What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
niedziela, 23 kwietnia 2017

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja - robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

"Amerykański burger" o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do "Amerykańskiego burgera" trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, "Amerykański burger" nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

"Amerykański burger" od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 21 kwietnia 2017

31 (2016)

31 film

Przeddzień Halloween grupa pięciorga pracowników wesołego miasteczka zostaje uprowadzona przez zorganizowaną grupę amatorów tortur i morderstw. Trafiają do siedziby prawdziwych świrów, którzy to planują zabawić się z nimi przez kolejne dwanaście godzin.

Mojego uwielbienia do pierwszych filmów Roba Zombiego nigdy nie kryłam. Tak jak nie kryłam tego, że kondycja jego późniejszych dokonań, kierunek jego rozwoju, że tak ujmę nie napawa mnie większym optymizmem.

Pomysł na "31" wydawał mi się powrotem do źródła, do starej estetyki w której nakręcono "Dom 1000 trupów" i "Bękartów diabła". Niestety między mną a "31" nie zaiskrzyło. Oczywiście, jest to chory i pojebany film, ale zabrakło mi tu tego pierwiastka obłędu, który tak mocno przywiązał mnie do rodziny Firefly, że płakałam nad ich losem w sequelu.

Nie wiem na co mam zrzucić winę za taki stan rzeczy?

Początek filmu to wejście w temat, czyli zapoznanie z protagonistami o wulgarnym usposobieniu i swawolnej naturze. Na ich czele staje Charly  - oczywiście żonka reżysera Sherii Moon Zombie. w tej części filmu widać starania twórcy by wystylizowć realia na lata 70, stroje, muzyka, kolorystyka zdjęć etc. Jest całkiem przyjemnie, jest całkiem dobrze.

31 film

Jednak gdy akcja wchodzi we właściwy etap wszytko co dobre znika. Przenosimy się do jakiejś ciemnej nory, kolorystyka nabiera metalicznego odcienia, znika ziarnistość z obrazu i oto lata 70 w magiczny i niezrozumiały dla mnie sposób idą w zapomnienie.

31 film

Rozpoczyna się sekwencja kolejnych pozrywanych zdjęć tworzących jakaś dziwną rozsypankę ujęć, montażysta tnie jak szalony i dłuższych ujęć nie mamy tu prawie wcale aż do finałowej sceny, gdy znowu wracamy na amerykańskie pustkowie. Cały ciężar fabuły spoczywa więc na nieracjonalnych, nielogicznych potyczkach bohaterów z antybohaterami, nakręconymi tak nieudolnie, że w pewnych momentach nie wiedziałam kto zabija a kto jest zbijany.

Nie byłam w stanie skupić się na śledzeniu akcji i bardzo niewiele mnie ona obchodziła. Tak dotrwałam do finału, który podobnie jak początkowa partia filmu dorobił się u mnie plusika. Bardzo dobra scena finałowa nie rekompensuje jednak dużych braków w całokształcie.

31 film

Widać, że Zombiemu nadal nie brakuje pomysłów na ciekawe charakterystyki pojebańców, ale niestety w tym wszechobecnym nieprzemyślanym chaosie nie zdołałam ich zbyt dobrze poznać, co stwierdzam z żalem.

Dodam, że film udało mi się obejrzeć w całości dopiero przy drugim podejściu. Niezbyt dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:3/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

M/M - Morderca (1931)

m- morderca

W niemieckim mieście grasuje seryjny morderca dzieci. Policja dokłada starań by wykryć sprawce zbrodni i ukrócić jego zbrodniczą działalność. 

W sprawę angażują się wszyscy mieszkańcy, szczególnie grupa z przestępczego półświatka, która urąga na  niemożność prowadzenia własnych interesów gdy policja wciąż węszy pod ich nogami.

W końcu w najmniej oczekiwany sposób udaje się złapać trop.

„M-morderca” to kamień milowy w historii kina, szczególnie jeśli chodzi o jego mroczną stronę. Może się mylę, ale jest to bodajże pierwszy film o seryjnym mordercy, nakręcony jeszcze nurcie niemieckiego ekspresjonizmu, ale już z udźwiękowieniem.

Oglądałam go w zachwycie typowym dla mojej słabości do starego kina. Obraz stanowi ucztę dla oczu, popis wybitnego aktorstwa i podwaliny pod współczesne kino z watkami detektywistycznymi i psychologicznymi. 

m- morderca

Jego reżyserem i scenarzystą jest nikt inny jak Fritz Lang, którego filmografie powinnam zgłębić z większym zaangażowaniem, bo jak do tej pory widziałam tylko świetną „Kobietę w oknie”. W pisaniu scenariusza jak w przypadku wielu innych jego filmów wspierała go nieoceniona małżonka.

Historia mordercy została luźno zainspirowana przypadkiem niejakiego Petera Kurtena z Dusseldorfu, który działał w okresie międzywojennym i dokonał kilku okrutnych morderstw na dzieciach.

peter kurten

„M-morderca”  gatunkowo najbliżej mam do thrillera z wątkami kryminalnymi. Śledzimy tu bowiem proces wytropienia i schwytania niebezpiecznego psychopaty.

Przeczucie mi podpowiada, że twórca filmu musiał solidnie zagłębić się w kryminalne kroniki , żeby stworzyć tak przewrotną historię. Żeby zwiększyć wiarygodność sprowadził na plan filmowy kilku prawdziwych ulicznych kryminalistów, jednak większość z nich nie ukończyła zdjęć.

Nie ma tu miejsca na banał czy luki fabularne. Dla mnie jest perfekcyjnie w każdym calu. Do dobrze przemyślanego scenariusza dochodzi forma najwyższej próby.  Ujęcia takie jak to, gdy cień mordercy pochylającego się nad małą dziewczynką pada na slup ogłoszeniowy z informacją  o nagrodzie za jego schwytanie stanowi przykład staromodnego sposobu przedstawiania nam antagonisty. Z resztą ujęć z udziałem naszego zbrodniarza mamy sporo. Jego oblicze zobaczymy dość prędko, co nie znaczy że od tej pory wszystko będzie jasne.

Nie dziwie się twórcy, że nie trzymał Pettera Lore po za zasięgiem wzroku widza, bo byłoby to marnotrawienie jego aktorskiego warsztatu. Facet jednym spojrzeniem  robił więcej niż cała zgraja wyposażonych w salę tortur psycholi.

m- morderca

Lang postarał się byśmy nieco poznali naszego antagonistę i pozwolił mu na dłuższy monolog w finale. To kolejny element , który będą naśladować filmowcy aż do czasów współczesnych.  

Podobnie jest z obrazem śledztwa. Poznamy tu szereg technik kryminalistycznych, tok rozumowania śledczych i problemy organizacyjne z jakimi przeszło im się mierzyć.

Wreszcie mamy  bohatera zbiorowego w postaci społeczności niemieckiego miasta, gdzie każdy od oficera, przez gospodynie domową do żebraka czuje moralny obowiązek schwytania mordercy dzieci.

Przewrotny punkt kulminacyjny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych wątków kina detektywistycznego. To w jak gruncie rzeczy przypadkowy sposób został zdemaskowany morderca również znajdzie gro naśladowców.

m- morderca

Przy tym dodaje sprawie większego realizmu. Mimo, że film został nakręcony w latach 30 czyli jeszcze przed 'wysypem' prawdziwych seryjnych morderców, to twórca przewidział fakt, że najnieuchwytniejsi sprawcy wpadają w ręce władz przypadkiem. A pisanie listów do redakcji lokalnych gazet? Medialność antagonisty? Cóż, pomyślało mi się nawet, że filmowy morderca Langa zainspirował samego Zodiaka:)

Fabuła "M-Mordercy" to nie tylko nieśmiertelne filmowe wątki, ale też wciąż aktualne dylematy. Mamy tu motyw piętnowania przestępców - Tu symboliczna literka M na płaszczu zabójcy. Motyw zbiorowej histerii jaką budzi pojawienie się takiego ludzkiego drapieżnika w szeregach zwykłych obywateli i dążenie do społecznego samosądu. Zabójstwo dokonane na dziecku ukazane tu zostaje jako coś, co obrzydza wszystkich, nawet tych, którzy nie wiodą do końca uczciwego życia. Wciąż żywy jest dylemat, co z takim zrobić? Ubić na miejscu? Leczyć? Czy dożywotni wikt na państwowym garnuszku to adekwatna kara?

W tym momencie już powinniście wyzbyć się wątpliwości czy warto sięgnąć po "M-Morderce". Warto, po stokroć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:10

To coś:9

84/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wyspa doktora Moreau -  Herbert George Wells

wyspa doktora moreau

Statek, którym podróżował przyrodnik Edward Predrick ulega katastrofie. Mężczyzna zostaje cudem uratowany przez załogę statku handlowego, który ma dostarczyć towar na teoretycznie opuszczoną, wulkaniczną wyspę.

Po kilku perturbacjach Edward opuszcza statek wraz osobliwym towarem oraz w towarzystwie doktora Montgomery'ego i ląduje w jak się okazuje siedzibie niesławnego doktora Moreau, który w asyście wspomnianego doktora Montgomery'ego prowadzi na wyspie kontrowersyjne eksperymenty na zwierzętach.

Młody przyrodnik trafia w samo centrum wydarzeń, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie dał by wiary.

Ci którzy są z blogiem na bieżąco wiedzą, że już niejednokrotnie biłam się w pierś zarzekając się, że przeczytam coś z twórczości Wells'a. Ostatnim razem przy okazji wpisu o "U progu tajemnicy" jednego z filmów powstałych w oparciu o jego prozę.

Tego autora tworzącego na przełomie XIX i XX wieku kojarzą chyba wszyscy, szczególnie fani sci-fi. To jemu zawdzięczamy słynną "Wojnę światów", czy "Niewidzialnego człowieka".

Z wykształcenia był biologiem co z pewnością pomogło mu w tworzeniu wiarygodnych historii z pogranicza fantastyki i nauki, czyniąc go pionierem w tym gatunku literackim.

Przymiarkę do jego twórczości zaczęłam od "Wyspy doktora Moreau", choć plan był inny. "Wyspa Doktora Moreau" prześladuje mnie jednak od dzieciństwa i nieuchronne wyroki przeznaczenia znowu mnie do niej przywiodły.

Bladolicy Marlon Brando zafundował mi traumę w dzieciństwie, gdy jako sześcio, czy siedmioletnie dziecko obejrzałam ekranizację powieści w małym kinie niedaleko domu.

Kto wpuścił dziecko na taki film? Ano jego mama. Wspomniana mama pracowała w owym kinie i gdy nie miała gdzie podziać swojej latorośli zabierała ową ze sobą do pracy i sadzała na sali kinowej coby się młode nie plątało pod nogami.

Tak byłam najmłodszym widzem "Wyspy doktora Moreau" z '96, czy "Striptizu" z Demi Moore. Pamiętam jak dziś moje przerażenie. Nie chodzi mi tu o dyndające cycki Demi. Już napisy początkowe do "Wyspy..." wpędziły mnie w stan, który skutecznie przygwoździł mnie do fotela. Pamiętam migające obrazy krwawych ujęć wnętrzności, najpewniej zwierząt, ale kto wie, od których rozpoczynał się film. Później pamiętam 'kobietę pumę' i bladego, tłustego Marlona Brando, który wyglądał jak przywódca sekty którymi straszyła mnie siostra Remigia na religii w zerówce. Więcej nie pamiętam.

wyspa doktora moreau

Mimo, że teraz mogę się nazwać fanką horrorów, nawet tych z elementami gore nigdy więcej nie tknęłam tego filmu, choć poważnie rozważam zapoznanie się z wersją nakręconą w latach '30.

Przeczytałam natomiast książkę.

Powieść podobała mi się szalenie, a ślad pamięciowy z dzieciństwa dodatkowo podkręcał moje czytelnicze wrażenia. Mimo, że powieść Wellsa, ostatecznie okazała się raczej bezkrwawa, gdyż wszystkie haniebne eksperymenty doktora Moreau odbywały się po za wzrokiem narratora powieści, to dziecięca trauma i tak zrobiła swoje.

Dobre horrory sci-fi mają to do siebie, że nie przerażają fikcją tylko prawdopodobieństwem wcielenia tej fikcji w życie. Tak też było w przypadku historii "Wyspy..."

Jak wspomniałam, autor miał stosowne wykształcenie by zaprezentować czytelnikom wiarygodny obraz biologicznych eksperymentów dokonywanych na zwierzętach. Nie zawarł tu co prawda jakiś szczegółowych opisów. Nie było to konieczne, bo samo założenie misji Doktora Moreau wiało grozą. Jeśli dodatkowo ktoś jest wyjątkowo wrażliwy na los zwierząt, jak jak, z ową powieścią przeżyje sporo niespokojnych chwil.

Historia Edwarda to relacja z blisko rocznego pobytu na wyspie gdzie para lekarzy prowadzi eksperymenty nad zwierzęcą anatomią. Mamy tu sporo nawiązań do darwinizmu, bo ostatecznie Moreau bawi się w ewolucjonistę, który dzięki chirurgii tworzy nowe gatunki. Jego głównym założeniem jest uczłowieczenie dzikich zwierząt. Dokonując swoich zabiegów obdarza ich rozumem, zdolnością mowy i chodzenia na dwóch nogach. Daje im też bardzo ludzki wynalazek, czyli religię, która pomaga w zapanowaniu nad zwierzęcymi instynktami, które pomimo zabiegów nadal są obecne w życiu jego 'ofiar'.

Myślę, że na początku dwudziestego wieku ta opowieść musiała wyrywać z butów.

Pointą powieści jest stwierdzenie, nie zasygnalizowane wprost, ale dla mnie mocno czytelne, że wszytko działa w obie strony.

Tak jak Moreau uczłowieczał zwierzęta, tak samo można zezwierzęcić człowieka. I w dużym stopniu to właśnie spotkało narratora, który żył na wyspie i przez długi czas był kimś w rodzaju 'króla' dziwnych zwierząt.

Po powrocie do cywilizacji sam u siebie zaobserwował zachowania, które jednoznacznie wskazują jak łatwo człowiek może odrzucić to co człowiecze. Zacząć gardzić towarzystwem ludzi. Wells boleśnie przypomina nam o naszym miejscu w szeregu: ostatecznie jesteśmy zwierzętami.

Moja ocena:9/10

Tagi: książki
11:59, ilsa333
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 kwietnia 2017

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat '60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, "Bye Bye Man" nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

"Bye Bye Man" stanowi kompilacje wątków ghost story i slashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym "Koszmarze z Ulicy Wiązów".

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc "Bye Bye Man" mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 09 kwietnia 2017

Obserwując Edie - Camilla Way

obserwujac edie

Trzydziestotrzyletnia Edith spodziewa się dziecka, owocu jednorazowej przygody z kolegą z pracy. To właśnie w tej przełomowej w jej życiu chwili powraca do niej koszmar z przed lat, koszmar pod postacią dawnej koleżanki,  Heather. Edie nie chce odnawiać znajomości, zbyt mocno boi się cieni przeszłości, ale gdy po narodzinach dziecka popada w depresję, tylko Heather wyciąga do niej pomocną dłoń. Powoli wygrzebując się z dołka dostrzega, że dawna znajomość przynosi bardzo aktualne zagrożenie.

"Obserwując Edie" jest bodaj trzecią książką w dorobku brytyjskiej pisarki, Camillii Way. Na codzień autorka zajmuje się dziennikarstwem co szybko można wyczuć obcując z jej powieścią. Co by nie mówić o 'hienach dziennikarza' ich praca uczy przekazywania informacji w skonsolidowanej formie, więc gdy przychodzi im zabrać się za dłuższą formę literacką unikają wpadek, które często bywają udziałem pisarzy nie poddawanych uprzednio dziennikarskiej tresurze.

Książkę wchłonęłam na raz, co bardzo dobrze o niej świadczy, bo wcale nie cierpię na nadmiar wolnego czasu i takie sytuację zdarzają mi się z rzadka. Powieść wciąga od pierwszej chwili.

Kolejne rozdziały podzielone są między retrospekcje i relacje z obecnych wydarzeń. Mamy tu dwie narratorki, tytułową Edie, która odpowiada za relacjonowanie teraźniejszości i Heather, której przypadło niewdzięczne zadanie babrania się w brudach przeszłości. Mamy więc dwie perspektywy z których wyłania się podział na bohaterkę i antybohaterkę. Ten zabieg, z resztą będzie przyczyną sporego zaskoczenia w finale.

To co jest najmocniejszym elementem całej gry pomiędzy autorem a czytelnikiem, to napięcie. Powieść wcale nie jest długa, jednak przyjdzie nam długo poczekać na wielki finał. Wielki finał to oczywiście dojście do sedna sprawy. Dlaczego Edie tak bardzo boi się Heather? Co wydarzyło się latem przed siedemnastoma laty? Dlaczego Heather wróciła do życia Edie? Czego od niej chce?

Gdyby nie bardzo dobra warstwa psychologiczna powieści nie byłoby mowy o takich wrażeniach.Postaci obydwu bohaterek są bardzo dobrze skonstruowane, a misterna sieć ich pogmatwanych relacji sprawia, że możemy się tu spodziewać wszystkiego.

Czytaliście "Dziewczyny, które zabiły Chloe"? Tu mamy do czynienia z bardzo podobnym chwytem. Dwie narracje, retrospekcje i teraźniejszość, dwie przyjaciółki z 'przeszłością', ofiary pewnych wydarzeń i do samego końca nie wiadomo kto jest winien.

Tu jest bardzo podobnie i powiem więcej, tu jest lepiej. W "Dziewczyny..." jednym z moich zarzutów były dłużyzny w fabule, tu tego nie ma.

Tak więc, "Obserwując Edie" mogę polecić wszystkim z czystym sumieniem.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

sobota, 08 kwietnia 2017

Resident Evil: The Final Chapter/ Resident evil: Ostatni rozdział (2016)

resident evil

Od ponad dekady ziemię i ludzkość wyniszcza zaraza, która za sprawą wirusa T, zmienia ludzi w zombie. Alice, samotna mścicielka od dawna próbuje zadać korporacji Umbrella ostateczny cios. Jednak mimo nadprzyrodzonych umiejętności jest to walka Dawida z Goliatem.

Gdy Alice rozprawia się kolejnymi zmutowanymi stworami na terenie Waszyngtonu zostaje namierzona przez Czerwoną Królową, sztuczną inteligencją sprawującą kontrole nad Ulem, siedzibą Ubrelli. Czerwona Królowa składa Alice propozycję nie do odrzucenia: chce jej pomóc w zabiciu szalonego doktora Isaack'sa i zdobyciu antidotum.

Względnie dobre zdanie o serii "Resident Evil" straciłam jakieś dwa filmy temu. Postapokaliptyczną 'trójkę' uznałam więc za ostatni dobry obraz Andersona. Po obejrzeniu "Afterlife" i "Retrybucji", obrazów kompletnie pozbawionych fabuły, nie mówiąc już o logicznej fabule, byłam tak wkurzona na twórców, że wcale a wcale nie miałam ochoty sięgać po kolejna odsłonę serii. Zrobiłam to jednak, ponieważ przyobiecano mi, że jest to zakończenie tematu, ostatni film z pod szyldu Residen Evil.

resident evil

Co do tego, że jest to już ostatnia część mam pewne wątpliwości, bo po raz kolejny mamy do czynienia z otwartym zakończeniem, jakby reżyser zostawiał sobie awaryjną furtkę - a nóż ktoś będzie chciał kontynuacji?

Nie nie chcemy, ja nie chce, uważam, że otwarte zakończenie było zbędne i zaszkodziło temu co z mozołem, jak wielkim mogę się tylko domyślić, udało się twórcy zbudować w toku fabularnej historii "Ostatniego rozdziału".

Byłam tak zaskoczona obecnością 'fabuły', że przyjęłam ją bez sprzeciwu. Warstwa dramatyczna w serii "Resident evil" zawsze boleśnie kulała i toczyła nierówny bój o pierwszeństwo z efektami specjalnymi, które to zwykle przejmowały kontrolę nad językiem filmu.

O tym, że tym razem będzie lepiej przekonałam się już na początku seansu, kiedy to pojawia się dłuższy narracyjny monolog będący po trosze streszczeniem po trosze wyjaśnieniem dotychczasowych filmowych zdarzeń. Dawno nie spotkałam tak złożonych i długich zdań w "Residentach":)

Po tym zaskakującym elemencie wracamy na stary tor zdarzeń. Alice się pojedynkuje, wojuje, coś wybucha, ktoś traci kończynę. Pojawia się grupa ocalałych, która przycupnęła w Raccoon City i którymi nie warto poświęcać większej uwagi. To chyba ten rodzaj postaci tak zniechęca mnie do wszelkich zombie movie.

resident evil

Kiedy już przebrniemy przez wartko toczącą się typowo residentową akcje przechodzimy do finału. A tu drodzy Państwo niespodzianek co nie miara. Większość widzów krzyczy w internetach, że wcale ich to nie zaskoczyło, ale mnie i owszem. Uważam, że scenariusz w tym momencie wzbił się na poziom do tej pory nie osiągalny dla serii. Wiem jak to brzmi, ale mimo iż w pewien sposób szanuje tą serię, to nie mam  najlepszego zdania o kondycji umysłowej jej twórców. To co w innym filmie było by banalnym pierdnięciem tu było czymś iście zachwycającym.

Obawiam się, że po tym szczytowaniu Andersonowi i reszcie ekipy nie starczy już wyobraźni na następny choć odrobinę sensowny scenariusz i w duchu modlę się by "Ostatni rozdział" faktycznie był ostatni, bo inaczej bezwzględnie czeka nas powtórka z "Afterlife" i "Retrybucji", albo jeszcze gorzej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:6

51/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 06 kwietnia 2017

The Devil's Candy (2015)

devils candy

Malarz Jessie wraz z żoną Astrid i nastoletnią córką Zooey kupuje nowy dom w Teksasie. Wkrótce zjawia się tam Ray, syn poprzednich właścicieli, mocno pojechany typ.

Mniej więcej w tym samym czasie Jessie wpada w twórczy amok, malując do szczętu przesiąknięte mrokiem obrazy. Na jednym z nich jego córka umiera w płomieniach.

"Devil's Candy" jak wynika z opisu stanowi przykład podręcznikowego ghost story i takim w gruncie rzeczy jest, aczkolwiek wyróżnia się tym i owym.

Scenariusz i reżyseria filmu to zasługa Seana Byrne'a, twórcy o dorobku niewielkim ale raczej konkretnym. To on swego czasu nakręcił mocno porąbany "The loved ones".

Jego nowy film, "Devils candy" mimo iż spokojnie mieści się w ramach klasycznej historii o nawiedzonym domu wyróżnia się na tle pospólstwa gatunkowego.

Tak, możecie mi zarzucić stronniczość, ale z miejsca polubiłam jego bohaterów. Wszyscy słuchają heavy metalu, córuchna w koszulce Motorhead, tatuś w Metallice, mamcia ma niebieskie pasemka. Zawsze chciałam mieć niebieskie włosy;(

devils candy

devils candy

Metalowe riffy robią za muzykę filmową stosownie nakręcając klimat. Filmowe wydarzenia przebiegają niespiesznie po równym torze. Doprawdy nie ma tu nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o środki operowania grozą. Widać, że budżet filmu był niewielki. Mimo to nie nudziłam się w czasie seansu z tym obrazem i oglądało mi się go do prawdy przyjemnie.

Odnoszę wrażenie, że film został zrobiony z myślą o fanach muzyki metalowej i im jak mniemam może się spodobać: tylko głośny heavy metal może uratować przed opętaniem ;). Dla reszty widzów jak przypuszczam będzie to tylko kolejny horror o nawiedzonym domu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W sakli brutalności:1/10

wtorek, 04 kwietnia 2017

Wigilijna zamieć - Wojciech Rudziński

wigilijna zamieć

W wigilijny wieczór Tomek Zawadziński, przyszły policjant, mknie swoim autem przez zimową zamieć, by jak najszybciej znaleźć się w gronie rodziny przy wigilijnym stole. Mrok nocy zwykł sprawiać nieprzyjemne wrażenia, ale to czego doświadczył Tomek okazuje się czyś więcej niż przeczuciem widmowego zagrożenia. Dostrzega coś na drodze. Z powodu niejasnego przekonania o czyjejś obecności we wnętrzu jego samochodu Tomek wykonuje manewr w wyniku którego ląduje w lesie. Opuszczenie wraku w celu znalezienia pomocy okazuje się początkiem najdziwniejszej nocy w jego życiu.

Wojciech Rudziński, jeden z wielu polskich emigrantów, spisał swoją powieść w dalekiej Anglii nie posiadając uprzednio żadnego literackiego doświadczenia. Książka liczy sobie niespełna 130 stron i została wydana na zasadzie coraz popularniejszego self publishingu. Ta droga często staje się dla debiutantów jedyną możliwą przepustką do literackiego świata, dlatego wbrew powszechnemu przekonaniu o niskiej jakości takich publikacji staram się do czasu do czasu dać szansę jakiemuś 'żółtodziobowi', któremu na wydaniu powieści zależy na tyle by samemu za to zapłacić.

Dzięki temu złowiłam kilka naprawdę dobrych książek, które z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie dostały szansy u tradycyjnego wydawcy. Niestety zdarza się też tak, że trafiam na coś, czego nie da się czytać i żal mi drzewa które poświecono na papier drukarski.

Lektura "Wigilijnej zamieci" nie pozostawia złudzeń, do której grupy jestem zmuszona ją przypisać. Już samemu wydawcy należą się cięgi za skład i łamanie tekstu. Wygląda to tak jakby powieść puszczono do druku prosto z Worda, bez takich podstawowych rzeczy jak marginesy. Gdyby zrobiono to jak należy książkę czytałoby się po prostu wygodniej, choć pewnie zużyto by więcej papieru;) Okładka też odstrasza ( ta czcionka w tytule) i wszytko to jest zasługą jednej osoby. Bardzo nieestetyczna forma wydania.

Fabuła powieści oscyluje w świecie horroru i tego też powodu wpadła w moje ręce.

Początek jest bardzo obiecujący: Samotny kierowca w środku nocnej zamieci śnieżnej, dziwne przeczucie, wypadek. Tomek wędrując przez mrok lasu trafia do karczmy, w której jakby czas się zatrzymał. Poznajemy tu kilku nowych bohaterów i tu gdzie zaczynają się dialogi zaczynają się problemy. Powiem krótko, bo nie chcę się znęcać, dialogi w ogóle nie mają płynności, są sztywne, kołkiem ciosane, budowane jakby na siłę, jakby na przekór logice zdarzeń. Wszyscy bohaterzy używają tych samych zwrotów, brak tu oddzielnych charakterystyk odzwierciedlonych w wypowiadanych kwestiach. Czasami autor stara się stylizować język, używać nieco archaizmów, ale za chwile wyskakuję z jakimś "przydupasem" i wracamy do punktu wyjścia.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z horrorem, można rzec ghost story, ale bliżej tu do horroru religijnego, pełnego postaci zarezerwowanych dla świata wiary chrześcijańskiej. Choć nie zabraknie też elementów typowych dla innych religii (reinkarnacja). Obok tego mamy sporo niezbyt zgrabnie przemycanej historii czasów średniowiecza i dużo... dużo moralizowania. Autor zaznacza swoje moralne przesłanie z siłą kaznodziei, nie dając czytelnikowi przestrzeni na własną refleksję.

Bardzo żywe opisy dalszych wydarzeń przypominają bitwę o Śródziemie okraszone odrobina "Hellraisera". wszytko w jednym. Wszytko na bogato, wszytko na szybko.

Osobiście bardzo ciężko było mi się w tym odnaleźć, kolejne wydarzenia śledziłam z rosnącym zdziwieniem, ale niestety nie było to zdziwienie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia kompletnie nie w moim guście, nie w moim stylu, nie w moim typie, o czym piszę z naciskiem, bo nie wykluczam, że znajdzie ona swoich zwolenników.

Za książkę dziękuję autorowi Wojciechowi Rudzińskiemu

 

sobota, 01 kwietnia 2017

Split (2016)

split

Trzy nastolatki zostają uprowadzone przez chorego psychicznie mężczyznę. Dwie z nich ogarnięte panicznym pragnieniem ucieczki z pułapki nie zauważają innej szansy na ratunek jak zmasowany atak na napastnika. Trzecia z nich, Casey dopatruje się szansy na ratunek w czym innym.

Zarówno sprzymierzeńcem jak i największym zagrożeniem dla ofiar jest choroba psychiczna oprawcy. Bystra dziewczyna zauważa, że tajemniczy, młody mężczyzna posiada wiele tożsamości i za każdym razem pojawia się przed nią jako inna osoba.

Jedną z tożsamości jest Bestia której 'przybycie' przepowiada osobowość dziewięcioletniego chłopca. Dziewczyny muszą wydostać się z pułapki zanim osobowość Bestii przejmie kontrolę nad umysłem sprawcy porwania.

O tym, że "Split" jest zajebistym filmem słyszałam zanim jeszcze wszedł na ekrany polskich kin. Wieść o sukcesie filmu za granicą zamydliła oczy wszystkim i czytając kolejne recenzje nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mam tu do czynienia z niespotykanym fenomenem.

Entuzjazm widzów udzielił mi się i sama czym prędzej chciałam zobaczyć nowy film twórcy "Szóstego zmysłu", którego w ostatnich latach posądzano o twórczy upadek.

Zachowałam przy tym jednak trochę mojej zwyczajowej nieufności, która jak na wezwanie pojawia się ilekroć jakiś filmowy twórca bierze na tapetę temat zaburzeń psychicznych.

Widziałam, że film ma traktować o zabójcy cierpiącym na rozdwojenie jaźni. I to właśnie wybór choroby budził we mnie największe wątpliwości. Nie dlatego, że samo istnienie tego zaburzenia wielu naukowców poddaje w wątpliwość skupiając się na innych drogach interpretacji zaburzeń dysocjacyjnych, ale dlatego, że jest to najpopularniejsza 'filmowa choroba psychiczna'.

split

Wielokroć wykorzystywana była w filmowych thrillerach, najczęściej jako finałowy element, który miał za zadanie odwrócić perspektywę z jakiej widz patrzył na antybohatera. O rozdwojenie jaźni podejrzewano wszystkich, od opętanych przez demony młodych dziewcząt po seryjnych morderców. Nawet psychozę Normana Batesa podciągano pod tą klasyfikację.

W efekcie dobrych filmów wykorzystujących ów motyw jest niewiele. Większość twórców zupełnie bez przemyślenia używa hasła 'rozdwojenie jaźni' wyciągając je jak królika z kapelusza, ilekroć zabraknie pomysłu na ciekawy portret psychologiczny antybohatera.

Tak słynna osobowość wieloraka obrasta kolejnymi mitami, dopuszczając coraz to bardziej absurdalne możliwości przebiegu choroby.

Zdarza się, że cierpiących na nią filmowe postaci traktuje się jak komiksowych superbohaterów potrafiących w jednej chwili przyodziać powiewającą pelerynę by pobiec zbawiać lub podpalać świat.

Reżyser "Split", który do takich komiksowych aluzji ma słabość (Weźmy chociażby "Niezniszczalnego") wykorzystuje tą drogę trochę na zasadzie parodii:

Jego bohater posiada krańcowo nieprawdopodobna ilość alternatywnych tożsamości, z czego każda z nich ma inne możliwości i właściwości fizyczne, inne choroby przewlekłe, inny wiek, pojawia się inna płeć i wreszcie osobowość posiadającą nadnaturalny rodowód. Przy tym wszystkie osobowości 'się znają', a osobowość 'przewodnia' może je w dużym stopniu kontrolować.

Twórca wykorzystał dosłownie wszystkie opcje, wszystkie teorie, jakimi obrosło dysocjacyjne zaburzenie osobowości i których naukowe podłożenie jest delikatnie mówiąc wielce wątpliwe. Czasami myślę, że osobowość wieloraką stworzyło Hollywood, bo osobiście nie poznałam żadnego lekarza psychiatry ani żadnego psychologa, który zetknąłby się z tą chorobą w praktyce - nie licząc biegłych sądowych badających poczytalność przestępców, ci badani nader często łakomią się na tę właśnie wersję w myśl zasady: jeśli złapią cię za rękę mów, że to nie twoja ręka.

split

Reżyser "Split" obok naszego 'ciężkiego przypadku' wprowadził na arenę lekarkę specjalizująca się w badaniu zaburzeń dysocjacyjnych i pokładającą wielką wiarę we wszystkie dotyczące niej teorie. Kobieta na co dzień pracuje z naszym sprawcą i wspiera go w świadomym życiu z zaburzeniem, mimo że ten zdaje sobie sprawę, że nikt więcej nie daje mu wiary. Kobieta zauważa, że w system dwudziestu paru tożsamości pacjenta wkradł się jakiś chaos i z niepokojem śledzi jego poczynania. Nie wie jak daleko zabrnął.

Śledzimy tu więc poczynania pani doktor, poczynania naszego sprawcy i losy trzech dziewcząt uwięzionych i czekających na śmierć. Tu do głosu dochodzi jeszcze retrospekcja z dzieciństwa. Ku miłemu zaskoczeniu nie dotyczy ona traumy dzieciństwa antybohaterka- choć pojawia się jedna migawka z jego wspomnień- lecz dotyczy dzieciństwa Casey, która również doświadczyła i można rzec, cały czas doświadcza traumy w domu rodzinnym.

Casey jest zresztą bardzo ciekawa postacią i bardzo żałuje, że nie dano jej większego pola manewru zwłaszcza, że w ta postać aktorsko wciela się Anna Taylor -Joy, którą zachwyciła mnie w "The Witch". Tak na marginesie, pięknie jej w ciemnych włosach.

split

O obsadzie zresztą można powiedzieć dużo dobrego, zaczynając oczywiście od odtwórcy roli głównej czyli Jamesie McAvoy, który brawurowo wciela się kolejne tożsamości porywacza.

Teraz pytanie za sto punktów. Czy to wszytko zasługuje na mianą takiego fenomenu? W mojej ocenie nie. Nie widzę tu absolutnie nic przed czym mogłabym w zachwycie chylić czoła. "Split" to nic innego jak kolejny film o psychicznym przestępcy, którego twórca na przekór rozsądkowi podsuwa nam rozdmuchaną fikcję dając jej psychologiczną przepustkę.

Jak wspomniałam mamy gro filmów z osobowością wieloraką w roli głównej i jak wspomniałam niewiele jest tych dobrych. Polecałam Wam kiedyś historię "Sybil" i polecę raz jeszcze, bo ze wszystkich naciąganych historii tej choroby tą przełknęłam najłatwiej.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 31 marca 2017

El cadáver de Anna Fritz/ Ciało Anny Fritz (2015)

ciało anny fritz

Piękna hiszpańska aktorka i celebrytka trafia martwa do kostnicy, w której pracuje młody Paul. Tej samej nocy chłopak postanawia podzielić się sensacyjną nowiną z dwoma kumplami, który odwiedzają kostnice Paula w drodze na imprezę. Wszytko po to by zobaczy nagusieńkie ciało martwej Anny Fritz. Imprezowy nastrój młodzieńców sprawia, że w końcu wpadają na niecodzienny pomysł. Tak ciało martwej aktorki staje się ich seksualnym obiektem.

Hiszpański thriller "Ciało Anny Fritz" dotarł do nas ze sporym opóźnieniem, a ja sama miałam ten tytuł na oku od dłuższego już czasu.

Motyw przewodni filmu jaki obrali młodzi twórcy jest na tyle kontrowersyjny by przyciągnąć uwagę jednak nie znaczy to, że stanowi nowość w gatunku.

Krótki opis fabuły szybko nasunie Wam skojarzenie z "Martwą dziewczyną", gdzie również mamy do czynienia z przypadkiem nekrofilii jakiej dopuszczają się młodzi mężczyźni. Mimo iż założenie w obydwu produkcjach jest podobne różnią się one w znacznym stopniu. Nie da się ukryć, że "Martwa dziewczyna" prezentowała swego rodzaju cuchnący, czarny humor, którego nie spotkamy u Hiszpanów, którzy swoją historię opowiadają całkiem na serio.

Jak wspomniałam akcja filmu rozgrywa się w kostnicy, co również nie jest szczególnie oryginalnym wyborem, nie mniej jednak, jak na kino grozy, jest to miejscówka już sprawdzona. Z automatu budzi obawę, gdyż dla większości z nas jest to miejsce niedostępne, miejsce zarezerwowane dla śmierci.

Otoczenie zimno metalicznego wyposażenia kostnicy samo w sobie robi dużą robotę, do tego dochodzą rzędy zwłok zakrytych białymi prześcieradłami. Wśród nich piękna Anna, która szybko skupia na sobie całą uwagę zarówno 'żywych bohaterów' jak i widza.

ciało anny fritz

Dowiadujemy się, że przedwcześnie zmarła była znaną i uwielbiana aktorką, piękną i niedostępną dla przeciętnego amatora jej wdzięków. Tymczasem leży zupełnie bezwładna i dalej kusząco atrakcyjna. Z wypowiedzi Paula i jednego z jego kolegów wynika, że zbrodnie nekrofilii nie są niczym nadzwyczajnym. Każdy skorzystałby z takiej okazji.

Przygnębiająca perspektywa...

Po wciągnięciu paru kresek dla animuszu najbardziej napalony z trójcy dosiada nieszczęsną Anne i skończywszy swój bluźnierczy akt zachęca do niego pozostałych dwóch gości.

Tu następuje najbardziej znaczące rozminięcie fabularne ze skojarzonym tytułem "Martwej dziewczyny". Mogę powiedzieć, że z tą chwilą dobiegła końca najbardziej kontrowersyjna partia filmu. Reszta to już faza thrillera z fabularnym twistem.

Nie powiem, były momenty większego napięcia jednakże nie ukrywam rozczarowania tak, w gruncie rzeczy, prostym zastosowanym tu chwytem.

Dalej wszytko sprowadza się do próby ukrycia karygodnego czynu. Mimo iż każdy z bohaterów prezentuje inną postawę: jest ten dobry, jest ten zły i jest ten pomiędzy, który musi podjąć trudną decyzję, to ich działania biegną w jednym kierunku i jego wynik jest do przewidzenia.

ciało anny fritz

Nie da się ukryć, że pułapka twistu fabularnego jest tu narzędziem obusiecznym. Z jednej strony łapie się w nią widz, z drugiej twórcy filmu, którzy jakby zapomnieli o jego konsekwentnym przeprowadzeniu.

Finał też mnie nie zachwycił i z przykrością muszę przyznać, że po mocnym początku emocje wcale nie rosną.

Miałam wrażenie, że twórcy zawstydzeni takim rzutem na taśmę dalej całkowicie zrezygnowali z silniejszego przekazu na rzecz zabawy w kotka i myszkę. Wspominam o tym, nie dlatego, że film uważam za rozczarowanie generalnie, lecz z uwagi na, w mojej ocenie, nie pełne wykorzystanie potencjału tej historii.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 27 marca 2017

Ak-eui yeon-dae-gi aka Chronicles of evil (2015)

chronicles of evil

Komendant policji Chang-sik Choi wkrótce spodziewa się obiecanego awansu. Jedyne co ma zrobić by zrealizować zamierzenie, to nie podpaść szefowi policji 'robiąc coś głupiego'. Pech chce, że wracając z imprezy zostaje zaatakowany przez człowieka chcącego pozbawić go życia. Komendant zabija go w obronie własnej. Zamiast wezwać kolegów po fachu ucieka z miejsca zdarzenia. Następnego dnia okazuje się, że ukrycie sprawy nic nie dało, bo ktoś wyeksponował jego dzieło zawieszając trupa na dźwigu tuż obok siedziby policji. Chang-sik nabiera przekonania, że ktoś mocno che mu nabruździć, a atak nie był przypadkowy.

Kolejny koreański thriller, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Jak na koreańskie kino przystało produkcja bardzo udana.

chronicles of evil

Mamy tu do czynienia z dobrze przemyślaną intrygą skupiającą się wokół osoby docenianego komendanta. Poznajemy go jako osobę zdeterminowaną by osiągnąć sukces, postrzeganą jako prawą i konsekwentną. Dla kontrastu obok niego kręci się młody adept szkoły policyjnej, któremu nie brakuje instynktu i który bardziej niż na uszczęśliwianiu przełożonych skupia się na poszukiwaniu prawdy.

chronicles of evil

W filmowym wstępie pojawiają się enigmatyczne sceny dotyczące sprawy z przeszłości i jak się domyślacie ma ona związek z głównym bohaterem. Cóż więcej mogę zdradzić? Chyba nic.

Zakładam, że film przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom koreańskiego kina, bo posiada wszystkie jego zalety. Dobrze napisany scenariusz, który zastawia na widza sporo pułapek i pozwala mu pogłówkować nad filmową zagadką. Akcja jest wartka i wciągająca. Pomysł wyjściowy ciekawy, choć z nóg Was nie zwali, Koreańczycy miewają znacznie bardziej wymyśle patenty na zawiązanie akcji. Wysoki poziom realizacji od zdjęć przez montaż aż do muzyki. Solidne aktorstwo. Muszę przyznać, że kiedyś zupełnie rozróżniałam azjatyckich aktorów, teraz mogę powiedzieć, że się to zmieniło i mam już nawet swoich ulubieńców.

"Kroniki zła", bo pewnie tak by brzmiał polski tytuł, ogląda się bardzo przyjemnie i no cóż, jest kolejnym dowodem na niezawodność Korei Południowej w tej dziedzinie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie: 8

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 1/10

niedziela, 26 marca 2017

Frankenstein - Mary Shelley,

Pogrzeb - George Byron,

Wampir - John William Polidori,

Dziennik z Gnewy. Opowieści o duchach - Percy Bysshe Shelley

frankenstein

Wydawnictwo Vesper w ostatnim czasie ucieszyło swoich czytelników kolejnym wydawniczym wznowieniem klasycznej literatury gotyckiej, tym razem padło na "Frankensteina" opowieść o protoplaście szalonych naukowców i jego dziele, samotnym potworze. Podobnie jak w przypadku opowiadań Lovecrafta z tego samego wydawnictwa, przekład powierzono nieocenionemu Maciejowi Płazie. Z resztą wydanie zostało uzupełnione o posłowie jego autorstwa, w którym krótko, ale wnikliwie analizuje on najważniejsze książkowe motywy oraz biografie samej autorki.

Zadbano o to by czytelnik miał możliwość zapoznać się nie tylko z gotowym dziełem jakim jest powieść "Frankenstein", ale też okoliczności towarzyszące jej powstaniu. W tym wydaniu zawarto także przedmowę napisaną przez małżonka autorki, także pisarza Percy'ego Shelley'a, której wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Znajdziemy tu też  kilka słów od samej autorki stanowiących dodatek wyjaśniający wprowadzane w kolejnych wznowieniach powieści zmiany.

Dzięki tym dodatkom czytelnik, jak wspomniałam, poznaje okoliczności powstania słynnej powieści. Okoliczności te jak mniemam są już Wam znane, ostatecznie napomknęłam o nich przy starej recenzji innego wydania tej powieści. Chodzi tu o słynne wakacje nad jeziorem Genewskim gdzie grupa pisarzy pod przewodnictwem Lorda Byrona zabawiała się wymyślając historie o duchach.

Wydawnictwo Vesper poszło jeszcze o krok dalej serwując nam w tym wydaniu "Frankensteina" dodatki w postaci pozostałych, spisanych w owe wakacyjne wieczory strasznych opowieści. Wyborny pomysł, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Z radością przeczytałam słynnego "Wampira", którego autorstwo mylnie przypisywano Byronowi, podczas gdy był on dziełem jego znajomomego, Wiliama Polidorii, który spisał go właśnie w ramach zabawy w opowieści o duchach w lordowskim domu. Co ciekawe, a czego dowiecie się dzięki posłowie Macieja Płazy, Polidorii nieco zakpił z gospodarza imprezy tworząc swojego antybohatera, tytułowego Wampira na wzór Lorda Byrona. Jego wampir bowiem nie jest straszydłem kryjącym się w mrocznym zamczysku, lecz dandysem salonowym lwem, którego jedyną rozrywką po za uzupełnianiem zapasu krwi w organizmie jest sprowadzanie na złą drogę osób ze swojego otoczenia.

Innym umieszczonym tu opowiadaniem jest króciutki "Pogrzeb" Byrona, opowieść tyle tajemnicza, po byronowsku egzotyczna, co moim zdaniem lekko niedokończona.

"Dziennik Genewski" spisany przez męża Shelley to w gruncie rzeczy wybór anegdot o fantastycznym zabarwieniu jakie przynieśli goście, w tym George Lewis, autor "Mnicha", który jak się okazuje również pojawił się w letniskowy domu Byrona.

Wracając jeszcze do posłowia Płazy, rzuciła ona sporo światła na samą postać autorki, a same wakacje nad jeziorem Genwskim przedstawiają się dzięki temu jako być może najważniejszy moment w jej życiu. Człowiek przesądny powiedziałby, że narodziny "Frankensteina" były początkiem narodzin klątwy, która do końca życia ciążyła na Mary usyłając je trupami bliskich jej osób. Ostatecznie nim autorka dożyła wieku średniego wszyscy towarzysze 'wieczorków z duchami' wstąpili w ich szeregi.

Poza owymi literackimi dodatkami to wydanie "Frankensteina" kusi czymś jeszcze, ilustracjami samego Lynd'a Ward'a, o którym mówi się, że swoimi ilustracjami dał początek komisom. Jego drzeworyty zdobiły też niejedną powieść, w tym właśnie historię Mary Shelley, co skutecznie wykorzystał Vesper.

frankenstein

Wszytko to stanowi miły dodatek do dzieła, które zyskało niebagatelną sławę, czyli "Frankensteina". Moje niegdysiejsze dywagacje na temat jego treści możecie przeczytać TU.

"Frankenstein" jest jedną z moich ulubionych książek, szczególnie jeśli ramy ulubienia ograniczę do klasycznych horrorów. Stanowi ona przykład na to, jak ważną gałęzią literatury jest groza.

Mówi się, że życiem człowieka kierują dwie siły eros i thanatos, czyli miłość i śmierć. Ja uważam, że rządzi nim lęk. To lęk jest przyczyną największych odkryć i największych zniszczeń. Dlatego tak śmieszy mnie gdy ktoś stara się bagatelizować rolę grozy, czy to filmowej czy literackiej, czy w jakikolwiek sposób obecnej w sztuce i kulturze. Uważam, że literatura, grozy i tu "Frankenstein" jest dobrym przykładem, mówi o człowieku więcej niż najsłynniejsze traktaty filozoficzne. Nie można jego wartości sprowadzić tylko do 'mitotwórczego potencjału'.

Moja ocena:10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

vesper

Tagi: książki
10:39, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 marca 2017

Zodiac/ Zodiak (2007)

zodiak

W latach '60 i '70 XX wieku w San Francisco grasował seryjny morderca o pseudonimie Zodiak. Był to pierwszy seryjny morderca 'celebryta'. Pisał listy do gazet, rozmawiał przez telefon na żywo na antenie telewizyjnej, sam wymyślił swój pseudonim opatrzony stosownym symbolem i nieustannie domagał się atencji społeczeństwa. Przyznał się do zabicia blisko 40 osób, jednak jego bezpośredni udział udowodniono tylko w pięciu. Jego legenda urosła tym bardziej, gdyż nigdy nie został oficjalnie zidentyfikowany. Nikt nie odpowiedział za brodnie Zodiaka i po dziś dzień wokół jego tożsamości narastają domysły.

David Fincher nieodmiennie kojarzy się z ciemną stroną kina. Zwykł kręcić mroczne thrillery o mrocznych ludziach. Jego najbardziej znanym filmem jest "Siedem", opowieść o seryjnym zabójcy. "Zodiak" to poniekąd powrót do tego czym zasłynął.

Scenariusz filmu stara się nam przybliży nie tyle sylwetkę tytułowego bohatera, która jakby nie patrzeć pozostaje w sferze domniemań, ile przebieg wieloletniego śledztwa kilku osób zdeterminowanych by schwytać szaleńca.

Pan Zodiak, jeśli wziąć pod uwagę modus operandi i liche informacje na temat jego sylwetki, które zechciał nam zdradzić nie stawiają go szczególnie wysoko w statystyce amerykańskich top czubków. Nie był sadystą, nie mordował dzieci. Strzelał do swoich ofiar z pistoletu często chybiając i pozostawiając je przy życiu. Jak poinformował opinie publiczną, zabijał, bo pomagało mu to na ból głowy. Bardzo zależało mu na tym, by zwrócić na siebie uwagę. Gdyby nie fakt, że nigdy go nie złapano, choć pozostawił po sobie krwawy ślad i obszerną korespondencję, zginął by w tłumie bardziej barwnych amerykańskich antybohaterów. Z tego też powodu nigdy szczególnie się nim nie interesowałam.

zodiak

Po film Finchera sięgnęłam głównie ze względu na zainteresowanie poprzednimi jego filmowymi dokonaniami, Jake'm Gyllenhallem w obsadzie i niejakim poczuciem obowiązku.

Muszę przyznać, że obraz nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak na większości widzów, jak wynika z krążących w necie opinii. Obejrzałam film z zainteresowaniem, ale bez wypieków na twarzy, niczym dobrej jakości dokument na ID.

Nie umniejszam jego filmowym walorom, bo nie da się ukryć, że scenarzysta odwalił kawal dobrej roboty prezentując nam tak złożoną i niejasną historię w bardzo przystępny sposób. Traktuję go bardziej jako film o ludziach, w których życiu Zodiak odegrał jakąś istotna rolę. O wpływie jego zbrodni, o wpływie desperackiej chęci schwytania go na ich życie.

Jak dla mnie było tu trochę za mało tytułowego Zodiaka, ale jak wspomniałam - nie ma się czemu dziwić skoro niewiele o nim wiadomo, a reżyser jak sądzę starał się trzymać faktów.

zodiak

Jeśli chodzi o watek dominujący w filmie, czyli przedstawione tu realia śledztwa to są zdecydowanie mocnym punktem programu i gdyby nie to, że mnie nie szczególnie interesują sprytni detektywi i bystrze dziennikarze to mój odbiór byłby zdecydowanie bardziej entuzjastyczny. Czyli mamy dobry film, do sensu z którym zachęcam, niemniej jednak uważam, że rozminął się z moimi zainteresowaniami.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:5

60/100

W skali brutalności:1/10

środa, 22 marca 2017

Lemon Tree Passage/ Spustoszenie (2015)

lemon tree pasage

Grupa turystów, Australijczycy Geordie i Oscar i zapoznani niedawno Amerykanie Maya, Amelia i Toby spędzają wakacje w Nowej Południowej Walii gdzie znana jest legenda o duchu motocyklisty, którego spotkać można na drodze Lemon Tree.

Młodzi postanawiają przekonać się o prawdziwości legendy i pod osłoną nocy wybierają się do nawiedzonego miejsca. Udaje im się zauważyć kulę światła, którą biorą za ducha. Od tego spotkania wszytko zaczyna zmierzać w złym kierunku.

"Spustoszenie" to reżyserski debiut dwóch Australijczyków, którego jednak do udanych ciężko zaliczyć. Oczywiście na tle większość mocno przeciętnych, albo wręcz słabych filmowych horrorów nie wypada jakoś wybitnie źle, ale też nie wybija się ponad niski poziom.

Fabularny wstęp kazał mi sądzić, że będę tu miała do czynienia ze slasherem. Australijskie rąbanki często gęsto wypadają bardziej makabrycznie niż te amerykańskie, więc tego też oczekiwałam.

Mamy grupę pięknych i młodych, którzy dokazują razem na plaży, a później snują straszne opowieści przy ognisku - slasher jak w mordę strzelił - a jednak.

lemon tree pasage

Legenda jaką tu usłyszymy jest jedną z wielu urban legends, opowiadanych ku przestrodze. Ta dotyczy zbyt hulaszczej jazdy na odcinku drogi zwanej Lemon Tree Passage. Bohaterzy postawiają sprawdzić, czy stosując się do wskazówek zawartych w strasznej opowieści o duchu motocyklisty uda im się zobaczyć prawdziwe dziwo. I cóż, Drodzy Państwo, udaje im się i na tym się nie kończy.

Ciemną nocą nie napotkają w na odludnej drodze świra uzbrojonego w lewarek, tu zaczyna się ghost story, które jest właściwym gatunkiem dla tego filmu.

lemon tree pasage

Szybko przechodzimy do upiornych wizji jakich doświadcza jedna z bohaterek. Jej makabryczne sny stają się coraz bardziej realne aż do finału, który przebiega szybko i gładko. Dowiadujemy się oczywiście co też zdarzyło się w okolicy Lemon Tree Passage i jest to historia jakich wiele w gatunku, nie oczekujcie zaskoczenia.

Główne założenia fabularne oparte są na znanych schematach i twórcy próżno próbowali od nich uciec kombinując nieco z narracją. Z tego kombinowania wyszedł niezły bigos i jeśli o mnie chodzi szybko odechciało mi się szukać logiki w tym chaosie.

Nie dostrzegłam w tej produkcji żadnego elementu zasługującego na szczególną uwagę, czegoś co warto by pochwalić. Horror jakich wiele, zerknąć można jednym okiem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

 46/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 20 marca 2017

Psychopatologia - Martin E.P. Seligman, Elaine F. Walker, David L. Rosenhan

psychopatologia

Pewnie część z Was już skumało, czym się zajmuję kiedy nie zajmuję się oglądaniem makabrycznych filmów i czytaniem makabrycznych książek. Zapewne zauważyliście, że mam niezdrową tendencję do analizowania zachowań fikcyjnych bohaterów pod kątem psychologicznym i pewnie Was to zdrowo wkurza, gdy czytacie recenzje ;)

Dziś przedstawię Wam książkę, po lekturze której będziecie mogli poanalizować razem ze mną. A może są wśród Was nie tyle zawodowi psycholodzy co pasjonaci tej dziedziny?

Oto w moje ręce wpadła książka, o której posiadaniu marzyłam przez pięć lat studiów, ale mogłam sobie tylko na nią popatrzeć, bo fundusz operacyjny biednego studenta nie pozwalał mi na takie szarże. Teraz nie mogłam jej odmówić.

Tą książką jest świeżutkie wznowienie "Psychopatologii", czyli amerykańskiego podręcznika wiedzy o zaburzeniach psychicznych, ich rozpoznawaniu i leczeniu. Dla każdego psychologa, szczególnie klinicysty jest jak biblia. Studenci mający zajęcia z psychopatologii modlą się do niej nocami.

Pierwszy raz ukazała się w latach osiemdziesiątych i można powiedzieć, że zrewolucjonizowała myślenie o zaburzeniach psychicznych jako takich i kierunku dalszych badań nad nimi. Od tamtego czasu była uzupełniana i wznawiana, jednak wydanie z 2017 nie różni się znacząco od tego z 2003 roku, chyba że weźmiemy pod uwagę oprawę, tu nowsze wydanie niewątpliwie punktuje.

Podręcznik składa się z 16 rozdziałów poświęconych wszelkiego kalibru patologiom psychicznym od zaburzeń lękowych, przez parafilia, aż do zaburzeń osobowości. Są rozdziały poświęcone zaburzeniom wywołanym przez czynniki zewnętrzne jak i tych, których etiologię nadal badamy. Mamy tu wszytko, po prostu wszytko na blisko dziewięciuset stronach.

psychopatologia

Po cichu liczyłam, że zawarta tu zostanie najnowsza klasyfikacja zaburzeń psychicznych DSM V, ale pozostano przy DSM IV, trochę szkoda.

Czy książkę mogę polecić laikom? Cóż, to już zależy od stopnia ich laickiego zainteresowania tą dziedziną.

Mogę zapewnić, że polskie tłumaczenie jest bardzo przystępne i z pewnością dla każdego jest to lepsza opcja niż podręczniki wydawane przez wydawnictwa akademickie.

Ostatecznie psychologia jest jedną z najbliższych człowiekowi dziedzin nauki i wiedzy o niej nigdy dość.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

11:40, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Don't hang up (2016)

dont hang up

Sam i Brady zasłynęli w sieci dzięki niewybrednym telefonicznym żartom. W czasie wspólnie spędzanego wieczoru przy piwie wykonują kolejny telefon z zamiarem wkręcenia kolejne osoby, zarejestrowania tego kamerą i opublikowania.

Niefartownie dodzwaniają się do typka, który nie tylko daje się nabrać na ich sztuczki ale zamierza pokonać chłopaczków ich własną bronią.

"Don't hang up" to brytyjski horror traktujący o niszczącej sile internetowej popularności.

Dwaj Ziomkowie Głupkowie dla fejmu złośliwie drwią z ludzi, stawiając ich w sytuacjach krytycznych. Dzwonią w środku nocy do delikwenta i wkręcają mu, że ktoś zagraża jego życiu i tego typu sprawy.

Jak mówi stare porzekadło, w końcu trafia kosa na kamień. Sam i Brandy padają ofiarą telefonicznego żartownisia. Pan Lee, bo tak się przedstawił okazuje si mieć wyjątkowo ciężkie poczucie humoru. Istota jego żartu polega na urzeczywistnieniu tego czym Ziomkowie-Głupkowie zwykli straszyć swoje ofiary. Żarty się skończyły.

dont hang up

dont hang up

Fabuła filmu oscyluje wokół teen horroru i thrillera z antybohaterem w postaci groźnego psychopaty.

Nie miałabym większego problemu z zaakceptowaniem takiego pomysłu gdyby nie fakt, że bohaterzy pozytywni w żaden sposób nie wzbudzili mojej sympatii. Wiem, że ich działania bliskie są temu co może cieszyć się sporo popularnością internetowych społeczności, ale kurczę, jako mi nie zaimponowali. Żadne próby uczynienia ich postaciami którym należy współczuć nie powiodły się. Z radością patrzyłam jak Pan Lee wymierza im klapsy.

Generalnie nie jest to film zły. Jest pomysł, jest realizacja i jest morał.

Trochę to wszytko prostolinijne i miejscami toporne, ale jak na kino czysto rozrywkowe, a tak postrzegam wszelkie współczesne straszaki o nastolatkach, nie jest źle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:5

53/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 12 marca 2017

Sadako vs Kayako (2016)

sadako vs kayako

Dwie japońskie nastolatki, Suzuka i Yuki będą miały okazję sprawdzić na własnej skórze prawdziwość dwóch znanych, lokalnych legend. Pierwsza z dziewcząt wraz z rodzicami wprowadza się do dzielnicy z 'domem klątwy', gdzie duch Kayako zabija każdego kto przekroczy jego próg. Yuki zaś chcąc pomóc przyjaciółce w przegraniu starej taśmy VHS na DVD staje się ofiarą morderczej kasety stworzonej przez innego ducha, Sadako.

sadako vs kayako

Ale ubaw. Kiedy zobaczyłam w internetach tytuł "Sadako vs Kayako" myślałam, że to żart. Gdyby była by to produkcja amerykanów, którzy sprzedali nam niejeden pasztet w tym stylu, choćby "Freddy vs Jason" łatwiej byłby mi w to uwierzyć, ale Japończycy? Szczerze, miałam o nich lepsze zdanie i sądziłam, że ośmieszą swoich horrorowych perełek dla taniej komerchy. Ale cóż, może wcale nie mają "Kręgu" i "Klątwy" za wspomniane perełki? Osobiście widziałam wiele lepszych skośnych filmów. Z resztą, kto trafi za Japończykami? Na pewno nie Europejczycy:)

Zasiadłam więc do seansu z filmem spodziewając się całkowitej porażki na polu horroru. Okazało się, jednak, że Koji Shiraishi (min. twórca niesławnego "Grotesque") wybrnął z temat z iście hollywoodzkim uśmiechem na ustach.


Kompilacja dwóch najsłynniejszych japońskich horrorów okazała się bowiem bardzo amerykańska. Zamiast pokrętnej, trudnej do odczytu dla zachodu fabuły mamy klasyczny, schematyczny i prosty jak drut scenariusz oparty na motywach często wstępujących w Hollywood i nakręconym w hollywoodzkim stylu z wartką akcją - nawet Sadako przyspieszyła i kasowała ludzi w dwa dni, bo na co tu czekać.

Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Ortodoksyjni fani oryginalnych serii "Krąg" i "Klątwa" pewnie będą srodze zniesmaczeni, ale Ci, którzy omijali skośne filmy ze względu na ich specyfikę tym razem mogą spokojnie znaleźć tu coś dla siebie, bo w zasadzie azjatycki klimat jest tu mało odczuwalny, przynajmniej jak na moje oko.

Reżyser wyciągnął z obydwu obrazów to co najlepiej sprzedawało się na zachodzie. Mamy tu dużo scen nastawionych na wpędzenie widza w popłoch, np. Kayako spełzająca po schodach, czemu towarzyszy 'ten' charakterystyczny dźwięk. Film jest takimi chwytami wyładowany, co też nie jest typowe dla azjatyckiego kina i jego subtelności w straszeniu - no chyba, że olejemy ghost story i weźmiemy japońskie gore, wtedy to już kurwa zero zasad.

Motyw przewodni, czyli japońskie miejskie legendy potraktowano w dosyć lajtowo, na zasadzie ciekawostki, którą chce się sprawdzić, ale niewielu traktuje ją poważnie. Dopiero kolejne serie zgonów sprawiają, że sprawa nabiera większej wagi, przynajmniej w mikro środowisku ofiar i świadków zdarzeń. Można powiedzieć, że japońskie duchy zostały potraktowane z przymrużeniem oka, co za pewne ma swój urok.

sadako vs kayako

Film nie w moim guście, ale nie mogę powiedzieć, by był tragiczny, zły, etc. Mogę negować całej założenie tego przedsięwzięcia, ale mówiąc szczerze nie jestem wielką miłośniczką, ani oryginalnego "Kręgu" ani "Klątwy", więc nie czuje się urażona jako widz. Bawiłam się całkiem nieźle, nie nudziłam zbytnio, ale żebym mogła Was do seansu zachęcić trzeba by czegoś więcej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 10 marca 2017

9 life of Louis Drax/ Dziewiąte życie Louisa Draxa (2016)

9 zycie louisa draxa

Dziewięcioletni Louis Drax mówi o sobie 'wypadkowe dziecko', 'dziecko którego lubią wypadki', ponieważ odkąd tylko pamięta wciąż zdarzały mu się sytuacje, w których jego życie było zagrożone.

Nawet jego troskliwa matka zauważyła w tym coś niepokojącego i w chwili gdy małemu Louisowi przydarzył się ósmy wypadek, stwierdziła, że mały wyczerpał swój limit dziewięciu kocich żyć - kolejny wypadek będzie śmiertelny.

W swoje dziewiąte urodziny, które chłopiec spędzał na pikniku z matką i przybranym ojce, zdarzył się kolejny, już dziewiąty wypadek, mały spadł z klifu do oceanu i zapadł w śpiączkę.

"Dziewiąte życie Louisa Draxa" to filmowy thriller powstały w oparciu o dość popularną, szczególnie za oceanem powieść Liz Jensen.

Narratorem opowieści w największej mierze jest tytułowy bohater Louis, dziewięciolatek. Ten narracyjny zabieg sprawia, że całą opowieść widzimy oczami dziecka, co w założeniu skutecznie usypia naszą czujność.

Nie od razu rozpoznamy grozę całej sytuacji. Jasna kolorystyka zdjęć, płynne i spokojne przejścia z ujęcia na ujęcie, przystojny lekarz pochylający się nad chłopcem, jego śliczna matka o anielskim uśmiechu i opiekuńczy ojciec, którego poznajemy dzięki retrospekcjom. Pogrążony we śnie Louis nie zdradzi się ani słowem, że gdzieś pośród tej magicznej krainy szczęśliwości czai się zagrożenie, które chciało go pozbawić ostatniego, dziewiątego życia.

9 zycie louisa draxa

9 zycie louisa draxa

Czy wobec tego film spełnia założenia thrillera? Tu na dwoje babka wróżyła. Można wiele zarzucić obrazowi pod tym względem. Kryminalna część tej historii spychana jest na margines, dając większa przestrzeń dramatowi. Mamy tu duże pole do popisu dla psychologii postaci, co dla mnie jest plusem.

Finał finałów, czyli wyłożenie kat na stół następuje dopiero pod koniec. I zaskakuje, może nie każdego, ale ja początkowo dałam się nabrać.

Oczywiście jak to bywa, rozwiązanie zagadki zmienia perspektywę z jakiej patrzyliśmy na bohaterów. Kto, widział, zapraszam do spoilera, gdzie będę się mądralować na ten temat.

SPOILER: Zespół Munchausena, to klucz do wszystkiego. Jest to zaburzenie psychiczne z grupy tzw. pozorowanych. Chodzi tu o wywoływanie u siebie, lub kogoś bliskiego objawów choroby by zwrócić na siebie uwagę. Często dotyka matek, które celowo 'uszkadzają' swoje dzieci by zyskać współczucie otoczenia. W tym konkretnym filmie mamy to pokazane za sprawą postaci Natalie, mamy Louisa, dla której 'litość jest nawet ważniejsza niż miłość'. Kobieta sukcesywnie uszkadza swojego synka i odnosi w tej kwestii duże sukcesy - w ten sposób poderwała swojego męża, a teraz wyrywa pana doktora. Jak to mówią 'pograła bezradną królewną i wzięła go szturmem'. Smutny przypadek, smutny. KONIEC SPOILERA.

Rzec mogę, że film mi się podobał, ale nie koniecznie postrzegam go w kategoriach gatunku do którego został przypisany. To nie jest kino grozy w najmniejszym nawet stopniu. Nie mniej jednak opowiada ciekawą historię w sprawny sposób.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:0/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl