What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
RSS
wtorek, 03 marca 2015

Czarci most - Anna Bichaska

czarci most

Mikołaj autor książek dla dzieci (który marzy o napisaniu horroru) wraca w rodzinne strony po śmierci babci, Wandy. W małym miasteczku o wdzięcznej nazwie Czarci most powracają do niego wspomnienia z dzieciństwa. O tym jak przed blisko dwudziestoma latami stracił w niewyjaśnionych okolicznościach siostrę przypomina mu zaginięcie innego miejscowego dziecka, Tomka, syna koleżanki z dzieciństwa. Maria, matka dziecka zostaje brutalnie zamordowana, a Mikołaj i siostra Marii, Jagoda muszą odnaleźć zaginione dziecko zanim podzieli ono los Alicji. Tym czasem na drodze ku rozwikłaniu tajemnicy bohaterzy poznają drugą, nieznaną stronę miasteczka pełną niewyjaśnionych zjawisk, przedziwnych stworów i magii.

O debiutanckiej książce Anny Bichalskiej mogę powiedzieć sporo dobrego, ale jest też wiele rzeczy do których muszę się przyczepić.

Początek książki, wprowadzający nas w niezwykły świat Czarciego mostu, gdy nic jeszcze nie jest wyjaśnione jest całkiem obiecujący. Mamy tajemnicę z przeszłości- zaginięcie ośmioletniej Alicji, konflikt rodzinny pomiędzy ekscentryczną babcią Mikołaja, a jego rodzicami zakończony wyjazdem z rodzinnych stron. Wreszcie tragedia jaka spotyka koleżankę z dzieciństwa bohatera, niewyjaśnione morderstwo i uprowadzenie małego chłopca. Stopniowo na te, może nie zwykłe, ale na pewno nie paranormalne wydarzenia, kladzie się fantastyczna mgła. Robi się ciekawie, okazuje się czym tak naprawdę jest Czarci most.

czarci most

Pojawiają się jacyś mityczne praistoty i Strażnicy mający pilnować przejścia między światami. Tu muszę pochwalić wyobraźnię autorki, bo chwilami miałam wrażenie, że czytam coś co przypomina opowieści Lovecrafta.

Te wszystkie Myślodrzewa, ptaki z ludzkimi obliczami, Numbaki, które zdecydowanie mnie urzekły i mnóstwo innych godnych uwagi istot.

Niestety wprowadzenie w ten świat przypomina jeden z odcinków Scooby -Doo. Autorka buduje aurę tajemniczości, wprowadzając na planszę często przerażające elementy tylko po to, by za chwilę zburzyć cały nastrój jakimiś głupkowatymi zagrywkami. Czepiam się tu szczególnie dialogów, które w założeniu miały być zabawne. Rozładowanie atmosfery czasem się przydaje, ale tu ten chwyt jest nadużywany. Flirty, zaczepki, drobne uszczypliwości towarzyszą każdej rozmowie niezależnie od tego jak poważna jest sytuacja. To sprawia, że nie da się tego wszystkiego traktować serio. 

Szkoda, bo wyobraźnia autorki to istna skarbnica. Ma niesamowite pomysły. Świat przedstawiony oparty na legendach, mitach i baśniach naprawdę potrafił urzec. Nie wiem tylko czemu przez cały czas miałam wrażenie, że autorka strzela sobie w stopę, uśmiercając to co wartościowe na rzec taniego humoru, sentymentalizmu i na siłę 'fajniackich' kreacji bohaterów.

Miałam wrażenie, że autorka trochę nie może się zdecydować, czy chce pisać bajkę dla dzieci, czy mroczną fantastykę. Jeśli chodzi o mój osobisty odbiór powieści to jeśli mam ją traktować jako bajkę to wypada klawo, jeśli jednak celem było wzbudzenie grozy to plan spalił na panewce. Gdybym miałbym coś poradzić z perspektywy czytelnika, to życzę autorce więcej konsekwencji w budowaniu swoich historii.

Moja ocena: 5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

http://www.videograf.pl/index.php

Tagi: książki
10:06, ilsa333
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 marca 2015

Marchlands (2011) - Odc. 1-5

marchlands

Tytułowe Marchlands to posiadłość, którą począwszy od lat '60 zamieszkiwać będą trzy rodziny, których losy śledzimy w pięciu odcinkach mini serialu Jamesa Kenta, twórcy znanych produkcji telewizyjnych BBC.

Akcja toczy się jednocześnie w trzech czasach: koniec lat '60, koniec lat '80 i pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku.

marchlands

Poznajemy losy rodziny Bowen'ów, małżeństwa, mieszkającego z teściami, które niedawno w tragicznych okolicznościach utraciło jedyną córkę, ośmioletnią Alice. Ruth nie może pogodzić się se śmiercią dziecka, co więcej nie dowierza wersji nieszczęśliwego wypadku. W końcu Alice nigdy nie oddalała się od domu, była 'taką grzeczną dziewczynką'.

Następnie przechodzimy do losów czteroosobowej rodziny Maynard, którzy po przeprowadzce do Marchlands muszą uporać się z problemem jakiego przysparza im młodsza z pociech, Amy. Wszystko wskazuje na to, że dziewczynka ma wymyśloną przyjaciółkę aż do chwili, gdy oświadcza ojcu, że jej Alice jest martwa, Alice jest duchem.

Na koniec zostają Ashburn'owie. Nisha i Mark oczekują narodzin pierwszego dziecka dlatego w poszukiwaniu spokoju sprowadzają się w rodzinne strony mężczyzny. Zbiegiem okoliczności jest fakt iż Nishy wpada w oko Marchlands, dom który w latach osiemdziesiątych należał do rodziny kumpla Marka. Nisha z zapałem odkrywa przeszłość starego domu, która niestety nie jest kolorowa.

Losy tych bohaterów łączą się i krzyżują w drodze do odkrycia tajemnicy z przeszłości, tajemnicy dotyczącej śmierci Alice.

marchlands

marchlands

"Marchlands" to dość typowe ghos story. Bardzo przypomina inny mini serial "Tajemnice Crickley Hall", o którym pisałam niedawno.

Stanowi miłą odskocznie od nachalniejszych duchów, wyskakujących z komputerów cwanych grafików. Efektów nie uświadczymy tu żadnych. Skłonna jestem powiedzieć, że bliżej mu do dramatu niżeli horroru, bo nastrój grozy, tajemnicy, niebezpieczeństwa, jest ledwie wyczuwalny. Ma jednak dobrą obsadę, historia prowadzona jest w bardzo płynny sposób, gładko przechodząc z jednego wątku w drugi- a tych nam tu nie zabraknie, jak na pięć odcinków to dość sporo się dzieje. Nie ma tu żadnych egzorcyzmów z latającymi krzesłami, więc niektórzy fani horrorów mogą poczuć się rozczarowani, bo takie mało efektowny ten film.

Mnie jednak się spodobał chyba właśnie dlatego, czasami lepszy jest solidny dramat z wątkami paranormalnymi niż kolejny straszak z serią tych samych scen i motywów co w dziesięciu poprzednich. Tu niby też nie ma nic oryginalnego, ale przynajmniej nie nuży. Przynajmniej nie mnie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 28 lutego 2015

The Devil's Advocate/ Adwokat diabła (1997)

adwokat diabła

Młody dobrze rokujący prawnik Kevin Lomax przenosi się z niewielkiego miasta do wielkiej metropolii by wraz z, wydawałoby się, równie ambitną żoną Mary Ann, piąć się po szczeblach drabiny społecznej. Skuszony propozycją właściciela dużej kancelarii i bussinesman'a, Johna Miltona ma robić to, co umie najlepiej, bronić oskarżonych niezależnie od wielkości win, mają wychodzić z sali sadowej czyści jak dziewicza łza. Lomax nie wie, że na sali sądowej będzie walczył nie tylko o kolejny milion na koncie, ale i o własną duszę.

adwokat diabła

Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie oglądałam tego filmu, choć wiele o nim słyszałam. Że wybitny, że mądry, że przewrotny, że prezentuje najlepszą kreacje postaci diabła w dziejach kina. Teraz, po seansie, mogę z całą pewnością stwierdzić, że zachwyty fanów były uzasadnione.

"Adwokat diabła" spodobał mi się od pierwszych chwil. Choć nie jestem wielką miłośniczką Keanou Rerves'a, który wciela się tu w postać adwokata,  to muszę przyznać, że ma on w sobie jakiś chłopięcy urok, który z iście diabelską werwą zbruka występny Al Pacino w roli Johna Miltona.

W jednej z pierwszych scen widzimy jak nasz bohater dokonuje wyboru: kariera, czy sumienie. Tego samego wyboru będzie dokonywał raz za razem, kiedy tytułowy diabeł będzie rzucał mu do stóp kolejne skarby ziemskiego królestwa. Zobaczymy duszę wiedzioną na zatracenie wprost do Babilionu (tu Nowego Jorku, ulubionej siedziby diabła już od czasów "Dziecka Rosemary").

adwokat diabła

Kevin przez całe życie wbrew protestom matki oddalał się od boga, nie wiedział tylko, że w jego przypadku nie będzie to tylko duchowa metafora.

Będąc już w Nowym Jorku zachłannie czerpie z nieprzebranego źródełka dobrobytu i coraz mniej zastanawia się na tym, czy to co robi jest moralnie właściwe. Na dalszy plan schodzi małżonka, która wbrew temu, co nam się wydawało nie jest taka cyniczna i przewrotna. Po przeprowadzce do nowego Jorku czuje się zagubiona i opuszczona.

adwokat diabła

Nie da się ukryć, że jej relacja z Kevinem, jej postawa, jego postawa, bardzo przypominają historię Rosemary i Guy'a. To skojarzenie dodatkowo podkręcają drobne elementy jak:miejsce akcji, wątek ciąży, gwałtowna zmiana image (włosy), czy scena seksu - w zasadzie pół gwałtu.

Ta para bohaterów to owieczki między wilkami. Głównym prowodyrem całego zamieszania jest John Milton. Nie sadze by imię i nazwisko słynnego humanisty, autora poematu o Lucyferze, zostało tu użyte przez przypadek.

  Milton to diabeł. Łapałam się na tym, że porównywałam kreacje Paciono z De Niro w "Harry'm Angel'u" i nie wiem kto z tej potyczki powinien wyjść zwycięsko.

adwokat diabła

Pacino jest mniej upiorny, bardziej ludzki, mniej teatralny. Jego finałowa przemowa, jak i wcześniejsze drobne sygnały świadczą o tym, że jest bardzo bliski człowiekowi, jest jego największym fanem, a jego ulubionym grzechem jest pycha, którą tak pielęgnuje w swoim wybrańcu.

Film trwa prawie trzy godziny a nie nudziłam się nawet przez minutę. Wspaniała gra aktorska czy nieliczne efekty użyte z umiarem i smakiem wywołały u mnie zupełnie inną rekcje niż latające smoki i skaczące elfy w pewnym kasowym filmie, który trwa dokładnie tyle samo minut.

Jest to film o walce dobra ze złem, ale nie jest banalny, nie moralizuje w sposób, który by odrzucał. To tylko opowieść o człowieku, takim jakim jest, ze swoimi wadami, zaletami, słabościami. Wszytko to obleczone w ramy thrillera psychologicznego czy religijnego ( z gatunkiem mam tu problem). Ci, którzy nie widzieli powinni nadrobić.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Aktorstwo:9

Walory techniczne:8

To coś:9

Oryginalność:8

79/100

W skali brutalności:0/10

piątek, 27 lutego 2015

Where the devil hides (2014)

where the devils hides


W osadzie New Bethlehem szóstego dnia, szóstego miesiąca przychodzi na świat sześć dziewczynek.

Bogobojni mieszkańcy wierzą, że to zwiastun spełnienia się przepowiedni o „Drommelkind”, wg. której jedna z tych dziewczynek w dniu swoich osiemnastych urodzin stanie się ‘ręką diabła’. Przywódca Amiszów chce pozbyć się dziewczynek, jednak ojciec jednej z nich nie godzi się na taki rozwiązanie. Ostatecznie przy życiu zostaje piątka dziewcząt, które tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami zaczynają znikać.

Jedna z nich, Mary, zaczyna badać sprawę wówczas na światło dzienne powoli wyjdą kolejne wykroczenia jakich przez lata dopuszczał się przywódca religijny, a także tajemnice jakie skrywał jej własny ojciec.

where the devils hides


„Where the Devil hides” to kolejny horror religijny z serii: w najbardziej religijnych społecznościach jest najwięcej diabelstwa.

Mała osada odcięta od cywilizacji staje się siedliskiem paranoi zwianej z lokalnym zabobonem. Napędzani strachem mieszkańcy są zdolni do mało chrześcijańskich czynów, by nie dopuścić do siebie diabła. Błędne koło się kręci, a niewinni ludzie padają ofiarami wypaczonej religijności.

where the devils hides

Historia jest na swój sposób ciekawa, choć mało oryginalna. Niestety jej walory horrorowi są bardzo wątpliwe. Bardzo często robi skręty w stronę obyczajówki, czy opowiastki os szczeniackich romansach, natarczywie moralizuje, spłyca i często olewa logikę zgodnie z którą należało by prowadzić fabułę. Dużo tu nonsensownych rozwiązań, jak ucieczki i powroty w miejsce największego zagrożenia.

Pojawia się sporo skocznych scen, bardzo gwałtownych migawek, do których widz w żaden sposób nie jest przygotowany przez stopniowanie napięcia. Takie ‘nic, nic, bum, nic, nic, bum’.

where the devils hides

Aktorsko stoi na nie najgorszym poziomie, ale trudno wyłapać potknięcia w kreacji postaci, które są bardzo proste.

Nie wzbudził mojego entuzjazmu, choć jak na debiut nie jest fatalnie. Kariery wielkiej twórcą nie wróże to ewidentnie widać tu brak wyczucia gatunku, a tego raczej nie da się wypracować.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Oryginalność:5

To coś:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

55/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 26 lutego 2015

Sleepwalkers/ Lunatycy (1992)

lunatycy

Do małego miasteczka Travis w Indianie przeprowadza się Mary i Charles Brady, Lunatycy. Większości z Was określenie to kojarzyć się będzie z osobami, które chodzą we śnie, ale nie o taki rodzaju lunatyzmu tu idzie.

"Lunatyk: wędrowne zmieniające kształt stworzenie mające początek swój w rodzajach człowieczym i kocim. Podatne na śmiertelne zadrapanie kota. Żywi się siłami witalnymi dziewic. Zapewne źródło legend o wampirach."

lunatycy

Mary i Charles przybywają do małego miasteczka w poszukiwaniu pożywienia dla mamuśki, która z obawy o gładkość swej skóry i nadwątlone siły witalne musi czym prędzej skonsumować jakąś dziewice. Pokarm ma jej zapewnić przystojny syn, który obiera na cel śliczną i niewinną Tanye. Niestety para lunatyków napotka spory opór, szczególnie ze strony kocich mieszkańców Travis.

lunatycy

"Lunatycy" to pierwszy film powstały w wyniku współpracy Micka Garrisa i Stephena Kinga. W ocenie wielu osób bardzo nie udany, ale jeśli przyjrzeć się ich późniejszym plonom ("Lśnienie", "Desperacja"), to naprawdę nie jest źle.

Ja "Lunatyków" zapamiętałam przede wszystkim dzięki odtwórczyni roli Tany, Madchent Amick, która wpadła mi w oko w "Miasteczku Twin Peaks" a także dzięki niezwykle pięknej i nastrojowej ścieżce dźwiękowej, kawałku "Boadicea" w wykonaniu Enya'y.


Po za kelnereczką z Twin Peaks w obsadzie ujrzymy sporo znanych twarzy, w tym samego Kinga w pierwszoplanowej roli dozorcy cmentarza;) czy niczym mu nie ustępujący Tobe Hopper i Clive Baker jako technicy sądowi.

Fabule filmu głównie zarzuca się zbytnią naiwność i prostotę, ale powiedzmy sobie szczerze King to nie Koontz i proste historie wychodzą mu najlepiej, gdyż potrafi tam umiejętnie przemycić i trochę psychologii, socjologii i grozy często w bardzo klasycznym, dziecięcym pojmowaniu. Simply the best.Jak to często bywa w jego twórczości na cel obiera sobie legendę/ wierzenie i na jej podstawie snuje swoją opowieść.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz oglądałam "Lunatyków" skutecznie wyprowadził mnie w pole początkowymi scenami ukazującymi relację matki i syna, dość dwuznaczną co każdy zauważy. Myślałam, że skupi się właśnie na tym: toksyczna mamusia sodomitka i synuś ofiara jej perwersji. Nic bardziej mylnego, bo kazirodztwo jest tu tylko wisienką na torcie. No, tak, to King nie Ketchum:) Dlatego też w miarę rozwoju fabuły bardziej skupiamy się na warstwie fantastycznej, czyli mrocznym poczynaniom pary nieludzkich istot.

lunatycy

Tu pojawia się kolejny przytyk, z którym całkowicie się nie zgadzam: słabe efekty. Mnie znikający samochód, czy charakteryzacja bohaterów zmieniających się w potwory na widok kotów, czy efekt spotkania z owymi małymi drapieżnikami jaki widzimy na poharatanej twarzy jednego z lunatyków przypadł do gustu. Przyjęłam to bez sprzeciwu jako znak czasów i 'taki rodzaj estetyki'.

Sztuczność ma też swój plus w pewnych momentach. Szczególnie w scenach z udziałem kotów, które niestety często traktowane są tu brutalnie. Gołym okiem widać, że to żaden kot tylko twór sztuczny, a wykorzystane w filmie futrzaki biegają radośnie z zadartymi ogonami i nic im nie grozi.

lunatycy

Lubię "Lunatyków", nie wiem tylko, czy nie przemawia tu mój sentyment do tego filmu. Miłośnikom King'owskich adaptacji za pewne przypadnie do gustu jak i tym widzom gustującym kinie lat '90.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

środa, 25 lutego 2015

Yabu no naka no kuroneko/ Czarny kot w lesie (1968)

kobietakot

Lubię filmy o duchach. Lubię azjatyckie kino. Lubię stare czarno-białe filmy. Lubię koty. Nie, koty uwielbiam. Lubię nawiązania do folkloru. Lubię teatralną scenografię. Lubię nastrojową, oszczędną w formie ścieżkę dźwiękową.

Czyżbym w dniu dzisiejszym pisała o filmie idealnym?

"Czarny kot", znany też jako "Czarny kto w lesie", czy "Kobieta kot" spełnia wszystkie wyżej wymienione postulaty.

Jest to obraz reżysera i scenarzysty, który pracował przy blisko dwustu filmach w ciągu stuletniego życia. Ostatnim obrazem, w  którym maczał zręczne palce był dramat "Mój przyjaciel Hachiko" (chcecie wyć żałośnie przez dwie doby, to obejrzyjcie).

Jego film "Kobieta kot" ściśle nawiązuje do japońskiej tradycji, kultury, wierzeń, folkloru, tego wszystkiego co nie do końca i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć i czym mimo to nieustannie się zachwycam. Nie wiem, czy wiecie, ale Japonia to nie Egipt i koty nie cieszyły się tam wielką popularnością. Wg. wierzeń niektóre koty to bakeneko, czyli mściwe dusze skrzywdzonych kobiet, skryte w czarnym futerku. Zdolne do najokrutniejszych czynów, powracające z zaświatów w kociej postaci by dokonać zemsty za pozwoleniem i błogosławieństwem złych bogów. Dowolnie mogą na powrót przyjąć człowieczą postać by w ten sposób łatwiej spełnić okrutne zamiary.

kobietakot

W filmie Kaneto Shido postać kota przybierają dwie brutalnie zamordowane kobiety, synowa i teściowa mieszkające samotnie na skraju bambusowego lasu.

Film otwiera scena w której widzimy grupę około dwudziestu zapuszczonych samurajów, którzy strudzeni walką wpadają do chaty niewiast, wyżerają im skromne zapasy, a je same gwałcą i mordują. Chatę puszczają z dymem.

kobietakot

W następnej scenie widzimy, jak po zgliszczach skrada się kot. Czarny kot, na którego uroczy acz złowrogi pyszczek często będą robione zbliżenia. Pewno po to byśmy dopatrzyli się w jego oczach diabelskich iskier.

Następna odsłona to już powrót niewiast. Widzimy młodsza z nich jak truchta w stronę dostojnego samuraja na koniu. Prosi czcigodnego wojownika by przeprowadził ją przez bambusowy las. Pyszałek godzi się na to czym dziewczyna odwdzięcza się goszcząc go sake w swoim domu. Jeszcze tej samej nocy przegryza mu tętnicę. Ofiary zgrai samurajów, które poniosły śmierć z ich rąk poprzysięgły zemstę i teraz będą grasować po ziemi pijąc ich krew.

kobietakot

Oczywiście wieść o potworach z lasu się rozniesie i ktoś spróbuje je zniszczyć.

Fabuła prosta, oparta na Japońskich wierzeniach, podkopująca wiarę w samurajski honor i dobitnie pokazująca jak bolesne bywa życie tych z marginesu społecznego.

Shido lubił podejmować tematy społeczne w swoich filmach, ale robił to w sposób bardzo pociągający. łączył sprawy polityczne  z duchowymi, tak abyśmy nie mieli wątpliwości jak bardzo upolityczniona jest wszelka religijność. Nie odzierał jednak japońskich wierzeń z tej fantastycznej kurtyny tajemniczości, podkreślała ją przez formę jaką przybierały jego obrazy.

kobietakot

kobietakot

Wspomniałam, że jest to film czarno biały. Naturalnie sprawdza się też fakt iż wszelkie wydarzenia, już po śmierci naszych bohaterek rozgrywają się w nocy. Słońce tam praktycznie nie wschodzi.

Bambusowy las z drobną Japoneczką w białym kimonie- w Japonii, to biały jest kolorem żałoby - truchtającą swoimi małymi stópkami wąską ścieżką i dostojny samuraj któremu jak się szybko okaże brakuje samurajskiej dumy, jadący na pięknym rumaku. Niby nic a kadr już kwalifikuje się do powieszenia na ścianie jako dzieło sztuki.

kobietakot

Charakteryzacja obsady, wystrój wnętrza chaty, czy pałacu mściwego arystokraty niektórym na pewno skojarzy się z teatrem kabuki, który jest bardzo specyficzny. Niektórym kabuki może kojarzyć się jako typowo kobiecy teatr, a to zważywszy na tematykę filmu tym bardziej mi tu pasuje.

Reżyser nie stara się odwracać wzroku od brutalności swojego obrazu, robi to jednak z umiarem, więc nie przypomina to współczesnego japońskiego gore. Postaci duchów nie wyłażą z telewizorów, nie kryją swoich oblicz za kaskadą czarnych włosów. Charakteryzacja idzie w zupełnie innym kierunku, co bardzo mi się podoba i myślę że warto by było do tego wrócić, bo te czarne kudły chyba już wszystkim się przejadły.

kobietakot

Jeśli jesteście fanami azjatyckiego kina grozy jest to pozycja obowiązkowa, jeśli nie to też warto obejrzeć by zobaczyć jak 'to wyglądało kiedyś' zanim duchy uzbrojono w telefony komórkowe i mordercze taśmy video.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:10

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:10

76/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 24 lutego 2015

Przypadki nie istnieją. Wspomnienia z celi - Karolina Karczmit, Martyna Karczmit

przypadki nie istnieją

"Przypadki nie istnieją..." to króciutka, niespełna stu stronicowa książka. Składa się ze zbioru luźnych rozważań człowieka skazanego na 25 lat więzienia za zamordowanie homoseksualnego mężczyzny, na temat historii jego życia, praktyk religijnych, filozofii i życia za murami więzienia.

Książka zwróciła moją uwagę ze względu na tytuł (banał), ja też uważam, że przypadki nie istnieją i nic nie dzieje się bez przyczyny.

"Przypadki..." składają się z 34 rozdziałów, choć określenie rozdział jest tu użyte nad wyrost, bo niektóre z nich to zaledwie pół stronicy tekstu. Ich tytuły wskazują ich zawartość, czyli mamy tu takie rozdziały jak:"Jak czytam pismo święte", "W11", "Stan głębokiej refleksji", "Ćwiczenia trzeciego oka", "Sataniści i inni", etc.

Mam nadzieję, że nigdy nie spotkam jej narratora na wolności, bo to co teraz napiszę o tym 'dziele' raczej mu się nie spodoba;)

Po pierwsze, nie rozumiem celowości tej publikacji. Pod wieloma względami nie kwalifikuje się do puszczania w obieg chociażby dlatego, że jawni nawołuje do nienawiści i jest projekcją osoby poważnie zaburzonej. Nie trzeba być psychologiem, żeby to zauważyć. Podam kilka cytatów jako przykład:

"...W końcu również dostrzegłem swój cel. Bóg powołał mnie abym wystąpił przeciwko całemu temu królestwu. Przeciwko pedałom i transwestytom w rządzie, przeciwko satanistom w telewizji - gówno trzeba posprzątać, a śmieci trzeba palić."

"...A ofiara? mogła prowadzić się inaczej, może żyłaby do dnia dzisiejszego. Istnieje też inny aspekt tego zagadnienia. Od momentu, w którym zacząłem planować eksterminację sodomitów, od momentu kiedy na osiedlu Kombatantów wykonałem wyrok na jednym z nich, byłem cały czas kierowany przez jakąś zewnętrzną siłę (...)Chciałbym wierzyć w to, że od samego początku byłem siepaczem Boga (...) "

"Wytwarzając ze swojego organizmu opisaną wyżej energię poprzez zadawanie sobie bólu (za pomocą ran ciętych i przypalania drutem) a potem koncentrując ją odpowiednio, uwolniłem głęboko schowaną w okowach podświadomości moją druga naturę, która czasami na krótko i bez żadnej kontroli z mojej strony była uwalniania w przeszłości i podejrzewam, że został uwolniona tamtego dnia, kiedy z mojej ręki zginął człowiek."

"Z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie są to objawy chorobowe, gdyż nie przeszkadzają mi one normalnie funkcjonować i raczej trudno nazwać te objawy niechcianymi. Raz słyszałem myśli kolegi, który spał. Czasami słyszę głosy, kobiece i męskie, nie mówią jednak do mnie, brzmią jak głosy dusz..."

Tak... niewątpliwie ciekawa sprawa:) Książka może być interesująca dla osób, które frapuje tematyka chorób psychicznych, bo nie da się ukryć, choć narrator z nie zgadza się z opinią, którą wystawili mu w zakładzie psychiatrycznym jest zaburzony i niebezpieczny.

Martwi mnie jednak fakt, że książka ta może trafić w ręce jakiegoś pogubionego małolata, który w tym samozwańczym szamanie dostrzeże autorytet i będzie chciał naśladować jego misję. Dlatego nie popieram tej publikacji ze względu na jej treść.

Jeśli idzie o formę, to jest napisana bardzo chaotycznie. Styl i język są poprawne, ale bez szału. Narrator nagminnie cytuje głupkowate teksty z "Chłopaki nie płaczą" choć otarł się też o Nietzschego, cytując go jako "takie powiedzenie".

Nie wiem, jak ocenić tę książkę, więc nie będę tego robić. Mogę polecić osobom zainteresowanym psychopatologią, bo mamy tu niezłe studium szaleństwa, ale chronić przed dziećmi i osobami podatnymi na wpływy.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

http://novaeres.pl/

Tagi: książki
08:34, ilsa333
Link Komentarze (10) »
niedziela, 22 lutego 2015

The Voices/ Głosy (2014)

głosy

Jerry, pracownik fabryki w niewielkim miasteczku Milton cierpi na schizofrenie i nie chce przyjmować leków. Świat wygląda dużo lepiej gdy jest się świrem. Samotność nie doskwiera, bo można pogadać z kotem, czy psem, mieszkanie wygląda lepiej i nawet wizja związku z nieprzystępną pięknością z działu księgowości wydaje się bardziej realna.

Pewnego dnia w wyniku splotu nieszczęśliwych zdarzeń- umówmy się- Jerry zabija wspomnianą piękność. Teraz kierując się radami swoich zwierząt obmyśla plan zatajenia zbrodni. Niestety sugerując się zdaniem tytułowych głosów, Jerry zaczyna wierzyć, że głowa Fiony w lodówce czuje się samotna....

"Głosy" to bardzo przewrotny film. Można go nazwać psychologicznym thrillerem, bo traktuje o umysłowo chorym mordercy, który próbuje ukryć swoje zbrodnie i bezpiecznie kontynuować śmiercionośną działalność. Ale spokojnie można go też nazwać czarną komedią, bo powiedzmy sobie szczerze stwierdzenie:kot namówił mnie o morderstwa, brzmi na tyle absurdalnie by rozbawić. W ogóle humor sytuacyjny jest tu przedni.

głosy

Patrząc z innej strony jest w tym też tragizm. Samotny mężczyzna gada ze zwierzętami. Próbuje odnaleźć się w społeczeństwie, znaleźć antidotum na brzydotę. Jest w filmie fragment gdzie Jerry, niechętnie bo niechętnie, ale jednak zażywa lekarstwo. Wtedy widzi, że piękna główka Fiony wcale nie mówi i nie zje z nim płatków na śniadanie, a jego schludne mieszkanko to w rzeczywistości nora szaleńca. Szybko odwraca się plecami do smutnej prawdy.

Ryan Reynolds, którego zaczynam coraz bardziej doceniać prezentuje się na ekranie w roli Jerry'ego zupełnie niesztampowo. Nie przypomina żadnego z osławionych Nocnych Łowców, czy innych świrów czerpiących satysfakcję z zadawania bólu. Już bliżej mu do Ed'a Gaina, który trzymał w domu trupy. Może też czuł się samotny? To doprawdy uroczy bohater - tak, wiem jak to brzmi. Wygląda zupełnie niegroźnie i nie przejawia żadnych oznak agresji. A mimo to zabija i znowu zabija.

głosy

Kiedy zobaczyłam trailer filmu, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Gadający kot! No, pies też gada, ale kot jest niesamowity. Rudy złośliwiec, naigrywający się ze swojego pana i przekonujący go robienia złych rzeczy. Taki diabełek zasiadający na ramieniu. Jest też pies. Psina robi tu za głos sumienia, czyli aniołek z drugiego ramienia.

Słowem podsumowania mogę rzec, że film jest jak najbardziej udany. Nie wiem tylko, czy ten miszmasz gatunków, to nietypowe podejście, spodoba się każdemu. W moim przypadku wystarczy umieścić kota w obsadzie, a już będę piała z zachwytu więc nie wiem, czy jestem w pełni obiektywna;)

Generalnie polecam, jeśli lubicie psy, koty i seryjnych morderców.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:9

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 21 lutego 2015

The Woman in Black 2: Angel of Death/

Kobieta w czerni 2: Anioł śmierci (2014)

the woman in black

W 2012 roku książka Susan Hill "Kobieta w czerni" doczekała się pierwszej kinowej adaptacji. Choć wielu widzom i tak bardziej utkwiła w pamięci adaptacja dla TV, niezwykle klimatyczny film z lat '80, to i tak można mówić o sukcesie nowego filmu, który na pewno trafił do szerszej grupy odbiorców. W dwa lata po premierze "Kobiety w czerni"  doczekaliśmy się sequela. Po co? Nie wiem, ale jest, więc obejrzałam.

Historia "Anioła śmierci" (kocham takie wyświechtane tytuły) rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej. Dwie nauczycielki postanawiają przyjść z pomocą osieroconym dzieciom i zabrać je z bombardowanego Londynu na wieś. Jako schronienie obierają opuszczony od lata dom na Węgorzowych Moczarach. To właśnie tam grasuje duch tytułowej kobiety w czerni, którą mieliśmy okazję poznać, czy to za sprawą powieści Susan Hill, czy to za sprawą którejś z filmowych adaptacji.

the woman in black

Pierwsza połowa filmu całkowicie poświęca się warstwie dramatycznej. Scenarzyści, w tym autorka książki Susan Hill, podsuwa widzom tragiczny obraz losu dzieci, a także ich opiekunki, Evy. Oczywiście co się tyczy przeszłości nauczycielki, scenariusz stara się okryć ją tajemnicą, ale robi to na tyle nieudolnie, że po pierwszej scenie z koszmarem sennym wiemy już co nasza bohaterka ma wspólnego z kobietą w czerni. Element zaskoczenia nie wypalił, ani ten, ani następny.

Druga połowa filmu, na której, przyznam, ucięłam sobie drzemkę (niektóre filmy wywołują u mnie objawy narkolepsji) to 'horror właściwy', czyli wszelkie sceny z udziałem zmory i desperackie próby ratowania dzieci przed złym duchem.

the woman in black

Scenariusz uderza w bardzo dramatyczne tony, podobnie, jak to było u schyłku pierwszej części tej historii. I podobnie wydaje mi się to przesadne. Niestety miejsca na przerażenie tu nie ma.

W takiej sytuacji zazwyczaj wspominam o zbyt dużej liczbie bohaterów na planszy. Pamiętacie chyba, że w "Kobiecie w czerni" była to rozgrywka na jedną parę. Tu mamy jeszcze dwie nauczycielki, lekarza i chmarę dzieciaków. Tak na prawdę nie jest dane nam przywiązać się do kogokolwiek, toteż śledzenie ich losów jest mniej angażujące. Irytowała mnie tez nad ekspresja odtwórczynie roli Ewy. Jeśli chodzi o efekty to nie jest najgorzej, widać, że twórcy nie mieli węża w kieszeni. Co za pewne jest zasługą oczekiwanego sukcesu filmu. Nie wiem tylko na jakiej podstawie się go spodziewali, bo film lichy. Jedyne co może przyciągnąć widza to wspomnienie o pierwszej "Kobicie  w czerni" .

the woman in black

Zdziwiło mnie nazwisko autorki książki, jako współtwórczyni scenariusza. Z tego, co udało mi się wyhaczyć, to nie brała ona udziału w żadnej z poprzednich adaptacji i może lepiej? Szczerze mówiąc jej książka nie zrobiła na mnie oszołamiającego wrażenia. Dużo bardziej podobała mi się fabuła przekształcona na potrzeby filmu, i jednego i drugiego.

Film na pewno znajdzie swoich zwolenników, bo przyciąga wspomnieniem o filmie z 2012. Stara się też wypełnić niszę na klasyczne brytyjskie horrory gotyckie, ale czy robi to w sposób godny pochwały to śmiem wątpić.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:3

Zabawa:5

Oryginalność:4

To coś:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

53/100

w skali brutalności:1/10

piątek, 20 lutego 2015

Body snatchers/Porywacze ciał (1993)

body snachers


To już trzecia, ale jeszcze nie ostania filmowa wariacja na temat książki „Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finneya. 

Tym razem bohaterami filmu jest rodzina Malone: ojciec naukowiec, jego żona, nastoletnia córka i mały synek, którzy wspólnie zamieszkują na terenie bazy wojskowej, gdzie Steve Malone ma zbadać  zanieczyszczenia odkryte na terenie bazy i ich związek z dziwnym zachowaniem u żołnierzy.

Wkrótce widz przekona się, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłym zanieczyszczeniem, czy szkodliwym promieniowaniem, a z przybyłym z kosmosu organizmem, który posiada zdolność replikowania żywych organizmów, niszczenia oryginalnego żywiciela i zastępowania go powstałą w ten sposób kopią całkowicie zmienioną pod kątem osobowości i pozbawioną emocji.


Każda kolejna adaptacja książki Finneya różni się pod względem fabuły, dlatego tka gorliwie oglądam kolejne odsłony tej historii. Tym razem głównym bohaterem zostaje uczyniona nastolatka, Marti Malone. To za nią podążamy badając tajemnicę porywaczy ciał, choć nie jest na pierwszą osobą, która dostrzeże dziwne zmiany w ludziach mieszkających na terenie bazy.

Pierwszy będzie jej mały braciszek, który pewnego ranka stwierdzić, że mama nie jest mamą, bo mama nie żyje. To on zauważy, że dzieci w przedszkolu rysują identyczne rysunki i coraz więcej ludzi w  jego otoczeniu ‘zmienia się’. Jego dziecięcy umysł tego nie racjonalizuje, ale sceny z jego udziałem są jednymi z najlepszych w filmie.

Do zanalizowania sytuacji przysłuży się starsza siostra, która z pomocą przystojnego żołnierza będzie próbować ratować rodzinę, a przynajmniej to co z niej zostało.

body snachers


Jak widzicie, mamy tu trochę nowe spojrzenie. Inaczej prezentuje się tez proces przemiany w istotę pozaziemską. Tu nie mamy kokonu z piany jak w najstarszym filmie, ani czegoś na kształt larwy jak w adaptacji z lat 70. Tu mamy pnącza wpełzajcie do nozdrzy i ust wyglądające jak makaron spagetti. Pnącza oplatają człowieka, wysysają go, by na drugim końcu ‘rośliny’ powstać mogła kopia.

body snachers

Jeśli porównać te trzy spojrzenia na historie, to pierwszą rzeczą, jaką wychwyciłam to sposób w jaki Ferrera wykorzystał jeden z najlepszych fragmentów filmu Kaufmana, mam tu na myśli scenę z Sutherlandem rozdziawiającym otwór gębowy w przeraźliwym i nieludzkim krzyku i wskazujący palcem przed siebie.

body snachers

W starszym filmie pojawia się to tylko raz, no może dwa, tu Ferrera używa tego nagminnie, więc o ile początkowo budzi to podobne uczucie grozy jak w scenie z Sutherlandem tak tu z czasem nam powszednieje.

Finał historii również różni się od poprzednich filmów. Jest chyba bardziej optymistyczny, daje nadzieję na przerwanie inwazji.

Nadal nie wiem, która wersja opowieści podoba mi się najbardziej, bo jak wspomniałam różnią się od siebie i w każdej widzę coś dobrego.

Każda na swój sposób inteligentnie pointuje i daje widzowi przestrzeń do refleksji. Każda ma swoje mocne momenty i każda ma szanse wzbudzić emocje.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

69/100

W skali brutalności:2/10

środa, 18 lutego 2015

Niebezpieczne osobowości - Joe Navarro, Toni Sciarra Poynter

niebezpieczne osobowosci

O tej książce sporo się mówiło, więc gdy nadarzyła się okazja by się z nią zapoznać, ochoczo skorzystałam.

Autor, profiler FBI, już na wstępie zaznacza, że jego książka nie jest akademickim podręcznikiem psychopatologii. Jest poradnikiem dla zwykłych obywateli, którzy każdego dnia narażeni są na kontakt z ludźmi niebezpiecznymi.

Książka składa się z rozdziałów poświęconym analizie czterech nieprawidłowych typom osobowości, tj. Osobowości narcystycznej, osobowości chwiejnej emocjonalnie, osobowości paranoicznej i osobowości dyssocjalnej, czyli po po prostu socjopatom, tu zwanym drapieżcami, oraz szczęśliwym posiadaczom mieszanych zaburzeń osobowości.

Przy każdym rozdziale znajdziemy coś na kształt testu, składającego się z ponad setki pytań, a który ma pomóc nam sprawdzić, czy w naszym otoczeniu znajduje się ktoś o niebezpiecznej osobowości.

Ostatni rozdział poświęcony jest poradom na temat tego jak uniknąć i jak radzić sobie, gdy napotkamy na swojej drodze niebezpieczną osobowość.

Książkę oceniam średnio. Nie wiem, czy wynika to z faktycznych jej niedociągnięć, czy z moich zbyt wysokich oczekiwań. Tematyka zaburzeń osobowości  z racji wykonywanego zawodu, z racji osobistych zainteresowań jest mi dość mocno znana. Stąd moje rozczarowanie, mimo iż autor zaznacza, że książka jest kierowana do laików, ja liczyłam na coś więcej niż porady w stylu 'widzisz niebezpieczeństwo, to uciekaj'.

Rozdziały poświęcone opisom nieprawidłowych osobowości są raczej mało wnikliwe, autor nie wnika w etiologię zaburzeń nie stara się dociekać przyczyn zaburzenia. Skupia się na konsekwencjach istnienia takich typów w życiu normalnych ludzi.

Owszem znalazły się ciekawsze fragmenty, jak opis spotkania oko w oko z drapieżnikiem. Autor opisuje swoje osobiste wrażenia przy pierwszorazowym spotkaniu z socjopatą. Nie bez powodu ten typ nazywa się drapieżnikiem. Gdy na swojej drodze w czasie wyprawy do lasu spotkalibyśmy wilka nasza reakcja przypominałaby wrażenie jakie robi spojrzenie w oczy ludzkiemu drapieżnikowi. Ludzie instynktownie wyczuwają takie typy, co nie znaczy, że przed nimi uciekną. Socjopaci bywają czarujący, a normy społeczne nie pozwalają na odwrót tylko dlatego, że 'ktoś nam się nie spodobał'.

Spodobało mi się też to w jaki sposób autor oddzielił fikcję jaką ludzie wynoszą z bardzo popularnych filmów o seryjnych mordercach z rzeczywistością:  Nie każdy morderca jest socjopatą. Nie każdy jest psychopatą.

Prawda jest taka, o czym niestety Navarro nie wspomniał, że najczęściej zabijają osoby z narcystycznym zaburzeniem osobowości.

Do bycia przestępcą nie wystarczy zaburzona osobowość, potrzebny jest tu deficyt lęku, czy strach przed konsekwencjami. Tu najlepszym przykładem jest Richard Kukliński. Navarro wspomina o nim, ale nie w tym kontekście. Tak, o wielu rzeczach nie wspomina...

Trochę sprowadza czytelnika na ziemie opisując niebezpieczne osobowości nie tylko jako potencjalnych seryjnych zabójców, jak najczęściej są kojarzeni, ale też jako mobbingujących szefów, partnerów, którzy wykorzystują miłość drugiej osoby, czy matki nie dbające o potrzeby swojego potomstwa. Pokazując w ten sposób jak wiele takich osób znajdziemy w naszym otoczeniu.

Moja ocena: 5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Burda:

http://www.burdaksiazki.pl/

 

Tagi: książki
10:51, ilsa333
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

Phobia (2013)

phobia

Jonathan od roku nie opuścił swojego domu. Więzią go tam jego własne lęki. Strach przed opuszczeniem bezpiecznego miejsca. Strach przed śmiercią, która na pewno czeka na niego tuż za progiem. Tak, jak na jego zmarłych rodziców i żonę.

Wkrótce przyjdzie mu się przekonać, że nigdzie nie może być bezpieczny, bo intruzi przenikną do jego bezpiecznego świata.

phobia

Zacznę od tego, że są dwa filmy z tego samego roku pod tym samym tytułem, obydwa są horrorami, więc nie zdziwcie się, że opis filmu nie będzie pasował do tego obrazu na jaki trafiliście.

"Phobia" to film twórcy o niewielkim dorobku, jednak całkiem sprawnie nakręcony jak na niewielki budżet i doświadczenie.

Fabuła traktuje o mężczyźnie cierpiącym na agorafobię, której nabawił się w wyniku traumy. Jego żona została ranna w wypadku samochodowym. On prowadził i  to on sparaliżowany strachem i szokiem nie zdołał jej pomóc. Teraz dręczą go wyrzuty sumienia i potworny lęk przed śmiercią.

phobia

Jonathan bierze leki i leczy się psychiatrycznie. Terapia nie bardzo mu pomaga, a w ostatnim czasie nastąpił pogorszenie. Pojawiły się halucynacje, w których mężczyzna widzi kobietę w czerni, swoją martwą żonę, która wciąż powtarza mu, że wszyscy umierają. To nie jedyne objawy i z minuty na minutę jest coraz gorzej.

Wersja z faktycznym nawiedzeniem raczej przez nikogo nie zostanie wzięta pod uwagę zważywszy na potężne dawki psychotropów jakie przyjmuje bohater wersja o załamaniu nerwowym jest bardziej prawdopodobna.

Na arenie pojawia się też przyjaciel Jonathana i nowo poznana dziewczyna, która dorabia sobie robiąc zakupy dla ludzi, którzy nie opuszczają domu. Kobieta w czerni nie pozwoli mu jednak zaznać szczęścia.

phobia

Co do filmu mam raczej mieszane uczucia. Spodobał mi się pomysł i minimalizm w ramach, którego został zrealizowany. Sceny mające wzbudzić nerwowe drygnięcia nie są do końca dobrze zrobione, czasami brakuje tu chwili namysłu nad poszczególnym ujęciem, które mogłoby wypaść lepiej gdyby przesunąć kąt kamery.

Bardzo, natomiast przypadły mi do gustu sceny 'klaustrofobiczne' gdy nasz bohater kitra się po małych pomieszczeniach. Automatycznie następuje wtedy zbliżenie na jego twarz, przerażone, rozbiegane oczy. Od razu robi się ciasno i duszno.

phobia

Aktorstwo trąci amatorką i nie ma co tego ukrywać. Nieliczni aktorzy wydają się trochę bezradni, jakby trafili na plan przypadkiem. Często wypadają nienaturalnie, ale jestem w stanie przymknąć na to oko.

Na prawdę nie jest najgorzej, jeśli spojrzymy łaskawym okiem na pewne niedociągnięcia.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:5

Walory techniczne:6

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 2/10

niedziela, 15 lutego 2015

Starry eyes (2014)

starry eyes


Sarah wierzy, że zostanie wielką aktorką. Nim jednak jej gwiazda trafi do alei sław dziewczyna zmuszona jest pracować w Fast food’zie. Wieczorami uczęszcza na lekcje aktorstwa i biega na castingi.

Któregoś dnia trafia na przesłuchanie organizowane przez wytwórnie Astreus, która szuka odtwórczynie głównej roli do nowego horroru, „Silver Scream”. Sarah zrobi wszystko by dostać rolę. Poświeci honor, zdrowie a nawet życie.

starry eyes


„Starrry eyes” to po „Babadook’u najlepszy reżyserski debiut ubiegłego roku. Nie mam, co do tego wątpliwości. Podobnie jak produkcja rodem z Australii ten obraz ma w sobie niespotykaną często oryginalność i siłę.

Duet Kolsch i Widmyer posiłkując się mocnym gore ukazali historię ciekawą i wielowymiarową. Posiadającą interesującą fabułę i doskonale zrealizowaną.


Film, który nie trafił jeszcze w Polsce do oficjalnej dystrybucji już budzi zachwyt u wielu widzów, choć oczywiście oponentów też nie brakuje. W końcu wyjałowiona do granic możliwości formuła horroru to w większości hollywoodzka papaka bez pomysłu i polotu. Trudno się dziwić, że gdy ktoś wyskakuje z podgatunkiem zapomnianym, który z resztą nigdy nie był popularny dużo osób nie ogarnia tematu.


Fabuła, jak wspomniałam w opisie, traktuje o aspirującej aktorce. Sarah to dziewczę niezwykle ambitne, które na każdą porażkę reaguje autoagresją. Gdy trafia do Astreusa i jej występ (bądź, co bądź bardzo dobry) nie wzbudza najmniejszego nawet entuzjazmu u przesłuchujących Sarah udaje się do toalety, gdzie tłucze wszystkimi kończynami w ściany kabiny i z furią wyrywa sobie włosy z głowy (!) To zwraca uwagę ludzi z castingu.

starry eyes

starry eyes

Atak histerii sprawia, że dają jej szansę na pokazanie swoich spazmów. Sarah ma co do tego opory, w końcu to nie średniowiecze gdzie biczownicy zapierdzielali środkiem ulicy i szczycili się swoim umartwieniem. Ludzie z Atreusa oczekują od niej, w zamian za rolę, wyzbycia się wszelkich hamulców. Począwszy od zaprezentowania swojego ataku, przez obnażenie się przed kamerą, po zezwolenie na seksualne napastowanie. Wszystko to by dostać rolę w kolejnym głupim horrorze.

Sarah zrobi wszystko by zaistnieć. Pozwoli na powolny rozkład ciała i duszy, zarówno ten metaforyczny, gdy jak to określa ‘sprzedaje dusze’ jak i ten dosłowny, gdy po nocy spędzonej z producentem jej ciało zaczyna powoli się rozpadać.

starry eyes

Tu na arenę wkraczają motywy bliskie filmowi "Contracted", gdzie młoda dziewczyna po stosunku z obcym mężczyzną zaczyna zmieniać się w zombie. „Starry eses” odchodzi jednak od motywu zombizmu, uderza raczej w nurt satanistyczny, ale nie będę się wdawać w szczegóły, co i dlaczego.

Jeśli idzie o dosłowny odbiór filmu to mamy tu gnijącą laskę, która wygląda do prawdy fatalnie i wierzcie mi jej widok budzi bardzo nieprzyjemne uczucia. Odwala jej na punkcie dążenia do sławy, atakuje swoich przyjaciół, którzy wg, niej nie posiadają siły przebicia. To blagierzy, którzy tylko gadają o wielkich planach, a w rzeczywistości tylko żłopią piwsko. Ona jest kobietą czynu. 

Jeśli chodzi o warstwę metaforyczną to mamy tu opowieść o Hollywood. Młoda, urodziwa dziewczyna z Los Angeles chce zrobić karierę. Wiadomo, że łatwe to nie jest. Twórcy filmu pokazali to w sposób skrajny, jako konieczność całkowitego wyzbycia się siebie. Przemiany duchowej i cielesnej. By Sarah została gwiazdą musi najpierw uśmiercić swoją doczesną powłokę.

starry eyes

Nie jest to na pewno kolejny głupi film. A i popatrzeć jest na co. Praca kamery jest niezwykle precyzyjna, montaż szybki, ujęcia gwałtowne, kolorystyka brudna. Dobra muzyka i doskonała kreacja głównej bohaterki, nad ekspresyjna nawet, bym rzekła, szalona. Polecam poszukiwaczom nowych wrażeń.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:9

Walory techniczne:8

To coś:7

Oryginalność:7

73/100

W skali brutalności:3/10

piątek, 13 lutego 2015

Ludzie przechodni - Piotr Bolc

ludzie przechodni

Trzydziestoletni David Szanser, nieudaczny syn swego wielkiego ojca boryka się z życiem. Tak przynajmniej twierdzi. Panna go olała i wyjechała do RFN z dobrze rokującym budowlańcem, jego mająca prężnie się rozwijać agencja detektywistyczna upadła, bo David stracił licencję, a w zapyziałej kawalerce znaleźć może już tylko resztki wódki i jakąś napraną małolatę, której nie kojarzy. Wtem nieobecny do tej pory tatuś postanawia zaprosić swego jedynaka i jego przed laty porzuconą matę do swojej willi na prowincji, której dorobił się jako minister odnowionej RP i twardy biznesmen. David zaciera ręce na majątek ojca, a tym czasem stary żegna się ze światem w odciętej od cywilizacji pipidówie. Jego syn, detektyw bez licencji, musi odgadnąć kto zabił? Jego młodsza żoneczka Grażynka, stara żoneczka Nina, czy może szantażysta i były przyjaciel z opozycji, Piotrowski?

O ile dobrze pamiętam to nowy kryminał wypuszczony przez Oficynkę miał ukazać się już w ubiegłym roku. Czekałam na niego, bo wpadł mi w oko tytuł. "Ludzi przechodni" brzmi całkiem intrygująco, a sam autor (student ekonomii,  rocznik '90) odnosi go do pokolenia czasu politycznych przemian, którego reprezentantem jest jego literacki bohater i do ogółu ludzi, którzy jakby nie patrzeć są tylko przechodniami na kartach dziejów. Zgrabnie to sobie obmyślił, szkoda tylko, że nie zadbał tak bardzo o inne elementy swojej publikacji, za którą z resztą musiał trochę zabulić.

Pierwsza rzecz, może czepiać się nie wypada, bo książki nie ocenia się po okładce, ale na rany Chrystusa, okładka nie może być spoilerem! Jak wymieniłam w opisie, mamy kilku podejrzanych o mord na schorowanym staruszku, jak widzicie na pięknej okładce, żaden z nich nie pasuje do okładkowego mordercy, albo wiekiem, albo płcią... chyba, że uwzględnimy tu jeszcze jednego bohatera.

SPOILER: głównego bohatera... KONIEC SPOILERA.

No jak, można się tak podłożyć? No jak? Żeby okładka zdradzała kto jest mordercą!

Wkurzyło mnie to strasznie, bo gdy wreszcie po stu paru stronach dochodzimy do punktu, w którym pojawia się trup, już wiemy kto zabił, chyba, że ktoś, kto nabywa książkę w ogóle nie patrzy na okładkę, albo porostu nie doda dwa do dwóch. Może się zdarzyć...

Jak wspomniałam, do morderstwa dochodzi dość późno, więc co dzieje się wcześniej? Ano nic. Nasz bohater prowadzi dużo bezsensownych rozmów, to z łebkami na chodniku, to z taksówkarzem (nie wiem czy to zapchaj dziura w fabule, czy David tak uwielbia konwersować), to znowuż z matką, to sam ze sobą... Tak, jego wewnętrzne monologi są tym, co najbardziej obniża wartość książki.

Książki jako takiej, bo rozważania głównego bohatera, zakładam, mają służyć przedstawieniu nam jego osoby. A osoba ta jest boleśnie egzaltowana. Szczeniacka egzaltacja wylewa się zresztą z ust wszystkich bohaterów. Niezależnie od płci i wieku używają bliźniaczych sformułowań, nie potrafią określić swoich postaw. Przykład, David: 'Chcę ograbić starego. Chce uściskać swojego ojca. Chcę przelecieć jego nową żonkę. Och, jak go nienawidzę. Tęskniłem za nim przez lata, Znowu go nienawidzę i chcę przelecieć jego żonę, Kto zabił mi tatusia? Pomszczę cię tatusiu, ale najpierw przelecę twoją żonę, Nie, nie przelecę, bo jej też nienawidzę, Odnajdę sprawcę zbrodni! Ale jednak bardziej zależy mi na jego żonie...'

I tak drodzy Państwo w koło Macieju. Bardzo lubię skomplikowanych bohaterów, David w założeniu miał być taką osobą, jak mniemam, ale efekt jest taki, że nie wydaje się skomplikowany tylko źle wykreowany. Niekonsekwentnie, nie płynnie. Jego przejścia z jednego nastroju w drugi są jak migawki, co bardzo męczy i utrudnia odbiór jego osoby, wczucie się w jego sytuację.

Identycznie sprawa ma się z innymi bohaterami, co dodatkowo świadczy o tym, że autor po prostu wyłożył się na tak zwanym portrecie psychologicznym swoich postaci.

Matka Davida, Nina, zachowuje się identycznie. W jednej chwili ćwierka radośnie do nowej żony ex męża, jego samego najchętniej na rękach by nosiła, w drugiej awanturuje się pieniądze, o pominięcie jej w testamencie. O ten afront oskarża Grażynę, by po chwili całkowicie zmienić front broniąc jej zaciekle - a to wszytko w czasie jednej i tej samej rozmowy. To samo jest z Grażynką która ma być tu modelową femme fatale ,ale też nie udźwignie swojej roli.

Ma to też wpływ na wartość książki jako kryminału. Chaotycznie postawy bohaterów nie są wstanie wzbudzić podejrzeć, bo wszyscy z miejsca, w równym stopniu są już podejrzani. Jeśli czytam dobry kryminał zawsze jakiś bohater jest na prowadzeniu w plebiscycie na najbardziej prawdopodobnego morderce. Oczywiście w miarę prowadzenia fabuły ta kwestia się zmienia, co potęguje napięcie i chęć śledzenia dalszej akcji. Tu niestety mamy jeden wieli dom wariatów.

Sam obraz śledztwa jest równie niekonsekwentny i rzekłabym ,po porostu naiwny. Finalne rozwiązanie zagadki jest wyciągnięte z tyłka, bo przecież cały czas  dzięki wspomnianym wewnętrznym monologom jesteśmy w stanie śledzić tok myślenia Dawida. SPOILER: Czyli Dawid był tak porypany, że oszukiwał sam siebie? Miał jakieś zaburzenia dysocjacyjne? Nie, finalnie okazuje się, że wszytko uknuł. Więc skąd w jego przemyśleniach ta zapalczywa chęć pomszczenia taty? A po co zabijał matkę tak w ogóle? SPOILER

W powieści ważne jest historyczne tło. Czyli cała historia esbeckich manipulacji, walki opozycjonistów itp. Nie mam bladego pojęcia, czy taka wersja wydarzeń przedstawiona przez naszego autora ma ręce i nogi, bo nie żyłam w PRL, a gdy upadł Berliński mur miałam roczek, więc nie miałabym jaj żeby się w tym temacie wymądrzać, gratuluje więc autorowi podjęcia tego tematu, mimo młodego wieku. (Aczkolwiek nie zgadza mi się jedna kwestia... Ojciec bohatera wraca do Polski po 1989, przez wiele lata nie odzywa się do niego, dopiero czyni to u schyłku żywota - w najlepszym razie obstawiam początek lat 90, czyli coś około '92 - jeśli automatycznie został ministrem po powrocie do kraju i jego kadencja trwała 4 lata. Więc jakim cudem w tym samym czasie, gdy nasz młody zostanie wezwany na audiencje do taty jego dziewczyna wyruszy do RFN skoro RFN istniał do roku 1990? Ups, albo pomyłka autora albo jego niedopatrzenie i niedoprecyzowanie czasu akcji.) Ale i tak uważam, że wątki historyczne są tu dużo ciekawsze niż kryminalne, przede wszystkim lepiej zbudowane.

Co do stylu, języka itp. widać niewyrobienie, ale to debiut, więc czepiać się nie będę. Bardziej bolesny jest brak wprawy w kreowaniu postaci, obrazu śledztwa, czy sam pomysł na motyw zbrodni. Paradoksalnie tak rozrywkowy i pozornie łatwy gatunek jak kryminał ma wiele pułapek i napisanie czegoś co mocno chwycie za gardło i wciągnie w wir opisanych zdarzeń nie jest łatwe. Niestety tu widzę sromotną porażkę.

Moja ocena:

3/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Oficynka:

oficynka

środa, 11 lutego 2015

Il Gatto a nove code/ Kot o dziewięciu ogonach (1971)

kot o 9 ogonach

Niewidomy ex reporter, obecnie zajmujący się układaniem krzyżówek do gazet i jego mała siostrzenica przypadkowo są świadkami podejrzanej rozmowy w jakiej uczestniczy znany genetyk, któremu jak się wkrótce okaże nie pozostało wiele życia. Czy to bystry umysł, czy zawodowe skrzywienie każą byłemu reporterowi zainteresować się sprawą. Tak trafia na młodszego kolegę po fachu, by wspólnie odkryć tajemnie pracowników instytutu badań genetycznych.

kot o 9 ogonach

To drugi film Argento, nakręcony ledwie rok po sukcesie "Ptaka o kryształowym upierzeniu". Trzeba przyznać, że nabrał facet rozpędu:)

Po seansie zaczęłam zastanawiać się nad tytułem filmu. "Kot o dziewięciu ogonach"...hym... To drugi tytuł 'zwierzęcej trylogii' i o ile w "Ptaku o kryształowym upierzeniu" wątek ptaka został przedstawiony dosłownie, jako świadka zbrodni, to sprawa kota nie była już tak oczywista.

Jeśli chodzi o moją interpretację, to obstawiam, że chodzi o elementy zagadki zbrodni, dwaj czołowi bohaterowie wymieniają po kolei kolejne części układanki wiążące się z podejrzanymi, domniemanymi motywami i tropami. Z tego co pamiętam było ich... dziewięć. A czemu kot? Tu posłużę się banałem, kot chodzi własnymi drogami, ciężko za nim trafić, tak jak trudno rozwikłać tajemnice ukryte w filmowym scenariuszu twórcy.

W oczach śledczych wątki takie jak włamanie do laboratorium, wypadek na stacji metra i śmierć fotografa prasowego, który fartownie uwiecznił moment, w którym naukowiec ląduje pod kołami pociągu, nie mają żadnego związku. Ale jak to bywa u Argento, jak to bywa w kryminałach, jest zupełnie inaczej i musi znaleźć się ktoś, kto owe fakty sprawnie połączy.

kot o 9 ogonach

kot o 9 ogonach

Tu pojawia się ciekawa postać niewidomego, acz obdarzonego doskonałym słuchem i bystrym umysłem byłego reportera oraz jego młodszego partnera w prywatnym śledztwie. Badacze zbrodni starają się wniknąć w szeregi pracowników naukowych, którzy w wielkiej tajemnicy pracują nad wyłowieniem z genotypu sekwencji odpowiedzialnej za morderczą naturę niektórych ludzi, XYY.

W latach '70 było to czyste sci-fi teraz jednak wiemy, a przynajmniej mamy podstawy badawcze by podejrzewać, że niektórzy po prostu rodzą się obciążeni skłonnością do czynienia zła. Argento pokazuje w swoim obrazie, że osoba z taką sekwencją może żyć spokojnie i zgodnie z prawem, aż pewnego dnia w sprzyjających okolicznościach zboczy z drogi prawości, by dokonać zbrodni.

Znajdziemy tu oczywiście sporo smaczków wizualnych, jak scena z metra, czy akcja z windą, a raczej z linami od windy, na którą aż się wzdrygnęłam. Nie zabraknie też pięknych niewiast ochoczo prezentujących swoje wdzięki na ekranie, więc amatorzy takich uciech będą zadowoleni;)

kot o 9 ogonach

kot o 9 ogonach

Chciałabym móc jednoznacznie ocenić, czy nowszy film reżysera spodobał mi się bardziej niż poprzedni, czy nie, ale nie jestem w stanie.

Wiadomo, że przy drugim podejściu sprawy techniczne wypadają lepiej, ale jeśli chodzi o fabułę to "Ptak..." i "Kot..." idą łeb w łeb.

W starszym filmie oczarował mnie wątek malarza, mimo iż jadł koty:) Tu nie zajmujemy się sztuką lecz nauką, ale efekt jest równie interesujący. I co tu zrobić? Chyba pozostaje zapoznać się z ostatnim filmem z trylogii, choć jeszcze go nie wywęszyłam, posiadam natomiast "Kościół" i "Operę", więc wpisów na ich temat- pełnych egzaltowanych zachwytów jak mniemam - możecie się spodziewać niebawem.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:9

Oryginalność:7

To coś:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

72/100

W skali brutalności:3/10

poniedziałek, 09 lutego 2015

Last kind words (2012)

last kind words

Nastolatek, Eli przeprowadza się wraz z matką i ojcem alkoholikiem na wieś, by wspólnie z rodziną pracować na farmie kolegi z dzieciństwa jego ojca, Waylona. W czasie przechadzki po okolicy chłopak spotyka dziewczynę  imieniu Amanda. Śliczna nastolatka robi na nim duże wrażenie. Nieśmiały młodzian zaprzyjaźnia się z dziewczyną. Wkrótce odkryje kim jest tajemnicza Amanda.

"Last kind words" to trochę senne ghost story, ze wspomnieniem wojny secesyjnej w tle. Bardzo proste w odbiorze, nie obfitujące w większe, czy nawet mniejsze niespodzianki.

Rozwikłanie tajemnicy Amandy nie przysporzy nikomu trudności, ale może znajdą się wśród Was tacy, którym prostoduszność opowieści nie odbierze możliwości czerpania z niej przyjemności.

Na po południu Stanów wśród farmerów znajdą się tacy, którzy są bardzo silnie związani z ziemią, jej historią i przodkami. Takim typem jest Waylon, w którego z powodzeniem wciela się jeden z naczelnych psychopatów amerykańskiego kina Brad Dourif.

last kind words

Jako dziecko Waylon w czasie polowania zastrzelił własnego ojca. Nie zrobił tego celowo. Na wyprawie znalazł dyndające truchło czarnoskórego niewolnika, Barnaby, który od momentu śmierci nadal błąka się po okolicznych lasach. W związku z wisielcem narodziła się legenda, która ma związek z Amandą. Kim jest dziewczyna, nie zdradzę Wam bo i tak pewnie szybko się domyślicie:)

last kind words

Eli trafia więc do miejsca gdzie przeszłość w pewnym stopniu miesza się z teraźniejszością. Chłopak będzie zmuszony lawirować między tymi dwoma światami. Teraźniejszością, czyli zabiedzoną matulą i ojcem furiatem i przeszłością, która budzi znacznie milsze odczucia.

last kind words

W filmie znajdziemy znaczną ilość wątków obyczajowych, które w dużym stopniu przeważają nad paranormalnymi. To sprawia, że nastrój grozy jest tu bardzo dyskretny, można by rzecz nieobecny. To bardziej film o miłości, niż o duchach. Na plakacie promującym widnieje zdanie: miłość jest jak opętanie/nawiedzenie. I to jak najbardziej wpisuje się w treść tej opowieści.

Postaciom filmowych duchów zawsze towarzyszy smutna otoczka i ten smutek jest dominującym nastrojem filmu.

Jeśli idzie o obsadę, a warto o niej wspomnieć, bo jest całkiem do rzeczy i wypada na korzyć filmu, to po za starym wyjadaczem Dourif'em spotkamy tu dwoje młodych dobrze zapowiadających się szczeniaków: Alexia Fast w roli Amandy, znana mi z "Pojmanych" i "Grace: opętanie" i Spencer Daniels, którego możecie pamiętać z "Ciekawego przypadku Beniamina Buttona".

Ogólne wrażenie po filmie, dość przyjemne. Obraz spokojny, ma swój klimat. Opowiada dosyć ciekawa rodzinną historię, przygnębiającą w interesujący sposób, acz nie zaskakującą. Na pewno z butów Was nie wyrwie, ale można sobie obejrzeć, bo czemu by nie?

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

60/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 07 lutego 2015

Time Lapse (2014)

time lapse

Troje przyjaciół wynajmujących wspólnie mieszkanie pewnego dnia odkrywa tajemnicę swojego sąsiada. Znajdują truchło faceta i ogromną maszynę - aparat fotograficzny, który jak się szybko okaże służył posiadaczowi do robienia zdjęć... przyszłości, dokładnie dobę później. Każdego dnia o godzinie dwudziestej aparat robił fotkę ukazującej wydarzenie z dania następnego. Ich sąsiad obrał sobie właśnie ich, troje młodych szalonych jako obiekt badawczy. Callie, jej facet Fin i kumpel Jasper odnajdują całą ścianę wytapetowaną zdjęciami robionymi im z ukrycia przez fantastyczną maszynę. Co zrobią młodzi? Na pewno nie zgłoszą trupa władzom i na pewno nie oddadzą drogocennego sprzętu....

time lapse

"Time Lapse" to thriller sci-fi utrzymany w raczej luźnym klimacie. Nie powalający grozą, suspensem, czy arcy fantazyjną naukową wizją.

To opowieść o tym, co bohater uczyni wobec możliwości poznania swojej przyszłości. Tu zaledwie z dobowym wyprzedzeniem.

Cała teoria, na której oparto film to bardziej naciągana wersja podejrzeń na temat zdjęć, które w jakiś sposób ukazują zdarzenia z przyszłości, jak np. zdjęcie Lincolna z rysą w miejscu postrzału.

Finn jako aspirujący malarz przeżywa kryzys twórczy, jednak na pierwszym zdjęciu z przyszłości widzi obraz, który zmaluje dnia następnego. Traktuje więc zdjęcia jako inspirację. Teraz ciacha jeden szalony obraz dziennie i za nic w świecie nie chce odpuścić. Jasper lubiący środki odurzające widzi w tym możliwość zarobienia porządnej kasy. Wpada na pomysł obstawiania gonitw i już nazajutrz ma zdjęcie, na którym widać przyklejone do okna wyniki, które zagwarantują mu wygraną. Tylko Callie pozornie nie ma żadnego zysku z całego zamieszania z aparatem. Podkreślam, pozornie.

time lapse

Gdy nasi bohaterzy znaleźli trupa pojawiło się też domniemanie na temat przyczyny śmierci. Naukowiec znając przyszłość chciał w nią ingerować. Dlatego zginął. Teraz nasi młodzi muszą twardo stosować się do 'instrukcji ze zdjęć'. Sądzą, że robią to świadomie, ale jak wiadomo oszukanie przeznaczenia, próba manipulowania, czy nawet dostosowania się z pełną premedytacją jest niemożliwe, zawsze trafi się jakaś niespodzianka czyhająca 'po za kadrem'.

time lapse

Cóż, "Time Lapse" to sympatyczne filmidło. Nie nie jest ani nudny, ani głupszy niż przeciętnie. Kolejny średniak, na który można zerknąć dla zabicia czasu.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

Walory techniczne:6

58/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 06 lutego 2015

L'Uccello dalle piume di cristallo/ Ptak o kryształowym upierzeniu (1970)

ptak o kryształowy upierzeniu

Amerykański pisarz Sam Dalmas przybywa do Włoch w poszukiwaniu literackiego natchnienia. Z pisaniem jest różnie, ale jego podróż dobiega już końca i za kilka dni, gdy tylko dołączy do niego dziewczyna, Julia, planuje wrócić do Stanów. Jednak... Pewnego wieczoru w czasie samotnego spaceru zostaje świadkiem próby morderstwa dokonywanego w galerii sztuki i którego ofiarą miała paść żona właściciela przybytku. Rudowłosa piękność cudem przeżywa, a Sam zdaje sobie sprawę z tego, że jest być może jedyną osobą, która może rozpoznać sprawcę zbrodni. Monica nie była jedyną ofiarą mordercy, bowiem w Rzymie grasuje nieuchwytny zabójca kobiet. Sam musi tylko zdołać przypomnieć sobie dokładnie okoliczności zdarzenia, którego był świadkiem.

ptak o kryształowy upierzeniu

Zanim Dario zasiadł na fotelu reżysera zajmował się krytykowaniem dzieł innych twórców oraz pisaniem scenariuszy. Pracując dla Titanus'a miał okazje poznać prekursora włoskiego giallo, niezrównanego Bravę i to właśnie spotkanie z mistrzem i jego twórczością (szczególnie "Tasakiem na miesiąc miodowy") skłoniło go do nakręcenia swojego pierwszego horroru.

W ręce wpadła mu możliwość nakręcenia adaptacji powieści Fredrica Browna, ale tak namieszał przy scenariuszu, zmieniając znacznie pierwowzór, ze wytwórnia wycofała się z projektu i dopiero pomocna dłoń taty, który sięgnął do portfela i finalnie doprowadził do premiery filmu. (Niech ktoś mi teraz powie, że talent jest najważniejszy;) Dario nakręcił swój film, pierwszy ze 'zwierzęcej serii' i odnosi sukces. Parę lat później jego guru pomoże mu przy pracy nad hiciorem "Inferno" i to chyba najlepsze podsumowanie historii małego Dario, który chciał kręcić filmy:)

ptak o kryształowy upierzeniu

"Ptak o kryształowym upierzeniu" to w pewnym sensie kontynuacja nieśmiertelnego włoskiego stylu, a z drugiej nowe spojrzenie. Zachłanne oczęta Argento wychwytywały najdrobniejsze detale w scenografii i tam kazały kierować oko kamery, by widz mógł dostrzec coś znaczącego w czymś pozornie nieistotnym.

Zabiegi z różnymi kątami kręcenia, gwałtowne, bardzo emocjonalne i ostre kadry i prze wszystkim kult sztuki umierania za każdym razem będący w centrum całego procesu filmowania.

U Argento zawsze ważna jest fabuła, żeby zwroty akcji były tęgo wywrotne, żeby tropów było dużo, jak na dobre giallo przystało, do tego trochę psychoanalizy w stylu Hitchcocka.

ptak o kryształowy upierzeniu

Dario nie liczy na przypadki i zbiegi okoliczności, u niego wszytko jest przemyślane, więc seans z jakimkolwiek jego filmem nie może być odmóżdżającą rozrywką, bo jeśli widz zechce się na moment wyłączyć to ma jak w banku, że przeoczy coś istotnego. Z resztą jest na co popatrzeć, więc po co odwracać wzrok?

Dodatkowym atutem "Ptaka o..." jest muzyka mojego ukochanego Ennio Morricone. Aktorstwo też jest niezgorsze. Jeśli o mnie chodzi to największe wrażenie zrobiła na mnie Eva Renzi, która paradoksalnie po tym filmie 'nie rozwinęła szczególnie skrzydeł'.

SPOILER: Tak swoją drogą zastanawiające jest to, że w wielu- nie powiem, że we wszystkich, bo wszystkich nie widziałam - filmach Argento czarnym charakterem okazuje się kobieta. KONIEC SPOILERA.

Nie przypuszczam bym musiała kogokolwiek szczególnie namawiać do seansu i nie będę tego robić bo szkoda czasu - "Kot o dziewięciu ogonach" już na mnie czeka:)

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:9

Oryginalność:7

To coś:7

73/100

W skali brutalności:3/10

środa, 04 lutego 2015

ABC's of death/ Alfabet śmierci (2014)

abc

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że do życia powołano kolejną odsłonę "Alfabetu śmierci", czyli zbioru 26 filmów krótkometrażowych nakręconych przez zacnych reprezentantów przemysłu filmowego specjalizujących się w horrorach.

Tak jak to było w przypadku poprzedniej części spotkamy tu wiele znanych nazwisk, wiele pokręconych pomysłów, a motywem przewodnim będzie śmierć. Śmierć na 26 sposobów.

Tak jak w recenzji filmu z 2012 roku nie będę opisywać wszystkich, wybiorę tylko te, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

Zauważyłam, że i tym razem najlepsze nowelki trafiły na koniec filmu. Początek alfabetu jest raczej słaby, choć są wyjątki.

Spodobał mi się np. "C jak czyn karany śmiercią" - to oczywiście polska wersja tytułu - w reżyserii Juliana Gilbey'a. Krótka historia traktuje o mężczyźnie, który zostaje zmuszony do przyznania si do morderstwa na zaginionej nastolatce. Młoda oczywiście żyje i ma się dobrze, ale domniemanemu oprawcy i tak spadnie łeb z karku.

abc

Co mi się tu spodobało? Ano rzetelność z jaką ukazano proces odcinania głowy. We wszystkich, albo prawie wszystkich filmach wystarczy jeden ślepy cios, a głowa odlatuje w ciemny las. Nie u Gilbey'a. U niego zobaczymy, jak trudne jest to zadanie. Bardzo nieprzyjemna dla oka scena. Mimo krótkiego metrażu udało się zbudować nastrój napięcia- zdążą ciachnąć, czy nie?... Reżysera możecie kojarzyć z bardzo dobrego thrillera "A lonley place to die".

Później długo, długo nic, aż dotrzemy do literki J. "J jak Jezus" to film o próbie wyegzorcyzmowania geja, w celu wyleczenia go z nieaprobowanych przez bliźnich skłonności. Tu nie mamy takiego popisu gore jak w "C", ale też jest nieapetycznie. Dennsona Ramalho nie kojarzę z innych jego filmowych dokonań.

Moją uwagę zwrócił też "O jak ochlokracja", czyli bardzo ciekawy zombie movie traktujący o sądzie na kobiecie oskarżonej o mordowanie zombiaków. Przewrotny azjatycki twór Hajome Ohaty.

abc

Ciekawie wypada również "S jak system podziału" w wykonaniu Juana Martineza Moreno. Film dowodzi tego, że w ułamku minuty da się zawiązać ciekawą, trzymającą w napięciu intrygę.

Fajnie wypada też "V jak Wakacje" w reżyserii Jerome Sable. Film kręcony z ręki, a w zasadzie z kamery internetowej, traktuje o poczynaniach dwóch panów, którzy wyjechali w delegacje do Tajlandii, a tam oczywiście koks i dziwki... i śmierć.

abc

Wspaniały popis gore w bardzo japońskim stylu mamy w "Y jak Youth" ( w domyśle młodość) w reżyserii Soichi Umezawa. Nowelka o tym jak pewna nastolatka pisząc jadowitego esemesa wizualizuje swoje mordercze zamiary, swoją wściekłość. Wiem, że może brzmieć banalnie, ale jest na co popatrzeć:)

abc

Sam pomysł mówi nam w zasadzie o tym, jak silne emocje targają naszą młodzieżą i gdyby któraś z rozwścieczonych gówniar wcielała w życie to o czym myśli to... to mielibyśmy niezłe gore w gimbusach;)

Na koniec mój faworyt "Z jak Zygota" w reżyserii Chris'a Nash'a. Mało, że obrzydliwy to jeszcze pomysłowy! Historia pewnej kobiety, która postanowiła poczekać z porodem na powrót męża. Czekała 13 lat...

Słowem podsumowania mogę powiedzieć, że ciężko mi polecić "ABC's of death 2", bo dobrych filmów jest tu niewiele, a przebrnąć trzeba przez morze gniotów, które są w zdecydowanej większości.

Moja ocena:

Amateur/ Amator :3/10

Badger/ Borsuk: 5/10

Capital punishment/ Czyn karany śmiercią: 7/10

Deloused/ Dehelmintyzacja: 5/10

Equilibirium/ Ekwilibr: 2/10

Falling/ Fiknąć kozła:2/10

Grandad/ Geriata:3/10

Head Games/ Harce miłosne:2/10

Invincilble/ Impas: 2/10

Jesus/ Jezus:7/10

Knel/Kościelny dzwon pogrzebowy:2/10

Legacy/ Legat:1/10

Masticate/ Memłać:3/10

Nexsus/Następstwa:4/10

Olochracy/ Ochlokracja:8/10

PPP scary/ Przerażające:3/10

Questionnaire/ Kwestionariusz

Roulette/ Ruletka:5/10

Spilt/ System podziału: 9/10

Torture porn:5/10

Utopia:3/10

Vakacje:6/10

Wish/ wymysł:2/10

Xylofon:6/10

Youth/ Młodość:8/10

Zygota:9/10

Całość:4/10

W skali brutalności:5/10

wtorek, 03 lutego 2015

Devoured (2012)

devoured

Lourdes przyjeżdża z Salvadoru do NY by pracować. Tyra dniami i nocami we francuskim bistro by uzbierać na operacje chorego synka. Ogarnia ją coraz większa desperacja, bo pieniędzy wciąż jest za mało, a Oliver jest ciężko chory. Kobieta nie cofnie się przed niczym by uzbierać odpowiednią kwotę. Jest bardzo osamotniona w swojej walce, bo współpracownicy traktują imigrantkę jak ścierwo. W dodatku Lourdes w czasie samotnych nocy na zmywaku zaczyna widzieć niepokojące rzeczy. Zaczyna wierzyć, że budynek knajpy jest nawiedzony. Teraz już tylko telefoniczne rozmowy z synkiem są w stanie podnieść ją na duchu.

Ani reżyser ani scenarzysta powyższego twór nie mają zbyt imponującego dorobku w filmografii, aż dziw, że tak dobrze udało im się wyczuć co sprzyja klimatowi grozy.

Atmosfery grozy i szaleństwa jak występuje w "Devourded" nie powstydziłby się nie jeden doświadczony twórca.

Wiem, że z opisu filmu wynika, że będzie to historia banalna, ale w istocie wcale tak nie jest. Zakończenie filmu, czyli finalne rozwiązanie zagadki może nie ścina z nóg, ale nie można mu odmówić pomysłowości. Nawet jeśli niektórzy z Was wyczują sprawę - a tak poniekąd było w moim przypadku - nie powinni być rozczarowani.

Początek filmu to konfrontacja ze smutną egzystencją bohaterki.  A raczej jej końcem. Wiemy, że pewnego ranka zostanie znaleziona martwa. Teraz musimy prześledzić jej losy, by dowiedzieć się jak do tego doszło.

Widzimy skromny pokoik, w którym przebywa, gdy nie pracuje, słyszymy pełne desperacji obietnice jakie składa choremu dziecku i wreszcie warunki jej pracy. No, nie jest to kołchoz, ale szykany i poczucie zaszczucia jest przygnębiające dla widza.

devoured

Nasza dzielna Lourdes się nie poddaje, jest gotowa obciągać po kiblach by dorobić do pensji, aż pewnego wieczora przychodzi pierwsze załamanie... Żarówka and jej głową w magazynku win przepala się a z ciemnych zakamarków zaczynają wypełzać wrogie istoty.

Zastanawiamy się, czy czasem nie chodzi o klasyczne nawiedzenie, ale po chwili twórcy zaczynają wysyłać do nas sygnały sugerujące, że może z naszą wojowniczką jest coś nie tak. Ma omamy?

Wszystko jest zbudowane na tyle zgrabnie by uniknąć ewidentnego przesądzenia sprawy. Z resztą gdy pojawiają się sceny z udziałem zmór przestajemy badać kondycje psychiczną kobiety, bo paranormalna atmosfera gęstnieje.

devoured

Jeśli idzie o użyte efekty to nie zachwycają, są raczej standardowe, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, bo były użyte tak jak należało. Napięcie jest dobrze stopniowane i w odpowiednim momencie zwieńczone czymś mocniejszym.

Nie mamy tu wielu bohaterów, po planie nie kręci się więc banda statystów odciągających uwagę od głównej bohaterki i jej jakby nie patrzeć, bardzo dobrej aktorskiej kreacji.

Zdjęcia utrzymane w brudnej kolorystyce, oświetlenie nie za ostre choć od czasu do czasu coś nam błyśnie w oczy. I muzyka, doskonale w komponowana w atmosferę.

Muszę orzec, że jak na kino współczesne, amerykańskie ,to jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. W reszcie coś miłego, wychodzącego po za średnią.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:8

75/100

W skali brutalności:2/10

08:14, ilsa333
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie










Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidzących



Spis moli



zBLOGowani.pl