What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
piątek, 24 lutego 2017

Let her out (2016)

let her out

Helen zatrudniona jako kurier ma wypadek na rowerze w wyniku którego trafia o szpitala. Szybko dochodzi do siebie jednak uraz i hospitalizacja nie pozostały nie bez wpływu na jej zdrowie. Wkrótce po tym jak pojawią się u niej pierwsze zaniki świadomości Helen dowiaduje się o guzie w swoim mózgu. Szybko decyduje się na operacje przerażona narastającymi objawami przypominającymi obłęd. Pozostaje jej odczekać trzy dni na zabieg, jednak w tym krótkim czasie to co wzięto za czysto medyczne schorzenie przejmuje kontrole nad jej życiem.

"Let her out" to kolejny horror z ostatniego halloweenowego maratonu w Helios. Podobnie jak poprzednik, "Bed of the dead", nie trafił do szerszej dystrybucji kinowej i podobnie jak poprzednik jest dziełem tego samego reżysera Cody'ego Calahan'a.

Twórca i tym razem postawił na film obfitujący w wizualne wrażenia. Z tym, że teraz zdecydowanie mogę pochwalić ich jakość.

W przypadku "Let her out" nie zabraknie tu widoków miłych dla fanów wszelkiej maści body horrorów. Jest na co popatrzeć Mili Państwo i mówię o tym w pierwszej kolejności, bo jeśli chodzi o fabułę filmu nie jest już tak fajnie.

Nie jest fajnie bo jest powtarzalnie. Przyczyna nagłej zmiany w osobowości głównej bohaterki jest w kinie grozy motywem dość popularnym. Weźmy choćby obraz "Another me" z 2013, czy jeszcze bliższy fabule "Let her out" film "Mroczna połowa", nakręcony w oparciu o powieść Stephena Kinga.

Cieszy mnie, że twórca filmu przynajmniej nie starał się robić z wątków głównego wielkiej tajemnicy i szybko wyłożył kawę na ławę zdradzając nam pochodzenie guza w mózgu Helen. Dalsze filmowe wydarzenia są do przewidzenia dla widza, którego ów wątek główny nie jest pierwszyzną.

let her out

Sam tytuł filmu zdradza nam, że w przypadku Helen mamy do czynienia z kimś, która "chce wyjść". I wychodzi, w chwilach gdy Helen traci świadomość. Natura owego bytu jest na tyle złowroga, że daje szansę na ujrzenie dużej dawki masakry. Efekty wizualne są największym plusem tego filmu, więc jeśli nie jesteście zwolennikami takich widoków, nie macie tu w zasadzie czego szukać.

Na mnie owe widoki zrobiły dobre wrażenie, może dlatego, że mało kiedy obcuję z body horrorami i zawsze jest to dla mnie jakaś odmiana.

Podobał mi się ogólny klimat filmu, dynamizm zdjęć i ich kolorystyka. Aktorstwo na poziomie zadowalającym.

Tak sobie pomyślałam, że gdyby twórca włożył tyle wysiłku w "Bed of the dead" zamiast w ten projekt mielibyśmy przynajmniej jedne bardzo dobry film z dobrym pomysłem i wykonaniem, a tak mamy dwie średniawki, z czego w każdej kuleje co innego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła: 6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:3/10

środa, 22 lutego 2017

Hitchcock - Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do 'dzikich manewrów', odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake'a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych 'dzikich manewrów'. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast 'przewodnika turystycznego' dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

"Na miłość boską, już jestem skatalogowany - rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie".

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie "Rebeka". Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam "Rebekę" i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był 'wrednym tluściochem', jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie "Ptaki", ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie "Psychozy".

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

wtorek, 21 lutego 2017

The Eyes of My Mother/ Oczy matki (2016)

oczy matki

Francisca mieszka na odludnej farmie wraz z matką i ojcem. Pewnego dnia, pod nieobecność ojca do domu zakrada się szaleniec. Mężczyzna zabija matkę dziewczynki, ale na swoim czynie zostaje nakryty przez męża ofiary. Ten pogrzebawszy zwłoki żony, okalecza morderce i skutego łańcuchami zamyka w szopie. Więziony przez wiele lat staje się w końcu jedynym towarzyszem Francescki, która w końcu dorasta. W raz z nią rośnie jej fascynacja brutalnością i psychopatyczna chęcią posiadania kogoś na własność.

No, co za film, Drodzy Państwo. Już w parę minut po seansie stwierdziłam, że oto obraz, który podzieli widzów. I miałam rację.

Tak zwana szeroka grupa odbiorców do której kierowany jest komercyjnie wyszlifowany repertuar kinowy nie ma tu co szukać. Tylko się biedactwa wynudzą, zniesmaczą a i tak pewnie nie dotrwają do końca filmu. I nawet nie mam im tego za złe, nie każdy musi lubić takie dziwolągi jak obraz Nicolasa Pesce. Wielbiciele dziwolągów natomiast spokojnie się w tym odnajdą.

Jak wiecie, ja owym wielbicielem jestem, toteż film przypadł mi do gustu, choć nie powiem bym była obłędnie zachwycona. Film ma wady, z czego najbardziej rzuca się w oczy, bardzo nierówna narracja. Mamy tu sporo niejasnych przeskoków, urwanych tematów i niedopowiedzeń. Z uwagi na sam temat filmu, który czyni go wcale nie łatwym w odbiorze i te zabiegi dodatkowo utrudniają odbiór i trzeba mieć coś z kinowego masochisty by przełknąć to od tak.

Jest to film w dużej mierze opowiedziany obrazem, nie słowem, do tego czarno- biały więc przebija tu w mojej ocenie sentyment do kina niemego. Zdjęcia charakteryzują się długimi ujęciami, dużą ilością scen skupiających się na prezentacji otoczenia wydarzeń niż samym wydarzeniom. Doskonale poznamy wystrój farmy, położenie domu etc. Taki mały świat głównej bohaterki. Tak mały, że można rzec klaustrofobiczny. Jej egzystencja przypomina żałosny żywot Ed'a Geina, który możecie sobie wyobrazić dzięki rozlicznym dokumentom i filmom fabularnych opartym na jego historii.

oczy matki

Sama bohaterka jawi nam się jak rasowy psychopata. Ale nie taki jakim widzi go Hollywood. Jest wyprana z emocji do granic możliwości. Widać to już w scenach bezpośrednio po śmierci matki, gdy zakrada się do szopy gdzie tkwi uwiązany morderca i nawiązuje z nim relacje. Wszyscy chyba spodziewaliśmy się innego obrotu sprawy. Bohaterka jest zafascynowana śmiercią, ale dopiero później odkryje radość płynącą z mordowania, póki co jej zainteresowanie jest czysto ... naukowe.

Wiele tu będzie scen zdolnych zszokować, choć paradoksalnie nie można filmowi zarzucić by obfitował dosadnym gore. Wręcz przeciwnie, widzimy, że Frann coś kroi, ale tylko z kontekstu możemy wiedzieć, co kroi. Widzimy jak wkłada zakrwawione mięso do lodówki, a wyobraźnia robi resztę: to szczątki człowieka, ona zamierza jej zjeść, etc.

Więcej tu wiec sugestii niż dosłowności, za co bardzo chwalę twórcę, bo nie od dziś uważam, że reżyserzy powinni bardziej zawierzyć widzom, zamiast sprzedawać nam 'gotowce' sprzedać 'sugestie'. Dzięki temu każdy wedle własnych możliwości umysłowych dośpiewa sobie resztę na miarę zapotrzebowania czy to na makabrę czy to na coś innego.

oczy matki

"The Eyes of my mother" jest reżyserskim debiutem, co więcej jest to film chłopaczka dwudziestosiedmioletniego, jego kariera i zmysł twórczy jest więc jeszcze w powijakach, a już wyskoczył z czymś takim. Co to będzie dalej?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 20 lutego 2017

The Exorcist/ Egzorcysta - Sezon 1 (2016)

egzorcysta

Do młodego proboszcza podupadającej parafii zgłasza się jedna z wiernych, Angela Rance, matka i żona, kobieta w średnim wieku. Angela utrzymuje, że jedna z jej dorastających córek doświadcza opętania. Młody ksiądz podchodzi do sprawy stosownie sceptycznie i dopiero seria nieprawdopodobnych zdarzeń skłania go do ponownego rozpatrzenia sprawy, która jak się okazuje, jest bardzo jednoznaczna. Córka Pani Rance jest opętana, jak diabli.

Emisja pierwszego sezonu serialu FOX, "Egzorcysta", skończyła się już sporo czasu temu i mimo pewnego nieoczekiwanego entuzjazmu jaki wzbudził we mnie serial zabierałam się do napisania o nim jak pies do jeża. Teraz leżąc obłożnie chora w domu i nie mogąc się wykręcić ważnymi obowiązkami - tak więc, przyszedł czas na "Egzorcystę".

Serial wzbudził dużo szumu jeszcze na długo przed premierą. Powiem szczerze, że nieśmiało stałam po stronię kręcących nosem miłośników klasycznego "Egzorcysty", który to zdaniem wielu miał zostać sponiewierany przez serialową konwencję. No, bo prawda jest taka, że "Egzorcystę" znają wszyscy. Jest on niejako prekursorem wszelkich horrorów religijnych z motywem opętania, których mamy w chwili obecnej taki urodzaj, że spokojnie można stwierdzić, że jest to wątek wiodący w gatunku.

egzorcysta

Dla wielu "Egzorcysta" jest niedoścignionym ideałem horroru, przykładem najstraszniejszego filmu w dziejach. Powstał w oparciu o znaną powieść zmarłego niedawno Wiliama Petera Blatty'ego pod tym samym tytułem. (Ps. Niebawem nakładem wydawnictwa Vesper ukaże się wznowienie polskiego wydania powieści. Aj!)

Jak głosiła wieść gminna scenariusz serialu powstał w oparciu o wspomniany kinowy horror. Większość z widzów, w tym ja, spodziewało się zatem, że jego fabuła będzie stanowić kalkę scenariusz filmowego, być może w uwspółcześnionej wersji, ale jednak kalkę. Jednak już po pierwszym odcinku możemy zauważyć, że ów niepokój był niepotrzebny. Serial opowiada zupełnie nową historię, wykorzystując wątki z filmu kinowego, ale o tym w jaki sposób i gdzie tkwi spryt owego chwytu dowiecie się gdzieś na półmetku sezonu.

Tak, niespodzianek jest tu całkiem sporo, już nawet kwestia: która córka Angeli jest opętana stanowiła dla twórców pretekst do knucia przeciwko osądowi widza.

Drugą dużą obawą wśród widowni było, czy serial odda klimat filmu z lat 70. Nie oddał, nie mam co Was oszukiwać, ale powiem szczerze, że chyba nawet nie starał się tego uczynić, bo skupił się na budowaniu własnego nastroju. I tu powiem, odniósł w mojej ocenie spory sukces. Nie jest łatwo zbudować grozę którą pomieści i zaakceptuje mały ekran. Mamy tu pewne ograniczenia trudne do przejścia. Nie będzie więc szoku i przerażenia, ale będzie groza wyczuwalna.

egzorcysta

O serialowej fabule staram się pisać jak najmniej, bo jak wspomniałam mamy tu trochę niespodzianek, które jak liczę, mile Was zaskoczą. Ja to wszytko kupiłam, być może dlatego, że moje oczekiwania względem seansu z tym serialem były naprawdę niskie, a może dlatego, że faktycznie mamy tu do czynienia z czymś dobrym.

Scenariusz wykorzystuje znane motywy, znane przede wszystkim z pierwowzoru, ale także pewne rzeczy przedstawia w innym kształcie zmieniając nieco perspektywę - in plus jak dla mnie. Mimo że mamy tu odgrzewany kotlet, no cóż, da się tu wyczuć pewną świeżość- mało znane twarze aktorów, pewne chwyty zastosowane w zaprezentowaniu samego opętania - jak personifikacja demona. To wszystko sprawia, że ku memu zaskoczeniu nowy "Egzorcysta" trafił w mój gust. Może trafi i w Wasz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 19 lutego 2017

Shut In/ Osaczona (2016)

osaczona

W tragicznym wypadku samochodowym zginął mąż Mary, Richard, a jej nastoletni pasierb, Steven doznał urazu mózgu w wyniku, którego jego życie to bierna wegetacja. Kobieta obawia się, że nie jest w stanie dłużej opiekować się Stevenem i planuje zapewnić mu opiekę w specjalnym ośrodku.

Tymczasem w swojej pracy, psychologa dziecięcego trafia na przypadek chłopca, który z powodu zaburzeń zachowania może stracić szansę na normalne dzieciństwo. Mały Tom ucieka z opieki społecznej prosto do domu Mary, jednak jeszcze tego samego wieczoru znika. Kobieta jest przekonana, że dzieciaczek zginął na mrozie z powodu jej zaniechania i teraz jego duch nawiedza ją nocami.

Dawno nie widziałam Naomi Watts w żadnym horrorze, a z tym gatunkiem kojarzy mi się nieodmiennie od czasu "Kręgu". Byłam ciekawa jak będzie wyglądać jej kolejne spotkanie z gatunkiem, co z tego tym razem wyniknie.  Co prawda, "Osaczona" stricte horrorem nie jest, raczej thrillerem, jednak wykorzystuje on sporo elementów, które są jednak bardzo typowe dla kina grozy. Jak się okazało, nie był to powrót w wielkim stylu, bo "Osaczona" to do bólu przeciętne kino, wykorzystujące ograne motywy i tak naprawdę Naomi nie miała tu wielkiego pola do popisu.

W thrillerach z gruntu najważniejsza jest dobrze zbudowana intryga. Sprawne wywodzenie widza w pole, gra na jego emocjach i budowanie napięcia tak by całą historię śledziło się z uwagą. Tu tego nie zaznałam i już Wam mówię dlaczego.

osaczona

Pierwszym i w zasadzie ostatnim zarzutem jest schematyczność. Schematyczność tęgich rozmiarów pozwalająca w dużą dokładnością przewidzieć dalsze wydarzenia. Ot pojawia się bohater - tak, wiemy, że to właśnie on zginie, bo zgodnie z narzuconym tu schematem, który szybko rozgryziemy idealnie wpisuje się w rolę potencjalnej ofiary. Ten sam problem miałam chociażby z "Annabelle", której sequel niebawem trafi do kin.

Jeśli mamy do czynienia  z przewidywalnością tej miary ciężko mówić o napięciu. Ta schematyczność pociąga za sobą dalsze konsekwencje. To co miało być w założeniu nieoczekiwane, czyli wszelkie sceny, przy których powinniśmy podskoczyć na fotelu nie robią pożądanego wrażenia. Po prostu są, pojawiają się ni z tego ni z owego bez wstępnego 'podejścia'.

osaczona

Emocje bohaterów, na których zbudowana jest cała historia, czyli po pierwsze dylematy zawodowo - moralne Mary i relacja z pasierbem są tak grubymi nićmi szyte, że równie dobrze można by wyposażyć bohaterów w transparenty. Cała psychologia postaci tak ważna w tego rodzaju opowieściach zbudowana została na oczywistych oczywistościach. Jeśli już widzieliście film, domyślacie się zapewne o czym mówię.

Nie wyposażono tych postaci w żadne rysy, zgięcia, zniekształcenia, są papierowi i wyglancowani jak srebrna zastawa w lordowskim domu. W tę wszechobecną schematyczność doskonale wpisuje się zagrywka końcowa, czyli twist fabularny, który zdradza nam istotę całej intrygi. Jeśli byliście zaskoczeni to Wam zazdroszczę.

Nie, film mi się nie podobał, bo w żaden sposób nie odstawał od przeciętności. Był nijaki i nawet aktorstwo, nie najgorsze przecież, nie ratuje sprawy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 17 lutego 2017

W górach szaleństwa i inne opowieści - H.P. Lovecraft

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Po dwóch zbiorach opowiadań Lovecrafta od wydawnictwa Vesper, przyszedł czas na kontratak wydawnictwa Zysk i s-ka. Nie macie pojęcia jak cieszy mnie fakt, że na polskim rynku wydawniczym ktoś jeszcze interesuje się klasyką. Będę śledzić ten wyścig i czekać na kolejne perełki.

W moje zachłanne łapki wpadła nowa publikacja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści". Generalnie zawiera ona opowiadania, które miałam już okazję przeczytać, choć z uwagi na różnice w tłumaczeniu nierzadko w innych wydaniach noszą inne tytuły. Zamiast więc "Ryciny w starym domu", mamy tu "Piekielną ilustrację", zamiast przekładu Macieja Płazy mamy Roberta Lipskiego. Nie ukrywam, że przywykłam trochę do Płazy, ale wcale nie uważam by tłumaczenia wykorzystane w tym zbiorze były gorsze, ba, i one przypadły do gustu.

Cały, liczący ponad siedemset stron zbiór zawiera siedemnaście opowiadań, ku mojej uciesze większość z nich należy do moich ulubionych. Jeśli więc nie mogliście się zdecydować czy zainwestować w "Zgrozę w Dunwch", czy "Przyszła na Sarnath zagłada", najlepszą opcją będzie trzecie opcja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści" :)

Pierwsze z opowiadań to wspomniana "Piekielna ilustracja", czyli opowieść o spotkaniu z pewnym pasjonatem starej księgi, a raczej ilustracji w niej zawartych. starych rycin, których widok pozostaje nie bez wpływu na oglądającego.

Dalej mamy "Muzykę Ericha Zanna", również mój faworyt. Opowiadanie krótkie, ale ujmujące swoją tajemniczością. Dalej "Zapomniane miasto" z cyklu Lovecraft'owskich astralnych podróży i znowu znany i lubiany przeze mnie "Przybysz", opowieść pisana z punktu widza bohatera będącego w Lovecraft'owskich opowieściach częściej antybohaterem.

Kolejny mój ulubieniec czyli "Reanimator", nadal uważam, że mógł być pisany pod wpływem "Frankensteina". Opowiadanie znane większości, chociażby z luźnej filmowej adaptacji.

"Przyczajona groza", której fabułę z grubsza również możecie znać z ekranizacji, również znalazła tu miejsce. "Szczury w murach" - powtórzę się, kolejne opowiadanie z grona ulubieńców, dzięki swojej gotyckiej aurze. Wreszcie szlagier, czyli długaśny "Zew Cthulhu", co prawda do moich faworytów nie należy, ale jest chyba najbardziej rozpoznawalnym z pośród wszystkich utworów autora.

Na pociechę w kolejnym opowiadaniu znowu wracamy do grona moich wybrańców czyli "Modelu Pickmana", opowieści o upiornym malarstwie inspirowanym autentyczną potwornością.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" jest jednym z pierwszych opowiadań Lovecrafta jakie sobie ulubowałam i które zawsze będę z nim kojarzyć. O "Kolorze z przestworzy" pisałam dopiero co, dzięki jego włoskiej filmowej adaptacji. Również jest to jedna  z moich ulubionych historii, doskonale wpisuje się w twórczość Lovecrafta, ale nie razi powtarzalnością motywów z "Zew Cthulhu".

"Szepczący w ciemności", a to już faworyt absolutny, opowiadanie najbliższe współczesnemu pojmowaniu sc-fi  z kosmitami i całym tym kramem. Nie zabrakło tu oczywiście tytułowego opowiadania zbioru czyli "W górach szaleństwa".

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Na finiszu znajdą się natomiast "Widmo nad Innsmouth", "Cień z poza czasu" i "Duch ciemności". Wisienką na torcie jest "Coś na progu", które w mojej ocenie spokojnie może robić za swoiste podsumowanie twórczości Lovecrafta, bo zawiera wszystkie jej najlepsze, w mojej ocenie, elementy.

Nie wiem jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze opowiadań. Mamy tu utwory zarówno z początków twórczości autora jak i czasów największego rozkwitu i wreszcie końca pisarskiej kariery. Nie skupiono się na żadnym konkretnym motywie przewodnim utworów. Ot, wybrano to co mi się najbardziej podoba, jak miło.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Tagi: książki
09:09, ilsa333
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lutego 2017

Dear mr. Gacy/ Szanowny Panie Gacy (2010)

szanowny panie gacy

Młody student w ramach zajęć z kryminologii podejmuje się napisania pracy o jednym z niesławnych amerykańskich seryjnych morderców. Jego wybór Pana na Johna Gacy'ego, który oczekuje na wykonanie wyroku w celi śmierci bez skutecznie składając kolejne apelacje.

Jason Moss nie zamierza opierać swojej pracy na teoriach i domniemaniach, ma ambitny plan wniknięcia w psychikę seryjnego zabójcy. W tym celu nawiązuje z nim korespondencję.

Umknął mi ten film, co uważam za osobistą porażkę w filmowych łowach. Przypuszczam, że dzielę tę klęskę z przynajmniej częścią z Was toteż już teraz na samym wstępie zachęcam do sięgnięcia po ten obraz.

O Johnie Gacym słyszałam już niejedno. Oglądałam masę dokumentów ukazujących jego sylwetkę z perspektywy osób, które miały nieprzyjemność go poznać. Biografia jego czynów znajduje się w większości kryminalnych antologii.

Jeśli chodzi o mnie, nie byłam nim wielce zafascynowana, dużo bardziej moją uwagę przyciągają mordercy dzieci, bo tu już chyba doprawdy przedpiekle. John Wayne Gacy zabijał mężczyzn, młodych mężczyzn z czego najmłodsza z ofiar miała 14 lat. Był gwałcicielem z sadystycznymi zapędami. Lubił nosić przebranie klauna, udzielać się charytatywnie i robić za przykładnego członka społeczności Waterloo. Nieźle malował i sprawdzał się jako businessman. Po za tym dbał o użyźnianie ogrodowej gleby zwłokami 28 ofiar swoich zbrodni.

W filmie "Szanowny Panie Gacy" poznajemy go dzięki młodemu bohaterowi, Jasonowi Mossowi, który zafascynowany sylwetką mordercy i przekonany o własnym geniuszu the bestu porywa się na 'dokonanie tego czego nikt nie zdołał, wniknięcia w psychikę Gacy'ego'.

szanowny panie gacy

Studencki przez blisko rok koresponduje ze sprawcą, rozmawia z nim przez telefon, i wreszcie spotka się z nim w więzieniu.

To co w tym wszystkim najbardziej spodoba się potencjalnemu widzowi to obraz przedziwnej, porąbanej relacji jaką nawiązuje Jason i Gacy. Chłopak doskonale wpisuje się w profil potencjalnej ofiary, można rzec, uwodzi Gacy'ego.

Kreacja młodego aktora w roli Jasona spełni większość oczekiwań, ale mnie zawsze w tego rodzaju produkcjach interesuje antybohater. Tu w roli Gacy'ego ujrzymy Williama Forsythe, znanego między innymi z roli porucznika w "Bękartach diabła". Zdecydowanie zasłużył na wyróżnienie jako odtwórca postaci Gacyego.

Jak wspomniałam, Gacy jako taki nie budził mojej fascynacji. Myślę, że to co chciał zgłębić Jason nie wymagało aż takich ofiar. Gacy zabijał młodych chłopców z okrucieństwem, bo karał ich za popęd seksualny jaki w nim budzili. Wolał już być mordercą niż gejem.

szanowny panie gacy

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Jasona Mossa, który w "The last victim" opisał swoją znajomość z Gacym. Jak mocno odbiła się ona na psychice studencika można wnioskować chociażby po jego samobójczej śmierci lata później. Może od początku był porypany, ale może to Gacy coś z nim obudził? Jak prawił Nietzsche: jeśli długo patrzysz w ciemność i ona spojrzy na Ciebie.

szanowny panie gacy

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 12 lutego 2017

Don't Knock Twice/ Baba Jaga (2016)

baba jaga

Nastoletnia Chloe wychowanka domu dziecka  wprowadza się do swojej matki. Niesie ze sobą bagaż przykrych doświadczeń i coś jeszcze... klątwę przywleczoną z owianego złą sławą domu rzekomej czarownicy.

Dziewczyna wierzy, że zniknięcie jej kumpla i dziwne zdarzenia rozgrywające się wokół niej są efektem dwukrotnego zastukania w drzwi przeklętego domu. Pytanie tylko, ile jest prawdy w starym micie.

baba jaga

"Baba Jaga" to horror nakręcony przez twórce "Machine" we współpracy z twórcami "The Howl" i licznych filmów animowanych dla dzieci. Takie połączenie trendów daje nam owszem horror, ale raczej z kategorii teen horrorów, lekkostrawnych fabularnie i z raczej podłogowym poziomem grozy.

Amerykańska moda na poniewieranie demonami z Europy Wschodniej znalazła tu swoje miejsce, w osobie tytułowej Baby Jagi. Antagonistka została wykorzystana w stosownie niedbały sposób i tylko jedna kwestia mówiona z filmu wskazuje na jej rodowód. Zakładając, że słuch mnie nie oszukał, podobnie jak w "Kronice opętania" pojawił się tu dialekt z siódmego kręgu piekła, czyli język polski.

Fabuła filmu skupia się na zaprezentowaniu niszczącego wpływu przywleczonej przez Chloe klątwy i próbach jej zdjęcia.

baba jaga

Zarówno początkowa, jak i środkowa partia filmu wieje straszną nudą. Zarejestrowałam jedną dobrą scenę, z emanacją ducha w domu matki Chloe i to na tyle jeśli idzie o paranormalne wrażenia godne uwagi.

Finisz fabuły to dwa zwroty akcji nałożone jeden po drugim. Gdyby rozciągnąć to trochę w czasie być może ów zabieg osiągnął by pożądany efekt. A tak, dwa niewypały jeden po drugim.

Nie jest to film niskobudżetowy, ale i tak nie bardzo mogę pochwalić realizacje, bo jest przeciętna po prostu.

Podsumowując, film dla niewymagających.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 lutego 2017

Colour from the dark (2008)

colour from the dark

Na małej farmie we Włoszek żyje Pietro wraz z żoną Lucią i jej opóźnioną w rozwoju siostrą, Alice. Dokoła szaleje wojna. Mężczyzna próżno czeka powrotu brata z frontu, tymczasem w jego skromne, ale spokojne  życie wkrada się zagrożenie o zgoła niejasnym podłożu. Początkowo pozytywne zmiany jakie zachodzą w jego życiu stopniowo przeradzają się w udrękę, która niszczy egzystencje mężczyzny na wszystkich możliwych płaszczyznach.

"Colous from the dark" to włoska niskobudżetówka, którą powołano do życia sięgając po scenariusz w oparciu o znane i lubiane- przynajmniej przeze mnie opowiadanie Lovecfrafta "Kolor z innego wszechświata" (Możecie na niego trafić choćby w zbiorze "Zgroza w Dunwich" wydanym przez wydawnictwo Vesper.

Filmowa fabuła nawiązuje do niego w dość swobodny sposób jak zapewne domyśliliście się z filmowego opisu - Włochy,II wojna światowa, etc - ale wykorzystuje większość zawartych w opowiadaniu wątków fantastycznych.

colour from the dark

Jeśli czytaliście opowiadanie wiecie, jak skończy się ta historia. Twórcy filmu bardzo szybko wskazują nam przyczynę dziwnych zjawisk na farmie Pietra - woda ze studni - czego nie zrobił Lovecraft - dlatego całość przebiega innym rytmem. Co ciekawe wcale mi to nie przeszkadzało, ostatecznie i tak pamiętałam oryginał tej historii na tyle dobrze by nie oczekiwać tu elementu zaskoczenia.

Podobały mi się zmiany jaki wprowadzili Włoscy twórcy. Bardzo dobrze prezentują się tu watki obyczajowe, nawet te najbardziej poboczne. Ogromny plus za postać Alice. Dobrze nakręcone zdjęcia, choć widać, że ręka jeszcze niepewna. Klimat filmu skojarzył mi się z "Kręgosłupem diabła" Guillermo del Toro.

colour from the dark

Kolejna rzecz jaką odnotowuję na plus, wbrew opinii większości widzów, to zastosowane tu efekty. Ja wspomniałam mamy tu silmy wątek paranormalny, co w połączeniu z niskim budżetem produkcji wygenerował w tym przypadku spore pokłady kreatywności z jaką twórcy rozwiązali to równanie. Błyski i świetlne refleksy rzucane na drzewa na farmie, tafle wody w studni czy wreszcie bohaterów filmu całkowicie mi wystarczały. Podobnie charakteryzacja bohaterów, w przypadku których konieczne było zasugerowanie choroby, czy innego strapienia.

colour from the dark

Jeśli dodamy do tego dobrą historie, notabene nie mogła by być zła skoro wyszła z pod pióra Lovecrafta, wychodzi nam dobre kino. Ja wiem, że amatorka i w aktorstwie i we wspomnianych efektach, ale kurczę widać w tym miłość do gatunku, jakiś szacunek do widza i przede wszystkim pomysł. Braku pomysłu nie da się zastąpić gwiazdkami Hollywood z najdroższej półki czy najbardziej kosztowną grafiką wykonaną przez łepskich efekciarzy. Film mnie wciągnął z racji czego jestem mu w stanie wybaczyć drobne dłużyzny w końcowej partii. Dla mnie jak najbardziej na plus. "Colour form the dark" wypada bardzo nieszablonowo na tle komercyjnego badziewia, choć pewnie większość z Was entuzjazmu nie podzieli.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

64/100

W skali brutalności: 2/10

13:46, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2017

UFO: It is here (2016)

ufo it is here

Grupa studentów szkoły filmowej kręci zaliczeniowy dokument w Zoo, gdy na niebie ukazuje się dziwny obiekt zmierzający ku ziemi. Pakują więc manatki i ruszają w ślad za tym, co początkowo biorą za meteoryt. Po paru godzinach, już o zmierzchu, udaje im się znaleźć miejsce gdzie rozbiło się podniebne dziwowisko. By nakręcić solidny dokument z tego miejsca muszą, jednak poczekać do rana. Spędzają więc noc w miejscu, gdzie jak wskazuj tytuł filmu rozbiło się UFO.

"UFO:It is here" to niemiecki paradokument. Aż dziw, że w ogóle po niego sięgnęłam, bo przecież nie bardzo mi leży ten gatunek a i niemieckie produkcje, wyłączając te z epoki kina niemego, nie koniecznie mnie do siebie przekonują.

Drugą dość szokującą sprawą jest fakt, że film całkiem mi się spodobał. Mocno zalatuje oryginalnym "Blair Witch project" z tym, że zamiast wiedzmy mamy kosmoludków. Oczywiście nie chcę tym porównaniem ubliżyć starszej produkcji, ale takie miałam skojarzenie, może z powodu amatorskiej kamery i mroków lasu.

ufo it is here

Kiedy nasi sympatyczni bohaterowie, tak, o dziwo są sympatyczni, rozbijają obóz pod chmurką zaczynają się dziać, rzeczy tyle dziwne co przerażające.

Podobnie jak w przypadku "Blair witch..." żadne środki zapobiegawcze nie pomagają w utrzymaniu grupy w nienaruszonym stanie. Co i rusz ktoś znika, a reszta ekipy znajduje coraz bardziej makabryczne pozostałości po kompanach przygody. Standardowo gubią się w lesie, a nienazwane zło szturmuje coraz mocniej.

ufo it is here

Sporo się tu dzieje, choć jak wspomniałam, w dużej mierze przypomina to zdarzenia z "Blair witch..." więc nie jest to zbyt odkrywcze.

Generalnie film oglądało mi się całkiem przyjemnie, choć wiadomo, że kręcenie z ręki ma swoje konsekwencje dla wizualnych wrażeń, ale wiadomo, co kto lubi. Dla kogoś kto lubi paradokumenty będzie to propozycja w sam raz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 05 lutego 2017

Bed of the Dead (2016)

bed of dead

Czwórka przyjaciół świętując urodziny jednego z nich zamierza spędzić noc w hotelu, który jest miejscem schadzek dla ludzi szukających seksualnych wrażeń. Udaje im się ulokować w pokoju z numerem osiemnaście, gdzie głównym elementem wyposażenia jest ogromne łóżko. Wszyscy czworo pakują się do niego jednak szybko tracą dobry nastrój. Okazuje się, że łóżko jest swoistą pułapką. Ktokolwiek spróbuje z niego zejść, zginie.

O "Bed of Dead" po raz pierwszy usłyszałam przy okazji Halloweenowego maratonu grozy w sieci kin Helios, gdzie to film miał okazje gościć na dużym ekranie. Nie trafił do stałego repertuaru jak to bywa w przypadku filmów, których promocją nikt szczególnie się nie zajmuje, bo twórcy nie budzą komercyjnych nadziei, czy to przez brak doświadczenia, czy to przez niszowe podejście do kręcenia filmów.

Duet Jeff Maher i Cody Calahan spotkali się już przy wspólnym projekcie. Był nim całkiem niezły "Antisocial", ale mają też swoje małe dokonania w pojedynkę. W przypadku Mahera jest to chociażby "Bite".

Spotkałam się z tylko jedną, jak dotąd, recenzja tego filmu, tradycyjnie usianej spoilerami, która jednak wyrażała dość spory entuzjazm wobec filmu. Tak czy siak, wiedziałam, że prędzej czy później go obejrzę.

Seans nie przyniósł mi wielu niespodzianek,z powodu spoilerów) ale nie tylko z ich winy. Pomysł na scenariusz był dość ciekawy- łoże śmierci jak z opowiadania Poego, motyw nie koniecznie popularny, ale nie został poprowadzony w sposób, dzięki któremu widz wpadłby w pułapki, dał się nabrać, czy choćby przez dłuższy czas nie rozumiał co tak naprawdę się dzieje.

bed of dead

bed of dead

Już sceny otwierające, pokazują nam dosadnie skąd wzięło się łóżko. Większość kumatych szybko doda dwa do dwóch, gdy przejdziemy do właściwej akcji a nasi bohaterzy zaczną doświadczać dziwnych wizji, a wreszcie staną się ich ofiarami. Mimo tego, nadal twierdzę, że pomysł wyjściowy był dobry, gorzej z jego wykorzystaniem.

Filmowe wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko. Brakuje tu jakiegokolwiek stopniowania napięcia. W zasadzie napięcia nie ma wcale, przez co film niezbyt angażuje nas emocjonalnie - ot jesteśmy świadkami jaki zdarzeń o morderczym charakterze.

Aktorstwo też raczej niskich lotów, nad dialogami nikt się nie wysilał, efekty do przyjęcia. Nie mogę o tym filmie wydać żadnej skrajnie określonej opinii, ponad to, że szkoda mi niewykorzystanego potencjału tej historii. Wyszło trochę zbyt banalnie, choć oczywiście miał swoje momenty.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 04 lutego 2017

Mnich - Matthew Gregory Lewis

Mnich

Opat zakonu kapucynów w Madrycie, mnich Ambrosio, może poszczycić się powszechnym szacunkiem i pewną miejscówką w szeregach zbawionych, gdy przejdzie kres jego ziemskiego żywota. Jego pobożność jest niezwykle surowa, czasem tylko budzi się w nim jakaś szatańska iskra, gdy patrzy na wizerunek najświętszej panienki...

Tak jest do chwili, gdy w jego klasztorze pojawia się nowy uczeń, w rzeczywistości jest to przebrane za chłopca dziewczę o niezwykłych zdolnościach wodzenia mężczyzn za nos. Może dzięki szatańskim sztuczkom, a może dzięki w gruncie rzeczy słabej woli Ambrosia, daje się on uwieść Matildzie i łamie śluby czystości. To jednak dopiero początek upadku jego moralności, bo rozbudzona chuć już szuka nowego obiektu namiętności.

Po raz pierwszy wydany w 1796 roku "Mnich" jest jedną ze sztandarowych pozycji w literaturze gotyckiej. Przez współczesnych czytelników jest jednak równie zapomniana co "Zamczysko w Otranto".

Lewis napisał ją mając ledwie dwadzieścia lat, stąd pewnie niezwykła, jak na owe czasy i ówczesny styl, żarliwość opisów, szczególnie wątków erotycznych. Tym zresztą pochwał nie szczędził sam Markiz de Sade, więc o czymś to już świadczy, Moi Drodzy.

Erotyzm jest jednak tylko jednym z wątków w powieści. Żeby omówić tu wszystkie, musiałabym srodze Was przetrzymać przy tekście, pozwolę więc sobie skupić się na tym, co w powieści najlepsze, czyli kreacja postaci tytułowego Mnicha i wydarzeniach z nim związanych.

Nasz Abrozio to niezły gagatek, postać niezwykle złożona i budząca bardzo silne emocje w czytelniku. Jeśli są w śród Was katoliccy oponenci, będziecie mieć tu niezłe używanie.

Nie od dziś wiadomo jak rygoryzm religijny zaburza rozwój sfery seksualnej (obejrzyjcie choćby sympatyczny dokument "Deliver us from evil") i Ambrosio jest tu dobrym przykładem. Jego popędy są tłumione, ale raz rozbudzone są nie do powstrzymania. Mimo że, od czasu do czasu w jego świadomości zapala się czerwona lampka, pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk o nieśmiertelną duszę, na nic to wszytko wobec pokus świata doczesnego.

Jak wspomniałam wszytko zaczyna się od Matildy. Ona też w swojej złożonej naturze nie ustępuje niczym postaci Ambrosia. To za jej sprawą Ambrosio otwiera się na nowe doznania i jak pisał Nabokov w Adzie, są one jak czerwona wysypka, którą wciąż trzeba drapać.

Mnich

Matilda to nie tylko podręcznikowy przykład femme fatale, ale i sposób na wprowadzenie do klasztoru kapucynów samego diabła. Niewiasta co prawda nie stanowi jego personifikacji, jest bowiem tylko wierną służebnicą, ale jej kuszenia są iście biblijne.

Pojawiają się tu za jej sprawą wątki okultystyczne, sporo dobrze poprowadzonych opisów, które przypominają nam o tym, za co kochamy literaturę gotycką. Owszem, czasem to wszytko trąci groteską, ale i tak podziwiam żywość wyobraźni autora. Tu ciekawostka, we własnej osobie pojawia się on w jednym ze wspomnianych rozlicznych watów pobocznych.Innym z takich ciekawych wtrąceń jest historia 'krwawej zakonnicy'.

Diabelski duet w osobach Ambrosia i Matildy będzie przyczyną rozlicznych krzywd jakich doświadczy pewna niewinna jak stokrotka Antonia, którą to upatrzy sobie Mnich tuż po jej przybyciu do Madrytu. Nie ograniczy się do obserwowania jej przez 'diabelskie lusterko', lecz postanowi za pomocą czarów uwieść ją i... tu mamy coś, co z pewnością urzekło starego de Sade. Choć obstawiam, że motyw siostry Lorenza- ukochanego niewinnej Antonii - która wpada w ręce innych występnych kobiet skrywających swoje obłudne czyny pod habitami zakonnymi, też nie mało go ucieszył ;)

Cóż, jak widać klasyka nie musi być nudna, jak uważają niektórzy, których być może dręczono w szkolne ławce skarbami literatury typu "Nad Niemnem".

"Mnich" to z resztą nie tylko klasyka, ale i w pewien sposób prekursor. Lewis jako pierwszy odważył się tak solidnie dokopać obłudzie, która nierzadko dotyczy tych, których stawia się za wzór. Naśladowali go pisarze na starym kontynencie i za oceanem i dopiero w latach '60 XX wieku ktoś nabrał odwagi by po raz pierwszy zekranizować powieść.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Vesper


vesper

czwartek, 02 lutego 2017

The Watcher (2016)

the watcher

Emma i jej mąż Noah kupują dom na przedmieściach Los Angeles. Widzą o nim tylko tyle, że wymaga sporego remontu, a w przeszłości zdarzył się tam zgon sędziwej lokatorki. Po przeprowadzce małżonkowie zaczynają otrzymywać anonimowe listy z pogróżkami od kogoś kto nazywa siebie Krukiem. Do tego dochodzi pogarszający się stan zdrowia Emmy. Małżeństwo ma dwie opcje, opuścić dom, albo zdemaskować zagrożenie.

"The Watcher" to dość typowy thriller z motywem stalkera, prześladowcy. Jego scenarzystę zainspirowały autentyczne wydarzenia, które rozegrały się w New Jersey. Tak to jest, szaleńców nie brakuje, nawet w tak idyllicznych miejscach jak lokalizacja domu Emmy i Noah'a.

Film dość mi się podobał, choć jestem daleka od zachwytu ze względu na jego przewidywalność. O ile jestem w stanie wybaczyć to ghost story to w przypadku thrillera gdzie powodzenie misji zależy od dobrze budowanego napięcia i efektu zaskoczenia nie jestem już tak tolerancyjna.

Kto zagraża nowym lokatorom odgadłam w pierwszych minutach filmu, jeszcze za nim tak naprawdę coś zaczęło się dziać, wystarczył rzut oka. Idąc tym tropem domyśliłam się przyczyn stanu Emmy i dalej już poleciało.

"The Watcher" nie wywołał więc we mnie oczekiwanych emocji, ale nie wiem czy to wina scenariusza, czy mojego bagażu doświadczeń z podobnymi filmami. Ciężko mnie zaskoczyć.

the watcher

the watcher

Mimo wszytko film dobrze mi się oglądało. Było tu kilka niezłych prób wystraszenia widza w czasie napaści na Emmę, które zdarzały się gdy ta znajdowała się na pograniczu jawy i snu. Sama bohaterka nie bardzo przypadła mi do gustu, bo jej twarz mocno przypomina pewną polską dziennikarkę, która nie koniecznie pozytywnie na mnie oddziałuje. Plusa daję za lokalizację miejsca akcji, scenografię i wybór plenerów. A sam film średni, ale może się podobać.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Aktorstwo: 6

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:5

53/100

W skali brutalności: 1/10

wtorek, 31 stycznia 2017

Dead of Night/ U progu tajemnicy (1945)

u progu tajenicy

Architekt Walter Craig na zaproszenie Eliota Foley'a przybywa do domu na prowincji by opracować plan przebudowy budynku. Spotyka tam grupę jego znajomych, którzy akurat przybyli z wizytą. Co ciekawe wszyscy Ci ludzi byli bohaterami snu, który uporczywie dręczy architekta od dłuższego czasu. Gdy mężczyzna zwierza im się z tego faktu Ci jakby dla potwierdzenia jego nadnaturalnego doświadczenia opowiadają o swoich, podobnego rodzaju przeżyciach.

Dawno nie wrzucałam tu żadnego starocia. Urodzaj nowości jakoś na to nie pozwalał, ale szczerze mówiąc już zbrzydły mi te współczesne przeciętniaki i aby móc wreszcie ocenić jakiś film wyżej niż 50punktów nie miałam innego wyjścia jak tylko wrócić do tego, co lubię najbardziej, czyli, czarno-białych straszaków z pierwszej połowy XX wieku.

"U progu tajemnicy" jest utrzymany w popularnej konwencji antologii filmowej. Jest bodaj jednym z pierwszych filmów tego rodzaju. Składa się więc z kilku segmentów, stanowiących osobne historie i scalonych klamrą wątku głównego. W tym przypadku koszmaru sennego naszego architekta.


u progu tajenicy

Walter Craig wyśnił sobie spotkanie w domu Eliota Foley'a. Pamiętał ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkał. Strapiony szukał wśród nich potwierdzenia autentyczności swoich dziwnych odczuć. To otworzyło kolejne filmowe wątki, czyli w gruncie rzeczy kolejne segmenty filmu.

Mamy tu sporą gromadę bohaterów z czego każdy, za wyjątkiem jednego, ma do opowiedzenia tajemniczą historię jakiej doświadczył. Napisałam, za wyjątkiem jednego - tym jednym, który nigdy nie odnotował niczego nadnaturalnego w swoim życiorysie jest poważny Pan psychoanalityk, który przez cały film będzie negował doświadczenia bohaterów, 'sprowadzając ich na ziemię'.

Każda z filmowych nowelek zawartych w filmie ma swojego twórce. Pojawi się więc tu sporo znanych nazwisk, które nie da się ukryć stanowiły klucz do powodzenia tej misji.

Segmentów jest w sumie pięć, plus wątek scalający. Jeśli o mnie chodzi to najbardziej przypadła mi do gustu najprostsza z historii, traktująca o "Przyjęciu bożonarodzeniowym", w którym uczestniczyła młoda dziewczyna, narratorka opowieści. Historia, jak wspomniałam, jest bardzo prosta i sprowadza się do spotkania z duchem małego chłopca zamordowanego przez krewną.

u progu tajenicy

Drugi równie udany co prosty fabularnie segment opowiada o "Nawiedzonym lustrze". Pewna młoda małżonka sprezentowała swemu mężowi stare zwierciadło, które tak pechowo się złożyło, było kiedyś w posiadaniu człowiek ogarniętego obłędem. Temat znany i popularny w kinie grozy. I lubiany przeze mnie przeogromnie. Zbieram maniakalnie wszystkie stare lustra po targach starci, ale jak dotąd żadne nie spełniło moich nawiedzonych oczekiwań;)

u progu tajenicy

Ciekawie prezentuje się również "Kierowca karawanu" powstały w oparciu o opowiadanie E. F. Bensona, czy "Golfowa historia" w oparciu o opowiadanie H.G. Wellsa, któremu od dawna obiecuje, że przeczytam coś z jego twórczości.

Najdłuższym z segmentów był chyba ten dotyczący "Lalki brzuchomówcy", poruszający popularny temat demonicznych lalek, które często mają zgubny wpływ na ich posiadaczy.

u progu tajenicy

Wszystkie historie uważam za jak najbardziej udane, są dość klasycznymi reprezentantami popularnych w dreszczowcach wątków. Wszystkie nakręcone sprawną ręką z dobrym aktorstwem i klimatem specyficznym dla kina tamtych czasów. Dla mnie pozycja jak najbardziej godna polecenia.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 0/10

niedziela, 29 stycznia 2017

Intruder/ Włamywacz (2016)

włamywacz

Elizabeth mieszka sama w domu na przedmieściach. Nie wie, że od dłuższego czasu ma w domu dzikiego lokatora o złych zamiarach.

"Włamywacz" jest kolejnym filmem z popularnego od dłuższego czasu nurtu home invasion. W przeciwieństwie do większości produkcji z tej kategorii w "Włamywaczu" nie mamy otwartego najazdu na chatę, raczej zagrywkę w stylu "Słodkich snów" kiedy to obcy niepostrzeżenie zakrada się do mieszkania niczego nieświadomej ofiary.


włamywacz

Oczywiście nie porównuje tych dwóch filmów, bo poziom jest nieporównywalny. O ile w "Słodkich snach" nieświadomość ofiary była uzasadniona - gość ją odurzał, o tyle w przypadku tej produkcji nie jesteśmy w stanie w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć sobie jak to możliwe, że gościu popierdala Elizaberth po domu, zbliża się do niej, a ona nic nie wie. Nie widzi, nie słyszy - Pani muzyk o słuchu absolutnym.

Bohaterka raczej nie wzbudzi w nas ciepłych uczuć. Jest nudna jak flaki z olejem, ciągle tylko gada o swoim chłopaku, nawet przypadkowo poznanemu sąsiadowi. Całe szczęście, że na wstępie filmu obdarowano ją kotem, przynajmniej miałam komu kibicować.

włamywacz

Nasz antybohater o anonimowej tożsamości osiąga sufitowy poziom zajebistości. Ninja mogliby się od niego uczyć. Przemyka niepostrzeżenie, potrafi spędzić cała dobę na czatach w szafie,a gdy już poznamy jego tożsamość i dodamy dwa do dwóch okaże się, że posiada zdolność teleportacji albo potrafi być w dwóch miejscach jednocześnie. Nie szukajcie tu związku przyczynowo skutkowego, ani nawet zalążku logiki.

Powiem Wam, że nawet rozumiem założenie twórcy. Czyniąc z Elizabeth głuchą, ślepą i pozbawioną zmysłu powonienia i robiąc z tytułowego włamywacza ninje chciał nas wystrachać. Tak moi Drodzy, nawet w tej chwili ktoś może się czaić w Waszej szafie, a Wy nic nie kumacie. Ktoś po nocy głaszcze Was po policzku i szcza do zlewu, a wy nic nie wiecie. Nie wierzycie? Zapytajcie swojego kota.

Tak, to lichy film. Nakręcony za bańkę przez Pana scenografa na podstawie jego własnego scenariusza.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 26 stycznia 2017

Clinical (2017)

clinical

Dr. Jane Mathis psychiatra zajmująca się psychoterapią PTSD sama doświadcza traumy, gdy jedna z jej najmłodszych pacjentek atakuje ją w jej własnym domu. Po tym zdarzeniu kobieta długo dochodzi do siebie, aż wreszcie postanawia wrócić do pracy zawodowej. Wtedy na jej kanapie pojawia się nowy pacjent.

"Clinical" to kolejny twór Netflixa, a więc postanowiłam się z nim zapoznać. Drugim argumentem było nazwisko reżysera, który zwrócił moja uwagę swoim poprzednim filmem "Diabolical" - który to jednak wśród polskiej widowni przeszedł raczej bez echa.

Liczyłam, że ponownie uda mi się obejrzeć coś oryginalnego fabularnie, z dobrym twistem i ciekawym finałem, jednak "Clinical" mimo swoich aspiracji do miana thrillera, czy nawet horroru psychologicznego nie spełnia oczekiwań jakie stawiam tym gatunkom. Przede wszystkim dlatego, że film jest mocno przewidywalny, mimo pewnego chaosu jaki wkrada się w scenariusz. Widać, że dołożono starań, żeby jak najwięcej rzeczy umknęło uwadze widza, ale jednocześnie zapomniano o tym, że dobry pomysł to podstawa i żadne zabiegi nie uratują filmu jeśli pomysł jest tylko przeciętny.

Główną bohaterką jest Pani doktor, a jakże, zajmująca się pomocą psychologiczną osobom doświadczającym traumy. Zespół strasu pourazowego nie jedno ma oblicze i tak naprawdę ciężko znaleźć tu uniwersalną drogę wsparcia. Jane będzie miała okazję przekonać się o tym.

clinical

clinical

Pojawia się tu też mała antybohaterka. Z kontekstu możemy wywnioskować dość szybko, zanim zostanie to potwierdzone, że była molestowana. Okoliczność tych zdarzeń jasno nasuwają wniosek ad. sprawcy. To pierwsza rzecz z którą twórcy się przeliczyli. Miał być szok, a zamiast tego oczywista oczywistość.

Druga rzecz to sposób w jaki wprowadzono do akcji drugiego antybohatera. Umiecie dodać dwa do dwóch? Z pewnością, szybko wszystko stanie się dla Was jasne. Dorzućmy do tego jeszcze parę ogranych motywów i mamy całą fabułę "Clinical".

Jeśli jesteście już po seansie z tym filmem, możecie stwierdzić: No, przecież nie był zły.

No, nie był, ale nie był też dobry. Przeciętna produkcja, którą dobrze się ogląda zwłaszcza jeśli nie ma się dużych oczekiwań. Nie spotkamy tu żadnej wybitnej kreacji aktorskiej, którą warto byłoby pochwalić, więc reasumując, mamy tu film przeciętny. Przeciętnie nakręcony z przeciętnego pomysłu. Tyle.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 24 stycznia 2017

Scherzo Diabolico (2015)

scherzo diabolico

Aram , od lat pracuje w tej same firmie próżno wyczekując awansu. Naciski ze strony żony i osobiste niespełnienie wpędzają go w coraz większą desperację. W końcu zaczyna w nim dojrzewać pomysł, jak w bezkrwawy sposób pozbyć się szefa i zająć jego miejsce. Mężczyzna porywa jego nastoletnią córkę. W tej sytuacji szef Arama jest zmuszony sam zrezygnować by skupić się na poszukiwaniach. Chwilę po tym jak Aram dostaje upragnione stanowisko, wypuszcza Anabelle. Nie wie jednak co z jej psychiką zrobiła trauma porwania.

"Serzo Diabolico" to nowy horror Adriana Garci Bogliano, twórcy takich obrazów jak "Nadchodzi diabeł", czy "Późne fazy człowieczeństwa". Styl tego reżysera odbiega od przeciętności, choć niekiedy można by się zastanawiać, w którą stronę? O ile "Późne fazy człowieczeństwa" były bardzo dopracowanym filmem, a o tyle ustępowały klimatem bardziej chaotycznemu "Nadchodzi diabeł". Moje specyficzne upodoba sprawiają, że szukam dziwności i tym razem udało mi się ją znaleźć w "Serco Diabolico", choć nie jest to najdziwniejszy film jaki oglądałam w ubiegły weekend, ale o tym innym razem.

Pojawiają się tu elementy czarnego humoru, co w wykonaniu tego właśnie reżysera bardzo trafiają w mój gust. Pojawia się też groza, co oczywiste, ale nie jest to typowy straszak. Tu niepokój może wzbudzić bardziej sam kontekst sytuacyjny niż konkretne wydarzenia i sceny, choć nie powiem, im bliżej finału tym twórca bardziej sobie folguje, aż zobaczymy jedno z bardziej udanych ujęć odstrzelonej głowy.

Głównym bohaterem i antybohaterem, można rzec, jest Aram, facet w średnim wieku, sumienny pracownik, wierny mąż i oddany ojciec rodziny. Mimo tej życiowej przyzwoitości nie może odnotować zbyt wielu życiowych sukcesów. Żona jazgocze, że za mało zarabia i za późno wraca do domu- pewnie ją zdradza, szef poklepuje po ramieniu ale podwyżki ani ani.

scherzo diabolico

Jego kręgosłup moralny zaczyna coraz bardziej się uginać, aż wpada na genialny pomysł. Realizuje go jednocześnie pozwalając sobie na coraz więcej niegodziwości. Zwrócicie na to uwagę przy okazji oglądania filmu. Dopiero wtedy, gdy zmienia się w zupełnie innego człowieka, gorszą wersję siebie, zaczyna sprzyjać mu fortuna. Dopuścił się przestępstwa, zostaje ono nagrodzone awansem, zdradza żonę, ale unika wszelkich podejrzeń bo zasypuje ją forsą i tak dalej i tak dalej.

scherzo diabolico

Można by uznać, że to przestroga dla dobrodusznych frajerów, ale... karma wraca. W jaki sposób? Wystarczy spojrzeć na filmowy plakat.

Jak dla mnie "Scherzo Diabolico" jest filmem całkiem udanym. Lubię klimat produkcji tego meksykańskiego reżysera, kupuje go. Podoba mi się podstępna dziwność i prostota wykonania.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

oryginalność:6

To coś:7

60/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 22 stycznia 2017

Przyszła na Sarnath zagłada.

Opowieści niesamowite i fantastyczne - H.P. Lovecraft

przyszła na sarnath zagładalovecraft

"Przyszyła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne" to drugi po "Zgrozie w Dunwich" zbiór opowiadań Lovecrafta wydany w polskim przekładzie Macieja Plazy przez wydawnictwo Vesper.

Gdybym miała porównać obydwa zbiory, wybrać ten który przypadł mi do gustu bardziej, chyba postawiłabym na młodsze wydawnictwo, czyli "Przyszła na Sarnach zagłada" - czyli ten, o którym dziś będzie mowa.

Wiem, że "Zgroza w Dunwich" zawierała takie 'przeboje' jak "Zew Cthulhu" czy w "W górach szaleństwa", ale jak wspomniałam przy jego recenzji, jeśli chodzi o Lovecrafta zdecydowanie wolę jego krótsze opowiadania, no może po za "Ku nieznanemu Kadath...", które jest jedynym najdłuższym opowiadaniem w zbiorze "Przeszyła na Sarnath zagłada".

W tej publikacji znajdują się praktyczne same krótsze historie. Niekiedy ich stronice można zliczyć na palcach jednej ręki, ale to właśnie je uważam, za najbardziej godne pochwały w twórczości pisarza.

Nie sztuką jest napisać długaśne tomisko i znaleźć w nim miejsce na ciekawą historię i dużą dawkę grozy. Sztuką jest zrobić to wszytko na bardzie ograniczonej przestrzeni.

Zbiór otwiera właśnie taka krótka opowieść. Nosi ona tytuł "Grobowiec" i jest jak to zwykle u Lovecrafta bywa opowieścią o szaleństwie. Mamy tu bohatera, który zza murów zakładu psychiatrycznego wspomina swoje młode lata, czas kiedy zaczęła w nim kiełkować obsesja na punkcie pewnego grobowca. "Polaris", czyli opowieść o gwieździe polarnej, jest chyba rekordzistą w krótkiej formie. Podobnie krótką, oniryczna wyprawą jest "Biały statek".

W książce znajdziecie nawet całą mapę krain które zwiedzają w snach bohaterzy kolejnych opowiadań.

przyszła na sarnath zagładalovecraft

Lovecraft często zwykł pisać o zapomnianych przez ludzi miastach, zepchniętych z ich świadomości, którą odwiedzić można tylko we śnie. Porusza tu często motyw zagłady takich miejsc i tu dobrym przykładem jest opowiadanie tytułowe, krótkie acz niezwykle klimatyczne "Przyszła na Sarnath zagłada".

Niezwykły mrok bije od "Zeznania Randolpha Cartera", to opowiadanie jest doskonałym przykładem na to jak Lovecraft potrafił skonsolidować ogrom grozy w krótkiej treści.

"Rycina w starym domu" to jeden z moich faworytów w tym zbiorze. Opowieść o ... rycinie. Tak, rycinie niezwykłej, której widok potrafi wzbudzić w człowieku mroczne instynkty .

Z pośród dominujących w tym zbiorze opowiadań osnutych oniryczną mgłą astralnych podróży najbardziej wyróżniają się dwa reprezentujące inny styl: "Reanimator Herbert West" i "Coś na progu".

To moi zwycięzcy jeśli miałbym typować perełki całego zbioru. Mają podobną narrację. Stanowią utrzymaną w pierwszej osobie relacje z wydarzeń, których głównymi bohaterami, albo antybohaterami byli przyjaciele owych narratorów. "Reanimatora" znają chyba wszyscy za sprawą jego przełożenia na ekran. Dla mnie stanowi on niejako hołd dla nieśmiertelnego "Frankensteina". Zawiera bliźniacze wątki, jednak Lovecraft odważniej wziął się za bary z grozą niż zrobiła to Shelley, nie umniejszając jej przy tym.

"Coś na progu", które zamyka zbiór jest doskonałym zwieńczeniem wszystkich Lovecraft'owskich motywów, jakie lubię najbardziej. Tajemnica, obłęd, trochę ohydy, pradawne moce i czarny charakter zbyt groźny byśmy mogli go poznać osobiście, ale na tyle silny by zdominować całą opowieść.

Na podium mam więc jeszcze jedno miejsce i poświęcę je... sztuce. "Model Pickmana" można przyrównać do "Ryciny w starym domu", bo znowuż mamy tu przykład silnego oddziaływania sztuki na człowieka, z tym że w tym przypadku, sztuka ta faktycznie odżywa.

Nie sposób mówić szerzej o wszystkich opowiadaniach w zbiorze, jest ich bowiem z górką ponad dwadzieścia. Pominęłam jedno z najdłuższych, czyli "Ku nienznanemu Kadath...", bo miałam już okazję o nim pisać, o tu.

Wydanie nie różni się od starszego, "Zgrozy w Dunwich", jeśli chodzi o estetykę podania. Wypada równie bajecznie. Tłumacz ten sam więc, bez zarzutów. Treść ponownie zdobią fantasmagoryczne ilustracje, a jak Wam nie szkoda grosza to dostępne jest wydanie w twardej oprawie.

Lovecraft to skarb dla wszystkich ceniących literaturę grozy. Wiem, że niektórym wydaje się zbyt przestarzały, tak słyszałam takie herezje, albo zbyt rozwlekły, ale tym bardziej będę Wam podsuwać ten właśnie zbiór opowiadań, spróbujcie, a na pewno do niego wrócicie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper:


vesper

Tagi: książki
13:37, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2017

Nocturnal Animals/ Zwierzęta nocy (2016)

zwierzęta nocy

Sussan Morrow żyje w świecie artystycznej elity Nowego Jorku jako właścicielka dobrze prosperującej galerii sztuki. Jej spokojne bytowanie pewnego wieczoru zakłóca przesyłka od byłego, porzuconego przed laty małżonka. Edward przesyła jej swoją pierwszą powieść, sugerując, że napisany przez niego brutalny thriller został zainspirowany ich rozstaniem.

Och, co za film. Przyznam szczerze, że nie widziałam poprzedniego obrazu Toma Forda, ale po seansie ze zwierzętami nocy" czuję się zobowiązana by nadrobić sprawę.

Film nadal wyświetlany jest w polskich kinach, więc zamiast tracić czas na czytanie moich wypocin ruszcie tyłki z przed komputera i ruszajcie. Taka moja rada.

Nie poszliście, no dobra, postaram się Was bardziej zachęcić.

"Zwierzęta nocy" fabularnie rozkrywają się na trzech płaszczyznach, mamy tu więc do czynienia z trzema różnymi narracjami.

Czas rzeczywisty to Susan czytająca powieść Edwarda, wgnieciona brutalnością przekazu. Druga narracja to jakby 'ekranizacja powieści' którą czyta kobieta. Powieść nosi tytuł "Zwierzęta nocy" i rozgrywa się na południu stanów gdzie główny bohater - o twarzy Edwarda, wraz z żoną - o twarzy Susan i ich nastoletnia córką podróżuje po opustoszałej autostradzie. Tu ich samochód namierza zgraja, jak to nazywam , obszczymurków, którzy postanawiają się zabawić kosztem Edwarda i jego rodziny. Tu, Drodzy Państwo zaczyna się jazda bez trzymanki.

zwierzęta nocy

SPOILER: Panowie zbirowie spychają samochód rodziny z drogi. Klasycznie odwracają sytuację zmuszając Edwarda by przyjął ich perspektywę - to oni są poszkodowani. W wulgarnych słowach 'zmuszają' go do posłuszeństwa, aż finalnie zostawiają pobitego na bezdrożu, a sami udają się gdzieś z jego żoną i córką. KONIC SPOILERA

Wreszcie mamy trzecią narrację, czyli wspomnienia Susan z czasów gdy poznała i poślubiła Edwarda. Widzimy rozpad jej związku. Widzimy w jaki sposób zaczyna postrzegać swojego męża: Jesteś słaby. Wspominam o tym nie bez powodu, bo ma to silny związek z motywem przewodnim, czyli historią spisaną przez Edwarda. Jego bohater to w gruncie rzeczy on sam. Zbyt słaby by ochronić swoją żonę i córkę. Pytanie tylko, czemu Susan czytając jego opowieść, sama czuje się winna? A tu Moi Drodzy mała niespodzinka, która nadaje "Zwierzętom nocy" zupełnie inny wymiar. Ja Wam nie zdradzę, w czym rzecz, ale ostrzegam, że recenzje w sieci krzyczą spoilerami na ten temat, jakby autorzy zupełnie nie rozumieli faktu, że nie jest to jakiś końcowy twiścik tylko klucz do zrozumienia całego przekazu i wręczając Wam go na wstępie równie dobrze mogli by od razu wyważyć drzwi.

To co uwiodło mnie w tej historii to jej intensywność. Niby nie mamy tu do czynienia z niczym o czym kino, szczególnie kino grozy, nie opowiadało po wielokroć, ale siła z jaką robią to "Zwierzęta nocy" dla mnie okazała się porażająca.

zwierzęta nocy

Nie da się też ukryć, że jest to bardzo dobra produkcja pod wszelkimi możliwymi aspektami realizacyjnymi. Scenariusz mimo różnych narracji tworzy spójną i płynną historię. Ruda Amy Adams, zimna jak lód, swoją posągowością przerasta Nicole Kidman - szczerze, widząc filmowy plakat byłam przekonana, że to Nicole. I oczywiście Jake Gyllenhaal, który z każdą swoją kreacją aktorską rośnie w moich oczach i doprawdy nie jestem w stanie nadziwić się jak chłopina o tak poczciwych oczach może tak zaskakiwać. Filmowe, zdjęcia, muzyka, wszytko cudne. Tak, jestem zachwycona.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Napięcie:9

klimat:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 19 stycznia 2017

FirstBorn (2016)

firstborn

Charlie i James spodziewają się swojego pierwszego dziecka. Już w czasie ciąży kobieta obserwuje u siebie niepokojące objawy, które nasilają się gdy rodzi córkę. Charlie jest przekonana, że albo wariuje, albo coś jest nie tak z maleńką Theą.

"FirstBorn", jak wynika z opisu szybko nasunie wam skojarzenie z filmami 'omenopodobnymi', w których antybohaterem jest dziecko. Muszę Was jednak uprzedzić, że w tym przypadku sprawa jest bardziej złożona i dzięki temu ciekawsza. Co dokładnie 'dolega' małej nie chcę Wam zdradzić, by nie popsuć niespodzianki.

Nie jest to film doświadczonych twórców, ale zarówno na poziomie scenariusza jak i jego późniejszego przełożenia na obraz produkcja wcale nie trąci amatorką. Oczywiście sporo brakuje do pełnego zachwytu, ale nie można tu mówić o zaprzepaszczonym potencjale: twórcy do końca wyeksploatowali swój pomysł. A pomysł jak wspomniałam wydaje się oczywisty, ale nie do końca tak jest. To ratuje ten film, bo jego początek nie nastroił mnie optymistycznie: kolejne "Diabelskie nasienie"? Na szczęście wyprowadzono mnie z błędu.

firstborn

"FirstBorn" jest horrorem paranormalnym i bazuje na takich właśnie zdarzeniach. Co ciekawe całkowicie unika skocznych scenek, choć występują tu zjawiska, które w taki właśnie sposób są zazwyczaj prezentowane. Pojawiają się efekty, nieliczne, ale udane. Zagrożenie nie jest pokazywane w całej okazałości. Stanowi raczej widmowy cień, co też należy postrzegać w kategorii pozytywów.

Aktorzy, twarze mi nie znane radzą sobie dobrze i nie obniżają poziomu tej produkcji. Tym czego mi w tym wszystkim nieco zabrakło to emocje. Mamy tu przecież całkiem dramatyczną opowieść , a jednak nie trafiła mnie ona jakoś konkretnie. Być może brytyjscy twórcy chcieli unikać amerykańskiej ckliwości i stąd takie podejście. Zabrakło tu też bardziej określonego klimatu. Tak czy inaczej "FirstBorn" oceniam pozytywnie, ale bez większego entuzjazmu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności: 1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl