What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
poniedziałek, 18 września 2017

Annabelle: Creation/ Annabelle: Narodziny zła (2017)

annabelle 2

Ameryka, lata 50 XX wieku. Samuel Mulins, mąż Ester i ojciec małej Bee, zawodowo zajmuje się robieniem zabawek. Sielskie życie w szczęściu i dobrobycie przerywa tragedia, której ofiarą pada jedyna córka Mulinsów.

Po jej śmierci małżonkowie wycofują się z życia społecznego, lecz po dwunastu latach postanawiają wykonać gest dobrej woli i w swoim okazałym domu ugościć wychowanki sierocińca pod opieką siostry Charlotte. Warunkiem gościny jest zakaz odwiedzania dwóch pomieszczeń: sypiali Ester Mulins, gdzie przebywa schorowana kobieta i pokoiku niegdyś należącego do córki właścicieli domu.

Niestety jedna z dziewcząt łamie drugi z zakazów i z ciekawością odkrywa skarby w pokoju Bee, w tym rudowłosą, drewnianą lalkę...

Tytułowa "Annabelle" to postać znana z opowieści pary amerykańskich demonologów, małżeństwa Warrenów. W swoim horrorze pokątnie wykorzystał ją James Wan, ale nie można powiedzieć by stała się ona ważnym bohaterem serii "Obecność".

Potencjał tej postaci dostrzegł John Leonetti, który w 2014 roku nakręcił film w całości poświęcony opętanej lalce imieniem "Annabelle". Jakże ten film mi się nie podobał...

Usłyszawszy o planach powstania prequela "Annabelle" miałam dwie myśli: Albo będzie równie lichy jak poprzednik, albo wybije się i uratuję historię z potencjałem jakim bez wątpienia dysponuje przypadek opętanej lalki. Domyślam się, że większość widzów raczej nie dopuszczała drugiej z założonych przeze mnie opcji, ale ja nauczona przypadkiem serii "Ouija", w której to prequel nakręcony później okazał się o niebo lepszy od poprzednika, dopuszczałam taka możliwość. I nie pomyliłam się.

annabelle 2

Oczywiście nie oznacza to bym "Narodziny zła" uważała za horror wybitnie dobry, ale w porównaniu z mielizną na jaką wpadł scenariusz pierwszej "Annabelle" jest zdecydowanie lepiej.

Twórcy prequela, co zaskakujące, ratując sprawę nie odżegnali się całkowicie od tego co opowiadał nam pierwszy film, ale podeszli do sprawy z głową i połączyli niespójności, jednocześnie naprawiając błąd rzeczowy popełniony przez Wana i Leonettiego - wygląd lalki.

Osoby, które udało mi się zachęcić do lektury "Demonologów" wiedzą, że prawdziwa Annabelle, ta którą w swoich demonicznych zbiorach urywają Warrenowie, była lalką szmacianą i do takiej też postaci wraca demon w epilogu "Narodzin zła". Co prawda godzi to w wizję pierwszej "Annabelle", ale sadzę, że ekipa Leonettiego powinna się cieszyć, że ktokolwiek uznał wypierdziane przez nich wątki za godne choćby zahaczenia.

annabelle 2

O ile pierwsza "Annabelle" rozgrywała się wczasach bliskim obecnym o tyle "Narodziny zła" cofają się do lat 50 czy 60 XX wieku. Tu poznajemy nieszczęsnego lalkarza, który zmajstrował Annabelle tuż przed śmiercią swojej córki. Sam proces opętania lalki bliższy jest temu co opisali Warrenowie, choć zdecydowanie nie jest to, ta właśnie historia. Nie mniej jednak uważam, że ma ręce i nogi, kupy się trzyma i nie śmiem narzekać.

Historię zła, które wstąpiło w lalkę poznajemy dzięki wydarzeniom związanym z jedną z sierotek, które Mulins sprowadza do domu.

annabelle 2

Śliczna Janice chorująca na polio ma pecha znaleźć się w złym miejscu o złym czasie przez co demoniczna siła zaczyna się nią żywo interesować. W tym miejscu mamy okazję obserwować sporo typowo horrorowych zagrywek wizualnych, z czego niektóre są całkiem dobre - scena z narzutą - inne zupełnie słabe - scena w szopie.

Efekt jest ogólnie średni, zwłaszcza biorąc pod uwagę miliony, które wpompowano w ten obraz. Mimo, że film nie przynosi jakiś większych uciech dla fana grozy, to i tak uważam, że twórcy zrobili dobrą robotę- zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak poprzednicy ją dokumentnie skopali.

Rezultatem jest produkcja dość przyjemna, nie godząca w inteligencje widza i stanowiąca nie najgorszą rozrywkę. I tyle musi Wam wystarczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 17 września 2017

Ghost house/ Dom duchów (2016)

ghost house

Para zakochanych z Los Angeles, Julie i Jim, wybierają się na urlop do Tajlandii. W trakcie wycieczki poznają dwóch Brytyjczyków, którzy kuszą ich perspektywą odwiedzenia cmentarzyska porzuconych 'domów duchów', czyli czegoś na kształt przydomowych kapliczek, które wedle wierzeń miejscowych zatrzymują w swoich wnętrzach duchy by te nie wkradały się do ludzkich siedzib.

Na miejscu Julie niefortunnie dotyka jednego z domów duchów, zabiera z niego fragment materiału, namówiona przez jednego z Brytoli. W tym samym momencie rozpętuje się piekło. Przede wszystkim rozgrywa się ono w głowie głównej bohaterki nie mniej jedna wszytko jet dziełem rozwścieczonego ducha.

"Ghost house" jest amerykańskim ukłonem w stronę kultury i wierzeń Tajlandczyków. Film kręcono w tym pięknym, barbarzyńskim kraju dosyć ciekawie wykorzystując jego ciemną stronę. Widzimy tu żebraków na ulicach, nieletnie prostytutki w knajpach i to na czym najbardziej się tu skupiamy, czyli obcujemy z religijnymi tradycjami w najmroczniejszej możliwie formie.

ghost house

Pomysł wyjściowy niezbyt oryginalny, ale wypróbowany, bo podobne zderzeni kulturowe mieliśmy w "Krwawych wizjach"- Chiny i USA, czy w "Klątwie" - Japonia i USA. Fabularnie film może przypominać też "Drag me to hell", ale niestety jeśli chodzi o wykonanie to wśród wymienionych tytułów wypada najsłabiej. Zdecydowanie nie jet to produkcja profesjonalistów, co wyraźnie da się odczuć. Zebrana tu ekipa potyka się wielokrotnie i na kilku obszarach.

W Tajlandii mamy wspaniałe plenery, bujną kolorystykę, niestety zdjęcia wypadają nijako a kolorystyka zdjęć jest po prostu mdła, jakby zabrakło tu profesjonalnego sprzętu albo solidnej obróbki.

ghost house

To jednak nie razi tak bardzo jak aktorstwo. Tu jest naprawdę źle i gdyby nie solenna obietnica złożona przed seansem, że obejrzę i napiszę o tym filmie, wyłączyłabym go chyba. Zarówno odtwórcy ról pierwszoplanowych, czyli Julie i Jima jak i aktorzy wcielający się w postaci w dalszym planie rażą słabością warsztatu. Są mega sztuczni jakby pierwszy raz występowali przed kamerą a przecież nie mamy tu do czynienia z obsadą bez doświadczenia. Najbardziej urągałam na Scout Taylor- Compton w roli Julie. Widziałam ją już w remake "Halloween 2" i więcej oglądać nie chcę - widok jej twarzy mnie nie ucieszył, ani urody ani talentu.

Z powodu powyższych uchybień i z powodu kilku innych, które pewnie pominęłam, albo nazwać nie potrafię, film plasuje się poniżej średniej, a mógłby być dużo wyżej.

ghost house

Scenariusz nie jest zły, choć w dialogi można by tchnąć więcej życia, ale z tą ekipą chyba nie dałoby rady więcej z tego wyciągnąć.

Pomysł jak wspomniałam mało odkrywczy mógłby się lepiej sprzedać w lepszym wykonaniu. Produkcja miała lepsze momenty, choć policzyć je mogę na palcach jednej ręki, to jeden z nich zasłużył w moich oczach na specjalne wyróżnienie: Scena w pokoju hotelowym, gdy Julie ogląda zdjęcia na aparacie - You know what I meen ;) Bardzo udany chwyt.

Do seansu nie zachęcam, ale myślę, że stosownie ostrzeżeni możecie przejść prze niego bez bólu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 15 września 2017

True Story (2015)

true story

Wzięty, jak dotąd, reporter z New York Times zostaje zwolniony z pracy po tym jak odkryto, że w jednym ze swoich artykułów śledczych nagiął prawdę dla wzmocnienia przekazu.

Gdy Michael bezskutecznie poszukuje zatrudnienia otrzymuje telefon informujący go o sprawie pewnego mordercy, który zamordował swoją żonę i dzieci, a po popełnieniu zbrodni w Stanach ukrywał się w Meksyku posługując fałszywym nazwiskiem. Ni mniej ni więcej podawał się za Michaela Finkela, dziennikarza New York Times.

Prawdziwy Michael postanawia spotkać się z tym człowiekiem i dowiedzieć się dlaczego ten podszył się akurat pod niego.

Thriller "True Story" powstał w oparciu o relację amerykańskiego dziennikarza spisaną pod tytułem "Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa". Książki nie miałam okazji przeczytać, nawet o niej nie słyszałam choć ukazała się na polskim rynku. Film jest dziełem nie szczególnie doświadczonych twórców, choć nie odnotowałam w nim rażących uchybień na poziomie wykonawczym. Sama historia, cóż, dość ciekawa. Jej głównym tematem jest spotkanie między doświadczonym i bystrym dziennikarzem a gościem, który zamordował własną rodzinę. Chyba domyślacie się, że ciekawość Michaela nie ograniczyła się do zbadania dlaczego niejaki Christian Lango postanowił się pod niego podszyć. Jego dziennikarski apetyt jest znacznie większy. Mężczyzna postanawia dociec prawdy na temat popełnionej zbrodni, dowiedzieć się, czy Lango zabił, a jeśli tak to dlaczego to zrobił. Aresztowany mężczyzna zgadza się na wywiad na wyłączność, z którego ma powstać książka autorstwa Finkela, ma jednak swoje warunki.

true story

Ta historia w jakiś sposób kojarzy się relacją zawartą w "Szanowny Panie Gacy", bo opowiada o psychologicznej grze między mordercą za zainteresowanym jego historią 'prawym obywatelem'. Tak jak intencje nastolatka korespondującego z Gacy'm nie były zbyt czyste, bo chciał wykorzystać znajomość do własnych celów, tak samo dzieje się w przypadku Michaela. Jakie intencje może mieć dziennikarz pogrążony w niesławie łatwo można się domyślić, ale o co chodzi mordercy? Tu sprawa jest nieco bardziej złożona. W wielkim uproszczeniu myślę, że facet chciał po prostu być kimś innym, ale to nowe oblicze chyba też ostatecznie go rozczarowało.

Produkcja jest silna w dobra obsadę. Elegancko odchudzony Jonah Hill, którego po raz pierwszy widziałam w niekomediowej roli, śliczna jak zawsze i emanująca kobiecą stanowczością Felicity Jones i wisienka na torcie, czyli James Franco, jak zwykle pyszałkowaty i nie budzący sympatii.

Seans uważam za zadowalający, ale rewelacji nie ma.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 12 września 2017

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins

zapisane w wodzie

Jules obiecała sobie, że nigdy nie wróci do Beckford. Ale jej siostra Nel zmusiła ją do tego, gdy zakończyła swoje życie w topielisku. Teraz Jules nie tylko musi zająć się nastoletnią siostrzenicą, pyskatą Leną, ale jak się wkrótce okaże  musi zmierzyć się z mieszkańcami miasteczka, którym jej siostra szczególnie naraziła się przed śmiercią.

Jak stwierdza policjantka badająca sprawę śmierci Nel Abbot, Beckford to popieprzone miejsce. Od lat płynąca przez nie rzeka przyjmuje kolejne martwe ciała samobójczyń. Legenda głosi, że wszytko zaczęło się od młodziutkiej Libby, którą niegdyś oskarżono o czary i zabito poprzez utopienie. Teraz miejsce to nosi niewdzięczną nazwę topieliska, słynąc ze zwodniczej mocy, która każe kolejnym kobietą skakać w toń rzeki.

"Zapisane w wodzie" to kolejna książka autorki "Dziewczyny z pociągu". Niezwykle udany debiut pisarki, kasowy sukces i szybko zrealizowana ekranizacja pierwszej powieści nie pozostawiały złudzeń, że Paula Hawkins pójdzie za ciosem.

Chętnie zasiadłam do lektury jej kolejnej książki, bo "Dziewczyna z pociągu" bardzo przypadła mi do gustu. Niestety nowa powieść nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu. Najprościej rzecz ujmując, przyczyna mojego niezadowolenia wynika z faktu, że w "Zapisane w wodzie" nie uświadczymy niczego szczególnie oryginalnego. Sam pomysł wyjściowy jest wtóry i nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, szczególnie skandynawskich powieści kryminalnych. Mamy małe nudne miasteczko, dwie skłócone siostry z czego jedna jest martwa i tajemnice lokalnej społeczności, które musi rozwiązać żyjąca z sióstr by poznać prawdę o śmierci tej drugiej. Jedynym ciekawym elementem jest postać starej Niki medium rozmawiającej ze zmarłymi. Jest to chyba jedyna interesująca postać w tym niepewnym stadzie z Beckford, choć jej charakterystyka również oryginalnością nie grzeszy.

W gruncie rzeczy mam tu wysyp bohaterów, coby można rozszerzyć zasięg podejrzeń, ale odniosłam wrażenie, że autorka nie wysiliła się szczególnie portretując kolejne postaci. Nikt nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.. Reasumując jest to przeciętna książka którą jednak czyta się nieźle. Mimo wszytko w porównaniu z "Dziewczyną z pociągu" wypada mega blado. Myślę, że presja sukcesu debiutu sprawiła, że autorka musiała pracować w zbytnim pośpiechu i nie dopracowała pomysłu.

Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 11 września 2017

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku "House of disappeard" mamy do czynienia z tą samą historię co w "La Casa del fin de los tiempos".

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake'ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza - w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej - na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 10 września 2017

Mausoleum/ Mauzoleum (1983)

mausoleum

Susan Walker jako dziewczynka traci w tragicznych okolicznościach rodziców. W dniu pogrzebu zrozpaczona wbiega od budynku mauzoleum, gdzie wedle rodowej legendy mieszka demon.

Susan dorasta pod okiem ciotki bez żadnych objawów mogących potwierdzić prawdziwość rodzinnych podań jakoby po wejściu do mauzoleum miał nią zawładnąć zły duch. Gdy jest już dorosłą kobietą, panią Farrell, demoniczna legenda każe o sobie przypomnieć.

"Mauzoleum" to godny reprezentant kina klasy B. Zrodził się w umyśle twórcy, który zadbał by wszystkie elementy kiczu i groteski znalazły ucieleśnienie w jego tworze. Jest to więc nic więcej jak kolejny hicior ery VHS, który rozbawi do rozpuku współczesnego, młodego widza. Co się tyczy sentymentalistów lubujących się w estetyce tego rodzaju kina to seans z "Mausoleum" będzie świetną pożywką dla wspomnień.

Jak na kino tej klasy przystało fabuła nie jest szczególnie wymyślna. Oscyluje wokół gatunku ghost story i ogólnie horroru paranormalnego, gdzie jasnowłosa niewiasta staje się ofiarą demona.

Niskich lotów aktorstwo, szczególnie odtwórczyni głównej roli zostało zrekompensowane solidną porcją erotyzmu. Nasza dama często biega półnaga, przeżywa seksualne wyzwolenie pod orędziem demona, kusząco roznamiętniona i mordercza jak na femme fatale przystało. Jej opętanie staje się obiektem obserwacji psychiatry, który poddaje ją hipnozie jak to zwykł robić każdy psychiatra na pierwszej wizycie pacjenta;) Ciotka Susan bezwzględnie daje wiarę rodzinnej legendzie, która ciąży na damskich przedstawicielkach rodu i odżywa po odwiedzinach w mauzoleum.

mausoleum

Wkrótce znajduje dla tej teorii potwierdzenie. Ludzie z otoczenia Susan albo giną albo są świadkami jej dziwnego zachowania. Im bardziej rozkręca się akcja tym więcej mamy scen z użyciem efektów specjalnych - jakościowo przystających do klasy filmu. Na finiszu jest już jazda bez trzymanki. Oczy naszej demonicy jarzą się na zielono aż w końcu ujrzymy demona w pełni demonicznym obliczu. Będzie ubaw.

Analizując ten film, choć ktoś powie, że nie ma tu co analizować, przyszło mi do głowy, że w łatwy sposób można by uczynić go prawie inteligentnym. Gdyby tylko nie szarżować tak z efektami czyniąc opętanie Susan rzeczą oczywistą. Można by pograć w domniemania, zrobić z Susan wariatkę, która w dzieciństwie straciła rodziców co było dla niej wielkim szokiem i na domiar złego trafiła pod opiekę nawiedzonej ciotki. Ta chcąc chronić Susan wpaja jej etos życia jak najdalszy od grzechu - coby demona trzymać  na smyczy - aż Susan staje się kobietą i przeżywa kryzys tożsamości. Seksualność się rozbudza i kobieta zaczyna warować. Wierzy, że demon steruje jej złym zachowaniem etc. Byłoby znacznie ciekawiej, ale niestety wariatom oczy nie świecą na zielono, więc gdzie tu fun? Trzeba spłaszczyć fabułę i zaszaleć z efektami żeby było przaśnie jak na festynie.

mausoleum

Wracając do tego co jest, a nie co mogłoby być, słowem podsumowania mogę rzec jedynie, że film nie bardzo przypadł mi do gustu. Kiczu jest jak na mój gust za dużo, a kulawe dialogi i ogólny sposób prowadzenia fabuły nie pozostawia wątpliwości, że zwoje mózgowe można sobie odkręcić na czas seansu z "Mausoleum".

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

to coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 07 września 2017

Johnny Frank Garrett's Last Word/ Ostatnia klątwa (2017)

ostatnia klatwa

Na początku lat '80 siedemnastoletni Johnny Frank Garret został oskarżony i skazany za gwałt i morderstwo na zakonnicy. Ława przysięgłych skazała go na śmierć, a wyrok wykonano jedenaście lat później, po serii bezskutecznych apelacji i mimo interwencji samego papieża.

Wkrótce po wykonaniu wyroku osoby związane ze sprawą, w tym członkowie ławy przysięgłych zaczęli ginąć. Jedyny z ławników, który kiedykolwiek miał wątpliwości względem winy siedemnastolatka zaczyna wierzyć, że chłopak rzucił na nich klątwę w zemście za niesłuszne osądzenie.

ostatnia klatwa

Johny Frank Garret nie jest postacią fikcyjną. Zawarta w "Ostatniej klątwie" opowieść opiera się na  fragmentach historii autentycznej. Faktycznie w Teksasie w latach osiemdziesiątych doszło do morderstwa, za które skazano niejakiego Garreta, upośledzonego chłopaka, którego nikt skutecznie nie bronił.

ostatnia klatwa

Po tym jak już chłopak dokonał żywota pojawiło się całe morze wątpliwości, ba były one już wcześniej, ale nikt nie traktował ich poważnie. Całą sprawę przybliża dokument "The last word", zaś "Ostatnia klątwa" skupia się na paranormalnym aspekcie sprawy.

Przed śmiercią natchniony Garret przeklina cały krąg osób, które wini za niesprawiedliwość jaka go spotkała. Treść owej klątwy znacznie wykracza poza możliwości umysłowe kogoś z IQ rzędu 80 punktów, stąd też podejrzenie, że do tego oświadczenia natchnęły go diabelskie siły.

Jak pokazuje rozwój wydarzeń, osoby, które Garret przeklina faktycznie zaczynają ginąć. Zdesperowany ławnik, jak wspomniałam, jedyny, który miał wątpliwości względem winy oskarżonego, rozpoczyna desperacją walkę o oczyszczenie dobrego imienia Garreta wierząc, że w ten sposób ocali siebie i bliskich przez klątwą.

ostatnia klatwa

No cóż, osobiście jestem zdania, że sama historia Garreta jest dużo ciekawsza niż legendy jakimi obrosła. Dużo bardziej cieszyło by mnie podążenie śladem błędów sadowych, odkrycie złych intencji teksańskiego systemu sprawiedliwości niż zabawa w pokonywani klątwy. Wówczas film być może nie miałby zbyt wiele wspólnego z horrorem, ale osobiście czułabym mniejszy niedosyt i łatwiej byłby mi zaangażować się w tą historię. Bo cóż, wszystkie zawarte w filmie elementy nadnaturalne trącą przeciętnością i są średnio przekonujące.

Jest średnio, ale nie całkiem źle. Może zmiana aktora wcielającego się w postać 'ostatniego sprawiedliwego' coś by tu zaradziła, bo uważam, że Mike Doyle średnio sprawdził się w tej roli.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

55/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 05 września 2017

It Comes at Night/To przychodzi po zmroku (2016)

it comes at night

Czteroosobowa rodzina Paula, jego teść, jego syn i małżonka ukrywają się w leśnym siedlisku z dala od miast, w których panuje tajemnicza zaraza. Zdziesiątkowane społeczeństwo nie wie co jest przyczyną śmierci tak wielu osób, wiedzą tylko, że by przetrwać muszą się odizolować.

Pewnego dnia, wkrótce po śmierci seniora rodu, do domu rodziny Paula włamuje się zdesperowany mężczyzna szukający zapasów wody i jedzenia dla swojej rodziny ukrywającej się niedaleko. Paul musi zdecydować, czy połączyć siły z nieznajomymi i zwiększyć tym samym szansę na przetrwanie, czy potraktować przybysza jako zagrożenie, które trzeba wyeliminować.

Film "To przychodzi po zmroku" nie spotkał się z entuzjazmem większości polskiej widowni. Miałam nawet pokusić się o seans kinowy, ale negatywne oceny zniechęciły mnie. Z drugiej strony współczesny film o zarazie jednoznacznie kojarzy się z zombie movie, a nie jest to preferowany przeze mnie podgatunek. To też wstrzymałam się z bólami i wyzbyłam wszelkich pozytywnych oczekiwań.

Najczęstszym słowem krytyki kierowanym pod adresem tego filmu była nuda. Po obejrzeniu filmu, muszę stwierdzić, że zupełnie inaczej wyobrażam sobie nudne zombie movie. "To przychodzi po zmroku" zdecydowanie nie jest dziełem mainstreamowym. W niczym nie przypomina "Walking dead", którego obejrzałam całe pięć odcinków, ani filmów pokroju "World war Z" z efektownymi nawalankami z hordami truposzy.

Jeśli miałabym go porównać z jakimś filmem z nurtu zombie movie to była by to "Maggie", czy oryginalna "Noc żywych trupów". Jednak jest to porównanie czynione na silę, bo fakt faktem, nie mamy tu zombie. Mamy chorobę, o której charakterze możemy tylko domniemać na podstawie przypadku dziadka, który zostaje 'dobity' w końcowym jej stadium. Strzał w głowę i palenie zwłok mogą więc nasuwać skojarzenie z zarazą zmieniająca ludzi w zombie, ale na tym koniec. Nie zobaczymy bowiem żadnego 'dojrzałego okazu'. I to jest moim zdaniem bardzo fajne. Jest przestrzeń na tajemnicę i domniemania, tu może zadziałać wyobraźnia widza.

it comes at night

Cała fabuła kręci ie wokół działań bohaterów skoncentrowanych na tym by nie złapać wirusa powodującego chorobę. Stąd skrajna ostrożność, zabijanie drzwi i okien, unikanie jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi z zewnątrz.

I tu pojawia się bohater imieniem Will, mężczyzna szukający zapasów mogących pomóc przetrwać jego żonie i synkowi. Rodzą się pytania? Czy facet ma czyste zamiary? Może już jest chory? Może chce ich powybijać i przejąć cały dom? Możliwości jest dużo, a odpowiedzialny ojciec rodziny Paul zrobi wszytko by zagrożenie zminimalizować. Mogłabym Wam zdradzić, jaką decyzję podejmie, bo większość internetowych opisów to robi, ale po co. Dość, że Wa powiem, że pointa tego filmu jest taka: Lęk przed zagrożeniem jest bardziej niszczący niż samo zagrożenie.

it comes at night

Fabuła była dość zadowalająca, na tyle bym osobiście nie uznała jej za nudną, ale najbardziej podobała mi się otoczka filmu. Jego klimat. Klaustrofobiczny jak się zapewne domyślacie jeśli jest mowa o ludziach skazanych na izolacje. Mamy symboliczne czerwone drzwi, jak czerwona linia której nie można przekroczyć. Wokół tych drzwi rośnie paranoja będąca przyczyną tragedii.Świetne zdjęcia jeszcze uwypuklają to co ma niepokoić widza i nie mówię t tylko o halucynacjach jakich doświadcza syn Paula, ale o sam sposób w jakim kręcono ujęcia domowych przestrzeni. Moim zdaniem to dobry film z dużym ładunkiem psychologicznym, ale nie zadowoli fanów zombie movie, bo brakuje mu dynamiki z jaką nieodmiennie kojarzony jest każdy gatunek w którego centrum znajdują się pościgi za ofiarą.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 02 września 2017

To o czym nie wiesz - Joann Chaney

to o czym nie wiesz

Minęło już siedem lat odkąd Jacky Seever gnije w cieli śmierci czekając na wykonanie wyroku będącego karą za trzydzieści jeden morderstw.

Jego schwytanie wpłynęło pozytywnie na życie wielu osób: Jedyna żyjąca ofiara podźwignęła się z narkotykowej matni, młoda dziennikareczka wreszcie została doceniona za serię artykułów dotyczących sprawy Seevera. Dwaj gliniarze, którzy doprowadzili do aresztowania zyskali wyższe stołki i nie małą sławę. Ale to było siedem lat temu.

Od tej pory dziennikareczka prawie rozbiła swoje małżeństwo, bo 'musiała' dawać dupy za materiały do wspomnianych artykułów, by po zamknięciu sprawy wylecieć na bruk i smętnie egzystować na stanowisku sprzedawczyni w drogerii. Detektyw Hoskins prawie sfiksował w konsekwencji bliższego poznania sprawcy serii morderstw, a była narkomanka... a była narkomanka została zamordowana, tym razem ostatecznie. Jakcky Seever gnije w celi śmierci, a jego naśladowca kończy za niego robotę.

"To o czym nie wiesz" stanowi udany debiut młodej pisarki Joann Chaney. Mimo, że porusza dość typową jak na standardy thrillera tematykę robi to w sposób różniący się od tradycyjnego sposobu snucia tego typu opowieści.

Wszystko zaczyna się od schwytania seryjnego zabójcy, a więc od końca.

Na pewno nie tylko mnie antybohater silnie skojarzył się z osobą Johna Gacy'ego: przedsiębiorczy mąż, który w wolnych chwilach przebiera się za klauna by zabawiać dzieci. Morduje, a zwłoki trzyma ukryte na własnej posesji. W więzieniu zaczyna spełniać się jako artysta malarz. Z tą różnicą, że fikcyjny bohater preferował mordowanie kobiet i specjalizował się w sadystycznych gwałtach właśnie na nich.

Uznam to za w pełni świadomą inspirację, bo nie przypuszczam by autorka była na tyle naiwna by sądzić, że wszystkie te podobieństwa umkną czytelnikowi.

Innym ważnym bohaterem, dużo bardziej interesującym niż podrabiany Gacy jest jego małżonka. Jej 'rozdziały' dostarczyły mi dużo więcej emocji niż chociażby te poświęconej dziennikareczce. To kolejny przykład żony, która 'nic nie widziała'.

Dużą część powieści poświecono też 'starej znajomej' Seevera, dziennikareczce, Sammie, która jest jedną z ważniejszych osób dramatu. Puszcza się z kim popadnie używając swoich kobiecych wdzięków po to by udowodnić że jest warta więcej niż tylko ładna buzia i zgrabna sylwetka- paradoks. Jest poważnie wnerwiająca i żywiłam nadzieję, że naśladowca zbrodni Seevera weźmie ją w obroty.

Na końcu mamy Hokinsa, detektywa, który poznał Seevera od najgorszej strony. Zrobiło mu to duże kuku na móniu. Po tym jak jego kariera w policji uległa załamaniu wraca do gry, by schwytać kolejnego rzeźnika niewiast.

Cała sprawa kręci się wokół pytania: Kto jest mordercą 'Z drugiej ręki'? Podejrzanych o ten czym mamy całą masę kandydatów, a autorka zadbała o to by każdy miał względnie równe szanse na zostanie rozgrywającym.

Książkę łyknęłam w dwa dni, a więc wciąga. Nie mam większych zastrzeżeń względem stylu choć nie powiem by był pozbawiony pewnych zgrzytów. Jak na debiut jest jednak bardzo dobrze.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

piątek, 01 września 2017

It Stains the Sands Red (2016)

it stains the sands

Striptizerka Molly i jej facet Nick są w drodze na małe lotnisko umiejscowione na pustynnym odludziu, gdy ich auto zakopuje się na piaszczystym poboczu. Młodzi planują uciec z ogarniętych przez zarazę zombizmu Stanów do słonecznego Meksyku, ale wygląda na to, że ich plan się nie powiedzie. W czasie próby wydostania się z patowej sytuacji Nick zostaje zaatakowany przez zombie, a przerażona Molly ucieka w głąb pustyni. Dziewczyna zamierza przejść pięćdziesiąt kilometrów na piechotę i to stara się uczynić, ale w ślad za nią podąża nieustępliwy, samotny zombiak.

Jak wiecie, mam raczej kiepskie zdanie o współczesnych zombie movie, jednakże od czasu do czasu, z braku lepszych filmowych ofert zdarza mi się na jakiś zerknąć. Tak było w przypadku obrazu Colina Minihana.

Ku mej uciesze zamiast kolejnej nawalanki dzielnych ocalonych z hordami wygłodniałych potworów dostałam humorystyczną acz niepozbawioną dramatyzmu opowieść o zaćpanej lali, która bieży na szczudłach przez pustynie a za nią jak chihuahua drepcze smutny zombiak.

it stains the sands

it stains the sands

Horroru to po prawdzie niewiele, ale skoro i tak mało który współczesny horror jest w stanie mnie przestraszyć, ograniczenie wysiłków w tę stronę szczególnie i nie wadzi.

Scenariusz jest bardzo pomysłowy, przewrotny i chwytliwy. Rozwaliła mnie scena z tamponem i to konkretnie, ale nie jest to odosobniony smaczek, bo cały koloryt filmu jest usiany podobnymi kwiatkami.

Mamy tu w zasadzie dwóch bohaterów, Molly i jej zombiaka, który choć nie jest w stanie jej dogonić i zaatakować twardo brnie jej śladem. Jest to przyczyną wielu czasem zabawnych, jak ta z tamponem, czasem dramatycznych scen, a relacja tej dwójki, bo można tu mówić o relacji zacieśnia się z każdym kilometrem. Może to jakiś rodzaj syndromu sztoholmskiego, albo 'zespół Wilsona' ("Cast Away"), ale rozwój wydarzeń powala na łopatki.

it stains the sands

Ja wiem, nie wszyscy uznają to za fajniackie i wdechowe. Jakiś smutas powie, że nie tak powinien wyglądać zombie movie, ale ja już doprawdy rzygam tymi pomiotami  "Walkimg dead" i każda innowacja jest dla mnie na wagę złota.

W zasadzie wszystkie aspekty tej produkcji przypadły mi do gustu może nawet i do serca. Odtwórcy głównych ról, sceneria, zdjęcia, dialogi - a w zasadzie monologi. Jedyne co mi wadzi to finał, moim zdaniem fabuła powinna urwać się na lotnisku i nie brnąć dalej, ale cóż, nie ma ideałów. Jestem bardzo rada, że dałam mu szanse, bo okazuje się, że zombie da się lubić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

69/100

W skali brutalności:3/10

środa, 30 sierpnia 2017

Madre (2016)

madre

Diana jest matką cierpiącego na autyzm Martina. Obecnie jest w kolejnej ciąży i boi się, że drugie dziecko "będzie takie samo". Małżonek kobiety pracuje w Japonii więc zazwyczaj nie ma go w domu a wszystkie trudy wychowania chłopca spadają na nią.

Pewnego dnia w supermarkecie Diana poznaje Luz, sprzątaczkę z Filipin, której udaje się w prosty sposób powstrzymać atak u syna Diany. Za namową męża, Diana postanawia zatrudnić obcą kobietę w charakterze pomocy domowej i opiekunki Martina.

Chłopiec przechodzi cudowną przemianę. Luz twierdzi, że wyleczyła z autyzmu swojego syna i to samo zrobi z Martinem. Początkowo zachwycona Diana zaczyna dostrzegać, że przemiana chłopca ma też ciemną stronę, a zamiary Luz nie są szlachetne.

"Madre" to chilijski obraz nakręcony przez Arona Burna, który zwykł zajmować się raczej wizualnymi aspektami filmów niż tworzeniem ich od A do Z.

Nie jest chyba jednak zupełnie zielony, bo jego produkcja znajduje się na naprawdę wysokim poziomie, co więcej wydaje mi się, że to jeden z lepszych filmów jakie miałam okazję ostatnio widzieć. Nie jest to jednak kino typowe, mainstreamowe więc, nie przypuszczam by miał szansę stać się hitem dla mas.

Bardzo silnie kojarzył mi się z austriackim "Widzę, widzę", bo ma podobnie niepokojący klimat, a fabuła kręci się wokół chłopca w podobnym wieku. To miłe skojarzenie. Jest to jednak kino południowo amerykańskie więc większy nacisk kładziony jest na to co nadnaturalne, choć aspekty dramatyczne i psychologiczne tricki znajdują tu należyte miejsce i to te elementy podobały mi się najbardziej.

Od strony technicznej film jest bardzo sprawny i nie ma na co urągać. Jak na produkcję speca od efektów specjalnych ze zdziwieniem stwierdzam, że efektów nie ma tu wcale. I dobrze, bo nie było by sensu posiłkować się nimi. Fabuła nie narzuca jednej drogi interpretacji rozgrywających się wydarzeń w stylu "Luz jest wiedźmą więc trzeba pokazać kociołek wypełniony kurzymi łapkami", albo "Diana jest rąbnięta więc trzeba pokazać jej haluny". Skupiamy się więc na niewiadomych i podejrzeniach.

Wszystko jest fajnie skonstruowane, napięcie rośnie miarowo wraz z podejrzeniami Diany, a tych mamy całą masę. Zachowanie, dziwne i niejednoznaczne, Luz i Marina może wpędzić w poczucie zagrożenia, z drugiej strony może to tylko paranoja? Aktorstwo prezentuje wysoki poziom, choć nie podejrzewam czarnego konia tej rozgrywki, czyli odtwórczyni roli Luz o jakiekolwiek doświadczenie w tej materii. Młody też jest czadowy i nie ważne jaką postawę ma prezentować w danej chwili , daje radę.

madre

madre

Potencjał tej historii tkwi w tajemnicy i niepomówieniu. Każda droga interpretacji jest dobra. Diana borykająca się trudami wychowania niepełnosprawnego dziecka,w drugiem dzieckiem w drodze i z nieobecnym mężem faktycznie mogła przejść załamanie nerwowe. Autyzm to specyficzna przypadłość i możliwie jest że Luz mogło udać się nawiązać kontakt z dzieckiem podczas gdy matka i specjaliści rozkładali ręce. (Miałam kiedyś taki przypadek na stanie, ten sam cierpiący na autyzm mężczyzna jednym pracownikiem placówki rzucał o ścianę innego głaskał po głowie). W Dianie zrodziła się zazdrość- ona tu poświęca swoje życie, całą siebie i w podzięce otrzymuje wrzask i kopniaki, a jakaś typiara z ulicy ogarnia jej dzieciaka jednym zdaniem. To musi być frustrujące.

Z drugiej strony mamy teorię o złych zamiarach obcej kobiety. Dziecko jest jak zaklęte, od głębokiego autyzmu do normalności. Jednak nie poprawia to relacji Martina  z matką. Chłopiec odsuwa się od niej. Diana słyszy jak Luz przemawia do niego po filipińsku i przeczuwa, że mówi mu okropne rzeczy. Fizycznie Daina zaczyna czuć się coraz gorzej, czyby nie służyła jej filipińska dieta?

Kupuję tą historię, kupuję jej klimat i sposób w jaki została opowiedziana. Produkcja całkowicie w moim guście. Kto go podziela, czym prędzej powinien zapoznać się z "Madre".

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 27 sierpnia 2017

Killing Ground/ Zabójcza ziemia (2017)

killing ground

Narzeczeni, Sam i Ian wyruszają na kemping. Rozbijają obóz nad rzeką ciesząc się malowniczymi krajobrazami Tanzanii. Nieopodal zauważają jeszcze jeden samochód i namiot pozostawiony przez innych obozowiczów. Po ludziach jednak nie ma śladu.

Nazajutrz Sam postanawia zgłosić zaginiecie sąsiadów, gdy znajduje porzucone w lesie dwuletnie dziecko. Po drodze para napotyka miejscowego myśliwego, który niedawno widział rodzinę z dzieckiem całą i zdrową. Mężczyzna i Ian wyruszają na poszukiwania rodziny, która planowała wycieczkę nad wodospad.

Z uwagi na Australijski rodowód "Killing Ground" i jego liczne porównania do "Ostatniego domu po lewej", czy "Eden Lake" spodziewałam się miazgi. Dlatego już speszę do Was ze sprostowaniem byście nie narobili sobie apetytu na coś czego w filmie nie ma.

Jeśli idzie o dozę brutalności i dramatyzm sytuacji "Killing Ground" nie umywa się do obrazów, z którymi był zestawiany. Jednych to pewnie rozczaruje, innych ucieszy.

To co może najbardziej zniesmaczyć, np. sceny gwałtów, rozgrywają się po za kadrem, są jedynie sugerowane. Nie zobaczymy tu też żadnych wymyślnych tortur, krew nie poleje się strumieniem, a potyczka z antybohaterami bardziej skupia się na ganiance.

killing ground

killing ground

Fabuła jest prosta choć twórca starał się trochę namieszać. Początkowo śledzimy równorzędnie dwa wydarzenia rozgrywające się w innym czasie, w przeciągu dnia czy dwóch. Pierwsze to spotkanie antagonistów z obozującą rodzinką i finał owego spotkania.

Tuż obok śledzimy losy Sam i Iana, którzy są o krok od zagrożenia ale jeszcze o tym nie wiedzą. Dla widza to żadna rewelacja, bo i tak wiemy do czego to zmierza. Przez to oczekiwanie zaczynamy sobie wyobrażać bóg wie co, a finalnie dostajemy wspomniane ganianki. Może gdyby nie te porównania do wspomnianych wcześniej obrazów nie przeszłabym przez fabułę "Killing ground" tak obojętnie. Dobra, może nie obojętnie, bo scena z dzieciątkiem jednak mnie trafiła, ale reszta bez rewelacji. Dziwi mnie tym bardziej, że film dostał kategorię R.

Dość o moich rozczarowaniach, trzeba poszukać plusów. Plusem bez wątpienia są plenery, które mamy szansę podziwiać. Scenariusz czynił też próbę nakreślenia charakterystyk bohaterów, ale nie zaszedł z tym zbyt daleko. Dość bym mogła domniemać, że słodka miłość Sam i Iana, zakończy się po tym kempingu, bo laska była poważnie wkurwiona na postawę swojego faceta.  Antagoniści prezentują się nieco lepiej. German ze swoimi nieco aborygeńskimi rysami przypomina dzikiego zwierza, a Chook to przy nim ledwie amator. Jakby powiedziała Miranda z "Gothiki": klasyczny układ mistrz i uczeń. Na tle większości tego typu sodomitów wypadają jednak blado. Wszytko jest więc średnie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W sakli brutalności: 2/10

piątek, 25 sierpnia 2017

Amok (2017)

amok

Z Odry wyłowione zostają zwłoki wrocławskiego architekta. Sprawa zostaje nierozwiązana przez kolejne dwa lata z powodu braku najmniejszych poszlak mogących nadać kierunek śledztwu. Wtedy właśnie do szeregów Wrocławskiej policji wkracza Jacek Sokolski, któremu przydzielono zbadanie anonimowego zgłoszenia dotyczącego sprawy. Ktoś utrzymuje, że rozwiązanie zagadki zbrodni kryje się w mało popularnej powieści kryminalnej "Amok". Policjant postanawia zbadać poszlakę kierując się wprost do autora powieści.

Kasia Adamik, polska reżyserka, poszła w ślad za twórcami "Czerwonego pająka" i "Jestem mordercą" dając widzom możliwość zapoznania się z filmową wersją prawdziwej zbrodni jakiej dokonano w naszym pięknym kraju.

Nie celowała jednak w czasy PRL, bo wzięła na warsztat bardzo współczesną, bardzo bliską czasowo, sprawę Krystiana Bali.

amok

W roku 2000 z rzeki wyłowione zostają zwłoki Dariusza, właściciela agencji reklamowej- w filmie zmieniono mu imię i profesję. W roku 2003 Krystian Bala po wielu trudach i znojach wydaje swoją debiutancką powieść "Amok". Z uwagi na brak zainteresowania książką, postanawia podkręcić jej reklamę sugerując policji, że opisano w niej morderstwo Dariusza.  Media w Polsce i zagranicą szaleją. Zainteresowanie książką rośnie wprost proporcjonalnie do podejrzeń względem jej autora. W 2007 roku w wyniku procesu poszlakowego Bala zostaje skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. W pierdlu sprzedaje prawa do sfilmowania książki, a jakże, na własnych zasadach. Gloria i chwała dopełnia się w 2016 roku filmem "True Crime", a w 2017 "Amokiem" Kasi Adamik.

amok

Wręcz czułam poczucie winy oglądając ten film, bo jakby nie patrzeć głaskam w ten sposób rozdęte ego tego morderczego fana Nitzschego. Jednak obowiązek obowiązkiem jest, a usprawiedliwiam się tym, że pyszałek nie zarobił na moim oglądaniu ni centa.

Myślę, że podejście wielu oglądających było podobne stąd też bardzo surowe oceny obrazu Adamik, który uczciwie mówiąc nie jest złym filmem. Nie stanowi też ekranizacji powieści - obstawiam, że ciężko byłoby to coś przełożyć na język filmu, lecz jest luźną wariacją na temat tego jak wpadł autor. Być może scenarzysta czerpał nieco z "Komy" Aleksandra Sowy, która omawia sprawę złapania Bali.

Filmowa historia usnuta jest jednak z dużą swobodą i niskim poszanowaniem faktów. Rodzina zamordowanego chciała zablokować dystrybucję filmu, jednak ostatecznie ujrzał on światło dzienne litościwie pomijając osobę ofiary- jest jakby rekwizytem w tej historii.

Narracja filmu miejscami dusząca i intrygująca bardzo często wpada w banał, jest przegadana, przeintelektualizowana i stronnicza - tak, myślę że niebezpiecznie gloryfikuje postać mordercy.

Nie mniej jednak sporo tu dobrych momentów, udanych dialogów i ciekawych ujęć. Podobała mi się scena otwierająca, gdy na ekranie urzeczywistnia się to co Bala w danej chwili pisze - bardzo udany zabieg. Podobały mi się sceny z Łukaszem Simlatem, gdy wcielając się w postać policjanta popada w histeryczny amok.

amok

I przede wszystkim podobał mi się Mateusz Kościukiewiecz, który  swoją kreacją nieco naprostował postać Bali, którą scenariusz chciał przedstawić - takie mam wrażenie - w roli nadczłowieka. Ośmiesza go, pokazuje jego narcyzm - choć wypowiadane kwestie mówią co innego.

Z konkretów, które nie bardzo mi przypadły, to obstawie zbytnią dosłowność w relacji Bali i policjanta. To, że zabójca robi go w trąbę było zbyt ewidentne, a łatwość z jaką Jacek się temu poddawał naciągana - zaśmierdziało mi amerykańskim kinem kryminalnych naiwność. Tym bardziej, że w "Jestem mordercą" udało się zbudować bliźniaczą relację z dużo lepszym efektem. Pseudo psychodeliczne sceny narkotycznego transu też z deka przegięte, choć przynajmniej w jakiś sposób zabawne. Całość zaliczam jednak do dość udanych.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

środa, 23 sierpnia 2017

Medium (1985)

medium

Pomorze, lata 30 XX wieku. Hitler dochodzi do władzy, widmo wojny jest coraz bliższe.

Komisarz Selin budzi się na plaży nie wiedząc dlaczego tam trafił. Młoda nauczyciela nieoczekiwanie zostawia klasę bez opieki, a dwóch młodych mężczyzn opuszcza rodzinne miasta, Warszawę i Berlin by stawić się w Sopocie. Wszyscy kierowani są niewidzialną siłą, nad którą nie sposób zapanować.

"Medium" to kolejny Polski horror czasów PRL, którzy szczególnie czuję się zobowiązana Wam polecić.

medium

W przeciwieństwie do chociażby ostatnio opisywanej "Drogi w świetle księżyca" i szeregu innych reprezentantów gatunku nakręconych w Polsce jego akcja nie została osadzona w XIX wieku, czy jeszcze bardziej odległych historycznie czasach. Fabuła skupia się na okresie międzywojennym, na ulicach powiewają hitlerowskie flagi i wizerunki Adolfa, oficerowie policji powoli poddają się nowej idei.

Historia nie odgrywa tu jednak bardzo znaczącej roli, chyba, że spojrzeć na to symbolicznie. Hitler bowiem słynął ze swoich okultystycznych zainteresowań, a mamy to do czynienia z horrorem paranormalnym. Głównym antybohaterem jest tajemnicze medium, pogrążony w cukrzycowej śpiączce mężczyzna, który podobnie jak przywódca III Rzeszy wodzi ludzi na manowce. Medium ma swój cel i tylko dogrzebanie się do odległej przeszłości naznaczonej zbrodnią może pomóc odkryć jego zamiary.Siła medium jest tak porażająca, że zniszczenia jakich może dokonać nie mają skali - to też może być nawiązanie do zbliżającej się wojny.

"Medium" jest wymieniane jako najlepszy polski film grozy. Doceniają go nawet oponenci polskiego kina gatunku. Chwalono go też za granicą. Czy jest to kino na światowym poziomie? Myślę, że można tak powiedzieć. Scenariusz jest przemyślany, aktorstwo w pełni zadowalające, zdjęcia i oprawa muzyczna jak najbardziej profesjonalne. Nie użyto tu wielu efektów, ani szczególnej charakteryzacji, bo i nie było takiej potrzeby - tak, są inne sposoby na zbudowanie atmosfery w horrorze paranormalnym.

medium

A wspomniana atmosfera jest naprawdę gęsta. Nie brakuje tu klimatu grozy zbudowanego za sprawą przedstawionej tu historii. Największą obawę w widzu ma budzić sytuacja bezradności, bezwolności w jakiej znajdują się bohaterzy, którzy są pod wpływem medium. A medium cóż, jawi się tu jak prawdziwy antychryst (czy tylko mi scena z małym Aleksandrem skojarzyła się z finałem na cmentarzu w "Omenie"?). Niestety nie mogę Wam zdradzić czegokolwiek więcej, bo konsekwencją tego byłoby psucie Wam świetnej niespodzianki. Mogę tylko polecać i liczyć, że posłuchacie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

10:45, ilsa333
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 sierpnia 2017

Poznawanie pacjenta w psychoterapii eriksonowskiej - Krzysztof Klajs

poznawanie pacjenta

Psychoterapie prowadzoną w nurcie eriksownowskim nazywam 'optymistyczną'.

O ile nie jestem zwolenniczkom koncentrowania się tylko na jednym nurcie, bo uważam, że każdy pacjent jest indywidualnością i metody trzeba elastycznie dostosowywać do jego potrzeb, to terapie eriksonowską uznaję za jedną z najbardziej uniwersalnych.

Jej głównym założeniem jest wydobycie z pacjenta zasobów, które pomogą mu przewalczyć trudność. Erikson zakładał, że każdy takie zasoby posiada, dlatego uważam ją za 'optymistyczną'. Jest też silnie skoncentrowana na przyszłości zamiast rozgrzebywaniu przeszłości. Jest też bardzo racjonalna, bo skupia się na tym, co w przypadku danego pacjenta jest możliwe, a nie dążeniem do ideału, który pacjent sobie założył.

Jest to też nurt, który każe postrzegać pacjenta pozytywnie: nawet negatywne zachowania mają pozytywne intencje. Przypuśćmy mamy pacjenta, który znęca się nad żoną i nie potrafi zapanować nad agresją. Nie diagnozujemy go jako psychopaty pozbawionego ludzkich odruchów, tylko zastanawiamy się, co poprzez takie zachowanie ów pacjent chce pozytywnego osiągnąć: zyskać poczucie kontroli nad własnym życiem? Zyskać poczucie bezpieczeństwa? Rozładować złe emocje? etc. Takie spojrzenie ma tylu samo zwolenników, co przeciwników, jak w każdym nurcie.

Krzysztof Kajas jest jednym z czołowych polskich terapeutów eriksonowskich. Swoją przygodę z nurtem zaczynał zanim zyskał on popularność w kraju. Certyfikat psychoterapeutyczny uzyskał zresztą za granicą. W swojej książce "Poznawanie pacjenta" ukazuje jak działa terapia eriksonowska od poznania pacjenta do jego pożegnania.

Przechodzimy więc przez etap diagnozy,gdzie autora zaznacza wybrane kategorie diagnostyczne  wskazując na co szczególnie należy zwrócić uwagę.

Jeden z najbardziej interesujących moim zdaniem rozdziałów w całości poświęcono zjawiskom transowym w tym tak uwielbianym przez pisarzy i filmowców zjawiskom dysocjacyjnym. Mimo iż na każdym z omawianych przez autora etapach poznawania pacjenta zwraca on uwagę na system w jakim funkcjonuje pacjent to kolejny rozdział został poświęcony refleksjom nad systemem. Następnie przechodzimy do wspomnianych przeze mnie na początku zasobów jakimi dysponuje pacjent: jak je wychwycić. Paradoksalnie na końcu mamy rzecz najważniejszą, czyli motywacje. Bez motywacji zarówno ze strony pacjenta jak i terapeuty nie ma terapii.

Z uwagi na to, że autor książki jest aktywnym praktykiem nie składają się na nią jedynie rozważania teoretyczne. Każde z omawianych zagadnień uzupełniane jest o praktyczne przykłady na które składają się historie pacjentów terapeuty. To lepiej wyjaśnia wszytko o czym mówi książka i jest przede wszystkim co ważne dla każdego czytelnika, jest ciekawe.

Całość oceniam bardzo wysoko. Nie jest to stricte podręcznik akademicki. Ktoś może powiedzieć, że są to raczej  luźne rozważania praktykującego psychoterapeuty na temat jego pracy. Uważam więc, że niezależnie od tego w czyich rękach się znajdzie, czy laika, który trochę interesuje się psychologią czy zawodowca szukającego wskazówek w pracy, będzie to dobry wybór.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

11:33, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017

Belko Experiment (2016)

belko experiment

Belko Industries, amerykańska korporacja otwiera siedzibę w stolicy Kolumbii. Pracę znajdują tam miejscowi, ale też znaczna rzesza oddelegowanych amerykańskich pracowników.

Tu, w budynku na obrzeżach miasta zostaje uwięzionych osiemdziesięciu pracowników amerykańskiego pochodzenia. Głos dobywający się z głośników nakazuje im by w ciągu półgodziny zabili dwie osoby ze swoich szeregów, w przeciwnym razie 'zostaną wyciągnięte konsekwencje'.

Zdrowy rozsądek nie pozwala korposzczurom na wykonanie polecenia toteż zgodnie z zapowiedzią trupem padają cztery losowo wybrane osoby. Stawka rośnie, następna komenda nakazuje im zabić trzydzieścioro osób, w przeciwnym razie zlikwidowanych zostanie dwa razy więcej.

"Belko experiment" kategoryzowany jest jako film akcji, gdzieniegdzie jako thriller. Przychylić się mogę do jednej i drugiej opcji, a ze względu na znaczną dozę brutalności pokusiłabym się jeszcze o kategorię horroru.

Jest to jedna z tych produkcji obnażających brutalność eksperymentów socjologicznych. Może Wam skojarzyć się z "Circle", "Eksperymentem", czy nawet "Cubem", czy "Piłą", bo rzecz polega na tym by zaprezentować brutalność ludzkiej natury w sytuacji zagrożenia życia sprowokowanej przez odgórnie kontrolowane warunki.

belko experiment

Pomysłodawca i scenarzysta filmu za cel obrał pracowników korporacji. Mówi się, że tacy ludzie są zdolni do wszystkiego, dla wyższego stanowiska, dla premii czasami nawet dla zwykłego samozadowolenia. Lata spędzone w szklanym biurowcu zmieniają ludzi nie do poznania jednym wpajając głód sukcesu innym pozostawiając zwykłą wolę przetrwania. Nie chcę nikogo urazić, ale korporacje mnie przerażają.

Bohaterzy filmu to pracownicy firmy Belko. Nie wiadomo czym tak na dobrą sprawę się zajmują, profil firmy jest równie niejasny co ogłoszenia o rekrutacji generowane przez działy HR. Poznajemy ich w czasie jednego poranka spędzonego w biurze. Od progu są legitymowani i sprawdzani, co więcej dowiadujemy się, że wszyscy amerykanie zostali dodatkowo zaczipowani, niby dla ich bezpieczeństwa.

Szybko przechodzimy do akcji właściwej gdy z głośników zaczynają padać niecodzienne instrukcje kierowane do pracowników. Jedni są tym zaniepokojeni, inni idą się uspawać na dach. Szybko okaże się, że nie są to żarty, bo ludzie zaczynają ginąć.

belko experiment

Tu następuje przełamanie. Powstają obozy przeciwników i zwolenników ludobójstwa. Wyłaniają się czarne charaktery, raczej nie inaczej pod wodzą najwyższego szczeblem pana dyrektora, oraz bohaterzy pozytywni w tym mały lichy korposzczurek, który próbuje odwieść towarzyszy od mordowania się nawzajem.

W panice ludzie robią różne głupie rzeczy i od przypadkowych potknięć się zaczyna, a gdy padnie już pierwszy trup, to Drodzy Państwo, zero zasad jak w mądrej piosence Lao Che: skoki do gardła i rzuty ołowiem. Robi się coraz bardziej brutalnie.

belko experiment

Reżyserem filmu jest Pan od "Wolf Creeak" więc możecie się domyślić, że gościu zadbał o odpowiednie wyeksponowanie rozjebanych głów. Potencjalnych ofiar i oprawców jest gro, więc główna część filmu to nieprzerwana fala przemocy, aj, jest na co popatrzeć, Drodzy skrzywieni amatorzy krwi.

Nie jest to jednak pozbawiona sensu nawalanka, bo możemy tu obserwować całkiem interesujące mechanizmy zachowania, różnorodne postawy, ale nie zapędzajmy się bo jednak nie jest to obraz najwyższych lotów, więc trafiamy też na pewne płycizny i skróty myślowe. Jedno co bym zdecydowanie zmieniła, to ukróciła zakończenie.

SPOILER: Zamiast tej gatki szmatki z panem pseudo socjologiem zakończyłabym fabułę z chwilą gdy nasz final boy zabija ostatniego pracownika Belko. KONIEC SPOILERA.

Efekt finalny jest jednak dobry i przyznam, że oglądałam to dzieło z zainteresowaniem toteż mogę go spokojnie zarekomendować.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

66/100

W skali brutalności:4/10

piątek, 18 sierpnia 2017

Tales from the darkside/ Opowieści z ciemnej strony (1990)

tales from darkside

Mały chłopiec,Timmy zostaje porwany przez wiedźmę, która zamierza zaserwować go jako danie główne na swojej kolacji. Sprytny chłopiec uzbrojony w opasłą książkę próbuje odwrócić uwagę wiedźmy od przyrządzania pieczeni, czytając jej kolejne mroczne historie zawarte w tomie.

tales from darkside

"Opowieści z ciemnej strony" to krótka antologia trzech nowel filmowych złożonych w całość za sprawą historii chłopca i czarownicy. Przypomina to nieco "Opowieści z krypty", bo nie są to raczej wybitnie straszne historie. Reżyserem całości jest George Romero, ale nie zobaczymy tu nawet kawałka żywego trupa.

Pierwsza opowieść powstała w oparciu o opowiadanie "Lot 249" i traktuje o młodym studencie, który handlując starociami wchodzi w posiadanie sarkofagu z mumią. W pakiecie posiada zwój, którego odczytanie skutkuje ożywieniem mumii. Więcej tu grotesksi niż lęku, ale nowela zasługuje na uwagę ze względu na ciekawą rolę Steve'a Buscemi z partnerującą mu młodą Julian Moore.

tales from darkside

Druga zdecydowanie bliższa memu sercu historia powstała w oparciu o prozę Kinga, konkretnie opowiadanie "Cat from hell". Traktuje o starym milionerze, który zatrudnia płatnego morderce do zlikwidowania czarnego kocura, który jest lokatorem jego posiadłości i jak twierdzi stary jego celem jest wykończenie całego rodu. Główną fabułę noweli stanowią retrospekcje dotyczące historii kota i jego 'modus operandi'. Chyba nie muszę nadmieniać, że koci antybohater całkowicie skradł moje serce, a jego motywy uważam za całkowicie sprawiedliwe.

tales from darkside

Ostatnia historia 'Lover's vow" opowiada o młodym malarzu, który zostaje świadkiem morderstwa, ale nie zwyczajnego. Oprawcą jest bestia, której przysięga dochowanie tajemnicy w zamian za drobne uśmiechy losu. Tu również mamy do czynienia  z pokaźną porcją groteski, ale to wcale ni czyni historii złą.

tales from darkside

Wszystkie filmowe nowele zawarte w "Opowieściach z ciemnej strony" uważam za jak najbardziej udane. Są to filmy w starym, dobrym stylu i choć może nie zachwycą współczesnego widza uważam że warto je znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:2/10

09:02, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 sierpnia 2017

El guardián invisible/ Niewidzialny strażnik (2017)

niewidzialny traznik

Detektyw Amaia Salazar po powrocie ze stanów gdzie miała okazję pracować w szeregach FBI angażuje się w sprawę serii morderstw w swoim rodzinnym miasteczku. Od jakiegoś czasu w Elizando giną młodziutkie dziewczyny, które morderca zabija w myśl swojego rytualnego modus operandi. Amaia zauważa, że już przed laty w dolinie doszło do kilku niewyjaśnionych zabójstw i zaczyna łączyć sprawy. Niestety Elizando nie jest dla niej zwykłym miejscem zbrodni lecz też siedliskiem przykrych wspomnień z czasów dzieciństwa, co bardzo utrudnia jej działanie.

Tytuł "Niewidzialny strażnik" może być Wam już znany za sprawą książki pod tym samym tytułem, która ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Wchodzi ona w skład całej serii przygód naszej detektyw Salazar.

Na scenariusz filmowy przełożył ją scenarzysta "Rec'a" i "Granic bólu", bardzo sprawny Hiszpan, Lusio Berdejo. Reżyserię powierzono nie mniej doświadczonemu Fernando Molinie, choć zwykł on obracać się raczej w innym filmowym gatunku. Mogę powiedzieć, że efekt ich współpracy jest bardzo udany. Otrzymujemy bowiem dobre kino z pogranicza thrillera i kryminału, którego fabuła skupia się na postaci seryjnego zabójcy. Jest to kino hiszpańskie nie amerykańskie więc mniej tu sensacji, a więcej, bo ja wiem? Uduchowienia?

niewidzialny traznik

niewidzialny traznik

Klimat filmu ma w sobie coś złowrogiego i baśniowego. Bardzo udane zdjęcia plenerowe ukazują nam Hiszpanię od zupełnie nie słonecznej strony. Pojawiają się złe wróżby tarota i baskijskie legendy o strażniku natury. Tuż obok morderca, który obrał za cel udowodnienie światu swoich przekonań względem dorastających dziewcząt. Według mnie takie połączenie bardzo się udało. Jakby tego było mało na dokładkę otrzymujemy mocne wątki dramatyczne dotyczące Amai i jej relacji z rodziną. Retrospekcje z jej dzieciństwa to taka wisienka na torcie.

Jednoznacznie mogę stwierdzić, że film mi się podobał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

62/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Drzewo kłamstw - Frances Hardinge

drzewo klamstw

Anglia XIX wiek. Czternastoletnia Faith przeprowadza się wraz z rodzicami i młodszym bratem na wyspę Vane gdzie jej ojciec, pastor i naukowiec ma prowadzić wykopaliska archeologiczne. Przeprowadzka jest tyle nieoczekiwana co tajemnicza. Rodzice jej czegoś nie mówią, ale mała główka pracuje i tuż po przybyciu na wyspę Faith orientuje się, że jej ojciec został bohaterem skandalu w środowisku naukowym. Od tej patrzy na swojego mentora inaczej.

Okazuje się, że kłamstwo, które wpędziło wielebnego w niesławę to tylko mała gałązka w całym gąszczu rozrastającego się drzewa kłamstw. Ojciec miał więcej tajemnic niż ktokolwiek mógł przypuszczać i jak się okaże, przez jedną z nich zginął.

"Drzewo kłamstw" promowane jest jako książka do młodzieży. W tej też kategorii została wyróżniona, a jej autorka słynie z tworzenia literatury dziecięcej i młodzieżowej. Nie wiem jak mają się sprawy z innymi jej powieściami, ale tak kategoryczne nazywanie "Drzewa kłamstw" literaturą młodzieżową zupełnie mi nie pasuje.

Owszem bohaterką jest młodziutka dziewczyna, ale powieść w żaden sposób nie jest infantylną poczytanką dla fanek "Zmierzchu". Faith jako bohaterka prowadząca nas przez tą historię wykazuje się nie tylko niebywałym sprytem, ale i nie słychaną nad wiek dojrzałością, momentami zapominałam, że mam do czynienia z czternastolatką.

Tematy poruszane w książce także nie stanowią przedmiotu zainteresowania młodzieży na tyle na ile jestem w stanie to ocenić. Po tą książkę spokojnie mogą sięgać dorośli i muszę to podkreślić już na wstępie jeśli wszytko było jasne. O mały figiel zignorowałabym tą pozycje, bo właśnie wspomniana łatka młodzieżówki mnie odstraszyła.

"Drzewo kłamstw" spokojnie łapie się w kategoriach thrillera z wątkami kryminalnymi i odrobiną fantastyki, ale bez elfów i innych hobbitów.

Przedmiotem sprawy są dociekania młodej dziewczyny na temat okoliczności śmierci jej ojca. Jest to tym ciekawsze, że akcja rozrywa się jeszcze w XIX wieku parę lat po tym jak światło dzienne ujrzało Darwinowskie "O pochodzeniu gatunków".

Pojawiają się tu rozważania na tematy związane z religią i nauką, w kontrze stawiane są różne poglądy. Bardzo istotną rolę odgrywa tu ówczesny styl życia stawiający kobietę na przegranej pozycji jeśli chodzi o jakiekolwiek samodzielne osiągnięcia. Faith jawi się tu jako młoda buntowniczka, której bunt przejawia się poprzez roszczenie sobie prawa do myślenia. Tak, Moi Drodzy, może Wam się to w głowie nie mieści, ale był to największy przejaw buntu i istna rewolucja kiedy kobieta okazywała się istotą myślącą.

Konstrukcja powieści, liczne tajemnice jakie przyjdzie zgłębić czytelnikowi nie pozwalają mi na pochwalenie szczegółów bez zdradzania Wam zbyt wiele, tak więc musicie mi wierzyć na słowo, że mamy tu do czynienia z nielichą intrygą.

To książka pełna treściowych smaczków, a i jej styl jest nie do pogardzenia. W efekcie mamy zupełnie nie głupią lekturę, którą nie powinno się szufladkować.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

czwartek, 10 sierpnia 2017

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

"Gracefield incydent" to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o "Gracefield incydent". Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy'a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe 'atuty' produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec 'kręcony z oka', bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze "Znaków", "Dnia niepodległości" i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z "Gracefield incydent"...

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl