliża się pająk. Boże jaka mi to zrobiło kiedyś rychę na bani...

fly

Uwielbiam starą muchę, głównie dzięki tym dwóm niewątpliwie dobrym scenom, o których wspomniałam, ale także za sam klimat tej historii.

Retrospekcyjna narracja potęguje napięcie, tak jak zawsze nauczał Hitchcock Najpierw trzęsienie ziemi, a później zagrożenie ma jeszcze stopniowo wzrastać.

Oczywiście można by przyczepić się do pewnej naiwności w scenariuszu, bo czy Andre nie mógł poczekać jeszcze trochę? Dłużej poszukać tej nieszczęsnej muchy?

Drugą sprawą jest aktorstwo. Bardzo manieryczne, momentami irytujące. Cała reszta, od zdjęć po muzykę, jest absolutnie super.

W roku 1986 Kanadyjski reżyser David Cronenberg, słynący z obrazów mocno metaforycznych i silnie potraktowanych efektem gore nakręcił remake "Muchy". Wcześniej obraz doczekał się dwóch kalecznych seqeli, ale nie warto o nich wspominać.

Cronenberg znacznie zmienił fabułę scenariusza dostosowując ją do wymogów współczesnego widza:

Główny bohater, Seth Brundle, nie jest mężem słodkiej niewiasty w kremowych sukienuniach. Miszka samotnie w swojej pracowni, gdzie od sześciu lat tworzy projekt maszyny do teleportacji. Podobnie, jak to było w oryginalnym scenariuszu machina działa na zasadzie dezintegracji i ponownej integracji w osobnej kapsule.

Jako, że małżeństwo jest passe, Cronnenberg organizuje swojemu bohaterowi kochankę, młodą, ambitną dziennikarkę, Ronnie. Kobieta pragnie zrelacjonować w swojej publikacji pracę Setha krok po kroku, toteż towarzyszy mu w czasie eksperymentów, a później umila czas w łóżku.

fly

Praca Brundle'a idzie całkiem dobrze, choć pierwszy eksperyment z żywym stworzeniem - małpą- koczy się tragicznie. Tu reżyser miał szansę po raz pierwszy obrzucić widza krwawym flakiem.

fly

Kiedy kolejna małpa biorąca udział w eksperymencie wyskakuje z kapsuły cała i zdrowa Seth dodawszy sobie animuszy procentami pakuje dupsko do machiny i teleportuje się.

Z kapsuły wychodzi cały i zdrowy, a nawet lepiej. Ma niespożytą energię i ogromną siłę. Sądzi, biedaczysko, że to zasługa oczyszczenia jakie dokonało się w jego cząsteczkach pod wpływem ponownej integracji.

fly

Prawda okazuje się inna. Do jego kapsuły przypadkowo trafiła mucha. Machina zgłupiała i połączyła dwa organizmy w jeden, na poziomie molekularnym. Gdzieś w Brundle'u kryje się pierwiastek muchy i z czasem ta druga natura bierze górę nad człowieczym genomem. Nie inaczej, jak nasz nieszczęśnik przekształca się w ogromną muchę.

fly

Jak widzicie, Cronenberg ukazał historie inaczej. Oglądając ten film zastanawiałam się czemu bohater ewoluuje w muchę stopniowo, czemu wynik 'wchłonięcia' drugiego organizmu nie był widoczny od razu. Tak by było chyba logiczniej, choć genetykiem nie jestem, więc odpuszczam.

Nie wiem, czy różnice w fabule można uznać za plus, czy za minus. Obydwie wersje przypadły mi do gustu. Scenariusz Cronenberga jest z pewnością barwniejszy, obfituje w humorystyczne wstawki i zawiera dużo refleksji na temat postrzegania człowieczego ciała.

W końcu nasz bohater myśli, że będzie nad człowiekiem, a okazuje się, że raczej 'brundle-muchą'. Z jego ust padają słowa: śniłem, że byłem człowiekiem, a jestem owadem - czy jakoś tak. Od razu skojarzyło mi się to z cytatem chińskieog filozofa, który również rozważał istotę człowieczeństwa , ducha, materii, oniryzmu.
"Śniło mi się, że byłem motylem, i nie wiem, czy jestem człowiekiem, któremu śniło się, że jest motylem, czy też jestem motylem, któremu się śni, że jest człowiekiem".

W starszej wersji filmu aktorstwo było, no, powiedzmy słabe, za wyjątkiem Vincenta Price'a, który jednak wcielał się w rolę trzecio planową - swoją drogą,szok.

U Cronenberga jest znacznie lepiej. Jeff Goldblum ze swoimi wyłupiastymi oczami, jeszcze przed przemianą kojarzy się jakoś tak... owadzio:) A jego warsztat, niewątpliwie dobry, doskonale oddaje obsesje szalonego naukowca.

Od strony wizualnej "Mucha" '86 to popis gore. Nasz bohater stopniowo przeobraża się w potwora, gnije mu ciało, odpadają uszy, wylatują zęby, włosy. Brundle - mucha' wymiotuje białym kwasem trawiennym, bo nie może wepchnąć sobie tradycyjnie do paszczy normalnego pokarmu.

fly

Nie dziwne, że w latach osiemdziesiątych, kiedy Aids wpierdzieliło się pod strzechy wielu, także znanym ludziom, publika odebrała wizję Cronenberga, jako aluzję do śmiercionośnego wirusa.

Nie sądzę, żeby reżyserowi faktycznie chodziło właśnie o to. Celowałabym raczej w przesłanie w stylu, człowieku nie przeginaj. Jesteś człowiekiem i człowiekiem pozostań, a granice nie przekraczalne zostaw tam gdzie są.

Ten sam wniosek nasuwa się także w związku ze starszym filmem, więc tu, powiedzmy, panuje zgoda, mimo iż środki przekazu, estetyka obydwu filmów jest skrajnie różna. I dobrze, że jest. Remake, które są kalką to nader często spotykany towar, dobrze, że ktoś tu czasem ma własną wizję.

Moja ocena:

Mucha 1958:8/10

Mucha 1986:8/10

piątek, 08 sierpnia 2014

Haunted house 2/ Dom bardzo nawiedzony 2 (2014)

hounted house

Kolejna parodia filmów grozy w wykonaniu twórców pierwszych "Strasznych filmów". Podobnie jak w przypadku części pierwszej "Domu bardzo nawiedzonego" akcja ogniskuje się w okół zjawisk nadprzyrodzonych i opętań mających miejsce w domu głównego bohatera.

hounted house

Malcolm (Malcolm Wayans, zapamiętany też jako Shorty w "Strasznym filmie") pozbył się swojej opętanej dziewczyny, Kishy i związał się z blondwłosą Megan, matką dwójki dzieci, nastoletniej Becky i małego Wyatt'a.

Wprowadzają się do nowego domu. Megan, po za dziećmi, wprowadza do rodziny swoją lalkę, Abigail, która rzecz jasna jest opętana i podobnie jak maskotki w pierwszym domu Malcolma szybko zostanie obiektem jego chuci. Romans kończy się źle, bo nawiedzona lalka jest bardzo zaborcza.

hounted house

Kłopotów przysparza również Becky, która umiłowała sobie starą skrzynkę z piwnicy, która, oczywiście również jest opętana. Na dokładkę mamy jeszcze trzeciego ducha, która objawia się jako wymyślony przyjaciel Wyatta, Tony.

hounted house

Uśmiałam się.

Parodia horrorów w wykonaniu Malcolma Wayans'a jest jak zawsze solidna. Solidnie pieprzenięta.

Tym razem zobaczymy jak twórcy wyśmiewają "Obecność",  "Sinister", "Ostatni egzorcyzm", "Kronikę opętania", "Paranormal activity", czy "Naznaczony".

Te filmy stanowią podstawę prześmiewczego scenariusza.

hounted house

Jak zwykle znajdzie się miejsc żeby sparodiować amerykańską obyczajowość i stereotypy.

Humor, jak poprzednio, absurdalny, obleśny... debilny (?) Najważniejsze, że bawi. Mnie przynajmniej;)

W przeciwieństwie do chociażby "Strasznego filmu 5" wszytko wypada tu bardzo naturalnie, jakby faktycznie wszyscy biorący udział w produkcji mieli kretynizm we krwi. Malcolm nie omieszka dać kuksańca producentom nowych "Strasznych filmów" - za ten ostatni jak najbardziej  zasłużyli.

Cóż mogę powiedzieć...  w moim odczuciu to bardzo udana parodia, może nawet bardziej niż jej pierwsza odsłona. Spodoba się tym, których nie razi taki sposób prezentowania humoru.

Moja ocena: 8/10

czwartek, 07 sierpnia 2014

Torment (2013)

torment

Sara i Cory pobrali się kilka miesięcy temu. Teraz wraz z synkiem Cory'ego z pierwszego małżeństwa udają się na krótki wypoczynek do domu za miastem. Dochodzi do kilku spięć pomiędzy macochą, a przybranym synkiem. Drugiej nocy pobytu w domu, syn Cory'ego, Liam, znika, a do ich domu włamuje się grupa zamaskowanych ludzi.

Debiutancki horror kanadyjskiego aktora, Jordana Barkera, wykorzystuje formułę home invasion.

Wszystko zaczyna się od wydarzeń w sąsiednim domu, gdzie rodzice wraz z nastoletnią córką padają ofiarami zamaskowanych morderców. Ta sama ekipa zaatakuje także rodzinę Morganów.

torment

W tego rodzaju filmach nadrzędnym celem twórców powinno być oddanie klimatu zagrożenia, uczucia, gdy nawet we własnych czterech ścianach nie możesz czuć się bezpieczny.

Antybohaterzy tego rodzaju filmów często okrążają ofiary, przemykają pod oknami, czają się w piwnicach, lub garażach. Oprawcy z "Torment" wpadają do domu Morganów na 'hura'. Co prawda wcześniej dyskretnie podprowadzają Liam'a, przecinają kable telekomunikacyjne i kradną komórki, ale to dzieje się całkowicie po za świadomością naszych biednych ofiar i widza.

Właściwa akcja to próby odzyskania chłopca, pojedynek z intruzami. Tu warto przedstawić sylwetki antybohaterów. Na początku ciężko zorientować się ilu ich właściwie jest. Jeden? Dwóch? Trzech? Chyba trzech, a raczej troje. A może czworo? Wszyscy oni przywdziewają maski zrobione z głów pluszaków. Tak więc mamy małpę, świnkę, mysz i królika. Prezencje mają więc całkiem niezłą, zwłaszcza najmniejszy z nich, króliczek, na oko jest to chłopczyk około dziesięcioletni, ale wali z karabinu z wprawą weterana.

torment

O co im chodzi? Nie zabijają dla zabawy, mają swój cel, który w zasadzie w pełni zdradza cytat umieszczony zaraz po napisach początkowych:

"When one has not had a good father, one must create one".

W związku z tym łatwo domyślić się też tożsamości jednego z włamywaczy, co miało być  wielką niespodzianką. Efekt ten lepiej udał się w przypadku małego chłopca-króliczka.

W zasadzie nie można o tym filmie powiedzieć ani, że jest dobry ani, że jest słaby. Obsada jest dość do rzeczy, pomijając pana domu, który mimo swojego wieku nadal wygląda jak licealista- w większości filmów z resztą takowego grywa i nie bardzo daje rade wykreować postać strapionego ojca.

torment

torment

torment

Catherine Isabell jest jak zawsze ładna, choć wolę ją w bardziej charakterystycznych rolach, jak chociażby ta w "American Mary". Jeśli chodzi o Liama, to wciela się w niego dziecięcy aktor z niezłym już, na tę chwilę, filmowym dorobkiem. Oprawa filmu niczym się nie wyróżnia, zdjęcia czy muzyka po prostu są i nie zwracają na siebie uwagi.

Film został określony horrorem, choć moim zdaniem spokojnie mógłby poprzestać na thrillerze. Nie ma tu ani klimatu grozy, przerażających, czy brutalnych scen. Całość, znowu, niestety średnia.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

10:42, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Rogue River/ Plugawa rzeka (2012)

plugawa rzeka

Mara żegna się z bratem i wyrusza w podróż nad tytułową Rogue River, by rozsypać tam prochy swojego ojca. Tak się feralnie składa, że miejscowy, nadgorliwy szeryf postanawia odholować jej auto. Dziewczynie z pomocą przychodzi sympatyczny John, rybak mieszkający w chacie nieopodal. To on oferuje Marze nocleg do czasu aż machina biurokracyjna miejscowego posterunku zechce zwrócić jej auto. John nie mieszka sam, towarzyszką jego życia jest Lea, która ogromnie cieszy się z wizyty gościa.

plugawa rzeka

Z początku wszytko przebiega normalnie. Załamanie sielanki przychodzi z chwilą, gdy Mara po skonsumowaniu posiłku tłucze talerz raniąc sobie rękę. Widzimy wtedy nadmiernie emocjonalną reakcję Lea'y, która wbrew oporom Mary koniecznie chce jej pomóc. Tu widzowi zapala się czerwona lampka- już wiemy, że Mara jest kolejną nieszczęśniczką, która trafiła na rodzinę sodomitów.

Thriller debiutującego Jourdana McClure jak już wiecie opiera się na dość często spotykanym, szczególnie w podgatunku torture porn, schemacie. Pierwsza połowa filmu to stopniowe zapoznanie z bohaterami. Mara to zupełnie nie wyróżniająca się dziewczyna. Ot, znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Spędzając czas w towarzystwie początkowo, pokojowo nastawionych sodomitów, powoli odkrywa ich zamiary. Nie będą one zbyt dużym zaskoczeniem dla widzów, podobny zwichrowany plan wcielało w życie już wielu filmowych antybohaterów.

O ile Mara jest dość nie wyraźną postacią to jej przeciwnicy wyglądają już dużo ciekawiej. Ucieszył mnie widok Billa Moseley'a wcielającego się w postać Johna, choć to raczej partnerująca mu Lucinda Jenney gra tu pierwsze skrzypce w popisie szaleństwa. Jej plugawa osoba jest główną podporą tego filmu.

plugawa rzeka

plugawa rzeka

Określanie tego obrazu filmem torture porn będzie nadużyciem, chociażby z tego względu, że w ogóle nie jest to horror, lecz thriller. Sceny tortur praktycznie nie istnieją, jeśli przymkniemy oko na jednorazową akcję ze wrzątkiem, bardziej chodzi tu o znęcanie psychiczne i wpędzanie naszej ofiary w permanentne poczucie zagrożenia. Jeśli chodzi sceny o charakterze dewiacyjno - seksualnym, cóż, nikt tu nikogo nie gwałci, przynajmniej nie w taki sposób jak zazwyczaj się to 'odbywa'.

plugawa rzeka

Pojawia się wątek wymuszonej kopulacji, czy dość niesmaczna scena, w której Lea próbuje karmić piersią Mare (!), ale tak naprawdę nie widać tu nic szczególnie makabrycznego- przynajmniej jeśli nadal macie w pamięci akcje rodem z "Frontieres".

plugawa rzeka

Reżyser postawił tu zdecydowanie na budzenie niesmaku - weźmy jeszcze scenę z popiołem - ale raczej stałych bywalców w świecie horroru nie przestraszy. W dodatku, jak na thriller brakuje tu porządnego efektu zaskoczenia. Aktorstwo, można powiedzieć jest nie najgorsze. Mara jest nieco sztywna, ale za to Lea rozkręca całą imprezę. Bardzo podobały mi się zdjęcia, a raczej ich tonacja, choć podejrzewam, że to w dużej mierze zasługa takiego, a nie innego wyboru plenerów i oświetlenia. 

Cóż, film taki sobie. Nie najgorszy, ale jeśli go sobie darujecie to nie stracicie nic szczególnego.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:4

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:3

To coś:5

53/100

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie


























Najstraszniejsze strony w necie

Blogi

Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidzących

Spis moli

zBLOGowani.pl