What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: książki

czwartek, 22 czerwca 2017

Chaszcze - Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki "Chaszcze" głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

wtorek, 25 kwietnia 2017

Egzorcysta - William Peter Blatty

egzorcysta

W związku z zawodowymi zobowiązaniami, aktorka Chris McNeal wynajmuje dom w Georgetown, nieopodal siedziby Towarzystwa Jezusowego. Mieszka wraz z dwunastoletnią córką Regan, dwójką służących i sekretarką.

Pochłonięta pracą z trwoga dostrzega, że jej jedynaczka zaczyna zmieniać się nie do poznania. Wszytko od czasu rozpoczęcia zabaw z tabliczką Ouija i nawiązania za jej pośrednictwem znajomości z Kapitanem Howdy'm.

Zachowanie Regan ulega drastycznemu pogorszeniu, dochodzą do tego objawy, które z trudem można wyjaśnić medycznie. Szereg badań klinicznych nie przynosi oczekiwanych odpowiedzi.

Ostatecznie strapiona matka zwraca się o pomoc do jezuity, księdza Karrasa, który stara się dowiedzieć czy w chorobie Regan nie miały udziału nadnaturalne, demoniczne siły.

Czy są tu tacy, którzy nie znają "Egzorcysty", filmu Wiliama Friedkina?

Nakręcony na początku lat siedemdziesiątych obraz okrzyknięto arcydziełem horroru. Do dziś filmowi twórcy starają się naśladować zawartą w nim koncepcję opętania i tym samym dorównać jego jakości. Mogę się mylić, ale jest to chyba pierwszy film o opętaniu przez demona.

Scenariusz powstał w oparciu o powieść amerykańskiego pisarza libańskiego pochodzenia Williama Petera Blatty'ego. Autor powieści jest jednocześnie autorem scenariusza co przekłada się na jego wierność powieściowemu pierwowzorowi.

egzrcysta

Oczywiście pewne różnice są, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nowe wydanie jest uzupełnione o, jak twierdzi autor, kilka dodatkowych 'scen', których rzecz jasna nie zobaczymy w filmie, ani nie spotkamy w pierwszym wydaniu powieści. Nie są to jednak różnice mające znaczący wpływ na odbiór całości. Ostatnim razem "Egzorcystę" oglądałam dość dawno, więc nie przywołam Wam żadnych konkretów.

Rzecz najważniejsza, czy książka jest lepsza od filmu? Statystycznie rzadko się zdarza by filmowa wersja spotkała się z lepszym odbiorem niż książkowy oryginał, ale zdarzają się takie przypadki.

Jeśli chodzi o "Egzorcystę" jestem bliska stwierdzenia, że film jest lepszy. Zaczynając książkę nijak nie mogłam się przekonać do stylu autora, może to kwestia tłumaczenia, nie wiem, ale wydawał mi się mało literacki, bardziej reportażowy.

Charakterystyka głównych postaci nieco mnie zawiodła, nie znalazłam tu nawet zaczątków jakiejś głębszej analizy postaw bohaterów. Mam tu na myśli szczególnie matkę Regan, Chris. Trochę lepiej ma się sprawa z młodym księdzem psychiatrą, ale i tak najbardziej w pamięć zapadł mi plączący się pod nogami detektyw.

Jeśli chodzi o ewidentne plusy książki to z pewnością jest to wątek naukowy, albo 'pseudonaukowy' jak kto woli, czyli dociekania księdza psychiatry na temat autentyczności przypadku Regan.

W porównaniu z filmem sam rytuał egzorcyzmu jest tu zaledwie wisienką na torcie, a większość powieściowych stronic poświecono na rozwiązanie kwestii, czy w ogóle mamy tu do czynienia z opętaniem.

Szczęśliwie się złożyło, z nasz klecha nie był człowiekiem silnej wiary toteż obyło się bez moralizowania i jak na książkę z tak silnym motywem religijnym nie szczególnie odczuwamy tu wpływ Stwórcy. Zupełnie inaczej niż w przypadku książki "Zbaw nas ode złego", gdzie wszystkim jakby rozum odjęło.

Teraz już chyba rozumiecie dlaczego ciężko przyznać mi wyższość którejkolwiek z wersji tej historii. I film i książka mają swoje zalety. Uważam, że obie wersje warto poznać, chociażby po to by porównać je z tymi wszystkimi nowymi trendami rządzącymi światem horroru religijnego.

Moja ocena:7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

Tagi: książki
15:59, ilsa333
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 kwietnia 2017

Wyspa doktora Moreau -  Herbert George Wells

wyspa doktora moreau

Statek, którym podróżował przyrodnik Edward Predrick ulega katastrofie. Mężczyzna zostaje cudem uratowany przez załogę statku handlowego, który ma dostarczyć towar na teoretycznie opuszczoną, wulkaniczną wyspę.

Po kilku perturbacjach Edward opuszcza statek wraz osobliwym towarem oraz w towarzystwie doktora Montgomery'ego i ląduje w jak się okazuje siedzibie niesławnego doktora Moreau, który w asyście wspomnianego doktora Montgomery'ego prowadzi na wyspie kontrowersyjne eksperymenty na zwierzętach.

Młody przyrodnik trafia w samo centrum wydarzeń, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie dał by wiary.

Ci którzy są z blogiem na bieżąco wiedzą, że już niejednokrotnie biłam się w pierś zarzekając się, że przeczytam coś z twórczości Wells'a. Ostatnim razem przy okazji wpisu o "U progu tajemnicy" jednego z filmów powstałych w oparciu o jego prozę.

Tego autora tworzącego na przełomie XIX i XX wieku kojarzą chyba wszyscy, szczególnie fani sci-fi. To jemu zawdzięczamy słynną "Wojnę światów", czy "Niewidzialnego człowieka".

Z wykształcenia był biologiem co z pewnością pomogło mu w tworzeniu wiarygodnych historii z pogranicza fantastyki i nauki, czyniąc go pionierem w tym gatunku literackim.

Przymiarkę do jego twórczości zaczęłam od "Wyspy doktora Moreau", choć plan był inny. "Wyspa Doktora Moreau" prześladuje mnie jednak od dzieciństwa i nieuchronne wyroki przeznaczenia znowu mnie do niej przywiodły.

Bladolicy Marlon Brando zafundował mi traumę w dzieciństwie, gdy jako sześcio, czy siedmioletnie dziecko obejrzałam ekranizację powieści w małym kinie niedaleko domu.

Kto wpuścił dziecko na taki film? Ano jego mama. Wspomniana mama pracowała w owym kinie i gdy nie miała gdzie podziać swojej latorośli zabierała ową ze sobą do pracy i sadzała na sali kinowej coby się młode nie plątało pod nogami.

Tak byłam najmłodszym widzem "Wyspy doktora Moreau" z '96, czy "Striptizu" z Demi Moore. Pamiętam jak dziś moje przerażenie. Nie chodzi mi tu o dyndające cycki Demi. Już napisy początkowe do "Wyspy..." wpędziły mnie w stan, który skutecznie przygwoździł mnie do fotela. Pamiętam migające obrazy krwawych ujęć wnętrzności, najpewniej zwierząt, ale kto wie, od których rozpoczynał się film. Później pamiętam 'kobietę pumę' i bladego, tłustego Marlona Brando, który wyglądał jak przywódca sekty którymi straszyła mnie siostra Remigia na religii w zerówce. Więcej nie pamiętam.

wyspa doktora moreau

Mimo, że teraz mogę się nazwać fanką horrorów, nawet tych z elementami gore nigdy więcej nie tknęłam tego filmu, choć poważnie rozważam zapoznanie się z wersją nakręconą w latach '30.

Przeczytałam natomiast książkę.

Powieść podobała mi się szalenie, a ślad pamięciowy z dzieciństwa dodatkowo podkręcał moje czytelnicze wrażenia. Mimo, że powieść Wellsa, ostatecznie okazała się raczej bezkrwawa, gdyż wszystkie haniebne eksperymenty doktora Moreau odbywały się po za wzrokiem narratora powieści, to dziecięca trauma i tak zrobiła swoje.

Dobre horrory sci-fi mają to do siebie, że nie przerażają fikcją tylko prawdopodobieństwem wcielenia tej fikcji w życie. Tak też było w przypadku historii "Wyspy..."

Jak wspomniałam, autor miał stosowne wykształcenie by zaprezentować czytelnikom wiarygodny obraz biologicznych eksperymentów dokonywanych na zwierzętach. Nie zawarł tu co prawda jakiś szczegółowych opisów. Nie było to konieczne, bo samo założenie misji Doktora Moreau wiało grozą. Jeśli dodatkowo ktoś jest wyjątkowo wrażliwy na los zwierząt, jak jak, z ową powieścią przeżyje sporo niespokojnych chwil.

Historia Edwarda to relacja z blisko rocznego pobytu na wyspie gdzie para lekarzy prowadzi eksperymenty nad zwierzęcą anatomią. Mamy tu sporo nawiązań do darwinizmu, bo ostatecznie Moreau bawi się w ewolucjonistę, który dzięki chirurgii tworzy nowe gatunki. Jego głównym założeniem jest uczłowieczenie dzikich zwierząt. Dokonując swoich zabiegów obdarza ich rozumem, zdolnością mowy i chodzenia na dwóch nogach. Daje im też bardzo ludzki wynalazek, czyli religię, która pomaga w zapanowaniu nad zwierzęcymi instynktami, które pomimo zabiegów nadal są obecne w życiu jego 'ofiar'.

Myślę, że na początku dwudziestego wieku ta opowieść musiała wyrywać z butów.

Pointą powieści jest stwierdzenie, nie zasygnalizowane wprost, ale dla mnie mocno czytelne, że wszytko działa w obie strony.

Tak jak Moreau uczłowieczał zwierzęta, tak samo można zezwierzęcić człowieka. I w dużym stopniu to właśnie spotkało narratora, który żył na wyspie i przez długi czas był kimś w rodzaju 'króla' dziwnych zwierząt.

Po powrocie do cywilizacji sam u siebie zaobserwował zachowania, które jednoznacznie wskazują jak łatwo człowiek może odrzucić to co człowiecze. Zacząć gardzić towarzystwem ludzi. Wells boleśnie przypomina nam o naszym miejscu w szeregu: ostatecznie jesteśmy zwierzętami.

Moja ocena:9/10

Tagi: książki
11:59, ilsa333
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 kwietnia 2017

Wigilijna zamieć - Wojciech Rudziński

wigilijna zamieć

W wigilijny wieczór Tomek Zawadziński, przyszły policjant, mknie swoim autem przez zimową zamieć, by jak najszybciej znaleźć się w gronie rodziny przy wigilijnym stole. Mrok nocy zwykł sprawiać nieprzyjemne wrażenia, ale to czego doświadczył Tomek okazuje się czyś więcej niż przeczuciem widmowego zagrożenia. Dostrzega coś na drodze. Z powodu niejasnego przekonania o czyjejś obecności we wnętrzu jego samochodu Tomek wykonuje manewr w wyniku którego ląduje w lesie. Opuszczenie wraku w celu znalezienia pomocy okazuje się początkiem najdziwniejszej nocy w jego życiu.

Wojciech Rudziński, jeden z wielu polskich emigrantów, spisał swoją powieść w dalekiej Anglii nie posiadając uprzednio żadnego literackiego doświadczenia. Książka liczy sobie niespełna 130 stron i została wydana na zasadzie coraz popularniejszego self publishingu. Ta droga często staje się dla debiutantów jedyną możliwą przepustką do literackiego świata, dlatego wbrew powszechnemu przekonaniu o niskiej jakości takich publikacji staram się do czasu do czasu dać szansę jakiemuś 'żółtodziobowi', któremu na wydaniu powieści zależy na tyle by samemu za to zapłacić.

Dzięki temu złowiłam kilka naprawdę dobrych książek, które z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie dostały szansy u tradycyjnego wydawcy. Niestety zdarza się też tak, że trafiam na coś, czego nie da się czytać i żal mi drzewa które poświecono na papier drukarski.

Lektura "Wigilijnej zamieci" nie pozostawia złudzeń, do której grupy jestem zmuszona ją przypisać. Już samemu wydawcy należą się cięgi za skład i łamanie tekstu. Wygląda to tak jakby powieść puszczono do druku prosto z Worda, bez takich podstawowych rzeczy jak marginesy. Gdyby zrobiono to jak należy książkę czytałoby się po prostu wygodniej, choć pewnie zużyto by więcej papieru;) Okładka też odstrasza ( ta czcionka w tytule) i wszytko to jest zasługą jednej osoby. Bardzo nieestetyczna forma wydania.

Fabuła powieści oscyluje w świecie horroru i tego też powodu wpadła w moje ręce.

Początek jest bardzo obiecujący: Samotny kierowca w środku nocnej zamieci śnieżnej, dziwne przeczucie, wypadek. Tomek wędrując przez mrok lasu trafia do karczmy, w której jakby czas się zatrzymał. Poznajemy tu kilku nowych bohaterów i tu gdzie zaczynają się dialogi zaczynają się problemy. Powiem krótko, bo nie chcę się znęcać, dialogi w ogóle nie mają płynności, są sztywne, kołkiem ciosane, budowane jakby na siłę, jakby na przekór logice zdarzeń. Wszyscy bohaterzy używają tych samych zwrotów, brak tu oddzielnych charakterystyk odzwierciedlonych w wypowiadanych kwestiach. Czasami autor stara się stylizować język, używać nieco archaizmów, ale za chwile wyskakuję z jakimś "przydupasem" i wracamy do punktu wyjścia.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z horrorem, można rzec ghost story, ale bliżej tu do horroru religijnego, pełnego postaci zarezerwowanych dla świata wiary chrześcijańskiej. Choć nie zabraknie też elementów typowych dla innych religii (reinkarnacja). Obok tego mamy sporo niezbyt zgrabnie przemycanej historii czasów średniowiecza i dużo... dużo moralizowania. Autor zaznacza swoje moralne przesłanie z siłą kaznodziei, nie dając czytelnikowi przestrzeni na własną refleksję.

Bardzo żywe opisy dalszych wydarzeń przypominają bitwę o Śródziemie okraszone odrobina "Hellraisera". wszytko w jednym. Wszytko na bogato, wszytko na szybko.

Osobiście bardzo ciężko było mi się w tym odnaleźć, kolejne wydarzenia śledziłam z rosnącym zdziwieniem, ale niestety nie było to zdziwienie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia kompletnie nie w moim guście, nie w moim stylu, nie w moim typie, o czym piszę z naciskiem, bo nie wykluczam, że znajdzie ona swoich zwolenników.

Za książkę dziękuję autorowi Wojciechowi Rudzińskiemu

 

niedziela, 26 marca 2017

Frankenstein - Mary Shelley,

Pogrzeb - George Byron,

Wampir - John William Polidori,

Dziennik z Gnewy. Opowieści o duchach - Percy Bysshe Shelley

frankenstein

Wydawnictwo Vesper w ostatnim czasie ucieszyło swoich czytelników kolejnym wydawniczym wznowieniem klasycznej literatury gotyckiej, tym razem padło na "Frankensteina" opowieść o protoplaście szalonych naukowców i jego dziele, samotnym potworze. Podobnie jak w przypadku opowiadań Lovecrafta z tego samego wydawnictwa, przekład powierzono nieocenionemu Maciejowi Płazie. Z resztą wydanie zostało uzupełnione o posłowie jego autorstwa, w którym krótko, ale wnikliwie analizuje on najważniejsze książkowe motywy oraz biografie samej autorki.

Zadbano o to by czytelnik miał możliwość zapoznać się nie tylko z gotowym dziełem jakim jest powieść "Frankenstein", ale też okoliczności towarzyszące jej powstaniu. W tym wydaniu zawarto także przedmowę napisaną przez małżonka autorki, także pisarza Percy'ego Shelley'a, której wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Znajdziemy tu też  kilka słów od samej autorki stanowiących dodatek wyjaśniający wprowadzane w kolejnych wznowieniach powieści zmiany.

Dzięki tym dodatkom czytelnik, jak wspomniałam, poznaje okoliczności powstania słynnej powieści. Okoliczności te jak mniemam są już Wam znane, ostatecznie napomknęłam o nich przy starej recenzji innego wydania tej powieści. Chodzi tu o słynne wakacje nad jeziorem Genewskim gdzie grupa pisarzy pod przewodnictwem Lorda Byrona zabawiała się wymyślając historie o duchach.

Wydawnictwo Vesper poszło jeszcze o krok dalej serwując nam w tym wydaniu "Frankensteina" dodatki w postaci pozostałych, spisanych w owe wakacyjne wieczory strasznych opowieści. Wyborny pomysł, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Z radością przeczytałam słynnego "Wampira", którego autorstwo mylnie przypisywano Byronowi, podczas gdy był on dziełem jego znajomomego, Wiliama Polidorii, który spisał go właśnie w ramach zabawy w opowieści o duchach w lordowskim domu. Co ciekawe, a czego dowiecie się dzięki posłowie Macieja Płazy, Polidorii nieco zakpił z gospodarza imprezy tworząc swojego antybohatera, tytułowego Wampira na wzór Lorda Byrona. Jego wampir bowiem nie jest straszydłem kryjącym się w mrocznym zamczysku, lecz dandysem salonowym lwem, którego jedyną rozrywką po za uzupełnianiem zapasu krwi w organizmie jest sprowadzanie na złą drogę osób ze swojego otoczenia.

Innym umieszczonym tu opowiadaniem jest króciutki "Pogrzeb" Byrona, opowieść tyle tajemnicza, po byronowsku egzotyczna, co moim zdaniem lekko niedokończona.

"Dziennik Genewski" spisany przez męża Shelley to w gruncie rzeczy wybór anegdot o fantastycznym zabarwieniu jakie przynieśli goście, w tym George Lewis, autor "Mnicha", który jak się okazuje również pojawił się w letniskowy domu Byrona.

Wracając jeszcze do posłowia Płazy, rzuciła ona sporo światła na samą postać autorki, a same wakacje nad jeziorem Genwskim przedstawiają się dzięki temu jako być może najważniejszy moment w jej życiu. Człowiek przesądny powiedziałby, że narodziny "Frankensteina" były początkiem narodzin klątwy, która do końca życia ciążyła na Mary usyłając je trupami bliskich jej osób. Ostatecznie nim autorka dożyła wieku średniego wszyscy towarzysze 'wieczorków z duchami' wstąpili w ich szeregi.

Poza owymi literackimi dodatkami to wydanie "Frankensteina" kusi czymś jeszcze, ilustracjami samego Lynd'a Ward'a, o którym mówi się, że swoimi ilustracjami dał początek komisom. Jego drzeworyty zdobiły też niejedną powieść, w tym właśnie historię Mary Shelley, co skutecznie wykorzystał Vesper.

frankenstein

Wszytko to stanowi miły dodatek do dzieła, które zyskało niebagatelną sławę, czyli "Frankensteina". Moje niegdysiejsze dywagacje na temat jego treści możecie przeczytać TU.

"Frankenstein" jest jedną z moich ulubionych książek, szczególnie jeśli ramy ulubienia ograniczę do klasycznych horrorów. Stanowi ona przykład na to, jak ważną gałęzią literatury jest groza.

Mówi się, że życiem człowieka kierują dwie siły eros i thanatos, czyli miłość i śmierć. Ja uważam, że rządzi nim lęk. To lęk jest przyczyną największych odkryć i największych zniszczeń. Dlatego tak śmieszy mnie gdy ktoś stara się bagatelizować rolę grozy, czy to filmowej czy literackiej, czy w jakikolwiek sposób obecnej w sztuce i kulturze. Uważam, że literatura, grozy i tu "Frankenstein" jest dobrym przykładem, mówi o człowieku więcej niż najsłynniejsze traktaty filozoficzne. Nie można jego wartości sprowadzić tylko do 'mitotwórczego potencjału'.

Moja ocena:10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

vesper

Tagi: książki
10:39, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2017

Spowiedź diabła - Adrian Bednarek

spowiedz diabła

Kuba Sobański, wyrachowany krakowski prawnik, którego kariera zawodowa znajduje się w rozkwicie, dostaje nową sprawę. Wraz ze swoją wspólniczką, równie bystrą, co alkoholiczną Sandrą, ma dowieść przed sądem niewinności nastolatki oskarżonej o zamordowanie brata bliźniaka.

Nić porozumienia jaką udaje mu się nawiązać z klientką pociąga pewne konsekwencję, ale to nie koniec kłopotów w raju. Po latach poniewierki nie kto inny, jak Królowa Piękności powraca do raju w glorii, jako pisarka celebrytka uwolniona z okowów heroinowego nałogu, który zawdzięcza intrydze Kuby. Diabeł znalazł się w potrzasku, chyba już czas na wyznanie win.

"Spowiedź diabła" to  trzecia część przygód seryjnego mordercy  o pseudonimie Rzeźnik Niewiniątek. Dwa poprzednie tomy serii, którymi Adrian Bednarek debiutował na polskim rynku wydawniczym, odniosły niemały sukces.

"Pamiętnik diabła" ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Drugi tom "Proces diabła" to już zasługa wydawnictwa Zysk i s-ka, z którym jednak nie pociągnął współpracy i po krótkim romansie autor wrócił na stare pielesze. Novae Res podpisało z Adrianem umowę na kilka książek, w tym "Spowiedź diabła", która we wcześniejszym założeniu - przynajmniej tak wywnioskowałam - miała zamykać serię.

"Spowiedź diabła" wydaje się więc być pożegnaniem z Kubą Sobańskim, jednym z moich ulubionych bohaterów literackich w kategorii intrygujących pomyleńców. Nie płaczę za nim, bo wiem co autor ma w zanadrzu i komu przyjdzie zastąpić Kubę. Możecie mi wierzyć na słowo, że jeśli wszytko pójdzie zgodnie z planem autora, już niedługo znowu będzie o nim głośno, jak przy debiucie.

Ci, którzy znają poprzednie tomy serii o Rzeźniku Niewiniątek, mają już zapewne wyrobione zdanie na temat prozy autora. "Spowiedź diabła" w żadem sposób nie odnotowuje spadku formy, niektórzy nawet twierdzą, że jest to najlepsza z książek w serii, ale ja bym tak się nie zapędzała.

Prawdą jednak jest, że ta część w sprawny sposób łączy najlepsze elementy "Pamiętnika diabła" - pojawia się tu kilka wspominek - i najlepsze elementy "Procesu diabła", czyli barwny obraz sądowych potyczek.

Książka jest też, w mojej ocenie, niejakim podsumowaniem wszystkich rozpoczętych wątków i można by być pewnym, że na tym historia się skończy gdyby nie epilog...

Za sprawą nowej bohaterki uzyskujemy ponowny wgląd w psychikę Kuby. Można powiedzieć, że staje on przed lustrem i tym razem bardziej świadomie obserwuje narodziny demona, którego tak dobrze już poznał.

Jest tu w zasadzie tyko jeden minus. Dzięki lekturze dwóch poprzednich tomów dość dobrze poznajemy tok rozumowania autora i ciężej jest nas zaskoczyć. Mnie przynajmniej. Nie było już takiego efektu wow, gdy na tapecie pojawiały się kluczowe twisy związane z głównymi wątkami "Spowiedzi diabła". Nie mniej jednak autor nie traci impetu i cały czas stara się podtrzymywać napięcie.

Tak czy siak, uważam, że książka jest dobrym podsumowaniem serii. Udało się tu stworzyć coś nowego, zamiast kolejnego pseudo thrillera o dzielnych bohaterach, mamy tu antybohatera, który robi całą robotę. Co więcej wszystko jest płynne i doszlifowane do tego stopnia, że można by się zastanawiać, kto kogo prowadzał ulicami raju, Adrian Kubę, czy Kuba Adriana.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

środa, 22 lutego 2017

Hitchcock - Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do 'dzikich manewrów', odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake'a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych 'dzikich manewrów'. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast 'przewodnika turystycznego' dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

"Na miłość boską, już jestem skatalogowany - rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie".

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie "Rebeka". Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam "Rebekę" i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był 'wrednym tluściochem', jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie "Ptaki", ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie "Psychozy".

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

piątek, 17 lutego 2017

W górach szaleństwa i inne opowieści - H.P. Lovecraft

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Po dwóch zbiorach opowiadań Lovecrafta od wydawnictwa Vesper, przyszedł czas na kontratak wydawnictwa Zysk i s-ka. Nie macie pojęcia jak cieszy mnie fakt, że na polskim rynku wydawniczym ktoś jeszcze interesuje się klasyką. Będę śledzić ten wyścig i czekać na kolejne perełki.

W moje zachłanne łapki wpadła nowa publikacja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści". Generalnie zawiera ona opowiadania, które miałam już okazję przeczytać, choć z uwagi na różnice w tłumaczeniu nierzadko w innych wydaniach noszą inne tytuły. Zamiast więc "Ryciny w starym domu", mamy tu "Piekielną ilustrację", zamiast przekładu Macieja Płazy mamy Roberta Lipskiego. Nie ukrywam, że przywykłam trochę do Płazy, ale wcale nie uważam by tłumaczenia wykorzystane w tym zbiorze były gorsze, ba, i one przypadły do gustu.

Cały, liczący ponad siedemset stron zbiór zawiera siedemnaście opowiadań, ku mojej uciesze większość z nich należy do moich ulubionych. Jeśli więc nie mogliście się zdecydować czy zainwestować w "Zgrozę w Dunwch", czy "Przyszła na Sarnath zagłada", najlepszą opcją będzie trzecie opcja czyli "W górach szaleństwa i inne opowieści" :)

Pierwsze z opowiadań to wspomniana "Piekielna ilustracja", czyli opowieść o spotkaniu z pewnym pasjonatem starej księgi, a raczej ilustracji w niej zawartych. starych rycin, których widok pozostaje nie bez wpływu na oglądającego.

Dalej mamy "Muzykę Ericha Zanna", również mój faworyt. Opowiadanie krótkie, ale ujmujące swoją tajemniczością. Dalej "Zapomniane miasto" z cyklu Lovecraft'owskich astralnych podróży i znowu znany i lubiany przeze mnie "Przybysz", opowieść pisana z punktu widza bohatera będącego w Lovecraft'owskich opowieściach częściej antybohaterem.

Kolejny mój ulubieniec czyli "Reanimator", nadal uważam, że mógł być pisany pod wpływem "Frankensteina". Opowiadanie znane większości, chociażby z luźnej filmowej adaptacji.

"Przyczajona groza", której fabułę z grubsza również możecie znać z ekranizacji, również znalazła tu miejsce. "Szczury w murach" - powtórzę się, kolejne opowiadanie z grona ulubieńców, dzięki swojej gotyckiej aurze. Wreszcie szlagier, czyli długaśny "Zew Cthulhu", co prawda do moich faworytów nie należy, ale jest chyba najbardziej rozpoznawalnym z pośród wszystkich utworów autora.

Na pociechę w kolejnym opowiadaniu znowu wracamy do grona moich wybrańców czyli "Modelu Pickmana", opowieści o upiornym malarstwie inspirowanym autentyczną potwornością.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" jest jednym z pierwszych opowiadań Lovecrafta jakie sobie ulubowałam i które zawsze będę z nim kojarzyć. O "Kolorze z przestworzy" pisałam dopiero co, dzięki jego włoskiej filmowej adaptacji. Również jest to jedna  z moich ulubionych historii, doskonale wpisuje się w twórczość Lovecrafta, ale nie razi powtarzalnością motywów z "Zew Cthulhu".

"Szepczący w ciemności", a to już faworyt absolutny, opowiadanie najbliższe współczesnemu pojmowaniu sc-fi  z kosmitami i całym tym kramem. Nie zabrakło tu oczywiście tytułowego opowiadania zbioru czyli "W górach szaleństwa".

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Na finiszu znajdą się natomiast "Widmo nad Innsmouth", "Cień z poza czasu" i "Duch ciemności". Wisienką na torcie jest "Coś na progu", które w mojej ocenie spokojnie może robić za swoiste podsumowanie twórczości Lovecrafta, bo zawiera wszystkie jej najlepsze, w mojej ocenie, elementy.

Nie wiem jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze opowiadań. Mamy tu utwory zarówno z początków twórczości autora jak i czasów największego rozkwitu i wreszcie końca pisarskiej kariery. Nie skupiono się na żadnym konkretnym motywie przewodnim utworów. Ot, wybrano to co mi się najbardziej podoba, jak miło.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Tagi: książki
09:09, ilsa333
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 lutego 2017

Mnich - Matthew Gregory Lewis

Mnich

Opat zakonu kapucynów w Madrycie, mnich Ambrosio, może poszczycić się powszechnym szacunkiem i pewną miejscówką w szeregach zbawionych, gdy przejdzie kres jego ziemskiego żywota. Jego pobożność jest niezwykle surowa, czasem tylko budzi się w nim jakaś szatańska iskra, gdy patrzy na wizerunek najświętszej panienki...

Tak jest do chwili, gdy w jego klasztorze pojawia się nowy uczeń, w rzeczywistości jest to przebrane za chłopca dziewczę o niezwykłych zdolnościach wodzenia mężczyzn za nos. Może dzięki szatańskim sztuczkom, a może dzięki w gruncie rzeczy słabej woli Ambrosia, daje się on uwieść Matildzie i łamie śluby czystości. To jednak dopiero początek upadku jego moralności, bo rozbudzona chuć już szuka nowego obiektu namiętności.

Po raz pierwszy wydany w 1796 roku "Mnich" jest jedną ze sztandarowych pozycji w literaturze gotyckiej. Przez współczesnych czytelników jest jednak równie zapomniana co "Zamczysko w Otranto".

Lewis napisał ją mając ledwie dwadzieścia lat, stąd pewnie niezwykła, jak na owe czasy i ówczesny styl, żarliwość opisów, szczególnie wątków erotycznych. Tym zresztą pochwał nie szczędził sam Markiz de Sade, więc o czymś to już świadczy, Moi Drodzy.

Erotyzm jest jednak tylko jednym z wątków w powieści. Żeby omówić tu wszystkie, musiałabym srodze Was przetrzymać przy tekście, pozwolę więc sobie skupić się na tym, co w powieści najlepsze, czyli kreacja postaci tytułowego Mnicha i wydarzeniach z nim związanych.

Nasz Abrozio to niezły gagatek, postać niezwykle złożona i budząca bardzo silne emocje w czytelniku. Jeśli są w śród Was katoliccy oponenci, będziecie mieć tu niezłe używanie.

Nie od dziś wiadomo jak rygoryzm religijny zaburza rozwój sfery seksualnej (obejrzyjcie choćby sympatyczny dokument "Deliver us from evil") i Ambrosio jest tu dobrym przykładem. Jego popędy są tłumione, ale raz rozbudzone są nie do powstrzymania. Mimo że, od czasu do czasu w jego świadomości zapala się czerwona lampka, pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk o nieśmiertelną duszę, na nic to wszytko wobec pokus świata doczesnego.

Jak wspomniałam wszytko zaczyna się od Matildy. Ona też w swojej złożonej naturze nie ustępuje niczym postaci Ambrosia. To za jej sprawą Ambrosio otwiera się na nowe doznania i jak pisał Nabokov w Adzie, są one jak czerwona wysypka, którą wciąż trzeba drapać.

Mnich

Matilda to nie tylko podręcznikowy przykład femme fatale, ale i sposób na wprowadzenie do klasztoru kapucynów samego diabła. Niewiasta co prawda nie stanowi jego personifikacji, jest bowiem tylko wierną służebnicą, ale jej kuszenia są iście biblijne.

Pojawiają się tu za jej sprawą wątki okultystyczne, sporo dobrze poprowadzonych opisów, które przypominają nam o tym, za co kochamy literaturę gotycką. Owszem, czasem to wszytko trąci groteską, ale i tak podziwiam żywość wyobraźni autora. Tu ciekawostka, we własnej osobie pojawia się on w jednym ze wspomnianych rozlicznych watów pobocznych.Innym z takich ciekawych wtrąceń jest historia 'krwawej zakonnicy'.

Diabelski duet w osobach Ambrosia i Matildy będzie przyczyną rozlicznych krzywd jakich doświadczy pewna niewinna jak stokrotka Antonia, którą to upatrzy sobie Mnich tuż po jej przybyciu do Madrytu. Nie ograniczy się do obserwowania jej przez 'diabelskie lusterko', lecz postanowi za pomocą czarów uwieść ją i... tu mamy coś, co z pewnością urzekło starego de Sade. Choć obstawiam, że motyw siostry Lorenza- ukochanego niewinnej Antonii - która wpada w ręce innych występnych kobiet skrywających swoje obłudne czyny pod habitami zakonnymi, też nie mało go ucieszył ;)

Cóż, jak widać klasyka nie musi być nudna, jak uważają niektórzy, których być może dręczono w szkolne ławce skarbami literatury typu "Nad Niemnem".

"Mnich" to z resztą nie tylko klasyka, ale i w pewien sposób prekursor. Lewis jako pierwszy odważył się tak solidnie dokopać obłudzie, która nierzadko dotyczy tych, których stawia się za wzór. Naśladowali go pisarze na starym kontynencie i za oceanem i dopiero w latach '60 XX wieku ktoś nabrał odwagi by po raz pierwszy zekranizować powieść.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Vesper


vesper

niedziela, 22 stycznia 2017

Przyszła na Sarnath zagłada.

Opowieści niesamowite i fantastyczne - H.P. Lovecraft

przyszła na sarnath zagładalovecraft

"Przyszyła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne" to drugi po "Zgrozie w Dunwich" zbiór opowiadań Lovecrafta wydany w polskim przekładzie Macieja Plazy przez wydawnictwo Vesper.

Gdybym miała porównać obydwa zbiory, wybrać ten który przypadł mi do gustu bardziej, chyba postawiłabym na młodsze wydawnictwo, czyli "Przyszła na Sarnach zagłada" - czyli ten, o którym dziś będzie mowa.

Wiem, że "Zgroza w Dunwich" zawierała takie 'przeboje' jak "Zew Cthulhu" czy w "W górach szaleństwa", ale jak wspomniałam przy jego recenzji, jeśli chodzi o Lovecrafta zdecydowanie wolę jego krótsze opowiadania, no może po za "Ku nieznanemu Kadath...", które jest jedynym najdłuższym opowiadaniem w zbiorze "Przeszyła na Sarnath zagłada".

W tej publikacji znajdują się praktyczne same krótsze historie. Niekiedy ich stronice można zliczyć na palcach jednej ręki, ale to właśnie je uważam, za najbardziej godne pochwały w twórczości pisarza.

Nie sztuką jest napisać długaśne tomisko i znaleźć w nim miejsce na ciekawą historię i dużą dawkę grozy. Sztuką jest zrobić to wszytko na bardzie ograniczonej przestrzeni.

Zbiór otwiera właśnie taka krótka opowieść. Nosi ona tytuł "Grobowiec" i jest jak to zwykle u Lovecrafta bywa opowieścią o szaleństwie. Mamy tu bohatera, który zza murów zakładu psychiatrycznego wspomina swoje młode lata, czas kiedy zaczęła w nim kiełkować obsesja na punkcie pewnego grobowca. "Polaris", czyli opowieść o gwieździe polarnej, jest chyba rekordzistą w krótkiej formie. Podobnie krótką, oniryczna wyprawą jest "Biały statek".

W książce znajdziecie nawet całą mapę krain które zwiedzają w snach bohaterzy kolejnych opowiadań.

przyszła na sarnath zagładalovecraft

Lovecraft często zwykł pisać o zapomnianych przez ludzi miastach, zepchniętych z ich świadomości, którą odwiedzić można tylko we śnie. Porusza tu często motyw zagłady takich miejsc i tu dobrym przykładem jest opowiadanie tytułowe, krótkie acz niezwykle klimatyczne "Przyszła na Sarnath zagłada".

Niezwykły mrok bije od "Zeznania Randolpha Cartera", to opowiadanie jest doskonałym przykładem na to jak Lovecraft potrafił skonsolidować ogrom grozy w krótkiej treści.

"Rycina w starym domu" to jeden z moich faworytów w tym zbiorze. Opowieść o ... rycinie. Tak, rycinie niezwykłej, której widok potrafi wzbudzić w człowieku mroczne instynkty .

Z pośród dominujących w tym zbiorze opowiadań osnutych oniryczną mgłą astralnych podróży najbardziej wyróżniają się dwa reprezentujące inny styl: "Reanimator Herbert West" i "Coś na progu".

To moi zwycięzcy jeśli miałbym typować perełki całego zbioru. Mają podobną narrację. Stanowią utrzymaną w pierwszej osobie relacje z wydarzeń, których głównymi bohaterami, albo antybohaterami byli przyjaciele owych narratorów. "Reanimatora" znają chyba wszyscy za sprawą jego przełożenia na ekran. Dla mnie stanowi on niejako hołd dla nieśmiertelnego "Frankensteina". Zawiera bliźniacze wątki, jednak Lovecraft odważniej wziął się za bary z grozą niż zrobiła to Shelley, nie umniejszając jej przy tym.

"Coś na progu", które zamyka zbiór jest doskonałym zwieńczeniem wszystkich Lovecraft'owskich motywów, jakie lubię najbardziej. Tajemnica, obłęd, trochę ohydy, pradawne moce i czarny charakter zbyt groźny byśmy mogli go poznać osobiście, ale na tyle silny by zdominować całą opowieść.

Na podium mam więc jeszcze jedno miejsce i poświęcę je... sztuce. "Model Pickmana" można przyrównać do "Ryciny w starym domu", bo znowuż mamy tu przykład silnego oddziaływania sztuki na człowieka, z tym że w tym przypadku, sztuka ta faktycznie odżywa.

Nie sposób mówić szerzej o wszystkich opowiadaniach w zbiorze, jest ich bowiem z górką ponad dwadzieścia. Pominęłam jedno z najdłuższych, czyli "Ku nienznanemu Kadath...", bo miałam już okazję o nim pisać, o tu.

Wydanie nie różni się od starszego, "Zgrozy w Dunwich", jeśli chodzi o estetykę podania. Wypada równie bajecznie. Tłumacz ten sam więc, bez zarzutów. Treść ponownie zdobią fantasmagoryczne ilustracje, a jak Wam nie szkoda grosza to dostępne jest wydanie w twardej oprawie.

Lovecraft to skarb dla wszystkich ceniących literaturę grozy. Wiem, że niektórym wydaje się zbyt przestarzały, tak słyszałam takie herezje, albo zbyt rozwlekły, ale tym bardziej będę Wam podsuwać ten właśnie zbiór opowiadań, spróbujcie, a na pewno do niego wrócicie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper:


vesper

Tagi: książki
13:37, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2016

Rzeka podziemna - Tomasz Jastrun

rzeka podziemna

Czytajcie opisy książek, Moi Drodzy, zanim po nie sięgniecie;)

Rada taka dość oczywista, a jednak nie zastosowałam się do niej i widząc książkę z okładkę, na której widnieje twarz zanurzona w wodzie, z góry uznałam, że to kryminał- raczej nie inaczej, jeszcze roiłam sobie, że pewno taki w skandynawskim klimacie, bo kolorystyka taka oO.

Gdy byłam w połowie lektury zorientowałam się, że bardziej zanosi się tu na samobójstwo niż na morderstwo, bo powieść Tomasza Jastruna to książka z rodzaju tych mini spowiedzi gdzie autor wylewa gorzkie żale na świat przy pomocy narratora nihilisty. Tak, to nie kryminał. Głupia ja.

Nie mniej jednak ta niespodzianka towarzysząca odrywaniu prawdziwego pisarskiego zamysłu autora nie była niespodzianką przykrą. Faktem jest, że w pewnym momencie przerwałam czytanie i Jastrun leżakował na półce przez miesiąc, czekając aż mój nastrój znajdzie się na orbicie zbliżonej do jego bohatera, ale wróciłam do niej i zmierzyłam się z przykrą rzeczywistością świata przedstawionego "Rzeki podziemnej".

Pomyślałam sobie, że za parę lat to pisarze z mojego pokolenia będą mogli tak dobitne rozliczać się z nieciekawą przeszłością- dzisiejszą teraźniejszością i pomyślało mi się jeszcze, że nasza samotność i frustracja będzie jeszcze większa - jak na pokolenie nadmiaru przystało;)

"Rzeka podziemia" w wielkim uproszczeniu to powieść o depresji, o ile dobitne dostrzeganie brzydoty świata można zaliczyć jako jednostkę chorobową. Jej bohaterem jest starzejący się, wylniały nieco playboy, który desperacko ucieka przed pustką. Pustkę wokół siebie dostrzegł dość wcześnie, ale dopiero teraz jakby przestał zaklinać rzeczywistość. Depresyjna natura i hipochondria zaczęła wygrywać i rzec można, że nasz narrator znalazł się pod ścianą.

Język powieści jak mi się wydaje jest połączeniem bezwzględnego realizmu z ulotnym poetyckim duchem. To doskonale pasuje do refleksyjnej natury książki. Jej wadą i zaletą jednocześnie - zależy kto czego szuka, jest to, że skutecznie potrafi przygnębić. Nie łatwo czyta się przemyślenia faceta, który jak twierdzi gnije mu dusza, zwłaszcza, gdy odkrywamy, że możemy dzielić z nim pewne myśli. Ale co tam, jeśli chcecie trochę podumać w depresyjnym tonie, jest to coś dla Was.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Tagi: książki
10:41, ilsa333
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 listopada 2016

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści - H.P Lovecraft

zgroza w dunwich

Dla fanów  klasycznej literatury grozy szczególnie tej z podgatunku Weird fiction powstałemu z połączenia horroru, fantastyki i fantastyki naukowej nazwisko Lovecraft jest pierwszym, które nasuwa się w momencie gdy spytać ich o niekwestionowanego króla gatunku.

Lovecfrat jest też jednym z moich faworytów odkąd przeczytałam jego "W poszukiwaniu nieznanego kadah". Miałam też okazję poznać go od nieco innej strony dzięki zbiorom jego listów i esejów w "Koszmary i fantazję". Przeszedł w końcu czas by zmierzyć się z tym, z czego Lovecraft zasłynął najbardziej, czyli jego opowiadań opartych na autorskiej mitologii Chtulu. To właśnie historie oparte na temacie Wielkich Przedwiecznych królują w zbiorze "Zgroza w Dunwich...".

Od dawna chciałam przeczytać "Zew Cthulu", "W górach szaleństwa", czy "Przypadek Charlesa Dextera Warda". Te tytuły były mi znane ze słyszenia i miałam na nie ogromny apetyt. Ucieszyłam się więc, że znalazły się w jednym zbiorze.

Wydawnictwo Vesper przodujące w klasycznej literaturze grozy uszczęśliwiło mnie i podejrzewam wielu innych czytelników nowym wydaniem zbioru opowiadań Lovecrafta.

Książka liczy sobie ponad osiemset stron, jest niemożebnie długa toteż mimo ogromnego zapału przeczytanie jej zajęło i sporo czasu. Formie tego wydania nie mam absolutnie nic do zarzucenia, zarówno okładka jak i ilustracje umieszczone przy każdy z opowiadań doskonale wpisują się w klimat treści.

Wszystkich opowiadań jest piętnaście. Ich objętość jest mocno zróżnicowana. Początkowe, najstarsze, bowiem ich kolejność jest chronologiczna względem dat powstania, są krótkie. Absolutnie się w nich zakochałam. "Dragon" wydał mi się zapowiedzią rodzącej się w głowie pisarza mitologii Chtulu. Już tu pojawiają się motywy wędrówki, mrożących krew w żyłach odkryć, tajemnic nieznanych nauce, czy wierze i szaleństwa jakie powoduje zgłębienie tego co nieznane.

"Ustalenia dotyczące zmarłego Artura Jrmyna i jego rodu" to mój absolutny faworyt. Zamysł jaki zrodził się w głowie autora, pomysł na rodową tajemnice wymykającą się z ram pojmowania świata przez 'przyzwoitych ludzi' jest fenomenalny. Musiałabym użyć spoilera by Wam ten fakt unaocznić. To opowiadanie obywa się bez Wielkich Przedwiecznych nie mniej jednak mamy tu kolejnego poszukiwacza prawdy, który boleśnie się z nią zmierzy.

"Wyrzutek" to znowuż więcej fantastyki. Nie wiem na ile moja interpretacja utworu zbliża się do prawdy, bo jest to moim zdaniem bardzo niejasny tekst, ale chyba stanowi on, jako jedyny, przykład opowieści bohatera który jednocześnie jest antybohaterem. Nie jest człowiekiem, jest istotą, która na kartach opowiadań Lovecfrafta zwykle przemyka jako nienazwany dziw i zgroza. Bardzo oryginalny manewr.

"Muzyka Ericha Zanna" narracyjnie już bardziej zbliża się do typowego stylu Lovecrafta. Styl ten jak zauważycie przy następnych jego tekstach niezmiennie opiera się na retrospekcji. Mało kiedy narratorem jest główny bohater. Tekst stanowi raczej relacje naocznego świadka jakiś stosownie przerażających wydarzeń, rzadziej jest on ich bezpośrednim uczestnikiem. W przypadku tego opowiadania znowu may do czynienia z krótszym tekstem, pozbawionym motywów z cyklu Cthulu, nie mniej jednak nienazwana, niszcząca siła odgrywa tu rolę nadrzędną. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego opowiadania, pozbawiona rozlicznych dygresji, przytaczanych w całości fragmentów korespondencji i niejasnej, dla mnie ciemniaka terminologii. Jest tajemnica, jest w tym jakiś gotycki romantyzm, samotność i trwoga.

"Szczury w murach" to znowuż kolejna udana acz niekoniecznie szczęśliwa próba zgłębienia rodzinnych tajemnic, poznania swoich korzeni.Akcja rozgrywa się w starym zamku i toteż jej gotycki klimat jest miażdżący. Sama fabuła wzbudziła we mnie mniejszy entuzjazm niż w przypadku rodowych przypadków Artura. Tu Lovecraft już zaczął powoli rozwijać warstwę retrospekcji tworząc opowieść w opowieści. Z czasem, w miarę rozwoju jego twórczości ta właśnie warstwa całkowicie zdominuje jego teksty - dla mnie do tego stopnia że zdarzało mi się zapominać od kogo się to wszytko zaczęło;)

"Święto" to znowuż bardzo oryginalne opowiadanie. Pojawia się tu motyw nieznanego kultu i jego wyznawców - nie będących zwykłymi ludzi. Jeden z nich udaje się na ceremonie i opisuje najdziwniejsze dziwy jakich doświadczył. Bardzo oniryczny klimat.

Wreszcie "Zew Cthulu", który zapoczątkował cały stos opowiadań pisanych na ten sam temat. W jakiś sposób połączonych, choć nie bezpośrednio za sprawa motywu przewodniego, czyli tematu przedwiecznych prabogów, którzy istnieli zanim jeszcze pojawili się ludzie. Oczywiście mamy tu retrospekcje, czyli relacje naocznego świadka wydarzeń, których lepiej nie ujawniać światu. Jego opowieść o powolnym i konsekwentnym zgłębianiu mrocznej tajemnicy. Jest to pierwsze z dłuższych opowiadań. Tak naprawdę zapowiedz kierunku, w którym dalej zmierzała twórczość autora. To tu pojawiają się pierwsze bogatsze opisy nieznanych zgróz jakie spotkać mogą ciekawscy zapaleńcy. Mnie szczerze mówiąc to opowiadanie nie urwało majtek z tyłka. Serio, tyle się nasłuchałam o Cthulu, że myślałam, że bezie to jakaś spektakularna bomba. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że perspektywa z jakieś Lovecraft zwykł pisywać to co, ma w czytelniku wzbudzać lęk, zakłada dużą dozę domysłu. Autor celnie stwierdził, że zgroza nie jedną ma twarz, to też nawet gdy z czasem tworzył jeszcze barwniejsze opisy wszelkich mrocznych istot, nie narzucał czytelnikowi konkretnej wizji.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" to już przykład mocno rozkręconej opowieści. Opis tejże swoją droga bardzo udanej historii jest przebogaty. Przekłada się to rzecz jasna na długość tego opowiadania, ale w tym przypadku wcale mnie to nie zniechęciło. Przypadek Charlesa, jest po prostu bardzo intrygujący. Pojawia się tu już wcześniej wprowadzony na pokład motyw mitologii Cthulu, ciemnych złowrogich istot, które tylko szaleniec chciałby sprowadzić w szeregi śmiertelników. Z resztą o takich szaleńcach jest tu mowa. Perspektywa z jakiej Lovecraft opisuje swoją historię jest na tyle odległa głównemu bohaterowi, że dzięki temu powstaje wspaniała przestrzeń dla nienazwanych lęków i domysłów. Po samym gwoździu programu, głównej tajemnicy spodziewałam się nieco więcej, ale jak już Cthulu wtargnęło w głowę autora, tak już zostało i zostanie.

zgroza w dunwich

Tytułowa "Zgroza w Dunwich" jest zarówno pod względem konstrukcji jak i samego pomysłu dość zbliżona do wcześniejszego opowiadania.Ponowni mamy tu motyw przyzywania z innego świata złych mocy i konsekwencji tego rodzaju zabiegów. Mamy tu w zasadzie bezimiennego narratora, który relacjonuje historię wydarzeń w pewnej osadzie. Ponownie zachowuje on duży dystans i relacjonuje sprawę jak rasowy detektyw, rzucając coraz to nowsze fakty i domysły. Finał historii, jak zawsze kończy się tragicznie, a kolejny narrator po raz kolejny potwierdza, że nie warto szukać pewnych odpowiedzi.

"Szepczący w ciemności", znowuż niemożebnie długi, bardzo przypadł mi do gustu, chyba najbardziej spośród dłuższych opowiadań w zbiorze. Historia miejscami wydaje się nieco naiwna, a może inaczej, jej narrator to człowiek naiwny. Znowu mamy przypadkowego człowieka, który niechcąco nadepnął na minę i wplątał się w coś czego nie rozumie, ale gorąco chcę zrozumieć, co rzecz jasna nie kończy się dla niego dobrze. Mamy tu istoty nie z tego świata, ale nieco innego rodzaju niż Pradawni zwabieni mroczną magią. Mamy tu Myślące Grzyby, o tak. Recz kosmiczna, solidne sci-fi.

Z "W górach szaleństwa" wiązałam podobnie duże nadzieje co z "Zew Cthulu" i ponownie nieco się rozczarowałam. To kolejne, niemożebnie długie opowiadanie. Nie wiele ma wspólnego z ekranizacją Carpentera. W zasadzie od pojawienia się Cthulu wszystkie opowiadania są pisane na jedną modę. Fabuły zlewały mi się i nie do końca mnie to cieszyło. Na końcu zbioru znajdują się te właśnie najbardziej znane i najnowsze z opowiadań.

Oczywiście ta monotematyczność Lovecrafta wcale nie jest tak wielkim minusem jak to możecie odbierać. Podobne zdaniem mam o Poe'm, ale przecież kocham te jego historie mimo, że większość bazuje na tym samych schemacie: miłość i śmierć. Myślę, że po prostu za dużo było tego na jeden raz.

Podsumowując, bardziej cenię Lovecrafta za te krótsze opowieści niż za te, które zagwarantowały mu pośmiertną co prawda, ale jednak ogromną sławę.

Tym, którym autor kojarzy się głównie z mitologią Cthulu mogę zapewnić, że ma do zaoferowania o wiele więcej.Zaś o samym zbiorze mogę powiedzieć, że stanowi doskonały przekrój twórczości autora.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

wtorek, 27 września 2016

Wdowa - Fiona Barton

wdowa

Na przedmieściach Londynu zostaje uprowadzona kilkuletnia dziewczynka, Bella. Policja pod wodzą detektywa Boba Sparkes'a robi wszytko by znaleźć jakikolwiek trop prowadzący do dziewczynki i sprawcy uprowadzenia. W ten sposób trafiają na niejakiego Glen'a Taylora, który jak wskazuje zawartość jego komputera lubi małe dziewczynki. Podejrzenia to jednak za mało, dowodów brak. Sprawę pogarsza dodatkowo nagła śmierć oskarżonego. Nici z przyznania się do winy. Czy istnieje ktoś kto mógł znać prawdę o zniknięciu Belli? Ktoś komu Taylor mógł zwierzyć się ze swojej tajemnicy, a może o zgrozo, dzielić chore zainteresowania? W ten sposób oczy wszystkich zainteresowanych kierują się w stronę wdowy po Glenie, cichej Jean.

"Wdowa" jest debiutem literackim dziennikarki Fiony Batron. Jak przyznaje sama autorka do napisania powieści zainspirowały ją setki, a może i tysiące milczących świadków zbrodni. Te wszytki kobiety, matki, żony, kochanki oskarżonych o okrutne czyny mężczyzn. Te kobiety o kamiennych twarzach, nie rzadko trwające u bogu oskarżonych na salach sądowych, zapewniające o niewinności ukochanych.

Fiona, podobnie jak reszta społeczeństwa wielokrotnie zastanawiała się jaka rola przypadła w zbrodni tym niemym świadkom? Gdy prawda wychodzi na jaw, mąż okazuje się bezwzględnym potworem, co z nimi? Ile z nich było współwinnych? Ile z nich faktycznie nic nie wiedziało? Ile milczało ze strachu? Kiedy dotarła do nich prawda? Sama często się nad tym zastanawiałam i nie chciało mi się wierzyć, że dzieląc z kimś życie, w tak intymnej relacji jaką jest małżeństwo można przez trzydzieści lat nie mieć pojęcia kim jest ta druga osoba.

Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale Fiona Barton w powieści "Wdowa" bardzo stara się przybliżyć nam sylwetkę fikcyjnej żony, której mąż został oskarżony o zbrodnie chyba najokrutniejszą z możliwych, zabicie dziecka.

Tytułowa "Wdowa" jest jedną z narratorek powieści, ale nie myślcie, że w pierwszym zdaniu opowie Wam jak to wszytko było. Nic z tego, nasza Jean sprawia wrażenie pogubionej. Coś wie, ale mam wrażenie, ze nie chce się do tego przyznać nawet przed samą sobą. W finale wszytko stanie się jasne, ale do tej pory, Moi Mili, cierpliwości.

Jean poznajemy stopniowo, jako zahukaną szarą myszkę, tą gorszą połówkę. Glen całkowicie nad nią dominuje i to w taki sposób by zachować pozory szczerej miłości. Nie jest tyranem, on jest opiekuńczy. Wszystkie przesłanki mówiące, że coś z nim nie tak, Jean traktuje jako 'bzdurki'. Jest tego całkiem sporo, tych jego bzdur.

Poznajemy ją już po śmierci męża kiedy inna narratorka powieści przybywa do niej w celu wyłudzenia sensacji. Dziennikarka Katie jest w tym naprawdę dobra. Mimo iż mogłaby się jawić jako bezwzględna hiena żerująca na cudzym nieszczęściu, wcale nie łatwo tak ją ocenić. Tu duży plus dla autorki, nikt nie lubi czarno białych postaci.

Narratorem będzie też detektyw Bob Sparkes, prowadzący sprawę Belli. I jego postać przypadła mi do gustu, co dziwne bo książkowi detektywi przeważnie wypadają niezwykle sztucznie. Widać autorka miała do czynienia z detektywami z krwi i kości, dlatego uniknęła książkowego schematu.

Taka zmienna narracja pozwala poznać sprawę z wielu perspektyw, ale stanowi tez niebezpieczną pułapkę dla autora kryminału, który musi zadbać o element zaskoczenia, nawet jeśli pozornie wszytko jest jasne. I wiecie co, nic tu nie jest jasne :)

"Wdowa" mocno wciąga, intryguje, ciekawi. Dziennikarski styp pozwala uniknąć dłużyzn, a dyscyplina nie pozwala na zdradzanie tego co powinno pozostać tajemnicą do końca. Czekam na więcej, Fiono Barton.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

środa, 21 września 2016

Domem nocy jest las - A. J. Stopa

domem nocy jest las

Młody doktorant wydziału meteorologii, Ksawery otrzymuje posadę w największym obserwatorium meteorologicznym w Polsce, mieszczącym się na szczycie góry zwanej Czarcim Garbem. Praca wiąże się z całkowitą izolacją od świata zewnętrznego. Ksawery musi sam wykonywać konieczne pomiary, za towarzystwo mając tylko las i zimowe noce. Co może dziwić, taki stan rzeczy bardzo mu odpowiada, bo jest ekstremalnym typem samotnika. Po kilku dniach na Czarcim Garbie z dziwaka spokojnie awansuje do miana szaleńca. Szaleńca przekonanego o czyhającego na niego zagrożeniu.

Do lektury kolejnego debiutanta przekonał mnie tytuł jego książki. "Domem nocy jest las", brzmi mrocznie i nieco poetycko. Taka też ku mej uciesze okazała się cała powieść.

Autor podjął duże ryzyko skupiając całą uwagę na jednym tylko bohaterze. Nieliczne przerywniki w postaci narracji z punktu widzenia innych osób zaledwie przemykają po karatach powieści, przypominając nam, że Ksawery nie jest ostatnim człowiekiem na ziemi. Rozdziały podzielone są na dni i noce. Poznajemy więc relacje z tego jak nasz samotnik spędza dni, o czym rozmyśla, co wspomina, oraz czytamy o jego snach, mocno odjechanych, bym rzekła.

Ksawery, z resztą, jest bardzo interesującą postacią. Powiedziałabym, że ma cechy zespołu Aspergera. Kiedy czytałam o jego fascynacji zorzą polarną, o tym jaką naturę miała ta fascynacja - ba, seksualną, erotyczną, nie mogłam oprzeć się zdumieniu. Jacy to dziwacy chodzą po świecie. Nie mniej jednak wcale nie miałam ochoty go obśmiać. Autor zaprezentował wewnętrzny świat Ksawerego w taki sposób by nie narazić go na śmieszność.

Wszystkie przemyślenia bohatera, mapa jego wspomnień, obraz ludzi, wszytko to sprawiło, że faktycznie jeden bohater wystarcza nam na całą powieść.

Co się tyczy towarzyszącym mu wydarzeń to nie ma tu fajerwerek. Znacznie więcej dzieje się w jego wewnętrznym świecie. W pewnym momencie Ksawery nabiera przekonania, że nie jest sam na Czarcim Garbie. Ktoś go odwiedza, kręci się po obserwatorium, okrada go z zapasów, zagraża jego pracy i jego życiu. Śledzenie, czuwanie, analiza, staje się nową obsesją Ksawerego, która wpływa na niego tak silnie, że nie mamy wątpliwości- facet oszalał. Pytanie tylko co jest tego przyczyną? Czy legenda Czarciego Garbu jest prawdziwa, czy też może prozaiczne wyjaśnienie jest tu bardziej trafne.

domem nocy jest las

Trzeba przyznać, że książka robi wrażenie swoim klimatem. Chłód, mrok, wszystko podkręcone do sufitowego poziomu. Zjawiska, którym można przypisać nadprzyrodzoną naturę są u jednak tylko pretekstem do rozważań, bardziej filozoficznych. Ostatecznie Czarci Garb jawi się jako miejsce gdzie samotność osiąga apogeum, jako miejsce gdzie najwięksi zwolennicy samotności tracili rozum, albo raczej odzyskiwali go (?) i jedyne o czym marzyli to powrót do domu, do bliskich. Sądzę, że każdy czytelnik będzie miał własne przemyślenia na ten temat, jednoznaczna ocena nie wchodzi tu w grę. Książkę oczywiście polecam, jest nietypowa, ale bardzo udana.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

novae res


środa, 31 sierpnia 2016

Zbaw nas ode złego - Lisa Cool, Ralph Sarchie

zbaw nas ode zlego

Filmowy horror pod tytułem "Deliver us from evil" twórcy słynnych "Egzorcyzmów Emilly Rose" zna zapewne większość z Was. Większość z Was wie też, że pod tym samym tytułem została wydana książka, której autorem jest, tak, bohater wspomnianego filmu, Ralph Sarchie nowojorski policjant.

Tu od razu mogę Wam powiedzieć: książka to jedno, film to drugie.

Reżyser horroru w pewnym stopniu inspirował się historiami jakie w swojej biograficznej powieści porusza Sarchie, ale finalnie obie rzeczy mają ze sobą niewiele wspólnego.

Film oglądałam dość dawno, ale teraz w konfrontacji z książką nie mogę sobie przypomnieć by filmowa historia opętania pojawiła się, w którymkolwiek z czternastu książkowych rozdziałów.

Każdy ze wspomnianych rozdziałów opowiada historie jednej z nadprzyrodzonych spraw w jakich brał udział nasz narrator i bohater, Ralph. W swojej pracy policjanta widział nie jedno, co często podkreśla w rozlicznych dygresjach, jednak w "Zbaw nas ode złego" skupia się na swoim drugim fachu, pracy przez duże "P", czyli roli demonologa.

Czytając historię początków jego kariery nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak łatwo w Stanach zostać demonologiem. Naoglądaj się w dzieciństwie horrorów, naczytaj książek o opętaniach, aż w dorosłym życiu w ręce wpadnie Ci, opisywana przeze mnie wcześniej książka "Demonolodzy - Ed i Lorriane Warren" i już. Teraz wystarczy zadzwonić do wspomnianej Lorriane Warren, naczelnej medium Ameryki i powiedzieć, że czujesz powołanie do wypędzania diabła. Z jej błogosławieństwem zakładasz własną organizacje do przepędzania złych duchów i do dzieła.

Tak to mniej więcej wyglądało w przypadku Ralpha, który po trzydziestce poczuł, że Bóg go wzywa. Został więc gorliwy katolikiem i obecnie jednym z popularniejszych demonologów w Stanach. Podobnie jak niegdyś małżeństwo Warrenów udziela wywiadów, daje wykłady.

Napisał też powyższą książkę. Nie jest to powieść fabularna, raczej coś w stylu literatury faktu. Autor opisuje szereg potyczek z demonami w jakich brał udział, opisując szczegółowo swój wkład w boskie dzieło.

O ile w książce "Demonolodzy" nieco drażniła mnie żarliwa religijność jaka biła z przytaczanych wypowiedzi Ed'a Warrena tak tu owa religijność w narracji Ralpha trąci wręcz fanatyzmem.

Niewątpliwie interesujące historie opętań jakie przytacza narrator są co chwile przerywane dygresjami o charakterze 'deklaracji wiary'. Słowo "Bóg" pojawia się tu częściej niż "demon/ diabeł/szatan". Praktycznie każdy akapit jest podsumowywany na zasadzie 'Wiara moim orężem/ Kto nie wierzy temu biada/ Tylko prawdziwie wierzący mogą uniknąć ataku demona' itp. itd. Już pomijając wydźwięk tych zdań, takie uporczywe powtórzenia, warstwowo kładzione dygresje bardzo szkodzą stylowi książki.

Ralph przyznaje, że jego książka kierowana jest do ludzi o silnej wierze religijnej - to uczciwe z jego strony. Jednak książka w Polsce promowana jest okładką filmową, czyli stanowi zapowiedz horroru z krwi i kości, gdzie demony szaleją i nikt nie klepie Cię co chwilę po ramieniu zapewniając o Bożym miłosierdziu. Stąd też może trafić na nie do końca odpowiednią grupę odbiorców, po prostu na poszukiwaczy grozy, jak ja.

Ci mogą się rozczarować, bo jak wspomniałam, więcej tu Boga niż diabła. Ja osobiście miałam odczucie, że ktoś mnie za chwilę zatłucze krucyfiksem. Momentami bardziej bałam się narratora i jego żarliwej religijności niż zgrai przepędzanych demonów.

Nie jest jednakże tak, że fani grozy nic tu dla siebie nie znajdą. Mamy tu 14 rozdziałów, czternaście historii najróżniejszych nawiedzeń i opętań. Do tego całkiem spore kompendium wiedzy jak z owymi demonami sobie radzić. Niektóre historie są naprawdę mocne i gdyby opisał je ktoś inny, bardziej ogarnięty literacko, może trochę mniej religijny, było by bardzo dobrze.

Niestety fragmenty, w których Ralph z powagą wyznaje, że wiesza na szyi zwierzętom domowym łańcuszki z wizerunkami świętych by chronić je przed demonami, skutecznie burzą wszelką grozę;)

Niestworzonych teorii o charakterze religijnym Ralph przedstawia zresztą całkiem sporo, więc ciężko mi było traktować go serio. Abstrahując od mojego niedowiarstwa i pewnej antypatii jaką wzbudził we mnie bohater, jeszcze raz powtórzę - historie ze sporym potencjałem horrorowym, który jednak nie został użyty.

Moja ocena:5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

esprit

czwartek, 11 sierpnia 2016

Demonolodzy, Ed i Lorraine Warren - Gerald Brittle

demonolodzy

Jestem niedowiarkiem jeśli chodzi o zjawiska nadnaturalne. Lubię horrory, ale nie wierzę w nie. Szczególnie jeśli sprawa dotyczy opętań, zagadnienia ściśle związanego z religią. Stąd też nie darzę sympatią wszelkich samozwańczych łowców duchów, demonologów i wszelkiej maści egzorcystów. Te fragmenty książek, czy filmów grozy, gdy na arenę wkraczali, ci właśnie, hym ludzie, cieszyły się u mnie najmniejszym zainteresowaniem. Nie jestem też fanką filmowej serii "Obecność" Jamesa Wan'a.

Skąd więc wziął się u mnie pomysł, żeby zapoznać się z historią wojującej pary pogromców wszelkiego duchowego wynaturzenia, znanych jako Ed i Lorraine Warren?

Chyba trochę z przekory. Ale bardziej z ciekawości. Mimo iż książka została wydana w Polsce dopiero w tym roku (podczas gdy jej pierwsze wydanie w Stanach to rok 1980) i widać jak mocno owe wydanie chce czerpać z popularności filmów z rodzaju "Obecność" (fragmenty wypowiedzi aktorów i reżysera filmów) to miałam nadzieję na coś mniej komercyjnego niż hollywoodzkie twory.

Moje nadzieje zostały spełnione. "Demonolodzy", historie w niej zawarte, znacznie odbiegają od tego co przedstawiają popularne filmowe horrory. Moi Drodzy, ta książka to hard core. Lewitujące krzesełka i wykręcone twarze to najsłabsze punkty programu w tej partii książki stricte poświęconej demonom. Bo musicie wiedzieć, że nie samymi demonami "Demonolodzy" żyją.

Początek książki to zapoznanie z sylwetkami Warrenów. Nie wiem czy wiecie, ale małżeństwo zajmowało się malarstwem i to od malarstwa wszytko się zaczęło. Młodzi małżonkowie ulubowali sobie portretowanie nawiedzonych miejsc. Przy okazji odwiedzin w takim domu poznawali jego historie, relacje mieszkańców, lub byłych mieszkańców. Zaczęli bardziej wgryzać się w temat. Lorraine zaczęła dawać upust stłamszonym przez religijne wychowanie nadnaturalnym umiejętnościom, a Ed od najmłodszych lat pochłaniający książki okultystyczne postanowił wiedzę teoretyczną przełożyć na praktykę. Tak zaczęła się ich krucjata.

ed i lorraine warren

Jeździli od domu do domu, pomagali ludziom w kłopotach z duchami. Ich popularność rosła, na tyle, że w latach '70 XX wieku byli już naczelnymi demonologami Ameryki, wzywanymi do każdej sprawy, w którą mogły być zamieszane siły nadprzyrodzone.

Narracja "Demonologów" opiera się na dialogu pomiędzy Ed'em, Lorraine i autorem książki. Przytaczane są też wypowiedzi innych osób, ale w mniejszym stopniu.

Początkowo byłam nieco zniechęcona, przez nachalność z jaką w co drugim zdaniu podkreślane jest słowo 'autentyczne'. Gorące zapewnienia Ed'a trochę mnie śmieszyły, śmieszyło mnie też to w jaki sposób Ed tłumaczył swoje zainteresowanie paranormalnym światem: Nie, absolutnie religijne wychowanie i codzienne wizyty w kościele nie miały na niego wpływu... Tia.

Im dalej rozwija się historia demonologów tym więcej pada konkretów. Zaczyna się niewinnie, bo od prostych ludzkich duchów. Szybko jednak wkraczamy na pole minowe w postaci demonicznej działalności w życiu ludzi.

Tu oczywiście na tapetę wzięta jest historia Annabell. Świetna historia, ale to co zrobił z niej film jest jakąś kpiną. Abstrahując od szczegółów takich jak wygląda lalki - prawdziwa Annabell jest lalką szmacianą - filmowcy biorący na tapetę jej historię w tym dość popularnym horrorze w żaden sposób nie wykorzystali jej potencjału. Szczegółów Wam nie zdradzę.

ed i lorraine warren

W książce nie poznamy autentycznej historii na podstawie, której powstała pierwsza część "Obecności", natomiast zahaczymy o "Obecność 2". Tu zmiany też są bardzo widoczne i oczywiście na minus dla filmu.

Porażająca był historia rodziny Fosterów i Beckfordów. W niewielkim stopniu pojawia się historia horroru w Amityville. Wiecie, że Jody była świnką, a nie dziewczynką? Ha. Takich smaczków znajdziecie dużo.

Na tle historii opowiedzianych przez Warrenów filmowe wersje wszelkich opętań i nawiedzeń wypadają bardzo słabo. To z czym według ich relacji mierzy się świadek opętania jest po stokroć mocniejsze.

To co najbardziej rzuciło mi się w pamięć to jedno z naczelnych znaków obecności demona - fekalia. Tak, w nawiedzonym domu częściej spotkasz obsraną ścianę, czy deszcz moczu niż lewitujące krzesło. Ten motyw w jakiś sposób jest kompletnie nie atrakcyjny dla filmowców, ciekawe czemu;)?

Opisy strasznych wydarzeń są bardzo żywe. Fragmenty w których Ed i Lorraine relacjonują przygodę z pewnym samochodem widmo, czy spotkanie z bezdomnym w Nowym Jorku bardzo zapadają w pamięć. Strachliwa nie jestem, ale jakoś kiepsko mi się po tym spało.

Jeśli chodzi o wartość edukacyjną książki, to każdy znajdzie tu szereg rad i przykazów jak uniknąć ingerencji sił nadprzyrodzonych w nasze życie, a także jak sobie radzić, gdy już wpadniemy w kłopoty.

Ed bardzo dokładnie wyjaśnia naturę tych zdarzeń, można powiedzieć, że analizuje je naukowo. Znajdziemy tu więc sporo ciekawostek.

Podsumowując, "Demonolodzy" to zaskakująco dobra rzecz.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

esprit

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Zimne ognie - Simon Beckett

zimne ognie

Kate Powell prowadzi własną agencję PR i odnosi pierwsze zawodowe sukcesy. Nie jest jednak szczęśliwa. Dokucza jej samotność, lecz nie ma odwagi po raz kolejny wchodzić w związek partnerski. W duchu jednak marzy o dziecku. Wpada na pomysł użycia technologii in vitro by spełnić marzenie o macierzyństwie.

Kate nie chce by ojciec jej dziecka był całkowicie anonimowym facetem z banku spermy. Kobieta udaje się więc do kliniki, gdzie będzie mogła sama wybrać ojca dla swojego dziecka, poznać go i upewnić się, że wszytko z nim w porządku. W ten sposób poznaje samotnego psychologa, Alexa który początkowo ma być jedynie 'dawcą'. Okazuje się, że zagości w życiu Kate na dłużej i znajomość ta będzie miała bardzo ognisty finał.

Złapałam się na tym, że tworząc opis nowej książki Becketta pomyślałam- zaraz, czy to nie brzmi trochę nazbyt romansowo? Ma prawo tak brzmieć, bo "Zimne ognie" to zupełnie innych Beckett niż ten, którego pamiętają fani serii o policyjnym antropologu.

Fani wcześniejszych książek Simona Becketta zapamiętali go zapewne jako pisarza tworzącego coś mocniejszego niż przeciętnej klasy kryminały. Z uwagi na specyfikę pracy głównego bohatera autor raczył nas barwnymi opisami rozkładających się zwłok. Najbogatsza w takie wrażenia była chyba "Chemia śmierci". Czytałam ją bardzo dawno, ale do tej pory pamiętam wrażenia jakie mi wówczas towarzyszyły. Serio, wręcz czułam zapach trupów.

Tym razem pisarz wziął się za coś co można sklasyfikować jako thriller psychologiczny.

Mamy tu znacznie więcej wątków obyczajowych niż w poprzednich jego dziełach, ale nie przeszkadzały mi one, bowiem facet sprawnie się przez nie przeprawia unikając bzdurnych wstawek.

Książkę czytałam z zadowoleniem. Przez pierwszą połowę towarzyszył mi nastrój tajemnicy do rozwikłania i pewnego niecierpliwego napięcia. Co ukrywa Alex Turner, przyszyły ojciec dziecka Kate?

Sprawa wyjaśnia się moim zdaniem zbyt szybko. Zwłaszcza, że antybohater rozstaje obdarty ze wszystkich tajemnic, od modus operandi po przyczynę jego działań zakopaną w gruzach przeszłości. Dostajemy praktycznie pełną diagnozę na tacy.

Co więc robić z dalszą lekturą? Ano, chyba czekać końca. Gdy już poznamy prawdziwe oblicze antybohatera pozostaje nam śledzić jego poczynania na drodze do ostatecznej konfrontacji. Ta nadchodzi ze stosowną oprawą.

"Zimne ognie" nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak oczekiwałam po tym autorze. Zdecydowanie jest to książka lżejsza od poprzednich, nawet wątki psychologiczne nie są tak miażdżące jak to u Becketta bywało.

Nie mniej jednak dla osób nie zaznajomionych z jego poprzednimi pisarskimi dokonaniami będzie to odpowiednia lektura. Wygórowane oczekiwana względem makabreski nie przysłonią Wam radości z lektury.

Tych, którzy Becketta znają przestrzegam, że "Zimne ognie" to już coś innego i świadomość tej inności powinna pomóc Wam rozgrzeszyć autora z tej zmiany frontu.

Moja ocena:5+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

piątek, 22 lipca 2016

Księga Wieszczb - Erika Swyler

księga wieszczb

Simon, młody bibliotekarz mieszka samotnie w zrujnowanym domu, który lada moment osunie się do zatoki Long Island. Tu się wychował, tu zmarła jego matka tonąc w oceanie, tu umarł jego pogrążony w depresji ojciec i stąd uciekła jego młodsza siostra Enola. To tu dociera też do niego dziwna przesyłka nadana przez starego antykwariusza, który dba o to by rodzinne księgi pozostawały w rodzinie.

W ręce Simona trafia książka dokumentująca życie pewnego cyrku. Co mężczyzna może mieć z nią wspólnego? Może nic, a może wszytko, bowiem na kartach dziennika rozpoznaje nazwiska swoich krewnych, kobiet, które podobnie jak jego matka utonęły w młodym wieku.

Uwielbiam książki o rodzinnych tajemnicach, ale nie z cyklu 'mój dziadzia był żołnierzem', preferuję raczej historie mniej przyziemne, gdzie na jaw wychodzą tajemnice nie z tej ziemi.

Powieść Eriki Swyler bardzo silnie skojarzyła mi się z twórczością Isabelle Allende za czasów jej świetności, konkretnie z sagą rodziny De Valle począwszy od "Domu duchów". Znacie?  Lubicie? W takim razie "Księga wieszcz" też powinna wpaść Wam w ręce.

Akcja powieści osadzona jest w czasach współczesnych, jednak retrospekcją sięga do końcówki XIX wieku, czyli poznamy spory przekrój historii.

Owa historia skupia się głównie na życiu cyrku i jego pracowników, czyli jest niezwykle barwnie. Wraz z Simonem poznajemy życie jego przodków, a jak się okazuje ród ma ciekawy rodowód. Sprawa wiąże się z mitycznymi postaciami syren, czy też rusałek - jak zwał, tak zwał - jest bardzo intrygująco.

Oczywiście pojawia się tu gro postaci pobocznych, równie barwnych i szalonych, posiadających niezwykłe właściwości.

Istotnym elementem jest wątek wróżbiarstwa, wyróżniony w tytule książki. Karty tarota poznały prawdę o rodzinie Simona nim ktokolwiek z jego krewnych zdołał się zorientować.

Jest tu też dużo smutku: morderstwa, samobójstwa, tragiczne wypadki, wieloletnie rozłąki z bliskimi. I nasz biedny bohater próbujący poskładać wszytko do kupy by uniknąć nieuniknionego.

Książkę czyta się fantastycznie choć styl nie jest jakiś wybitny, jest poprawny, lekki. Jeśli dodać, że książka stanowi literacki debiut autorki, możemy chyba powiedzieć, że mamy tu do czynienia z dużym talentem, zdolnością snucia wielowątkowej opowieści tak by zainteresować czytelnika i nie zgubić jego uwagi gdzieś po drodze.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca


wtorek, 05 lipca 2016

Wykluczeni - Aleksandra Szałek

wykluczeni

W małym bezimiennym miasteczku mieszka Olga, jej upośledzony brat, jej ojciec i jej przyjaciele. To oni będą mieli swój udział w zgłębieniu mrocznej tajemnicy miasteczka związanej z siecią podziemnych bunkrów.

Kim jest Aleksandra Szałek, autorka "Wykluczonych" nie mam bladego pojęcia. Przypuszczam, że książka może być jej literackim debiutem.

Tematyka powieści jest dość szeroka, można ją nazwać horrorem, gdzie tajemnicze zjawiska przyczyniają się do niewyjaśnionych zgonów. Można ją nazwać powieścią psychologiczną, bo takowa jej warstwa jest bardzo rozbudowana.

Można ją nazwać kryminałem z uwagi na toczące się tu policyjne śledztwo. Można ją też nazwać powieścią młodzieżową, bo pojawia się tu młodzi bohaterowie, ich świat, ich problemy.

To bardzo uniwersalna książka i jestem przekonana, że nie będzie miała problemu z zaskarbieniem sobie sympatii czytelników.

Napisana jest całkiem nieźle, zwłaszcza, że w mojej ręce trafił egzemplarz przed korektą. Styl może nie jest zbyt wyrobiony, czasami pojawiają się zgrzyty, ale ogólne wrażenie jest pozytywne. Nie męczyłam się brnąć przez kolejne strony. Wręcz przeciwnie, całość pokonałam szybko.

Jak wspomniałam pojawia się tu sporo wątków. Wszytko zaczyna się od nastoletniej Olgi. Jej postać niekoniecznie mnie porwała, była skonstruowana nazbyt schematycznie - typowa zbuntowana małolata gardząca całym światem z własną rodzina włącznie. Jej przyjaciele też nie odbiegają od standardów tworząc trochę bezbarwne stado. To chyba te młodzieżowe elementy kuleją tu najbardziej.

Znacznie lepiej jest z wątkami ghost story. Nie chce Wam zdradzać zbyt dużo, ale pojawi się tu bardzo intrygująca postać o bardzo specyficznych właściwościach. To ona będzie kluczem do rozwiązania tajemnicy, a jej historia jest na tyle przygnębiająca, że niejednemu czytelnikowi może pocieknąć łezka.

Wątki kryminalne, czyli po pierwsze, śledztwo w sprawie zaginionego brata Olgi jest zaprezentowane z niespotykanym umiarem. Policjanci z małego miasteczka nie zachowują się jak agenci FBI, chwała za to. Pojawiający się przy tej okazji antagoniści to świetna koncepcja, bardzo wiarygodni i stosownie odpychający. Poczułam, że mam tu do czynienia z ludźmi autentycznie złymi - Każdy z innego powodu, niemniej jednak Szałek trafiła w punkt łącząc podłość z głupotą.

Cała zagadka kryminalna jest tu budowana po cichu i z rozsądkiem, bez zbędnego kluczenia, czy dziwnych manewrów. Wszytko bez wysiłku składa się w całość. Pierwsza zagadka łączy się z drugą zagadką  z przed lat związaną z tajemniczym zgonem młodego chłopaka. Rozwiązując tę łamigłówkę trafiamy na kolejną jeszcze starszą sprawę natury kryminalnej, której rozwikłanie jest kluczem do wszystkich powieściowych wydarzeń.

Na koniec psychologia, jak napisałam najpotężniejsza warstwa, rozbudowana ale nie do przesady by trącić patosem, wodolejstwem, czy tym co nazywam 'psycholstwem i wymyślactwem'.

Tu dużą rolę odegrał wątek tytułowych 'wykluczonych', ludzi takich jak brat Olgi, w jakiś sposób niepełnosprawnych. Szałek nie rozczula się nad nimi za nadto, ale zaznacza jak łatwo w ich przypadku o wtrącenie w rolę ofiary. Nie wiem, czy autorka miała do czniania z taką problematyką w pracy, czy życiu prywatnym ale pokazała, że ma spore pojęcie w tej kwestii. Nie wyłapałam żadnych błędów, a zawsze na nie poluję, gdy autor wkracza na niepewny grunt nauk psychologicznych.

Reasumując, bardzo udana książka. Masa dobrych pomysłów wykorzystanych na tyle na ile było to możliwe. Czyta się ją doprawdy przyjemnie i mogę powiedzieć, że centralnie trafiła w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl