What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
poniedziałek, 24 lipca 2017

Droga w świetle księżyca (1972)

droga w swietle ksiezyca

"Bo kto przysięgę naruszy,  ach biada jemu za życia biada i biada jego złej duszy"

Młody szlachcic Julian Starzeński wraca do rodzinnego dworu z zagranicznych nauk. Tam czeka na niego ojciec, który pragnie by syn zajął się gospodarstwem oraz młoda macocha , której do tej pory Julian nie miał okazji poznać.

We dworze panuje ciężka atmosfera - Podobnie jak i w cały kraju po klęsce powstania listopadowego.

Ukochana Henryka, Katarzyna pragnie jak najszybciej opuścić to miejsce, a i jego syn tuż po przybyciu zaczyna doświadczać dziwnych wizji. Widzi w nich swą zmarło matkę, która upomina się o złożoną przez laty przysięgę.

droga w swietle ksiezyca

"Droga w świetle księżyca" to kino polskie okresu jego świetności- przynajmniej w mojej ocenie. Już dawno miałam go obejrzeć, ale ciągły napływ nowości, na których recenzję najbardziej czekacie odciągał mnie od filmów, które lubię najbardziej. - Że jestem dziwakiem lubiącym polskie horrory to już wiecie.

Scenariusz "Drogi..." podobnie jak w wielu przypadkach filmów z tamtego okresu powstał w oparciu o klasyczną literaturę grozy. Autor opowieści, Amrose Bierce, nie jest tak znany jak Poe czy nawet Lewis, ale Witold Orzechowski twórca filmu upodobał sobie jego twórczość.

W czasie z jednym z późniejszych wywiadów z reżyserem wyjaśnia on dlaczego w czasach PRL polscy filmowcy tak często sięgali po literaturę dawną jako źródło inspiracji. Nie chodziło tu tyle o jej wspaniałość ile o zmylenie cenzury. Czujni cenzorzy widząc obraz, którego akcja rozgrywa się w ubiegłym wieku w odmiennym politycznie czasie nie warczeli tak bardzo.Widzowie cieszyli się na wspomnienie o narodowowyzwoleńczych zrywach i w pakiecie dostawali sporą dawkę romantycznego ducha. A że literatura okresu np. romantyzmu, po którą często sięgano miała w sobie duży pierwiastek niesamowitości, sprawiło to, że Polacy zaczęli kręcić horrory.

Znakiem rozpoznawczym większości starych, polskich filmów grozy jest duża doza melodramatyzmu. Najczęściej pojawia się tu jakaś bladolica demoniczna kobieta i jej roznamiętniony umiazgacz, co tez jest cechą literatury romantycznej. Tak więc Polacy kręcili romantyczne horrory.

"Droga w świetle księżyca" jest jednym z nich. Nie znam fabuły oryginału, ale z tego co wiem to jego autor najczęściej obierał jako miejsce akcji Amerykę Północną i tam rozwodził się nad życiem jej osadników. Witold Orzechowski musiał więc spolszczyć historię i osadził ją w naszej pięknej ojczyźnie w czasach panowania carskiej Rosji.

Film otwiera scena rodem z wiejskich legend. Młody panicz i jego woźnica jadą drogą w świetle wschodzącego księżyca. Nagle woźnica dostrzega na niebie klucz ptaków, frunących w dziwnej konfiguracji. Odczytuje to jako zły omen i nie chce dalej jechać. Panicz nie baczący na zabobony przejmuje lejce i w końcu docierają do ojcowskiego dworu.

droga w swietle ksiezyca

Tam osacza ich dziwna atmosfera,a wkrótce zaczynają się dziać rzeczy niesamowite. Julian zaczyna widywać swoją matkę, która zmarła gdy był chłopcem. W ten sposób przypomina sobie o przysiędze jaką jego ojciec Henryk złożył umierającej: nigdy ponownie się nie ożeni. A Henryk już złamał przysięgę biorąc za żoną młodą guwernantkę/nauczycielkę muzyki.

Piękna Kasia- mnie osobiście jej uroda nie powaliła- wpada w oko młodemu i zaczynają się problemy. Jak duże możecie się spodziewać, znając naturę romantycznych tragedii.

droga w swietle ksiezyca

Klimat filmu przypadł mi do gustu już od pierwszych ujęć na drodze, dalej jest tylko lepiej, bo i mary senne i makabryczne widzenia, ruiny zamczyska, opuszczone cmentarze i lasy zimowe. Wszystko co lubię.

Dla fanów bardziej wyrazistego horroru mamy tu dwa świetnie nakręcone morderstwa. Urągać mogę jedynie na odtwórczynie głównej roli kobiecej- francuskiej aktorki - która ani nie wydała mi się zniewalająco piękna, ani nie powala warsztatem. Rządzi za to brać męska, Mieczysław Voit, czy młody Jerzy Zelnik.

Zdjęcia super, muzyka jeszcze lepsza. Andrzej Korzyński twórca muzyki do chociażby "Panny nikt" przemycił tu nuty z pogranicza szaleństa, pogańskich obrządków i zadbał tym samym o uwydatnienie niepokoi. Ja lubię, kto nie lubi jego strata ;)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa;7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:8

65/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 22 lipca 2017

Jack (2015)

jack

Jack Unterweger w 1976 zostaje skazany na dożywocie za gwałt i morderstwo osiemnastolatki. Odsiadując wyrok zaczyna pisać sztuki teatralne, opowiadania i wreszcie  autobiograficzną powieść "Czyściec", która z jakiś powodów zachwyca elity intelektualne Austrii.

Jack skutecznie ubiega się o zwolnienie warunkowe. Wychodzi na wolność jako dojrzały mężczyzna, przykład sukcesu procesu resocjalizacji. Jest rozchwytywanym celebrytą, któremu nie brakuje powodzenia u kobiet. Wkrótce po jego zwolnieniu, w Wiedniu rozpoczyna się fala morderstw na prostytutkach.

Kojarzycie takiego typa jak "Dusiciel z Wiednia"? Oto przed Wami Jack Unterweger, cud resocjalizacji, albo raczej mistrz manipulacji. Człowiek, który wydymał austriacki wymiar sprawiedliwości. Nabrał wszystkich. O jego zwolnienie z więzienia apelowała sama noblistka Elfriede Jelinek autorka "Pianistki" - ktoś kto czytał powieść, powie: wiadomo, że baba ma niepokolei, ale fakt faktem, że talent prozatorski mordercy zamydlił wszystkim oczy.

Po raz pierwszy z historią Unterwegera spotkałam się przy okazji lektury książki "Pisarz, który nienawidził" kobiet. Służyła mi za lekturę na wykładach z psychometrii, z której i tak nic nie kumałam. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z tego, że oto mam do czynienia z historią opartą na autentycznych wydarzeniach. No, bo jak to tak? Później usłyszałam o kanibalu z Japonii, który po dokonaniu makabrycznego czynu w Europie żyje sobie w ojczyźnie w blasku glorii - nic mnie już nie powinno dziwić.

jack

Muszę przyznać, że sama historia Unterwegera jest bardziej porywająca niż nakręcony przez Elisabeth Scharnang obraz w oparciu o nią. Film jest bodaj produkcją dla TV i byłabym rada gdybym mogła obejrzeć coś zgrabniejszego na ten temat.

Seansu z "Jack'em" absolutnie nie odradzam, bo jakby nie patrzeć jest to szansa na poznanie niezwykle interesującej historii, ale wykonanie mogłoby być lepsze.

Z plusów odnotować muszę kreację aktorską głównego bohatera, który wypada bardzo przekonująco. Z minusów zdecydowanie nierówny tok narracji, która wprowadza więcej zamieszania niż to konieczne.

Akcja filmu rozpoczyna się z chwilą opuszczenia przez morderce murów więzienia. Poznajemy go jako gościa talk show, błyskotliwego, owianego tajemnicą intelektualistę i artystę.

Jack zaczyna pracę jako dziennikarz. Związuje się z kobietą, która jego mordercze zapędy odczytuje jako akty miłości. Stwierdza, że Jack potrafi kochać jak nikt inny.

jack

Są lata 90 i austriacka policja nie ma szczególnej wprawy w tropieniu seryjnych zabójców, a właśnie takowy zagnieżdża się na ich terenie. Zaczynają ginąć prostytutki. Oczywiście nieprędko padnie podejrzenie na Jacka. Nie pamiętam już jak konkretnie tę kwestie przedstawiono w filmie, ale prawdziwy Jack w swojej dziennikarskiej karierze poruszał temat seryjnych morderców - można rzec dzielił się informacjami z pierwszej ręki. W końcu rozwija skrzydełka na tyle, że Austria to dla niego za mało. Tak zostaje mordercą międzynarodowym.

Film skupia się na tym by jak najlepiej sportretować mordercę. Idzie to jak idzie, ale nie można mu odmówić tego, że poznamy tu sporo faktów z życia Jacka w tym jego własną interpretację swojego zachowania. Tu zaskoczenia nie będzie, przypadek bardzo typowy.

Jest więc tak jak wspomniałam, film średni, ale sama historia świetna i jak zwykle gdy pisze ją życie - dziwniejsza od fikcji.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:5

58/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 20 lipca 2017

Zła droga - Mikel Santiago

mikel satiago

Bert Amandale pisarz poczytnych thrillerów o seryjnym mordercy, mąż pięknej Miriam i ojciec zbuntowanej Britney niedawno rozpoczął wraz z bliskimi nowe życie w Prowansji. Tu wśród malowniczych pól lawendy próbuje odzyskać utraconą wenę, zaufanie córki i miłość żony. Gdyby nie obecność przyjaciela z dzieciństwa jedyną rozrywką byłby dla niego sztywne kolacyjki z miejscową elitą, na które uporczywie ciąga go żona. Na szczęście Bert ma Chucksa, swojego kumpla z lat szczenięcych, szalonego rockmana, który również sprowadził się na południe Francji w poszukiwaniu twórczej weny - z tym że muzycznej.

Pewnego wieczoru Bert zastaje przyjaciela w opłakanym stanie. Okazuje się, że przed paroma dniami Chucks spowodował wypadek samochodowy, w którym zginął jakiś mężczyzna i zwiał z miejsca zdarzenia. Sęk w tym, że nazajutrz nie znalazł żadnych śladów po swojej ofierze, a w okolicy nikt nie zgłosił takiego wydarzenia. Chuck zaczyna wierzyć, że ktoś celowo zatarł ślady po jego ofierze - ktoś kto wcześniej sprawił, że poraniony mężczyzna znalazł się w środku nocy na drodze.Początkowo Bert nie daje wiary sensacyjnym zeznaniom kumpla, ale późniejsze wydarzenia każą mu zmienić perspektywę.

"Zła droga" to druga powieść w dorobku hiszpańskiego pisarza Mikela Santiago. Tym razem autor "Ostatniej nocy w Tremore Beach", której akcja rozgrywała się na wybrzeżu Irlandii, zabrał czytelników do słonecznej Prowansji.

Pamiętam, że moje odczucia względem poprzedniej książki były dobre, ale nie zachwycające. Tym razem muszę stwierdzić, że Santiago zaplusował. Widzę progres zarówno na poziomie warsztatu- styl, język - jak i na poziomie treści - znacznie bogatszej o wątki sensacyjne, obyczajowe i psychologiczne.

Zarówno teraz jak i w poprzedniej książce nie zabraknie miejsca na trochę onirycznych motywów, wizji koszmarnych snów i złych przeczuć - w "Złej drodze" są znacznie lepiej wyszlifowane i służą nie tyle jako wątek nadnaturalny ile pretekst do wpędzenia czytelnika w paranoję bliską tej jako będą odczuwać bohaterzy.

Właśnie te motywy najbardziej mnie przekonały. Podobnie jak Chucks i Bert zastanawiałam się co zdarzyło się naprawdę, a co jest tylko podszeptem rodzącej się manii prześladowczej.

Ciekawsi wydają się też samo bohaterzy, ze swoimi słabościami, których im nie brakuje. Tym razem autor obdarzył narratora - Berta- niezłym poczuciem humoru, dzięki czemu łatwiej go polubić i nie jawi się czytelnikowi jako neurotyczna mameja. Myślę, że sukces poprzedniej książki dał autorowi więcej pewności siebie dzięki czemu bardziej otworzył się na czytelnika- takie odniosłam wrażenie.

Akcja powieści toczy się w idyllicznym miasteczku we Francji gdzie deszcz pada tylko nocą, a za dnia słonce opromienia radosne oblicza jego wiodących perfekcyjną egzystencję mieszkańców. Coś tu jednak nie do końca się zgadza. W ten obrazem wkrada się fałsz, który mogą dostrzec tylko tak niedopasowane typy jak szalony rockman i jego zakochany w pigułkach kamrat pisarz.

Już na początku książki pojawia się nawiązanie do twórczości Iry Levina, konkretnie "Żon ze Stpford" i myślę, że pojawia się nie bez powodu. W miarę jak będziecie zapoznawać się z kolejnymi wydarzeniami, poznawać bohaterów, skojarzenie z tą konkretną powieścią będzie coraz silniejsze. Oczywiście nie mam tu na myśli bezczelnej kalki fabularnej- nic z tych rzeczy- idzie raczej o ogólne przesłanie: Gdy coś jest zbyt doskonałe, nie jest prawdziwe.

Na tym zakończę, bo dość się nastukałam w klawisze. Myślę, że czujecie się już zachęceni do lektury, a ja czekam na kolejną książkę Mikela Santiago.

Moja ocena:8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

środa, 19 lipca 2017

The Wolves at the Door/ Wataha u drzwi (2016)

wataha u drzwi

Grupa znajomych z Los Angeles organizuje przyjęcie pożegnalne dla przyjaciółki, która wkrótce ma przeprowadzić się do Bostonu.

Wojtek, Sharon, Jay i Abigail po wypadzie do meksykańskiej knajpy udają się do domu Sharon w Beverly Hills i tam zostają zaatakowani przez grupę ludzi.

To drugi film, w którym maczał palce Gary Duberman, który miałam okazję obejrzeć w ostatnim krótkim czasie. I jest to drugi film, którego scenariusz nie napawa mnie optymizmem względem jego kolejnego dzieła, czyli remake "It".

Scenariusz "Watahy..." do klasyczne home invasion.

Fabuła bardzo nieśmiało zarysowuje portrety bohaterów, o których życie powinniśmy drżeć w punkcie kulminacyjnym. Przez co, nie bardzo drżymy. No może kobiety w ciąży będą w stanie zidentyfikować się z drugoplanową bohaterką Sharon, która w momencie ataku na swój dom jest w zaawansowanej ciąży. Jej błagania o oszczędzenie dzieciątka chyba jako jedyne robią tu większe wrażenie. Reszta scen napaści jest tak chaotyczna, pospieszna i pourywana, że nie bardzo można ogarnąć co właściwie się dzieje. Natomiast tylko jedna scena z udziałem Abigail, gdy bezskutecznie próbuje dotrzeć do sąsiada może imitować napięcie.

wataha u drzwi

Przykro mi to mówić, bowiem "Wataha...", jak może zorientowała się część z Was, nie jest kolejną wyssaną z palca historią o bezzasadnym ataku na ludzi w ich własnym domu, a bardzo medialną i myślę dość powszechnie znaną zbrodnią. Tym, którzy nie znają historii sekty Charlesa Mansona radzę odpuścić sobie czytanie dalszej części tekstu, bo zdradzam tam coś więcej niż tylko fabułę filmu.

SPOILER AD. HISTORII: Śliczna jasnowłosa Sharon Tate była żoną polskiego reżysera Romana Polańskiego. Gdy ten pracował nad kolejnym filmem w Londynie - z tego co wiem z filmu ostatecznie nic wtedy nie wyszło - ona i jej nienarodzone dziecko zmarli w Beverly Hills. Pamiętam jeden z nielicznych wywiadów z Romkiem, gdzie wypowiadał się na temat tej sprawy. Gdy dostał telefon ze Stanów, mówiący, że zdarzył się straszny wypadek, biedak sądził, że to wzgórze u podnóża, którego stał dom osunęło się. Prawda okazała się o wiele gorsza. Romek nie tylko stracił żonę i dzieciątko, ale też pojawiły się insynuację na temat jego udziału w zbrodni. Ostatecznie okazało się, że Charles Manson wraz z grupą wyznawców zaatakował jego żonę, która spędzała wieczór z przyjaciółmi i wszystkich zamordowano.

Manson dorobił do tego wielką ideologię, dzięki której zyskał popularność, jednak sam Romek we wspomnianym wywiadzie zasugerował, że powód był bardziej prozaiczny. Do niedawna dom był własnością producenta muzycznego, który pogardził geniuszem Mansona i ten postanowił go ukarać. KONIEC SPOILERA

Fakt, że film porusza sprawę, o której bliscy zmarłych nie chętnie mówią może tłumaczyć takie, a nie inne postępowanie scenarzysty. Chciał ukazać zbrodnie z perspektywy ofiar, ale nie bardzo mógł. O przebiegu zajścia nie wiele wiadomo, a lanie wody w tak poważnej sprawie raczej nie spotkałoby się z aprobatą ze strony zainteresowanych. Fabuła bardzo na tym traci. Na ten sam temat swój film zamierza nakręcić Tarantino, ciekawe czy jako bardziej znany reżyser będzie miał większe pole do popisu.

wataha u drzwi

Sharon, która była chyba najbardziej znaną z ofiar odgrywa tutaj drugie albo trzecie skrzypce. Widać w tym dużą ostrożność scenarzysty, choć podejrzewam, że i tak osoby, które znały ją osobiście mogą mieć wątpliwości względem jej filmowej charakterystyki. Wszystko skupia się na Abigail, która no cóż, znam ją tylko z tego wypadku, i na jej relacji z Wojtkiem Frykowskim.

"Watah u drzwi" to pewna próba odtworzenia faktów, ale nie uznałbym tego za błysk. Jako kino rozrywkowe też sprawdza się średnio ze względu na wspomniane ograniczenia, przed którymi stanęli twórcy. Nie poznamy tu też antagonistów, bo przedstawieni są jako bezimienna wataha, tak więc nic tu po mnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 13 lipca 2017

Valley of ditches (2017)

valley of ditches

Młoda kobieta zostaje uprowadzona przez religijnego fanatyka, który w ramach boskiej misji zamierza 'oczyścić ją z grzechu'. Oczyszczenie przynieść może tylko śmierć. Lecz mężczyzna ne zamierza jej od tak zabić.

"Valley of ditches" to niskobudżetowy thriller nakręcony za mniej niż 50 tysięcy dolców. Budżet filmu jest lichy nawet jak na niskobudżetówki. To spore osiągnięcie nakręcić film za taką kwotę, zwłaszcza, że w czasie seansu żaden widz nie powinien szczególnie odczuć dziury budżetowej twórców.

Finansowe braki filmowców najłatwiej odczuć w warstwie technicznej. Brak profesjonalnego sprzętu i doświadczonych operatorów i montażystów, że o aktorach już nie wspomnę. Nie wiem jak reżyser rozwiązał ten problem, ale skompletował całkiem dobrą ekipę. Przyznać trzeba, że fabuła filmu, nie wymagała wielkich eksperymentów technicznych, brawurowych efektów, czy większej charakteryzacji aktorów.

valley of ditches

Akcja filmu dzieje się generalnie w jednym miejscu. Jest to spory połać pustynnej ziemi, gdzie antybohater przywozi skrępowaną ofiarę. Dalej zaczyna się monolog sprawcy, który ma uświadomić tam ogrom jego szaleństwa.

Nasza ofiara, skrajnie przerażona nie zamierza się poddać, gdy w sytuacji beznadziejne znajduje szansę na ocalenie. Nie zobaczymy tu większych tortur niż przemoc psychiczna i obietnica śmieci. Jak bardzo prawdopodobne jest, że kobieta dokona żywota na pustyni widać po leżącym tuż obok trupie. Trupie jej chłopaka, którego psychopata zdążył już uśmiercić.

valley of ditches

Dalszy rozwój wydarzeń sprawia, że film ten ma więcej z survival horroru niż sadystycznego pokazu do jakiego dochodzi ilekroć na aren wkracza wykolejeniec.

Cała groza sytuacji opiera się w zasadzie na odosobnieniu pięknie zaprezentowanemu dzięki zdjęciom. Dobór lokalizacji miejsca akcji odegrał tu ogromną rolę.

A sama historia, cóż... większość widzów uzna ją za mało atrakcyjną i w pewnym stopniu nie dziwię się temu.

Film ma jednak swoje przesłanie, które stara się ukazać nie tylko dzięki bieżącym wydarzeniom, ale także retrospekcjom z życia ofiary. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, bo wówczas oglądanie "Valley of ditches całkowicie straci sens, tak więc na tym zakończę. Czy polecam? Niekoniecznie, choć warto zobaczyć żywy dowód na to, że filmowcy bez kasy też mogą zrobić coś na poziomie tego co inni kręcą za grubą kasę.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 11 lipca 2017

Manhattan Undying (2014)

manhattan undying

Młody malarz, Max Garman dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Nie zamierza poddać się leczeniu więc, ma perspektywie parę tygodni życia. Postanawia wykorzystać ten czas na namalowanie nowego obrazu, który zwali wszystkich z nóg. Gdy szuka odpowiedniej modelki w jego mieszkaniu zjawia się tajemnicza piękność.

"Manhattan Undying" jest nietypowym vampire movie. Podobnie jak "Tylko kochankowie przeżyją" skupia się na warstwie dramatycznej, uderza w bardziej filozoficzny aspekt problemu nieśmiertelności, niż w jego horrorowy wymiar.

Jego bohaterami jest para: umierający artysta i wampirzyca, która wysysa krew z mężczyzn w czasie miłosnych aktów.

Vivian przychodzi do Maxa by ten namalował jej portret. Nie zdradza mu swojej tożsamości, przyznaje jednak enigmatycznie, że nigdy nie widziała swojej twarzy. Portret rozwiązałby ten problem. Jak wiecie, te legendarne stworzenia nie mają lustrzanego odbicia, nie można ich sfotografować ani sfilmować.

Wstępny pomysł - bardzo ciekawy, ale co dalej? No właśnie, dalej mamy wielki znak zapytania.

Max przygotowuje się na śmierć, starając się naprawić swoje błędy. W między czasie wymienia poglądy z tajemniczą modelką.

Nie wiem, może po prostu poezja słowa tym razem do mnie nie trafiła, ale relacja tej dwójki nie wzbudziła mojej ciekawości, a z ich rozmów nie wiele dla mnie wynikało. Czekałam aż wreszcie zacznie ją malować i coś ruszy do przodu.

Tak się w końcu stało, ale finał historii nie przyniósł zachwytu. Liczyłam, że w chwili gdy zobaczę śmiertelne dzieło Maxa, zrozumiem o co w tym wszystkim szło. Obrazu nie zobaczyłam.

manhattan undying

Scenariusz filmu tak silnie skupia się na zbudowaniu atmosfery tajemnicy, że fabuła nie ma o co zahaczyć. Masa niedomówień nakazuje obrać najprostszą drogę interpretacji.

SPOILER: Wampirzyca zakochała się w malarzu. Dzięki uczuciu obydwoje poczuli, że żyją i w spokoju sobie zmarli. KONIEC SPOILERA.

Jeśli oto tyle hałasu, to mamy to do czynienia z przerostem ambicji twórcy, który zbudował pewną formę, dla w gruncie rzeczy lichej treści.

Być może film zainteresuje poszukiwaczy vampire movie, ale dla siebie wiele tu nie znalazłam.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 1/10

niedziela, 09 lipca 2017

The Deep End aka 12 feet deep (2016)

deep end

Bree właśnie zaręczyła się ze swoim chłopakiem, Davidem i zamierza powiadomić o tym dawno niewidzianą siostrę Jonnę, w czasie spotkania na basenie.

Kiedy rozmawiają nadal nie poruszywszy kluczowego tematu pada komunikat, że lada moment basen zostanie zamknięty w związku z przedłużonym weekendem. Wtedy Bree orientuje się, że zgubiła swój cenny pierścionek zaręczynowy. Jej siostra wypatruje go na dnie basenu utkwionego w kracie.

Gdy dziewczyny usiłują odzyskać zgubę pokrywa basenu zamyka się a pracujący tam nadzorca wychodzi z budynku do domu. Bree i Jonna są uwięzione pod pokrywą i nie bardzo mogą liczyć na ratunek.

Twórców "The deep end" nie nazwałabym poszukiwaczami oryginalnych rozwiązań fabularnych. Ich nazwiska kojarzą mi się z filmem "Victim" z 2010 roku, będącego dość bezczelną kalką "Skóry w której żyję".

"The deep end" też oryginałem nie jest. Jest to kolejny thriller utrzymany w klimacie survivalu i traktujący o uwięzieniu w wodzie.

Co prawda mamy tu ograniczoną przestrzeń basenu zamiast naturalnego akwenu, gdzie czekać mogą dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z tubylczymi stworzeniami.

Z uwagi na to będzie zdecydowanie mnie emocjonująco. A może wcale nie chodzi o to? Myślę, że scenariusz filmu kulał od początku. W tego rodzaju filmach, jeden na jeden z dwojgiem aktorów ważne jest by dobrze zarysować ich wzajemne relacje. Wątków należnych filmom grozy mamy tu nie wiele więc atmosferę trzeba budować za sprawa wątków dramatycznych. Tych mamy tu urodzaj, ale poprowadzonych tak płasko, że efekt jest silnie kanciasty.

deep end

deep end

Obydwie siostry są bardziej irytujące niż interesujące. Ich historia, kwestia trudnego dzieciństwa jawi się ciekawie, ale są to motywy zupełnie nie wykorzystane, podobnie jak w przypadku trzeciego aktora dramatu, który w końcu pojawi się na scenie. Tak naprawdę to ciężko jest zrozumieć motywację bohaterów. Wszyscy są emocjonalnie rozjechani.

Wątki survivalowe, jak wspomniałam wypadają dość wtórnie, a ich prowadzenie jest bardzo nierówne. Na pewno znajdziecie tu całą masę 'ale', a co bardziej upierdliwi, będą kląć na logikę zdarzeń.

Powiem szczerze, że bardzo lubię tego rodzaju historie: Uwięzieni przez własną głupotę, albo złośliwy splot zdarzeń. Jednak w przypadku tego konkretnego filmu trudno mi mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W sakli brutalności:1/10

sobota, 08 lipca 2017

Raw aka Grave (2016)

raw

Młodziutka Justine zaczyna studia na wydziale weterynarii. Jest wegetarianką, jak wszyscy z jej rodziny, w tym starsza siostra studiująca na tej samej uczelni. W czasie studenckich otrzęsin zostaje zmuszona do zjedzenia surowej króliczej nerki. Po tej nagłej odmianie w diecie dziewczyna zaczyna chorować. Na jej ciele pojawia się wysypka, a w głowie rodzi się nowy nieznany dotąd głód, głód surowego mięsa.

Czego ja o tym filmie nie słyszałam... Na długo przed tym, gdy miałam okazję go zobaczyć dotarła do mnie cała fala pogłosek o jego zajebistości. Jednak wiecie, co? Nabrałam apetytu na coś czego francuska reżyserka wcale nie zaserwowała. Dlatego właśnie tak unikam, czytania o filmach, których jeszcze nie widziałam, oglądania trailerów itp. W przypadku "Raw" nie dało się tego uniknąć. Miała być totalna masakra, a dostałam... No właśnie, co?

"Raw" wcale nie jest tak obrzydliwy jak niesie gminna wieść. Nie zwymiotowałam, nie zrobiło mi się słabo, nie miałam ochoty odwrócić wzroku.

Mimo wszytko wcale nie uważam tego filmu za kiepski, zwyczajnie machina promocji nieco przegięła pałę. Jego fabuła usiana jest elementami gore, może nawet body horroru, ma zadatki w stronę kina kanibalistycznego, jednak coś czuję, że taki "Cannibal Holocaust", którego nawiasem nadal nie mam odwagi obejrzeć, zrobił by zdecydowanie większe wrażenie:)

Fabuła filmu skupia się na młodej bohaterce, która od chwili opuszczenia rodzinnego domu, jawiącego się jako bezpieczny klosz, przeżywa pewnego rodzaju wyzwolenie. Początkowo przerażona i niechętna przełamuje kolejne bariery- pierwszą jest zjedzenie surowego mięsa - aż całkiem się zatraca.

raw

To o czym było najgłośniej, czyli wizualna brutalność, to sceny nieco sadomasochistycznego seksu i konsumpcja ludzkiego mięsa. Tak naprawdę jakieś wrażenie zrobiła na mnie tylko scena z palcem, kiedy Justine konsumuje go jak smakowitego szaszłyka. Wygląda to intrygująco, ale bardziej niż na sam element gore warto zwrócić uwagę na twarz bohaterki. Ekspresja aktorska młodziutkiej odtwórczyni roli Justine zdaje się być najmocniejszym elementem filmu.

raw

Fabularnie wszytko wydaje się dość oczywiste, aż przychodzi finał, a wraz z nim mały surprise. Oczywiście istnieją wcześniejsze przesłanki by stwierdzić, że COŚ  tu jest nie tak, gdzieś musi być przyczyna, ale mimo wszytko byłam dość strwożona takim wyjaśnieniem.

"Raw" mimo, że jest filmem debiutantki,a może właśnie dlatego, widać w nim własny styl. Francuska reżyserka nie podąża ślepo za mainstreamem i nie zrobiła filmu ładniuśkiego. Jego klimat kojarzy się z pewną surowością, niedbałością, naturalizmem. Główna bohaterka przedstawiana nam jest w dość bezkompromisowy sposób z całym wachlarzem swoich słabości. kojarzyła mi się nawet z Pauline z "Chirurgicznej precyzji".

raw

Jeśli więc liczycie na wstrząsy za sprawą nagromadzenia makabreski w tym filmie, to się przeliczycie. Makabreska jest, ale nie stanowi głównej treści filmu. Jest bardzo rozumnie wykorzystana i dzięki temu nie odziera filmu z realizmu, na którym sądzę bardzo zależało reżyserce. Film mogę polecić większości z Was, bo wierzę, że żołądki macie jednak mocniejsze niż owiani legendą rzygający widzowie z Los Angeles.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa;7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W skali brutalności:4/10

środa, 05 lipca 2017

La Cueva (2014)

la cueva

Pięcioro znajomych, Ivan, Jaco, Carlos, Begona i Celia wybierają się na kemping na odludnej wyspie. Rozbiwszy obóz blisko plaży spędzają czas popijając i popalając trawkę. Nazajutrz natrafiają na interesujące znalezisko w postaci jaskini. Męska część ekipy postanawia spenetrować to miejsce ciągnąc ze sobą niechętne dziewczyny. Ich plan nie zakładał jednak dłuższej wyprawy jednak szybko okazuje się, że weszli głębiej niż zakładali i ni mniej ni więcej zgubili się.

"La Cueva" z hiszpańskiego znaczy tyle co jaskinia. To właśnie jaskinia będzie tu głównym antybohaterem, jeśli tak to można ująć.

W przeciwieństwie do chociażby bardziej popularnego "Zejścia" i jego sequelu młodzi bohaterzy nie odkryją w niej nic ponad klaustrofobiczne skalne labirynty. Fabuła koncentruje się więc wokół wątków czysto survivalowych: Jak grupa kompletnie nieprzygotowanych osób ma przetrwać w nieznanym miejscu?

Można rzec, że protagoniści są sami sobie winni, bo co to za pomysł by schodzić do jaskini z jedną butelczyną wody, paroma latareczkami i kamerą? Ja jednak w pełni rozumiem ich zapędy, bo sama zwykłam się pchać gdzie nie powinnam i cóż, w świecie horroru zawsze zdarzają się mniej logiczne sposoby na zawiązanie akcji.

Film stanowi reżyserski debiut Alfredo Montero wspieranego przez współtwórce scenariusza w osobie Javiera Gullón'a. Tego drugiego Pana już powinniście znać i skojarzenia z jego pracą powinny być raczej pozytywne, bo ma na koncie prace przy takich filmach jak "Wyspa zaginionych". Ostatnimi czasy kręci za oceanem i tu przyczynił się do "Enemy", czy dramatu "Aftermath". Ciężko mi ocenić potencjał debiutującego reżysera po jednym filmie, ale instynkt mi podpowiada, że doświadczenie Gullón'a bardzo tu pomogło.

Mamy tu całkiem ciekawy przekrój postaci. Może nie nazwałabym ich charakterystycznymi, ale mimo, że wpisują się w pewien schemat to mogę rzec, że śledząc ich poczynania byłam w stanie wyrobić sobie o każdym z nich jakieś zdanie.

Jak często bywa w przypadku debiutów w świecie horroru reżyser postawił na konwencję paradokumentu, pozornie mniej wymagającego Zamiast klasycznego sposobu kręcenia mamy bohaterów i operatorów w jednym.

Powiem szczerze, że początek seansu nie nastroił mnie optymistycznie, ale moja opinia ewoluowała z minuty na minutę. Od punktu kulminacyjnego kiedy sytuacja naszych bohaterów stała się bardziej dramatyczna, a zagrożenie śmiercią coraz bardziej realne, wzrosło napięcie i moje zaangażowanie w tą historię.

la cueva

la cueva

Jak wspomniałam wrogiem grypy młodych ludzi jest tu sama jaskinia. Z czasem, gdy mijają kolejne godziny, a w końcu dni, protagoniście zwracają się przeciwko sobie, a ludzkie odruchy zastępuje zwierzęcy instynkt przetrwania. Tu nie zdradzę szczegółów, ale możecie sobie wyobrazić co też mogło przyjść co niektórym do głowy.

Bardzo przypadł mi do gustu klaustrofobiczny klimat uzyskany za sprawą ciasnej przestrzeni, lichego oświetlenia i tej jednej kamery, która ma oko na wszytko. Wiadomo, że można ponarzekać na stabilność obrazu, ale moim zdaniem nie było wcale najgorzej.

Film odnotowuje jak najbardziej na plus, zarówno pod kątem treści jak i formy. Nie mam zarzutów.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 04 lipca 2017

Don't Look Back/ Pogrzebać przeszłość (2014)

pogrzebać przeszłość

Młoda pisarka Nora specjalizująca się w literaturze dziecięcej po latach wraca do dom gdzie dorastała. Tu próbuje skupić się na pisaniu kolejnego tomu przygód Veronicy, ale jej spokój zakłócają powracające wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pod opieką babci. Wkrótce wprowadza się do niej sublokatorka, Pyton. Serdeczne zachowanie nowej przyjaciółki szybko zmienia się w obsesyjną chęć zawładnięcia Norą.

Dobrze, że nie zobaczyłam oceny tego filmu w sieci nim wzięłam się za seans z nim, bo pewnikiem bym zrezygnowała. Niska ocena, plus kiepski plakat promujący, plus banalny tytuł, plus średnio zachęcający opis. To wszytko przymioty całkiem niezłego, jak się okazało, filmu.

Żeby Was do niego zachęcić, jak trzeba, musiałam bym polecieć tęgim spoilerem, bo to co ujęło mnie w jego fabule to właśnie to czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Może to kwestia mimo wszytko niewielkich oczekiwań, a może moje dobrego nastroju, ale dałam się tej historii podejść i zaskoczyć. No, dobrze, w pewnym momencie już domyślałam się co jest grane nie mniej jednak nie odnotowuje tego na niekorzyść scenariusza.

pogrzebać przeszłość

pogrzebać przeszłość

Bohaterką filmu jet młodziutka pisarka, która ma na koncie kilka wydawniczych sukcesów. Pisze powieści dla dzieciaków, historyjki o niejakiej Veronice. Tu znajduje się pierwszy haczyk- skąd wzięła się Veronica - to jeden z lepszych fabularnych zgrywów. Nie jest ona ot tak wytworem wyobrazi autorki. Klucz do tajemnicy Veronicy tkwi w przeszłości Nory. A przeszłość tą poznamy dzięki retrospekcjom. Początkowo niejasnym. Z czasem zyskującym na intensywności przekazu.

Jest jeszcze lokatorka, Pyton, która też ma tu rolę do odegrania - ważną jeśli nie najważniejszą.

Nie jest to kino wysokim lotów, ani wielkiego budżetu, ale nadrabia pewnym sprytem w sprawnym wykorzystaniu w gruncie rzeczy ogranych motywów.Spokojnie można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klima:5

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 02 lipca 2017

Niespokojni zmarli - Simon Beckett

niespokojni zmarli

Antropolog sądowy David Hunter otrzymuje nieoczekiwane zlecenie z Essex. Nieoczekiwane, bo po ostatniej sprawie ("Wołanie grobu") nie cieszy się dobrą reputacją. Czym prędzej rusza na wybrzeże, gdzie zostały odnalezione zwłoki - najprawdopodobniej  - syna miejscowego 'magnata'.

Sprawa szybko się komplikuje, bo okazuje się, że Leo nie jest jedynym zaginionym w okolicy. Kiedy dosłownie wypływają kolejne trupy, dawne sprawy przypominają o sobie tworząc trudną do ułożenia układankę pełną podejrzanych zdarzeń.

"Niespokojni zmarli" to piąta, długo oczekiwana odsłona 'przygód' doktora Huntera. Poprzednie tomy, czytałam tak dawno, że praktycznie nic nie pamiętałam z ostatniej książki, do której starał się nawiązać autor. Na szczęście największą uwagę poświęcił bieżącym wydarzeniom, trupom z wybrzeża, więc nawet jeśli ktoś nie miał do czynienia z "Chemią  śmierci" i resztą tomów spokojnie się tu odnajdzie. Będzie jedynie stratny to wątki związane z życiem osobistym bohatera.

Książki Becketta cenie za kilka rzeczy. Wszystkie mogę odnieść bezpośrednio także do "Niespokojnych zmarłych".

Akcja kolejnych powieści przenosi się w różne miejsca, gdzie Hunter akurat dostaje zlecenie. I każde z tych miejsc jest pieczołowicie przedstawione. Autor bardzo skutecznie buduje klimat danego miejsca przydając zdarzeniom realizmu i pobudzając wyobraźnie. Do tej pory pamiętam upalne lato w Manham z "Chemii śmierci". Tak teraz zapamiętam wyspę Mersea, gdzie władanie objęła słona woda kolejnych przypływów.

Drugą rzeczą, którą sobie cenię w serii jest postać doktora Huntera. Niby rozwiązuje sprawy jak rasowy detektyw jednak jego profesja jest inna. Antropologia to nauka o pochodzeniu człowieka. Wiąże się z gałęzią medycyny odpowiadającą za badania fizjonomii, szczególnie ludzkiego szkieletu. Antropolog sądowy wkracza do dzieła w przypadku znalezienia ludzkich szczątek, których rozkład jest posunięty na tyle, że praca patologa może okazać się nie wystarczająca. Tym właśnie zajmuje się główny bohater. Każda książka z jego udziałem pełna jest opisów dotyczących procesu rozkładu ludzkich zwłok. Stanowi wnikliwą analizę procesu pośmiertnego. Poraża realizmem.

"No tak, nic nie pomaga lepiej się z kimś porozumieć niż wspólne znalezienie kawałka zwłok."

Trzecią być może najważniejszą rzeczą jest pomysłowość autora w knuciu intryg, które zawsze zaskakują. Nie zdarzyło się do tej pory by nie udał mu się efekt zaskoczenia. To duże dokonanie.

Najbardziej pewnie interesuje Was jak "Niespokojni zmarli" wypadają na tle poprzednich książek Becketta. Ostatnia jego powieść, którą miałam okazje przeczytać były "Zimne ognie". Ostatnia, a jednak pierwsza jeśli idzie o chronologię tworzenia. Nie było tam doktora Huntera i to duża strata. Książka dobra, ale na tle serii wypada słabo.

"Niespokojni zmarli" będący kontynuacją 'przygód' Huntera miały większe szanse na sukces. Książka mi się podobała. Posiadała wszystkie wymienione wyżej zalety, jednak nie dorównała poprzednikom. Może zmniejszyła się moja wrażliwość, ale trochę zabrakło mi tu pazura. Beckett jakoś złagodniał w opisach, więcej jest tu wątków obyczajowych i zbytecznych dłużyzn. To oczywiście zarzut wynikający bezpośrednio z porównania tej książki z resztą serii. Wiem, że osoby rozmiłowane w twórczości Becketta i tak sięgną po "Niespokojnych zmarłych" i nie sądzę by znaleźli w niej coś zniechęcającego. Powieść na plus.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

wtorek, 27 czerwca 2017

Ham-jeong aka Deep Trap (2015)

deep trap

Bezdzietne małżeństwo wybiera się na wycieczkę na odludną wyspę by tam popracować nad swoją relacją. Na miejscu trafiają do 'restauracji' niejakiego Seong -Cheol Parka, którą mężczyzna prowadzi wraz z żoną. Wycieczkowicze zostają u nich na noc, a wkrótce z powodu awarii samochodu zmuszeni są zostać dłużej. Każda kolejna godzina spędzona u Parków nastręcza podejrzeń, że ich los jest zagrożony.

Thriller z Korei Południowej, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

W roli głównej mamy weterana koreańskiego kina, Dong-seok Ma, który kręci po kilka a nawet kilkanaście filmów rocznie. Ostatnio widziany w "Pociągu do Busan". To jego rola  Parka zdominowała "Deep trap" - jak na porządnego antybohatera przystało.

Fabuła filmu kręci się wokół czterech osób Joon-sik Kwon i jego żony, oraz Seong- Cheola i jego żony.

deep trap

Gdy wycieczkowicze trafiają do restauracji Parków, rozpoczyna się biesiada, już wiemy, że będzie z tego klops. Joon-sik wyraźnie ma problem z alkoholem co skrzętnie wykorzystuje właściciel restauracji. Podstępem wmanewrowuje go w bardzo nie fajną sytuację po to by zrealizować własny cel. Szybko zorientujemy się, że Parka ma kuku na móniu, a położenie jego żony, tak samo jak przyjezdnych, jest bardzo nieciekawe.

deep trap

Mamy tu ciekawą rozgrywkę psychologiczną, ale też sporo brutalnej akcji. Fabularnie jest zdecydowanie dobrze. Jak na thriller przystało będzie napięcie i element zaskoczenia. Na tle kina koreańskiego wypada dobrze, choć nie bardzo dobrze. Filmowcy z tego kraju tak wywindowali poziom, że czasem sami nie są w stanie mu sprostać. Nie mniej jednak jest to udana produkcja, zwłaszcza dla kogoś kto lubi takie klimaty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 25 czerwca 2017

XX (2017)

xx

"XX" to zbiór czterech noweli filmowych utrzymanych w konwencji horroru. Każda antologia ma zazwyczaj motyw przewodni, coś co łączy wszystkie segmenty.Cechą wspólną filmów jest 'kobieca perspektywa'. Zarówno głównymi bohaterkami jak i reżyserami każdego z obrazów są kobiety.

Pierwszy i moim zdaniem najlepszy z filmów nosi tytuł "The box". Jego fabuła została oparta na znanym mi opowiadaniu Jacka Ketchuma - zdaje się, że znajdziecie je w zbiorze "Królestwo spokoju". Jego reżyserka, Jvonka Vouckovic nie była mi dotąd znana.

Fabuła skupia się na około świątecznych dniach z życia czteroosobowej rodziny. Pewnego dnia wracając do domu metrem matka i jej synek napotykają dziwnego mężczyznę z pudełkiem w rękach. Synek Susan zagląda do niego i od tamtej pory przestaje jeść. Twierdzi, że nie odczuwa głodu, a świadomość rychłej śmierci z niedożywienia nie robi na nim żadnego wrażenia. Wkrótce ta sama przypadłość udziela się jego siostrze i ojcu.

xx

Już w momencie lektury opowiadania, parę lat temu bardzo przykuło ono moją uwagę i zapadło w pamięć. Z tego co kojarzę, nie skupiało się ono  na perspektywie matki, ale wszytko inne raczej się zgadza.

Z tytułowym pudełkiem jest jak z nierozpakowaną paczką z "Cast away". Widz nie dowie się co w nim było. Usłyszy jedynie lakoniczne 'nic', co nie tłumaczy nic, jednocześnie mogąc być najlepszą odpowiedzią. Nie ma nic, po co żyć. Moja ocena:8/10

Drugi segment nosi tytuł "The Birthday Cake" i traktuje o pewnym niefortunnym przyjęciu urodzinowym. Kiedy Mary przygotowuje urodziny dla swojej córki okazuje się, że jej mąż przygotował własną niespodziankę dla dziecka- umarł.

xx

Film to trochę taka tragi komedia z czarnym humorem i psychodelicznym nastrojem. Podobała mi się. Moja ocena:6/10

Trzeci segment "Don't fall" podobał mi się najmniej. To historia czwórki młodych ludzi udających się na kemping. Miejsce, które wybrali na wypoczynek okazuje się naznaczone czymś złym, co bardzo szybko  skutecznie wpływa na jedną z kobiecych bohaterek.

xx

W sumie nic specjalnego, choć to właśnie po Roxane Benjamin, która miała swój udział w "Southbound" i w "Devil candy" spodziewałam się najwięcej. Moja ocena:4/10

Ostatnia nowelka to drugi z najlepszych w antologii filmów. Nosi tytuł "Her only living son" i opowiada o samotnej matce wychowującej dorastającego syna, Andy'ego.

xx

Mamy tu motywy satanistyczne i sporo psychodeli. Fajnie rozegrane i czerpiące z klasyki jak "Omen", czy "Dziecko Rosemary". Reżyserką jest Katryn Kusma ("Zaproszenie", "Zabójcze ciało". Moja ocena:7/10

Antologię odnotowuję na plus jako całość, choć są tu i słabsi i mocniejsi zawodnicy. Podoba mi się założenie by oddać głos kobietom, które w świecie horroru nie często mają okazję odegrać pierwsze skrzypce, a przecież mamy sporo wartościowych reżyserek gatunku.

Moja ocena:

Całość:6/10

czwartek, 22 czerwca 2017

Chaszcze - Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki "Chaszcze" głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 20 czerwca 2017

A martfüi rém aka Starangled/ Potwór z Martfu (2016)

martfu

W 1957 roku w małym robotniczym miasteczku na Węgrzech zostaje zamordowana młoda pracownica fabryki butów. O ten czyn zostaje oskarżony jej kochanek Akos Reti i po intensywnych przesłuchaniach zostaje skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Podczas gdy mężczyzna odsiaduje wyrok, odsiadkę ową uatrakcyjniają mu pouczające spotkania ze współosadzonymi, w Martfu znowu zaczynają ginąć młode kobiety. Bystry detektyw zaczyna podejrzewać, że przed siedmioma laty złapano nie tego człowieka.

Sylwetkę głównego antybohatera filmu, Petera Kovacsa, poznałam dopiero dzięki temu filmowi. O ile za oceanem tacy osobnicy szybko zyskują ogólnoświatową popularność o tyle zbrodniarzy działających pod komunistycznym blokiem wymazuje się z kart historii. Nawet w Polsce, urodzajnej w takich wykolejeńców, jak się okazuje, gdy władza zaczyna przecierać oczy po radosnej amnestii z przed 25 lat, ten temat nie był dotąd zbyt spopularyzowany. Teraz widzę, że i inni europejscy filmowcy zaczynają doceniać potencjał swoich narodowych antybohaterów.

martfu

Węgierski obraz o seryjnym mordercy to taki miszmasz tego co udało się w tej materii osiągnąć polakom z typowo amerykańskim schematem.

Z polskimi filmami tego rodzaju nie wątpliwie łączy go historyczno-obyczajowe tło. Motywy polityczne, które tak, a nie inaczej wpływały na decyzje policji i prokuratury. Przygnębiające obrazy komunistycznej rzeczywistości oddane za pomocą posępnych w kolorystyce i doborze plenerów zdjęć.

Żaden jednak z polskich filmów tego rodzaju - w końcu nie jest ich dużo - nie razi taką dosłownością. Węgierski twórca wykłada kawę na ławę i niczego nie unika w swojej opowieści, ani brutalnych scen z mordercą ani nie stosuje zmyłek mogących ukryć jego tożsamość.

Praktycznie od samego początku wiemy, że odsiadujący wyrok chłopina nie jest winien zbrodni. Wkrótce zobaczymy winowajce w całej okazałości, na tle życia rodzinnego, a wkrótce także w jego zbrodniczym akcie. Wrażliwe dusze, tu zwracam się do Was, nekrofilskie gwałty nie są przyjemne dla oka, zwłaszcza dokonywane na kobietkach w kucykach, którym jeszcze nie zdążył dobrze wykiełkować biust. Takie właśnie tu będą widoki.

martfu

Sama historia opowiedziana jest dość sprawnie mimo tej sporej dozy dosłowności udaje się utkać tu pewną nic tajemniczości wokół mordercy. Dopiero postawiony pod murem wyzna co i dlaczego robił. Jego wyznanie jak często bywa w filmach opartych na faktach nijak ma się do hollywoodzkiego gwiazdorzenia. Ot, powód zbrodni bardzo podręcznikowy i typowy.

Obraz śledztwa, ponownego śledztwa w zasadzie, to głównie polityczne przepychanki ukazujące rażące uchybienia systemu. Mamy detektywa idealistę w kontrze z prokuratorem lizodupem, który nie zamierza przyznać się do machlojek, które zapewniły mu awans.

martfu

Film w ogólnym rozrachunku robi dobre wrażenie i w swoim gatunku sprawdza się jak najbardziej. Myślę, że zapoznać się warto chociażby po to by zobaczyć jak w Europie kręci się filmy o seryjnych mordercach.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:4/10

środa, 14 czerwca 2017

Crawlspace aka Within/ W ukryciu (2016)

w ukryciu

Trzyosobowa rodzina Alexandrów przeprowadza się do nowego domu. Ojciec rodziny John i jego narzeczona Melanie widzą w tym szansę na nowe życie, tylko nastoletnia córka mężczyzny, Hannah, skazana na areszt domowy po pijackim wyskoku jest niezadowolona z przeprowadzki. To właśnie ona jako pierwsza odnotowuje dziwne zjawiska w domu.

Jak jednym słowem można określić ten film? Sztampa, sztampa, sztampa. Nie powinno mnie to nawet dziwić zwróciwszy uwagę na nazwisko scenarzysty, twórcy miałkiej "Annabelle i kilku innych średnio udany projektów. Widać, że facet polotem nie grzeszy i nie ma zamiaru wychodzić za ramy bezpiecznego mainsreamu. Aż strach myśleć jak przerobi "It", bo wiecie, to on jest scenarzystą remake.

"W ukryciu" w założeniu miał stanowić połączenie thrillera z ghost story. Z czego początek filmu to zagrywki w stylu 'nasz dom jest nawiedzony', zaś druga część miała stanowić niespodziankę. I być może będzie stanowić, dla niedzielnego oglądacza filmów grozy. Cała reszta w mig rozgryzie sprawę, a zaskakujący zwrot zaskoczeniem nie będzie, bo pojawia się w wielu filmach - nawet nie musicie daleko sięgać pamięcią.

w ukryciu

w ukryciu

Od strony technicznej wypada ładnie. Bardzo przyjemnie się go ogląda. Obsada spisuje się całkiem dobrze i kot też jest, więc super.

Kilka scen ze sprawnie budowanym napięciem, które w założeniu mają straszyć. Bez większych zgrzytów w fabule, ale też o nadmiarze logiki w działaniu bohaterów nie może być mowy.

Tak w zasadzie nie ma co się nad tym filmem rozwodzić, bo wszytko co tu zobaczycie widzieliście już nie raz. Można obejrzeć dla relaksu i szybko wymazać z pamięci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Hipersomnia (2016)

hipersomnia

Młoda aktorka teatralna, Milena ma wystąpić w kontrowersyjnej sztuce o handlu kobietami. W czasie prób przed premierą zaczyna doświadczać dziwnych wizji, w których przenosi się w ciało innej, identycznie wyglądającej dziewczyny.

Kiedy staje się Laly, rzeczywistość przedstawiona  scenariuszu staje się prawdą i Milena jako Laly jest przetrzymywana w domu publicznym wraz z innymi dziewczynami. Im bardziej realne i żywe stają się jej wizje tym goręcej wierzy, że złudzenia nie są złudzeniami.

Tytuł filmu, Hipersomnia, sugeruje nam że przedmiotem problemu naszej bohaterki będzie nadmierna senność. Trochę nijak ma się do fabuły filmu, bo jak zaznaczyłam w opisie, Milena ma cierpi na coś w rodzaju zaników świadomości, w czasie których zmienia się w inną osobę. Bardziej to pachnie jakimiś zaburzeniami dysocjacyjnymi niż zaburzeniami snu. Tytuł więc nie koniecznie trafny, ale lepiej brzmi niż "Dysocjacja":)

Film klasyfikowany jest jako horror/thriller i z tym też pewnie niektórzy się nie zgodzą, ale ja nauczyłam się przymykać na takie wątpliwości oko. Ważniejszą kwestią od przynależności gatunkowej i adekwatności tytułu jest jakoś filmu. A z tą jakością jest średnio.

Pomysł, może i nie najgorszy, choć nie doszlifowany w toku jego realizowania. Oniryczna powłoka sprawia, że kluczowe kwestie przestają być klarowne. Większa część filmu to jedno wielkie zamieszanie. Przeskoki akcji, w których mniej zaangażowany widz się pogubi i w końcu znudzi. Końcówka to punkt kulminacyjny, w którym nagle wszytko staje się jasne - ot tak - i przechodzimy do finału, już całkiem przyziemnego i realnego.

hipersomnia

hipersomnia

Mam z tym filmem następujący problem - nie wciągnął mnie mimo, że jego tematyka powinna mnie zainteresować. Nie wzbudził większych emocji, choć znowuż z uwagi na tematykę powinien. Myślę, że przyczyną tego stanu rzeczy, jest fakt, że argentyńscy twórcy trochę za bardzo namieszali. Główny twist fabularny jest bardzo mocno naciągany i mało wiarygodny.

SPOILER: Akcja jak w "Wiem kto mnie zabił" KONIEC SPOILERA.

Od strony technicznej też nie powala, więc nie ma szans by się czymkolwiek wyróżnić i zaskarbić sobie moją sympatię.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalność:1/10

piątek, 09 czerwca 2017

A Cure for Wellness/ Lekarstwo na życie (2017)

lekarstwo na życie

Młody korposzczurek z podkrążonymi oczkami i zębiskami rekina biznesu zostaje wysłany do uzdrowiska w Szwajcarii z misją wyciągnięcia stamtąd swojego przełożonego. Przełożonego, który pod wpływem kuracji doznał oświecenia i nie zamierza wracać do świata z którego uciekł.

Niefortunny splot zdarzeń sprawia, że ambitny młodzieniec zmuszony jest pozostać w szwajcarskim zamczysku pełniącym rolę spa i podkurować swoje zdrowie. Swój przeczulony instynkt, który zwykł wykorzystywać w pracy kieruje teraz na uzdrowisko i jego mroczną historię.

Młody zobaczy rzeczy niepojęte zanim dotrze do niego dlaczego szef i inni kuracjusze nie chcą opuścić tego czarownego miejsca.

lekarstwo na życie

Nazwisko Gore Verbinski kojarzy się z przyjemnym, zwieńczonym kasowym sukcesem, mainstreamem. Chyba nikt nie ma wątpliwości względem talentu reżysera, który pokazał się światu jako ten, który ujarzmił japoński "Krąg" i stworzył na jego bazie jeden z najlepszych amerykańskich horrorów nakręconych już w XXI wieku. Nakręcił też trzy części "Piratów z Karaibów", więc moje oczekiwania wobec "Lekarstwa na życie" były nieco inne.

Tak, spodziewałam się zgrabnej komerchy. Dostałam coś nie przystającego do tego, coś co wcale nie musi się sprzedać w szerokim paśmie.

„Lekarstwo na życie” okazało się pięknym filmem. Budżet wcale nie poszedł na jump scenki, bo takowych prawie nie ma, nie licząc migawek niektórych halucynacji głównego bohatera. Zdjęcia – bajka. Dopieszczone w każdym detalu. To samo można powiedzieć o doborze plenerów, czy scenografii. Każde ujęcie to gotowy obraz kwalifikujący się do powieszenia na ścianie. Można oglądać z zachwytem.

lekarstwo na życie

Klimat filmu nakazuje mi sądzić, że mam tu do czynienia z horrorem gotyckim, albo neogotyckim, fabuła to raczej horror psychologiczny, pełen symboli, metafor.

Nasz bohater to poturbowany psychicznie młodzieniec, który za nic w świecie nie chce przyznać się do swoich słabości, bojąc się, że wówczas skończy jak jego ojciec – samobójca. Do życia podchodzi bezrefleksyjnie prąc do przodu, aż trafia do miejsca gdzie sens jego istnienia całkowicie traci znaczenie.

Szwajcarskie uzdrowisko umieszczone w pałacu na szczycie góry może przypominać zamczysko Draculi, co przynosi szybkie skojarzenie z wampiryzmem, ale to tylko skojarzenie.

lekarstwo na życie

Izolacja i dziwne eksperymenty medyczne jak u Doktora Moreau i mozolne próby poznania prawdy. Zwidy, omamy i silna sugestywność. Wysoko rozwinięta intuicja młodzieńca sprawia, że wydaje się być jedyną ofiarą zdającą sobie sprawę ze swojego położenia. A może wręcz odwrotnie? Wybiegi jak w „Wyspie tajemnic”.

Mimo braku wspomnianych jump scenek, nie brakuje tu grozy. Może właśnie z powodu ich braku. Groza nie atakuje z zaskoczenia, jest cały czas obecna. Porównałabym ją do mgły, początkowo ledwo widocznej, z czasem gęstniejącej aż do konsystencji mleka.

Pojawią się gwałtowne ataki na naszego młodzika, między innymi za sprawą ‘atrakcji zakładu’ czyli przerośniętych pijawek, wyglądających jak gigantyczne węże wodne. A że węży i pijawek boję się panicznie, byłam załatwiona. Kolejną sceną wartą kilku punktów strachu jest ‘przygoda dentystyczna’. Aj. Zwieńczeniem jest ‘wysyp żywych trupów’, czyli scena w jadalni gdzie nasz bohater próbuje przemawiać do kuracjuszy.

lekarstwo na życie

Gdy to tych wszystkich pochwal dorzucimy jeszcze dobre aktorstwo to można by pofantazjować o tytule filmu idealnego, gdyby nie poważne zgrzyty fabularne w końcowej partii filmu. Takie konwencjonalne rozwiązania średnio przypasowały mi do onirycznego przekazu. Tym bardziej wypadło to topornie, że ukazano to jako wielką niespodziankę, choć nie wydaje mi się by którykolwiek z widzów nie zorientował się dużo wcześniej w czym rzecz- chodzi mi tu o wątek barona.

Widać ideałów nie ma, ale i tak film uważam za bardzo udany.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

76/100

w skali brutalności:2/10

środa, 07 czerwca 2017

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

"Life" to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z "Life", nazwana Calvinem przypomina... bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z "Aliena" nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem 'Cosia'?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. "Life" punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom - prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby "Antrival". Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia", motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake'a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Alien: Covenant/ Obcy: Przymierze (2017)

alien

Grupa naukowców i inżynierów ma za zadanie dostać się na zbadaną i przygotowaną do kolonizacji przez ziemian planetę. Niestety nigdy tam nie docierają. Awaria w czasie lotu sprawia, że ponoszą straty w załodze i postanawiają nie wracać do komor hibernacyjnych na kolejne 7 lat. Zamiast tego namierzają w niedalekiej odległości planetę, która wpada im w oko na tyle, że zmienią plany kolonizacyjne. W ten sposób lądują na planecie, gdzie niegdyś żyła inna cywilizacja. Cywilizacja, która pewnego dnia wymarła.

Oto jeden z najbardziej oczekiwanych filmów na przestrzeni ostatnich dwóch czy nawet trzech dekad. Wyczekiwany "Obcy 5" będący podobnie jak "Prometeusz" prequelem serii "Alien" i sequelem wydarzeń z "Prometeusza". Miała być to produkcja, która zbierze uniwersum stworzone przez Ridley'a Scotta do kupy - stąd pewnie tytuł "Przymierze".

Scott i inni zaangażowani już lata temu zgodnie uznali, że nie ma co kontynuować wydarzeń z 'czwórki', która raczej nie inaczej miałaby zakończyć się lądowaniem Ripley - a raczej jej ulepszonej wersji na ziemi. "Obcy" musi pozostać w kosmosie.

Kiedy wszyscy wypatrywali kolejnej części "Aliena", jego pomysłodawca postanowił uderzyć 'do źródła' i nakręcił "Prometeusza". A się zagotowało... Fani "Aliena" pluli jadem aż dziw, że nie przeżarło im podłóg w domach. "Prometeusz" został okrzyknięty "Obcym - nie obcym", który zamiast emocji porównywalnych do poprzednich starć z kosmicznym potworem dostarczał pseudofilozoficznych refleksji. Byli jednak tacy, jak ja na przykład, którzy docenili zainteresowanie Scotta genezą "Obcego".

Z "Prometeusza" dowiedzieliśmy się, że ludzi pochodzą od kosmicznych olbrzymów, którzy to dali początek życiu na naszej planecie. Ich wena twórcza była niepohamowana więc stworzyli coś jeszcze - broń biologiczną, którą zamierzali zrzucić na ziemię. Broń ową tworzyli na planecie, gdzie trafia misja Prometeusz. Tak ekipa firmy- która wreszcie zyskała nazwę Weyland corporation - po raz pierwszy w 2093 zetknęła się z obcym organizmem. Spotkanie było na tyle burzliwe, że cało wyszła z niego jedynie doktorka idealistka i poturbowany android David. To oni postanowili, że odwiedzą macierzystą planetę Konstruktorów i zapobiegną planowanym przez nich zniszczeniu Ziemi przez użycie 'zalążków aliena'. Jasne? Jasne. Co dalej?

alien 5

Dalej mamy wydarzenia z "Obcy: Przymierze". Chyba już po opisie spostrzegliście, że założenia fabularne do logicznych nie należą. Bo cóż to za pomysł, by ryzykować życie swoje i tysięcy kolonistów i lądować na planecie, o której nic się nie wie? Zmieniać spontanicznie budowany przez lata, albo setki lat plan, bo załoga statku nie chce poczekać jeszcze siedmiu lat w hibernacji? Argument prosto z dupy, ale jakoś trzeba akcje zawiązać. Zauważcie, że w antologii "Alien" zawsze znajdywano sensowniejsze uzasadnienie takich szarży.

alien 5

To lądujemy. Planeta Konstruktorów wygląda imponująco. Wszyto duże, wszytko piękne. Ani śladu fauny, ale flora dorodna. Szybko okazuje się, że na planecie zagnieździło się coś przykrego, coś co zabija w tempie ekspresowym - widzimy jak wyewoluowało owe coś z 'beczek', które spotkaliśmy w "Prometeuszu". Ale jak to coś się tu znalazło? Tu na arenę powraca David. Dla mnie David z "Prometeusza", był bardzo interesującą postacią. Bardzo ambiwalentną. Od tego czasu bardzo się zmienił i jakoś interesować mnie przestał.

W tym miejscy moi drodzy poznamy pełną wersję opowieści o powstaniu obcego- takiego jakim znacie go z serii "Alien". Tak, hura, wreszcie wiemy skąd dziad się wziął. Ale wiecie, co... jest to właśnie największe rozczarowanie.

Po seansie z "Obcym 5" odnoszę wrażenie, że chęć połączenia, stworzenia owego przymierza była tak duża, że zgubiła twórcę. Widać, że ta część miała łączyć filozoficzną stronę z "Prometeusza" z wartką akcją z "Obcego". Mamy tu wiele dynamicznych i krwawych scen, brawurowe pojedynki i akrobacje ktrzych nie powstydziłaby się Lara Craft i podaną na tacy odpowiedz na pytania o twórczym i destrukcyjnym popędzie ludzkiej natury.

Lubię serię "Alien" za jej gwałtowność, za rozrywkę i grozę, której dostarcza. Lubię "Prometeusza" za jego minimalizm, za pytania bez odpowiedzi i prezentacje zgubnej ludzkiej naiwności. Ale za co mam polubić to nieszczęsne "Przymierze", które niby dało na wszytko?

Wcale nie podobały mi się jej odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" i tak rozbuchana do granic nonsensu akcja mająca naśladować podejście "Aliena". W zasadzie nie podobało mi ie tu nic, nie licząc ładnych zdjęć - nie wliczam pojedynku na lądowniku. To doprawdy nie wiele na tyle oczekiwań.

I co będzie dalej? Czy seria zostanie poprowadzona dalej? Kiedy pojawi się motyw planety LV426? Kto wyśle tam "Obcego"? Jak Scott wybrnie z tych metrów mułu, w które niniejszym wpadł? I wreszcie, czy po "Przymierzu" kogokolwiek to jeszcze interesuje?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl