What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.
Kategorie: Wszystkie | Ghost story
RSS
środa, 31 grudnia 2014

OSTATNI DZIEŃ GŁOSOWANIA!

Dziś macie ostatnią szansę by oddać głosy na Waszym zdaniem, najlepsze tegoroczne produkcje z gatunków horror i thriller.

Zapraszam do głosowania TU

najlepsze horrory roku

Ze swojej strony życzę czytelnikom bloga wspaniałego nowego roku, pełnego krwawych mordów, duchów i mutantów:)

12:54, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Blutgletscher/ Krwawy lodowiec (2013)

krwawy lodowiec

Na stacji badawczej w austriackich Alpach przebywa grupa naukowców i techników, w tym mechanik Janek, zapijający smutki samotnik.

Pewnego dnia w czasie kontroli jednego z urządzeń natrafia na dziwnie wyglądający lodowiec. Tworzy on jaskinie, ale nie to jest w nim niezwykłe. Pokrywa go coś na kształt krwawej mazi, tak jakby pod lodem znajdowała się jakaś substancja, która teraz pod wpływem ciepła została uwolniona z lodu. Jego towarzyszka, pies o imieniu Tinny znajduje w owej jaskini dziwnie wyglądającego lisa. Pies zostaje raniony, a Janek wraca do bazy i opowiada towarzyszom o dziwnym znalezisku. Tymczasem do bazy z wizytacją ma przybyć Pani minister wraz ze swoją strażą przyboczną. Grupa ma pokonać szlak w okolicy krwawiącego lodowca.

krwawy lodowiec

Reżyser i scenarzysta, Marvin Kren zawsze fascynował się monster movie. Jego pierwsza produkcja traktowała jednak o potyczka z zombiakami, a dopiero parę lat później zdołał uciułać trochę grosza na nakręcenie filmu bliższego swoim fascynacjom.

"Krwawy lodowiec" spodobał mi się już od pierwszych ujęć. Piękne alpejskie plenery widziane z ziemi i z powietrza. Pokryte śniegiem i lodem tworzą bardzo zimny klimat, a otaczające zewsząd pustkowia z miejsca budzą niepokój.

Grupie naukowców - bardzo barwne stado- przyjdzie się tam zmierzyć z iście Carpenter'owskim zagrożeniem. Tak, skojarzenia z "The Thing" są bardzo czytelne, bo znowu mamy motyw 'czegoś' ukrytego pod lodem, co jak się szybko okaże jest pasożytem zagrażającym życiu wszystkich żywych organizmów na ziemi. 'Modus operandi' nieznanego bardzo przypomina pomysł z filmu Carpenter'a, jednak, żeby nie było, działa na nieco innych zasadach.

krwawy lodowiec

W szczegóły wdawać się nie będę. Dość powiedzieć, że widz będzie miał okazję popatrzeć na owe obrzydliwe 'coś', przyjrzeć się dość dokładnie, bo mimo iż twórca nie bardzo mógł zaszaleć z efektami, to postarał się by jego 'cosiek' wypadł bardzo efektownie.

Scen krwawych, brutalnych i budzących obrzydzenie tu nie zabraknie, ale udało się twórcy utrzymać na granicy znośnego smaku, nie ocierać o kicz i nie hołdować zbyt estetyce gore. Co pewnie jedni uznają za zaletę, inni za wadę.

krwawy lodowiec

Sama historia oparta jest na pomyśle Carpenter'a i nie ma co tego ukrywać. Można mówić o bezlitosnym przerżnięciu pomysłu, albo o czytelnej inspiracji. Wszystko zależy od dobrej woli widza.

Jak wspomniałam filmowi bohaterzy tworzą ciekawe stado. Na pierwszym planie mamy Janka, ze złamanym sercem i mocno nadużywaną wątrobą, którego towarzyszką życia jest suczka Tinny.

krwawy lodowiec

Jest też para naukowców, do których Janek odnosi się z lekceważeniem, co bywa dość zabawne. Gdy na plan wkracza pani minister ze swoją świtą mamy wzbogacenie o kolejne ciekawe charaktery. Tu szczególną uwagę zwraca pani minister 'nie żryj banana gdy płaczesz', która, jak się okazuje nie tylko w polityce radzi sobie bardzo dobrze. W tej roli, co ciekawe zobaczymy mamusie twórcy filmu:)

Żeby nie było, że to jakaś komedia, zaznaczę, że klimat grozy, napięcie stosowne do dramatycznych wydarzeń cały czas jest obecne i film należy traktować całkiem serio. Przynajmniej do pewnego momentu... Nie mogłam pojąć jak twórca ,który tak fajnie radził sobie z całym scenariuszem tak skopał go w finale. Zakończenie jest po prostu durne i nieadekwatne. Typowe dla filmów z motywem jakiejś zarazy, ale nie pasujące do tego konkretnego scenariusza. Jest jakby oderwane od całości i zupełnie bez sensu, jeśli mam być szczera.

Te ostanie minuty filmu mogę wybaczyć, bo całość jest zadowalająca w stopniu większym niż przeciętny. Być może przemawia przeze mnie sentyment do "The Thing", ale film mi się spodobał.

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:7

67/100

W skali brutalności:4/10

niedziela, 28 grudnia 2014

Deep in the darkness/ Głębia ciemności (2014)

deep in darness

Doktor Michael Cayle obejmuje praktykę w małym miasteczku Ashborough w New Hampshire, gdzie przeprowadza się wraz z żoną Cristine i córką Jessic'ą. Szybko zauważa, że na prowincji żyje się zdecydowanie inaczej. Mężczyzna jest zaskoczony wiarą mieszkańców w miejscowe legendy i ich wręcz fanatycznym przywiązaniem do wspólnoty.  Jeden z mieszkańców gorąco pragnie go przekonać do zmiany postawy, w przeciwnym razie coś złego może przydarzyć się rodzinie doktora.

deep in darness

Film Colina Theys'a na podstawie scenariusza John'a Doolan'a powstał w oparciu o powieść grozy Michaela Laimo, podobnie jak jego wcześniejszy film "Umarłe dusze". O ile książki budzą spory entuzjazm wśród czytelników, to ich adaptacje już nie koniecznie. "Głębia ciemności" na pewno wypada dużo lepiej niż "Umarłe dusze", ale nie jest to film idealny i w pełni wykorzystujący swój horrorowy potencjał.

Trzeba przyznać, że pomysł małej amerykańskiej osady, pełnej tajemniczych i jak się okazuje mrocznych sekretów, nie jest niczym nowatorskim. Nowo przybyła do owego miasteczka rodzina to też szablonowi protagoniści i of course przyszłe ofiary intrygi fanatycznych antybohaterów.

deep in darness

Początek filmu, gdy jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z solidnych podstaw wierzeń mieszkańców Ashborough, kieruje nasze myśli w stronę horroru religijnego. I ta pierwsza, ostrożna część fabuły podobał mi się zdecydowanie bardziej niż jej druga polowa, gdy wszytko staje się już jasne. Może dlatego, że owa tajemnica ukryta w podziemiach nie do końca przypadła mi do gustu. Pomysł jakiś taki... prymitywny, bez polotu i pono, nie do końca zgodny z książkowym zamysłem.

Druga połowa seansu to także przyspieszenie akcji, większe nagromadzenie scen w których na jaw wyszły ubytki w zdolnościach operatorskich i niedoróbki w montażu. Kamery są bardzo niestabilne, obraz momentami nieostry. O ile w wolniejszych sekwencjach jeszcze istniały podstawy do zbudowania napięcia, to w tych szybszych już nie bardzo. Gdzieś przepada klimat.

deep in darness

Na pewno za jakiś czas sięgnę po książkę, bo myślę, że film szybko wywietrzeje mi z głowy. Jest po prostu średni. Dobry początek, plus za aktorstwo, ale zdecydowany minus za drugą połowę ( mimo iż finał stara się ratować sprawę) i realizację.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 27 grudnia 2014

Bobry zombi/ Zombeavers (2014)

zombeavers

Trzy przyjaciółki, Jenny, Mary i Zoe, wybierają się na weekend do domku nad jeziorem w ramach interwencji kryzysowej w sprawie złamanego serca Jenn. Babski weekend przerywają chłopcy, w tym zdradziecki facet Jenny, którzy dołączają do nich jeszcze tego samego wieczoru.

Nikt z szóstki przyjaciół nie wie, że w pobliskich wodach, za sprawą dwóch 'nierozważnych' kierowców samochodu z odpadami chemicznymi lęgną się bobry zombie, które to wkrótce przejdą do zmasowanego ataku.

zombeavers

Nigdy nie byłam fanką filmów z gatunku animal attack. Może dlatego, że zawsze szkoda mi tych biednych zwierząt, które robią w nich za wcielone zło i prędzej, czy później giną z rąk tak zwanych bohaterów pozytywnych, czyli najczęściej mało rozgarniętych przedstawicieli ludzkiego gatunku.

Ten nurt jest znany już od dawna. Słynie nie tylko ze swojego typowego przesłania, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak, ale też z bardzo pomysłowych, graniczących z absurdalnością pomysłów na postaci krwiożerczych bestii, atakując na lądzie, w wodzie i w powietrzu.

Filmowi przedstawiciele najróżniejszych gatunków królestwa zwierząt najczęściej nie mają zbyt wiele wspólnego z ich naturalną egzystencją, ich zachowania są dostosowane do scenariusza, który ma maksymalnie przerażać,nawet kosztem realizmu czy logiki.

Zdarza się też, że filmowcy tworzą całkowicie nowe gatunki, swoiste mutanty, tak powstają 'ośmiorekiny', 'megapiranie' i temu podobne hybrydy.

Jordan Rubin postawił jednak na zwierzęta zupełnie nie kojarzone z zagrożeniem. Na bobry. Miłe futerkowe zwierzęta, budujące swoje żeremie i tamy w zbiornikach wodnych, wegetarianie. Z pomocą jakiejś anonimowej substancji, która w wyniku niefortunnego wypadku dostaje się do wody, boberki zmieniają się w bobry zombie, agresywne bestie atakujące ludzi.

zombeavers

Bliźniaczy motyw wykorzystał ponad pół wieku temu inny filmowiec, czyniąc agresorem innego małego futrzaka - chyba wszyscy pamiętają "Zabójcze ryjówki".

Praktycznie od początku seansu, gdy tylko pierwszy boberek wyskakuje z wanny wprost na jasnowłosą protagonistę miałam wrażenie, że twórcy zapatrzyli się na "Zabójcze ryjówki". Wygląd bobrów zombi wspiera takie skojarzenie, bo w przeciwieństwie do współczesnych animal attack film nie wali po oczach gładką komputerową grafiką. Bobry wyglądają jak kukiełki - może to są kukiełki? Mają zmierzwione futra, krew na zębach i martwe oczy. Ich ruchy są bardzo nieporadne, a mimo to potrafią efektownie odgryźć nogę.

zombeavers

Krwawe sceny są równie naturalistyczne i proste, co bardzo mi się podoba bo przywołuje na myśl takie klasyki jak właśnie wspomniane "Zabójcze ryjówki". Kolorystyka filmu jest bardzo intensywna, bobry atakują w pełnym oświetleniu.

Jeśli zaś chodzi o ofiary ataku to stanowią takie stado bardzo standardowe. Jest cierpiąca z powodu zdrady Jenn, jest opiekuńcza Mary, która jak się w końcu okaże, ma diabełka za skórą i bezpruderyjna Zoe. Chłopcy bardziej robią za tło, nikt nie wybiega po za schemat, nikt nie grzeszy inteligencją. Same dupki, jedni bardziej, inni mniej. Ich rozmówki bywają zabawne, ale jest to humor z rodzaju tych mało lotnych, do którego przywykli już widzowie amerykańskich filmów. Nie mniej jednak jest zabawnie.

Fajny pomysł na otwarcie i domknięcie fabuły z udziałem dwóch przygłupów za kierownicą półciężarówki. Wspomniane sceny krwawe też puszczają oko do widza, jak chociażby odgryzienie przyrodzenia przez ex dziewczynę bobrzycę zombie... - wiem, jak to brzmi, ale jak wygląda!

Takich scen jest więcej.

Słowem podsumowania, film bardzo interesujący, fajnie bawi się z konwencją i daje sporo uciechy. Oglądać z przymrużeniem oka.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

Walory techniczne:7

65/100

W skali brutalności: 4/10

czwartek, 25 grudnia 2014

Odwykownia - Mieczysław Łuksza

odwykownia

Polska, lata '80. Na Pomorzu żyje sobie trzydziestoletni swawolny pijaczek, Wieńczysław/ Wieniek. Zdarza mu się pracować, tu i ówdzie, ale zdecydowanie częściej oddaje się swojej pasji, spożywaniu alkoholu w ilościach ograniczonych tylko przez złą wolę próbujących zmusić do trzeźwości obywatela Wieńka, ludzi.

Pewnego dnia, w zamian za obiecaną flaszkę Wieniek deklaruje matce zgłoszenie się do szpitala psychiatrycznego we Fromborku celem przejścia odwyku. Jako że pijaczek, człowiek solidny, litość nad rozpaczającą matką ma, nazajutrz wtacza się na odwyk, gdzie uczy się życia bez gazu, przez następne kilka miesięcy.

Powieść, zakładam debiutanta, traktuje o tych kilku miesiącach pełnych różnorakich wzruszeń, załamań i wreszcie zmian, jakie zachodzą w głównym bohaterze i narratorze.

Mieczysław Łuksza nie pochwalił się na odwrocie okładki swoją wybitną karierą naukową, miejscem urodzenia, czy choćby wiekiem. Pisarz zagadka:) Sądząc po bardzo podobnym fonetycznie imieniu jego bohatera literackiego sądzę, że pod powieścią może kryć się jego osobista historia. A może to tylko zbieg okoliczności, a Pan Mieczysław życie na odwyku zna z zupełnie innych źródeł?

Tak, czy siak, zapewnia on swoim czytelnikom pełną świetnego, często czarnego, humoru opowieść o gorzkim posmaku w ustach, jaki zna każdy zarzygany miłośnik trunków.

Wieniek, to taka postać tragiczno -komiczna. A sama opowieść to taka historia o poszukiwaniu bezpiecznego schronienia przed samym sobą. Bohater znajduje je w szpitalu, do którego trafia się albo w wyniku wielkiej desperacji albo pod przymusem.

Autor opowiada o życiu na oddziale i choć jego historia rozgrywa się w latach '80 to placówka nie bardzo różni się od obecnego obrazu takich miejsc. No, może pomijając nadzwyczajny przerost atrakcyjnych kobiet wśród personelu szpitalnego;)

Wieniek przedstawia nam pokrótce siebie, swój sposób myślenia, proces zachodzących w nim zmian, swoiste przewartościowanie. Jego oczami widzimy szpitalne mury i ich więźniów. Niektórzy, tak jak on szukają tam schronienia, inni trafili tam, bo choroba psychiczna nie pozwoliłby im być dobrymi członkami społeczeństwa. Inni tak jak Wieniek, przybyli by trochę odpocząć od picia. Niektórzy odpoczywali bardziej, inni mniej:)

Relacje jaki bohater buduje z innymi pacjentami są przedstawione w bardzo ciekawy sposób, taki prosty, zwyczajny, bez wydumania. Pojawia się też ciekawy, iście detektywistyczny, wątek, który bardzo przykuł moją uwagę.

A całość fabuły? Niby nic, a jednak coś. O tych wszystkich perypetiach, przemyśleniach etc. czyta się bardzo dobrze. Na pewno jest to zasługa bardzo sprawnego pióra autora, który pisać po prostu umie. Tak po gawędziarsku bez silenia się na przyszłego noblistę, przeintelektualizowania, czy napinania przy każdym przecinku. Jest lekko i płynnie. Jest fajnie:)

Moja ocena:7/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

http://novaeres.pl/

Tagi: książki
11:42, ilsa333
Link Komentarze (4) »

Death Clique/ Zabójcza klika (2014)

death clique

Do klasy, której uczennicami są Sarah i Jade dołącza Ashley. Dziewczynie bardzo zależy na zaprzyjaźnieniu się z Jade. Jest zazdrosna o jej relację z Sarah. Stopniowe odsuwanie Jade od najlepszej kumpeli nie wystarcza Ashley. Dziewczyna postanawia na dobre pozbyć się koleżanki.

Ot, taki kolejny teen thrillerek, zrealizowany dla telewizji. Jego twórcy i jak aktorzy w nim występujący są znani z innych projektów telewizyjnych, najczęściej seriali.

Fabuła jest bardzo prosta, bo oparta na starym jak świat motywie zazdrości i  rywalizacji.

death clique

Alshley przybywa do nowej szkoły nie wiadomo skąd. Dziewczyna pochodzi z nieciekawej rodziny. Jej matka pije, a ojciec zostawił rodzinę.

Alshey ma poważne problemy z relacjami z ludźmi, co widać po jej nachalnie budowanej więzi z nową koleżanka i próbom odcięcia jej od innych ludzi, głównie od Sarah.

Jade nie jest tak problematyczna jak 'nowa', ale też lubi sobie powagarować i nie ma najlepszych relacji rodzinnych. Ashley wydaje się rozumieć ją lepiej niż Sarah której życie wygląda zupełnie inaczej. Jest dobrą uczennicą, ma nadskakujących jej rodziców. Ashley utrudnia życie Sarah, ale to jej nie wystarcza. Na nieszczęście Jade jest łatwa do zmanipulowania i wkrótce trzy uczennice liceum ląduja w opuszczonym magazynie na obrzeżach miasta.

death clique

Kolejny teen thriller i kolejny film inspirowany, pono, prawdziwymi wydarzeniami.

Świat nastolatków jest występny i pogmatwany. Burza hormonów, to jeszcze nic. Czasami zdarzy się bardziej patologiczny egzemplarz, który pragnie czegoś więcej niż zostania królową balu. Ashley to taka młodociana psychopatka. Wie, że otaczają ją ludzie słabej woli, więc bez oporów to wykorzystuje. Matkę traktuje jak śmiecia, nie chce jej pomóc, taki nierówny układ bardzo jej odpowiada. Pijana matka nie bardzo wie, co się dzieje, toteż Ashley ma wolną rękę.

death clique

Jade, do tej pory wierna kumpla Sarah chyba nie do końca komfortowo czuła się w dotychczasowym układzie. Zazdrościła Sarah jej dobrych relacji w domu i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego koleżanka tego nie docenia. Ashley sprawnie podsyca niskie uczucie zazdrości, wmawiając Jade, że Sarah traktuje ją z góry. Taka niby prosta rozgrywka, a jednak przynosi poważne konsekwencje.

Zwyczajny film, nie niosący za sobą zbyt wiele. Nie ma tu głębszej analizy postaci i ich postępowania. Wszytko jest spłaszczone do pewnego niezbyt wygórowanego poziomu. Sprawia to, że film jest bardzo prosty w odbiorze i nie nastręcza jakiś wątpliwości. Ogląda się go przyjemnie i łatwo. Na nudę w sam raz, ale nikogo do seansu szczególnie zachęcać nie będę.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 23 grudnia 2014

AlekSandra - Anna Bożena Zaniewska

aleksadra

Piotr Kawecki jest lekarzem transplantologiem. Pracuje w klinice i walczy o życie tych, którzy z różnych przyczyn skazani byliby na śmierć. Przeszczepia to  owo, aż pewnego dnia staje przed dylematem, czy iść o krok dalej? Czy dokonać tego, czego nikt do tej pory nie zrobił?

Oczywiście zrobi to, a czytelnik, który sięgnie po powieść "AlekSandra" będzie miał okazję się o tym przekonać.

Kolejny debiut literacki. Tym razem Novae Res dała szansę aspirującej autorce z dyplomem z psychologii i filozofii, co, jak głosi okładka ma jej umożliwić wgląd w ludzką naturę i jego relację ze światem zewnętrznym.

Powieść "AlekSandra", czy raczej niespełna 88 stronicowa nowelka, wydrukowana dużą czcionką bardzo mnie zasmuciła. Nie chodzi mi o to, że z opisanej tu historii bije smutek, smuci mnie to, że autorka chciała ją opublikować. Każdy pisać może i wydawać też i gorąco zachęcam do tego wszystkich, którzy czują takową potrzebę, ale najpierw trzeba dwa razy się zastanowić, czy produkt jest gotowy.

"AlekSandra" gotowa nie jest pod żadnym względem. Ani pod kątem fabuły, ani pod kątem formy.

Stylu tu nie ma wcale. Jest jakaś relacja z pewnych wydarzeń opisana bardzo skromnie, ozdabiana wciąż  tymi samymi przymiotnikami, żeby tylko zdania były bardziej złożone. Na błędach stylistycznych się nie znam, ale potrafię zauważyć, że tekst nie ma polotu, jest kanciasty. Z tym to już raczej nic nie da się zrobić, korekta nie załatwi tego rodzaju braków.

A fabuła? Cóż, pomysł ambitny, ale znowu mamy braki. Książka jest krótka, ale nawet w krótkiej formie da się nakreślić jakieś portrety bohaterów, zwłaszcza, że można ich zliczyć na palcach jednej ręki. Piotr Kawecki nie ma nic po za imieniem i nazwiskiem. Wieku, koloru oczu, temperamentu, jakiś swoich zachowań osobniczych, że tak ujmę. Wiemy, że wykonuje ważny zawód, że dużo pracuje, w jakiejś anonimowej klinice z anonimowymi ludźmi, w anonimowym mieście. Wiąże go 'jakaś' relacja z pewną kobietą i konflikt z kolegą z pracy. Ma też gosposie, Panią Marię, która ciągle się martwi, a jej myśli to ustawiczne frazesy, które autorka upycha w fabułę.

Dodałabym do tego jeszcze bardzo słabo budowane dialogi.

Medycyna jest ważnym, można powiedzieć, głównym tematem powieści, ale ten wątek też nie jest dopracowany. Wiemy, że nasz bohater przeszczepi mózg, a pierwsza w historii operacja będzie trwałą jedenaście godzin - prędziutko, to bodajże pierwszy przeszczep ręki, której nie trzeba łączyć z rdzeniem kręgowym, która nie ma w sobie miliona połączeń neuronowych, trwał 12 godzin - ale niech będzie, że mamy tu wątek sci-fi. Ale znowuż, wprowadzenie wątku sci- fi też wymaga dużego nakładu pracy ze strony autora. W końcu za to kochamy fantastykę, że niemożliwe staje się możliwe. Gdy czytamy np. o sztucznej inteligencji dowiadujemy się jak została stworzona. Nie ważne, że podstawy teoretyczne bywają liche, ale przynajmniej w jakiś sposób starają się objaśniać istnienie takiej opcji. Pani Zaniewska porostu wyjęła jeden mózg i wstawiła w miejsce innego i po krzyku. Liczyłam, że nadrobi szerokimi rozważaniami na temat konsekwencji takiego zabiegu, ale tu znowu mamy bieg na skróty.

Bardzo widoczna jest skłonność autorki do upraszczania, domniemana znawczyni ludzkiej natury powinna wiedzieć, że ludzie nie są prości, a cała siła bohatera literackiego tkwi w jego złożoności. Bohater musi być JAKIŚ. Jego charakter ma wpływ na całokształt powieści. Jeśli bohater jest nijaki to powieść też.

Kanciasty styl i kanciata treść oparta na wspomnianych frazesach i spłycaniu całego świata przedstawionego. W wielu momentach lektury po prostu chciało mi się śmiać. Jej bohater, postać przezroczysta, góruje nad resztą nijakich bohaterów z jakiś nieznanych mi przyczyn. Otaczają go osoby nie mające ani odrobiny siły przebicia: Pracownicy prosektorium, którym całkowicie obce jest znaczenie słowa 'transplantolog', czy komisja etyczna krajowej rady transplantacyjnej (tu zwana komisją lekarską), która wobec pomysłu Piotra 'zamierza złożyć zażalenie'. Wszytko to w moim odczuciu dowodzi tego, że pojecie autorki o procedurach lekarskich jak i o 'naturze człowieka' (już uwielbiam ten zwrot) jest bardzo nikłe. Nie rozwija wątków, w które należałoby włożyć więcej wysiłku, tak jakby sam temat powieści - ambitny - miał załatwić wszytko.

Do tego mamy trochę rozważań moralnych nad samym faktem dokonywania przeszczepów, ale tak na dobrą sprawę nie wynika z tego nic po za pustosłowiem i półgębkiem wyrzucanych z ust bohaterów wątpliwości.

Całość jest po prostu słaba. No, słaba. Trzeba by mocno popracować na tym pomyłem. Wzbogacić go, nadać mu jakiś konkretniejszy wymiar. Przemyśleć. Bo na razie jest bardzo jałowy. Zaledwie szkic powieści, nie powieść.

Moja ocena:3/10

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

http://novaeres.pl/


Tagi: książki
08:31, ilsa333
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wybieramy najlepsze filmy grozy roku 2014

Przypominam o małym plebiscycie, w którym Wy, czytelnicy bloga macie za zadanie wytypować trzy najlepsze Waszym zdaniem filmy grozy, jakie pojawiły się w tym roku. Listę filmów, którą dla Was przygotowałam znajdziecie TU

Wszystkich zachęcam do podawania swoich typów.

09:38, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 grudnia 2014

Tusk/Kieł (2014)

tusk

Wallace Bryton shwoman prowadzący autorki podcast, którego celem jest wyszydzenie wszystkiego i wszystkich bez jakichkolwiek ograniczeń ludzką przyzwoitością, wybiera się do Kanady, gdzie zamierza przeprowadzić wywiad z jedną z ofiar swojego czarnego poczucia humoru. Jak się okazuje koleś strzelił samobója, a Wallace został bez materiału.

Przypadkowo natrafia na ogłoszenie, w którym starszy mężczyzna oferuje pokój do wynajęcia, zaznaczając, że jest samotny i nie ma komu opowiedzieć historii ze swojego długiego życia. Wallance łyka haczyk i trafia do domostwa starego wilka morskiego, który to raczy go niesamowitymi opowieściami. Howard Howe ma w zanadrzu nie tylko szaloną przeszłość, ale i jeszcze bardziej popieprzone plany na przyszłość. Wallace staje się ofiarą jego traumy, która każe Howardowi przemieniać ludzi w ... morsy.

tusk

Kevin Smith twórca filmu kojarzony jest głównie z komediami, co nie znaczy, że nie działa też w innych gatunkach, chociażby w horrorze. "Kieł" jest taką kompilacją czarnej komedii i filmu grozy.

Początek fabuły pozwala nam zapoznać się z przyszłą ofiarą, Wallace, którego poczucie empatii wobec bliźniego jest mocno nadwątlone przez szydercze poczucie humoru i chęć wybicia się dzięki ośmieszaniu innych. To taki dupek gwiazdor, który zdradza swoją śliczną dziewczynę przy każdej okazji i nie szanuje innych ludzi. Spotykając na swojej drodze Howarda, istnego szaleńca, ma okazję przekonać się - dobitnie przekonać się - jak to jest przestać być człowiekiem.

tusk

Howard stopniowo przerabia chłopaka we wspomnianego morsa. Dlaczego akurat mors? Przyczyn szaleństwa starca należy doszukiwać się w jego przeszłości, traumatycznej i bolesnej ot co. Mors "Pan Kieł' był jedyną istotą, która okazała mu odrobinę dobra, a on co zrobił w zamian?

Teraz przerabiając bezwartościowego karierowicza w owe zwierzę dając przyjacielowi z przeszłości drugą szansę. W jego mniemaniu nie robi Wallance'owi krzywdy, bo bycie dostojnym morskim bohaterem to zaszczyt. W taki oto pokrętny sposób Howard pragnie naprawić swój błąd. 

Wiem, że sam pomysł z morsem naraża twórce horroru na śmieszność, ale mnie osobiście trochę ta historia poruszyła, co może oznaczać, że nie jest tak idiotyczna jak może wyglądać. Zwłaszcza, że nie jest do końca wyssana z palca. Smith podobnie jak jego bohater prowadził program SModcast, gdzie trafił na ogłoszenie z portalu Gumtree zamieszczonym przez starego marynarza oferującego pokój w zamian za towarzystwo. Ów mężczyzna przez trzy lata mieszkał samotnie na Kanadyjskiej wyspie, jedynie w towarzystwie morsa którego nazwał Gregory. Teraz chce odzyskać namiastkę tamtej więzi z związku z czym poszukuje współlokatora gotowego udawać morsa.

Walorami horrorwymi po za niewątpliwie ciekawym motywem szaleństwa antagonisty są dość brutalne, graniczące z obrzydzeniem sceny. Wygląd Wallance'a po zabiegu przyprawia o gęsią skórkę. Zachowania Howarda nie można nazwać inaczej jak torturami. A sam finał, przewrotny, przygnębiający, mocny.

tusk

Mimo tych wszystkich elementów film przez cały czas balansuje na granicy groteski, śmieszności. Ma to swoje odzwierciedlenie w wielu sytuacjach, czy dialogach, a także w kreacjach poszczególnych bohaterów. Wallance'a już podsumowałam, ale został jeszcze Howard, taki typowy ekscentryczny staruszek, ale z bardzo nietypowymi zapędami.

Kiedy przetrzymuje głównego bohatera w swojej piwnicy, na ratunek wyrusza dziewczyna Wallance'a i jego kumpel - w tej roli Haley Joel 'Widzę martwych ludzi" Osment, którego już dawno nie widziałam na ekranie.

tusk

Pojawia się też Johny Depp, którego w pierwszej chwili w ogóle nie rozpoznałam. Wciela się tu w pokręconego detektywa mówiącego z francuskim akcentem i będącego kolejną barwną postacią na planszy.

Podsumowując film bardzo ciekawy, oryginalny, niebanalny. Na pewno się wyróżnia i na pewno nie jednemu z widzów dostarczy uciechy.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne: 7

Oryginalność:9

To coś:8

75/100

W skali brutalności:4/10

sobota, 20 grudnia 2014

Jeden Bóg - Katarzyna Mlek

jeden bóg

Rok 2015. Mirosław Zieliński syn rolnika i ambitny biotechnolog zaczyna zdobywać świat. Z pomocą majętnego i bezwzględnego kochanka przejmuje amerykańską firmę Plantinium i w środku Europy, w zapomnianej przez inwestorów Łodzi otwiera swoją firmę.

"Genesis" zaczyna od genetycznie modyfikowanej roślinności by w 2087 skończyć jako światowy potentat klonujący ludzi, trzymający w garści nie tylko Europę, ale i cały świat.

"- Przesadzasz. Przecież bóg jest tylko jeden, czyż nie?

- Fakt wszyscy lubimy pieniądze"

O planach autorki "Zapomnij patrząc na słońce", wydania 'futurystycznej powieści' , "ciężkiej i obrazoburczej" wiedziałam jakiś rok temu. Pani Katarzyna poleciła trzymać kciuki za książkę, tak więc trzymałam. Nie miałam pojęcia z czym teraz wyskoczy, bo każda z trzech, teraz już czterech, kolejnych książek jakie udało się wypuścić na rynek są od siebie skrajnie różne.

Przeważnie pisarze trzymają się jednego tematu, podobnej stylistyki, czy też skupiają się na płodzeniu niekończących się kontynuacji sprawdzonej już na rynku wydawniczym historii.

Katarzyna Mlek prze na przód, rzucając coraz to nowsze pomysły. Teraz proponuje swoim czytelnikom historię przyszłości. Konsekwentnie buduje świat przedstawiony wybiegając w przyszłość praktycznie o wiek. Wyobraźnia, a także zwykła zdolności dostrzegania tego, dokąd zmierza nasz świat podsunęła jej wyjątkową wizję.

To jak szczegółowo, konsekwentnie i bez wysiłku opisuje 'nowy wspaniały świat' robi kolosalne wrażenie.

W jej prozie chyba najbardziej cenię lekkość z jaką płynie w swoim pisarstwie, nie sprawia wrażenia, że napisanie kolejnej powieści było dla niej jakimś wyczynem.

Czytelnik wyczuwa, gdy książka powstaje w bólach. Wyczuje każdy brak weny w kolejny fragmencie tekstu. Tu ani przez moment nie wyczułam zniżki formy.

"Jeden bóg" jest bezpretensjonalny, bardzo dobitny i szczery w swoim przekazie. Nie ociera się o tanie sci- fi mimo iż opiera się na tym, z czym ani autorka ani większość czytelników najpewniej nie miała do czynienia. Mam tu na myśli obraz, szczególnie ten, który poznajemy od wewnątrz, wielkiej korporacji, która przełamuje kolejne bariery tego, co jedni nazwą moralnością, a inni zwykła ludzka przyzwoitością.

Już od pierwszych stron wiemy, że mamy do czynienia z bohaterami bezwzględnymi w swoich dążeniach.

Czołowy zawodnik wyrzeka się wszystkiego dla kariery, nawet własnego imienia, przyjmując pseudonim jaki nadał mu kochanek- Miran. Podobnie jego partnerka Sylwia/ Satia, chce mieć wpływ na losy świata, chce go zmienić, zmodyfikować, ulepszyć. Dlatego, że jest idealistą? Nic z tych rzeczy. Miran jest dla mnie zagadką. Jego portret literacki jest bardzo wnikliwy, a jednocześnie nie byłam w stanie zrozumieć tego człowieka. Nieustannie idzie do przodu stosując taktykę spalonej ziemi. Nie liczy się z nikim, nie szanuje nawet samego siebie, bo gotowy jest na znoszenie najgorszych upokorzeń by tylko iść w górę.

Z góry widzi się więcej, ale czy to co zobaczy Miran w epilogu powieści, gdy będzie na szczycie szczytów na pewno mu się spodoba?

Cała powieść rozgrywa się na przestrzeni wieku. Początek to rok 2015, początek kariery Mirana, która zaczyna się od... zbrodni. Miranowi wszytko uchodzi płazem, dlatego przekracza granice niedostępne dla innych.

Trochę zastanawia mnie tytuł powieści, bo co on nam mówi? Bez sprzecznie nawiązuje do rozmowy jaka pada w powieści, którą pozwoliłam sobie zacytować, ale jak tytuł ma się do całej treści? Chodzi o to, że bóg jest tylko jeden i jest nim człowiek? To on buduje i niszczy, nikt inny tylko on?

dna

Bogato przedstawione tło społeczne tylko pogłębia rosnącą w czytelniku frustrację. 'Nowy wspaniały świat' w wyobraźni autorki to społeczeństwo zmanipulowane, ograbione ze wszystkiego, co ludzkie, do bólu konsumpcyjne.

Ale czy to aby na pewno taka fantastyka? Osobiście wydaje mi się, że autorka po prostu przedstawiła konsekwencje tego, z czym mamy do czynie już dziś. Dlatego właściwą akcję powieści dzieli tylko rok od obecnego 2014 roku. W końcu koniec świata dzieje się teraz, czemu by czekać na jego początek następne tysiąclecie?

Katarzyna Mlek wykorzystuje wszystkie społeczne obawy i wątpliwości, jakie niesie za sobą rozwój technologii, medycyny. Jej wizja mimo iż tak niesamowita, jest bardzo prawdopodobna. Modyfikowana żywność, manipulacje koncernów, by wprowadzić na rynek coraz to bardziej ekstremalne wynalazki, aż wreszcie całkowite odczłowieczenie człowieka.

"-Serio. Na zły dzień mamy podkręcacze, jak się chce spać mamy pobudzacze, wszytko legalne. Pewnie nieszkodliwe, a jeśli nawet, to co? Przeszczepimy się i już. Ta się tu żyje. Carpe Diem!"

To przerażające i dobitnie prawdziwe zarazem. W swojej książce autorka skupia się na czołowych bohaterach rządzących Genesisem, ale wprowadza na plansze też pionki, takich zwykłych ludzi, którzy symbolizują całe społeczeństwa. Nie brakuje tu desperatów, psychopatów, karierowiczów, idiotów.

Niebywały talent do wnikania i portretowania ludzkiej natury pisarka pokazała już wcześniej, więc nie było dla mnie zaskoczeniem, że i tym razem tak świetnie rozprawiła się z tematem.

Książkę mogę polecić praktycznie każdemu. Jest bardzo wciągająca, doskonale przemyślana i niebywale interesująca.

W paczce z egzemplarzem powieści dostałam puszkę z ziarnem modyfikowanym:) Nie mam pojęcia co z nią zrobić, może wyhoduje sobie na parapecie jakiegoś mutanta?

Moja ocena:9/10

Za książę bardzo dziękuję autorce, Katarzynie Mlek.

Tagi: książki
15:51, ilsa333
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 grudnia 2014

Never talk to strengers/ Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym (1995)

nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym

Błyskotliwa i urodziwa doktor Sarah Tylor pracuje nad opinią dla sądu w sprawie mordercy kobiet Max'a Cheskiego, którego linia obrony oparta jest na niepoczytalności. Przestępca rzekomo cierpi na bardzo rzadkie zaburzenie, mianowicie rozdwojenie jaźni.

O ile w życiu zawodowym powodzi jej się wyśmienicie, to prywatnie doskwiera jej samotność. Jej matka zginęła, gdy Sarah była dzieckiem, z ojcem ma marne relacje, a niedawno narzeczony zostawił ją z dnia na dzień i słych po nim zaginął.

Sarah nie ufa ludziom, ale poznany w sklepie Tony Rodriguez, niezwykle pociągający Portorykańczyk, sprawia, że daje sobie szansę na stworzenie związku z drugą osobą.

Początkowo nieufna Sarah angażuje się emocjonalnie w burzliwy związek, mimo coraz czytelniejszych przesłanek, że odkąd poznała Tony'ego ktoś zaczął uprzykrzać jej życie.

nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym

Gwiazdorska obsada, doświadczony reżyser, scenariusz z mocnym fabularnym twistem - to zalety tego obrazu.

Sklasyfikowany został jako thriller erotyczny. Pierwsza połowa filmu, gdy Sarah rozpoczyna znajomość z Tony'm to bez wątpienia ta część erotyczna: Rebecca De Mornay tarzająca się z Bandeasem, kąsająca go po tyłku i tego typu kwiatki.

Cienka jest granica między erotyką, a pornografią, tu sytuacje ratują zdolności operatorskie kamerzysty, które zapewniają przyjemne wizualnie wrażenia i sceny seksu nie wyglądają, jak tłuczenie mięsa. Nie mniej jednak trochę to nudne i monotonne.

nigdy nie romzwiaj z neiznjomym

Fabułę ożywiają niepokojące wydarzenia zogniskowane wokół postaci głównej bohaterki. Ktoś ją prześladuje. Wysyła niefajne prezenty, morduje kota, etc. Zaniepokojona Sarah prosi o pomoc detektywa, który ma sprawdzić, czy Sarah nie sypia czasem z wrogiem...

Wynik śledztwa okazuje się nader zaskakujący, ale szczegółów Wam nie zdradzę. Warto przekonać się o tym samemu, bo niewiele mogło zapowiadać takie rozwiązanie zagadki.

Rebecca De Mornay całkowicie przyćmiła Banderasa, który po prostu dobrze wygląda. Dopiero z wiekiem (jego wiekiem) zaczęłam w nim widzieć coś ponad urok latynoskiego kochanka.Może to też kwestia tego, że twórcy też zobaczyli w nim coś więcej i złapał ciekawsze role.

Rebece do twarzy z trudnymi, złożonymi rolami. Zawsze wywiązuje się z nich rewelacyjnie. Wystarczy przypomnieć sobie jej rolę w "Ręce nad kołyską". Tu jest podobnie. 

Lubię ten film, doceniam pomysł na scenariusz, choć muszę przyznać, że pierwsza połowa, te wszystkie tańce godowe są dość nudne, choć nie powiem, efektowne.

Polecam fanom thrillerów z lat '90. Jeśli lubicie taką estetykę, to "Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym" powinno Was zadowolić.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuł:7

klimat:6

Napięcie:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:6

Oryginalność:6

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Tagi: thriller
08:24, ilsa333
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Gone girl/ Zaginiona dziewczyna (2014)

zaginiona dziewczyna

W piątą rocznicę ślubu znika żona Nick'a, Amy. Śledczy szybko angażują w sprawę media, które bez zbędnych ceregieli wskazują męża, jako winnego zaginięcia pięknej żony. Czy tak jest faktycznie?

Krok po kroku poznajemy życie małżonków i ich nader zmienne perspektywy, z jakich postrzegają siebie i świat. Szczęśliwe małżeństwo rozdzielone przez negatywne działania z zewnątrz, czy wewnętrzna rozgrywka na śmierć i życie? Zwykły thriller, czy coś więcej? 

Nie miałam okazji przeczytać powieści na podstawie, której mistrz Fincher nakręcił swój nowy film. Porównań na gruncie fabularnym, więc nie będzie.

Pamiętam inne obrazy tego twórcy i praktycznie żaden nie rozczarowuje. Mimo iż kreci on filmy z gatunku tych rozrywkowych, thrillery z wątkami kryminalnymi to zawsze uda mu się spointować je w sposób nader inteligentny. Nie unika przewrotności, takiej podstępności, rzekłabym nawet. Może "Zaginiona dziewczyna jest słabsza niż chociażby "Siedem" (tak, na pewno jest), ale osobiście nie oczekiwałam dzieła takiego kalibru, więc nie poczułam się rozczarowana. 

"Zaginiona dziewczyna" bazuje na wątkach kryminalnych, mamy tu niewyjaśnione zniknięcie Amy. Bardzo szeroko wykorzystana jest też perspektywa obyczajowa, społeczna, pokazująca głupotę mediów. Nie mając dowodów winy Nicka, dziennikarze oceniają go, jako podejrzanego, bo nie umie zachować się przed kamerami: Uśmiecha się, daje się wmanewrować w jakieś dziwne sytuacje, zamiast zalewać się łzami. Dodatkowo kolejne tropy wskazując na rozpad małżeństwa. Nad Nickiem zbierają się czarne chmury. Istotny, a może najistotniejszy jest motyw małżeństwa, relacji międzyludzkich, dwóch osób żyjących w intymnym związku. Osób, które powinny wiedzieć o sobie wszytko, a nie wiedzą nic.

zaginiona dziewczyna

W tym momencie zaczynamy mieć przekonanie, że jest to typowy, któryś już z kolei film, w którym przedmiotem rozstrzygania będzie domniemana wina męża. Gdzieś czai się ktoś mocno psychicznie niezdrowy. Psychopata, który ma plan, i który realizuje krok po kroku z diabelną precyzją. Kto nim jest?

Film jest dość długi, ale wcale nie nudzi, bo wszytko zmienia się, jak w kalejdoskopie. Sama nie byłam przygotowana na tak złożoną historię. Szczerze mówiąc nie oczekiwałam niczego szczególnego. Jest więc lepiej niż dobrze. Po za fabułą, to także zasługa b. dobrego aktorstwa. Nie przepadam za Benem Aflfeciem, ale jakimś cudem wpasował się w tą rolę. Zachowuje się jakby dopiero co wyszedł z planu filmowego jakiejś komedii i nagle trafił na pole minowe. Zupełnie nieogarnięty, nieprzygotowany - ale taki właśnie był Nick. Może to fartowne dopasowanie do roli, a może Affleck wyrasta z ról ciach i teraz będzie pokazywał coś po za ładną buźką.

zaginiona dziewczyna

Partnerująca mu Rosamund Pike, śliczna angielka z jasnymi jak słońce włosami, nagle zaczyna mnie intrygować wcielając się w role nieprzystające do jej image, bo tytułowa "Zaginiona dziewczyna" to nie pierwsza taka rola. Pokazuje świetny warsztat kreując tak złożoną postać. Jej Amy jest takim symbolem naszego społeczeństwa. Jeśli nie potrafisz się dostosować, odegrać swojej roli zostajesz wykluczony, ukarany. 

To całkiem solidny i dopracowany film. Może nie zadowoli tych, którzy oczekiwali czegoś więcej, ale dla mnie jest ok.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła: 8

Klimat:6

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W sali brutalności:1/10

sobota, 13 grudnia 2014

Klub Dumas  - Arturo Perez-Reverte

klub dumas

Lucas Corso, to człowiek interesu. Dla finansowych zysków wykorzystuje zamiłowanie milionerów do starych i rzadkich książek. Posiłkuje się swoją szeroką wiedzą z zakresu literatury, ale nie daje ponieść się emocjom. Po prostu kupuje i sprzedaje. Wypełnia zlecenia. Jednym z nich jest porównanie bardzo rzadkiego egzemplarza "Księgi dziewięciorga wrót do krainy cienia" z dwoma innymi istniejącymi egzemplarzami.

Przy okazji na prośbę znajomego księgarza ma sprawdzić autentyczność domniemanego rękopisu fragmentu powieści Aleksandra Dumasa "Trzej Muszkieterowie".

Corso odbywa podróż po Europie w celu rozwikłania nie jednej, lecz dwóch zagadek, które, jak sądzi, mogą łączyć się ze sobą.

klub dumas

Być może to streszczenie powieściowej fabuły wydaje się Wam znane. "Dziewiąte Wrota" nakręcone w szatańskim 1999 roku przez Romana Polańskiego są filmową adaptacją powieści Hiszpana "Klub Dumas". Są jednak adaptacją bardzo luźną.

Jeśli pamiętacie wierność z jaką ten reżyser przeniósł na ekran powieść "Dziecko Rosemary" mogliście się spodziewać, że w przypadku innej powieści będzie podobnie. Nic z tych rzeczy.

Zarówno w powieści jak i w  filmie chodzi o co innego. Połowa filmowych wydarzeń została wycięta. Całkowicie pominięto wątek rękopisu Dumasa, przez co cała intryga i pointa filmu jest zupełnie inna niż w przypadku książki.

SPOILER: W filmie chodziło o mężczyznę zwiedzionego przez szatana, który nieświadomie stał się obiektem intrygi. W Powieści owszem, mamy to samo, z tym, że intryga jest podwójna, w obydwu przypadkach ofiarą jest Corso, który błędne założył, że zawsze musi istnieć związek pomiędzy wydarzeniami. KONIEC SPOILERA

Polański skupił się na "Księdze dziewięciorga wrót do krainy cienia" odrzuciwszy rękopis Dumasa, który w powieści stanowi swoisty nośnik, inspirację dla postaci występujących w "Klubie Dumas".

Corso spotyka tu zarówno wyznawców szatana, którzy za pomocą rycin z "Dziewięciorga wrót" pragną przywołać  Lucyfera, jak i czarne charaktery wzorujące swoją zbrodniczą działalność na podziwianych przez siebie postaciach z powieści przygodowej. 

Oczywiście umniejsza to w powieści wartość horrorową, którą wywyższył Polański skupiając się tylko na wątkach okultystycznych, ale też coś dodaje. Pisarz wzbogaca powieść o wątki przygodowe, o intrygę o naturze, cóż... literackiej.

"Klub Dumas" to książka o ... książkach i o ich czytelnikach. Tych, którzy pragną by życie było powieścią i sami wcielają w nie książkowe wątki, jak i tych, którzy się przed tym wzbraniają, chcą tylko ubić interes. 

Klimat powieści jest podobnie duszny, jak było to w przypadku filmu. Oczywiście, jak wspomniałam horroru jest tu mniej, ale aura tajemniczości jest nadal obecna, ewidentna. Objawia się pod postacią Dziewczyny, która w powieści nosi imię i nazwisko- nie trudno się domyślić, bohaterki innej powieści. Jest chodzącą enigmą mimo iż otwarcie wyznaje Corso swoją tożsamość, mówi iż walczyła z Archaniołem, że ma miliony lat. Sposób w jaki została opisana odrobinę odbiega od tego co pamiętam z filmowej kreacji tej postaci, ale obydwie wersje mnie zadowalają.

Wielką tajemnicą jest też książka wydana przez człowieka, który za swój czyn został spalony na stosie przez inkwizycję. Istnieje bardzo czytelne podejrzenie, że ktoś z góry (a raczej z dołu) zainspirował działania drukarskie i współtworzył treść książki... 

klub dumas

Zastanawiałam się, czemu Polański tak okroił powieść Perez-Reverte. Może chodziło o to by maksymalnie wyciągnąć z niej elementy horroru religijnego, a dystraktory w postaci literackiej intrygi w związku z Dumasem zbytnio by rozpraszały? A może Polańskiemu nie spodobało się założenie na jakim autor oparł finał powieści i sposób w jaki rozwiązał akcje? Któż to wie. Nadal jestem fanką filmu, choć powieść również uważam za świetną. Dla mnie bez sprzeciwu mogą istnieć obok siebie.

Moja ocena:8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Klasyka horroru

piątek, 12 grudnia 2014

Glass house/ Dom Glassów (2001)

dom glassów

Ruby i Rhett Baker tracą oboje rodziców w tragicznym wypadku samochodowym. Jako nowi opiekunowie pary dzieciaków zostają wyznaczeni przyjaciele rodziny, Państwo Glass.

Nastoletnia Ruby szybko orientuje się, że życie z nowymi opiekunami będzie dalekie od ideału. Szczęście mieszkających w wielkim domu małżonków jest bowiem kruche jak szkło i zależne od spłaty wielotysięcznych zadłużeń. 

Ostatnio odświeżyłam sobie ten starszawy już thriller, w zasadzie nie wiem z jakiego powodu - po prostu się nawinął. Nie uważam go za film słaby, ot zwykły teen thriller bez fajerwerków, ale zdecydowanie powyżej przeciętności.

Ogląda się go przyjemnie, bo technicznie stoi na wysokim poziomie. Jego reżyser pracował przy wielu znanych serialach, jak "Doktor House", "Walking Dead" czy "Z Archiwum X". Jego warsztat jest więc porządnie wyrobiony. Scenarzysta natomiast brał udział w horrorowych projektach pełnometrażowych, jak np. "Arachnofibia". Widać tu więc wprawę zarówno w sposobie snucia opowieści jak i technice, choć należy pamiętać, że nie jest to film szczególnie wyróżniający się.

Fabuła płynie konsekwentnie, po nitce do kłębka, bez żadnych zgrzytów, czy większych niespodzianek. Tak jak w thrillerach z lat 90, cały suspens oparty jest na dążeniu do zdemaskowania złoczyńcy, bo wiemy już kto nim jest, pozostaje tylko chwycić go za jaja zanim on urwie nasze.

dom glassów

dom glassów 

Rozgrywka jest oczywiście nierówna, bo nastolatka i jej młodszy brat są całkowicie zależni od dorosłych. Rhett dodatkowo łatwo daje się kupić i siostrze ciężko jest przekonać go, że Erin nie jest dobą cioteczką, a Terry dobrym wujaszkiem.

Erin, z zawodu lekarka, lubi sobie dawać w żyłę, zaś Terry z pozoru doskonały przedsiębiorca tonie w długach i nie radzi sobie z frustracją, jaką niesie porażka. Po co takim problematycznym ludziom para dorastających dzieciaków na głowie? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze:) Co, jak i za ile, zobaczycie sami.

Walka będzie zażarta, więc nikt nie powinien się nudzić w "Domu Glassów". Leelee Sobieski, która wciela się w główną bohaterkę, Ruby to urocze dziewczę i nawet nie najgorzej radzi sobie aktorsko, z resztą rola nie wymagała nie wiadomo czego.

dom glassów

Czarne charaktery też zostały wykreowane bez zarzutów. Ich działanie opiera się na grze pozorów, sztucznych uśmiechach i cichych prowokacjach. Dopiero finał przynosi bardziej zdecydowane i ofensywne działania. 

Słowem podsumowania mogę rzec: Obejrzeć można. Film miły, lekki i przyjemny. Traumy żadnej nam nie wyrządzi, ani mózgu nie przegrzeje złożonością fabuły.

Moja ocena:

Straszność: 5

Klimat:6

Fabuła:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Tagi: thriller
08:59, ilsa333
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 grudnia 2014

Raising Cain/ Mój brat Kain (1992)

mój brat cain

Doktor Carter Nix jest szczęśliwym mężem lekarki Jenny, oddanym ojcem małej Amy i wybitnym specjalistą w dziedzinie psychologii dziecięcej.

Jego ojciec zasłynął wątpliwymi moralnie badaniami nad rozszczepieniem osobowości, które zwieńczył przestępstwem, a na koniec samobójstwem.

Jenny obawia się, że jej mąż może chcieć iść w ślady ojca. Z niepokojem obserwuje jak ten całkowicie poświęca się opiece nad dzieckiem, bo czy faktycznie o opiekę tu chodzi? Może Amy robi tu za laboratoryjnego szczura?

mój brat cain

Szybko poznajemy też wewnętrzne niepokoje Cartera, które nasilają się w momencie, gdy do jego życia powraca dawno niewidziany brat, Cain. Pewny siebie, złośliwy i amoralny brat jest całkowitym przeciwieństwem Cartera.

Brian de Palma słynie ze swojego zamiłowania do motywu sobowtóra. Pojawia się on w wielu jego filmach, jak gdyby dwoistość ludzkiej natury była jej najważniejszą cechą.

Swoje filmy też czyni takimi cichymi doppelgangerami filmów mistrza Hitchcocka. W przypadku "Raiing Cain" najsiniej czuć "Psychozą".

Twórca między innymi pierwszej ekranizacji, pierwszej powieści Stephena Kinga, wyrobił sobie kilka charakterystycznych dla swojego stylu reżyserskiego chwytów. Widać to w montażu i prowadzeniu kamery. Fabuła lubi zawracać, a de Palma cytuje sam siebie. Kamera zwalnia, muzyka cichnie. To wszytko stałe punkty programu. Kolejne finały, kolejnych jego filmów wyglądają od strony operatorskiej praktycznie tak samo.

To czyni jego działa dość przewidywalnymi, bo nie da się ukryć iż w przypadku "Mój brat Kain" wątek sobowtóra w połączeniu z profesją bohatera i jego ojca, a także przedmiotem badań tego drugiego bardzo czytelni daje nam znać na czym polega główna intryga...

mój brat cain

mój brat cain

Na szczęście nie wszytko wiemy od razu, kilka asów zostaje w rękawie i dzięki temu możemy mówić o jakimś elemencie zaskoczenia. Nie mniej jednak jest to twist z rodzaju tych oczywistych.

Mimo tego bardzo lubię ten film, jest narracyjnie dobrze przemyślany.

Nazywanie go horrorem jest dość naciągane, bo ewidentnie bliżej mu do thrillera psychologicznego.

Nie mamy tu scen nacechowanych brutalnością, czy nastroju grozy z pod znaku zjawisk nadprzyrodzonych. Mamy natomiast wątek psychologiczny, który jest tu na pierwszym planie. Jak wspomniałam zdjęcia są bardzo charakterystyczne dla de Palmy, i świetne oczywiście. Jak scena z zatapianiem samochodu, czy sekwencje na granicy jawy i snu.

Aktorstwo jak najbardziej okej. Tu w zasadzie cały ciężar filmu spoczywał na barkachJohn'a Lithgow'a, ale na szczęście są to silne barki:)

Film oczywiście polecam, ale ostrożnie zaznaczam, by nie spodziewać się pełnokrwistego horroru, czy thrillera z rodzaju tych z efektem zaskoczenia z górnej półki.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:5

To coś:7

66/100

W skali brutalności:1/10

środa, 10 grudnia 2014

Open Widows/ Link do zbrodni (2014)

link do zbrodni

Młodzieniec o imieniu Nick zwabiony wygraną w konkursie z serii 'kolacja z gwiazdą' przybywa do pokoju hotelowego, gdzie dzięki rozmowie przez internet z tajemniczym gościem dowiaduje się, że jego ukochana aktorka, Jill Goddard, ma gdzieś kolacyjki z fanami. Chłopak jest rozczarowany i zawiedziony. Internetowy rozmówca w ramach zadośćuczynienia zapewnia mu podgląd gwiazdki na żywo dzięki kamerze zamontowanej w jej pokoju. Problem zaczyna się, gdy partner Jill orientuje się, że w pokoju na przeciwko znajduje się podglądacz. Tajemniczy znajomy z sieci daje Nickowi wskazówki, jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. W ten sposób młodzian wplątuje się w intrygę internetowego szaleńca wymierzoną, jak się zdaje w gwiazdę kina, Jill Goddard.

Thriller hiszpańskiego reżysera, który jest twórcą jednego z horrorowych segmentów w "ABC's of death", posługuje się niezmiennie modą formułą found footage.

Śledzenie fabuły umożliwiają nam kamery internetowe, a głównym kadrem jest monitor komputera. Widzimy twarz naszego nieboraka, Nicka, a także obrazy które udostępnia mu nawiedzony haker, w tym poczynania Jill.

link do zbrodni

link do zbrodni

Jeśli mam być szczera to sięgnęłam po ten film tylko ze względu na obsadę. Chciałam sprawdzić dokąd to wędruje nasz mały hobbit wygnany ze Śródziemia, kiedy to Jackson zakończył kręcenie trylogii "Władcy pierścieni" tj. Elijah Wood. I jak rozwija się kariera Sashy Grey po za porno biznesem, który musiała już całkowicie opuścić ze względu na nadmierną eksploatację odbytnicy, która to zaczęła odmawiać jej posłuszeństwa;) Widziałam ją już w kilku filmach grozy i spodobała mi się jako aktorka w tym gatunku. Jak dotąd grała ogony, ale Hiszpan postanowił dać jej szansę i dostała rolę drugoplanową. Niestety w filmie bardzo słabym.

Wątek rozpasanego hakera, który zatruwa życie niewinnym użytkownikom sieci jest nader popularny i to nie od dziś. Pomysły na jakieś szczególne innowacje w tym temacie dawno się skończyły i pozostaje tylko zbieranie resztek ze stołu.

Nasz antybohater jest takim okruszkiem w w bezmiarze sieciowych wariatów. Obiera sobie na cel mało rozgarniętego chłoptasia i gwiazdeczkę znudzoną show biznesem.

Przez praktycznie cały film śledzimy rozgrywkę, w której Nick ma marne szanse. Posłusznie wykonuje polecenia Nevady, najpierw z głupoty, a później, bo nie ma już innego wyjścia.

Dopiero pod koniec seansu twórca wprowadza zamieszanie. I to jakie!

Raptem zaczynamy skakać z jednego twistu na drugi, by pod koniec tej potyczki całkowicie stracić zainteresowanie. Chyba większość osób lubi karuzele, ale nie do wymiotów.

Powiem, Wam, że nie wiem, o co chodziło w finale, bo zaczęłam powoli odłączać procesy myślowe, znudzona tym uporczywym zmienianiem frontu. Rozwój wydarzeń prowadził do rychłego uśpienia widza, a tu raptem kiedy poduszka leży już pod głową reżyser orientuje się, że trzeba zrobić, coś by film został zapamiętany. Za późno. Ja już spałam.

Podsumowując, film 'taki se'. Nic szczególnego, ale do poduszki się sprawdza.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności: 1/10

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Skinwalker Ranch/ Skórozmienni (2013)

skinwalker ranch

Na ranczu Hoyta od dawna dzieją się niewytłumaczalne rzeczy. Rozległe tereny posiadłości farmera stały się obiektem zainteresowania przybyszy z kosmosu, którzy to zaznaczają swoją obecność okaleczając bydło mężczyzny, emitując przerażające dźwięki, czy przelatując swoimi statkami tuż nad ziemią. Ale to nie wszytko, kilka lat wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął ośmioletni syn Hoyta, Cody. Nikt nie wierzy mężczyźnie, że to właśnie przybysze z przestworzy są odpowiedzialni za uprowadzenie chłopca, wtedy na arenę wkracza grupa badaczy zainteresowana tematyką UFO. To dzięki ich relacji zarejestrowanej na video widza ma szansę poznać tajemnicę rancza.

skinwalker ranch

Kolejny paradokument o obcych. W porównaniu z "Porwani przez obcych" nakręconym jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wypada niestety bardzo biednie. Za to prezentuje poziom typowy dla większości współczesnych filmów kręconych z ręki.

Twórcy wykorzystali tu typowy schemat planu wydarzeń ubogacając go na siłę, jak tylko się dało.

Najpierw poznajemy naszych badaczy i nieszczęsnego ranczera, któremu uprowadzono synka. Dalej śledzimy stopniowo rosnącą aktywność obcych na tamtejszych ternach.

skinwalker ranch

I tu muszę się na moment zatrzymać, bo początek filmu nie był najgorszy. Sceny, w których widzimy przerażonych protagonistów zszokowanych nieoczekiwanymi rozbłyskami świateł nad domem, czy emisją nieznanego dźwięku są całkiem zacne. Później mamy najlepszą filmową scenę, w której widzimy ducha/ hologram, czy cóż to było, Cody'ego przebiegającego przez kuchnie domu rodzinnego i wprawiającego tym w szok, zarówno bohaterów jak i widzów.

skinwalker ranch

Im dalej postępuje fabuła tym więcej tego rodzaju zdarzeń aż w pewnym momencie następuje przegięcie. Pojawia się tu wszytko.

Indiański szaman z duchami swych przodków pod pachą, jaskinia, w której jacyś pierwotni ludzi rysowali statki kosmiczne, i wreszcie niedbale porzucony na terenie farmy film prezentujący przypadek zaginionej dziewczynki, która nieoczekiwanie powraca- prawdopodobnie z kosmosu- by wybić bezlitośnie tych, którzy chcieli jej pomóc. Stara taśma  robi dobre wrażenie, ale całe zamieszanie dokoła jest już nie do zaakceptowania.

W pewnym momencie przechodzimy do klasycznego biegania bez sensu z kamerą w dłoni, której precyzyjne ujęcia ukazują nam wszytko tylko nie to, co trzeba.

Nie mogę powiedzieć by film mnie rozczarował, bo spodziewałam się czegoś dokładnie na takim poziomie. Kilka lepszych momentów daje szansę na szepniecie dobrego słowa o twórcach, ale generalnie jest to film na wskroś przeciętny i nawet desperacka plakietka 'true story' nie ratuje sytuacji, bo to nadużywany chwyt.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 07 grudnia 2014

Coherence (2013)

coheence

Grupa przyjaciół spotyka się na przyjęciu w domu jednego z nich. Jest alkohol i dobre jedzenia. Ma być też dobra zabawa. Przy stole bohaterzy rozmawiają o przelocie komety. Niektórzy z nich, głównie tancerka, Emma obawia się, że pojawienie się na niebie komety może wywołać nieciekawe zjawiska.

Przywołuje historie z lat trzydziestych potwierdzających tę teorie.

W czasie imprezy,  z nieznanej przyczyny, pękają wyświetlacze ich telefonów i wysiada prąd. Przyjaciele wychodzą przed dom by sprawdzić, czy dotyczy to też sąsiedztwa. Światło świeci się tylko w jednym, położonym dwie ulice dalej, domu. Bohaterzy oczywiście postanowią sprawdzić sprawę....

coherence

Nie bardzo mogę składnie i dokładnie przybliżyć Wam fabułę niskobudżetowego thrillera sci-fi James'a Ward'a Bykita. Cały pomysł na scenariusz opiera się na tym, by widz na wstępie nie wiedział nic. W miarę rozwoju fabuły odsłaniane są kolejne karty.

Początek jest bardzo spokojny. Tradycyjnie służy zapoznaniu się z protagonistami i wstępnym naświetleniu problematyki filmu, tj. kwestii komety.

Jak na thriller sci- fi nie zabraknie też wątków bliskim nauce. W przypadku tego obrazu są to zasady mechaniki kwantowej, teoria równoległej rzeczywistości. Twórca powołują się na 'Kota Schrodingera', czyli teorię mówiącą o kocie, którego włożono do pojemnika wraz z trucizną. Póki nie otworzymy pudełka w naszej rzeczywistości kot będzie jednocześnie żywy i martwy, bo istnieje 50/50 % szans, dla obydwu możliwości - czy jakoś tak;)

Film wzbudził moje zainteresowanie. Jest naprawdę niepozorny. Minimalistyczny, oszczędny w formie, nawet nie stara się udawać filmu z większym budżetem.

Twórca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie, definitywnie bardziej skupiony jest na treści niż na formie. Służy to filmowi, bo dość złożony pomysł, pogmatwany przez różnorakie możliwości interpretacji, mógłby stracić na czytelności, gdyby dodatkowo bombardowano nas dystraktorami w postaci zmieniających się miejsc akcji, wprowadzaniu nowych bohaterów, czy dawanie po oczach efektami specjalnymi. 

coherence

Filmowi bohaterowie stanowią ciekawe stado. Jest tancerka z upadłą karierą, starzejąca się wyznawczyni feng shui, zgryźliwy aktor telewizyjny, czy piękna uwodzicielka. Wszystkich wymieniać nie ma sensu, dość rzec, że nie są to nudne osobniki i ich towarzystwo sprzyja uatrakcyjnieniu seansu.

"Coherence" skojarzył mi się z "Porwani przez obcych", ze względu na podobne środki wyrazu i tą niepozorność. Więcej Wam zdradzić nie mogę, a do seansu zachęcam.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:7

To coś:7

69/100

W skali brutalności: 1/10

sobota, 06 grudnia 2014

Before I Go to Sleep/ Zanim zasnę (2014)

zanim zasne

Każdego ranka Christine Lucas budzi się z przekonaniem, że ma dwadzieścia lat. Jej mózg z powodu doznanego urazu kasuje jej pamięć każdej nocy od dziesięciu lat. Kobieta nie rozpoznaje mężczyzny obok którego budzi się każdego ranka. Ten dziwny rodzaj amnezji całkowicie uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie.

Pewnego dnia Christine poznaje neuropsychologa, doktora Nasha, który pragnie jej pomóc w odzyskaniu przeszłości.

Być może pourazowy mózg naszej bohaterki wiedział co robi kasując wiedzę o tym właśnie okresie jej życia...

zanim zasne

Scenariusz powstał w oparciu o powieść S. J. Watsona i co więcej jest polskie wydanie książki:).

"A może to będzie ten film?"- pomyślało mi się, gdy namierzyłam nowy thriller psychologiczny z udziałem Nicole Kidman. Może to będzie najlepszy film roku?

Pierwsza scena obrazu wygląda identycznie jak scena otwierając inny thriller z udziałem Kidman, "Inni". Kobieta budząca się z krzykiem ze snu. Identyczne ułożenie kamery. Aż się uśmiechnęłam na to skojarzenie, choć wiedziałam, że ghost story to to nie będzie.

Spokojnie mogę powiedzieć, że film nie jest zły, ale też nie zamierzam ukrywać zawodu jaki mi sprawił.

Założenie filmu "Zanim zasnę"  bardzo przypomina to którym kierował się - w moim odczuciu, of course - Zemeckis w swoim "Co kryje prawda". Scenariusz dopieszczony i wymierzony co do sekundy. Każdy błędny trop, czy fabularny twist pojawia się w idealnym momencie. Przystanki pomiędzy zwyżkami napięcia są do siebie proporcjonalne.

Wszytko to sprawia, iż miałam wrażenie  że wyszedł z pod igły w niemieckiej fabryce, a nie jest dziełem bądź, co bądź artysty, bo za takowych uważam filmowców.

Wszytko jest tu takie... sztywne. Mimo iż z racji thrillerowych walorów, które film posiada nie wzbudził we mnie emocji, napięcia, zaskoczenia. Z góry wiemy, że coś tu nie gra i od pierwszych minut filmu tylko czekamy aż diabeł wyskoczy z pudełka. Co to za twist fabularny, o którego istnieniu widz wie od początku?

zanim zasne

Winą za dość słabe wrażenia  obarczam nadmierną precyzję, ale też, w pewnym stopniu, naiwność pomysłu. Z neurologii byłam noga, ale nie wydaje mi się by istniał rodzaj amnezji, który sprawia iż mózg day by day  resetuje w nocy obszary odpowiedzialne za pamięć długotrwałą. Bardziej to przypomina amnezję z pod znaku Alzheimera, ale tu chorzy rzadko wracają 'do tego samego punktu'. Z resztą powiedzmy sobie szczerze, wątek amnezji jest już tak wyeksploatowany  naciągany na wszelkie sposoby, że sam w sobie wydaje się już śmieszny.

zanim zasne

Wróćmy więc na ziemię. Aktorstwo jest nie najgorsze, ale Nicole Kidman nie bardzo pasuje mi do roli zagubionej w labiryncie pamięci sierotki.  Ona sama w tej roli chyba nie najlepiej się czuła, bo wypadła bardzo średnio. Colina Firtha lubię jako angielskiego gentleman'a, nie jako bohatera psychologicznej łamigłówki, na to jest zbyt drewniany. Obsada z górnej półki, ale słabo dopasowana do ról jakie im przypadły.

Wszytko inne, jak zdjęcia, czy montaż są raczej bez zarzutu, ale po thriller psychologiczny nie sięga się dla ładnych obrazków, czy oscarowej obsady, tylko dla scenariusza który, chwyci za gardło. Ten raczej zawadza o pięty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

Walory techniczne:7

55/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 05 grudnia 2014

7500 (2014)

7500

Akcja filmu rozgrywa się w samolocie pasażerskim lecącym z Los Angeles do Tokio. Bohaterami są podróżni i personel pokładowy. Poznajemy spory przekrój charakterów, od stewardesy romansującej z żonatym pilotem po pasażera, który wiezie ze sobą tajemniczą lalkę związaną z japońskimi wierzeniami na temat życia po śmieci.

Gdy samolot znajduje się nad Pacyfikiem występują turbulencje. Wkrótce po tym jak udaje się zapanować nad sytuacją jeden z pasażerów, mężczyzna od lalki, umiera.

Od tej chwili na pokładzie zaczynają się dziać coraz dziwniejsze i przerażające rzeczy. Kluczem do wyjaśnienia sprawy jest legenda związana z lalką.

7500

Film został nakręcony w 2011 roku i aż trzy lata czekał na premierę. Reżyserem jest Takashi Shimizu, twórca "Klątwy Ju-on", zaś za scenariusz odpowiada Craig Rosenberg, któremu świetnie udało się skonsolidować skośny pomysł z amerykańskimi środkami wyrazu w filmie "Nieproszeni goście". Ma też na koncie pracę przy innych filmach grozy, jak tegoroczni "Uśpieni", czy starszy już "Półmroku". Tak więc współpraca zapowiadała się  nieźle.

Niestety nie wyło to za dobrze.

Horrory, których akcja rozgrywa się wysoko w przestworzach nie są żadną nowością ale też nie jest to lokalizacja szczególnie popularna.

Akcja filmu toczy się z wolna, pełno tu wątków, które można uznać za poboczne, jak perypetie poszczególnych pasażerów. Każdy ma z czymś problem i w sumie nie wiadomo jakie ma to znaczenie dla wątku przewodniego. Jednym słowem dużo obyczajówki.

7500

Aktorstwo nie jest najgorsze, ale dialogi wypadają jakoś tak... sztucznie i patetycznie, jak mowy pogrzebowe:).

Główny pomysł na film, cały surprise jest typowy, przywołany po raz setny. Nie ma tu nic nowego, czy szczególnie interesującego. Aż chce się krzyknąć: ale to już było!

Wykonanie całkiem dobre. Bardzo precyzyjne i dokładne prowadzenie kamery, stosowne oświetlenie.

Szkoda tylko, że polotu w tym wszystkim brak i film jest przez to dość nijaki, choć dobrze się to ogląda.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność: 3

To coś: 5

52/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl