What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
RSS
czwartek, 24 lipca 2014

Pan na Wisiołach. Krzyk Mandragory - Piotr Kulpa

pan na wisiołach

Doczekałam się. W lipcu ukazała się kontynuacja powieści "Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko".

Dla przypomnienia: Była to historia rodziny Smutów, którzy przeprowadzają się z Warszawy do Wisiołów, wsi leżącej w Starogórach. Tam napotykają szereg niewytłumaczalnych zdarzeń, spotykają dziwnych ludzi, zderzają swój światopogląd z ich wierzeniami.

Nie są tam mile widziani przez większość osadników, mogą zakłócić to nad czym Ci od wieków pracowali. Są też tacy, którzy planują wykorzystać nowych mieszkańców do własnych celów.

Pierwszy tom powieści urwał się w najmniej odpowiednim momencie, zostawiając czytelnika w półkroku na drodze do zakończenia tej historii:

Magda znajduje się pod urokiem demonicznego cygana, Czaruś chce wiać z domu, bo rodzice nie chcą zaprowadzić go do dziadka Kaużana, który miał sprawić, że będzie mówił, na Tymka zaczaja się niejaki Limpert i agenci CBA, nasłani przez jego ex szefa. Zemstę na małym Smucie planuje Grażka, której jakimś cudem udało się uciec z kamieniołomów. Gdzieś między upadkiem i klęską tkwi jeszcze stary przyjaciel Tymka Mateusz, który też wskoczy na scenę, w nie do końca odpowiednim momencie.

Piotr Klupa w "Mrocznym siedlisku" zdążył zbudować tyle wątków, że aż obawiałam się, że sam się w tym pogubi, gdy przyjdzie pora na ich rozwiązanie.

Z mozołem budowana intryga w zasadzie objawiła swoje tajniki już w pierwszej książce, teraz przyszedł czas już tylko na upewnienie się co do pewnych kwestii. Tak też się stało jeśli idzie o wątek przeklętego Cygana i jego ukochanej, czy sędziwych mieszkańców Wisiołów chcących żyć wiecznie.

W tym całym zamieszaniu zdążyłam już całkowicie zapomnieć o prologu "Pana na Wisiołach". O tym, że Tymek stracił pamięć i wylądował w barze z bandyckim węzłem na szyi. Od tego zaczyna się ta historia i na tym się kończy. Wszystko jest jednak inaczej niż wówczas podejrzewałam. Szkoda tylko, że nadal nie wiadomo jak Tymek ocalił życie, jak Cygan bez skrzypiec i pomocy znachora wrócił do swojej postaci, dlaczego Czaruś tak nagle zaczął mówić?Ciekawość mnie zżera.

Raczej nic nie wskazuje na to by autor zamierzał kontynuować swoją historie, ale kto wie?

Względem odpowiedzi na swoje pytania mam pewne podejrzenia, ale tak naprawdę to nadal nic nie wiem. Tajemniczy świat Wisołów nadal jest tajemniczy. Może tak być powinno.

pan na wisiołach

Polecam obydwie części "Pana na Wisołach", jeśli lubicie takie klimaty oczywiście.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:


http://www.videograf.pl/index.php

 

środa, 23 lipca 2014

La Valle delle ombre/ Dolina cieni (2009)

dolina cieni

Mały Mateo przybywa w do wioski w Alpach, gdzie mieszka jego dziadek. Wraz z kuzynką i trzema jej kolegami grasuje po okolicy, a nowi przyjaciele dzielą się z nim historią tego niezwykłego miejsca.

Opowieści jakie poznajemy z ust dzieci sięgają roku 1930. To historie o zatopionej, do tej pory ukrytej pod taflą górskiego jeziora, wiosce, o mieszkańcach, którzy przez lata zmagali się z najdziwniejszymi zdarzeniami, które powinny istnieć jedynie w legendach.

"Mówią, że woda wszytko wie.

Z prądem dzieci rwie.

Gdy w toń wpadnie, miasto na dnie.

Dziecko uwięzi, zniknie bez wieści."

dolina cieni

Pierwsza z przytoczonych historii miała miejsce w czasach, gdy miejscowy dziwak mieszkający nad wodą był jeszcze małym chłopcem. Już wtedy posiadał pewne zdolności, które uchroniły go przed tragicznym losem jaki spotkał jego rodziców i całą osadę.

Traktuje ona o pewnym zwierzęciu z piekła rodem, którego klątwa spadła na nieszczęśników mieszkających w tych górach.

dolina cieni

Druga z opowieści wiąże się z tajemniczymi zaginięciami dzieci. Winą za nie początkowo obarczano przeklętą wodę, jednak prawda okazała się inna. To jedna z mieszkanek osady uprowadzała dzieciaki, a gdy została zdemaskowana spotkała ją straszliwa kara.

Tu znowu pojawia się wątek klątwy - wygrzebanej po wielu latach, a o jej powrocie traktuje także następna z dziecięcych opowieści.

dolina cieni

Wszystkie historie łączą się w jedną całość, przechodzą z retrospekcji do czasu rzeczywistego. Nawiązują do bieżących wydarzeń, święta obchodzonego w miasteczku w czasie pobytu Mateo, a także postaci szalonego pustelnika.

Z fabuły, a raczej połączonych fabuł, bije dziecięca naiwność, wiele wątków nie zostało rozwiązanych, tak jakby mógł oczekiwać tego dorosły widz.

To raczej takie krótkie straszaki dla dzieci, nie wymagające pointy.

dolina cieni

Mają jednak ciekawy baśniowy klimat, a otoczenie, w których się rozgrywają stanowi atrakcje wizualną.

Jeśli lubicie klimat europejskich legend, ładne widoki i nie przeszkadza wam nieco dziecięce postrzeganie wydarzeń, to film na pewno Wam się spodoba.

W porównaniu z innym horrorem z Alp, mianowicie "Sennentutschi" jest na pewno mniej złożony pod względem scenariusza, ale estetyka jaką oferują obydwa obrazy jest zbliżona.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

To coś:7

Oryginalność:7

65/100

W skali brutalności: 1/10

wtorek, 22 lipca 2014

Die Tür/ Drzwi (2009)

door

David to wzięty i doceniany malarz. Ma żonę, farmaceutkę, żyjącą nieodmiennie w jego cieniu i całkowicie poświęcającą się wychowaniu ich wspólnej córki Leonie.

Tymczasem David korzysta z życia, zdradza żonę. Jego ostatnim 'nabytkiem' jest neurotyczna sąsiadeczka. To w czasie upojnych chwil z nią, gdy powinien zajmować się córką, Leoni wpada do basenu i tonie. Żona odchodzi od Davida, a on pogrąża się w alkoholizmie.

Pięć lat po tragedii, gdy snuje się po okolicy swojego, niegdyś, domu napotyka drzwi, a za nimi korytarz. Przechodzi przez niego i trafia do innego wymiaru. Rzeczywistości z przed pięciu lat, gdzie nic jeszcze nie jest przesądzone.

door

door

Scenariusz niemieckiego thrillera powstał w oparciu o historię napisaną przez Akifa Pirinçciego. "Drzwi" to opowieść o trochę innej krainie czarów. Pisarz spod pióra, którego wyszedł pierwowzór "Drzwi" znany jest z resztą z książek o nieco bajkowym zabarwieniu.

Tak więc pijany David podążając za niebieskim motylem trafia do swojej krainy czarów. W niej wszytko jest tak jak powinno być. Wszytko z wyjątkiem jego samego. Tamtego 'jego' z przed pięciu lat, który nie dopilnował córki. Doświadczony David zapobiegnie tragedii i ocali rodzinne szczęście, zaś swoją głupszą wersję ukarze, by móc zająć zwalniające się miejsce u boku żony i córki. Wszytko było by pięknie. Ale nie jest. Nawet magiczne krainy mają swoje wady. O szczęście trzeba walczyć i ponosić ofiary.

door

door

"Drzwi" to gratka dla fanów Mads'a Mikkelsena, bo to on wciela się tu w główną rolę. To bardzo ciekawy aktor, trzeba mu przyznać. Jego niezbyt klasyczna uroda bardzo przyciąga uwagę, choć osobiście nie nazwałabym go przystojnym amantem. Mięsiste wargi, kwadratowa szczeka, postura drwala. Po raz pierwszy zobaczyłam go w niewdzięcznej roli Nilsa w "Księdze Diny" i już wówczas zwrócił moja uwagę. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za dziesięć lat wywalczy sobie rolę Hannibala Lectera, tym samym zajmując miejsce Anthony'ego Hopkinsa w sercach wielu fanów tej postaci, nie uwierzyłabym.

Mads jakimś cudem wtrynił się w szeregi hollywoodzkich gwiazd jednocześnie nie rezygnując z  gry w produkcjach europejskich. "Drzwi" to bardzo niekomercyjna produkcja, a przynajmniej takie potrafi sprawić wrażenie.

Opiera się na onirycznych wątkach wyrzekając się prostej logiki i uchylając drzwi baśniowego świata. Ale nie miłego i radosnego, lecz mrocznego, pełnego zdesperowanych ludzi każdorazowo przeciskających się przez fantastyczną szczelinę, gdy coś w ich życiu się rypnie. To trochę taka przypowieść o odpowiedzialności i konsekwencjach. Wielu ludzi marzy o tym by cofnąć czas, coś zrobić inaczej, ale jakby to wyglądało, gdyby każdy miał taką szansę?

door

Przestrzeń filmowych wydarzeń jest bardzo niewielka. W zasadzie wszytko rozgrywa się w okolicy domu Davida. Taki mikro świat, który ma sprawiać wrażenie utopii gdzie nie ma konsekwencji.

To na pewno wyróżniająca się produkcja i zachęcam do zapoznania się z nią.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

To coś:9

Oryginalność:8

76/100

W skali brutalności:1/10

Tagi: thriller
11:54, ilsa333
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 lipca 2014

Chloe (2009)

chloe

Wszystko zaczyna się od wątpliwości. Catherine ma wątpliwości co do wierności swojego męża, Davida. Ma wątpliwości względem własnej, przywiędłej z racji wieku atrakcyjności. Podejmuje pewne kroki, ale szybko pojawiają się, znowuż, wątpliwości, czy aby na pewno robi dobrze.

Małżeństwo pani doktor i wykładowcy akademickiego przechodzi kryzys. Mają poważne problemy z komunikacją, co sprawia, że Catherine postanawia wywlec małżeńskie brudy z domu i skorzystać z pomocy... profesjonalistki. Każda rozsądna dziewczynka wie, że gacie męża pierze się domku, ponieważ korzystanie z pomocy praczki może poważnie naruszyć domowy mir.

Pewnego wieczoru Catherine poznaje młodą i atrakcyjną call girl i postanawia zatrudnić ją do uwiedzenia męża. Chce wystawić go na próbę, sprawdzić swoje podejrzenie, że David ślini się na każdą młodą dupę i ochocze instaluje w nich swój sprzęt przy nadarzającej się okazji. Gdyby to był klasyczny thriller z femme fatale w roli głównej łatwo byłby przewidzieć, że David oszaleje z pożądania do panienki odstawiając żonkę na boczny tor. Ale nie oto tu chodzi, moi drodzy.

chloe

Scenariusz filmu Atoma Egoyana jest do pewnego stopnia kalką francusko hiszpańskiej produkcji z 2003 roku. Można by nazwać "Chole" remake "Nathalie", ale między fabułami obydwu filmów są zbyt duże rozbieżności i moim zdaniem w każdym z nich chodzi o coś zupełnie innego. Raczej nie polecam oryginału, oczywiście można się zapoznać dla porównania, tak jak ja to zrobiłam, ale w porównaniu z dziełem Atoma  "Nathalie" rozczarowuje.

"Chloe" to historia o tym, do czego mogą doprowadzić wątpliwości. Można to nazwać kryzysem wieku średniego, zazdrością, masochizmem, ale wszytko zaczyna się właśnie od wątpliwości.

Gdyby nie one Catherine nie najęłaby prostytutki dla swojego męża. Gdyby nie one przerwałaby akcję, gdy zapaliła się czerwona lampka.Gdyby wiedziała czego chce nie stałoby się to wszytko.

Catherine regularnie spotyka się z Chloe, a ta opowiada jej o tym jak zgodnie z planem uwiodła jej męża. Nie szczędzi szczegółów, nawet tych najpikantniejszych. A Chloe umie pięknie opowiadać. Jej historie, jej profesja, jej zamiary doskonale kontrastują z niewinną urodą i pokornym spojrzeniem okrągłych oczu. Amanda Seyfried weszła w tą rolę jak w masło. Wywiązała się z niej całkowicie, pozostawiając mnie pod dużym wrażeniem.

chloe

Przysłuchując się opowieściom Chloe i jednocześnie obserwując rekcje Catherine- tu zaś mamy obsadzoną Julianne Moore - zastanawiałam się czy pani żona nie jest czasem masochistką. Zdrada może w ofierze budzić najróżniejsze reakacje, ale Catherine reaguje na nią... wyjątkowo.

"Nie wiem czy mi ulżyło, czy mam ochotę się powiesić"- wyznaje swojej powiernicy, kochance męża. Wkrótce po tym widzimy jak nasza bohaterka zabawia się pod prysznicem wyobrażając sobie to, co opowiedziała jej Chloe. Jednym słowem podniecała ją perspektywa młodej call girl obciągającej jej wysłużonemu małżonkowi. W ten dziwny sposób zbliża się do swojego męża. Nie potrafi normalnie iść z nim do łóżka, nie czuje się dość pociągająca, wybiera więc pośredniczkę. Tak to chyba można nazwać.

chloe

Taka sytuacja jest dość dziwna, ale to jeszcze nic. Gdzie w tym wszystkim jest Chloe? Co ona czuje? Catheriene błędnie założyła, że dziwka nie ma uczuć. Ich relacja jest transakcją finansową i nic ponad to. (Do tego też sprowadza się historia z "Nathalie"). W przypadku Chloe jest jednak inaczej.Nasza antybohaterka wie doskonale jak zadowolić klienta, czasem dużo lepiej niż on sam. Co Chloe da Catherine? Sami musicie się przekonać.

"Chloe" to dobry thriller psychologiczny, jest w nim też sporo z dramatu i trochę erotyki. Nie jest płaski czy naiwny, pozwala spojrzeć na wyświechtany motyw zdrady z innej perspektywy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

To coś:8

Oryginalność:8

73/100

W skali brutalności:0/10

Tagi: thriller
10:33, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lipca 2014

Dom na Wyrębach - Stefan Darda

dom na wyrębach

Czterdziestoletni wykładowca prawa, Marek, po tym jak niefortunnie wpadł między nogi swojej studentce zostaje wygnany z metropolii, wydziału, którym zarządza jego teść i z małżeńskiego łoża.

Na miejsce swojej banicji obiera małą wioskę na Lubelszczyźnie, Wyręby. Jest pełen entuzjazmu, bo w sumie w jego dotychczasowym życiu i tak wiało nudą. Teraz może zacząć wszystko od nowa.

Kupuje drewnianą chatkę, którą poddaje rytualnym namaszczeniom, by uczynić z niej swoją ostoję. Niepokoi go tylko fakt, że w jego domu, jego łóżku żywota dokonał poprzedni lokator, ale o tym dowiaduje się później. Jest jeszcze stary dziwak Antoni, który to rzekomo przed trzydziestoma laty zaszlachtował pannę młodą na Podlasiu. Kto by się tym przejmował?

Marek raźno wdraża projekt swojego nowego spokojnego życia. Wszystko zmierza ku lepszemu, nawet sąsiad okazuje się sympatyczny i niegroźny. Wszytko byłoby dobrze, gdyby nie pewna sowa. Uparty puszczyk, któremu na imię Baśka- jak się później okazuje - zamierza zamęczyć tego, kto wyrządził krzywdę pewnej pięknej damie.

dom na wyrębach

O twórczości Stefana Dardy słyszałam wiele dobrego, ale jakoś nigdy wcześniej jego książka nie wpadła mi w ręce.

"Dom na wyrębach" złowiłam na wyprzedaży w małej wioskowej bibliotece gdzie byłam przelotem. Bajoński koszt inwestycji wynosił jeden polski złoty. Poszarpana, porwana i podlana jakimś płynem książka wzbudziła we mnie współczucie, toteż przygarnęłam ją i otoczyłam opieką.

Przeczytałam ją w ciągu dwóch popołudni. Nie jest to jakiś rekord, ale świadczy  tym, że mnie wciągnęła.

Dlaczego?

Darda pisze o tym co lubię. Polski niedoceniony folklor, ludowe wierzenia, pogański duch odżywa na kartach jego debiutanckiej powieści (wydanej po raz pierwszy bodajże w 2008 roku).

Akcja osadzona jest w latach dziewięćdziesiątych, w zapomnianej przez boga i ludzi osadzie. Malownicze otoczenie, jakie towarzyszy opisanym wydarzeniom bardzo pobudza wyobraźnię. Podmokłe lasy, jeziora, porzucone ruiny, stare niemieckie cmentarze, drewniana chata, świece i pohukiwanie sowy.

Główny bohater mimo iż kiepsko zaczyna, jest całkiem sympatycznym osobnikiem. Nico głupkowatym i wolno kojarzącym fakty, ale za to wytrwałym i posiadającym pewną radość życia. Fragmenty opisujące jego fascynacje przyrodą od razu mu mnie zjednały.

Czterdziestolatek znajduje przyjaciela w osobie samotnego starca, który pokutuje na odludziu za grzechy młodości. Antoni to postać ... wzruszająca. Jednocześnie bardzo tajemnicza i budząca niepokój. To za jego sprawą Marek zaczyna widzieć postać odzianej w biel kobiety, która materializuje się jako sowa puszczyk. Jako że jestem dość mocno pogięta w temacie słowiańskiego folkloru od razu skojarzyłam sowę ze zmorą zwaną Strzygą, ale nawet Ci, którzy nie orientują się w temacie szybko zostają naprowadzeni na ten trop przez autora.

dom na wyrębach

Szkielet fabuły jest dość prosty, bo oto mamy samotnego, lubiącego sobie chlapnąć pana, który zamieszkuje na odludziu. Tu na arenę wkracza motyw wyciągnięty ze słowiańskich wierzeń. Akcja rozwija się niebezpiecznie zaciskając szpony na szyi bohatera.

Budzenie grozy może i  nie jest najmocniejszą strona Dardy, ale nadrabia sprawnym gawędziarskim stylem i przede wszystkim klimatem swojej historii. To bardzo klasyczny horror i spodoba się tym, którzy lubią takie sprawdzone ścieżki.

dom na wyrębach

Jedyne czego nie rozumiem w związku z tą powieścią, to porównania Dardy do Stephena Kinga. Powiedzmy sobie szczerze, przy bogactwie naszego folkloru, który tak pięknie wykorzystuje polski Stefan, Amerykański Stefan może się schować ze swoimi w kółko rozgrzebywanymi indiańskimi cmentarzyskami.

Na pewno jeśli będę mieć okazję, skorzystam z biletu do świata stworzonego przez Dardę, oby tylko w innych jego książka znalazło się miejsce dla swojskich upiorów.

Moja ocena: 8+/10

sobota, 19 lipca 2014

Slither/ Robale (2006)

robal

W Wheelsy, małym amerykańskim miasteczku rozbija się meteoryt. Jak się szybko okaże zawiera on w sobie zarodki obcej formy życia. Jeden z mieszkańców, Grant Grant, w czasie przechadzki po lesie z wyrwaną w barze panią natrafia na dziwne znalezisko. Obca forma życia wybiera go sobie na inkubator i Grant staje się nosicielem śmiercionośnego pasożyta.

Przybysz z kosmosu pragnie się rozmnażać toteż wkrótce przejmuje kontrolę nad mężczyzną i zmusza go do uczynienia z kochanki worka na nowe zarodniki kosmicznego robactwa.

W dalszej perspektywie chodzi oczywiście o zainfekowanie jak największej ilości ludzi i przejęcia władzy nad naszym ziemskim padołem.

robal

robal

Reżyser filmu, James Gun, znany jest głównie jako twórca z wytwórni Troma, choć pracował też przy innych produkcjach, jak remake "Świtu żywych trupów", czy też "Robale".

Ten ostatni, o którym będzie teraz mowa, to owszem, horror, choć nazwanie go czarną komedią też będzie jak najbardziej trafne.

Historia jest na wskroś klasyczna, nawiązuje do wielu znanych filmów sci-fi. Ukazuje w krzywym zwierciadle sytuacje inwazji z kosmosu.

Jeśli chodzi o emocje jakie ma budzić w widzu to na pierwszym miejscu wymieniłabym obrzydzenie, ze względu na powierzchowność kosmicznych pasożytów. Na drugim miejscu jest humor, czarny, momentami dość ciężki, może nawet zniesmaczyć jakiegoś wrażliwca. Na ostatnim miejscu jest suspens. Aż dziw, że w ogóle się tu znajduje. Są sceny autentycznie budzące napięcie, jak sytuacja w domu nastolatki, do którego z wolna pełzną tytułowe robale. Często strach jest uśmiercany z premedytacją jakimś głupkowatym tekstem, ale mimo wszytko znajdziemy tu więcej niż tylko śladowe ilości horroru.

robal

"Robale" to film nastawiony na rozrywkę, nie stara się wzbudzać jakiś refleksji na temat okrucieństwa świata jak to często bywa w filmach grozy. Jedyne przesłanie jakiego można by się tu doszukiwać skrywa się pod płaszczykiem satyry i ironii i wcale nie jest skierowane na kosmicznego wroga lecz na mieszkańców ziemi.

Twórców można pochwalić za użyte efekty specjalne, bardzo silni kojarzące mi się z tymi, które często spotykaliśmy w dużo starszych produkcjach. Oczywiście robaczki są bardziej wycackane, ale sam pomysł na to, jak mają wyglądać rozczula naiwnością.

Fajna rozrywka, warto rzucić okiem.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Napięcie:7

Klimat:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

67/1000

W skali brutalności:3/10

piątek, 18 lipca 2014

Sacrament (2013)

sacrament

Grupa dziennikarzy z Vice w Nowym Jorku wyrusza do innego kraju, gdzie mają zamiar nakręcić dokument o sekcie, do której należy siostra jednego z nich. Oczywiście nadrzędnym celem jest zbadanie warunków bytowych ludzi, którzy porzuciwszy wszystko podążyli za głosem 'Ojca' by budować sobie lepszy świat - Rajski ogród.

sacrament

sacrament

Ti West, bardzo ciekawy twórca scenariuszy i reżyser horrorów we współpracy producenckiej z Elim Rothem nakręcił ten oto horror, który moim skromnym zdaniem horrorem wcale nie jest.

Posiłkując się konwencją found footage opowiada nam historię trójki nieszczęśników, którzy w swej naiwności wierzą w dobre chęci przywódcy sekty.

Owszem początkowo są podejrzliwi, ale rozmowa z nieco aroganckim, ale dość sympatycznym i przede wszytkim charyzmatycznym kolesiem zwanym Ojcem wmanewrowuje ich w przekonanie, że siostra Patricka odnalazła tu raj na ziemi. Ona i wielu wielu innych.

Jak wielkie jest ich zdziwienie, gdy okazuje się, że większa część plemienia marzy o tym by nawiać z rajskiego ogrodu...

sacrament

Ogółem jest to całkiem niezła historia, dość dramatyczna, poruszająca ciekawy wątek we w miarę przyzwoity sposób, ale grozy tu nie ma.

W końcowych scenach pojawi się sporo trupów, ale przez większość czasu panuje spokój. Wokół sekty i jej poczynań utkana jest pajęczyna intrygi, pewne rzeczy budzą podejrzenia, ale czy to wystarczy choćby na thriller?

Myślę, że West chciał zrobić film w nieco poważniejszym tonie, a że zazwyczaj robił właśnie filmy grozy, to "Sacrament" trafił do tego samego worka.

A tak BTW to film można obejrzeć, podobnie jak "Haunt" w ramach 'wideo na życzenie'.

Obraz dla osób zaciekawionych machiną prania mózgu w tego rodzaju zgrupowaniach. Oczywiście mogę polecić sporo innych, lepszych filmów o takiej tematyce chociażby "Red State", "Martha, Marcy, May, Marlen", czy "Sound of my voice", ale myślę, że i ten zadowoli widza, który szuka tego rodzaju produkcji.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności: 2/10

czwartek, 17 lipca 2014

Cry Wolf/ Kłamstwo (2005)

kłamstwo

Nieopodal budynku elitarnej szkoły z internatem zostaje popełnione morderstwo. Młoda dziewczyna, uczennica wspomnianej placówki zostaje załatwiona strzałem w głowę. Wśród społeczności uczniowskiej aż huczy od plotek, jednak tylko jedna grupa postanowi wykorzystać rodzącą się panikę dla zabawy.

Nowy uczeń, Owen zostaje wciągnięty do paczki znajomych rudowłosej Dodger, których główną rozrywką jest gra w kłamstwa. W zabawie chodzi o to, by skutecznie wprowadzić w błąd jak największą ilość osób jednocześnie nie będąc zdemaskowanym.

Po brutalnym mordzie Dodger i spółka wpadają na pomysł zagrania w ową gre z całą szkołą wspólnie tworząc historię seryjnego mordercy, który wkrótce ponownie zaatakuje kogoś z uczniów. Ich zdziwienie jest ogromne, gdy wymyślona przez nich w najdrobniejszych detalach sylwetka i modus operandi zaczynają funkcjonować w rzeczywistości, a oni zaczynają ginąć, tak jak sobie to wymyślili...

kłamstwo

"Cry Wolf" jest jednym z pierwszych obrazów w dorobku Jeffa Wadlowa. Temu reżyserowi i scenarzyście w jednej sobie, udało się jednak zrobić nie małą karierę. Tak chyba można powiedzieć o kimś kto obecnie jest współtwórcą scenariusza do jednego z topowych seriali, "Motel Bates". Podejrzewam, że została tu doceniona przede wszystkim jego dbałość o szczegóły snutej intrygi i doskonały wgląd w zwichrowanych świat nastolatek. Obydwie te cechy nasz twórca pokazuje w swoim thrillerze "Kłamstwo".

Obraz waha się między horrorem z podgatunku teen slasher a thrillerem. Ostatecznie ten drugi gatunek wygrywa, podobnie jak to było chociażby w klasycznym "Prima aprilis".

Akcja rozgrywa się w świecie małolatów, którzy przede wszystkim chcą przynależeć do fajnackiej grupy i chcą się dobrze bawić. Całe zamieszanie jakie stwarzają bardzo silnie kojarzyło mi się z filmem "Plotka" z 2000 roku. Tam co prawda chodziło 'zaledwie' o gwałt, tu zaś o morderstwo, ale puenta mówiąca o tym, że z niektórych rzeczy nie warto żartować sprawdza się w obydwu przypadkach.

Za konwencją thrillera przemawia tu przede wszystkim napięcie, które jak wiadomo w horrorach typu slasher nie zawsze stoi na pierwszym miejscu. Naszych bohaterów z czasem zaczyna ogarniać paranoja, bo to, co miało być fikcją jest rzeczywistością. Młodzi podejrzewają, że ich żart tak wkurwił odpowiedzialnego za śmierć pierwszej ofiary mordercę, że postanowił się do nich dobrać. Czy to możliwe? A może ich wymyślony wilk chowa się między owieczkami? Może to jedno z nich jest odpowiedzialne za tragedię, w której biorą udział? Któż to wie.

kłamstwo

Finał tej historii może zaskoczyć, choć raczej nie jest to jeden z tych fabularnych twistów, które robią piorunujące wrażenie i są nie do przewidzenia. Z drugiej jednak strony sieć intrygi nie dziurawi się w punkcie kulminacyjnym przez to że zakończenie nie zostało wyciągnięte z księżyca.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

67/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 15 lipca 2014

Dziewczyna # 9 - Tami Hoag

tami hoag

Jest sylwestrowa noc w mroźnym Minneapolis. Młody kierowca limuzyny, który tego wieczoru wozi grupę pijanych i napalonych klientów, dostrzega tuż przed sobą niecodzienny widok. Wszytko dzieje się zbyt szybko by mógł zareagować. Z bagażnika auta jadącego przed nim wypada młoda kobieta. Rzucona na drogę jak worek śmieci. Wypadła? Wyskoczyła? Kierowca jest przekonany, że w momencie zderzenia z jego hummerem dziewczyna jeszcze żyła, ale jak to możliwe jeśli wcześniej ktoś pchnął ją siedemnaście razy nożem, poprawił tępym narzędziem uderzając w głowę, a na koniec oblał jej pół twarzy żrącym kwasem?

Dziewczyna bez tożsamości zostaje nazwana Jane Zombie Doe. Śledczy Kovak i Liska będą musieli odkryć ,po pierwsze kim jest ta nieszczęsna istota, po drugie, kto jej to zrobił.

Kandydatów na morderce nie brakuje, ponadto zrządzeniem losu w tym właśnie okręgu zwykł wyrzucać swoje 'zabawki' seryjny morderca zwany Doc Holiday, bo zawszę święci dzień święty - na swój własny sposób...

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Tami Hoag. Oładka książki krzyczy, że pisarka jest autorką bestsellerów, a z not na jej temat można dowiedzieć się, że "Dziewczyna #9" jest czwartym tomem cyku przygód pary policjantów z Minnesoty, o nazwiskach Kovak i Liska

Z miejsca polubiłam bohaterów książki. Autorka wkłada w ich usta niebanalne riposty i celne acz cyniczne uwagi, czyniąc z nich niezwykle żwawy duet, którego znajomość nie kończy się w łóżku (!) Jak ja jestem jej za to wdzięczna, to nie macie pojęcia. Każdy, ale to każdusieński kryminał/thriller z jakimi mam do czynienia miesza w sprawę kryminalną romantyczną sraczkę, nie może być inaczej, jakaś policjantka/ prawniczka/dziennikarka, czy inna bohaterka tudzież bohater pierwszo w ostateczności drugoplanowy musi zapałać gorącym uczuciem do innego policjanta/ lekarza/ ofiary/brata ofiary/ojca ofiary/ex męża ofiary czy kogo tam mamy na stanie. Nie wiem skąd pomysł, że takie bzdury uatrakcyjnią fabułę? Jeśli sięgam po krwisty stek to znaczy, że potrzeba mi krwi i mięcha, a nie sałatki owocowej, czy to nie oczywiste? Czemu więc autorzy to robią? Koniec dygresji.

Kovak i Liska, starają się odkryć tożsamość Zombi Doe. Sprawę utrudnia fakt, że nikt nie zgłosił zaginięcia osoby pasującej do tego, co zostało z ofiary.

Tymczasem, gdzieś w okolicy, seryjny morderca - oczywiście portretowany jako seksualny sadysta podniecony władzą i zadawaniem bólu - przyczaja się obserwując poczynania policjantów.

Ważne powieściowe wątki rozgrywają się w świecie nastolatków. Ostatecznie Zombie nie miała więcej jak osiemnaście lat. Sprawa okazuje łączyć się ze starszym z synów komisarz Liski. Kyle, grzeczny chłopiec mógł znać ofiarę, mógł znać jej oprawców, mógł widzieć ją jako ostatni zanim spotkało ja to, co ją spotkało.

Śledztwo nie jest proste. Gówniarzeria z prywatnej szkoły jest oporna, a obraz ich świata ukazuje podwójną moralność, konformizm i kompletny brak empatii. W tym świecie tkwiła Zombie Doe i nadal tkwi Kyle. Ale czy problemy w szkole mogą mieć związek ze zbrodnią takiego kalibru?

No, raczej nie, zważywszy na to jak wiele tropów prowadzi do Doc Holiday, który zniecierpliwiony  zbyt małym zainteresowaniem postanawia o sobie przypomnieć.

"Dziewczyna #9" ma ponad czterysta storn. Jest to jednak czterysta stron, z których żadna nie jest zbędnym balastem. Doświadczona autorka wie jak sprzedać swoją historie, wie jak ważne są wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów, wie jak ożywiać akcje by napięcie nie spadało, a czytelnik tkwił przed książką do późnych godzin nocnych. Wie też jak rozrzucać tropy by nawet najbardziej podejrzliwy człek nie zdemaskował całej intrygi przed punktem kulminacyjnym. Ponad to ma świetny, lekki styl, widać że książka nie powstawała w bólach, ale pisała się jakby sama. Nie wymuszona i nie skrępowana jakimiś sztucznymi standardami. Bardzo dobra rzecz.

Moja ocena: 8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Mira:

http://harlequin.pl/mira

poniedziałek, 14 lipca 2014

Hit and run/ Zderzenie ze śmiercią (2009)

zderzenie ze śmiercią

Pod nieobecność rodziców nastoletnia Mary rozpoczyna ferie wiosenne od nawalenia się w barze i spowodowania małej stłuczki autem. Jako że nic wielkiego jej się nie stało wraca spokojnie do domu i zrzygawszy się kładzie się grzecznie spać. Po kilku godzinach zaniepokojona hałasem dochodzącym z parteru trafia do garażu, gdzie zaparkowała auto. Ze zdumieniem odkrywa ciało mężczyzny nadzianego na zderzak jej samochodu. Okazuje się, że niemiłosiernie zmasakrowany biedak jeszcze zipi, więc Mary próbuje mu pomóc.

Kiepsko jej to wychodzi, bo zamiast mu pomóc dobija faceta kijem golfowym... Co teraz począć? Jako że mamy tu do czynienia z ginącym gatunkiem klasycznego slashera Mary postępuje tak, jak zrobiliby bohaterzy tego rodzaju obrazów. Zawija trupa w koc i wywozie do lasu, gdzie w strugach deszczu wykopie mu płytki grób. Ale to nie koniec moi drodzy, bowiem nazajutrz okazuje się, że ktoś wie, co Mary zrobiła poprzedniej nocy.

zderzenie ze śmiercią

Ciężko w dzisiejszych czasach o dobre zrozumienie, w gruncie rzeczy bardzo prostych, praw jakimi rządzi się slasher. Choć może to nie kwestia zrozumienia lecz poszanowania, jakkolwiek to brzmi.

Klasyczne slashery zagrożone są wyginięciem, na szczęście debiutująca Edna McCallion swoim filmem "Zderzenie ze śmiercią" stworzyła swoisty rezerwat dla tych elementów gatunku, które powoli odchodzą do lamusa.

W horrorze mamy po pierwsze, dość nierozgarniętą bohaterkę. Młoda i urodziwa Mary ewidentnie szybko traci zimną krew a jej działania nie podlegają zasadom logiki. W dodatku jest wstawiona, co czyni ją godną reprezentantką protagonistów tego rodzaju filmów. Wcielająca się w jej postać Laura Breckenridge doskonale radzi sobie z odgrywaniem paniki, graniczącej z histerią w jaką każdorazowo coraz bardziej popada Mary.

Towarzyszy jej chłopak, krótko ostrzyżony łobuziak, który dość lekceważąco podchodzi do problemu nieumyślnego spowodowania śmierci. Ich rozmowy są sporym zastrzykiem humoru.

Kto jest antagonistom? Chory psychicznie mężczyzna. Jego tożsamości na pewno szybko domyślą się osoby znające konwencje slashera, ale żeby nie było, na ten temat sza.

zderzenie ze śmiercią

Nastrój filmu również mocno mierzy w klimat starych produkcji z gatunku. Nie przygniata brutalnością, natomiast stawia na poczucie zagrożenia. Twórcy starają się podkreślić szaleństwo tej historii drobnymi acz zabawnymi wstawkami, jak słowa rzucane przez papugę, czy 36 godzinna audycja radiowa "Świroton", która towarzyszy Mary od początku jej przygody.

Jakby nie patrzeć jest to ukłon w stronę klasyki gatunku, co osobiście doceniam. Film jest zrobiony niedużym budżetem, ale z dbałością. Posiada zarówno wszystkie wady slashera - sztywny schemat, idiotyczne zachowania bohaterów, groteskowy morderca, jak i zalety - klimat, napięcie, dawkę humoru, trochę krwi. Jeśli szukacie właśnie tego, to "Hit and run" będzie dobrym wyborem.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Napięcie:8

Klimat:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 2/10

niedziela, 13 lipca 2014

Død snø/Zombie SS (2009) &

Død snø 2/ Zombie SS (2014)

dead snow

dead snow

Nie wiem jak Wy, ale ja nie spodziewałam się kontynuacji "Zombie SS". Od premiery horroru minęło już pięć lat, a Tommy Wirkola wziął się za produkowanie filmów za oceanem. Jako że żadne wieści o jego planach nie dotarły do mnie, powrót Tommy'ego do Norwegii był nieoczekiwany. Miałam okazję obejrzeć nowy twór reżysera, więc dziś będzie właśnie o nim oraz o pierwszej części przygód zakopanych w śniegu zombie.

"Zombie SS" rozpoczyna się od dobrze znanej w slasherach sekwencji pościgu. Niewiasta próbuje umknąć grupie napastników, na nic jednak jej wysiłki. Dla podkręcenia dramatyzmu scenie towarzyszy akompaniament muzyki Edvarda Griega. Ten poważny ton całkowicie przeczy całemu wydźwiękowi filmu. Fabuła skupia się teraz na grupie studentów medycyny, którzy wyruszają do domku w górach, gdzie zamierzają swawolić na śniegu. Ich wesołe wygłupy przerywa wizyta dziwnego pustelnika, który wprasza się do ich domu i raczy ich opowieścią o grasujących tu onegdaj nazistowskich żołnierzach. Gość uważa, że to miejsce jest przeklęte co szybko znajduje uzasadnienie w dalszych wydarzeniach. Młodzi natrafiają bowiem na zastępy spoczywających pod śniegiem martwych żołnierzy. Jak na martwych od ponad pięćdziesięciu lat są bardzo ruchawi i rzucają się na naszych protagonistów z wyraźnym zamiarem pozbawienia ich życia.

dead snow

Wszystkie sceny jakie zobaczymy w tym filmie są mieszanką grozy i groteski. Epatują kiczem i ironią. Już sam pomysł na wygrzebywanie z pod śniegu zombie hitlerowców jest żartem. Film drwi z konwencji slashera. Wykorzystuje typowe dla gatunku elementy by je obśmiać. Trup ściele się gęsto. Nie zabraknie autentycznie absurdalnych momentów, niekonwencjonalnych rozwiązań: Facet, który rozpaczliwie boi się krwi sam amputuje sobie rękę piłą mechaniczną by uniknąć zarażenia zombizmem, ktoś inny zwisa nad przepaścią uczepiony jelit wywleczonych z zahaczonego o drzewo żywego trupa.

dead snow

Nie da się ukryć, że śmiech przeważa nad strachem jeśli chodzi o reakcje jakie powoduje ten film, jednak widać w dziele Wirkoli założenie zbliżone do "Martwego zła". Z resztą jeśli chodzi o ukłony w stronę klasyki horroru to "Zombie SS" wywiązuje się z tego wyśmienicie. Każdy kto jest wielbicielem gatunku zauważy nawiązania do wielu popularnych tytułów.

dead snow

Zakończenie filmu nie zapowiadało kontynuacji historii, z resztą sam reżyser potrzebował trochę czasu na przemyślenie sprawy i dopiero po piecu latach wydał na świat sequel "Zombie SS". Jedyny ocalały, pełniący rolę final girl, a raczej final boy, Martin, budzi się w szpitalu, gdzie okazuje się, że lekarze przyszyli mu rękę, nie jego, lecz samego przywódcy armii zombiaków.

dead snow

dead snow

On i jego kończyna nie bardzo mogą dojść do porozumienia jednak zombiaczna ręka posiada niezwykłe możliwości. Przydadzą się one, gdy Martin zostanie oskarżony o zamordowanie kompanów górskiej wyprawy i gdy oddział nazistowskich zombie wkroczą do miasta. Na arenę wkraczają niezwykle barwni bohaterzy drugoplanowi, jak przybyli prosto ze Stanów Zjednoczonych zapaleni łowcy zombie, którzy swoją wiedzę na temat zagrożenia czerpią z tworów popkultury traktujących o inwazji żywych trupów, gej pracujący w muzeum drugiej wojny światowej, czy wreszcie, moi drodzy, ożywiona armia czerwona, która została 'powołana' by po raz kolejny pokonać hitlerowców.

dead snow

Zdaje sobie sprawę z tego jak absurdalnie to brzmi. Aż nie do wiary, że ktoś wymyślił coś takiego, wprowadził to w czyn i jeszcze sprawił żeby się podobało. No szok. Czegoś mi jednak brakowało w "Dead snow 2", mianowicie śniegu. Trochę to popsuło klimat, ale został nadrobiony jeszcze bardziej absurdalnym scenariuszem, bogatszym w satyrę i nieoszczędzającym nikogo kogo można by obśmiać. Zakończenie filmu to już szczytowe osiągnięcie czarnego humoru. Wirkola to mistrz przegięcia, to jedno można o nim powiedzieć na pewno.

Moja ocena:

Zombie SS: 7+/10

Zombie SS 2: 7/10

piątek, 11 lipca 2014

Dark Country/ Mroczna kraina (2009)

dark country

Dick poznaj Gin. Zakochuje się w niej. Biorą szybki ślub w Las Vegas i wkrótce mkną już przez noc w otoczeniu pustynnego krajobrazu. Nieoczekiwanie na drodze wpadają na rannego człowieka. Zgarniają go do samochodu celem dowiezienia do szpitala. Gdy gość odzyskuje przytomność zaczyna zachowywać się w sposób, który wyprowadza z równowagi nowożeńców, sugeruje, że zna zarówno Gin jak i Dicka. To nie wszystko bowiem wkrótce pasażer rzuca się do gardła kierowcy.

dark country

Reżyserem tegoż dziwnego tworu- dlaczego dziwnego, za chwilę- jest Thomas Jane, odtwórca roli Dicka. Fani horrorów mogą go pamiętać chociażby z "The Mist". Scenariusz jest z kolei dziełem Tab'a Murphy'ego, słynącego ze scenariuszy do kreskówek. Tych dwóch panów spotkało się celem nakręcenia thrillera, który w świadomości widzów funkcjonuje jako jeden z tych obrazów nad którego interpretacją można prowadzić długie dysputy. Fabuła wydaje się prosta: Młoda para znalazła się w złym miejscu o złym czasie, trafiła na psychola, który jak się domyślamy z zatrważającej ilości plakatów z podpisem "Missing" jest odpowiedzialny za zaginięcia wielu osób, które niefortunnie trafiły na drogę numer 95 - do tej mrocznej krainy.

dark country

Istotną sprawą w filmie jest relacja między Gin i Dickiem. Praktycznie się nie znają. W przypływie namiętności wzięli ślub i dopiero nazajutrz ona poznaje jego a on ją. Dochodzi między nimi do kilku spięć, ich bardzo świeży związek przechodzi pierwszą i bardzo ciężką próbę dzięki konfrontacji z nieznajomym. Pojawia się kilka pomysłów na to kim jest ich pasażer, ale od samego początku seansu wyczuwałam, że sprawa nie może być taka prosta. Dlaczego? Sposób w jaki prowadzono tą historię był za bardzo zakręcony, pełny schizolskich elementów.

Sam reżyser utrzymywał, że nie chce robić przeintelektualizowanego arcydzieła, ale film rozrywkowy utrzymany w klimacie "Strefy mroku". Teraz wypadło by napisać czy zamierzony efekt został osiągnięty. Ja tego nie zrobię, bo "Strefy mroku" nie oglądałam. Wiem, muszę nadrobić. Natomiast muszę przyznać, że mnie osobiście cała filmowa oprawa, nastrój kojarzył się po pierwsze ze starym kinem metafizycznym po drugie z produkcjami Lyncha.

Ogółem film bardzo mi się podobał, aczkolwiek nie urwał mi tyłka tak jak tego oczekiwałam po entuzjastycznych opiniach.

Moja ocena:

Fabuła: 7

Straszność:5

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

To coś:6

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

69/100

W skali brutalności:2/10

Tagi: thriller
11:06, ilsa333
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 lipca 2014

Tesis sobre un homicidio/ Egzamin z morderstwa (2013)

egzamin z morderstwa

Roberto Bermudez to wykładowca prawa karnego i były prawnik. Pracuje na uniwersytecie, gdzie prowadzi seminaria przygotowujące młodych adwokatów do pracy w wymiarze sprawiedliwości. Nieoczekiwanie na jego zajęciach pojawia się młody syn jego przyjaciół. Przyjaciół, z którymi już dawno stracił kontakt, zaś samego Gonzalo ostatni raz widział przed dwudziestoma laty.

Młodzieniec zaczyna go intrygować swoimi celnymi uwagami na temat tego, jak wg. niego funkcjonuje prawo. Roberto zaczyna podejrzewam, że pod maską inteligentnego i skupionego studenta skrywa się umysł psychopaty. Gdy pod oknami budynku wydziału zostają znalezione zwłoki zgwałconej i pociętej młodej barmanki Roberto tym bardziej kieruje ostrze swojej percepcji na Gonzala.

egzamin z morderstwa

"Egzamin z morderstwa" to kolejny hiszpańsko języczny thriller. Za jego produkcje odpowiadają filmowcy z Hiszpanii i Argentyny. Na swoim koncie nie mają szczególnie przykuwających uwagę dokonań, ale o ile pamiętam "La cara oculta" też nie była dziełem starych kinowych wyjadaczy, a mimo to zwaliła mnie na glebę.

"Egzamin z morderstwa" na glebę nie zwala, ale ma ciekawie zbudowaną intrygę, inteligentnie poprowadzoną fabułę i interesujących bohaterów. Thriller powstał w oparciu o powieść Diego Paszkowskiego pod tym samym tytułem. Pewnie na zapoznanie się jej polskim wydaniem szanse są marne.

Wszystkie filmowe wydarzenia krążą wokół umysłowego pojedynku mistrza i ucznia. Profesor posiada poszlaki, dość naciągane zresztą, ale jednak mogące świadczyć o winie Gonzalo. Student wcale nie stara się kryć ze swoimi zbrodniami. Robi wszytko by naprowadzić profesora na swój trop jednocześnie nie pozostawiając śladów, które zinterpretować mógłby ktoś jeszcze. Z wyrachowaniem wciąga go w swoją grę. Chce mu coś udowodnić, coś uświadomić, coś przypomnieć?

Kim tak naprawdę Roberto jest dla chłopaka? Student utrzymuje, że to właśnie on miał największy wpływ na jego życie mimo iż zniknął z niego przed wieloma laty. Gonzalo odsłania kolejne karty by pokazać nieszczęsnemu wykładowcy swoją przewagę. Drwiący uśmiech triumfu nie schodzi z jego twarzy.

Tak widzi to Roberto, ale czy widzi prawdę, czy po prostu to, co chce zobaczyć? Czemu nikt po za nim nie dostrzega w Gonzalu psychopaty? Czyżby był geniuszem zła? A może jest tylko bystrym młodzikiem, który podkopuje pewność siebie sędziwego profesora i przypomina błędy młodości?

egzamin z morderstwa

Żeby przekonać się o co tu chodzi sami musicie zapoznać się z tą opowieścią. Od razu Wam powiem, że zakończenie może wydać się niejednoznaczne. Jak ja widzę całą sprawę napiszę w spoilerze, oczywiści tylko dla tych, którzy film już widzieli i chcą skonfrontować swoją opinię.

SPOILER: Śmiem mniemać iż Gonzalo mścił się na Roberto za to, że ten romansował z jego matką. Może nawet był jego ojcem, dlatego chłopakowi tak zależało na pokazaniu swojej zajebistości: spójrz tatusiu na kogo wyrosłem, gdy ciebie nie było. Morderstwa jakich dokonał na krótkowłosych brunetkach były zemstą na matce, oczywiście pośrednią, symboliczną. Ciekawi mnie tylko dlaczego 'oficjalny' ojciec Gonzalo wysłał Robertowi sztylet tuż przed przyjazdem syna. To miało być ostrzeżenie? Ostatecznie sztylet skończył w piecu jako jedyny dowód tego, że Roberto nie oszalał. KONIEC SPOILERA.

egzamin z morderstwa

Film opowiada ciekawą historię, pojawiają się tu wątki nierozwiązanych spraw z przeszłości, pojedynki intelektualne, szaleństwo, psychopatyczna żądza mordu. Podane w przystępny sposób w sprawnej oprawie, z dobrym aktorstwem, zdjęciami i muzyką. Jeśli przypadły Wam do gustu takie filmy jak "La cara oculta", czy "El cuerpo" to "Egzamin z morderstwa" może być dobrym wyborem.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:8

Napięcie:8

Klimat:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 07 lipca 2014

Afflicted/ Dotknięcie mroku (2013)

afflicted

Derek i jego kumpel Clif postanawiają wyruszyć w trwającą rok podróż dookoła świata. Plan ambitny i odważny zważywszy na to, że pierwszy z mężczyzn ma poważne problemy zdrowotne i w każdej chwili może spotkać się ze stwórcą. To ich nie zraża, wręcz przeciwnie. Pełni determinacji ruszają z Kanady do Europy, gdzie zacznie się ich przygoda. Wkrótce trafiają do Paryża gdzie Derekowi udaje się, ku zdziwieniu kumpli, poderwać atrakcyjną Audrey i zwabić ją do swojego pokoju hotelowego. Gdy kumple znajdują go nieprzytomnego z pogryzionego w łóżku można by zacząć się zastanawiać, kto kogo zwabił i w jakim celu? Wnioski nasuną się same i to w bardzo krótkim czasie.

Oto moi drodzy pierwszy horror paradokument o wampirach. Ha, tego jeszcze nie było. Oświećcie mnie jeśli się mylę;)

Domyślałam się, że większość z Was po przeczytaniu ostatniego akapitu pokręciło głową ze zrezygnowaniem. Gdybym czytała opisy filmów przed ich obejrzeniem, to zapewne nie wzięłabym się za niego. Współczesne horrory o wampirach są zazwyczaj słabe, a przy dobrym wietrze najwyżej średnie. O konwencji found footage mam też zdanie takie, a nie inne. Ale...

afflicted

afflicted

afflicted

No, właśnie z połączenie dwóch motywów, za którymi nie przepadam wyszedł film, który całkiem przypadł mi do gustu. Nie wiem jak twórcom udało się to osiągnąć, ale jakimś cudem się udało.

Jako reżyserzy i scenarzyści obrazu figurują odtwórcy głównych ról. Zabieg znany z "Grave encounters", mający za zadanie wmówienie widzowi, że ma do czynienia z autentycznym nagraniem, stworzonym przez amatorów. Kto tak naprawdę stoi za tą produkcją pewnie można się skądś dowiedzieć, ale nie będę psuła intrygi.

Od samego początku seansu z filmem wydarzenia śledzimy dzięki nagraniom Cliffa, który  jest głównym dokumentalistą wycieczki. Obserwujemy ich radosne wybryki aż do momentu, gdy Derek po spotkaniu z tajemniczą Francuzką zaczyna chorować. Zwraca wszystko, co zje, alergicznie reaguje na światło. Z czasem przybywa mu mocy. Staje się bardzo silny i szybki. Nie chce iść do szpitala z obawy, że już z niego nie wyjdzie.

Cliff i Derek zaczynają rozważać różne opcje, dzięki bogu chwila, w której odkrywają co spotkało Derek'a nie jest ukazana w jakimś dramatyczny tonie, który ma sugerować widzowi, że teraz powinien spaść z krzesła z wrażenia. Myślą logicznie i dochodzą do logicznych wniosków.

Kiedy już wiedzą, co dolega Derek'owi mają nowy problem, jak go nakarmić? Tu znowuż mamy metodę prób i błędów, której efekt jest dość tragiczny.

afflicted

afflicted

W głowie Dereka rodzi się pomysł żeby odszukać Audrey, ale zanim na to wpada zdąży narobić sporego zamieszania, toteż w drugiej połowie filmu widz będzie świadkiem nieprzerwanej gonitwy. Tempo zostaje solidnie podkręcone toteż obawiałam się, że teraz skończą się w miarę statyczne i przemyślane ujęcia. Wręcz przeciwnie. Dobrodziejstwo found footage zostaje wykorzystane w sposób zaskakująco prawidłowy. Kamera zawieszona na szyi bohatera łapie dobre ujęcia niekiedy robiąc autentycznie mocne wrażenie, szczególnie w momentach starć z przeciwnikami.

Sam finał, czyli spotkanie z Audrey jest zadowalające, jeśli chodzi o takie rozwiązanie fabularne. Motyw wampiryzmu nie jest tu ukazany w sposób pomysłowy, jest na wskroś współczesny, w pewnym momencie pojawiło się nawet skojarzenie ze "Zmierzchem", ale akurat wykorzystany tu element jest sensowy i przedstawiony w sposób nie trącący gimnazjalnym tokiem myślenia.

Film mile mnie zaskoczył. Trzyma poziom jeśli chodzi o realizację: zdjęcia, montaż, no, nawet aktorstwo. Tempo akcji jest szybkie, napięcie się utrzymuje, więc obserwowanie dalszych wydarzeń nie nudzi. Jeśli mnie, jako antyfance found footage ten obraz się spodobał to jego zwolennicy powinni być zachwyceni.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Napięcie:8

Klimat:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:5

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności: 3/10

niedziela, 06 lipca 2014

Village of the damned/ Wioska przeklętych (1995)

wioska przeklętych

W małym miasteczku Midwich, w biały dzień, ludzie i zwierzęta padają na glebę niczym martwi. Po jakimś czasie wszyscy wybudzają się ze snu, a wkrótce okazuje się, że znaczna grupa mieszkanek miejscowości została zapłodniona. Dziesięcioro kobiet, nawet te, które nigdy nie były seksualnie aktywne zachodzą w ciążę.

Sprawą szybko zaczynają interesować się władze i wysłana przez rząd doktor Susan Verner przejmuje pieczę nad ciężarnymi, a także nad ich wkrótce narodzonymi dziećmi.

Maluchy rosną zdrowo, ale ich rozwój przebiega szybciej niż u normalnie poczętych dzieci. Rodzice szybko orientują się, że ich pociechy posiadają niezwykłe właściwości ponad to są bezlitośni i całkowicie wyprani ze zwykłych ludzkich uczuć.

Kim są, skąd przybyli i co zamierzają?

wioska przeklętych

Na te pytania stara się odpowiedzieć John Carpenter w swojej ekranizacji powieści John'a Wyndham'a "Kukułcze jaja z Midvich".

Jakiś czas temu pisałam tu o pierwszej próbie przełożenia wspomnianej książki na język filmu, mianowicie o obrazie "Wioska przeklętych" z 1960 roku. Dziś będzie o remake,tegoż filmu tudzież readaptacji powieści.

Czy to remake czy właśnie readaptacja ciężko mi powiedzieć. Nie miałam okazji przeczytać książki, ale z różnych pobocznych źródeł wiem, że tak naprawdę żadna z ekranizacji nie jest nawet w połowie wierna książce. Wykorzystany zostaje wątek przewodni, czyli niewyjaśnione ciąże (Około 60, nie 10) i 'modus operandi' dzieciaków. Reszta motywów to wolna amerykanka. Postaci są wycięte, zastąpione,przekształcone. Chociażby chłopiec o imieniu David, w książce nie jest on częścią jasnowłosej watahy, lecz normalnym dzieckiem.

wioska przeklętych

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie postaci Davida ze starego filmu, wiem, że człowiekiem na pewno nie był, ale czy wyróżniał się na tle swoich kosmicznych braci tak, jak to jest w filmie Carpentera?

John Carpenter, na opowiedzenie swojej wersji historii poświęcił więcej taśmy filmowej. Jego horror trwa dłużej toteż niektóre z wątków są bardziej rozwinięcie. W tym wątpliwości wokół postaci Davida. Niektóre z filmowych scen są bardzo podobne do tych obecnych w pierwszym obrazie, jednak Carpenter zadbał by to, co drastyczne było ukazane jak najdobitniej.

wioska przeklętych

Te zabiegi nie sprawiły jednak bym zrzuciła z piedestału film z 1960 i zakochała się w wersji Carpentera.

Nie powiem żeby jego obraz nie miał klimatu jednak nastrój w jaki wprowadza oryginał jest dużo ciekawszy. Dużo lepiej wypadły starsze dzieciaki, a i reszta obsady z 1960 bardziej się spisała. Oglądając dzieło Carpentera nie mogłam się nadziwić skąd wziął mu się pomysł by dać angaż Kristie Alley???

W żadnym z tych dwóch filmów nie uświadczymy szczególnie efektów specjalnych, choć Carpenter starał się, żeby jego dzieciaki były bardziej kosmiczne toteż odpalił im kobaltowo-laserowe oczy. Nie spodobało mi się to.

wioska przeklętych

Nie wiem jak efekt dziwnych oczu uzyskano w 1960, ale wypadły one o niebo lepiej. Starsze dzieciaki ogólnie bardziej budziły we mnie niepokój niż te pokazane w 1995.

Młodsza produkcja dostaje natomiast większego plusa za muzykę.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tylko tyle, że obydwie wersje tej historii są dobre. Fabularnie zadowalają równorzędnie, a jeśli chodzi o sposób w jaki zostały przedstawione to, co kto lubi. Nie każdy kocha czarno-biały obraz, więc tym wersja Carpentera na pewno spodoba się bardziej.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Walory techniczne:7

Zabawa:7

Napięcie:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

Zaskoczenie:5

66/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 03 lipca 2014

Spokój duszy - Camilla Grebe, Åsa Träff

spokój duszy

Siri Bergman jest trzydziestoparoletnią psychoterapeutką. Jest też wdową opłakującą śmierć ukochanego Stefana. I jest ofiarą rządnego krwi psychopaty.

Mieszka samotnie nad zatoką, przez kilka godzin dziennie pracuje w prywatnej poradni, gdzie pomaga ludziom poradzić sobie z najróżniejszymi problemami natury psychologicznej. W domu zajmuje się kotem i wypija mnóstwo wina. Pływa w morzu i nieustannie pilnuje by nie otoczyła ją ciemność. Paradoksalnie sama ma wiele problemów psychicznych, jednak odsuwa je na margines skupiając się na problemach pacjentów.

Pewnego dnia otrzymuje tajemniczy list zawierający zdjęcie - jej zdjęcie zrobione z ukrycia opatrzone podpisem: Widzę Cię. Wkrótce jedna z jej podopiecznych zostaje znaleziona martwa na terenie jej posesji. Ktoś chce obarczyć winą za śmierć dziewczyny panią psycholog. Ale to nie koniec, ta sama osoba ma dużo większe ambicje i zrobi bardzo wiele by pogrążyć Siri. Pytanie tylko dlaczego?

Książkę poleciła mi mama, mówiąc "To powieść o psycholog z problemami psychicznymi, coś dla ciebie". Podbudowana tą rekomendacją zaczęłam czytać.

Bardzo spodobała mi się owa warstwa psychologiczna powieści. Jedna z autorek pracuje właśnie jako psycholog w nurcie poznawczo- behawioralnym więc fragmenty opisywanych sesji, obraz relacji z pacjentami są bardzo precyzyjnie wytłuszczone. Gorzej jest ze sferą kryminalną. Książka ma ponad trzysta stron, a jeszcze przed setną domyśliłam się całej intrygi. Nie jestem medium, więc wygląda na to, że ten element jest wyjątkowo kulawy, przewidywalny.

Mimo to, całą sprawę śledziłam z zainteresowaniem. Autorki rzucają kilka błędnych tropów, choć większość z nich jest niedorzeczna to doceniam te wysiłki.
Jest to ich debiutanckie dzieło, więc brak im jeszcze wprawy w tworzeniu zawiłych zagadek. Ponadto przez większość czasu, będąc niemal stuprocentowo pewna swojego osądu na temat tożsamości mordercy, skupiałam się na wątkach pobocznych: Sprawa nieszczęsnej ciąży, śmierć Stefana, rozmowy z pacjentami. Wszystko to składa się w zgrabną całość, więc mimo wszytko mogę uznać tę powieść za udaną.

Skandynawskie kryminały, które zalały rynek są bardzo popularne, więc oczywistym jest, że znajdą się pośród nich perełki i książki średnie. "Spokój duszy" zaliczam do tych drugich.

Moja ocena:5+/10

wtorek, 01 lipca 2014

Dr. Giggles/ Dr. Chichot (1992)

dr chichot

"Miasteczko miało doktora, niejakiego Rendella.

Unikaj jego domu, bo ten doktor z piekła rodem zabił pacjentów co do jednego i wyciął im serca dla kawału przedniego.

Więc jeśli jesteś z Moorehigh i zmorze cię choroba padnij na kolana i módl się o szybką śmierć do boga."

"Doktor Chichot" horror nakręcony w konwencji slashera znany jest szerszej publiczności przede wszystkim jako kawał dobrej czarnej komedii.

Mnie osobiście bardzo kojarzy się chociażby z "Krzykiem", choć widać w nim podobieństwo do wielu znanych produkcji grozy, i tych na serio, i tych z przymrużeniem oka. Widzom może przypomnieć chociażby "Dentystę", czy "Koszmar z ulicy Wiązów".

dr chichot

Fabuła jest bardzo prosta. Mamy małe amerykańskie miasteczko, gdzie w latach pięćdziesiątych grupa mieszkańców dokonała samosądu na miejscowym lekarzu. Facetowi zdrowo odbiło, gdy jego żona zachorowała na serce. Postanowił, że przeprowadzi transplantację serca i w tym celu pozbawił wspomnianego organu kilku swoich pacjentów.

Z całej rodziny Rendalli ocalał tylko mały Evan, który umknął władzom i przez całe życie funkcjonował, jako anonimowy pacjent szpitala psychiatrycznego.

Po wielu latach udaje mu się zbiec z zakładu i powraca w rodzinne strony, by wyleczyć chore miasteczko. Podobnie jak jego ojciec ma wielkie medyczne ambicje. I schizofrenie.

dr chichot

Jego ofiarami padają nastolatki i dorośli. Evan przy akompaniamencie swojego upiornego chichotu, z którego jest znany aplikuje im różnego rodzaju 'lekarstwa'. Oczywiście tym samym uśmiercając swoich 'podopiecznych'.

Ma przy tym sporo zabawy, podobnie jak widz, który może podziwiać najwymyślniejsze metody zadawania bólu, okraszone dużą dawką humoru. Doktor chichot dla każdej ze swoich ofiar ma stosowną reprymendę, którą wyrzuca z siebie zanim zabije. Jego teksty są autentycznie śmieszne.

dr chichot

W tytułowej roli zobaczymy świetnego Larrego Drake, który doskonale sprawdza się jako obłąkany aspirujący lekarz.

dr chichot

Sam reżyser i scenarzysta w jednej osobie pracował także przy scenariuszu "Dextera" więc myślę, że dla jego fanów jest to wystarczająca rekomendacja.

Coś w sam raz dla fanów slasherów i czarnych komedii.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

To coś: 8

Oryginalność:6

65/100

W skali brutalności: 4/10

poniedziałek, 30 czerwca 2014

The Quiet Ones/ Uśpieni (2014)

uśpieni

W latach 70 dwudziestego wieku grupa Kanadyjskich naukowców postanowiła przeprowadzić badanie mające udowodnić, że duchy jako zjawisko paranormalne w rzeczywistości są wytworem ludzkiej wyobraźni. Przy odpowiednim skupieniu, pobudzeniu wyobraźni, grupa osób może doprowadzić do zmaterializowania się siły, która ma świadomość i własną historię, tak jak wszystkie inne duchy, które rzekomo nawiedzają nasz świat.

Efekt eksperymentu był niejednoznaczny, ale wzbudził w środowisku parapsychologów zamieszanie na tyle duże, że blisko czterdzieści lat później reżyser filmów grozy, John Pogue we współpracy z trzema scenarzystami nakręciła obraz inspirowany tą właśnie historią.

uśpieni

uśpieni

Gdy tylko obejrzałam pierwsze trailery "Uśpionych" od razu skreśliłam tytuł z listy dobrze zapowiadających się tegorocznych produkcji. Pierwszą rzeczą, która mnie zniechęciła to fakt iż stanowi kolejną próbę zrobienia ghost story w konwencji paradokumentu. Nuda i wtórność. Ostatni z filmów reżysera także był paradokumentem, w dodatku remake słynnego REC'a. Wcześniej twórca nakręcił takie horrory jak "Sekta", czy "Statek widmo". Z czego ten ostatni, o il pamiętam, był całkiem niezły.

"Uśpieni" starają się łączyć podejście found footage z obrazem kręconym klasycznie, to nieco ratuje sytuację, bo kamera nie lata bez sensu po ścianach przez cały czas, a jedynie chwilami:) Nie mniej jednak amatorska kamera z roku na rok napawa mnie coraz większą odrazą.

Sam pomysł wykorzystania autentycznej historii zazwyczaj się sprawdza, ale wszytko zależy od tego, jak zostanie wykorzystana. Nie znam szczegółów pracy doktora Owena i spółki, ale historia "Uśpionych" jest zbyt mocno naciągana by można było w nią uwierzyć nawet przy ogromie dobrej woli.

Głównym bohaterem filmu jest naukowiec, Profesor Joseph Coupland, który przekonuje do swojego pomysłu trojkę studentów, w tym Briana kamerzystę oraz Kirby i Toma. Gwoździem programu jest jednak kto inny. Jane, dziewiętnastoletnia pacjentka ze zdiagnozowaną schizofrenią, którą za swoje odpały, w tym te o naturze parapsychicznej, obwinia alternatywną osobowość, Evey. Evey żyje w Jane i sprawia, że dziewczyna nie może normalnie funkcjonować i stanowi zagrożenie dla siebie i innych.

uśpieni

Profesor jest przekonany, że potrafi ją wyleczyć jeśli tylko Jane uwierzy, że sama stworzyła w swojej psychice Evey i potrafi ją unicestwić. W miarę trwania eksperymentu pojawiają się podejrzenia, że chodzi o coś więcej niż chorobę psychiczną, może opętanie?

Im dalej w las, tym więcej grzybów. Natłok pomysłów i wątków jest chyba wprost proporcjonalny do liczby osób, które oficjalnie zajmowały się scenariuszem. Wygląda to tak, jakby każdy dorzucił coś od siebie, tu poltergeist, tu opętanie przez demona, tu sekta, tu choroba psychiczna, tu reinkarnacja...  Wrażenie chaosu jest murowane.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie są one stopniowo wykluczane w miarę jak postępuje fabuła. Za każdym zakrętem czeka nowość i raźno maszeruje pod rękę z wcześniej wysnutymi teoriami. Nie sposób tego ogarnąć, próżno szukać w tym sensu.

W pewnym momencie było mi bardzo żal Jane, na której głowę spadły te wszystkie nieszczęścia. Mała mimo nadzwyczaj destruktywnych zachowań nie budziła we mnie lęku.

Rola Olivii Cook, znanej z "Motel Bates" przypadła mi do gustu w zasadzie jako jedyny element tej produkcji. Wygląda doprawdy żałośnie i jeśli takie było założenie scenariusza - w co śmiem wątpić - to w pełni się udało.

uśpieni

Jej postać była całkiem ciekawa na samym początku seansu, ale w miarę jak przekombinowano fabułę traciła swoją siłę przekonywania.

Jak wspominała główny przedmiot mający budzić lęk, czyli nadprzyrodzone zdolności Jane w żaden sposób nie sprawdzają się jako straszak. Czemu?

Nie wiem, może dlatego, że zawsze w pogotowi czekała kolejna bzdurna teoria, tudzież Brian kamerzysta w roli rycerzyka swoją protekcjonalnością podkreślający żałosność tej postaci? Może jump kamery, były za mało jump?

Wrażenie po seansie raczej mizerne, ale tego właśnie się spodziewałam. Film średni.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:4

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 1/10

sobota, 28 czerwca 2014

100 Feet/ Domowe piekło (2008)

domowe pieklo

Marnie Watson wyrokiem sądu zostaje skazana na odsiadkę za zamordowanie, jakkolwiek w obronie własnej, swojego męża policjanta, Mike'a.

Ostatni rok wyroku ma odsiedzieć w areszcie domowym, nie mogąc oddalić się więcej jak sto stóp od zainstalowanego tam nadajnika. Kobieta cieszy się pozorną wolnością w czterech ścianach domu i pragnąc nic więcej niż święty spokój.

Co prawda doskwiera jej samotność, bo z łatką morderczyni raczej nie ma szansy zostać królową balu. Wypinają się na nią rodzina, przyjaciele i sąsiedzi. Dodatkowo jeden z policjantów, niegdyś przyjaciel jej i partner jej martwego męża, Shanks inwigiluje ją i dokucza, w żaden sposób nie mogąc pogodzić się z faktem, iż jego kumpel był zwykłym psycholem.

Dzielna kobieta znosiłaby to, gdyby nie interwencja z zaświatów. Duch męża dalej krąży po ich wspólnym, niegdyś, domu i jak za 'starych dobrych czasów' spuszcza jej łomot i usiłuje uśmiercić.

domowe pieklo

Horror jest  kojarzony jako gatunek czysto rozrywkowy. Ma bawić strasząc i nie wiele ponadto. Nie wiem jak wy, ale bardzo wielu widzów wychodzi z takiego właśnie założenia. Twórcy tego gatunku starają się jednak przemycić do swoich filmów nutkę powagi, chcą poruszać ważne kwestie, bodaj otrzeć się o problemy społeczne.

Tak też jest w przypadku Erica Red'a. Ostatni z filmów twórcy takich hiciorów jak, "Autostopowicz", czy mniej znanego, ale całkiem niezłego "Body parts", porusza problem przemocy domowej, oraz piętna, jakie społeczeństwo odciska na tych, którzy dopuszczają się zbrodni morderstwa - albo raczej na tych, którzy zostają za nią oficjalnie obwinieni.

Mąż skurwysyn zostaje zabity, ale to nie koniec piekła dla kobiety, która latami znosiła maltretowanie z przyzwoleniem władz, w dodatku z rąk osoby będącej stróżem prawa. Marnie nijak nie może odciąć się od tragicznej przeszłości, bo w imię starej zasady ghost story kto był za życia palantem, po śmierci jest jeszcze groźniejszym palantem. Mike zaczyna objawiać swoją fizyczną obecność w domu żony. Początkowo rzuca w nią talerzami, spycha ze schodów, czy nie pozwala skutecznie zamalować plamy krwi, jaką po sobie pozostawił. Z czasem, gdy kobieta stara się go przepędzić, pozbywając się wszystkich śladów jego bytności w domu, on staje się jeszcze bardziej agresywny.

domowe pieklo

Marnie przeżywa dokładnie to samo, co za jego życia. Chciała go wykluczyć, więc on postanowił ją zabić. Uwięziona na sto stóp od nadajnika ma dość małe pole manewru, a jakakolwiek pomoc z zewnątrz jest nie możliwa, o czym przekonuje się, gdy duch załatwia jej małego kochana (Fani "Plotkary" baczność, przed Wami zmaltretowany Chuck Bass).

domowe pieklo

Scenariusz filmu jest więc całkiem zgrabny. Jednak znacznie ciekawiej byłby, gdyby twórca tak dobitnie nie podkreślał faktu, że mamy tu tylko jedną drogę interpretacji: duch. Czy nie było by fajniej, gdyby obecność Mike nie manifestowała się tak dosłownie? Gdyby widz miał szansę pomyśleć: Hę... a może lasce odwala, bo ma wyrzuty sumienia?

Na myślenie nie ma tu czasu, nie ma takiej możliwości, bo zmora przyjmuje kształt człowieka i w czasie wielkiego BUM ogłasza swoje zamiary. Pomijając fakt, że obraz ducha przedstawia się tandetnie, to jeszcze nie zabraknie tu durnych scen, jak rzucanie w ducha obrączką w celu jego eksterminacji. Zbliżenie na pierścionek, otoczony płomieniami wywołał u mnie drwiący uśmiech i zaczęłam wypatrywać Goluma, który go pochwyci.

domowe pieklo

domowe pieklo

Sceny finałowe są bardzo źle zrobione natomiast sam epilog poprawił mi nieco nastrój. SPOILER: Już myślałam, że cudem ocalony Shanks odejdzie pod rękę z Marnie prosto na komisariat, albo co tam, od razu do prokuratury, gdzie poświadczy, że oto miał do czynienia z duchem, a Marnie jest biedną ofiarą. To by było duże przegięcie. Zamiast tego dzielna kobieta ucieka w siną dal z  kotem na ręku, a policja stwierdza iż zginęła w pożarze. Ciekawe skąd wytrzasnęli jej spalone truchło? Ale mniejsza o to. Grunt, że kot i jego pańcia odjechali busem w stronę słońca.  KONIEC SPOILERA.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:7

Walory techniczne:5

Oryginalność:7

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

To coś:7

64/100

W skali brutalności: 2/10

piątek, 27 czerwca 2014

Animal (2014)

animal

Grupa przyjaciół, Alissa, jej brat, guru survivalu Jeff, jej chłopak Matt, jej przyjaciółka i jednocześnie dziewczyna brata, Mandy 'sexy chick' oraz wyrzucony poza nawias kumpel gej, Sean, wyruszają do malowniczego Holland Creek by... pospacerować po lesie.

Ich plan działania od początku był dla mnie nie jasny, ale cała historia i tak sprowadza się do tego, by spacerowicze spotkali na swojej drodze dziwne zmutowane zwierze, podobne zupełnie do niczego. Zwierzę to zapędza ekipę do leśnej chaty, gdzie wcześniej zabunkrowali się inni nieszczęśnicy. Reszta fabuły to próba przetrwania.

"Animal" raczej nie doczeka się pochlebnych opinii, i nawet mi go trochę szkoda, bo wcale nie jest bardziej idiotyczny niż większość jego pokroju produkcji. Ot mamy jakieś dziwne zwierzę, które żyje w lesie i żyw się turystami.

animal

Jego wygląd jest eh... nie chciałam używać określenia żałosny, ale cały czas to właśnie ono plącze mi się po głowie. Nikt z twórców nie miał pomysłu jak straszydło powinno wyglądać i wyszła trochę takk przerośnięta bezwłosa wiewiórka.

Postaci osób, którym przyjdzie zmierzyć się z wiewiórem również nie wybiegają ponad standard. Jest bystra Aliissa, jest słodka Mady, jest dzielny Jeff, jest zakochany Matt i jest chudy, zabawny, gej.

Ekipa do której dołączają w chacie (przynajmniej ci, którzy do niej dotrą)  to z kolei opanowany Carl, jego histeryczna żona Vicky i Doug, któremu przypadła rola zimnego skurwysyna nieustannie kombinującemu, kogo by tu podstawić bestii w ramach przynęty.

animal

Nie mogę powiedzieć żeby film zaskakiwał czymkolwiek po za zadziwiająco poprawną realizacją. Nawet aktorstwo jest przyzwoite i choć bestia wygląda tak jak wygląda, to spełnia mimo wszytko swoją rolę.

Niezłe zdjęcia, choć jak na animal atack prezentują trochę za mało wywleczonych, na wpół skonsumowanych flaków. Wszystko trąci pewną naiwnością, a zachowania protagonistów, wybitnie skojarzyły mi się z przygodami przyjaciół "Scooby Doo". Co z kolei nie okazało się wcale idiotycznym tropem, bo jedna ze scenarzystek pracowała właśnie przy tej bajce. Reżyser obrazu wybił się, choć nie wiem, czy można mówić tu o wybiciu, po tym jak swój krótkometrażowy horror przerobił na pełny film - mowa tu o "Husk".

Słowem podsumowania mogę powiedzieć, że film wcale nie prezentuje się tak źle jak się spodziewałam, więc jeśli ktoś ma ochotę na coś lekko strawnego to może skonsumować "Animal".

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Oryginalność:3

To coś:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:5

55/100

W skali brutalności: 2/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie






















Najstraszniejsze strony w necie

Blogi

Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidzących

Spis moli