What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
poniedziałek, 22 maja 2017

P aka Possession (2005)

p

Młodziutka dziewczyna opuszcza tajlandzką wioskę i przybywa do Bangkoku by zarobić na lekarstwa dla chorej babci. Na miejscu trafia do klubu go-go i przyjmując imię Dau zostaje prostytutką.

W niewdzięcznym świecie pomaga sobie za pomocą magii, której nauczyła ją stara babcia. Niestety Dau nie przestrzega zasad jakie rządzą światem czarów i wkrótce wpada w kłopoty.

"P" w języku tajskim oznacza tyle co "duch". Duchów jednak w tym filmie niewiele, choć nadal mieni się on mianem horroru.

Dużo większą uwagę, przynajmniej tak było w moim przypadku, przykuwa warstwa dramatyczna filmu. Tajlandia słynie z seks turystyki i to ona jest przewodnim tematem filmu Paula Spurriera. Tak, jest to film napisany i nakręcony przez Brytola, ale  w języku tajskim i z tajską, przynajmniej w większości, obsadą. To chyba generalnie ewenement. Sama sięgnęłam po niego by trochę bardziej przyjrzeć się tajskiemu kinowi grozy.

"P" na tle znanych mi produkcji z tego kraju wcale nie wypada najgorzej, choć pewne uwagi mam. Efekty chociażby, nie obyło się bez nich w drugiej partii filmu gdzie tytułowy duch zaczyna działać, i mogłyby być  lepsze technicznie.

Druga rzecz, to mało horroru w horrorze. Warstwa dramatyczna, to powiedzmy, tło społeczne, praktycznie zdominowało resztę wątków w tym wątek paranormalny. Mówię o tym tylko dlatego, że miłośnicy czystości gatunkowej mogą kręcić nosem. Sama jestem zdania, że takie rozbudowanie wątków obyczajowych wyszło filmowi na zdrowie. W porównaniu z częścią filmu skupioną na klątwie jaka spadła na Dau wypadają dużo ciekawiej.

p

Jeśli więc chodzi o tą najbardziej interesująca Was część, czyli to co nadnaturalne w fabule, to mamy tu generalnie średniawkę. Nie chcę Wam w tym miejscu zdradzić szczegółów tego co stało się z Dau, ale raczej nikt z Was nie padnie z zachwytu nad takim zagraniem.

P

Całość ogląda się bardzo sympatycznie. Mamy tu sporo ciekawych bohaterów, także tych z dalszego planu, niezłe dialogi i aktorstwo oraz świetną muzykę. Serio, soundtracki powinny przykuć Wasza uwagę. Ogólny klimat filmu jest dość przygnębiający, ale nie może być inaczej jeśli mowa jest o ciemnej stronie atrakcji turystycznych Azji. Zdjęcia fajnie portretują tą ciemną stronę.

Dla mnie jak najbardziej okej, choć ze swoją oceną będę raczej w mniejszości.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

56/100

W skal brutalności:2/10

piątek, 19 maja 2017

The Fall/ Upadek - Sezony 1-3 (2013)

upadek

W Belfaście grasuje seryjny morderca, który włamuje się do domów swoich ofiar, gwałci je i dusi. Wcale nie wybiera łatwo dostępnych kobiet z marginesu, lecz atrakcyjne i odnoszące sukcesy damy po trzydziestce.

W sprawę angażuje się agentka Stella Gibson, która początkowo miała tylko skontrolować dotychczas prowadzone śledztwo. To ona w końcu trafia na trop mordercy idealnego.

Powiem szczerze, że byłam uprzedzona do tego serialu, głównie z powodu obsady. Z jednej strony Gillian Anderson, która od zawsze i na zawsze będzie mi się kojarzyć z niestworzonymi historiami "Archiwum X", z drugiej pięknuśny Jamie Dornan, bardziej model niż aktor, skazany na szyderstwa za swoją rolę w "Pięćdziesięciu twarzach Greya".

upadek

Jako że z uprzedzeniami trzeba walczyć, a pogoda w czasie majówki była tak beznadziejna, że musiałam zrezygnować ze swoich planów, w końcu rzuciłam na tapetę "Upadek". Serial składa się z trzech sezonów liczących po pięć, sześć odcinków, które obejrzałam w ciągu paru dni.

Tak, serial mnie wciągnął.

Wcześniej miałam pewne obawy, z tych wyłączających obsadę było to "O jej kolejny schematyczny kryminał o seryjnym mordercy". Owszem, "Upadek" wcale nie walczy ze schematem, ale robi coś lepszego - ukazuje nam jego drugie oblicze.

Sprawa wygląda tak, że już od pierwszego odcinka znamy tożsamość mordercy, z każdą chwilą wiemy więcej o jego modus operandi. Podobnie bliski wgląd osiągamy w życie innych bohaterów, jak naszej agentki Gibson. A mimo to, przez kolejne godziny śledzimy fabułę i czekamy na rozwiązanie.

To dowodzi temu, że wcale nie potrzeba nam przewrotnych twistów i niespodzianek. Sprawni filmowcy mogą wyłożyć kawę na łatę, podać nam wszystkie elementy układanki, ale to wcale nie znaczy, że w lot ją ułożymy. Tak naprawdę wiedząc wszytko i tak nie wiemy nic. Postaci intrygują coraz bardziej.

Gwóźdź programu to oczywiście nasz antybohater, seryjny zabójca, seksualny drapieżnik. Nie przypomina on jednak zwykłych dewiantów, których można zdiagnozować po kwadransie. Paul Spector jest człowiekiem układanką.

Kiedy rodził się pomysł na jego postać, na cały serial w zasadzie, jego twórca usłyszał o pewnym kanadyjskim, bodajże, pilocie, który był przykładnym ojcem i mężem. Niestety miał nieuleczalne kuku na móniu, które rozwinęło się w niebezpieczne hobby- włamy i kradzieże damskiej bielizny, a w końcu gwałty i morderstwa - zupełnie jak Paul.

Najważniejszą rzeczą jaka różni ten serial od innych jest jego pointa. Nie chodzi tu o to by złapać sprawce, ocalić niewinnych i postawić go przed sądem. "Uadek" staje na wprost oczekiwań widzów, którym nie wystarczy wiedza kto zabijał i dlaczego. W "Upadku" chodzi o to by zrozumieć sprawce. Tu finałem nie będzie zakucie w kajdany, lecz rozmowa w której bystra Stella pokaże Paulowi kim naprawdę jest.

Najważniejszą rzeczą jaka różni ten serial od innych jest jego pointa. Nie chodzi tu o to by złapać sprawce, ocalić niewinnych i postawić go przed sądem. "Upadek" staje na wprost oczekiwań widzów, którym nie wystarczy wiedza kto zabijał i dlaczego. W "Upadku" chodzi o to by zrozumieć sprawce. Tu finałem nie będzie zakucie w kajdany, lecz rozmowa, w której bystra Stella pokaże Paulowi kim naprawdę jest.

Muszę przyznać, że duet "Archiwum X" i "50 twarzy Greya" sprawdził się tu nad wyraz dobrze i nie mogę mieć zastrzeżeń tak do nich jak i do całego serialu. Kto jeszcze nie widział, temu polecam.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 18 maja 2017

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

"Pod mroczną górą" funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik "Coś" Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta "Pod mroczna górą" niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało "Coś", ale też "W górach szaleństwa" Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, "Pod mroczną górą" ma więcej głębi niż "Coś", które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku "Pod mroczną górą" większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 16 maja 2017

Get Out!/ Uciekaj!

uciekaj

Chris wybiera się ze swoją dziewczyną Rose do jej rodzinnego domu by po raz pierwszy spotkać jej krewnych. Chłopak obawia się reakcji rodziny Armitage na jego kolor skóry, ale biała dziewczyna uspokaja go, że krewni i przyjaciele rodziny są jak najdalsi od rasizmu.

Po przybyciu na miejsce chłopak ze zdziwieniem obserwuje reakcje krewnych Rose na jego osobę. W ich entuzjazmie dopatruje się drugiego dna. Jedyni czarnoskórzy w otoczeniu Rose zachowują się co najmniej dziwnie, a Chris z godziny na godzinę czuje się osaczany przez nowych znajomych.

Jak to często się zdarza, patrząc na poprzednie roczniki w świecie horroru, najbardziej udane filmy roku przychodzą z nieoczekiwanej strony. Tym razem takim filmowym objawieniem może się stać "Uciekaj", debiut Jordana Peele w świecie grozy. Nikomu nieznany, albo znany tylko z komedii, facet ni z tego ni z owego kręci film za lekko ponad cztery banki i ciach, wszyscy pieją z zachwytu.

I krytycy i widzowie, i nawet przekorna ja, są zgodni co do tego, że mamy tu do czynienia z długo wypatrywanym powiewem świeżości w gatunku. Ktoś tam może kręcić nosem, że "Uciekaj" to nie horror lecz thriller psychologiczny, ale jak dla mnie łapie się w ramę kina grozy, jako budzący sporą dozę niepokoju dreszczowiec. Niepokój to uczucie, które winno Wam towarzyszyc w czasie sensu. Niepokój zbudowany nie za pomocą mrocznych kadrów, upiorów z innego świata czy psychopatów.

uciekaj

Fabułę filmu zbudowano na schemacie paranoid thrillera, gdzie główny bohater dopatruje się mrożącej krew w żyłach intrygi w miejscu gdzie inni widzą tylko sielankę.

Konstrukcja tej opowieści, jej bogactwo w pewną autoironie i społeczną satyrę w połączeniu z psychologicznym niepokojem spokojnie może skojarzyć się z twórczością Iry Lewina, autora "Dziecka Rosemary" i "Żon ze Stepford".

Nikt nie wykłada tu grozy na stół, ale skrywa się ona pod znaczącymi uśmiechami, strzępkami rozmów i sytuacji pozornie bez znaczenia.

uciekaj

Jordan Peele tak rozgrywa karty by niepokój widza nie słabł, a wręcz rósł, a wszytko to, jak wspomniałam bz użycia topornych zagrywek, bez efekciarstwa i elementów jasno określonych dla świata horroru. Niektórym może przyjść na myśl także skojarzenie ze starym "Society", ale mimo wszytko jest to bardzo oryginalna historia i powinna Was mile zaskoczyć.Technicznie też mu nic nie brak. Jak dla mnie wszytko w tym filmie jest jak należy, zasługuje na niejedną pochwałę i coś czuję, że będzie to najlepszy straszak roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

piątek, 12 maja 2017

Lake Bodom/ Bodom (2016)

lake bodom

Przed pół wieku nad jeziorem Bodom w Finlandii czteroosobowa grupa obozowiczów zostaje zamordowana przez nieznanego zabójce. Jednej z osób udaje się przeżyć, ale nie pomaga to w ujęciu sprawcy czynu.

Po latach nad to samo jezioro, w to samo miejsce wybiera się inna grupa nastolatków. Intencjom chłopców jest zgłębienie zagadki z przed lat, a dziewczyny też mają własną wizję tego wyjazdu.

Fiński slasher movie, Drodzy Państwo. Europejczycy wcale nie najgorzej czują się w tym bardzo amerykańskim gatunku i parokroć pokazali, że na starym kontynencie też wiedzą jak się robi dobrą rzeź.

Północne krajobrazy to świetna przestrzeń do zbudowania nastroju grozy i twórcy ten fakt wykorzystali. Większość akcji rozgrywa się pod osłoną nocy, ale oświetleniowcy dali radę i nie musiałam rozjaśniać ekranu, żeby cokolwiek zobaczyć. Może to dziwnie brzmi, ale zwracam na takie rzeczy uwagę. Ogólnie od strony technicznej jest to film dobrze zrobiony zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę budżet jakim dysponowali twórcy. Całkiem przyjemnie się na to patrzy. Muzyka też dobra. Jednak ideałem to ten film nie jest.

lake bodom

lake bodom

Fabuła jak na slasher przystało nie jest zbyt inteligentna choć scenariusz miał ambicje by trochę namieszać. Jest pare fabularnych twistów, które wzbogacają fabułę, ale nie robią wielkiego efektu wow.

Kuleje aktorstwo mimo, że dołożono starań by wykreować tu bardziej interesujące postaci niż w przeciętnym slasherze bywa. Dialogi kiepściane, albo tak brzmiały w wykonaniu obsady.

Całość daje efekt sympatycznego przeciętniaka, jednak dla samego klimatu myślę, że warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 08 maja 2017

Bates Motel/ Motel Bates - Sezon 5 (2017)

bates motel

Norman Bates mieszka sam w wielkim domu i sam prowadzi motel. Jego droga mama została pochowana, ale troskliwy syn nie pozwolił jej długo gnić w ziemi. Jak wiedzą fani oryginału i widzowie poprzedniego sezonu Norman trzyma truchło matki ukryte w domu, a jego psychika ulega coraz głębszej dezintegracji. Coraz częściej zmienia się w matkę, choć trzeba przyznać, że w finałowym sezonie piątym jest już świadomy swojej choroby, co jednak nie przeszkadza mu w uleganiu halucynacjom.

Sezon piąty jest jednocześnie pożegnaniem z serialowym Batesem. Będzie mi go brakować, choć w trakcie śledzenia poprzednich sezonów miałam względem tej historii wiele uwag.

Finałowy sezon powinien być najbliższy literackiemu oryginałowi i Hitchcockowskiej ekranizacji. Jego akcja rozgrywa się gdy Norman sam prowadzi motel, od śmierci matki minęły dwa lata. Serialowy Norman wzorem tego książkowego i filmowego trwa w przekonaniu, że jego matka żyje. Dalej kieruje jego działaniami i od czasu do czasu całkowicie przejmuje kontrolę nad jego ciałem.

bates motel

Norman w tym czasie dokonał kilku morderstw.

Serialowy świat przedstawiony, wątki i bohaterowie ulegli jednak sporej przemianie względem swoich pierwowzorów toteż ciężko się dziwić, że nawet na finiszu nie zobaczymy tu tego co w "Psychozie".

Szczerze mówiąc liczyłam, że ostatni sezon tego, jakby nie patrzeć prequelu "Psychozy", zakończy się w chwili gdy powinna rozpocząć się akcja właściwego filmowego oryginału. Czyli coś na zasadzie Marion defrauduje pieniądze, widzimy jej ucieczkę i historia kończy się w momencie, gdy ta przekracza próg motelu i poznaje Normana. Co będzie dalej, wiemy z filmu Hitchcocka i książki Bloocha.

Nie drodzy Państwo, nic z tego.

bates motel

SPOILER: W serialu Norman nawet nie zabija Marion tylko jej kochanka... W dodatku twórcy serialu całkowicie pogwałcili Hitchcoowski przykaz obsadzania blondynek w rolach ofiar i z Marion zrobili Murzynkę, a w tejże roli.. Rihanna:) KONIEC SPOILERA

Cały więc czas w mojej głowie pobrzmiewa ten sam zarzut względem serialu: nie trzyma się nie nie chce się trzymać oryginału. Ale spójrzmy co dostajemy w zamian?

W zamian dostajemy bardzo dobrze skonstruowane postaci Normana, jego matki i doskonale przedstawiony motyw jego choroby. Nie da się ukryć, że tym serial punktuje na tyle, że ortodoksyjni fani Hitchcocka przy odrobinie dobrej woli będą w stanie zaakceptować tak inny bieg wydarzeń.

Przez pięć sezonów mieliśmy okazje śledzić rozwój głównego wątku, czyli obłędu Normana, jego dziwnej, przedziwnej relacji z matką, która budzi bardzo ambiwalentne uczucia. Nie mamy tu tak kategorycznie przedstawionych postaci. Norma wcale nie była jędzą, jak mogliśmy wywnioskować z "Psychozy", była matką która z miłości i poczucia winy popełniła wiele błędów wychowawczych. Norman to też ciężki orzech do zgryzienia, człowiek autentycznie chory, którego ciężko postrzegać w biało czarnych barwach. Przyznam, że z perspektywy całości nawet wątki poboczne nie wydają mi się tak złe i niepotrzebne. Cóż, jest to serial mainstreamowy, który wykorzystuje klasykę i tyle. Mogło być gorzej.

Podsumowując, nie dostałam od tego serialu tego czego bym chciała, ale moje rozczarowanie, to jedno, a obiektywna ocena to drugie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

 

Ocena całego serialu:

Sezon 1:72/100

Sezon 2: 66/100

Sezon 3: 68/100

Sezon 4: 75/100

Sezon 5: 65/100

Całość:7/10

sobota, 06 maja 2017

The Secrets of Emily Blair (2016)

secrets of emily blair

pielęgniarka Emily w czasie pracy zostaje zaatakowana przez jednego z pacjentów. Bełkoczący bezdomny rzuca się na nią i aplikuje jej doustnie jakiś czarny wyziew, co skutkuje radykalną zmianą zachowania u kobiety. Emily ma wkrótce wyjść za mąż. Jej narzeczonego bardzo niepokoi jej zachowanie. Sprawą interesują się też znajomy duchowny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują n to, że Emily została opętana.

Napisałabym, że dawno nie widziałam tak durnego filmu, ale nie byłaby to prawda. Produkcji w tym stylu widuje nader dużo, a urodzaj filmów z motywem egzorcyzmu dodatkowo zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na gniota.

"The Secret of Emily Blair" gniotem jest niewątpliwie. Zabrakło tu i dobrego pomysłu i dobrej realizacji. Film miał niewielki budżet, ale to nie tłumaczy jego jakości, ostatecznie pomysł nic nie kosztuje, a tu już na etapie powstawania scenariusza dano ciała.

Pierwszą rzeczą jaka na pewno rzuci Wam się w oczy to drewniane aktorstwo i toporne dialogi. Później zobaczycie efekty, które zapewne ostatecznie utwierdzą Was w przekonaniu, że nie będzie to dobra produkcja.

secrets of emily blair

secrets of emily blair

W natłoku produkcji o tej tematyce wcale nie jest łatwo o zrobienie czegoś co wyróżni film. Twórcy historii Emily chyba nawet nie mieli takowych aspiracji. Zmajstrowali obraz schematyczny i nieprzemyślany.

Pierwszą partię filmu, gdy nasza Emily zaczyna wariować da się jeszcze jakoś przeżyć, ale gdy przejdziemy do rytuału egzorcyzmów już nie da rady przymknąć oka na tak dużą ilość niedociągnięć. Dialogi są jeszcze durniejsze, aktorstwo jeszcze gorsze, a efekty jeszcze żałośniejsze. W żaden sposób nie jestem w stanie znaleźć w tej produkcji czegoś co zdołałabym pochwalić... a może? Mogę pochwalić operatora, że nie zepsuł zdjęć i tyle.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:3

33/100

W skali brutalności: 1/10

piątek, 05 maja 2017

The Void (2016)

void

W czasie nocnego dyżuru do starego szpitala trafia nieprzytomny mężczyzna, którego policjant Daniel znalazł na poboczu w opłakanym stanie. Opiekę nad pacjentem przejmuje między innymi Alison, żona wspomnianego policjanta.

Jeszcze tej nocy w budynku dojdzie do szeregu dziwnych i przerażających zdarzeń mających związek z grupą zamaskowany wyznawców nieznanego kultu, którzy zgromadzą się przed szpitalem.

Bardzo ciężko było mi opisać fabułę "The Void". Wymęczyłam powyższy opis, a przeglądając w sieci strony filmowe widzę, że nie tylko ja miałam problem ze złożeniem tej fabuły w całość.

Miałam w ogóle zaniechać pisania o nim, a jego rosnąca popularność i dyskusje z nią związane poniekąd zmusza mnie do tego.

void

Można powiedzieć że "The Void" to horror z krwi i kości, jakich już się nie kręci. Jego wizualny aspekt robi spore wrażenie zważywszy na ilość efektów i upiornych charakteryzacji zmajstrowanych niskim kosztem.

Dopatrzyłam się w nim pokaźnej ilości scen zasługujących na specjalne wyróżnienie za sam pomysł i zdjęcia.

Zacznę trochę od dupy strony, bo od finału gdzie widziałam jedno z najlepszych ujęć piekła czy też alternatywnego świata śmierci. Wielkie wow. Porównywalne wrażenia miałam ostatnio w '81 :) Żartuje, nie był mnie wtedy na świecie. Ale faktycznie w '81 Fulci nakręcił "Hotel siedmiu bram" i jego finałowa scena to coś zbliżonego do obrazu z finału "The Void".

Mimo, że zasadniczo żywych trupów tu nie spotkamy, przynajmniej nie w postaci zombie to mamy tu sporą dawkę gore, które mogą Wam przypomnieć włoskie obrzydliwości. Cała estetyka filmu stworzona jest na mode lat '80. Mamy tu ludzi zmieniających się w potwory wzorem "Coś", fantasmagoryczne sytuacje i bohaterów przypominających oprawę "W paszczy szaleństwa", czy "Hellrisera" i dużo dużo naleciałości z Lovecrafta.

Czyżby horror idealny? Otóż nie.

Filmowi jest daleko do ideału głównie ze względu na warstwę narracyjną, niemożebnie bełkotliwą i chaotyczną. Scenariusz olewa podstawy konstrukcyjne filmowej historii. Nie wiadomo tak naprawdę kto jest tu głównym bohaterem, bo nikt nie wysuwa się na prowadzenie. Wszyscy zostali wrzuceni do jednego worka. Nikogo nie zdołałam bliżej poznać, a śledząc rozwój wypadków kilkakrotnie zastanawiałam się 'a kto to jest?' Wszytko za sprawą braku jakiegokolwiek fabularnego wstępu. Właściwa akcja rozpoczyna się praktycznie od progu i już po chwili mamy pierwsze spotkanie z makabreską. Nim jeszcze wszyscy zdążą się przedstawić. To z kolei przekłada się na braki w stopniowaniu napięcia, braku próby zaangażowania widza w tą historię.

void

Miałam wrażenie, że twórcy są tak napaleni na wystraszenie widza, że nie liczy się dla nich nic więcej. Oglądałam ten film niczym ciąg absurdu i ohydy i tak też go zapamiętam mimo wszystkich ciepłych skojarzeń i udanych odwołań do klasycznych już horrorów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:6

Oryginalność:8

To coś:6

62/100

W skali brutalności:4/10

wtorek, 02 maja 2017

Pit and the Pendulum/ Studnia i wahadło (1961)

studnia i wahadło

Do pałacu bogatego szlachcica Nicolasa Mediny przybywa jego szwagier targany wątpliwościami co do okoliczności śmierci swojej młodej siostry.

Po dotarciu na miejsce zastaje Nicolasa pogrążonego w rozpaczy, ale dopiero po ujawnieniu faktów związanych ze śmiercią jego żony, szlachcic popada w szaleństwo. Wszystko wskazuje na to, że piękna Elizabeth została pochowana żywcem.

"Studnia i wahadło" to kolejna produkcja Rogera Cormana powstała w oparciu o prozę Edgara Allana Poego. Chyba żaden inny reżyser nie potrafił wyciągnąć z twórczości Poego, co Corman. Swoją drogą, sędziwy dziś reżyser obchodził ostatnio 91 urodziny.

Jak w wielu przypadkach Cormanowskich adaptacji scenariusz filmu bardzo różni się od pierwowzoru, czyli opowiadania Poego.

Jeśli je znacie to wiecie, że to króciutka historia skupiona na makabrycznych przeżyciach więźnia inkwizycji. Spokojnie można więc uznać, że opowiadanie stanowiło jedynie inspirację dla filmu.

Wątkiem wspólnym jest tytułowa studnia i wahadło, 'narzędzia tortur', jakimi posługiwał się ojciec bohatera, Sebastian Medina. Owe narzędzia nadal kurzą się w rodowym pałacu i jak wskaże nam rozwój wypadków miały swój udział w domniemanej śmierci żony Nicolasa Mediny.

studnia i wahadło

Domniemana śmierć, motyw pochówku za życia to jeden z ulubionych tematów Poego i ów wątek znajdziemy między innymi w "Przedwczesnym pogrzebie". W filmie Cormana przejmuje on rolę motywu przewodniego, zaś tytułowa studnia i wahadło w pełnej klasie pojawi się dopiero w finale.

studnia i wahadło

Znalazła się tu też przestrzeń na wątek kryminalny, wcale nie oczywisty i dobrze poprowadzony. Fabuła jest więc jak najbardziej zadowalająca, ale nie za to kocham filmy Cormana. Ich teatralność, ich niepowtarzalny klimat i posępna wymowa to to, co Cromanowi wychodziło najlepiej. Uwielbiam jego kostiumy i scenografię.

To wszytko nie zawodzi i w przypadku tej produkcji. Niektórzy uważają nawet, że jest to najlepszy film z cyklu opowieści Poego. W obsadzie gwiazdy horroru, Barbara Steele i Vincent Price. Co chcieć więcej?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 30 kwietnia 2017

Rings (2017)

rings

Holt i Julia są parą. Gdy chłopak wyjeżdża na studia do innego miasta Julia cierpliwie czeka na każdą rozmowę i spotkanie. Jak się wkrótce okaże Holt pochłonięty studenckim życiem niefortunnie wplątał się w coś gorszego niż mogła przewidzieć jego dziewczyna.

Gdy Julia odbiera wiadomość od przerażonej koleżanki z roku Holta czym prędzej zjawia się na kampusie. W ten sposób okrywa, że Holt wziął udział w naukowym eksperymencie badającym znaną "taśmę śmierci". W wyniku seansu z Samarą Morgan zostało mu tylko kilkanaście godzin życia. Julia podejmuje heroiczną walkę o życie swojego chłopaka.


rings

Długo przyszło nam czekać na kolejny sequel "Kręgu". Dopiero po kilkunastu latach amerykańska wytwórnia podjęła próbę pociągnięcia tematu i tak, oto przed Państwem "The Rings".

Jak wspomniałam najnowsza produkcja jest sequelem a więc kontynuacją wydarzeń jakie miały miejsce w "Kręgu" i "Kręgu 2" - mam tu oczywiście na myśli amerykańskie remake japońskich horrorów.

Nie zobaczymy tu jednak Naomi Wats i jej dziwacznego synka, lecz zupełnie nowych bohaterów: młodych, pięknych, zakochanych. Fabula 'trójki' jest powiązana z tym co widzieliśmy do tej pory. Mamy więc zabójczą kasetę po obejrzeniu, której delikwent umiera zabity przez ducha Samary Morgan, dziewczynki, którą zatroskana matka wrzuciła do studni. Jesteśmy też bogatsi o informacje zawarte w kontynuacji, czyli 'dwójce' - skopiowanie zabójczego nagrania i pokazanie go komuś oddala od Ciebie klątwę Samary.

Nasz młody bohater, Holt pod przewodnictwem profesora akademickiego obejrzał owe nagranie, podobnie jak parę innych biednych dusz. Widmo śmierci już nadciąga, gdy z odsieczą pojawia się jego ukochana, Julia.

Dziewczyna podejmuje heroiczną decyzję, że obejrzy skopiowane przez Holta nagranie i tym samym ochroni go. Zamiast jednak tą sama droga uratować siebie postanawia położyć kres klątwie i dociec prawdy o Samarze.

rings

Z uwagi na to, że wszytko co mogliśmy się o niej dowiedzieć zostało powiedziane w dwóch poprzednich częściach, tu scenarzyści postanowili wziąć w obroty biologiczną matkę Samary. Tak, tą która wedle poprzednik ustaleń miała powić dziecko 'demona z głębin'. Scenarzyści 'trójki' obrali jednak inną ścieżkę. Czy mnie to dziwi? Nie.

Już zapowiedzi pojawienia się "Rings" po tylu latach od premiery ostatniego tytułu sprawiło, że nabrałam przekonania, że nic z tego nie będzie. Mało kiedy zdarza się, że kontynuacja nakręcona po takim czasie była dobra, a te kilkanaście lat poświecono na gruntowne przemyślenie sprawy. Najczęściej jest tak, że studio z braku lepszych komercyjnie pomysłów zleca wygrzebanie takiego trupa i do społu z zupełnie innymi ludźmi próbuje go reanimować. A, że minęło tyle i tyle czasu nikt nie zadaje sobie trudu by podejść poważnie do kontynuowania wcześniejszych filmowych założeń.

Nowy "Rings" praktycznie niczym nie przypomina starych "Ringów". Klimat zniknął bez śladu, akcja poszła w zapomnienie.

Mamy więc nowy film złożony ze starych składników połączony z kilkoma nowymi i złożony w niekoniecznie konsekwentną całość. Gdyby nie migawki z kaset, które doskonale pamiętają fani "Kręgu" i kilku ujęć z Samarą nikt nie rozpoznałby w tym kontynuacji.

rings

Dla mnie film zupełnie zbędny. Szczęście w tym, że nie spodziewałam się, że będzie inaczej, więc nie mogę mówić o rozczarowaniu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 28 kwietnia 2017

Here Alone (2016)

here alone

Po wybuchu śmiercionośnej epidemii Anna znalazła schronienie w lesie z dala od cywilizacji. Kryjąc się przed ofiarami choroby prowadzi egzystencje skupioną na przetrwaniu. Pewnego dnia znajduje dwoje ocalałych, Olivię i jej niedoszłego ojczyma Chrisa.

"Here Alone" to kolejna próba stworzenia ambitnego, minimalistycznego zombie movie. Nie uświadczymy tu więc tego, z czym zwykł kojarzyć się ten podgatunek: wartkiej akcji i krwawych momentów.

Gotowa jestem jestem nawet podważyć przynależność tego obrazu do świata horroru,czy nawet thrillera, bo grozy też tu nie ma. To bardziej dołujący, nudnawy dramat, w który niewiele nam przekazuje.

Fabuła skupia się na relacji Anny z Chrisem i Olivią i kłopotów z niej wynikających.

here alone

Nie chodzi tu tylko kwestie różnych zapatrywań na przetrwanie. Wątek byłby nawet ciekawy, gdyby zarysować go trochę wyraźniej. Niestety wszytko jest tu bardzo ostrożne i przez to trąci nijakością.

Bieżące wydarzenia przeplatane są retrospekcjami z życia Anny tuż po wybuchu epidemii, gdy miała jeszcze u boku męża i maleńkie dziecko.

here alone

Akcja toczy się niespiesznie, bez konkretnego kierunku i nim się obejrzymy dobiegnie końca w równie niewyraźny sposób.

Jedynym wyraźnym plusem produkcji jest dobór plenerów, dzięki czemu mamy tu całkiem udane zdjęcia

Nie wiem nawet komu mogłabym polecić ten film. Wątpię by zadowolił apetyty fanów zombie movie i nie sądzę też bym fani kina bardziej stonowanego docenili ambicje twórców.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 25 kwietnia 2017

Egzorcysta - William Peter Blatty

egzorcysta

W związku z zawodowymi zobowiązaniami, aktorka Chris McNeal wynajmuje dom w Georgetown, nieopodal siedziby Towarzystwa Jezusowego. Mieszka wraz z dwunastoletnią córką Regan, dwójką służących i sekretarką.

Pochłonięta pracą z trwoga dostrzega, że jej jedynaczka zaczyna zmieniać się nie do poznania. Wszytko od czasu rozpoczęcia zabaw z tabliczką Ouija i nawiązania za jej pośrednictwem znajomości z Kapitanem Howdy'm.

Zachowanie Regan ulega drastycznemu pogorszeniu, dochodzą do tego objawy, które z trudem można wyjaśnić medycznie. Szereg badań klinicznych nie przynosi oczekiwanych odpowiedzi.

Ostatecznie strapiona matka zwraca się o pomoc do jezuity, księdza Karrasa, który stara się dowiedzieć czy w chorobie Regan nie miały udziału nadnaturalne, demoniczne siły.

Czy są tu tacy, którzy nie znają "Egzorcysty", filmu Wiliama Friedkina?

Nakręcony na początku lat siedemdziesiątych obraz okrzyknięto arcydziełem horroru. Do dziś filmowi twórcy starają się naśladować zawartą w nim koncepcję opętania i tym samym dorównać jego jakości. Mogę się mylić, ale jest to chyba pierwszy film o opętaniu przez demona.

Scenariusz powstał w oparciu o powieść amerykańskiego pisarza libańskiego pochodzenia Williama Petera Blatty'ego. Autor powieści jest jednocześnie autorem scenariusza co przekłada się na jego wierność powieściowemu pierwowzorowi.

egzrcysta

Oczywiście pewne różnice są, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nowe wydanie jest uzupełnione o, jak twierdzi autor, kilka dodatkowych 'scen', których rzecz jasna nie zobaczymy w filmie, ani nie spotkamy w pierwszym wydaniu powieści. Nie są to jednak różnice mające znaczący wpływ na odbiór całości. Ostatnim razem "Egzorcystę" oglądałam dość dawno, więc nie przywołam Wam żadnych konkretów.

Rzecz najważniejsza, czy książka jest lepsza od filmu? Statystycznie rzadko się zdarza by filmowa wersja spotkała się z lepszym odbiorem niż książkowy oryginał, ale zdarzają się takie przypadki.

Jeśli chodzi o "Egzorcystę" jestem bliska stwierdzenia, że film jest lepszy. Zaczynając książkę nijak nie mogłam się przekonać do stylu autora, może to kwestia tłumaczenia, nie wiem, ale wydawał mi się mało literacki, bardziej reportażowy.

Charakterystyka głównych postaci nieco mnie zawiodła, nie znalazłam tu nawet zaczątków jakiejś głębszej analizy postaw bohaterów. Mam tu na myśli szczególnie matkę Regan, Chris. Trochę lepiej ma się sprawa z młodym księdzem psychiatrą, ale i tak najbardziej w pamięć zapadł mi plączący się pod nogami detektyw.

Jeśli chodzi o ewidentne plusy książki to z pewnością jest to wątek naukowy, albo 'pseudonaukowy' jak kto woli, czyli dociekania księdza psychiatry na temat autentyczności przypadku Regan.

W porównaniu z filmem sam rytuał egzorcyzmu jest tu zaledwie wisienką na torcie, a większość powieściowych stronic poświecono na rozwiązanie kwestii, czy w ogóle mamy tu do czynienia z opętaniem.

Szczęśliwie się złożyło, z nasz klecha nie był człowiekiem silnej wiary toteż obyło się bez moralizowania i jak na książkę z tak silnym motywem religijnym nie szczególnie odczuwamy tu wpływ Stwórcy. Zupełnie inaczej niż w przypadku książki "Zbaw nas ode złego", gdzie wszystkim jakby rozum odjęło.

Teraz już chyba rozumiecie dlaczego ciężko przyznać mi wyższość którejkolwiek z wersji tej historii. I film i książka mają swoje zalety. Uważam, że obie wersje warto poznać, chociażby po to by porównać je z tymi wszystkimi nowymi trendami rządzącymi światem horroru religijnego.

Moja ocena:7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

Tagi: książki
15:59, ilsa333
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 kwietnia 2017

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja - robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

"Amerykański burger" o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do "Amerykańskiego burgera" trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, "Amerykański burger" nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

"Amerykański burger" od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 21 kwietnia 2017

31 (2016)

31 film

Przeddzień Halloween grupa pięciorga pracowników wesołego miasteczka zostaje uprowadzona przez zorganizowaną grupę amatorów tortur i morderstw. Trafiają do siedziby prawdziwych świrów, którzy to planują zabawić się z nimi przez kolejne dwanaście godzin.

Mojego uwielbienia do pierwszych filmów Roba Zombiego nigdy nie kryłam. Tak jak nie kryłam tego, że kondycja jego późniejszych dokonań, kierunek jego rozwoju, że tak ujmę nie napawa mnie większym optymizmem.

Pomysł na "31" wydawał mi się powrotem do źródła, do starej estetyki w której nakręcono "Dom 1000 trupów" i "Bękartów diabła". Niestety między mną a "31" nie zaiskrzyło. Oczywiście, jest to chory i pojebany film, ale zabrakło mi tu tego pierwiastka obłędu, który tak mocno przywiązał mnie do rodziny Firefly, że płakałam nad ich losem w sequelu.

Nie wiem na co mam zrzucić winę za taki stan rzeczy?

Początek filmu to wejście w temat, czyli zapoznanie z protagonistami o wulgarnym usposobieniu i swawolnej naturze. Na ich czele staje Charly  - oczywiście żonka reżysera Sherii Moon Zombie. w tej części filmu widać starania twórcy by wystylizowć realia na lata 70, stroje, muzyka, kolorystyka zdjęć etc. Jest całkiem przyjemnie, jest całkiem dobrze.

31 film

Jednak gdy akcja wchodzi we właściwy etap wszytko co dobre znika. Przenosimy się do jakiejś ciemnej nory, kolorystyka nabiera metalicznego odcienia, znika ziarnistość z obrazu i oto lata 70 w magiczny i niezrozumiały dla mnie sposób idą w zapomnienie.

31 film

Rozpoczyna się sekwencja kolejnych pozrywanych zdjęć tworzących jakaś dziwną rozsypankę ujęć, montażysta tnie jak szalony i dłuższych ujęć nie mamy tu prawie wcale aż do finałowej sceny, gdy znowu wracamy na amerykańskie pustkowie. Cały ciężar fabuły spoczywa więc na nieracjonalnych, nielogicznych potyczkach bohaterów z antybohaterami, nakręconymi tak nieudolnie, że w pewnych momentach nie wiedziałam kto zabija a kto jest zbijany.

Nie byłam w stanie skupić się na śledzeniu akcji i bardzo niewiele mnie ona obchodziła. Tak dotrwałam do finału, który podobnie jak początkowa partia filmu dorobił się u mnie plusika. Bardzo dobra scena finałowa nie rekompensuje jednak dużych braków w całokształcie.

31 film

Widać, że Zombiemu nadal nie brakuje pomysłów na ciekawe charakterystyki pojebańców, ale niestety w tym wszechobecnym nieprzemyślanym chaosie nie zdołałam ich zbyt dobrze poznać, co stwierdzam z żalem.

Dodam, że film udało mi się obejrzeć w całości dopiero przy drugim podejściu. Niezbyt dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:3/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

M/M - Morderca (1931)

m- morderca

W niemieckim mieście grasuje seryjny morderca dzieci. Policja dokłada starań by wykryć sprawce zbrodni i ukrócić jego zbrodniczą działalność. 

W sprawę angażują się wszyscy mieszkańcy, szczególnie grupa z przestępczego półświatka, która urąga na  niemożność prowadzenia własnych interesów gdy policja wciąż węszy pod ich nogami.

W końcu w najmniej oczekiwany sposób udaje się złapać trop.

„M-morderca” to kamień milowy w historii kina, szczególnie jeśli chodzi o jego mroczną stronę. Może się mylę, ale jest to bodajże pierwszy film o seryjnym mordercy, nakręcony jeszcze nurcie niemieckiego ekspresjonizmu, ale już z udźwiękowieniem.

Oglądałam go w zachwycie typowym dla mojej słabości do starego kina. Obraz stanowi ucztę dla oczu, popis wybitnego aktorstwa i podwaliny pod współczesne kino z watkami detektywistycznymi i psychologicznymi. 

m- morderca

Jego reżyserem i scenarzystą jest nikt inny jak Fritz Lang, którego filmografie powinnam zgłębić z większym zaangażowaniem, bo jak do tej pory widziałam tylko świetną „Kobietę w oknie”. W pisaniu scenariusza jak w przypadku wielu innych jego filmów wspierała go nieoceniona małżonka.

Historia mordercy została luźno zainspirowana przypadkiem niejakiego Petera Kurtena z Dusseldorfu, który działał w okresie międzywojennym i dokonał kilku okrutnych morderstw na dzieciach.

peter kurten

„M-morderca”  gatunkowo najbliżej mam do thrillera z wątkami kryminalnymi. Śledzimy tu bowiem proces wytropienia i schwytania niebezpiecznego psychopaty.

Przeczucie mi podpowiada, że twórca filmu musiał solidnie zagłębić się w kryminalne kroniki , żeby stworzyć tak przewrotną historię. Żeby zwiększyć wiarygodność sprowadził na plan filmowy kilku prawdziwych ulicznych kryminalistów, jednak większość z nich nie ukończyła zdjęć.

Nie ma tu miejsca na banał czy luki fabularne. Dla mnie jest perfekcyjnie w każdym calu. Do dobrze przemyślanego scenariusza dochodzi forma najwyższej próby.  Ujęcia takie jak to, gdy cień mordercy pochylającego się nad małą dziewczynką pada na slup ogłoszeniowy z informacją  o nagrodzie za jego schwytanie stanowi przykład staromodnego sposobu przedstawiania nam antagonisty. Z resztą ujęć z udziałem naszego zbrodniarza mamy sporo. Jego oblicze zobaczymy dość prędko, co nie znaczy że od tej pory wszystko będzie jasne.

Nie dziwie się twórcy, że nie trzymał Pettera Lore po za zasięgiem wzroku widza, bo byłoby to marnotrawienie jego aktorskiego warsztatu. Facet jednym spojrzeniem  robił więcej niż cała zgraja wyposażonych w salę tortur psycholi.

m- morderca

Lang postarał się byśmy nieco poznali naszego antagonistę i pozwolił mu na dłuższy monolog w finale. To kolejny element , który będą naśladować filmowcy aż do czasów współczesnych.  

Podobnie jest z obrazem śledztwa. Poznamy tu szereg technik kryminalistycznych, tok rozumowania śledczych i problemy organizacyjne z jakimi przeszło im się mierzyć.

Wreszcie mamy  bohatera zbiorowego w postaci społeczności niemieckiego miasta, gdzie każdy od oficera, przez gospodynie domową do żebraka czuje moralny obowiązek schwytania mordercy dzieci.

Przewrotny punkt kulminacyjny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych wątków kina detektywistycznego. To w jak gruncie rzeczy przypadkowy sposób został zdemaskowany morderca również znajdzie gro naśladowców.

m- morderca

Przy tym dodaje sprawie większego realizmu. Mimo, że film został nakręcony w latach 30 czyli jeszcze przed 'wysypem' prawdziwych seryjnych morderców, to twórca przewidział fakt, że najnieuchwytniejsi sprawcy wpadają w ręce władz przypadkiem. A pisanie listów do redakcji lokalnych gazet? Medialność antagonisty? Cóż, pomyślało mi się nawet, że filmowy morderca Langa zainspirował samego Zodiaka:)

Fabuła "M-Mordercy" to nie tylko nieśmiertelne filmowe wątki, ale też wciąż aktualne dylematy. Mamy tu motyw piętnowania przestępców - Tu symboliczna literka M na płaszczu zabójcy. Motyw zbiorowej histerii jaką budzi pojawienie się takiego ludzkiego drapieżnika w szeregach zwykłych obywateli i dążenie do społecznego samosądu. Zabójstwo dokonane na dziecku ukazane tu zostaje jako coś, co obrzydza wszystkich, nawet tych, którzy nie wiodą do końca uczciwego życia. Wciąż żywy jest dylemat, co z takim zrobić? Ubić na miejscu? Leczyć? Czy dożywotni wikt na państwowym garnuszku to adekwatna kara?

W tym momencie już powinniście wyzbyć się wątpliwości czy warto sięgnąć po "M-Morderce". Warto, po stokroć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:10

To coś:9

84/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wyspa doktora Moreau -  Herbert George Wells

wyspa doktora moreau

Statek, którym podróżował przyrodnik Edward Predrick ulega katastrofie. Mężczyzna zostaje cudem uratowany przez załogę statku handlowego, który ma dostarczyć towar na teoretycznie opuszczoną, wulkaniczną wyspę.

Po kilku perturbacjach Edward opuszcza statek wraz osobliwym towarem oraz w towarzystwie doktora Montgomery'ego i ląduje w jak się okazuje siedzibie niesławnego doktora Moreau, który w asyście wspomnianego doktora Montgomery'ego prowadzi na wyspie kontrowersyjne eksperymenty na zwierzętach.

Młody przyrodnik trafia w samo centrum wydarzeń, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie dał by wiary.

Ci którzy są z blogiem na bieżąco wiedzą, że już niejednokrotnie biłam się w pierś zarzekając się, że przeczytam coś z twórczości Wells'a. Ostatnim razem przy okazji wpisu o "U progu tajemnicy" jednego z filmów powstałych w oparciu o jego prozę.

Tego autora tworzącego na przełomie XIX i XX wieku kojarzą chyba wszyscy, szczególnie fani sci-fi. To jemu zawdzięczamy słynną "Wojnę światów", czy "Niewidzialnego człowieka".

Z wykształcenia był biologiem co z pewnością pomogło mu w tworzeniu wiarygodnych historii z pogranicza fantastyki i nauki, czyniąc go pionierem w tym gatunku literackim.

Przymiarkę do jego twórczości zaczęłam od "Wyspy doktora Moreau", choć plan był inny. "Wyspa Doktora Moreau" prześladuje mnie jednak od dzieciństwa i nieuchronne wyroki przeznaczenia znowu mnie do niej przywiodły.

Bladolicy Marlon Brando zafundował mi traumę w dzieciństwie, gdy jako sześcio, czy siedmioletnie dziecko obejrzałam ekranizację powieści w małym kinie niedaleko domu.

Kto wpuścił dziecko na taki film? Ano jego mama. Wspomniana mama pracowała w owym kinie i gdy nie miała gdzie podziać swojej latorośli zabierała ową ze sobą do pracy i sadzała na sali kinowej coby się młode nie plątało pod nogami.

Tak byłam najmłodszym widzem "Wyspy doktora Moreau" z '96, czy "Striptizu" z Demi Moore. Pamiętam jak dziś moje przerażenie. Nie chodzi mi tu o dyndające cycki Demi. Już napisy początkowe do "Wyspy..." wpędziły mnie w stan, który skutecznie przygwoździł mnie do fotela. Pamiętam migające obrazy krwawych ujęć wnętrzności, najpewniej zwierząt, ale kto wie, od których rozpoczynał się film. Później pamiętam 'kobietę pumę' i bladego, tłustego Marlona Brando, który wyglądał jak przywódca sekty którymi straszyła mnie siostra Remigia na religii w zerówce. Więcej nie pamiętam.

wyspa doktora moreau

Mimo, że teraz mogę się nazwać fanką horrorów, nawet tych z elementami gore nigdy więcej nie tknęłam tego filmu, choć poważnie rozważam zapoznanie się z wersją nakręconą w latach '30.

Przeczytałam natomiast książkę.

Powieść podobała mi się szalenie, a ślad pamięciowy z dzieciństwa dodatkowo podkręcał moje czytelnicze wrażenia. Mimo, że powieść Wellsa, ostatecznie okazała się raczej bezkrwawa, gdyż wszystkie haniebne eksperymenty doktora Moreau odbywały się po za wzrokiem narratora powieści, to dziecięca trauma i tak zrobiła swoje.

Dobre horrory sci-fi mają to do siebie, że nie przerażają fikcją tylko prawdopodobieństwem wcielenia tej fikcji w życie. Tak też było w przypadku historii "Wyspy..."

Jak wspomniałam, autor miał stosowne wykształcenie by zaprezentować czytelnikom wiarygodny obraz biologicznych eksperymentów dokonywanych na zwierzętach. Nie zawarł tu co prawda jakiś szczegółowych opisów. Nie było to konieczne, bo samo założenie misji Doktora Moreau wiało grozą. Jeśli dodatkowo ktoś jest wyjątkowo wrażliwy na los zwierząt, jak jak, z ową powieścią przeżyje sporo niespokojnych chwil.

Historia Edwarda to relacja z blisko rocznego pobytu na wyspie gdzie para lekarzy prowadzi eksperymenty nad zwierzęcą anatomią. Mamy tu sporo nawiązań do darwinizmu, bo ostatecznie Moreau bawi się w ewolucjonistę, który dzięki chirurgii tworzy nowe gatunki. Jego głównym założeniem jest uczłowieczenie dzikich zwierząt. Dokonując swoich zabiegów obdarza ich rozumem, zdolnością mowy i chodzenia na dwóch nogach. Daje im też bardzo ludzki wynalazek, czyli religię, która pomaga w zapanowaniu nad zwierzęcymi instynktami, które pomimo zabiegów nadal są obecne w życiu jego 'ofiar'.

Myślę, że na początku dwudziestego wieku ta opowieść musiała wyrywać z butów.

Pointą powieści jest stwierdzenie, nie zasygnalizowane wprost, ale dla mnie mocno czytelne, że wszytko działa w obie strony.

Tak jak Moreau uczłowieczał zwierzęta, tak samo można zezwierzęcić człowieka. I w dużym stopniu to właśnie spotkało narratora, który żył na wyspie i przez długi czas był kimś w rodzaju 'króla' dziwnych zwierząt.

Po powrocie do cywilizacji sam u siebie zaobserwował zachowania, które jednoznacznie wskazują jak łatwo człowiek może odrzucić to co człowiecze. Zacząć gardzić towarzystwem ludzi. Wells boleśnie przypomina nam o naszym miejscu w szeregu: ostatecznie jesteśmy zwierzętami.

Moja ocena:9/10

Tagi: książki
11:59, ilsa333
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 kwietnia 2017

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat '60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, "Bye Bye Man" nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

"Bye Bye Man" stanowi kompilacje wątków ghost story i slashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym "Koszmarze z Ulicy Wiązów".

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc "Bye Bye Man" mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 09 kwietnia 2017

Obserwując Edie - Camilla Way

obserwujac edie

Trzydziestotrzyletnia Edith spodziewa się dziecka, owocu jednorazowej przygody z kolegą z pracy. To właśnie w tej przełomowej w jej życiu chwili powraca do niej koszmar z przed lat, koszmar pod postacią dawnej koleżanki,  Heather. Edie nie chce odnawiać znajomości, zbyt mocno boi się cieni przeszłości, ale gdy po narodzinach dziecka popada w depresję, tylko Heather wyciąga do niej pomocną dłoń. Powoli wygrzebując się z dołka dostrzega, że dawna znajomość przynosi bardzo aktualne zagrożenie.

"Obserwując Edie" jest bodaj trzecią książką w dorobku brytyjskiej pisarki, Camillii Way. Na codzień autorka zajmuje się dziennikarstwem co szybko można wyczuć obcując z jej powieścią. Co by nie mówić o 'hienach dziennikarza' ich praca uczy przekazywania informacji w skonsolidowanej formie, więc gdy przychodzi im zabrać się za dłuższą formę literacką unikają wpadek, które często bywają udziałem pisarzy nie poddawanych uprzednio dziennikarskiej tresurze.

Książkę wchłonęłam na raz, co bardzo dobrze o niej świadczy, bo wcale nie cierpię na nadmiar wolnego czasu i takie sytuację zdarzają mi się z rzadka. Powieść wciąga od pierwszej chwili.

Kolejne rozdziały podzielone są między retrospekcje i relacje z obecnych wydarzeń. Mamy tu dwie narratorki, tytułową Edie, która odpowiada za relacjonowanie teraźniejszości i Heather, której przypadło niewdzięczne zadanie babrania się w brudach przeszłości. Mamy więc dwie perspektywy z których wyłania się podział na bohaterkę i antybohaterkę. Ten zabieg, z resztą będzie przyczyną sporego zaskoczenia w finale.

To co jest najmocniejszym elementem całej gry pomiędzy autorem a czytelnikiem, to napięcie. Powieść wcale nie jest długa, jednak przyjdzie nam długo poczekać na wielki finał. Wielki finał to oczywiście dojście do sedna sprawy. Dlaczego Edie tak bardzo boi się Heather? Co wydarzyło się latem przed siedemnastoma laty? Dlaczego Heather wróciła do życia Edie? Czego od niej chce?

Gdyby nie bardzo dobra warstwa psychologiczna powieści nie byłoby mowy o takich wrażeniach.Postaci obydwu bohaterek są bardzo dobrze skonstruowane, a misterna sieć ich pogmatwanych relacji sprawia, że możemy się tu spodziewać wszystkiego.

Czytaliście "Dziewczyny, które zabiły Chloe"? Tu mamy do czynienia z bardzo podobnym chwytem. Dwie narracje, retrospekcje i teraźniejszość, dwie przyjaciółki z 'przeszłością', ofiary pewnych wydarzeń i do samego końca nie wiadomo kto jest winien.

Tu jest bardzo podobnie i powiem więcej, tu jest lepiej. W "Dziewczyny..." jednym z moich zarzutów były dłużyzny w fabule, tu tego nie ma.

Tak więc, "Obserwując Edie" mogę polecić wszystkim z czystym sumieniem.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl