What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
wtorek, 28 czerwca 2016

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są "Dzieci przeklętych". Czy jest to sequel "Wioski przeklętych", czy może readaptacja "Kukułczych jaj z Midvich"?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla "Wioska przeklętych" traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku "Dzieci przeklętych" mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą 'na większą skalę'.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają 'wspólną świadomość'.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co 'pierwowzór'. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W "Wiosce przeklętych" ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku "Dzieci przeklętych"  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek 'ojców'. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o 'przeklętych dzieciach' poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w "Dzieciach przeklętych" historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały "Wioski przeklętych" odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dread/ Lęk (2009)

dread

Troje studentów, Quaid, Stephen i Cheryl kręcą dokument w ramach pracy zaliczeniowej. Tematem ich filmu ma być lęk i mają się na niego składać wywiady z ochotnikami opowiadającymi o swoich najpotworniejszych lękach. Studencki projekt szybko nabiera innego znaczenia. Dokumentaliści sami bowiem targani są przez najróżniejsze lęki w ciężkich postaciach. Jedno z nich postanawia wyzbyć się strachu.

Anthony DiBlasi to brytyjski reżyser i scenarzysta, któremu zawdzięczamy takie produkcje jak "Cassandaga", czy "Last Shift". Lęk był jego debiutem w pełnym metrażu i jednoznacznie wytyczył gatunkową drogę jaką obecnie podąża twórca.

Scenariusz filmu oparto o powiadanie Clive'a Bakera. No, aż mi wstyd, że w ogóle nie miałam do czynienia z tym autorem 'w wersji literackiej'. Historia ma duży potencjał i w dużej mierze został on wykorzystany.

"Lęk" nie jest horrorem, tylko thrillerem, ale to wcale nie znaczy, że nie uświadczymy tu mocnych fragmentów typowych dla kina grozy. Co prawda ostra jazda zaczyna się długo po półmetku, ale myślę, że jest świetnym zwieńczeniem obraz szaleństwa jaki tworzy ten film.

Wszytko zaczyna się od trójki bohaterów. Stephen w dzieciństwie stracił starszego brata. Jego lęk wiążą się z gwałtowną, nieoczekiwaną śmiercią jaka spotkała jego bliskiego. Obok, mamy prowodyra całego projektu, Quida, który niechętnie przyznaje się do swoich fobii. Jego strach wiąże się z morderstwem rodziców, którego był świadkiem. Jak mocno odcisnęło się to na jego psychice możemy stwierdzić po bogatej zawartości jego apteczki z lekami.

dread

Na koniec mamy śliczną Cheryl, zapaloną wegetariankę. Jak się okazuje jej nawyki żywieniowe również wiążą się z traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Jej wstręt do mięsa to coś więcej niż ideologiczna awersja.

Lwia część fabuły składa się z wątków dramatycznych i obyczajowych. Tylko jednorazowe przebłyski szaleństwa w oczach jednego z bohaterów zmieniają ogląd na ten film.

Szaleństwo będzie się oczywiście rozkręcać. Bohater, który go doświadczy nie marzy o niczym innym jak uleczeniu się z lęku. Szukając społecznego dowodu słuszność tezy o możliwości ozdrowienia angażuje w swoje 'próby' innych lękowców. Konfrontuje ich z ich lękami w coraz okrutniejszy sposób.

Eskalacje jego działalności zobaczymy dopiero na finiszu filmu. Tu sceny z udziałem jednej z bohaterek z miejsca mogą awansować ten film z thrillera na horror. Dziewczyna zostanie postawiona twarzą w twarz ze swoją największą fobią - mięsem. Co będzie silniejsze, walka o przetrwanie, czy lęk?

SPOILER: Fragment, w którym widzimy jak bohaterka wpieprza gnijące mięcho,  ze zjełczałym tłuszczem, pełne larw, zielonkawe... uh... nie polecam jeśli macie wrażliwy żołądek.... KONIEC SPOILERA.

Finał przyniesie zresztą ofiary w ludziach. Im bliżej końca tym sceny zgonów są mocniejsze okraszone większym ładunkiem emocjonalnym i wywołujące przeróżny wachlarz reakcji - na przykład chęć rzygnięcia w ekran.

dread

Nie spodziewałam się takich atrakcji po tym filmie, gdy widziałam go pierwszy raz. Zapamiętałam go jednak jako coś totalnie odjechanego i gdy teraz podeszłam do niego ponownie, po kilku latach byłam zdziwiona. Co zrobiło na mnie takie wrażenie? Co pozwoliło mi go zapamiętać? Cóż... dowiedziałam się gdy nastąpił finał.

Może się zdarzyć, że dla kogoś sam finał jak mocny by nie był to za mało by docenić walory grozy w danym filmie. Tu mamy trochę taki przypadek. Nie dzieje się nic wielkiego, a tu nagle BUM.

dread

Dominujące tu wątki obyczajowe i psychologiczne będą chyba niezłą rekompensata dla niecierpliwców. Według mnie to stopniowe rozgrzebywanie tematu fobii stanowi ciekawe studium psychologiczne. Jeśli ktoś cierpi na fobię z boku może to wyglądać dziwnie, ale poznanie smaku paraliżującego lęku na sobie zmienia perspektywę.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

niedziela, 26 czerwca 2016

The Conjuring 2: The Enfield Poltergeist/

Obecność 2 (2016)

conjuring

W Londyńskiej dzielnicy Enfield przy 284 Green Street jeden z szeregowych domów wynajmowała samotna matka czwórki dzieci, Penny Hodgson. Pewnej nocy jej córka Janet zaczęła doświadczać dziwnych zjawisk. Słyszała głosy, lunatykowała, aż w końcu wraz z siostrą Margaret były tak przerażone, że nie chciały przekroczyć próg własnego pokoju. To co się w nim wyprawiało można uznać za klasyczny przykład nawiedzenia. Przedmioty, nawet ciężkie meble, samoistnie się przesuwały. Przybierając na sile ,emanacje te objęły cały dom, gdzie bez przerwy coś się poruszało, trzeszczało, zgrzytało. Rodzina czuła się zagrożona i desperacko potrzebowała pomocy.

Historię poltergeista z Enfield, który w latach siedemdziesiątych nawiedzał rodzinę Hodgsonów po raz pierwszy poznałam dzięki mini serialowi "The Enfield Haunting" inspirowanym udokumentowanym wydarzeniami. Teraz tę samą historię, po swojemu, z większym przytupem opowiada James Wan.

Film stanowi sequel "Obecności" z 2013 roku i podobnie jak poprzednik skupia się na historii nawiedzonego domu, którego mieszkańcy szukają pomocy u słynnych łowców duchów Ed'a i Lorraine Warren.

conjuring

Obraz w dużej mierze odwzorowuje wydarzenia w takim kształcie w jakim zostały zapamiętane przez ich świadków. Dopuszcza rodzące się wątpliwości, które pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś zaczyna wykrzykiwać że jego dom jest nawiedzony a dziecko opętane.

Te wątpliwości, tak oczywiste, są w przypadku "Obecności 2" dużo bardziej wyeksponowane niż w przypadku 'jedynki'. To chyba taki ukłon w stronę sceptyków. Efekt tego jest taki, że fabula wydaje się bogatsza i mniej jednoznaczna w odbiorze. Oczywiście ostatecznie wszytko sprowadza się do tego, żeby utrzeć sceptykom nosa i pokazać jak to duch się rozszalał, ale nie ma się temu dziwić, bo kogo miałby przerazić fakt, że gówniara chciała zwrócić na siebie uwagę, a jej matka zarobić na całym zamieszaniu. "Obecności" są horrorami, a więc dom musi być nawiedzony.

conjuring

Wiecie zapewne, bo wcale tego faktu nie ukrywam, że nie należę do grona zachwyconych fanów "Obecności" z 2013 roku. Robiłam chyba ze trzy podejścia do tego filmu i za każdym razem widziałam w nim to samo: jałowość schematu i entuzjazm wobec efektów specjalnych. Owszem film jest dobrze zrobiony, jest wręcz podręcznikowy, ale jakoś zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła i nic na to już nie zaradzę. W przypadku 'dwójki' jest nieco lepiej. Może dlatego, że sama historia, na której oparto fabułę jest bardziej złożona i dzięki temu nie nudzi?

Bardzo przypadła mi do gustu postać Penny Hodgson, która nie była łatwa do ocenienia, sama Janet wypadła blado, ale tak ją skrojono. Jeśli chodzi o fabułę, to cieszy mnie, że pojawił się tu fabularny twist tuż przed finałem, bardzo fajnie przedstawiony i trzeba przyznać, nawet z pomysłem.

Co do tego, co fani Wana cenią najbardziej, czyli straszne momenty to nie było źle. Myślę, że udanych scen było więcej niż w jedynce, ale to gra cieni i świateł jest znakiem firmowym Wana i tu pokazał co potrafi.

conjuring

Film ogląda się przyjemnie. I tyle. Dla mnie jest to nadal bardzo komercyjne przedsięwzięcie i jego walory nie zaspokajają moich apetytów. Jest zbyt... zwyczajnie.

Druga rzecz, nie lubię takich nachalnych gloryfikacji postaci łowców duchów. Szczerze mówiąc nie mam o nich najlepszego zdania. 'Superwarrenowie' mnie nie potrafią kupić.

conjuring

Nie wiem, czemu ale ilekroć staram się polubić tą, chyba już można powiedzieć serię, zawsze przypomina mi się "Lake Mungo", chyba mój ulubiony współczesny film o duchach - i jest pozamiatane.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabula: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

59/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 24 czerwca 2016

W stronę grozy - Viveca Sten

w strone grozy

Przerażona kobieta w wigilijną noc szuka schronienia w Hotelu Żeglarskim w Standhamn. Czuje się bardzo źle, wychodzi jednak w zimną noc na zewnątrz. Nazajutrz jej zwłoki zostają znalezione przez przypadkowego świadka. Morderstwo, czy nieszczęśliwy wypadek? O tym co spotkało znaną dziennikarkę, korespondentkę wojenną dowiemy się gdy sprawa traf w ręce policjanta Andreassona i jego współpracowników.

Niedawno pisałam o innej, wcześniejszej powieści szwedzkiej pisarki Vivecy Sten. "Gorączka chwili", piątka z kolei powieść autorki, i jednocześnie część cyklu o sprawach kryminalnych w Standhamn przekonała mnie na tyle by sięgnąć po szóstą powieść Sten - "W stronę grozy".

Po dwóch podejściach do jej prozy mogę już wyrabiać sobie jakieś pojęcie o stylu autorki. Sten pisze dobrze, przystępnie, jak na razie udaje jej się unikać patosu, a wątki obyczajowe też są do przełknięcia.

To co najważniejsze w gatunku, czyli intryga, tajemnica, zagadka i morderstwo wychodzi jej wyśmienicie. Już drugi raz Sten udało się skonstruować fabułę powieści na tyle sprawnie, że nie przewidziałam wyniku rozgrywki na przedbiegach. Coś mi zaświtało, ale już raczej bliżej końca. A że finałów Sten nie zwykła rozwlekać mogę powiedzieć, że przez całą lekturę trwałam w niewiedzy. To bardzo dobrze, potwierdzi to każdy kto często czytuje tego rodzaju powieści. Nie ma nic gorszego niż autor biorący czytelnika za idiotę, liczący, że ten nie umie dodać dwa do dwóch. Sten kombinuje tak, że najlepsze zostawia na koniec, konsekwentnie unikając potknięć.

"W stronę grozy" jest trochę polityczne. Pisarka wprowadziła tu wątek dziennikarki altruistki, która za wszelką cenę dąży do zdemaskowania zbrodniczych działalności człowieka. Postać ta nie jest jednak kryształowa i to też plus.

Gdy dziennikarka zostaje znaleziona martwa pojawia się wiele tropów. Ex mąż walczący o opiekę nad córką, rodzinna tajemnica, niebezpieczna praca ofiary i wrogowie w kręgach politycznych. Polityki jest tu zresztą sporo i niestety autorka bardzo kategorycznie objaśnia tu swoje stanowisko. Poglądy tego typu raczej nie sprawdzą się w naszej pięknej ojczyźnie i to może być gwóźdź do trumny dla promocji "W stronę grozy" w Polsce.

Uspokoję Was jednak, paradoksalnie polityka nie gra tu pierwszych skrzypieć.

To co w tej całej rozgrywce podobało mi się najbardziej to bijący z nich chłód. Nie mam tu na myśli jedynie powieściowego tła, obrazu szwedzkiej zimy, a głównie zimnokrwistego antybohatera, który zaskakuje rozwagą i premedytacją.

"W stronę grozy" nie jest powieścią wysokich lotów, raczej czytadłem, doskonałym na kocyk do opalania. U mnie w takie roli sprawdziła się doskonale.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

czwartek, 23 czerwca 2016

The Cell/ Komorka (2016)

komórka

Clay Riddell właśnie wracał z owocnej rozmowy z potencjalnym wydawcą swojego nowego komiksu, gdy ludzie na lotnisku zaczęli wariować. Rzucali się na siebie jak w amoku, zagryzali jak zwierzęta.

Przerażony Clay znajduje schronienie w tunelu metra, gdzie spotyka kilku innych ludzi, których w jakiś sposób ominęło zbiorowe szaleństwo. Wszyscy zgodnie dochodzą do wniosku, że winę za nagły przypływ agresji ponoszą sygnały komórkowe - każdy kto rozmawiał przez telefon w tej jednej chwili teraz przypomina... zombi.

Komórkowa apokalipsa zatacza ogromne kręgi, niewiele jest osób, które pozostały przy zdrowych zmysłach. W tym wszystkim nasz czołowy bohater i jego przyboczni próbują ratować życie swoje i bliskich.

Niedawno wspominałam o ekranizacji "Komórki" Stephena Kinga przy okazji recenzji książkowego pierwowzoru. Jeśli nie pamiętacie, przypomnę, że nie szczególnie mnie ta powieść porwała, zaznaczyłam jednak, że stanowi doskonały materiał pod scenariusz post apokaliptycznego horroru.

cell

Byłam nawet trochę ciekawa tego filmu, zwłaszcza, że jego reżyserem miał być Eli Roth. Roth gdzieś tam po drodze się zgubił i stery przejął ktoś zdecydowanie nie posiadający Roth'owskiego pazura.

King ma fart do dobrych ekranizacji, nawet jeśli literacki pierwowzór jest 'taki se' - tak było chociażby w przypadku "1408" - to filmowcy potrafią postępować z jego działami z klawym efektem.

W przypadku "Komórki", niestety, mamy przeciętną książkę i jeszcze gorszą ekranizację. Oglądając ten film na prawdę zaczęłam doceniać powieść, raptem okazało się, że nie jest taka zła:) A film, film jest po prostu nudny.

Tak, jest nudny, co dziwić powinno i dziwi zważywszy na niezwykle dynamiczną historię, opowieść snutą w nieustannej drodze.

Mimo tego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że finalny scenariusz jest okrojoną wersją innego znacznie bardziej rozbudowanego scenariusza. W fabule nagminnie pojawiają się luki. Tak jakby ktoś płat po płacie odcinał elementy tej historii zostawiając tylko suchy ogryzek. Zrezygnowano z wielu rzeczy, chyba z braki czasu, zabrakło go na refleksje, czy sensowniejsze dialogi. Widać to też w montażu - podejrzewam, że pokroili scenariusz, a później jeszcze wycieli lwią część nakręconych scen. A zostawili, to co najmniej ciekawe. Standardowe sceny rodem z kina akcji gdzie czternastoletnia gówniara wywala z dwóch pistoletów jednocześnie jak "Leon zawodowiec".

Zmian fabularnych względem książki też jest sporo. Scenariusz pisał między innymi King i znowu skorzystał z okazji by zmienić zakończenie swojej historii. Charakterystyka postaci też nie bardzo się zgadza. Clay miał być przeciwnikiem komórek tymczasem tylko padnięta bateria uratowała go przed podzieleniem losu komórkowych szaleńców.

cell

Toma, przybocznego Clay'a też wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, tymczasem do tej roli upchnęli Samuela L Jacksona chyba licząc na powtórkę sukcesu duetu Cusak - Jackson w "1408". W postać Alice trochę życia tchnęła 'Sierotka' Isabelle Fuhrman, choć scenariusz mocno spłaszczył tę bohaterkę. Bardzo niewiele uwagi poświecono antagoniście, przywódcy 'komórkowych' i to też minus.

cell

Plus odnajduje natomiast w sposobie ukazania zbiorowego bohatera 'komórkowych szaleńców'. Wpadają na prawdę pomysłowo, choć nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z "Inwazja porywaczy ciał" z 1978 gdy otwierali paszcze na całą szerokość. Obawiałam się, że twórcy pójdą na łatwiznę i ukażą ich po prostu, jako zombie, ale nie, byli czymś pomiędzy cyborgami a kosmitami. Emitowali interesujące dźwięki co dawało ciekawy efekt.

Nie mniej jednak smutna prawda jest taka, że przez większość seansu trwałam z znudzeniu, a nie tego oczekiwałam po kinie czysto rozrywkowym.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

49/100

W skali brutalności:2/10

10:55, ilsa333
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 czerwca 2016

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego."Zagłada domu Usherów" jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku "Grobowca Ligeii" Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o "Zagładę domu Usherów" to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

"Zagładę domu Usherów" ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy "Zagłada domu Usherów" Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 16 czerwca 2016

Passangers/ Ocaleni (2008)

ocaleni

Młoda terapeutka Claire dostaje zadanie stworzenia grupy wsparcia dla kilku pasażerów, którzy cudem wyszli cało z katastrofy samolotu. Jej szczególną uwagę zwraca przystojny Eric i w związku z tym ich kontakty szybko wyjdą po za psychoterapeutyczny kontrakt.

Reszta pasażerów skupia się nie tyle na przepracowaniu traumy i pójściu naprzód co na udowodnieniu iż za tragiczny wypadkiem stoi coś więcej niż nieuwaga pilota. W końcu także Claire nabiera pewności, że jej podopieczni padli ofiarami spisku linii lotniczych, które dążą do zatuszowania przyczyn katastrofy. Kiedy pacjenci zaczynają 'znikać' młoda terapeutka jest już pewna, że coś jest nie tak.

"Ocaleni" to dość podręcznikowy przykład kina z aspiracjami do dorównania najlepszym reprezentantom gatunkowego thrillera. Wykorzystuje znane motywy i chwyty w celu wyprowadzenia widza w pole i poruszenia wrażliwszych strun w gamie emocji. Jestem pewna, że w przypadku sporego odsetków widzów się to udaje, lecz obiektywnie patrząc nie jest to film najwyższych lotów. Kiedy już poznamy jego zakończenie dostrzeżemy nie tyle zgrabny przebieg całej intrygi ile masę błędów w scenariuszu, które utrudniły rozszyfrowanie zagadki. Film ma braki, ale mnie i tak kupił, bo płaczliwa idiotka i co poradzę?

Pewien problem stanowi fakt, że filmowi bliżej jest jednak do dramatu psychologicznego  niż do thrillera, choć litościwie można go do tej drugiej grupy przygarnąć. Większa część fabuły nie bardzo mnie ruszyła. Wątek romansu z pacjentem jest słaby, a jego części składowe za bardzo śmierdzą Nicolasem Sparksem. Co ciekawe, po twórcy serialu "In Treatment" spodziewałam się większego zaangażowania w sklicenie postaci psychoterapeutki. Claire jest jakaś nijaka. Dużo lepiej spisuje się grono jej pacjentów, ale też bez fajerwerek.

ocaleni

Same próby wmówienia widzowi, że ma tu do czynienia ze spiskiem, że pasażerowie znikają za sprawą intrygi linii lotniczych nie bardzo zadziałał w moim przypadku. Jedyne co mnie 'wzięło' w tym filmie to finał.

Oczywiście gdyby wcześniejszy przebieg fabuły był ciekawszy wrażenie było by dużo lepsze, a tak odebrała to zakończenie jako nagle wybudzenie z letargu. Wybudzenie z letargu było gwałtowne, choć wcale nie mogę powiedzieć bym nie spodziewała się takiego zakończenia. Gdzieś po drodze przemknęła mi taka myśl.  Jak na płaczliwa idiotkę przystało roniłam łzy przez minut kilka wzruszona tym co powiedział Eric i tym co w końcu dotarło do Claire. Pies, nauczyciel i ciotka, to był bodziec do mojej reakcji.

ocaleni

Doceniam ten tani chwyt z wyciśnięciem łez, choć wątpię by wielu widzów podzieliło moją żywą reakcję:)

Ciężko mi będzie ten film ocenić, bo nic po za finałem praktycznie mi się nie podobało. I co ja mam z nim zrobić?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:7

57/100

W skali brutalności:0/10

środa, 15 czerwca 2016

Yoga/ Joga (2009)

yoga

Hyo-jung zbliża się do trzydziestki i zaczyna tracić grunt pod nogami. Jej chłopak jest miłym chłopakiem i niestety niewiele ponad to. W pracy zaczyna być wypierana przez młodszą i atrakcyjniejszą koleżankę, w związku z czym dopada ją kryzys. Jak sama mówi, stoi nad krawędzi i ma ochotę skoczyć by umrzeć i narodzić się na nowo.

Wtedy właśnie spotyka dawną znajomą, która przeszła swoista metamorfozę, a wszytko to za sprawą ekstremalnego kursu jogi. Hyo-jung postanawia udać się na te same zajęcia. Tak trafi do posiadłości, której właścicielką jest niegdysiejsza gwiazda kina i to ona wprowadzi dziewczynę w ostatni krąg wtajemniczenia. Jednak zanim to nastąpi Hyo -jung musi udowodnić, że zasługuje na zgłębienie tajemnicy najwyższego piękna i perfekcji. Wraz z kilkoma innymi bidulkami musi wytrzymać tydzień surowej tresury i bezwzględnie przestrzegać zasad, w przeciwnym razie...

yoga

Pierwszy raz zetknęłam się z tym obrazem kilka lat temu i pamiętam, że spodobał mi się od razu. Teraz, kiedy naszło mnie na skośne kino grozy postanowiłam odświeżyć właśnie ten obraz. Jest to film Koreański, więc w mojej ocenie praktycznie pewniak. Taktuje o lękach współczesnych kobiet, nie tylko tych z krajów Azjatyckich.

Hyo-jung jest jedną z wielu kobiet, które czują, że nie wykorzystują swojego potencjału. Zamiast być wiecznie piękną, młodą i idealną jest zwykłą dziewczyną nieradzącą sobie z presją pracy jako prezenterka telezakupów. Jeszcze trochę i całkiem wypadnie z obiegu. Desperacja pcha ją w szpony ekstremalnych technik odnowy - fizycznej i duchowej.

yoga

Wraz z nią do królestwa jogi trafiają inne kobiety borykające się z podobnymi kłopotami. Przez lwią cześć filmu widzimy jak kobiety walczą z ze sobą. Powstrzymują się przed tym co zakazane i starają się sprostać wymaganiom kursu. W końcu kolejno wymiękają, a konsekwencje złamania zasad są o wiele gorsze niż wydalenie z kursu.

yoga

A co z tą której się uda? Czy perfekcja jest w ogóle możliwa dla zwykłego człowieka?

Jak na skośny horror przystało mamy tu spora warstwę paranormalną, która w drugiej części filmu zaczyna górować nad warstwą psychologiczną. Będą więc czarnowłose upiory i zjawiska nie z tej ziemi. Jest to jednak tylko środek do tego by ukazać jak niszczącą siłę nosi w sobie każdy człowiek.

Wedle mojej oceny to dobrze przemyślany film. Jest w nim wszytko co być powinno, a środki przekazu, są typowe dla kina azjatyckiego. Jest w tym groza ale i subtelność, jest wszytko to, co nam Europejczykom wydaje się dziwaczne i odmienne.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Buio Omega aka  Beyond darkness/ Mroczny insynkt (1979)

mroczny instynkt

Młody dziedzic gotyckiej willi traci ukochaną. Piękna Anna umiera nagle, pozostawiając nieutulonego w żalu Francesco. Chłopak postanawia pokonać barierę życia i śmierci. Wykrada zwłoki dziewczyny z cmentarza, zanosi do domu i preparuje, tak jak robi to w ramach hobby z martwymi zwierzętami.

Miłość do zwłok rodzi jednak wiele problemów natury organizacyjnej toteż Francesco chcąc ukryć swój makabryczny proceder odsyła na tamten świat kolejne przypadkowe dziewczyny. Temu wszystkiemu ze stoickim spokojem przygląda się posągowa służąca, Irys, która chce być dla chłopaka matką i kochaną.

O twórczości włoskiego reżysera Joe D' Amato pisałam tylko raz, w przypadku wpisu o "Ludożercy". Tamten film, jak na ironie całkowicie odbiegający od moich filmowych upodobań, przypadł mi do gustu. Stąd też dziś na tapecie kolejne dzieło Włocha, "Mroczny instynkt".

Jeśli macie  pamięci to, co napisałam o "Ludożercy" domyślacie się czego możecie się spodziewać po "Mrocznym instynkcie".

Jest to film niesławnego nurtu exploration z dużą dawką gore, nastawionego na wyeksponowanie jak największej ilości scen napawających obrzydzeniem. W przypadku "Ludożercy" były to głównie sceny konsumpcji ludzkiego mięsa, flaków etc. W przypadku "Mrocznego instynktu" mamy więcej najczęściej niesmacznego erotyzmu, ale widoków poćwiartowanych ciał, czy wylewających się organów też nie zabraknie.

mroczny instynkt

Już sama scena, w której Francisco kroi swoją Annę,wyciąga kolejne organy, z czego każdy możemy dokładnie obejrzeć. Później zobaczymy jak w asyście swojej niegdysiejszej piastunki Irys rozczłonkowuje zwłoki autostopowiczki i rozpuszcza je w wannie wypełnionej kwasem. Mocna rzecz:)

mroczny instynkt

To chyba jednak nie mierzi najbardziej. Dla mnie najokrutniej miażdżące są tu elementy nekrofilskie. Już sam sposób w jaki Francisco patrzy na martwą Annę ułożoną w jego łóżku przyprawia do bardzo nieprzyjemne myśli. Jest jednak więcej mogących Was zniesmaczyć elementów, nawet podtykająca mu pod dziób swoją pierś Irys wypada w tym wszystkim niesmacznie. Co prawda nie zobaczymy jak Francisco kopuluje ze zwłokami, to chyba nawet jak na D' Amato- twórce również porno - było za dużo. Zobaczymy natomiast jak Francisco próbuje uprawiać seks z żywą laską tuż obok martwej Anny.

mroczny instynkt

Jest na co popatrzeć moi drodzy, jednak na waszym miejscu zawczasu zadbałabym o papierowe torby w razie gastrycznej rewolucji.

Temat filmu jest, jaki jest, nekrofilska obsesja i krwawe mordy. Mnie postać głównego bohatera skojarzyła się z niesławnym doktorem Carlem Tanzlerem, który to tak zakochał się w swojej pacjentce, że po jej śmierci zatargał do domu jej trupa i... i posunął się dalej niż bohater włoskiego horroru. Posuwał się aż mu ukochana całkiem zgniła. Wtedy połatał zwłoki jak mógł, zamontował im sztuczną pochwę w postaci rurki i tak sobie uprawiał kult miłości przez... 9 lat.

Czyli już wiecie, że Francisco nie był jeszcze tak porąbany jak być mógł:)

mroczny instynkt

Obraz D'Amato mimo tej całej obrzydliwości ogląda się całkiem przyjemnie. Przyjemnie, bo jest dobry technicznie. Z kadrów bije sielskość, włoskie słońce nie psuje jednak klimatu grozy, paradoksalnie podkreśla ją lepiej niż słabo oświetlone nocne plenery. Za muzykę odpowiadają The Goblins, nadworni muzycy Dario Argento, więc i pod tym względem wszytko jest spójne. Aktorstwo, podobnie jak w "Ludożercy" jest dość manieryczne, okrzyki umierających trącą orgazmicznym spazmem rodem z porno, ale tak to już bywa z włoskimi horrorami.

"Mroczny instynkt" nie jest dla każdego, więc jak mam zgorszyć jakąś wrażliwą duszę wolę nie polecać go jako rozrywkę uniwersalną - raczej dla wybrańców.

mroczny instynkt

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W sakli brutalności:4/10

niedziela, 12 czerwca 2016

White Noise/ Głosy (2005)

&

White Noise 2: The Light/ Głosy 2 (2007)

głosy

głosy

Horrory "Głosy"  i "Głosy 2" poruszają wątek komunikacji z zaświatami. O ile w przypadku pierwszego faktycznie mamy do czynienia z tytułowymi głosami, które zostają zarejestrowane przy pomocy aparatury EVP o tyle w przypadku sequelu bohater nie tyle słyszy osoby z zaświatów, ile dostrzega kto wkrótce dołączy do świata zmarłych. Obydwa filmy różnią się od siebie zasadniczo jeśli idzie o główny wątek, ale tak to bywa gdy kontynuacja danej produkcji przechodzi w ręce zupełnie innych twórców.

"Głosy" nakręcone w 2005 roku przez reżysera zajmującego się głownie produkcjami telewizyjnymi spotkały się z uznaniem widzów. Krytycy entuzjazmu raczej nie podzielali i trudno się temu dziwić, bo wątek nagrań z tamtej strony jest bardzo popularny w kinie grozy i ciężko wprowadzić do niego jakieś innowacje. Dodatkowo relatywnie niewielki budżet i mało znane nazwiska twórców nie obligowały krytyków do cieplejszych reakcji. Gdyby za ten sam film miał odpowiadać ktoś ceniony w świecie kina opinie krytyków byłyby zupełnie inne, a dystrybutorzy postaraliby się by powtarzalność schematu przedstawić jako hołd klasycznemu ghost story.

"Głosy" mimo letnich emocji przedpremierowych zyskały uznanie publiczności, a nakręcenie sequelu filmu jest tego najlepszym dowodem.

Mnie film przypadł do gustu, ale raczej nie postawiłabym go na podium ulubieńców.

Fabuła filmu traktuje o wdowcu, który w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił ukochaną żonę. Mało tego kobieta była w ciąży więc żałoba mężczyzny jest podwójna. Pewnego dnia John Rivers spotyka osobliwego amatora EVP. Raymond, który przed laty stracił ukochanego synka zdołał stworzyć swoisty kanał komunikacji z 'tamta stroną'. Od lat nagrywa głosy zmarły, którzy chcą skomunikować się z żyjącymi bliskimi. Teraz do Raymonda zgłasza się zmarła żona Johna.

Podobnie jak niegdyś Raymond tak teraz John odnajduje pocieszenie w nowym zajęciu. W pewnym momencie ze zdziwieniem odkrywa, że kontakt przy pomocy EVP jest bardziej złożony i nie polega tylko na odławianiu wiadomości z tamtej strony.

głosy

Od tej przełomowej chwili akcja nabiera rozpędu, ale nie następuje on na zasadzie nieprzewidzianego zwrotu akcji. Jest raczej konsekwencją sprawnie zbudowanego napięcia, które w tym momencie doszło już do określonego etapu.

Pierwsza partia filmu, gdy bohater przeżywa żałobę i towarzyszące jej ekscesy związane z głuchymi telefonami z numeru zmarłe żony mogą wzbudzić spory niepokój. Kamieniem milowym jest jednak moment, w którym John zasiada za aparaturą i odbiera pierwsze komunikaty z tamtej strony.

Sceny komunikacji są w zasadzie jedynymi, które mogą spełnić wymogi gatunkowe horroru. Wypada to nie licho choć miłośnicy bardziej nachalnych emanacji duchów mogą być rozczarowani. Mnie to całkowicie zadowoliło, bo nie lubię przesady.

Z biegiem czasu wszytko nabiera rozpędu aż do finału, który nie do końca spełnił moje oczekiwania. Mimo to uważam, że film ma więcej plusów niż minusów.

Weźmy choćby wątek przewodni, czyli motyw EVP, aparatury, która pozwala odłowić komunikaty wysyłane zza światów. Nie jest to jakaś totalna lipa i wymysł twórców filmu, bo już od lat '30 XX wieku trwają badania mające potwierdzić, że to co można zarejestrować gdzieś na granicy szumu jest głosem zmarłych chcących w ten sposób przekazać wiadomość żyjącym. Sprawą interesował się sam Thomas Edison, a dziś mimo wielu sceptycznych głosów na ten temat, wiele osób roszczących sobie prawa do miana łowców duchów posiłkuje się sprzętem zbudowanym na bazie EVP.

głosy

Drugi ogromny plus daję za subtelność. Twórcy nie skupili się na stworzeniu najbardziej odjechanych wizualizacji duchów, lecz na sugestii. Coś tam widać, coś tam słychać. To coś nie wyskoczy z szafy nie zwiśnie pod sufitem. Wszystkie działania mające na celu wzbudzenie niepokoju są każdorazowo podkreślane stosowną tonacją ścieżki dźwiękowej.

Trzeci plus za obsadę, tu głównie za Michaela Keatona, który dużo zdziałał w kwestii budowy warstwy dramatycznej filmu. Ostatecznie to właśnie ona dominowała nad tym co w filmie paranormalne.

To udany film, ale raczej nie dla amatorów silnych wstrząsów i dosłownych zagrań.

Sequel powstał już w dwa lata po komercyjnym sukcesie jedynki. Sprawę przejęli amatorzy remake'ów, którzy jak dotąd nie zrobili nic co zwaliłoby mnie z nóg, albo zaskarbiło choć odrobinę sympatii. Nie mam złudzeń względem motywacji jaka natchnęła obydwu panów do pracy nad sequelem "Głosów".

A sequel jak sequel, jest nieco desperacką próbą powtórzenia sukcesu pierwszego filmu. Szczęśliwie nie jest żałosną kalką, wprowadza sporo nowości. Punktem wspólnym jest bohater, który straci żonę i dziecko po czym dostaje od losu możliwość ingerencji w świat zmarłych.

głosy

Tu nie chodzi o komunikacje, nie chodzi o nagrania i głosy. Abe w wyniku śmierci klinicznej nabawił się zdolności widzenia tego, co mogę nazwać 'aurą śmierci'. Mężczyzna dostrzega unoszący się nad niebawem martwym człowiekiem świetlny rozbłysk. Co w związku z tym może zrobić widząc, że ktoś 'śmiertelnie lśni'? Ano, może go ratować. Co z tego wyniknie? Możecie się domyślić i pewnie przyjdzie Wam to równie łatwo jak mnie.

W zasadzie można by ten film spokojnie potraktować jako odrębną produkcję. Przypięcie do niej znanego tytułu było uzasadnione komercyjnym zagraniem, niczym więcej.

głosy

Film ma zupełnie inny klimat, w zasadzie ciężko mi go nazwać horrorem. To takie trochę "Zdarzyło się jutro" z mniej pogodną muzyką i mało optymistyczną pointą. Na dobitkę dorzucono tu jeszcze wątki religijne. Takie pokraczne i zupełnie nie wpasowane, jakby wstawione w desperacji, bo 'czegoś nam brakuje'.

Oczywiście może się podobać, ale jak dla mnie był zbyt przewidywalny bym mogła uznać seans z nim za atrakcyjny, a innych przymiotów po za fabułą na których można by skupić uwagę praktycznie nie posiadał. Jak dla mnie produkcja zbędna. Jak to sequel:)

Moja ocena:

Głosy: 7/10

Głosy 2: 5/10

sobota, 11 czerwca 2016

Bates Motel/ Motel Bates (2016) - Sezon 4

bates motel

Czy ktoś jeszcze śledzi losy młodego Normana Batesa, bohatera "Psychozy"? Już prawie zapomniałam o tym serialu i gdyby nie przypadek przegapiłabym pojawienie się nowego sezonu.

I powiem Wam, że byłoby szkoda, bo to jak do tej pory najlepszy sezon "Motelu Bates".

Już w pierwszym odcinku Normanek przyodziewa maminy szlafroczek i wymierza sprawiedliwość pewnej kobiecie. Jak wspomniałam przy wpisie o sezonie trzecim szaleństwo Normana znacznie się rozwinęło, jego zaburzeniom poświecono znacznie więcej uwagi niż przez dwa pierwsze sezony razem wzięte.

Czwarty sezon praktycznie eliminuje wątki poboczne. Emma, Dylan, i inni schodzą na dalszy plan, a młody Bates coraz bardziej szaleje.

Ze wszystkich dziesięciu odcinków, bo tyle zwykł liczyć przeciętny sezon, najlepszy okazał się odcinek drugi, w którym Norman już po zabiciu bogu ducha winnej przybłędy w przebłysku niejasnego wspomnienia zaczyna obarczać winą za swojej zbrodnie matkę.

Tak, dochodzi do niezwykłej konfrontacji. Norma nie chcąc uświadomić syna o jego morderczych skłonnościach zaciera za nim ślady. Ten widząc jej dziwne zachowanie zaczyna wierzyć, że matka jest zabójczynią. Ostatecznie coś w tm, jest, bo jakby nie patrzeć Norman nie popełnia zbrodni w codziennym wydaniu, zawsze robi to w czasie zaniku świadomości w ramach którego 'zmienia się w matkę'.


Zarówno wcielająca się tu w postać Normy Vera Farmiga jak i partnerujący jej Freddie Highmore w roli Normana pokazali tu popis teatru dwóch aktorów na najwyższym poziomie. Na Verę patrzę z coraz większym podziwem, szkoda, że upss...

Tak, w tym sezonie młody Bates w końcu zabije swoją matkę.

bates motel

Zanim to się stanie wyląduje w psychiatryku, nawet w dwóch, objawi terapeucie swoją drugą twarz dzięki czemu dowiemy się więcej o jego dzieciństwie.

Zdecydowanie dużo się tu dzieje. Miałam nawet obawę, że stacja planuje wycofać się z kręcenia serialu i tym sezonem chce zamknąć sprawę, ale nie, będzie sezon piąty.

Jeśli twórcy dalej będą kroczyć tak raźnym krokiem, będzie to bardzo dobry sezon. Czy piąty będzie ostatni? Nie wiem.

Zastanawiam się jak zakończą historię Normana. Wg. mnie fajnym pomysłem byłby finał pokazujący ofiarę ,którą Norman zabił w "Psychozie". Wiecie, Marion wchodzi do motelu z walizką, Norman ją wita, uśmiecha się słodko i złowieszczo i na tym kończymy. Ale czy twórcy an to wpadną? Wątpię. Przez większą część serialu, kombinowali, gmatwali, cudowali i dopiero teraz wracają na właściwe tory. W związku z tym wątpię, czy taka prostota ich zadowoli.

Jeśli przebrnęliście już przez trzy sezony, to warto zrobić kolejny krok i sięgnąć po sezon czwarty, jak napisałam, najlepszy z dotychczasowych, najbardziej mroczny, psychodeliczny i dramatyczny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 czerwca 2016

Burnt Offerings/ Spalone ofiary (1976)

spalone ofiary

Czteroosobowa rodzina postanawia wynająć od pary starszych ludzi okazały dom na wsi. Co ciekawe wraz z domem powierzona im zostaje sędziwa lokatorka, nigdy nie opuszczająca swojego pokoju. Gdy Ben, Marian, mały David i ciotka Elizabeth wprowadzają się do domu marzeń, owe marzenia zmieniają się w koszmary. Dom żyje własnym życiem i konsekwentnie wciela plan eliminacji najemców.

"Spalone ofiary" to jeden z zapomnianych, ale klasycznych filmów opowiadających historie nawiedzonego domu.

spalone ofiary

Dan Curtis postawił tu na znany schemat, czerpiąc inspiracje z noweli Roberta Marasco i bardzo rzetelnie przekładając się do realizacji projektu.

Po za elementami typowymi dla ghost story, ja dopatrzyłam się tam nutki giallo, choć sama nie wiem skąd mogła się tam wziąć.

Film jest bardzo dopieszczony technicznie i bardzo mile się go ogląda mimo, że tempo akcji jest dosyć ślamazarne. Praktycznie cała fabuła skupia się na powolnym budowaniu nastroju paranoi, zagrożenia i tajemnicy po to by załatwić sprawę szybkim i zaskakująco mocnym finałem.

spalone ofiary

Widać tu dużą dbałość o detale, jak scenografia i nawet jej najdrobniejsze rekwizyty.

Nie jest to typowe ghost story z duchami snującymi się długimi ciemnymi korytarzami, pojawiajacymi się znienacka. Takich wrażeń wizualnych tu nie będzie.

Pod tym względem obraz bardzo przypomina "Haunted house" z '63 gdzie górował psychologiczny nie paranormalny konteskt zdarzeń. Z tego też względu podejrzewam, że wielu miłośników tamtej produkcji świetnie odnajdzie się także w tym filmie.

Nawiedzony dom w "Spalonych ofiarach" wykorzystuje psychiczny nacisk kładziony na domowników, który to podobnie jak w  kubrickowskim "Lśnieniu" doprowadza do konfliktów, wybuchów agresji. Małżonkowie odsuwają się od siebie.

spalone ofiary

Marian bardziej interesuje przesiadywanie w pokoju pełnym starych zdjęć obcych jej ludzi niż zajmowanie się własnym synem. Ben z koeli w przypływie szaleństwa prawie topi owego syna w basenie na oczach bezradnej ciotki. Tymczasem dom w nadnaturalny sposób przekształca się, wymienia stare dachówki, wygładza ściany. Jak "Czerwona Róża" Kinga czepiąc siłę z energii życiowej lokatorów odzyskuje dawną świetność.

Mgła szaleństwa zasnuwa oczy państwa Rolf i tylko szybka ewakuacja może ich ocalić.

spalone ofiary

Bardzo miłym zaskoczeniem jest tu filmowa obsada. Wszyscy bez wyjątku spisują się wybitnie, ale nie ma czemu się dziwić, skoro na ekranie widzimy takich aktorów jak Bette Davis w roli starej ciotki, Olivera Reeda w roli Bena, czy Karen Black  w roli Marian. Legendy Hollywood pani Davis nikomu przedstawiać nie muszę. Oliver Reed ma imponująca filmografię, ja najbardziej zapamiętałam go z "Potomstwa" Cronenberga, czy bardzo dziwacznych "Diabłów". Karen Black to nikt inny jak mamuśka Firefly z "Domu tysiąca trupów" Zombie'go, między innymi oczywiście. Jest na kogo popatrzeć, wierzcie mi.

"Spalone ofiary" są jak najbardziej godne wygrzebania, choćby z pod ziemi i obejrzenia. Świetny horror o nawiedzonym domu, niby klasyczny, a jednak bardzo wyróżniający się.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

79/100

W skali brutalności:1/10

środa, 08 czerwca 2016

Inna dusza - Łukasz Orbitowski

inna dusza

Bydgoszcz, lata '90 XX wieku. To tu wychowuje się trzech kolegów, wyrostków, jeszcze dalekich od dorosłości. Zarówno bohaterów jak i tło opowieści poznajemy z perspektywy jednego z nich - Krzysia Hoppe, o którym spokojnie możemy powiedzieć, że ma przesrane w życiu.

To on przedstawia nam swojego starszego kolegę Jędrka, uczącego się w zawodówce na cukiernika i jego kuzyna Darka marzącego o zostaniu kulturystą. Krzysio też ma marzenia, ale małe, na przykład rower, albo żeby tatuś przestał pić i użalać się nad sobą.

Jeden z nich skończy w pierdlu za morderstwo. Jeden będzie martwy, jeden będzie odwiedzać morderce za murami więzienia.

Gdyby nie chwyt zastosowany przez Orbitowskiego we pierwszej partii powieści skąd dowiemy się, że to Jędrek, dobrze zapowiadający się przystojny syn zamożnych i wykształconych rodziców, będzie odsiadywał wyrok, ta powieść mogłaby zostać uznana za kryminał.

Tożsamość mordercy byłaby tajemnicą i dopiero stopniowe poznawanie chłopców ich oblicza malujące się na stronach powieści pozwoliłoby poznać sprawcę. Z pewnością wszyscy czytelnicy obstawiliby zakłady na Krzysia. Tak, z niego to na pewno nic nie będzie.W kim nie zrodziłaby się agresja po tylu latach bezradności, wobec zjebanego dzieciństwa?

Na drugim miejscu pojawił by się Darek ze swoją fascynacja siłą fizyczną i dziwną ciągotą do własnej siostry. Ale nie Jędrek. Myślę, że Jędrek byłby na końcu plebiscytu na urodzonego morderce. Przecież wszyscy są przekonani, że dzieci nie rodzą się złe.Dopiero patologiczne środowisko, złe wzorce i jeszcze grosze towarzystwo czyni z nich drapieżników.

Jędrek miał słodkie życie w błękitnych bluzach  i oparach cukru pudru. Miał ojca na stanowisku i cierpliwą matkę. A jednak to on został mordercą. Dlaczego? Autor powieści nie stara się odpowiedzieć na to pytanie, choć narrator, Krzyś, uporczywie ej zadaje. Jeden fragment w zasadzie podsumowuje to co 'dolega' Jędrkowi i co sprowadziło na niego nieszczęście:

"Takich duchów co chodzą po cmentarzach, to na pewno nie ma. Ktoś by sfilmował, no nie? Ale są inne duchy, takie co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I  czegoś tam sobie chcą. Jedne są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. To jest nie do wytrzymania. Znaczy, tak mi się wydaje, że z takim duchem w środku strasznie ciężko żyć, zwłaszcza jak on chce czegoś na co ty nie masz ochoty."

Tytułowa "Inna dusza" jest odpowiedzią na pytanie o przyczynę zła jakie wyrządził Jędrek. Jest to jednak metafora, niewiele mówiąca tym, którym przyszło osądzać zabójce. Oni szukali czegoś innego - zmian w płacie czołowym itp.

Mówi się, że tą książką Orbitowski pożegnał się z fantastyką, ale moim zdaniem nie da się pożegnać z czymś, co jest w nas głęboko zakorzenione.

"Inna dusza" zaliczana jest do literatury faktu, pisana językiem twardego realizmu, ale z drugiej strony stąpając twardo po ziemi, po Bydgoskich chodnikach widzimy unoszącą się nad tym Jędrkową Inną Duszę i tego nie da się pominąć.

Tło społeczne, zdolność z jaką Orbitowski odmalował świat przedstawiony powieści nie jest niczym nowym patrząc na jego twórczość. Weźmy "Szczęśliwą ziemię" czy zbiór "Wigilijne psy". Czy tam obok wątków fantastycznych nie było obyczajowego tła, rodem z psychologicznego dramatu?

Nie lubię szufladkowania i nie zamierzam Orbitowskiego przestawiać z półki na półkę, wczoraj literatura fantasty dzisiaj literatura faktu, niech sobie dynda pomiędzy nimi, bo z tym mu chyba najlepiej.

"Inną duszę" nabyłam w Biedrze. Zgodnie z deklaracją, że kolejnej książki Orbitowskiego nie wyżebram od wydawcy, a zapłacę złotem, co żeby chłopak zarobił. Powieść ogromnie polecam, bo nie da się inaczej w jej przypadku.

Moja ocena:9/10

wtorek, 07 czerwca 2016

Veneno para las hadas/ Trucizna dla wróżek (1984)

venono para las hadas

Dziesięcioletnia Flavia idzie do nowej szkoły. Tu poznaje swoją rówieśniczkę Veronice, z którą się zaprzyjaźnia. Niestety Veronica ma paskudną przypadłość, bezustannie kłamie i koloryzuje rzeczywistość.

Po poznaniu Flavii, zazdrosna o jej rodzinę i dobrobyt, Veronica robi wszytko by wymusić na koleżance posłuszeństwo. Wmawia jej, że jest czarownicą, wiedźmą posiadającą magiczne moce. Drobnymi sztuczkami i  fartownymi zbiegami okoliczności wpędza Flavie w przekonanie, że jej przyjaciółka czarownicą faktycznie jest.

Niegroźne kłamstewko staje się coraz groźniejsze, gdy Veronica zaczyna wpadać na coraz to bardziej przerażające pomysły w swojej wyimaginowanej karierze czarownicy.

Nie często udaje mi się złowić horror rodem z Ameryki Łacińskiej. Tym razem szczęśliwie trafił mi się Meksyk i dzieło Carlosa Enrique Taboada. Przyznam, że nie słyszałam o gościu, ale po seansie z "Trucizną dla wróżek" mogę powiedzieć, że jestem żywo zainteresowana jego filmowymi dokonaniami.

"Trucizna dla wróżek" mimo iż jest horrorem raczej lekkim w formie, to treść awansuje go o kilka stopni wyżej.

Jest to film rozgrywający się w świecie dziecięcej fantazji, a wiadomo o czym dzieci mogą fantazjować nocami, jakie strachy skrywać pod łóżkiem.

Dorośli istnieją tu jakby po za kadrem i dosłownie i w przenośni. Nie zobaczymy twarzy niani Veroniki, nie zobaczymy rodziców Flavii,nauczycielek w szkole, etc. Dzieci mają tu swój odrębny świat bez dostępu dla dorosłych. To bardzo ciekawy zabieg operatorski.

W tym właśnie świecie króluje fantazja. Veronica szuka niezwykłości w sobie, nie chce być zwyczajną sierotą, chce być 'najbardziej szaloną z czarownic'. Myślę, że momentami sama wierzyła w swoje historyjki co tylko dodawało jej wiarygodności w oczach łatwowiernej Flavii. Sprytne sztuczki i wytrwałość w kłamstwie dawało jej przewagę nad koleżanką.

venono para las hadas

Veronica jak na czarownicę przystało jest bezwzględna w swoich dążeniach. Przekonuje swoją koleżankę do udziału w czarnej mszy, a później wmawia jej, że jej udział w magicznym obrzędzie przyczynił się do śmierci jej nauczycielki gry na fortepianie. Wyciąga koleżankę na wagary, opowiada o potwornościach jakie wcześniej zasłyszała od niani. Szantażem wymusza swój udział w rodzinnym wyjeździe na farmę z rodzicami Flavii, gdzie jej fiksacja w temacie bycia czarownicą osiąga poziom sufitowy. Flavia jest coraz bardziej przerażona, i jednocześnie zafascynowana światem jaki przedstawia jej Veronica.

venono para las hadas

Widząc jak młode coraz bardziej się nakręcają zastanawiałam się jak daleko się posuną? Nie zabraknie tu napięcia. A finał z pewnością Was mile zaskoczy.

Wiecie, że uwielbiam horrory rozgrywające się w dziecięcym świecie. Naiwność szczeniaków zawsze mi się jakoś udziela i nawet banały są w stanie wzbudzić niepokój. Strach widziany oczami dziecka jest po prostu bardziej wiarygodny.

Rojenia tych dwóch dziewczynek z "Trucizny dla wróżek" są zdecydowanie bardziej przekonujące niż nie jedna krwawa historia rozgrywająca się w świecie dorosłych.

Dziewczątka wcielające się w główne role wypadają bardzo naturalnie. Flavia jest naturalnie pogodna i naiwna zaś Veronica jest naturalnie mroczna i bezwzględna. Obydwie anielsko śliczne, pląsające w pastelowych ubrankach w promieniach słońca.

Obydwie są diametralnie różne, jedna zasłuchana w opowieści swojej niani o gusłach i strachach, druga wychowana w inteligenckiej rodzinie z dala od zabobonu. Dziecięca natura sprawia jednak, że zabobon jest silniejszy niż rozum, co otwiera mu furtkę do dalszych działań, jak najbardziej realnych.

venono para las hadas

Obserwowanie jak w oczach dziecka rośnie zdziwienie i strach jest wybitnym przepisem na horror. Z drugiej strony śledzenie tego jak drugie z dzieci coraz bardziej folguje swoim fantazjom, staje się zwyczajnie niebezpieczne dla otoczenia, daje całkiem realny wymiar poczuciu zagrożenia.

Dla mnie doskonałe kino, jednak nie jestem przekonana, że spodoba się wszystkim.

Ten nico zapomniany film równie dobrze można rozpatrywać w kategoriach kina familijnego ze względu na dość lekką formę opowieści. Znajdzie się tu także spora przestrzeń dla psychologicznego dramatu.

Pamiętajcie jednak, że świat widziany oczami dziecka wygląda inaczej. Ja oglądając "Truciznę dla wróżek" przypomniałam sobie wszystkie makabryczne historie, które opowiadałam młodszym dzieciom na podwórku i nawet poczułam wyrzuty sumienia. Dzieci są straszne:)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

poniedziałek, 06 czerwca 2016

The Hillside Strangler/ Dusiciel z Hillside (2004)

dusiciel z hilldside

Kenneth Bianchi po nieudanych próbach dostania się w szeregi policji rodzinnego Rochester za radą matki postanawia poszukać szczęścia w Los Angeles. Zatrzymuje się u swojego kuzyna Angelo i poznaje uroczą, młodą kobietę. Po kolejnej klęsce w dążeniu do kariery policjanta, Kenneth postanawia otworzyć gabinet psychoterapeutyczny i bawić się w psychoanalityka. Jego kuzyn wpada na jeszcze lepszy pomysł: założenia agencji towarzyskiej. Tak Kenneth i Angelo zostają stręczycielami. To właśnie wówczas po raz pierwszy posmakują morderstwa. W duecie zabiją jeszcze dziesięć kobiet, w większości prostytutek tworząc legendę dusicieli z Hilldside.

"Dusiciel z Hilldside" to kolejna fabularyzowana historia amerykańskiego seryjnego mordercy. Tym razem rzecz dotyczy Kennetha Bianchi, który wraz z kuzynem grasował w Los Angeles w końcówce lat '70.

Jest to dzieło wprawionego w temacie reżysera kilku innych filmów biograficznych przybliżających sylwetki znanych i znienawidzonych.

Sam film jest taki sobie, nie porywa i nie zachwyca. Zabrakło mi tu trochę głębszego wglądu w postaci antagonistów. Nie bardzo wiem skąd u Kennetha wziął się ten zapał do mordowania.

Niejaką podpowiedz stanowi tu postać jego kuzyna, który deklaruje nienawiść do kobiet, także do swojej matki i sympatię do seksualnych nadużyć. Można więc stwierdzić, że gdyby nie Angelo Buono, Bianchi dalej płakał by w mamine ramię, że nie może dostać wymarzonego munduru policjanta.

Rzecz w tym, moim zdaniem, że nic nie dzieje się bez przyczyny i nie można z normalnego człowieka zrobić seryjnego mordercy tylko dlatego, że spotkał na swojej drodze wykolejeńca. W Bianchi'm musiała tkwić ta ciemna strona, pytanie skąd się wzięła? Film nie daje nam choćby sugestii w tym względzie i bardzo mnie to uwiera, stanowi potężną lukę nie tylko w portrecie psychologicznym bohatera, ale także w całej fabule filmu.

dusiciel z hilldside

Co możemy powiedzieć o słynnym dusicielu na podstawie filmu Chucka Parello?

Od początku był na bakier w prawem. Podszywanie się pod doktora i prowadzenie sesji terapeutycznych nie stanowiło dla niego problemu. Nie przeszkadzał mu udział w pijackich orgiach, ani przemoc wobec kobiety, którą kochał- tak przynajmniej twierdził.

Nazwać go psychopata to nadużycie, bo był bardzo skupiony na emocjach, tyle że wyłącznie swoich. Czuł się zajebiście pokrzywdzony i urągał na niesprawiedliwość losu.

Kiedy kuzyn zaproponował mu wspólne werbowanie dziwek do swojego interesu ten od razu się zgodził. Zero namysłu, zero refleksji. Robił to, na co aktualnie miał ochotę. Jak rozwydrzone dziecko podążał za impulsem mając za wzór człowieka, który pokazywał mu jak fajnie się zabawić.

Co ciekawe, to Bianchi, głównie on mordował. To on dokonał pierwszego zabójstwa w akompaniamencie radosnych okrzyków kuzyna: zabij dziwkę! Obaj panowie sądzili, że mogą ot tak sobie śmigać nocą po mieście, gwałcić i zabijać. Typowe osobowości niedojrzałe - Po raz kolejny mit seryjnego mordercy psychopaty zostaje obalony przez mało atrakcyjną przyziemność.

Gdyby nie fakt, że los dziwek nie koniecznie interesował władze miasta, wpadli by dużo wcześniej. Bianchi i Angelo byli niezorganizowani pod wieloma względami, więc pogłoski o tym, że to właśnie Kenneth Bianchi miałby dopuszczać się zabójstw w Rochester przed wyjazdem do Los Angeles zupełnie mi się nie zgadza. Zorganizowany seryjny jakim był 'Alfabetyczny morderca' całkowicie nie przystaje do spontanu jaki uprawiał Kenneth.

Z drugiej strony mamy jednak zainteresowanie Bianchi'ego psychologią, technikami i procedurami policyjnymi. Bianchi dużo o tym wie, ale z filmu wynika, że raczej nie potrafi z tego korzystać. Przykładem mogą być sceny w jego pseudogabinecie, gdzie prowadzi konsultacje z pacjentką. Gdyby nie była tak pieprznięta nic by z nią nie ugrał takimi metodami.

Sam film bardzo uwypukla nieścisłości, momentami biegnie dużym skrótem i przez to ciężko o wzbudzenie silnych emocji mimo iż znamy kontekst przedstawionych wydarzeń.

dusiciel z hilldside

Jedna rzecz, która mocno rzuciła mi się w oczy to sitcom'owy styl gry głównych bohaterów. W przypadku wielu scen zastanawiałam się czy kwestie, które wypowiadają są mówione na serio, czy to kiepski żart. To samo tyczy się ekspresji towarzyszącej gestom i mimice. Dziwnie to wygląda.

Generalnie film jest taki sobie, suche fakty, do których nikt szczególnie się nie przykładał, na pewno nie rozbudzi w nikim fascynacji postacią dusiciela z Hilldside. Może i dobrze:)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

50/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 05 czerwca 2016

Without Warning/ Ostrzeżenie (1980)

whitout warning

Czworo przyjaciół Beth, Sandy, Greg i Tom wybierają się na kemping nad jeziorem. Nie wiedzą, że jest to okolica wyjątkowo niebezpieczna. Czai się tam coś nieokreślonego gatunkowo, ale bardzo niebezpiecznego. Kiedy dwójka z czworga przyjaciół ginie, Sandy i jej chłopak zmuszeni są szukać ratunku u miejscowego wariata, a wariatów w tej okolicy nie brakuje.

"Ostrzeżenie" to film złotej ery VHSów. Niektórzy gloryfikują go jako protoplasta słynnego "Predatora" z Arnoldem Schwarzeneggerem. Z resztą małą ciekawostką jest, że aktor, który wcielił się w rolę antybohatera w "Ostrzeżeniu" zagrał później Predatora. Wybrano go za pewne ze względu na wzrost, ale można to tez traktować jako hołdzik dla starego slashera.

whitout warning

Nie tylko Kevin Peter Hall spośród zamieszanych "Ostrzeżenia" miał później okazje uczestniczyć w powstaniu  jakiegoś hiciora. Mamy tu sporo przyszłych zdobywców Oscarów, kto by się spodziewał?

Reżyserem filmu jest odpowiedzialny za takie tytuły jak "Śmierć w miękkim futerku", czy "Satan's Cheearleaders" co jest pewną wskazówką dla estetyki jaką Gość preferuje.

"Ostrzeżenie" stanowi moim zdaniem połączenie horroru sci- fi i slashera.

Wstęp filmu zapoznaje nas z rodzajem zagrożenia z jakim przyjdzie nam później bliżej obcować. Widzimy więc dwójkę mężczyzn, którzy zostają zaatakowani w czasie polowania w okolicy jeziora. Co ich atakuje? Sądzę, że większość z Was będzie zdziwiona takim antybohaterem, wygląda on bowiem jak lewitująca przyssawka. Jest to niewielki  organizm, który atakuje człowieka wpijając się z niego niczym pijawka, emitując kwas, który rozpuszcza ciało. Kosmos. No właśnie, takie rzeczy to tylko na Marsie.

whitout warning

Zobaczymy tu jak jeden z mężczyzn, ojciec, ginie w wyniku doznanych obrażeń po spotkaniu ze stworem. Jego syna spotkamy później, przy okazji zapoznania z małolatami, właściwymi protagonistami tego filmu.

Szeregi młodych szybko zostaną zmniejszone i ostatecznie w walce z obcym organizmem zostanie ich tylko dwoje, plus miejscowy.

Fabuła filmu skupia się na mocno chaotycznych próbach ucieczki z feralnej okolicy, powrót do cywilizacji, gdzie można zadzwonić na 911. Wypada to dość pokracznie i raczej nie zadowoli większości widzów.

whitout warning

Sama sięgnęłam po ten film z ciekawości i ciekawość zaspokoiłam. Podobały mi się kreacje antagonistów - tj. przyssawki i postać Obcego, a także efekty towarzyszące zgonom i 'prezentacji zwłok' niestety śledzenie akcji to już mniej ciekawa sprawa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 02 czerwca 2016

Delicatessen (1991)

deliacessen

W post apokaliptycznej rzeczywistości próbują odnaleźć się mieszkańcy niewielkiego robotniczego miasta we Francji. To tu znajduje się kamienica z kilkorgiem bohaterów, do których wkrótce dołącza cyrkowiec Louison, który zostaje zatrudniony jako konserwator budynku.

Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że jego kariera zakończy się wraz z pierwszym kryzysem żywnościowym, bowiem kamienica jest siedliskiem grupy kanibali, pod wodzą rzeźnika Clapeta. Z powodu problemów z żywnością mieszkańcy kamienicy godzą się na takie rozwiązanie, dlatego każdy nowo przybyły prędzej, czy później kończy na talerzu.

delicatessen

Tym razem na przeszkodzie stanie im córka rzeźnika, która pechowo zakochuje się w Lousonie i sprowadza swoim pobratymcom na kark 'troglodytów', wojujących wegetarian kryjących się w podziemiach.

"Delicatessen" raczej nie jest horrorem, bliżej mu do czarnej komedii, ale ze względu na poruszane tu wątki i osobliwy klimat tej opowieści postanowiłam umieścić ba blogu wzmiankę właśnie o tym tytule. Film szalenie mi się spodobał, bo jest taki inny. Inny pod każdym niemal względem począwszy od treści po wykonanie.

Fabuła to obraz egzystencji mieszkańców kamienicy, skupionych na przetrwaniu w dobie kryzysu. Nie bardzo wiemy co dzieje się na zewnątrz budynku, jak wygląda reszta miasta, ale możemy domyślić się, że nie jest to złota era.

Sąsiedzi żyją niczym w szklanej bańce, oddzieleni i skupieni na podtrzymaniu tego co zostało. Oddają się swoim zajęciom w czterech ścianach domu, tworząc swoisty ekosystem zależności.

Ich głównym problem jest pożywienie. Rzeźnik nie mając dostępu do zwierzęcego mięsa postanowił zadbać o żołądki swoich sąsiadów inaczej, serwując im ludzkie mięso. Co ciekawe wszyscy się na to godzą i nikt nie wnika. Dopiero pojawienie się w kamienicy cyrkowca Louisona zmienia układ sił.

"Delicatessen" to chyba pierwszy film ukazujący perspektywę czasów po apokalipsie w krzywym zwierciadle. Satyra na trudne czasy. Sposób w jaki przedstawiono bohaterów filmu, tj. mieszkańców kamienicy, wielobarwny tłum pełen najdziwniejszych ludzkich okazów przywodzi na myśl objazdowy gabinet osobliwości.

deliacessen

Wszyscy bardzo się starają by zrujnowana kamienica nadal pamiętała czasy świetności i stanowiła ostatni bastion normalności w okrytym pyłem świecie. Nie zabraknie tu humoru mimo przykrych okoliczności przyrody.

Elementy horroru odnajdziemy w motywie kanibalizmu stanowiący główną oś fabuły choć przemycony w bardzo delikatny sposób.

delicatessen

O samej apokalipsie wiemy nie wiele. Widzimy, że słońce ledwo świeci, otoczenie kamienicy skrywa gęsty pył. Zdjęcia utrzymane w kolorze sepi są niczym żywa stara fotografia. Scenografia i kostiumy przywodzą na myśl lat '50. Wszytko wypada bardzo teatralnie i ciężko mi przywołać inny film, który dawałby porównywalne wrażenia wizualne.

Jeśli nie jesteście oporni na innowacje to film jak najbardziej polecam. Został on doceniony zarówno przez widzów jak i krytyków, taka zgodność rzadko się zdarza a wiec coś musi być na rzeczy. Reżyser filmu nakręcił później takie hiciory jak czwarta część "Obcego" czy "Amelia" - zdolny chłopina.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:10

to coś:9

80/100

W skali brutalności:1/10

środa, 01 czerwca 2016

Popieprzone i złe, mroczne i dziwne,

czyli najstraszniejsze postaci dziecięce w filmach grozy :

Dziś coś specjalnego. Pomysł na poczynienie listy moich ulubionych dziecięcych postaci z kina grozy krążył mi po głowie od dawna, ale jakoś nie miałam okazji się za to wziąć. Dziś okazja jest, w końcu dzień dziecka, a ja zrobię sobie przerwę od standardowych recenzji i uraczę Was czymś innym.

Kryteria doboru bohaterów, którzy znajdą się poniżej są całkowicie subiektywne. Wiadomym jest, że strasznych dzieciaków mamy w kinie urodzaj, a ja wybrałam tych, którzy moim zdaniem są najbardziej interesujący.


10. Cole 'Widzę martwych ludzi' Sear

dzieci w horrorach

-Bohater thrillera "Szósty zmysł". W tę postać wciela się jeden z wówczas najlepiej zapowiadających się aktorów młodego pokolenia, mały Haley Joel Osment. Gdy podrósł znikł z ekranu, a obecnie pojawia się w rolach epizodycznych. Patrząc jednak na to co dzieje się z młodymi zdolnymi w Hollywood i tak nie skończył najgorzej.

Cole jest zdecydowanie najsympatyczniejszą dziecięcą postacią jaką możemy spotkać w kinie grozy. Jest równie uroczy co srebrnowłosa Caroline z "Poltergeista", czy malutka Chelsa z remake "Amityville" i ma podobny problem: Interesują się nim zmarli.

Oda dawien dawna popularna jest teoria, że dzieci podobnie jak zwierzęta są wyczulone na świat zmarłych. Potrafią się z nimi komunikować i nie rzadko wpadają przez to w kłopoty. Cole spotyka na swojej drodze zarówno dobre jak i złe duchy. Ostatecznie uczy się z nimi porozumiewać bez lęku, ale zanim to się stanie jego przerażenie skutecznie udzieli się widzom "Szóstego zmysłu". Komu z Was nie przebiegają ciarki po plecach w słynnej scenie "Widzę martwych ludzi"?


9. Regan 'opętana suka' MacNeil

dzieci w horrorach

- bohaterka horroru "Egzorcysta". Nie mogło tu zabraknąć bohaterki z bardzo elastycznym karkiem i poważnymi problemami żołądkowymi.

W przypadku Regan również nie mamy do czynienia z dzieckiem złym. Młoda miała pecha, bo jej niewinna duszę spętał demon. Od tamtej pory mówiła brzydkie wyrazy i zygała na zielono.

W latach '70 stała się symbolem dzieci sprowadzonych na złą drogę przez hipisowski styl życia: Palcie zioło, bierzcie kwas a będziecie wyglądać jak ta opętana suka. Ja nieśmiało dodam od siebie, że Regan równie dobrze sprawdzała się jako żywa przestroga rodzicielska: nie zaniedbujcie dzieci, bo zaprzyjaźnią się z ciemną stroną mocy.

Jeśli dziecka opętanego nie możemy jednoznacznie określić popieprzonym i złym o tyle takich przypadków mamy sporo. Do dziś w kinie popularny jest wątek, w którym dziecko pada ofiarą złowrogich nadnaturalnych mocy. Żeby daleko nie szukać przypomnijcie sobie rudą Ashley z "Sinistera" i resztę sfory Bughula.


8. Lśniący chłopiec Danny Torence

dzieci w horrorach

-bohater "Lśnienia" Kubricka. Mały Danny był lokatorem przeklętego hotelu Panorama w ekranizacji powieści Stephena Kinga. Był uroczym dzieckiem dopóki nie zaczął gadać ze swoim palcem wskazującym. Jego znajomość z niejakim Tonym w niejednym widzów wzbudzi niepokój. Wizje jakich doznawał mały bohater stały się znakiem rozpoznawczym kultowego filmu.

Odtwórca roli Danny'ego nie pojawił się na ekranie nigdy więcej. Gdzieś czytałam, że udział w filmie obecnie postrzega jako raczej traumatyczne doświadczenie i drogą wyparcia osiągnął poziom całkowitej nie pamięci tego co działo się w czasie produkcji. Poszedł w ślady swojego filmowego ojca i został nauczycielem angielskiego.

Danny jest godnym reprezentantem dzieci, które przerażają swoimi nadnaturalnymi umiejętnościami. Mamy takich spore stado w horrorach, rozmowy z duchami, zdolności telepatycznie, telekinetyczne, jasnowidztwo,etc. Kto tak miał? Wspomniana już Carolnie z "Poltergeista", "Dorothy Milles", "Carrie" Annie z "Rose Red" i wiele wiele innych.


7. Dzieci z "Wioski przeklętych"

dzieci w horrorach

W latach '60 XX wieku ludzie spodziewali się wszystkiego złego. Żyjąc w cieniu strachu przed wojną atomową tworzyli fantastyczne wizje tego jakie zagrożenia mogą czekać na obywateli. Jedni filmowcy mówili wprost o siłach wroga inni uciekali się do metafor. Zamiast najeźdźców zza granicy mamy najeźdźców z kosmosu. Ukrytych pod postacią niewinnych dzieci, zesłane do małego Brytyjskiego miasteczka by siać zniszczenie i przejąć władze nad światem.

Dzieci z "Wioski przeklętych" miały budzić lęk samą swoją obecnością. I faktycznie wiele robić nie musiały. Wystarczyło jedno spojrzenie by zniszczyć przeciwnika.


6. Zgraja dzieci z "Czy zabiłbyś dziecko?"

dzieci w horrorach

Zbiorowy nieletni bohater tego filmu to dzieci niosące śmierć dorosłym na Hiszpańskiej wyspie. To one stają się pretekstem do postawienia tytułowego pytania.

Nie jest to pierwszy film gdzie dorosły został postawiony przed wyborem zabić dziecko by bronić siebie, ale pierwszy który tak kategorycznie popierał teorie, że dzieci mogą być złe. Nie muszą być wcale zesłane z kosmosu, jak mali bohaterowie "Wioski przeklętych".

Ten sam motyw zbiorowego mordu na dorosłych dokonany przez dzieciaki mamy w filmach "Dzieci kukurydzy", "Children" "Oni", czy "Come out and play".


5. Samara Morgan

dzieci w horrorach

-bohaterka amerykańskiego horroru "Krąg" znana także jako 'wredna dziewczynka ze studni'. Samara jest duchem, albo żywą złą energią, która z pomocą stworzonej przez siebie kasety video sieje spustoszenie w szeregach młodych ludzi. Jeśli obejrzysz kasetę masz siedem dni na ocalenie swojej dupy, masz dokładnie takie same szansę jak Samara gdy została wrzucona do studni, więc raczej marne.

Samara straszy powierzchownością, tajemniczo zarzuconymi na twarz czarnymi włosami, wyłazi z telewizora i pozostawia po sobie trupy. Jej rodowód sięga piekielnych głębin, a tak na serio to postać ta ma swój oryginał w Japonii i nosi on imię Sadoko.

Obok Samary możemy postawić inne dziecięce duchy, który wprowadzają niemałe zamieszanie w każdym ghost story, jak mała Jody w remake "Amityville", 'Szepczący' w "Kręgosłupie diabła", Ann i Nicolasa z "Innych", mały skośny z "Klątwy", czy sierotki z "Sierocińca".

Małych duchów mamy sporo, Samara zasłużyła na wyróżnienie tym, że z premedytacją czyni zło, co w innych przypadkach nie jest tak oczywiste.


4. Henry Evans

dzieci w horrorach

-przez Josepha Rubena pieszczotliwie zwany "Synalkiem". To co Macaulary Culkin wyprawiał w filmie "Kevin sam w domu" jest niczym wobec tego co wyczynia w thrillerze "Synalek". W wesołym Kevinie można dopatrzeć się pewnego sadyzmu bijącego z zadowolenia z jakim gnojek rozprawia się z włamywaczami, jednak Henry to już wyższa szkoła jazdy.

Mamy tu portret małego psychopaty, któremu żywą radość sprawia niszczenie, manipulowanie, zabijanie. Toczy on psychologiczną grę ze swoim  kuzynem Markiem. Kto by się spodziewał takiej rozgrywki w świecie dzieci? Dzieci są zdecydowanie złe.

Mały Henry nie jest jedynym dziecięcym oprawcą chcącym skrzywdzić krewnych. Podobne kreacje mamy w "Córeczce", "Mickey'u", "Hurt","Joshua", "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Widzę, widzę" czy nawet "Przypadku 39".

Dzieci bywają prawdziwą pociechą dla swoich rodziców:)


3. Julia Majewska

dzieci w horrorach

-czyli rosyjska "Yulenka". Postać raczej mało znana, a jakże uwagi godna. Anielsko piękna dziewczynka z wielką tajemnicą. Manipulatorka, sadystka, morderczyni. Bezwzględnie traktuje dzieci i dorosłych, ale intencje miała przecież dobre, czyż nie?


2. Angela

dzieci w horrorach

- czyli 'Wesoła obozowiczka', młoda anybohaterka "Uśpionego obozu". Nie mogłam pominąć dziecięcego bohatera slashera, a zimnooka, niepozorna Angela pasuje tu do schematu popieprzonych i złych jak ulał.

Przez cały film jawi nam ie jako ofiara, bezradna postać typowego camp slashera, ale kim tak naprawdę jest? Tylko mi nie mówicie, że finał nie wywołał u Was szoku:)

W tej samej linii postawić możemy resztę slasherowych dzieciaków, którzy wyrośli na morderców, mały Jason Voorhees, czy Michael Myers - też dokazywał od maleńkości. Wszyscy oni byli cudownymi dziećmi horroru.


1. Damien Thorn.

dzieci w horrorach

-czyli dziecko samego diabła, bohater najbardziej znanego horroru satanistycznego "Omen". Nie mogłam postąpić inaczej jak tylko umieścić go na szczycie listy. Znają go wszyscy i chyba wszyscy kochają. Bo jak go nie kochać? W pierwszej odsłonie "Omena" poznajemy go jako małego brzdąca, bardzo uroczego. Na potrzeby filmu młodemu aktorowi pofarbowano anielskie pierza na głowie na szatańską czerń. Jego uśmieszki są warte ostatniego kręgu piekła. Czynienie zła przychodzi mu instynktownie i naturalnie choć przecież nie jego wina, że jest ojcem samego szatana. Można powiedzieć, że wyssał zło wraz ze spermą ojca ale to mogłoby źle zabrzmieć;)


Wybrane do zestawienia dzieciaki to zazwyczaj postaci pierwszoplanowe, ale nie możemy zapomnieć o tych, które przewijają się w filmach grozy gdzieś w tle, jako dodatek, jak rodzeństwo w "The Witch" czy córki dozorcy w "Lśnieniu". Czasem wystarczy, żeby poskakały na skakance i zaśpiewały "Raz dwa Freddy już Cię ma" i stają się kultowym elementem świata grozy.

14:01, ilsa333
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 maja 2016

A-i-deul aka Children (2011)

children

22 marca 1991 roku pięcioro chłopców mieszkających nieopodal Daegu w Korei Południowej ginie bez śladu. Zaalarmowani zniknięciem dzieci rodzice robią wszytko by jak najszybciej wszczęto poszukiwania, jednak odbywające się w tym czasie wybory skutecznie odciągają uwagę władz.

Chłopcy nigdy nie wrócili do domu. Z braku tropów, a raczej dowodów na ich potwierdzenie, sprawę zamknięto bodajże w 2002 roku.

Koreański "Children" jest sfabularyzowaną wersją wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni dziesięciu lat, od zaginięcia chłopców, do zamknięcia sprawy.

Film podsuwa rozwiązanie zagadki "zniknięcia żabich dzieci" jednak nie jest to potwierdzona wersja owych zdarzeń, lecz jedna z opcji.

children

Filmowe wydarzenia skupiają się na prywatnym śledztwie dziennikarza telewizyjnego, nagradzanego dokumentalisty, który zostaje wydelegowany z Seulu do Daegu. To tu Kang zaczyna interesować się starą sprawą zaginięcia grupy chłopców z pobliskiego miasteczka. Angażuje w sprawę profesora uniwersyteckiego, który stworzył ciekawą teorię dotyczącą przebiegu wydarzeń z 22 marca 1991 roku.  Ten trop bezlitośnie wbija nóż w serca rodziców najstarszego z zaginionych dzieci i to na nim skupiamy się przez lwią część filmu.

Podobnie jak w przypadku innego koreańskiego thrillera opartego na autentycznym zdarzeniu, "Zagadka zbrodni", "Children" nie skupia się na postaci antagonisty, jak najbardziej barwnej zgodnie z modą amerykańską, lecz na perspektywie śledczych, dokumentalisty, profesora, detektywów, rodziców.

children

Dzięki temu unikamy zbytniej brawury w portretowaniu filmowych bohaterów. Główna oś fabuły spoczywa na niepewności. Masa pytań, wiele podejrzeń, żadnych dowodów, nic pewnego.

Do pewnego momentu widz sam decyduje w jaką wersje wydarzeń uwierzyć. W finale pojawia się coś nowego, co nie do końca przypadło mi do gustu. Ta część jest zresztą najdalsza od rzeczywiście potwierdzonych wydarzeń.

Gdyby nie to, że tak przywarłam do tej zagadkowości i złożoności proponowane przez filmowców rozwiązanie zagadki przypadłoby mi do gustu, bo i tak jest sto razy lepsze niż w większości zachodnich produkcji.

Forma w jaką obleczono te historię na pewno podoba się miłośnikom nieszablonowych historii kryminalnych.

Film nie stara się na siłę zrobić wrażenia podsuwanymi obrazami a i tak mimochodem mu się to udaje. Brutalność, pozbawiona brutalności.

children

Zdjęcia uchwyciły jakąś dziwną poezję tkwiącą w zupełni przyziemnej ludzkiej tragedii. Wszytko ma bardzo wyważony ton, nawet aktorzy nie próbują szarżować w najbardziej dramatycznych momentach. Być może ktoś uzna tę stabilność narracji za kulawe, nudne rozwiązanie, ale moją uwagę najbardziej przyciągały właśnie te momenty ciszy. Milczenie porusza najbardziej, a jest to film o milczeniu, o ciszy, która zapada kiedy ktoś niespodziewanie znika.

Jeśli o mnie chodzi, kolejny punkt dla Koreańczyków.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 28 maja 2016

Snarveien (2009)

snarveien

Lina i Martin wybierają się do Szwecji by zakupić po taniości alkohol na ślub znajomego. Gdy mają już wracać do siebie, do Norwegii, natrafiają na blokadę na drodze, będącej skutkiem wypadku. Zmuszeni są ruszyć objazdem.

W takcie podróży w czasie, której dochodzi do nieprzyjemnego incydentu z miejscowym dziwakiem młodzi natrafiają na kolejną 'przygodę'. Na środku drogi znajdują nieprzytomną kobietę w zjawiający się na miejscu policjant oczekuje od nich pomocy w odstawieniu kobiety do jej domu, gdzie jak twierdzi ta mieszka ze swoimi dziadkami.

Tak Lina i Martin trafiają do domu na odludziu gdzie nie spotka ich nic dobrego.

snarveien

Skandynawskie kino zwykło mnie nie zawodzić. Horrory ze Szwecji i Norwegii odznaczają się oryginalnym podejściem, specyficznym klimatem ciągnącym chłodem i nie rzadko zaskakują. Nawet ich podejście do gatunków tak prostych jak slashery zasługuje na pochwałę, jak to było choćby w przypadku "Hotelu zła" - filmu prostego jak konstrukcja cepa, a jednak chwytliwego.

Sądziłam, że podobnie będzie w przypadku "Snarveien", ale tu nie mogę oddać się całkowitemu zachwytowi. Coś mi tu nie grało do końca i w efekcie film uznaje za średni.

Nie do końca przekonał mnie ten nadnaturalny przyrost nieszczęść na metr kwadratowy fabuły. W pewnym momencie wszystko robi się jakieś przekombinowane i mało czytelne. W filmach z cyklu młodzi na odludzi największym zagrożeniem dla protagonistów jest nieprzypadkowa przypadkowość. Tu tak na dobrą sprawę nie mogłam odnaleźć jakiejś celowości zarówno w zachowaniu Liny i Martina jak i depczącym im po piętach antagonistów.

Jeśli chodzi o czarne charaktery to nie poświęcono zbytniej uwagi na stworzeniem im określonego pola manewru, tak naprawdę to nie wiadomo po co dorwali tę parkę i co chcieli im zrobić. Jedynymi postaciami, o których można powiedzieć że były 'jakieś' jest para staruszków z domu na odludziu, postaci tak naprawdę dodatkowe, a jednak ciekawsze niż główne ofiary i główni oprawcy.

snarveien

Film trwa krótko, a mimo to nie utrzymał mnie w napięciu i tak naprawdę było mi wszystko jedno. Na plus mogę odnotować klimat zbudowany w zasadzie tylko i wyłącznie na dobrodziejstwie otoczenia w jakim rozgrywały się wydarzenia.

Gdyby była to rzecz amerykańska nie byłabym pewnie zawiedziona, ale od Skandynawów oczekuję jednak więcej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Aktorstwo:5

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl