What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: książki

wtorek, 17 października 2017

Dzikie królestwo - Gin Phillips

dzikie królestwo

Joan wraz z czteroletnim synkiem Lincolnem beztrosko spaceruje po ogrodzie zoologicznym. Za parę minut miejsce ma zostać zamknięte, więc kobieta z dzieckiem zmierzają już do wyjścia. Wtedy to słyszy. Wybuch, albo wystrzał, nie jest pewna. Wie tylko, że dźwięk zwiastuje zagrożenie. Dla niej i dla jej synka. Początkowo chcę na oślep rzucić się do ucieczki, ale instynkt przetrwania podpowiada jej, że musi zachować spokój i znaleźć kryjówkę, bezpieczne miejsce, gdzie przeczeka najgorsze.

"Dzikie królestwo" już w tym momencie jest bestsellerem za oceanem, a wkrótce możemy się spodziewać także ekranizacji powieści. Nie dziwi mnie to, bo historia Gin Philips to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy. Autorka relacjonuje w czasie rzeczywistym krok po kroku, co dzieje się z jej bohaterką. Wszytko zaczyna się z wybiciem godziny 16.55 a kończy dokładnie o 20.05. Może być z tego dobry thriller, może nawet lepszy niż sama książka?

Akcja powieści toczy się w ogrodzie zoologicznym, do którego wpadają uzbrojeni mężczyźni. Mogą to być terroryści, mogą to być dobrze zorganizowani porywacze żądający okupu, mogą to być zwykli desperaci, którzy postanowili się wyżyć. Co gorsze? Dla Joan, matki tulącej swoje przestraszone dziecko to bez różnicy.

Fabuła skupia się na próbach przetrwania matki chroniącej dziecko i to w zasadzie tyle. Tylko tyle, albo aż tyle. Z uwagi na fakt, że całą akcję śledzimy krok po kroku możemy silnie wczuć się w sytuację. Każdej decyzji podejmowanej przez bohaterkę towarzyszy napięcie czytelnika. To skuteczne zagranie by uniemożliwić oderwanie się do lektury.

Faktem jest, że książkę czyta się bardzo szybko.

Nie jest jednak idealna. Nie jest idealna dla mnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterom tej historii, wyłączając dziecko będące centrum wszechświata, zabrakło wyraźnego rysu psychologicznego, jakieś charakterystyki. Najbardziej bezbarwna wydała mi się główna bohaterka, Joan, o której wiem tylko tyle, że ma jakiegoś męża, lubi nosić wygodne sandały i bardzo kocha swoje dziecko. W zasadzie ocenić ją można tylko poprzez pryzmat jej macierzyństwa. Nie wiem nawet jaki miała kolor włosów. Wszystkie jej myśli poświęcone są synkowi, z tego powodu chłopca poznamy dość dobrze -fajny dzieciak - ale matka, no cóż...

Nie da się ukryć, że autorka całkowicie skupiła się na relacji matka - dziecko pozbawiając bohaterkę własnej tożsamości. Może wszystkie matki tak mają? Są matkami i nikim więcej? Może nie ogarniam tego, bo nie mam własnego potomstwa? Pewnie tak. Trochę lepiej jest z charakterystyką antagonisty, jednego, bo dwóch pozostałych nie poznajmy praktycznie wcale, co też jest moim zdaniem dużym pominięciem.

Jeśli chodzi o moją pokrętną wrażliwość najwięcej emocji budziły we mnie ofiary poboczne czyli zwierzęta, mieszkańcy ogrodu, zabita małpa, martwy słoń, drąży ze strachu świstak.

Względem stylu nie mam zarzutów, bo jak wspomniałam książkę czyta się bardzo płynnie. Akcja jest wartka więc nikogo nie powinna znudzić, mnie jedynie zabrakło większego rozwinięcia portretów postaci. Śledząc czyjeś dramatyczne losy chciałabym jednak czegoś się o nim dowiedzieć. A może to celowy zabieg? Może z Joan jest bezbarwna by wszystkie matki świata łatwo mogły się z nią utożsamić? Cóż mi ta postać była odległa, ale wszystkim którym macierzyńskie odruchy nie są obce książkę gorąco polecam, pewno będziecie włosy z głowy rwać;)

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka


zysk

piątek, 22 września 2017

Puszczyk - Jan Grzegorczyk

puszczyk

Stanisław Madej, aspirujący pisarz i redaktor Poznańskiego wydawnictwa przed paroma miesiącami przeprowadził się do wsi Witalnik w malownicze okolice jezior, lasów i jak się okazało intrygujących lokalnych legend.

Tu zaprzyjaźnił się z miejscowym proboszczem, z którego miał nadzieję wyciągnąć informacje mogące wyjaśnić niezwykłe wydarzenia, którym świadkował tuż po przybyciu do Witalnika. Niestety gdy ksiądz zdecydował się w końcu na szczerą rozmowę, zginął w jakby się wydawało nieszczęśliwym wypadku. Zamiast rozwiązać jedną zagadkę, Stanisław stanął przed perspektywą zmierzenia się z kolejną.

Jak się okazało "Puszczyk" stanowi kontynuację przygód neurotycznego starego kawalera, którego poznajemy w powieści "Chaszcze". Nigdzie nie zostało to zasygnalizowane, w związku z czym obawiam się, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w niemałą konsternację, jeśli chwycą po "Puszczyka" nie znając "Chaszczy".

Akcja "Puszczyka" rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z "Chaszczy". Czytając poprzednia powieść Jana Grzegorczyka miałam pewien niedosyt, bo wiele wątków nie zostało zakończonych, a wysnute w trakcie lektury teorie nie znalazły ostatecznego potwierdzenia. Uznałam jednak, że takie urok tej historii i nie urągałam takie rozwiązanie - zwłaszcza, że książka podobała mi się szalenie.

Tych samych powodów do pochwał dostarczyła mi kolejna powieść autora. Klimat Rojnar,a właściwie Witalnika, wsi rzuconej gdzieś w okolicach Poznania jest ujmujący. Zdecydowanie są to moje klimaty. Zazdrość o ten prywatny raj walczyła we mnie z zachwytem nad książką. Odniosłam wrażenie, że jej nastrój ma w sobie coś kojącego. Jeśli macie ochotę jesienne wieczory spędzić w okolicach lasów, jezior, obserwując koniki, żurawie i sójki, to zapraszam do siedliska Pana  Madeja:)

Nie zapominajmy jednak, że mamy tu do czynienia z kryminałem. Pewne fakty zdołaliśmy już poznać latem - tak się złożyło, że moje pory czytania odpowiadają porom roku, w których rozgrywa się akcja powieści.

Te fakty jednak miały w sobie dużo niedopowiedzeń, co pociągało kolejne pytania skrupulatnie odnotowane przez naszego narratora. W "Puszczyku" wiele z nich znajduje odpowiedzi, ale coś czuję, że na tym nie koniec.

I obym się nie myliła, bo powieściowy świat Grzegorczyka jest dla mnie bardzo pociągający. Uwielbiam jego dygresje. Nawiązania do innych nieznanych mi zazwyczaj lektur, odwołania do lokalnych opowieści, nawet duża dawka wątków religijnych mi nie przeszkadzała. Ot, można powiedzieć idealnie w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 12 września 2017

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins

zapisane w wodzie

Jules obiecała sobie, że nigdy nie wróci do Beckford. Ale jej siostra Nel zmusiła ją do tego, gdy zakończyła swoje życie w topielisku. Teraz Jules nie tylko musi zająć się nastoletnią siostrzenicą, pyskatą Leną, ale jak się wkrótce okaże  musi zmierzyć się z mieszkańcami miasteczka, którym jej siostra szczególnie naraziła się przed śmiercią.

Jak stwierdza policjantka badająca sprawę śmierci Nel Abbot, Beckford to popieprzone miejsce. Od lat płynąca przez nie rzeka przyjmuje kolejne martwe ciała samobójczyń. Legenda głosi, że wszytko zaczęło się od młodziutkiej Libby, którą niegdyś oskarżono o czary i zabito poprzez utopienie. Teraz miejsce to nosi niewdzięczną nazwę topieliska, słynąc ze zwodniczej mocy, która każe kolejnym kobietą skakać w toń rzeki.

"Zapisane w wodzie" to kolejna książka autorki "Dziewczyny z pociągu". Niezwykle udany debiut pisarki, kasowy sukces i szybko zrealizowana ekranizacja pierwszej powieści nie pozostawiały złudzeń, że Paula Hawkins pójdzie za ciosem.

Chętnie zasiadłam do lektury jej kolejnej książki, bo "Dziewczyna z pociągu" bardzo przypadła mi do gustu. Niestety nowa powieść nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu. Najprościej rzecz ujmując, przyczyna mojego niezadowolenia wynika z faktu, że w "Zapisane w wodzie" nie uświadczymy niczego szczególnie oryginalnego. Sam pomysł wyjściowy jest wtóry i nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, szczególnie skandynawskich powieści kryminalnych. Mamy małe nudne miasteczko, dwie skłócone siostry z czego jedna jest martwa i tajemnice lokalnej społeczności, które musi rozwiązać żyjąca z sióstr by poznać prawdę o śmierci tej drugiej. Jedynym ciekawym elementem jest postać starej Niki medium rozmawiającej ze zmarłymi. Jest to chyba jedyna interesująca postać w tym niepewnym stadzie z Beckford, choć jej charakterystyka również oryginalnością nie grzeszy.

W gruncie rzeczy mam tu wysyp bohaterów, coby można rozszerzyć zasięg podejrzeń, ale odniosłam wrażenie, że autorka nie wysiliła się szczególnie portretując kolejne postaci. Nikt nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.. Reasumując jest to przeciętna książka którą jednak czyta się nieźle. Mimo wszytko w porównaniu z "Dziewczyną z pociągu" wypada mega blado. Myślę, że presja sukcesu debiutu sprawiła, że autorka musiała pracować w zbytnim pośpiechu i nie dopracowała pomysłu.

Moja ocena: 5/10

sobota, 02 września 2017

To o czym nie wiesz - Joann Chaney

to o czym nie wiesz

Minęło już siedem lat odkąd Jacky Seever gnije w cieli śmierci czekając na wykonanie wyroku będącego karą za trzydzieści jeden morderstw.

Jego schwytanie wpłynęło pozytywnie na życie wielu osób: Jedyna żyjąca ofiara podźwignęła się z narkotykowej matni, młoda dziennikareczka wreszcie została doceniona za serię artykułów dotyczących sprawy Seevera. Dwaj gliniarze, którzy doprowadzili do aresztowania zyskali wyższe stołki i nie małą sławę. Ale to było siedem lat temu.

Od tej pory dziennikareczka prawie rozbiła swoje małżeństwo, bo 'musiała' dawać dupy za materiały do wspomnianych artykułów, by po zamknięciu sprawy wylecieć na bruk i smętnie egzystować na stanowisku sprzedawczyni w drogerii. Detektyw Hoskins prawie sfiksował w konsekwencji bliższego poznania sprawcy serii morderstw, a była narkomanka... a była narkomanka została zamordowana, tym razem ostatecznie. Jakcky Seever gnije w celi śmierci, a jego naśladowca kończy za niego robotę.

"To o czym nie wiesz" stanowi udany debiut młodej pisarki Joann Chaney. Mimo, że porusza dość typową jak na standardy thrillera tematykę robi to w sposób różniący się od tradycyjnego sposobu snucia tego typu opowieści.

Wszystko zaczyna się od schwytania seryjnego zabójcy, a więc od końca.

Na pewno nie tylko mnie antybohater silnie skojarzył się z osobą Johna Gacy'ego: przedsiębiorczy mąż, który w wolnych chwilach przebiera się za klauna by zabawiać dzieci. Morduje, a zwłoki trzyma ukryte na własnej posesji. W więzieniu zaczyna spełniać się jako artysta malarz. Z tą różnicą, że fikcyjny bohater preferował mordowanie kobiet i specjalizował się w sadystycznych gwałtach właśnie na nich.

Uznam to za w pełni świadomą inspirację, bo nie przypuszczam by autorka była na tyle naiwna by sądzić, że wszystkie te podobieństwa umkną czytelnikowi.

Innym ważnym bohaterem, dużo bardziej interesującym niż podrabiany Gacy jest jego małżonka. Jej 'rozdziały' dostarczyły mi dużo więcej emocji niż chociażby te poświęconej dziennikareczce. To kolejny przykład żony, która 'nic nie widziała'.

Dużą część powieści poświecono też 'starej znajomej' Seevera, dziennikareczce, Sammie, która jest jedną z ważniejszych osób dramatu. Puszcza się z kim popadnie używając swoich kobiecych wdzięków po to by udowodnić że jest warta więcej niż tylko ładna buzia i zgrabna sylwetka- paradoks. Jest poważnie wnerwiająca i żywiłam nadzieję, że naśladowca zbrodni Seevera weźmie ją w obroty.

Na końcu mamy Hokinsa, detektywa, który poznał Seevera od najgorszej strony. Zrobiło mu to duże kuku na móniu. Po tym jak jego kariera w policji uległa załamaniu wraca do gry, by schwytać kolejnego rzeźnika niewiast.

Cała sprawa kręci się wokół pytania: Kto jest mordercą 'Z drugiej ręki'? Podejrzanych o ten czym mamy całą masę kandydatów, a autorka zadbała o to by każdy miał względnie równe szanse na zostanie rozgrywającym.

Książkę łyknęłam w dwa dni, a więc wciąga. Nie mam większych zastrzeżeń względem stylu choć nie powiem by był pozbawiony pewnych zgrzytów. Jak na debiut jest jednak bardzo dobrze.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Drzewo kłamstw - Frances Hardinge

drzewo klamstw

Anglia XIX wiek. Czternastoletnia Faith przeprowadza się wraz z rodzicami i młodszym bratem na wyspę Vane gdzie jej ojciec, pastor i naukowiec ma prowadzić wykopaliska archeologiczne. Przeprowadzka jest tyle nieoczekiwana co tajemnicza. Rodzice jej czegoś nie mówią, ale mała główka pracuje i tuż po przybyciu na wyspę Faith orientuje się, że jej ojciec został bohaterem skandalu w środowisku naukowym. Od tej patrzy na swojego mentora inaczej.

Okazuje się, że kłamstwo, które wpędziło wielebnego w niesławę to tylko mała gałązka w całym gąszczu rozrastającego się drzewa kłamstw. Ojciec miał więcej tajemnic niż ktokolwiek mógł przypuszczać i jak się okaże, przez jedną z nich zginął.

"Drzewo kłamstw" promowane jest jako książka do młodzieży. W tej też kategorii została wyróżniona, a jej autorka słynie z tworzenia literatury dziecięcej i młodzieżowej. Nie wiem jak mają się sprawy z innymi jej powieściami, ale tak kategoryczne nazywanie "Drzewa kłamstw" literaturą młodzieżową zupełnie mi nie pasuje.

Owszem bohaterką jest młodziutka dziewczyna, ale powieść w żaden sposób nie jest infantylną poczytanką dla fanek "Zmierzchu". Faith jako bohaterka prowadząca nas przez tą historię wykazuje się nie tylko niebywałym sprytem, ale i nie słychaną nad wiek dojrzałością, momentami zapominałam, że mam do czynienia z czternastolatką.

Tematy poruszane w książce także nie stanowią przedmiotu zainteresowania młodzieży na tyle na ile jestem w stanie to ocenić. Po tą książkę spokojnie mogą sięgać dorośli i muszę to podkreślić już na wstępie jeśli wszytko było jasne. O mały figiel zignorowałabym tą pozycje, bo właśnie wspomniana łatka młodzieżówki mnie odstraszyła.

"Drzewo kłamstw" spokojnie łapie się w kategoriach thrillera z wątkami kryminalnymi i odrobiną fantastyki, ale bez elfów i innych hobbitów.

Przedmiotem sprawy są dociekania młodej dziewczyny na temat okoliczności śmierci jej ojca. Jest to tym ciekawsze, że akcja rozrywa się jeszcze w XIX wieku parę lat po tym jak światło dzienne ujrzało Darwinowskie "O pochodzeniu gatunków".

Pojawiają się tu rozważania na tematy związane z religią i nauką, w kontrze stawiane są różne poglądy. Bardzo istotną rolę odgrywa tu ówczesny styl życia stawiający kobietę na przegranej pozycji jeśli chodzi o jakiekolwiek samodzielne osiągnięcia. Faith jawi się tu jako młoda buntowniczka, której bunt przejawia się poprzez roszczenie sobie prawa do myślenia. Tak, Moi Drodzy, może Wam się to w głowie nie mieści, ale był to największy przejaw buntu i istna rewolucja kiedy kobieta okazywała się istotą myślącą.

Konstrukcja powieści, liczne tajemnice jakie przyjdzie zgłębić czytelnikowi nie pozwalają mi na pochwalenie szczegółów bez zdradzania Wam zbyt wiele, tak więc musicie mi wierzyć na słowo, że mamy tu do czynienia z nielichą intrygą.

To książka pełna treściowych smaczków, a i jej styl jest nie do pogardzenia. W efekcie mamy zupełnie nie głupią lekturę, którą nie powinno się szufladkować.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

środa, 26 lipca 2017

Skłam ze mną - Sabine Durrant

skłam ze mną

Paul Morris czterdziestoletni Piotruś Pan przypadkowo wpada na starego znajomego z colegu, Andrew. Okazuje się, że dawny znajomy wiedzie poukładane życie, ale znajdzie się w nim miejsce na małe spotkanie z Paulem.

Andrew zaprasza go na kolację ze znajomymi gdzie Paul zawiera obiecującą znajomość z samotną prawniczką Alice. By zrobić wrażenie na kobiecie i ugrać co nieco dla siebie Paul posuwa się do serii niewinnych kłamstewek. Jakie będą ich konsekwencje dowie się w czasie wspólnych wczasów w Grecji.

Sabine Durrant autorka "Skłam ze mną" ma już pewny pisarki dorobek, ale jeśli się nie mylę to właśnie "Skłam ze mną" jest jej pierwszą i jak dotąd jedyną książką wydaną w języku polskim.

Jej nazwisko na okładce nic mi więc nie powiedziało, a pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia mężczyzny sprawiła, że całkowicie zapomniałam, że mam do czynienia z dziełem kobiety. To, że tak skutecznie przedstawiła męską perspektywę jest pierwszym i niewątpliwym plusem powieści.

Mogę rzec, że stworzona przez nią postać Paula mocno zaszła mi za skórę. Facet nie robi najlepszego wrażenia już od pierwszego rozdziału, gdzie zaprezentował się jako pyszałkowaty ignorant i narcyz. Gdzieś tam nawet szydził z twórczości Nabokova nazywając ją 'pretensjonalnymi bzdurami'. Wtedy pomyślałam: no kolego, raczej się nie polubimy.

Im bardziej poznawałam Paula i jego skrzywione spojrzenie na świat i relacje międzyludzkie tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie będę gnojkowi współczuć, cokolwiek go spotka w dalszej części powieści. Mimo wszytko finalnie mu współczułam. Miękkie serce.

Jak wspomniała Paula poznajemy jako czterdziestoletniego samotnego i bezdomnego mężczyznę. Kiedyś mały sukces na polu literackim, przewrócił mu w głowie i od tamtej pory buja w obłokach. Pomieszkuje kątem u znajomych, których z powodu swojego charakteru szybko traci, nie ma stałej pracy, ani chęci do niej. Poznanie Alice, Alice o złotym sercu, to dla niego szansa na wikt i opierunek, ale też na wypracowanie sobie pozycji kogoś kto jest podziwiany. Paul postanawia, że zrobi wszytko by uwieść kobitę i wkraść się w łaski jej bogatego towarzystwa.

W tym celu posuwa się do kilku mały kłamstewek, które z kolei pociągają za sobą następne. Tak się kręci karuzela, z której Paul w końcu wypadnie.

Na wspólnych wakacjach w Grecji spędzonych między innymi z Alice i Andrew do Paula zaczyna wracać przeszłość. Już tu kiedyś był, była też Alice i coś się wtedy stało. Młodziutka dziewczyna, jeszcze dziecko zaginęło bez wieści. Teraz po dziesięciu latach sprawa się wyjaśni.

"Skłam ze mną" to świetna historia. Bardzo starannie uknuta intryga skutecznie myli czytelnika i doprowadza pod mur - wraz z ofiarą.

Styl bez zarzutów. Jak zwykle gdy mamy do czynienia z pisarzem -dziennikarzem widać tu dużą wprawę. Żadnych zbędnych dłużyzn.

Ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że ciężko będzie znaleźć fana thrillerów, któremu ta książka nie przypadnie do gustu.

Moja ocena:8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

czwartek, 20 lipca 2017

Zła droga - Mikel Santiago

mikel satiago

Bert Amandale pisarz poczytnych thrillerów o seryjnym mordercy, mąż pięknej Miriam i ojciec zbuntowanej Britney niedawno rozpoczął wraz z bliskimi nowe życie w Prowansji. Tu wśród malowniczych pól lawendy próbuje odzyskać utraconą wenę, zaufanie córki i miłość żony. Gdyby nie obecność przyjaciela z dzieciństwa jedyną rozrywką byłby dla niego sztywne kolacyjki z miejscową elitą, na które uporczywie ciąga go żona. Na szczęście Bert ma Chucksa, swojego kumpla z lat szczenięcych, szalonego rockmana, który również sprowadził się na południe Francji w poszukiwaniu twórczej weny - z tym że muzycznej.

Pewnego wieczoru Bert zastaje przyjaciela w opłakanym stanie. Okazuje się, że przed paroma dniami Chucks spowodował wypadek samochodowy, w którym zginął jakiś mężczyzna i zwiał z miejsca zdarzenia. Sęk w tym, że nazajutrz nie znalazł żadnych śladów po swojej ofierze, a w okolicy nikt nie zgłosił takiego wydarzenia. Chuck zaczyna wierzyć, że ktoś celowo zatarł ślady po jego ofierze - ktoś kto wcześniej sprawił, że poraniony mężczyzna znalazł się w środku nocy na drodze.Początkowo Bert nie daje wiary sensacyjnym zeznaniom kumpla, ale późniejsze wydarzenia każą mu zmienić perspektywę.

"Zła droga" to druga powieść w dorobku hiszpańskiego pisarza Mikela Santiago. Tym razem autor "Ostatniej nocy w Tremore Beach", której akcja rozgrywała się na wybrzeżu Irlandii, zabrał czytelników do słonecznej Prowansji.

Pamiętam, że moje odczucia względem poprzedniej książki były dobre, ale nie zachwycające. Tym razem muszę stwierdzić, że Santiago zaplusował. Widzę progres zarówno na poziomie warsztatu- styl, język - jak i na poziomie treści - znacznie bogatszej o wątki sensacyjne, obyczajowe i psychologiczne.

Zarówno teraz jak i w poprzedniej książce nie zabraknie miejsca na trochę onirycznych motywów, wizji koszmarnych snów i złych przeczuć - w "Złej drodze" są znacznie lepiej wyszlifowane i służą nie tyle jako wątek nadnaturalny ile pretekst do wpędzenia czytelnika w paranoję bliską tej jako będą odczuwać bohaterzy.

Właśnie te motywy najbardziej mnie przekonały. Podobnie jak Chucks i Bert zastanawiałam się co zdarzyło się naprawdę, a co jest tylko podszeptem rodzącej się manii prześladowczej.

Ciekawsi wydają się też samo bohaterzy, ze swoimi słabościami, których im nie brakuje. Tym razem autor obdarzył narratora - Berta- niezłym poczuciem humoru, dzięki czemu łatwiej go polubić i nie jawi się czytelnikowi jako neurotyczna mameja. Myślę, że sukces poprzedniej książki dał autorowi więcej pewności siebie dzięki czemu bardziej otworzył się na czytelnika- takie odniosłam wrażenie.

Akcja powieści toczy się w idyllicznym miasteczku we Francji gdzie deszcz pada tylko nocą, a za dnia słonce opromienia radosne oblicza jego wiodących perfekcyjną egzystencję mieszkańców. Coś tu jednak nie do końca się zgadza. W ten obrazem wkrada się fałsz, który mogą dostrzec tylko tak niedopasowane typy jak szalony rockman i jego zakochany w pigułkach kamrat pisarz.

Już na początku książki pojawia się nawiązanie do twórczości Iry Levina, konkretnie "Żon ze Stpford" i myślę, że pojawia się nie bez powodu. W miarę jak będziecie zapoznawać się z kolejnymi wydarzeniami, poznawać bohaterów, skojarzenie z tą konkretną powieścią będzie coraz silniejsze. Oczywiście nie mam tu na myśli bezczelnej kalki fabularnej- nic z tych rzeczy- idzie raczej o ogólne przesłanie: Gdy coś jest zbyt doskonałe, nie jest prawdziwe.

Na tym zakończę, bo dość się nastukałam w klawisze. Myślę, że czujecie się już zachęceni do lektury, a ja czekam na kolejną książkę Mikela Santiago.

Moja ocena:8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

niedziela, 02 lipca 2017

Niespokojni zmarli - Simon Beckett

niespokojni zmarli

Antropolog sądowy David Hunter otrzymuje nieoczekiwane zlecenie z Essex. Nieoczekiwane, bo po ostatniej sprawie ("Wołanie grobu") nie cieszy się dobrą reputacją. Czym prędzej rusza na wybrzeże, gdzie zostały odnalezione zwłoki - najprawdopodobniej  - syna miejscowego 'magnata'.

Sprawa szybko się komplikuje, bo okazuje się, że Leo nie jest jedynym zaginionym w okolicy. Kiedy dosłownie wypływają kolejne trupy, dawne sprawy przypominają o sobie tworząc trudną do ułożenia układankę pełną podejrzanych zdarzeń.

"Niespokojni zmarli" to piąta, długo oczekiwana odsłona 'przygód' doktora Huntera. Poprzednie tomy, czytałam tak dawno, że praktycznie nic nie pamiętałam z ostatniej książki, do której starał się nawiązać autor. Na szczęście największą uwagę poświęcił bieżącym wydarzeniom, trupom z wybrzeża, więc nawet jeśli ktoś nie miał do czynienia z "Chemią  śmierci" i resztą tomów spokojnie się tu odnajdzie. Będzie jedynie stratny to wątki związane z życiem osobistym bohatera.

Książki Becketta cenie za kilka rzeczy. Wszystkie mogę odnieść bezpośrednio także do "Niespokojnych zmarłych".

Akcja kolejnych powieści przenosi się w różne miejsca, gdzie Hunter akurat dostaje zlecenie. I każde z tych miejsc jest pieczołowicie przedstawione. Autor bardzo skutecznie buduje klimat danego miejsca przydając zdarzeniom realizmu i pobudzając wyobraźnie. Do tej pory pamiętam upalne lato w Manham z "Chemii śmierci". Tak teraz zapamiętam wyspę Mersea, gdzie władanie objęła słona woda kolejnych przypływów.

Drugą rzeczą, którą sobie cenię w serii jest postać doktora Huntera. Niby rozwiązuje sprawy jak rasowy detektyw jednak jego profesja jest inna. Antropologia to nauka o pochodzeniu człowieka. Wiąże się z gałęzią medycyny odpowiadającą za badania fizjonomii, szczególnie ludzkiego szkieletu. Antropolog sądowy wkracza do dzieła w przypadku znalezienia ludzkich szczątek, których rozkład jest posunięty na tyle, że praca patologa może okazać się nie wystarczająca. Tym właśnie zajmuje się główny bohater. Każda książka z jego udziałem pełna jest opisów dotyczących procesu rozkładu ludzkich zwłok. Stanowi wnikliwą analizę procesu pośmiertnego. Poraża realizmem.

"No tak, nic nie pomaga lepiej się z kimś porozumieć niż wspólne znalezienie kawałka zwłok."

Trzecią być może najważniejszą rzeczą jest pomysłowość autora w knuciu intryg, które zawsze zaskakują. Nie zdarzyło się do tej pory by nie udał mu się efekt zaskoczenia. To duże dokonanie.

Najbardziej pewnie interesuje Was jak "Niespokojni zmarli" wypadają na tle poprzednich książek Becketta. Ostatnia jego powieść, którą miałam okazje przeczytać były "Zimne ognie". Ostatnia, a jednak pierwsza jeśli idzie o chronologię tworzenia. Nie było tam doktora Huntera i to duża strata. Książka dobra, ale na tle serii wypada słabo.

"Niespokojni zmarli" będący kontynuacją 'przygód' Huntera miały większe szanse na sukces. Książka mi się podobała. Posiadała wszystkie wymienione wyżej zalety, jednak nie dorównała poprzednikom. Może zmniejszyła się moja wrażliwość, ale trochę zabrakło mi tu pazura. Beckett jakoś złagodniał w opisach, więcej jest tu wątków obyczajowych i zbytecznych dłużyzn. To oczywiście zarzut wynikający bezpośrednio z porównania tej książki z resztą serii. Wiem, że osoby rozmiłowane w twórczości Becketta i tak sięgną po "Niespokojnych zmarłych" i nie sądzę by znaleźli w niej coś zniechęcającego. Powieść na plus.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

czwartek, 22 czerwca 2017

Chaszcze - Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki "Chaszcze" głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

wtorek, 25 kwietnia 2017

Egzorcysta - William Peter Blatty

egzorcysta

W związku z zawodowymi zobowiązaniami, aktorka Chris McNeal wynajmuje dom w Georgetown, nieopodal siedziby Towarzystwa Jezusowego. Mieszka wraz z dwunastoletnią córką Regan, dwójką służących i sekretarką.

Pochłonięta pracą z trwoga dostrzega, że jej jedynaczka zaczyna zmieniać się nie do poznania. Wszytko od czasu rozpoczęcia zabaw z tabliczką Ouija i nawiązania za jej pośrednictwem znajomości z Kapitanem Howdy'm.

Zachowanie Regan ulega drastycznemu pogorszeniu, dochodzą do tego objawy, które z trudem można wyjaśnić medycznie. Szereg badań klinicznych nie przynosi oczekiwanych odpowiedzi.

Ostatecznie strapiona matka zwraca się o pomoc do jezuity, księdza Karrasa, który stara się dowiedzieć czy w chorobie Regan nie miały udziału nadnaturalne, demoniczne siły.

Czy są tu tacy, którzy nie znają "Egzorcysty", filmu Wiliama Friedkina?

Nakręcony na początku lat siedemdziesiątych obraz okrzyknięto arcydziełem horroru. Do dziś filmowi twórcy starają się naśladować zawartą w nim koncepcję opętania i tym samym dorównać jego jakości. Mogę się mylić, ale jest to chyba pierwszy film o opętaniu przez demona.

Scenariusz powstał w oparciu o powieść amerykańskiego pisarza libańskiego pochodzenia Williama Petera Blatty'ego. Autor powieści jest jednocześnie autorem scenariusza co przekłada się na jego wierność powieściowemu pierwowzorowi.

egzrcysta

Oczywiście pewne różnice są, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nowe wydanie jest uzupełnione o, jak twierdzi autor, kilka dodatkowych 'scen', których rzecz jasna nie zobaczymy w filmie, ani nie spotkamy w pierwszym wydaniu powieści. Nie są to jednak różnice mające znaczący wpływ na odbiór całości. Ostatnim razem "Egzorcystę" oglądałam dość dawno, więc nie przywołam Wam żadnych konkretów.

Rzecz najważniejsza, czy książka jest lepsza od filmu? Statystycznie rzadko się zdarza by filmowa wersja spotkała się z lepszym odbiorem niż książkowy oryginał, ale zdarzają się takie przypadki.

Jeśli chodzi o "Egzorcystę" jestem bliska stwierdzenia, że film jest lepszy. Zaczynając książkę nijak nie mogłam się przekonać do stylu autora, może to kwestia tłumaczenia, nie wiem, ale wydawał mi się mało literacki, bardziej reportażowy.

Charakterystyka głównych postaci nieco mnie zawiodła, nie znalazłam tu nawet zaczątków jakiejś głębszej analizy postaw bohaterów. Mam tu na myśli szczególnie matkę Regan, Chris. Trochę lepiej ma się sprawa z młodym księdzem psychiatrą, ale i tak najbardziej w pamięć zapadł mi plączący się pod nogami detektyw.

Jeśli chodzi o ewidentne plusy książki to z pewnością jest to wątek naukowy, albo 'pseudonaukowy' jak kto woli, czyli dociekania księdza psychiatry na temat autentyczności przypadku Regan.

W porównaniu z filmem sam rytuał egzorcyzmu jest tu zaledwie wisienką na torcie, a większość powieściowych stronic poświecono na rozwiązanie kwestii, czy w ogóle mamy tu do czynienia z opętaniem.

Szczęśliwie się złożyło, z nasz klecha nie był człowiekiem silnej wiary toteż obyło się bez moralizowania i jak na książkę z tak silnym motywem religijnym nie szczególnie odczuwamy tu wpływ Stwórcy. Zupełnie inaczej niż w przypadku książki "Zbaw nas ode złego", gdzie wszystkim jakby rozum odjęło.

Teraz już chyba rozumiecie dlaczego ciężko przyznać mi wyższość którejkolwiek z wersji tej historii. I film i książka mają swoje zalety. Uważam, że obie wersje warto poznać, chociażby po to by porównać je z tymi wszystkimi nowymi trendami rządzącymi światem horroru religijnego.

Moja ocena:7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

Tagi: książki
15:59, ilsa333
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 kwietnia 2017

Wyspa doktora Moreau -  Herbert George Wells

wyspa doktora moreau

Statek, którym podróżował przyrodnik Edward Predrick ulega katastrofie. Mężczyzna zostaje cudem uratowany przez załogę statku handlowego, który ma dostarczyć towar na teoretycznie opuszczoną, wulkaniczną wyspę.

Po kilku perturbacjach Edward opuszcza statek wraz osobliwym towarem oraz w towarzystwie doktora Montgomery'ego i ląduje w jak się okazuje siedzibie niesławnego doktora Moreau, który w asyście wspomnianego doktora Montgomery'ego prowadzi na wyspie kontrowersyjne eksperymenty na zwierzętach.

Młody przyrodnik trafia w samo centrum wydarzeń, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie dał by wiary.

Ci którzy są z blogiem na bieżąco wiedzą, że już niejednokrotnie biłam się w pierś zarzekając się, że przeczytam coś z twórczości Wells'a. Ostatnim razem przy okazji wpisu o "U progu tajemnicy" jednego z filmów powstałych w oparciu o jego prozę.

Tego autora tworzącego na przełomie XIX i XX wieku kojarzą chyba wszyscy, szczególnie fani sci-fi. To jemu zawdzięczamy słynną "Wojnę światów", czy "Niewidzialnego człowieka".

Z wykształcenia był biologiem co z pewnością pomogło mu w tworzeniu wiarygodnych historii z pogranicza fantastyki i nauki, czyniąc go pionierem w tym gatunku literackim.

Przymiarkę do jego twórczości zaczęłam od "Wyspy doktora Moreau", choć plan był inny. "Wyspa Doktora Moreau" prześladuje mnie jednak od dzieciństwa i nieuchronne wyroki przeznaczenia znowu mnie do niej przywiodły.

Bladolicy Marlon Brando zafundował mi traumę w dzieciństwie, gdy jako sześcio, czy siedmioletnie dziecko obejrzałam ekranizację powieści w małym kinie niedaleko domu.

Kto wpuścił dziecko na taki film? Ano jego mama. Wspomniana mama pracowała w owym kinie i gdy nie miała gdzie podziać swojej latorośli zabierała ową ze sobą do pracy i sadzała na sali kinowej coby się młode nie plątało pod nogami.

Tak byłam najmłodszym widzem "Wyspy doktora Moreau" z '96, czy "Striptizu" z Demi Moore. Pamiętam jak dziś moje przerażenie. Nie chodzi mi tu o dyndające cycki Demi. Już napisy początkowe do "Wyspy..." wpędziły mnie w stan, który skutecznie przygwoździł mnie do fotela. Pamiętam migające obrazy krwawych ujęć wnętrzności, najpewniej zwierząt, ale kto wie, od których rozpoczynał się film. Później pamiętam 'kobietę pumę' i bladego, tłustego Marlona Brando, który wyglądał jak przywódca sekty którymi straszyła mnie siostra Remigia na religii w zerówce. Więcej nie pamiętam.

wyspa doktora moreau

Mimo, że teraz mogę się nazwać fanką horrorów, nawet tych z elementami gore nigdy więcej nie tknęłam tego filmu, choć poważnie rozważam zapoznanie się z wersją nakręconą w latach '30.

Przeczytałam natomiast książkę.

Powieść podobała mi się szalenie, a ślad pamięciowy z dzieciństwa dodatkowo podkręcał moje czytelnicze wrażenia. Mimo, że powieść Wellsa, ostatecznie okazała się raczej bezkrwawa, gdyż wszystkie haniebne eksperymenty doktora Moreau odbywały się po za wzrokiem narratora powieści, to dziecięca trauma i tak zrobiła swoje.

Dobre horrory sci-fi mają to do siebie, że nie przerażają fikcją tylko prawdopodobieństwem wcielenia tej fikcji w życie. Tak też było w przypadku historii "Wyspy..."

Jak wspomniałam, autor miał stosowne wykształcenie by zaprezentować czytelnikom wiarygodny obraz biologicznych eksperymentów dokonywanych na zwierzętach. Nie zawarł tu co prawda jakiś szczegółowych opisów. Nie było to konieczne, bo samo założenie misji Doktora Moreau wiało grozą. Jeśli dodatkowo ktoś jest wyjątkowo wrażliwy na los zwierząt, jak jak, z ową powieścią przeżyje sporo niespokojnych chwil.

Historia Edwarda to relacja z blisko rocznego pobytu na wyspie gdzie para lekarzy prowadzi eksperymenty nad zwierzęcą anatomią. Mamy tu sporo nawiązań do darwinizmu, bo ostatecznie Moreau bawi się w ewolucjonistę, który dzięki chirurgii tworzy nowe gatunki. Jego głównym założeniem jest uczłowieczenie dzikich zwierząt. Dokonując swoich zabiegów obdarza ich rozumem, zdolnością mowy i chodzenia na dwóch nogach. Daje im też bardzo ludzki wynalazek, czyli religię, która pomaga w zapanowaniu nad zwierzęcymi instynktami, które pomimo zabiegów nadal są obecne w życiu jego 'ofiar'.

Myślę, że na początku dwudziestego wieku ta opowieść musiała wyrywać z butów.

Pointą powieści jest stwierdzenie, nie zasygnalizowane wprost, ale dla mnie mocno czytelne, że wszytko działa w obie strony.

Tak jak Moreau uczłowieczał zwierzęta, tak samo można zezwierzęcić człowieka. I w dużym stopniu to właśnie spotkało narratora, który żył na wyspie i przez długi czas był kimś w rodzaju 'króla' dziwnych zwierząt.

Po powrocie do cywilizacji sam u siebie zaobserwował zachowania, które jednoznacznie wskazują jak łatwo człowiek może odrzucić to co człowiecze. Zacząć gardzić towarzystwem ludzi. Wells boleśnie przypomina nam o naszym miejscu w szeregu: ostatecznie jesteśmy zwierzętami.

Moja ocena:9/10

Tagi: książki
11:59, ilsa333
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 kwietnia 2017

Wigilijna zamieć - Wojciech Rudziński

wigilijna zamieć

W wigilijny wieczór Tomek Zawadziński, przyszły policjant, mknie swoim autem przez zimową zamieć, by jak najszybciej znaleźć się w gronie rodziny przy wigilijnym stole. Mrok nocy zwykł sprawiać nieprzyjemne wrażenia, ale to czego doświadczył Tomek okazuje się czyś więcej niż przeczuciem widmowego zagrożenia. Dostrzega coś na drodze. Z powodu niejasnego przekonania o czyjejś obecności we wnętrzu jego samochodu Tomek wykonuje manewr w wyniku którego ląduje w lesie. Opuszczenie wraku w celu znalezienia pomocy okazuje się początkiem najdziwniejszej nocy w jego życiu.

Wojciech Rudziński, jeden z wielu polskich emigrantów, spisał swoją powieść w dalekiej Anglii nie posiadając uprzednio żadnego literackiego doświadczenia. Książka liczy sobie niespełna 130 stron i została wydana na zasadzie coraz popularniejszego self publishingu. Ta droga często staje się dla debiutantów jedyną możliwą przepustką do literackiego świata, dlatego wbrew powszechnemu przekonaniu o niskiej jakości takich publikacji staram się do czasu do czasu dać szansę jakiemuś 'żółtodziobowi', któremu na wydaniu powieści zależy na tyle by samemu za to zapłacić.

Dzięki temu złowiłam kilka naprawdę dobrych książek, które z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie dostały szansy u tradycyjnego wydawcy. Niestety zdarza się też tak, że trafiam na coś, czego nie da się czytać i żal mi drzewa które poświecono na papier drukarski.

Lektura "Wigilijnej zamieci" nie pozostawia złudzeń, do której grupy jestem zmuszona ją przypisać. Już samemu wydawcy należą się cięgi za skład i łamanie tekstu. Wygląda to tak jakby powieść puszczono do druku prosto z Worda, bez takich podstawowych rzeczy jak marginesy. Gdyby zrobiono to jak należy książkę czytałoby się po prostu wygodniej, choć pewnie zużyto by więcej papieru;) Okładka też odstrasza ( ta czcionka w tytule) i wszytko to jest zasługą jednej osoby. Bardzo nieestetyczna forma wydania.

Fabuła powieści oscyluje w świecie horroru i tego też powodu wpadła w moje ręce.

Początek jest bardzo obiecujący: Samotny kierowca w środku nocnej zamieci śnieżnej, dziwne przeczucie, wypadek. Tomek wędrując przez mrok lasu trafia do karczmy, w której jakby czas się zatrzymał. Poznajemy tu kilku nowych bohaterów i tu gdzie zaczynają się dialogi zaczynają się problemy. Powiem krótko, bo nie chcę się znęcać, dialogi w ogóle nie mają płynności, są sztywne, kołkiem ciosane, budowane jakby na siłę, jakby na przekór logice zdarzeń. Wszyscy bohaterzy używają tych samych zwrotów, brak tu oddzielnych charakterystyk odzwierciedlonych w wypowiadanych kwestiach. Czasami autor stara się stylizować język, używać nieco archaizmów, ale za chwile wyskakuję z jakimś "przydupasem" i wracamy do punktu wyjścia.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z horrorem, można rzec ghost story, ale bliżej tu do horroru religijnego, pełnego postaci zarezerwowanych dla świata wiary chrześcijańskiej. Choć nie zabraknie też elementów typowych dla innych religii (reinkarnacja). Obok tego mamy sporo niezbyt zgrabnie przemycanej historii czasów średniowiecza i dużo... dużo moralizowania. Autor zaznacza swoje moralne przesłanie z siłą kaznodziei, nie dając czytelnikowi przestrzeni na własną refleksję.

Bardzo żywe opisy dalszych wydarzeń przypominają bitwę o Śródziemie okraszone odrobina "Hellraisera". wszytko w jednym. Wszytko na bogato, wszytko na szybko.

Osobiście bardzo ciężko było mi się w tym odnaleźć, kolejne wydarzenia śledziłam z rosnącym zdziwieniem, ale niestety nie było to zdziwienie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia kompletnie nie w moim guście, nie w moim stylu, nie w moim typie, o czym piszę z naciskiem, bo nie wykluczam, że znajdzie ona swoich zwolenników.

Za książkę dziękuję autorowi Wojciechowi Rudzińskiemu

 

niedziela, 26 marca 2017

Frankenstein - Mary Shelley,

Pogrzeb - George Byron,

Wampir - John William Polidori,

Dziennik z Gnewy. Opowieści o duchach - Percy Bysshe Shelley

frankenstein

Wydawnictwo Vesper w ostatnim czasie ucieszyło swoich czytelników kolejnym wydawniczym wznowieniem klasycznej literatury gotyckiej, tym razem padło na "Frankensteina" opowieść o protoplaście szalonych naukowców i jego dziele, samotnym potworze. Podobnie jak w przypadku opowiadań Lovecrafta z tego samego wydawnictwa, przekład powierzono nieocenionemu Maciejowi Płazie. Z resztą wydanie zostało uzupełnione o posłowie jego autorstwa, w którym krótko, ale wnikliwie analizuje on najważniejsze książkowe motywy oraz biografie samej autorki.

Zadbano o to by czytelnik miał możliwość zapoznać się nie tylko z gotowym dziełem jakim jest powieść "Frankenstein", ale też okoliczności towarzyszące jej powstaniu. W tym wydaniu zawarto także przedmowę napisaną przez małżonka autorki, także pisarza Percy'ego Shelley'a, której wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Znajdziemy tu też  kilka słów od samej autorki stanowiących dodatek wyjaśniający wprowadzane w kolejnych wznowieniach powieści zmiany.

Dzięki tym dodatkom czytelnik, jak wspomniałam, poznaje okoliczności powstania słynnej powieści. Okoliczności te jak mniemam są już Wam znane, ostatecznie napomknęłam o nich przy starej recenzji innego wydania tej powieści. Chodzi tu o słynne wakacje nad jeziorem Genewskim gdzie grupa pisarzy pod przewodnictwem Lorda Byrona zabawiała się wymyślając historie o duchach.

Wydawnictwo Vesper poszło jeszcze o krok dalej serwując nam w tym wydaniu "Frankensteina" dodatki w postaci pozostałych, spisanych w owe wakacyjne wieczory strasznych opowieści. Wyborny pomysł, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Z radością przeczytałam słynnego "Wampira", którego autorstwo mylnie przypisywano Byronowi, podczas gdy był on dziełem jego znajomomego, Wiliama Polidorii, który spisał go właśnie w ramach zabawy w opowieści o duchach w lordowskim domu. Co ciekawe, a czego dowiecie się dzięki posłowie Macieja Płazy, Polidorii nieco zakpił z gospodarza imprezy tworząc swojego antybohatera, tytułowego Wampira na wzór Lorda Byrona. Jego wampir bowiem nie jest straszydłem kryjącym się w mrocznym zamczysku, lecz dandysem salonowym lwem, którego jedyną rozrywką po za uzupełnianiem zapasu krwi w organizmie jest sprowadzanie na złą drogę osób ze swojego otoczenia.

Innym umieszczonym tu opowiadaniem jest króciutki "Pogrzeb" Byrona, opowieść tyle tajemnicza, po byronowsku egzotyczna, co moim zdaniem lekko niedokończona.

"Dziennik Genewski" spisany przez męża Shelley to w gruncie rzeczy wybór anegdot o fantastycznym zabarwieniu jakie przynieśli goście, w tym George Lewis, autor "Mnicha", który jak się okazuje również pojawił się w letniskowy domu Byrona.

Wracając jeszcze do posłowia Płazy, rzuciła ona sporo światła na samą postać autorki, a same wakacje nad jeziorem Genwskim przedstawiają się dzięki temu jako być może najważniejszy moment w jej życiu. Człowiek przesądny powiedziałby, że narodziny "Frankensteina" były początkiem narodzin klątwy, która do końca życia ciążyła na Mary usyłając je trupami bliskich jej osób. Ostatecznie nim autorka dożyła wieku średniego wszyscy towarzysze 'wieczorków z duchami' wstąpili w ich szeregi.

Poza owymi literackimi dodatkami to wydanie "Frankensteina" kusi czymś jeszcze, ilustracjami samego Lynd'a Ward'a, o którym mówi się, że swoimi ilustracjami dał początek komisom. Jego drzeworyty zdobiły też niejedną powieść, w tym właśnie historię Mary Shelley, co skutecznie wykorzystał Vesper.

frankenstein

Wszytko to stanowi miły dodatek do dzieła, które zyskało niebagatelną sławę, czyli "Frankensteina". Moje niegdysiejsze dywagacje na temat jego treści możecie przeczytać TU.

"Frankenstein" jest jedną z moich ulubionych książek, szczególnie jeśli ramy ulubienia ograniczę do klasycznych horrorów. Stanowi ona przykład na to, jak ważną gałęzią literatury jest groza.

Mówi się, że życiem człowieka kierują dwie siły eros i thanatos, czyli miłość i śmierć. Ja uważam, że rządzi nim lęk. To lęk jest przyczyną największych odkryć i największych zniszczeń. Dlatego tak śmieszy mnie gdy ktoś stara się bagatelizować rolę grozy, czy to filmowej czy literackiej, czy w jakikolwiek sposób obecnej w sztuce i kulturze. Uważam, że literatura, grozy i tu "Frankenstein" jest dobrym przykładem, mówi o człowieku więcej niż najsłynniejsze traktaty filozoficzne. Nie można jego wartości sprowadzić tylko do 'mitotwórczego potencjału'.

Moja ocena:10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

vesper

Tagi: książki
10:39, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2017

Spowiedź diabła - Adrian Bednarek

spowiedz diabła

Kuba Sobański, wyrachowany krakowski prawnik, którego kariera zawodowa znajduje się w rozkwicie, dostaje nową sprawę. Wraz ze swoją wspólniczką, równie bystrą, co alkoholiczną Sandrą, ma dowieść przed sądem niewinności nastolatki oskarżonej o zamordowanie brata bliźniaka.

Nić porozumienia jaką udaje mu się nawiązać z klientką pociąga pewne konsekwencję, ale to nie koniec kłopotów w raju. Po latach poniewierki nie kto inny, jak Królowa Piękności powraca do raju w glorii, jako pisarka celebrytka uwolniona z okowów heroinowego nałogu, który zawdzięcza intrydze Kuby. Diabeł znalazł się w potrzasku, chyba już czas na wyznanie win.

"Spowiedź diabła" to  trzecia część przygód seryjnego mordercy  o pseudonimie Rzeźnik Niewiniątek. Dwa poprzednie tomy serii, którymi Adrian Bednarek debiutował na polskim rynku wydawniczym, odniosły niemały sukces.

"Pamiętnik diabła" ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Drugi tom "Proces diabła" to już zasługa wydawnictwa Zysk i s-ka, z którym jednak nie pociągnął współpracy i po krótkim romansie autor wrócił na stare pielesze. Novae Res podpisało z Adrianem umowę na kilka książek, w tym "Spowiedź diabła", która we wcześniejszym założeniu - przynajmniej tak wywnioskowałam - miała zamykać serię.

"Spowiedź diabła" wydaje się więc być pożegnaniem z Kubą Sobańskim, jednym z moich ulubionych bohaterów literackich w kategorii intrygujących pomyleńców. Nie płaczę za nim, bo wiem co autor ma w zanadrzu i komu przyjdzie zastąpić Kubę. Możecie mi wierzyć na słowo, że jeśli wszytko pójdzie zgodnie z planem autora, już niedługo znowu będzie o nim głośno, jak przy debiucie.

Ci, którzy znają poprzednie tomy serii o Rzeźniku Niewiniątek, mają już zapewne wyrobione zdanie na temat prozy autora. "Spowiedź diabła" w żadem sposób nie odnotowuje spadku formy, niektórzy nawet twierdzą, że jest to najlepsza z książek w serii, ale ja bym tak się nie zapędzała.

Prawdą jednak jest, że ta część w sprawny sposób łączy najlepsze elementy "Pamiętnika diabła" - pojawia się tu kilka wspominek - i najlepsze elementy "Procesu diabła", czyli barwny obraz sądowych potyczek.

Książka jest też, w mojej ocenie, niejakim podsumowaniem wszystkich rozpoczętych wątków i można by być pewnym, że na tym historia się skończy gdyby nie epilog...

Za sprawą nowej bohaterki uzyskujemy ponowny wgląd w psychikę Kuby. Można powiedzieć, że staje on przed lustrem i tym razem bardziej świadomie obserwuje narodziny demona, którego tak dobrze już poznał.

Jest tu w zasadzie tyko jeden minus. Dzięki lekturze dwóch poprzednich tomów dość dobrze poznajemy tok rozumowania autora i ciężej jest nas zaskoczyć. Mnie przynajmniej. Nie było już takiego efektu wow, gdy na tapecie pojawiały się kluczowe twisy związane z głównymi wątkami "Spowiedzi diabła". Nie mniej jednak autor nie traci impetu i cały czas stara się podtrzymywać napięcie.

Tak czy siak, uważam, że książka jest dobrym podsumowaniem serii. Udało się tu stworzyć coś nowego, zamiast kolejnego pseudo thrillera o dzielnych bohaterach, mamy tu antybohatera, który robi całą robotę. Co więcej wszystko jest płynne i doszlifowane do tego stopnia, że można by się zastanawiać, kto kogo prowadzał ulicami raju, Adrian Kubę, czy Kuba Adriana.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

środa, 22 lutego 2017

Hitchcock - Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do 'dzikich manewrów', odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake'a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych 'dzikich manewrów'. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast 'przewodnika turystycznego' dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

"Na miłość boską, już jestem skatalogowany - rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie".

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie "Rebeka". Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam "Rebekę" i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był 'wrednym tluściochem', jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie "Ptaki", ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie "Psychozy".

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

piątek, 17 lutego 2017

W górach szaleństwa i inne opowieści - H.P. Lovecraft

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Po dwóch zbiorach opowiadań Lovecrafta od wydawnictwa Vesper, przyszedł czas na kontratak wydawnictwa Zysk i s-ka. Nie macie pojęcia jak cieszy mnie fakt, że na polskim rynku wydawniczym ktoś jeszcze interesuje się klasyką. Będę śledzić ten wyścig i czekać na kolejne perełki.

W moje zachłanne łapki wpadła nowa publikacja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści". Generalnie zawiera ona opowiadania, które miałam już okazję przeczytać, choć z uwagi na różnice w tłumaczeniu nierzadko w innych wydaniach noszą inne tytuły. Zamiast więc "Ryciny w starym domu", mamy tu "Piekielną ilustrację", zamiast przekładu Macieja Płazy mamy Roberta Lipskiego. Nie ukrywam, że przywykłam trochę do Płazy, ale wcale nie uważam by tłumaczenia wykorzystane w tym zbiorze były gorsze, ba, i one przypadły do gustu.

Cały, liczący ponad siedemset stron zbiór zawiera siedemnaście opowiadań, ku mojej uciesze większość z nich należy do moich ulubionych. Jeśli więc nie mogliście się zdecydować czy zainwestować w "Zgrozę w Dunwch", czy "Przyszła na Sarnath zagłada", najlepszą opcją będzie trzecie opcja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści" :)

Pierwsze z opowiadań to wspomniana "Piekielna ilustracja", czyli opowieść o spotkaniu z pewnym pasjonatem starej księgi, a raczej ilustracji w niej zawartych. starych rycin, których widok pozostaje nie bez wpływu na oglądającego.

Dalej mamy "Muzykę Ericha Zanna", również mój faworyt. Opowiadanie krótkie, ale ujmujące swoją tajemniczością. Dalej "Zapomniane miasto" z cyklu Lovecraft'owskich astralnych podróży i znowu znany i lubiany przeze mnie "Przybysz", opowieść pisana z punktu widza bohatera będącego w Lovecraft'owskich opowieściach częściej antybohaterem.

Kolejny mój ulubieniec czyli "Reanimator", nadal uważam, że mógł być pisany pod wpływem "Frankensteina". Opowiadanie znane większości, chociażby z luźnej filmowej adaptacji.

"Przyczajona groza", której fabułę z grubsza również możecie znać z ekranizacji, również znalazła tu miejsce. "Szczury w murach" - powtórzę się, kolejne opowiadanie z grona ulubieńców, dzięki swojej gotyckiej aurze. Wreszcie szlagier, czyli długaśny "Zew Cthulhu", co prawda do moich faworytów nie należy, ale jest chyba najbardziej rozpoznawalnym z pośród wszystkich utworów autora.

Na pociechę w kolejnym opowiadaniu znowu wracamy do grona moich wybrańców czyli "Modelu Pickmana", opowieści o upiornym malarstwie inspirowanym autentyczną potwornością.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" jest jednym z pierwszych opowiadań Lovecrafta jakie sobie ulubowałam i które zawsze będę z nim kojarzyć. O "Kolorze z przestworzy" pisałam dopiero co, dzięki jego włoskiej filmowej adaptacji. Również jest to jedna  z moich ulubionych historii, doskonale wpisuje się w twórczość Lovecrafta, ale nie razi powtarzalnością motywów z "Zew Cthulhu".

"Szepczący w ciemności", a to już faworyt absolutny, opowiadanie najbliższe współczesnemu pojmowaniu sc-fi  z kosmitami i całym tym kramem. Nie zabrakło tu oczywiście tytułowego opowiadania zbioru czyli "W górach szaleństwa".

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Na finiszu znajdą się natomiast "Widmo nad Innsmouth", "Cień z poza czasu" i "Duch ciemności". Wisienką na torcie jest "Coś na progu", które w mojej ocenie spokojnie może robić za swoiste podsumowanie twórczości Lovecrafta, bo zawiera wszystkie jej najlepsze, w mojej ocenie, elementy.

Nie wiem jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze opowiadań. Mamy tu utwory zarówno z początków twórczości autora jak i czasów największego rozkwitu i wreszcie końca pisarskiej kariery. Nie skupiono się na żadnym konkretnym motywie przewodnim utworów. Ot, wybrano to co mi się najbardziej podoba, jak miło.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Tagi: książki
09:09, ilsa333
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 lutego 2017

Mnich - Matthew Gregory Lewis

Mnich

Opat zakonu kapucynów w Madrycie, mnich Ambrosio, może poszczycić się powszechnym szacunkiem i pewną miejscówką w szeregach zbawionych, gdy przejdzie kres jego ziemskiego żywota. Jego pobożność jest niezwykle surowa, czasem tylko budzi się w nim jakaś szatańska iskra, gdy patrzy na wizerunek najświętszej panienki...

Tak jest do chwili, gdy w jego klasztorze pojawia się nowy uczeń, w rzeczywistości jest to przebrane za chłopca dziewczę o niezwykłych zdolnościach wodzenia mężczyzn za nos. Może dzięki szatańskim sztuczkom, a może dzięki w gruncie rzeczy słabej woli Ambrosia, daje się on uwieść Matildzie i łamie śluby czystości. To jednak dopiero początek upadku jego moralności, bo rozbudzona chuć już szuka nowego obiektu namiętności.

Po raz pierwszy wydany w 1796 roku "Mnich" jest jedną ze sztandarowych pozycji w literaturze gotyckiej. Przez współczesnych czytelników jest jednak równie zapomniana co "Zamczysko w Otranto".

Lewis napisał ją mając ledwie dwadzieścia lat, stąd pewnie niezwykła, jak na owe czasy i ówczesny styl, żarliwość opisów, szczególnie wątków erotycznych. Tym zresztą pochwał nie szczędził sam Markiz de Sade, więc o czymś to już świadczy, Moi Drodzy.

Erotyzm jest jednak tylko jednym z wątków w powieści. Żeby omówić tu wszystkie, musiałabym srodze Was przetrzymać przy tekście, pozwolę więc sobie skupić się na tym, co w powieści najlepsze, czyli kreacja postaci tytułowego Mnicha i wydarzeniach z nim związanych.

Nasz Abrozio to niezły gagatek, postać niezwykle złożona i budząca bardzo silne emocje w czytelniku. Jeśli są w śród Was katoliccy oponenci, będziecie mieć tu niezłe używanie.

Nie od dziś wiadomo jak rygoryzm religijny zaburza rozwój sfery seksualnej (obejrzyjcie choćby sympatyczny dokument "Deliver us from evil") i Ambrosio jest tu dobrym przykładem. Jego popędy są tłumione, ale raz rozbudzone są nie do powstrzymania. Mimo że, od czasu do czasu w jego świadomości zapala się czerwona lampka, pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk o nieśmiertelną duszę, na nic to wszytko wobec pokus świata doczesnego.

Jak wspomniałam wszytko zaczyna się od Matildy. Ona też w swojej złożonej naturze nie ustępuje niczym postaci Ambrosia. To za jej sprawą Ambrosio otwiera się na nowe doznania i jak pisał Nabokov w Adzie, są one jak czerwona wysypka, którą wciąż trzeba drapać.

Mnich

Matilda to nie tylko podręcznikowy przykład femme fatale, ale i sposób na wprowadzenie do klasztoru kapucynów samego diabła. Niewiasta co prawda nie stanowi jego personifikacji, jest bowiem tylko wierną służebnicą, ale jej kuszenia są iście biblijne.

Pojawiają się tu za jej sprawą wątki okultystyczne, sporo dobrze poprowadzonych opisów, które przypominają nam o tym, za co kochamy literaturę gotycką. Owszem, czasem to wszytko trąci groteską, ale i tak podziwiam żywość wyobraźni autora. Tu ciekawostka, we własnej osobie pojawia się on w jednym ze wspomnianych rozlicznych watów pobocznych.Innym z takich ciekawych wtrąceń jest historia 'krwawej zakonnicy'.

Diabelski duet w osobach Ambrosia i Matildy będzie przyczyną rozlicznych krzywd jakich doświadczy pewna niewinna jak stokrotka Antonia, którą to upatrzy sobie Mnich tuż po jej przybyciu do Madrytu. Nie ograniczy się do obserwowania jej przez 'diabelskie lusterko', lecz postanowi za pomocą czarów uwieść ją i... tu mamy coś, co z pewnością urzekło starego de Sade. Choć obstawiam, że motyw siostry Lorenza- ukochanego niewinnej Antonii - która wpada w ręce innych występnych kobiet skrywających swoje obłudne czyny pod habitami zakonnymi, też nie mało go ucieszył ;)

Cóż, jak widać klasyka nie musi być nudna, jak uważają niektórzy, których być może dręczono w szkolne ławce skarbami literatury typu "Nad Niemnem".

"Mnich" to z resztą nie tylko klasyka, ale i w pewien sposób prekursor. Lewis jako pierwszy odważył się tak solidnie dokopać obłudzie, która nierzadko dotyczy tych, których stawia się za wzór. Naśladowali go pisarze na starym kontynencie i za oceanem i dopiero w latach '60 XX wieku ktoś nabrał odwagi by po raz pierwszy zekranizować powieść.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Vesper


vesper

niedziela, 22 stycznia 2017

Przyszła na Sarnath zagłada.

Opowieści niesamowite i fantastyczne - H.P. Lovecraft

przyszła na sarnath zagładalovecraft

"Przyszyła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne" to drugi po "Zgrozie w Dunwich" zbiór opowiadań Lovecrafta wydany w polskim przekładzie Macieja Plazy przez wydawnictwo Vesper.

Gdybym miała porównać obydwa zbiory, wybrać ten który przypadł mi do gustu bardziej, chyba postawiłabym na młodsze wydawnictwo, czyli "Przyszła na Sarnach zagłada" - czyli ten, o którym dziś będzie mowa.

Wiem, że "Zgroza w Dunwich" zawierała takie 'przeboje' jak "Zew Cthulhu" czy w "W górach szaleństwa", ale jak wspomniałam przy jego recenzji, jeśli chodzi o Lovecrafta zdecydowanie wolę jego krótsze opowiadania, no może po za "Ku nieznanemu Kadath...", które jest jedynym najdłuższym opowiadaniem w zbiorze "Przeszyła na Sarnath zagłada".

W tej publikacji znajdują się praktyczne same krótsze historie. Niekiedy ich stronice można zliczyć na palcach jednej ręki, ale to właśnie je uważam, za najbardziej godne pochwały w twórczości pisarza.

Nie sztuką jest napisać długaśne tomisko i znaleźć w nim miejsce na ciekawą historię i dużą dawkę grozy. Sztuką jest zrobić to wszytko na bardzie ograniczonej przestrzeni.

Zbiór otwiera właśnie taka krótka opowieść. Nosi ona tytuł "Grobowiec" i jest jak to zwykle u Lovecrafta bywa opowieścią o szaleństwie. Mamy tu bohatera, który zza murów zakładu psychiatrycznego wspomina swoje młode lata, czas kiedy zaczęła w nim kiełkować obsesja na punkcie pewnego grobowca. "Polaris", czyli opowieść o gwieździe polarnej, jest chyba rekordzistą w krótkiej formie. Podobnie krótką, oniryczna wyprawą jest "Biały statek".

W książce znajdziecie nawet całą mapę krain które zwiedzają w snach bohaterzy kolejnych opowiadań.

przyszła na sarnath zagładalovecraft

Lovecraft często zwykł pisać o zapomnianych przez ludzi miastach, zepchniętych z ich świadomości, którą odwiedzić można tylko we śnie. Porusza tu często motyw zagłady takich miejsc i tu dobrym przykładem jest opowiadanie tytułowe, krótkie acz niezwykle klimatyczne "Przyszła na Sarnath zagłada".

Niezwykły mrok bije od "Zeznania Randolpha Cartera", to opowiadanie jest doskonałym przykładem na to jak Lovecraft potrafił skonsolidować ogrom grozy w krótkiej treści.

"Rycina w starym domu" to jeden z moich faworytów w tym zbiorze. Opowieść o ... rycinie. Tak, rycinie niezwykłej, której widok potrafi wzbudzić w człowieku mroczne instynkty .

Z pośród dominujących w tym zbiorze opowiadań osnutych oniryczną mgłą astralnych podróży najbardziej wyróżniają się dwa reprezentujące inny styl: "Reanimator Herbert West" i "Coś na progu".

To moi zwycięzcy jeśli miałbym typować perełki całego zbioru. Mają podobną narrację. Stanowią utrzymaną w pierwszej osobie relacje z wydarzeń, których głównymi bohaterami, albo antybohaterami byli przyjaciele owych narratorów. "Reanimatora" znają chyba wszyscy za sprawą jego przełożenia na ekran. Dla mnie stanowi on niejako hołd dla nieśmiertelnego "Frankensteina". Zawiera bliźniacze wątki, jednak Lovecraft odważniej wziął się za bary z grozą niż zrobiła to Shelley, nie umniejszając jej przy tym.

"Coś na progu", które zamyka zbiór jest doskonałym zwieńczeniem wszystkich Lovecraft'owskich motywów, jakie lubię najbardziej. Tajemnica, obłęd, trochę ohydy, pradawne moce i czarny charakter zbyt groźny byśmy mogli go poznać osobiście, ale na tyle silny by zdominować całą opowieść.

Na podium mam więc jeszcze jedno miejsce i poświęcę je... sztuce. "Model Pickmana" można przyrównać do "Ryciny w starym domu", bo znowuż mamy tu przykład silnego oddziaływania sztuki na człowieka, z tym że w tym przypadku, sztuka ta faktycznie odżywa.

Nie sposób mówić szerzej o wszystkich opowiadaniach w zbiorze, jest ich bowiem z górką ponad dwadzieścia. Pominęłam jedno z najdłuższych, czyli "Ku nienznanemu Kadath...", bo miałam już okazję o nim pisać, o tu.

Wydanie nie różni się od starszego, "Zgrozy w Dunwich", jeśli chodzi o estetykę podania. Wypada równie bajecznie. Tłumacz ten sam więc, bez zarzutów. Treść ponownie zdobią fantasmagoryczne ilustracje, a jak Wam nie szkoda grosza to dostępne jest wydanie w twardej oprawie.

Lovecraft to skarb dla wszystkich ceniących literaturę grozy. Wiem, że niektórym wydaje się zbyt przestarzały, tak słyszałam takie herezje, albo zbyt rozwlekły, ale tym bardziej będę Wam podsuwać ten właśnie zbiór opowiadań, spróbujcie, a na pewno do niego wrócicie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper:


vesper

Tagi: książki
13:37, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2016

Rzeka podziemna - Tomasz Jastrun

rzeka podziemna

Czytajcie opisy książek, Moi Drodzy, zanim po nie sięgniecie;)

Rada taka dość oczywista, a jednak nie zastosowałam się do niej i widząc książkę z okładkę, na której widnieje twarz zanurzona w wodzie, z góry uznałam, że to kryminał- raczej nie inaczej, jeszcze roiłam sobie, że pewno taki w skandynawskim klimacie, bo kolorystyka taka oO.

Gdy byłam w połowie lektury zorientowałam się, że bardziej zanosi się tu na samobójstwo niż na morderstwo, bo powieść Tomasza Jastruna to książka z rodzaju tych mini spowiedzi gdzie autor wylewa gorzkie żale na świat przy pomocy narratora nihilisty. Tak, to nie kryminał. Głupia ja.

Nie mniej jednak ta niespodzianka towarzysząca odrywaniu prawdziwego pisarskiego zamysłu autora nie była niespodzianką przykrą. Faktem jest, że w pewnym momencie przerwałam czytanie i Jastrun leżakował na półce przez miesiąc, czekając aż mój nastrój znajdzie się na orbicie zbliżonej do jego bohatera, ale wróciłam do niej i zmierzyłam się z przykrą rzeczywistością świata przedstawionego "Rzeki podziemnej".

Pomyślałam sobie, że za parę lat to pisarze z mojego pokolenia będą mogli tak dobitne rozliczać się z nieciekawą przeszłością- dzisiejszą teraźniejszością i pomyślało mi się jeszcze, że nasza samotność i frustracja będzie jeszcze większa - jak na pokolenie nadmiaru przystało;)

"Rzeka podziemia" w wielkim uproszczeniu to powieść o depresji, o ile dobitne dostrzeganie brzydoty świata można zaliczyć jako jednostkę chorobową. Jej bohaterem jest starzejący się, wylniały nieco playboy, który desperacko ucieka przed pustką. Pustkę wokół siebie dostrzegł dość wcześnie, ale dopiero teraz jakby przestał zaklinać rzeczywistość. Depresyjna natura i hipochondria zaczęła wygrywać i rzec można, że nasz narrator znalazł się pod ścianą.

Język powieści jak mi się wydaje jest połączeniem bezwzględnego realizmu z ulotnym poetyckim duchem. To doskonale pasuje do refleksyjnej natury książki. Jej wadą i zaletą jednocześnie - zależy kto czego szuka, jest to, że skutecznie potrafi przygnębić. Nie łatwo czyta się przemyślenia faceta, który jak twierdzi gnije mu dusza, zwłaszcza, gdy odkrywamy, że możemy dzielić z nim pewne myśli. Ale co tam, jeśli chcecie trochę podumać w depresyjnym tonie, jest to coś dla Was.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Tagi: książki
10:41, ilsa333
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl