What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: książki

wtorek, 22 maja 2018

Dziewczyna ze snów - Michał Gałwa

dziewczyna ze snów

Ameryka rok 1967.Nastoletni Jake Hopkins przeprowadza się wraz z ojcem do Iglastych Wzgórz, małej mieściny w której urodził się ojciec chłopaka i w której ma teraz objąć stanowisko szeryfa. Młody nie jest zadowolony z przeprowadzki, która jawi mu się jako wyrok śmierci.

Jednak śmierć z nudów nie będzie mu pisana. Wraz z przybyciem do nowego domu Jake'a zaczynają nawiedzać koszmary dalekie od jego zwyczajnych problemów ze snem. Co więcej sny mają silny związek z rzeczywistością. Stopniowo zacierające się granice między jawą, a snem doprowadzą chłopaka na skraj szaleństwa.

"Dziewczyna ze snów" jest drugą książką młodego autora, Michała Gałwy, która ukazała się nakładem wydawnictwa Novae Res. Nie miałam okazji przeczytać jego debiutu, więc nie wiem jaki od tego czasu postęp poczynił pan pisarz.

Przynależność gatunkowa "Dziewczyny ze snów" oscyluje między powieścią psychologiczną - żeby nie powiedzieć psychodeliczną, a dreszczowcem w którym znajdzie się miejsce na zjawiska niewyjaśnione.

Jak wspomniałam w opisie, akcja powieści rozgrywa się w Stanach, co nie jest popularnym chwytem u naszych rodzimych autorów. Co więcej dzieje się w końcówce lat '60, co też może być zastanawiające. Czyżby autor był miłośnikiem tamtego okresu?

Myślę, że wyjaśnienie jest bardziej prozaiczne i składa się z trzech liter: LSD. Wątki związane z kwasem, okolicznościami jego stosowania przez amerykańską młodzież wyraźnie zajmują autora. Niestety zapomniał o kilku innych aspektach i skoro już jestem przy czasie i miejscu akcji to może o nich napomknę, choć może nie wypada zaczynać od słów krytyki?

Już na pierwszych stronach, mamy sporą wtopę. Jake biadoląc nad swoim losem zesłańca do małej mieściny, rzuca, że przeprowadzka jest dla niego jak informacja o tym, że ma HIV. Widzicie problem? Mamy rok 1967, wirus HIV został odkryty w 1983 roku. Trochę dalej mamy kolejna gafę. Autor wspomina o Jeffrey'u Dahmerze jako o seryjnym mordercy. Problem w tym, że w 1967 Jeffrey miał może z siedem lat i jeszcze nikogo nie zdążył zabić.

Gdybym była upierdliwa, lepiej orientowała się w kulturze i XX wiecznej historii Stanów pewnie znalazłabym więcej kwiatków, ale na szczęście dla autora tak nie jest:)

"Dziewczyna ze snów" nie przyprawiła mnie co prawda o ból głowy, ale też nie zachwyciła. Wiele z elementów fabuły bardzo mi się spodobało, ale moim zdaniem można je było wykorzystać lepiej, z większą rozwagą, większym przemyśleniem.

Motywem przewodnim są sny. Autor bardzo dba o to by zdrowo namieszać w głowie czytelnikowi przechodząc ze nu do jawy, mieszając te dwa stany i podkręcając wszystko dodatkowo wspomnianym LSD.

Wypada to fajnie, ale odniosłam wrażenie, że w pewnym momencie przestałam nadążać, albo autor sam się zapętlił. SPOILER: Z kim pobił się Ray skoro odbywał karę, jeśli Jake był warzywem w domu opieki? KONIEC SPOILERA.

Same opisy snów, ich specyfiki i wszystkich meandrów z nimi związanych wypadają całkiem dobrze i wiarygodnie choć specjalistką w tej dziedzinie nie jestem. Samo prowadzenie fabuły, nierówne, momentami można się zamotać, ale czyta się to nie najgorzej i nie mam większych uwag do stylu. Sam finał, owszem zaskakujący i udany, ale mam 'ale', które umieściłam w spoilerze parę pięter wyżej. Generalnie, całość do strawienia bez boleści w kiszkach:) Plus dla wydawcy za dobrą okładkę.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

 novae

sobota, 12 maja 2018

Koniec lata - Anders de la Motte

koniec lata

Jest rok 1983 w małym miasteczku w Skani. Pewnego letniego wieczoru dochodzi tam do zaginięcia niespełna pięcioletniego chłopca. Cała społeczność na czele z komendantem policji rusza na jego poszukiwania.

Mija jednak dwadzieścia pięć lat a sprawa zaginięcia Billego wciąż jest tajemnicą. Wiele zaangażowanych w to osób, w tym dorosła już siostra chłopca ma wrażenie, że lato '83 roku nigdy się nie skończyło i nie skończy póki prawda nie wyjdzie na jaw. Nieoczekiwane pojawienie się mężczyzny łudząco przypominającego małego Billego spędza sen z powiek wielu z nich. Być może nie wszystkim zależy na odkryciu tajemnicy.

To moje pierwsze spotkanie ze szwedzkim autorem Andreasem le la Motte, który w przeszłości pracował jako policjant. Facet wydał kilka książek i część z nich ukazała się już w polskim przekładzie. Ja trafiłam akurat na "Koniec lata". Nie jest to część jakiejkolwiek serii, które tak uwielbiają tworzyć Skandynawowie, więc nie napotkałam na żadne niejasności mogące być przeszkodą w odbiorze fabuły.

Historia rozpoczyna się retrospekcją z dnia zaginięcia Billego. Te retrospekcje będą powracać tworząc intrygującą przeplatankę ze zdarzeniami bieżącymi rozgrywającymi się po 25 latach od początku całej sprawy. Bardzo lubię takie zabiegi. Sprawiają, że nie wszytko od razu staje się jasne, a stopniowe odkrywanie tajemnic przeszłości doskonale podtrzymuje napięcie i sprawia, że ciężko się oderwać od powieści.W przypadku "Końca lata" nie jest inaczej.

Książka bardzo mnie wciągnęła. Nie tylko za sprawą bardzo ciekawej zagadki przewodniej, ale też ze względu na wątki poboczne, dozowane z umiarem, ale odgrywające bardzo ważną rolę w odbiorze całości.

Główną bohaterką powieści, jest Vera, siostra zaginionego Billego. Bardzo interesująca, pogmatwana postać - terapeutka żywiąca się smutkiem innych ludzi. To na jej drodze staje niejaki Isak, który może być jej zaginionym bratem. By dociec prawdy kobieta musi wrócić w rodzinne strony, zmierzyć się z krewnymi i społecznością miasteczka.

Lektura "Końca lata" doskonale sprawdziła się w moim przypadku. Czytałam ją na kocyku w słoneczny dzień. Skończyło się poparzeniami więc nie da się ukryć, że czytanie mnie pochłonęło:)

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

poniedziałek, 07 maja 2018

Wyrok Diabła - Adrian Bednarek

wyrok diabła

Kuba Sobański cieszy się anonimowością w swoim krakowskim raju. Nikt nie wie, że wzięty adwokat w rzeczywistości jest seryjnym mordercą, który jeszcze nie tak dawno siał popłoch wśród młodych i urodziwych kobiet. Mimo, że każda z niewiast z którą wchodził w jakiekolwiek relację prędzej, czy później kończyła źle, Kuba postanowił pozostawić przy życiu Sonię- Nastolatkę podobnie jak on dręczoną demonami karzącymi jej zabijać. Mimo, że Sobański robi co może by nauczyć Sonię jak kontrolować popęd zabijania, ta wymyka mu się stawiając oboje na progu piekła.

Ci, którzy znają poprzednie części serii o krakowskim mordercy z pewnością czekali na jego wielki powrót. Autor w taki sposób pograł z czytelnikiem w epilogu poprzedniego tomu, tj, "Spowiedzi diabła", że nie pozostawił wątpliwości, że oto czeka nas kryzys w raju. W ostatnich słowach Kuba zapowiada bowiem, że będzie mu potrzebny adwokat. W co się wpakował nasz nieuchwytny diabeł? Jak to możliwe, że popełnił błąd? Tego dowiecie się z lektury "Wyroku Diabła".

To co autor zafundował swojemu bohaterowi z pewnością przejdzie Wasze przewidywania. Niestety nie mogę pozwolić sobie na zdradzenie Wam zbyt wielu szczegółów, ale mogę Wam zagwarantować zaskoczenie.

Autor podobnie jak w drugim tomie tj. "Procesie Diabła" wykorzystał motyw sądowy, toteż wszyscy miłośnicy tego typu wątków będą mogli w napięciu śledzić przebieg kolejnego procesu. Mogę chyba powiedzieć, że poznamy tu Kubę od nieco innej strony, choć wydawać by się mogło, że wszystko na jego temat zostało już napisane.

Znajdzie się też miejsce na to z czego zasłynął Adrian Bednarek, czyli pieczołowicie opisane polowania na niczego nieświadome ofiary i ich finał, czyli krwawe morderstwa.

Sonia, która mieliśmy okazję poznać w "Spowiedzi..." staje się tu niemal równorzędnym bohaterem. Śledzimy zarówno poczynania Kuby jak i przyglądamy się działaniu Sonii. Ta postać z resztą wzbudzi wiele kontrowersji, o ile nie wzbudziła ich już w poprzedniej książce. Sama nie należę raczej do teamu Sonia, ale też nie będę wnioskować o złożenie z niej całopalnej ofiary.

Jedno jest pewne, niezależnie jakie będzie Wasze zdanie o ścieżce jaką autor poprowadził swoich bohaterów będzie to emocjonująca wyprawa. Jeśli chodzi o mnie to w punkcie kulminacyjnym pojawiło się u mnie niedowierzanie. "Mówiły jaskółki, że niedobre są spółki". W raju jest miejsce tylko dla jednego diabła.

Na ten moment jest to koniec przygód Kuby Sobańskiego. Czy zafunduje nam wielki come back zależy już tylko od autora. Tym czasem, borem lasem, możecie oczekiwać nowej powieści z całkiem nowym bohaterem. Mogę Wam już chyba zdradzić, że będzie nosić tytuł "Skazany na zło" i podobnie jak seria o Rzeźniku Niewiniątek ukaże się nakładem wydawnictwa Novae Res.

*Książka wyrok diabła jest objęta patronatem medialnym bloga Biblia Horroru

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi Adrianowi Bednarkowi, oraz wydawnictwu Novae Res:

novae

sobota, 05 maja 2018

Mortem - Łukasz Jarosz

mortem

Łukasz Kowalczyk, policjant z dochodzeniówki tapla się na największej ohydzie jaką można sobie wyobrazić. Jego praca momentami przypomina wypompowywanie szamba, trudno się nie uwalać. Jego życie prywatne ogranicza się do zwierzęcego seksu z chętnymi paniami, wizyt u terapeutki mającej pomóc mu w zwalczaniu wewnętrznej agresji i chamskich pyskówek ze współpracownikami.

Konsekwentnie próbuje popełnić samobójstwo, ale odkłada ten czyn w czasie by jeszcze zdążyć wypompować ostatnią porcję szamba ze swojego rewiru. Jego celem jest schwytanie seryjnego mordercy, zwanego "Przystojniakiem", a także wymierzenie sprawiedliwości gangsterom, którzy skrzywdzili  zaprzyjaźnioną prostytutkę.

Nie udało mi się namierzyć żadnych informacji na temat autora "Mortem". Jedynym poczynionym ustaleniem jest fakt, że jest to jego druga powieść. Pierwsza, "Ludojad", został wydana tylko w formie e-book'a.

Cóż mogę, rzec o tym prawie debiucie? Jest to książka naszpikowana agresją i wszelakim syfem. Autor wymienia kolejne przestępstwa jak śniadaniówka swoich reklamodawców . Bez najmniejszego zająknięcia i niestety też bez rozwagi. Mam wrażenie, że autor połączył w tej powieści kilka odrębnych pomysłów na książkę i wrzucił wszytko do jednego wora. Wrażenie chaosu było mi nieodzowne w trakcie lektury. Gubiłam się w kolejnych zbrodniach serwowanych szybciej niż big mac'ki.

Policyjne śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy przypominało delirium tremens i ciężko mówić tu o powolnym zbieraniu tropów i łączeniu kolejnych faktów. Być może w ten sposób autor chciał odejść od formuły klasycznego kryminału. Jedno jest pewne, "Mortem" klasycznego kryminału nie przypomina.

Przez większość czasu nie mamy zbyt wielu informacji na temat głównego antagonisty, czyli ściganego seryjnego zabójcy, wtem nagle, u schyłku opowieści wszytko staje się klarowne. Aż za klarowne toteż autor ostatkiem sił postanawia namieszać. Oj, nie bardzo wyszło tu stopniowanie napięcia.

Czytelniczym przewodnikiem po "Mortem" jest nasz policjant, imiennik autora. Postać, którą ciężko polubić. Autor obdarzył go tak nieprzyjemnymi cechami, że nawet chwile, w których roztkliwia się on nad słodyczą zmarłej córeczki i pięknem zmarłej żony, nie dały rady wzbudzić we mnie współczucia.

Dawno nie spotkałam bohatera stworzonego z takim... nadęciem. Łukasz jest oczywiście wybitnie inteligentny, co nawet stwierdza jego terapeutka, pewnie wnioskując  o tym po głębokim spojrzeniu w oczy, bo jakoś nie udało mu się powiedzieć nic inteligentnego. Jest też bardzo introwertyczny i jak na introwertyka przystało miewa zajebiście dużo momentów całkowitego rozklejenia kiedy to wylewa z siebie monologi o cierpieniu, albo z impetem wyrzuca wiązankę bluzgów. Może ja się nie znam na introwertykach? Łukasz ma też duże powodzeniu u kobiet zapewne dzięki dowodom szacunku jakie składa niemal każdej przedstawicielce płci pięknej jaka spotka na swojej drodze. Wszystkie kobiety w jego otoczeniu niemal z rozbiegu wskakują mu na penisa. Jak go nie kochać?

Jeśli chodzi o formę tej opowieści, to po za imponującym urodzajem przekleństw, dziwnych metafor i jeszcze dziwniejszych porównań, niewiele mogę o niej powiedzieć. Z pewności korekta nie zburzyła bardzo oryginalnego spojrzenia na nasz język ojczysty jaki prezentuje autor.

Książka zawiera też cała masę przypisów odnoszących się do slangu, wyjaśniających to co zdaniem autora powinno zostać wyjaśnione. Czytając niektóre z nich czułam się jak Marsjanka, która świeżo przybywszy na ziemie potrzebuje łopatologi by pojąc nowy zadziwiający świat.

Mimo sympatii jaką darzę świeżo wyklutych na polskim rynku wydawniczym pisarzy, nie mogę poklepać pana Jarosza po ramieniu i powiedzieć 'dobra robota'.

Moja ocena: 4/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

novae

wtorek, 17 kwietnia 2018

Samotnia - Charles Dickens, Tom I i II

samotnia

Jestem 'czytelnikiem starej daty' i lubię stare książki. Moja przygoda z Charlesem Dickensem zaczęła się od "Wielkich nadziei", które owszem maja wielu fanów, ale nie są tak popularne jak "David Copperfield", czy "Oliver Twist", nie są też tak doceniane w literackim świecie jak ... "Samotnia".

To właśnie "Samotnia" uważana jest za najwybitniejszą i najbardziej dojrzałą powieść autora. Wśród jej zagorzałych fanów znajduje się Stephen King i mój literacki bóg Vladimir Nabokov.

Jakże mogłabym jej nie przeczytać? Ano, do tej pory to zadanie było nieco utrudnione. Od dawna nie pojawiło się, żadne wznowienie powieści. Po tym jak zapłaciłam ponad dwie stówy za "Księgę Diny" na internetowej aukcji po to by po pół roku doczekać się wznowienia i możliwości zakupu książki za niespełna pięć dyszek ostudziłam swoje zapędy i postanowiłam poczekać na nowe wydanie "Samotni". Doczekałam się. W klasycznej oprawie książkę wznowił Zysk i s-ka wychodząc na przeciw moim oczekiwaniom.

Przyznam, że fabuła książki była mi już pokątnie znana dzięki rozlicznym ekranizacjom. Po lekturze ponad 14000 stron stwierdzam z całym przekonaniem, że żadna z nich nie oddała ducha powieści.

Miłośnicy wiktoriańskiej Anglii dzięki lekturze powieści mogą poznać ją w pełnej klasie z całym pięknem i okrucieństwem.

samotnia

Dickens pisze o swoich czasach, wykorzystując tu chyba całą swoją widzę o otaczającej go rzeczywistości. Ciężko mi tu powiedzieć o wątku głównym, bo liczba stronic pozwala na uczynienie każdego z nich głównym, postawię jednak na motyw procesu, anielskiej biurokracji i absurdu sądownictwa.

Dickens w swoim cv pośród całego szeregu przeróżnych fachów miał epizod w charakterze urzędnika sądowego. Podejrzewam, że mogło to dać podwaliny pod historię Richarda Carstonea i wlekącego się latami procesu rodziny Jarndyce.

Autor nie oszczędza książkowych antybohaterów, piętnując każdego kto na to zasłużył. Nie ma też litości dla bohaterów pozytywnych, stawiając ich w sytuacjach beznadziejnych, zastawiając coraz to nowsze pułapki losu. Poznamy tu zarówno bogatych arystokratów, jak i nędzarzy, robotników i inteligencje. Każdy ma tu swoją rolę do odegrania. Każdy zasługuje na uwagę pisarza i dostaje możliwość zaprezentowania się przed czytelnikiem. Co z pewnością zszokowało w Dickensowskich czasach, oddał on głos kobiecie, czyniąc z Ester, bohaterki "Samotni" jednego z jej narratorów.

Dickens zawsze miał zacięcie do wątków, które współcześnie określamy kryminalnymi. Wprowadzał w swoje historie nie tylko rodowe tajemnice, ale i zbrodnie, które bystry czytelnik ma szansę rozwikłać. Nie inaczej jest w przypadku "Samotni".

Wszytko to czyni tekst "Samotni" niebywale intrygującym. Jeśli dodamy do tego niepowtarzalny klimat jej czasów, mamy dzieło, rzec można idealne. Dla mnie przynajmniej.

"Samotnia" pozostawiła mnie w przygnębieniu, które ciężko opisać słowami, trzeba tego po prostu doświadczyć.

Moja ocena:10/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Tagi: książki
16:39, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2018

Byłem Bogiem - Paweł Widomski

byłem bogiem

Czterdziestoletni samotny pracownik firmy deweloperskiej w procesie sądowym zwanym życiem otrzymał wyrok śmierci, bez odroczenia. Postanowił nie składać apelacji i bez mrugnięcia okiem zaakceptował kilkutygodniowy termin realizacji. Zamiast czekać w celi śmierci, postanawia ją spieniężyć i ostatnie chwile życia spędzić ciesząc się wolnością absolutną.

Paweł Widomski na okładce  swojej książki daje się poznać jako pisarz niemal debiutant, bezceremonialnie chwalący się młodą żonką. Publikować zaczął dość późno. Jego dotychczasowego dorobku, złożonego z dwóch książek nie miałam okazji poznać. Teraz po lekturze trzeciej z nich nie wykluczam, że po nie sięgnę przy nadarzającej się okazji.

"Byłem Bogiem" przykuła moja uwagę interesującą okładką i odważną deklaracją w tytule. Lektura nie zajęła mi dużo czasu, bo styl autora, mimo, że jeszcze nie do końca wprawny, pozwalał mi przepłynąć przez treść bez najmniejszych trudności. A owa treść zaintrygowała mnie na tyle bym bez wyrzutów mogła chłopinę poklepać po ramieniu.

Bezimienny bohater powieści i jej narrator w jednej osobie dowiaduje się, że zapadł na wyjątkowo perfidną odmianę nowotworu: trzustka. Nasz bohater widząc męki swojej matki złożonej nie aż tak beznadzieją diagnozą postanawia, że nie będzie walczył w przegranej bitwie. Z wdzięcznością przyjmuje receptę na morfinę i rusza w ostatni bal swojego życia.

Jeśli obawiacie się, że "Byłem bogiem" przygnębi Was agonalnym wyciem jej bohatera, muszę Was uspokoić, że w powieści jest tyle samo humoru - wisielczego co prawda - co smutku. Gatunkowo możemy tu mówić zarówno o powieści psychologicznej jak i o thrillerze, bo ostatni bal naszego Rakowskiego przewiduje morderstwo.

Towarzyszenie bohaterowi powieści w jego ostatnich tygodniach życia nawet największego twardziela skłoni do refleksji. Może ponurych, a paradoksalnie może nie, może dzięki temu zauważycie małe przyjemnostki życia? A na koniec dostaniecie małego mind fuck'a prosto w czoło, a co.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae

 

wtorek, 13 marca 2018

Kształt wody - Guilermo del Toro, Daniel Kraus

kształt wody

Ameryka, lata '60 XX wieku. Wojskowy Richard Strickland z wyprawy do Amazonii przywozi okaz niezwykłego stworzenia. Niebieski człekokształtny stwór posiada zdolność oddychania pod wodą, ale może też krótki czas przetrwać na lądzie. A to nie koniec jego niezwykłych właściwości.

Dla ośrodka badań kosmicznych mieszczących się w Baltimore okaz jest szansą na przełom w dziedzinie podboju kosmosu. Niema sprzątaczka, Elisa pracująca w Occam poznając stwora pozostaje pod jego wrażeniem. Odwiedza go w tajemnicy i nabiera przekonania o jego bliskiej ludzkiej naturze. Gdy generał Hoyt zarządzający sprawą amazońskiego stworzenia decyduje o zabiciu go celem poddania wiwisekcji Elisa wraz  przyjacielem postanawiają uratować cudowne stworzenie.

Film powstały w oparciu o powieść del Toro i Krausa otrzymał w tym roku Oscara. Widziałam go, owszem, ale nie o nim dziś będzie mowa. Dziś skupię się na książkowej wersji tej opowieści.

Historia jej powstania jest nieco pogmatwana. Jak twierdzi Daniel Kraus zarys pomysłu na powieść  zrodził się w jego głowie jeszcze w dzieciństwie. Chodził za nim przez lata, aż opowiedział o nim del Toro, przy okazji pracy nad "Throllhunters". Minęło parę lat. Kraus chciał spisać "Kształt wody", a del Toro nakręcić. Obydwu Panom zależało na tym by obydwie wersje nie różniły się od siebie wiec weszli w spółkę i ostatecznie napisali książkę razem, a del Toro nakręcił film. Ktoś mógłby powiedzieć, że del Toro wykorzystał Daniela, ale kto wie czy książka w ogóle ujrzałaby światło dzienne gdyby nie nazwisko hiszpańskiego reżysera?

Powieść różni się od filmu. Dla mnie to przede wszystkim większe zainteresowanie postaciami antybohaterów, Richarda Stricklanda i generała Hoyta. Nie można też zapomnieć o żonie tego pierwszego, Elaine. bardzo ciekawa ewoluująca na kartach powieści postać pozostaje w miejscu w przypadku filmu i robi w zasadzie za rekwizyt.

Przyglądając się bliżej poszczególnym postaciom rozwijamy ich psychologiczne portrety, co wypada bardzo korzystnie w przypadku książki, w filmie, raczej zrozumiałe, zabrakło na to czasu i miejsca. Z filmu dowiemy się o Stricklandzie tyle, że jest zimnym sukinsynem, z lektury powieści dowiemy się co go takim uczyniło.

Jednakże zarówno w  przypadku filmu jak i w przypadku powieści głównym tematem przewodnim jest inność, odmienność i wynikająca  z nich samotność.

Richard jest samotny ze swoją traumą, Elaine ze swoimi nietypowymi jak na amerykańską żonę w latach '60 pragnieniami, samotny jest przyjaciel Elisy, wykluczany zawodowo z powodu swoich preferencji. Samotna jest Elisa, niezdolna do wejścia w relację, przerażona światem i skazana na wewnętrzną pustkę. Wreszcie nasz główny bohater, bezimienny stwór wyrwany ze swojego świata, zabrany tam gdzie jego niezwykłość budzi jedynie chęć jej unicestwienia.

"Kształt wody" przekracza kolejna granice. Być może dlatego zaskarbił sobie sympatię tak wielu osób. A może odpowiedź jest całkiem inna. Może to tylko metafora. Nie musimy być amazońskimi ryboludami, żeby czuć się obco w swojej rzeczywistości?

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Tagi: książki
16:38, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 lutego 2018

Nowy Dom na Wyrębach - Stefan Darda

nowy dom na wyrębach

Huber Kosmala, wykładowca akademicki z Lublina dziedziczy po zmarłym przyjacielu wiejską posiadłość, Wyręby. Osobliwy spadek przyprawia go o mieszane uczucia gdyż okoliczności śmierci jego przyjaciela, Marka wzbudzają w Hubercie silne poczucie winy. Mimo tego postanawia uczynić z Wyrębów wakacyjne siedlisko. W czasie krótkich wizyt mających na celu przygotowanie domu na ewentualny pobyt z rodziną zaczyna odkrywać, że Wyręby są miejscem cokolwiek dziwnym, a on ku swemu zdziwieniu zaczyna dawać wiarę niezwykłym świadectwom zmarłego przyjaciela.

Wydany w 2008 roku "Dom na Wyrębach" był swego rodzaju objawieniem na polskim rynku wydawniczym. Niektórzy porównywali polskiego Stefana z amerykańskim Stephenem, wierząc, że autor jest przyszłością polskiego horroru.

Tak, debiutancka powieść Dardy skradła mi serce i czym prędzej sięgnęłam po kolejne publikacje pisarza. Wtedy zachwyciłam się serią książek "Czarny wygon" - no, zachwyciłam się połowicznie, bo jedynie dwoma pierwszymi tomami. Już wtedy zauważyłam u Dardy  tendencje do desperackiego przeciągania wymyślanych historii.

Później przyszedł czas na całkiem zgrabny zbiór opowiadań "Opowiem Ci mroczną historię", którzy przywrócił mi wiarę w wyobraźnie autora, która nie kończy się na jednym wałkowanym w kółko pomyśle. I wtedy nastąpił mały krach, bo Darda począł eksperymentować z innymi tematami. Dalekimi od ludowych wierzeń. Mam tu na myśli przeciętne "Zabij mnie tato". Mniej więcej wtedy zakończyłam współprace z wydawnictwem Videograf, bo któraś z moich recenzji się nie spodobała  i na dłuższy czas zapomniałam o Stefanie Dardzie.

Teraz Darda powrócił z "Nowym domem na Wyrębach". Jaka była moja pierwsza myśl? Facet ma się ku końcowi jako pisarz. Odgrzewanie starego kotleta i próba powtórzenia niepowtarzalnego sukcesu.

Mimo tych myśli gdzieś z tyłu głowy miałam nadzieję - a może w tej metodzie jest szansa?

Akcja "Nowego domu na Wyrębach" rozpoczyna się prawie bezpośrednio po zakończeniu akcji "Domu na Wyrębach". Minęło bodaj parę miesięcy. Bohater pierwszej powieści został pochowany, a feralne domostwo wpadło w  ręce jego kolegi, Huberta, którego możecie pamiętać jako trzecioplanową postać debiutanckiej książki. Stwierdziłam, że w zasadzie nie tu nic do dodania, ale Darda mile mnie zaskoczył, bo miał zamysł na ponowne zawiązanie akcji. Pojawia się wilk- jak ma się do upiornej sowy, nie zdradzę, ale nie głupio to rozegrano. Jest jednak problem.

"Nowy dom na wyrębach" to dopiero początek, mamy się bowiem spodziewać kontynuacji. A w związku z tym w rzeczonej książce nie dzieje się wiele. Jest to ledwie zalążek opowieści. I to mnie wkurza.

Nie jestem miłośniczką książkowych sag, których fabułę da się zamknąć w jednym tomie. Takie działanie ma dla mnie coś z oszustwa. Pisarz obiecuje historię, a później każe na nią czekać zabijając czas fabularnymi zapchajdziurami. Jestem na niego zła, bo w ten sposób stawia siebie w roli przynudzającego wykładowcy, na którego zajęcia trzeba przyjść i odsiedzieć dwie godziny, bo istnieje możliwość, że na koniec rzuci parę zdań na temat egzaminu semestralnego.

Finalnie przebrnęłam przez powieść, ciesząc się każdą okruszyną akcji jak głupia, niewiele mając jednak radości z ogółu. A co żebym nie mogła zbyt łatwo zrezygnować z kolejnej bolesnej przeprawy w epilogu obrzucono mnie jeszcze garścią okruchów na przynętę. Nie ładnie Panie Darda.

Nie wiem nawet jak ocenić, ta książkę, bo jak mam to zrobić, nie mając obrazu całości? Wstrzymam się więc, a może kto wie, kiedy mi przejdzie wkurwienie to sięgnę po kolejny tom? Oby się nie okazało, że będzie ich jeszcze pięćdziesiąt...

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Jasnowidz na policyjnym etacie - Krzysztof Jackowski, Krzysztof Janoszka

jasnowidz na policyjnym etacie

Krzysztof Jackowski, bo jego osoby dotyczy niniejsza publikacja, zasłynął jako naczelny jasnowidz RP. Nie powiem by jego osoba kojarzyła mi się pozytywnie, ale ten człowiek mnie ciekawił. Dlatego sięgnęłam po książkę Krzysztofa Janoszki powstałej we współpracy z tytułowym bohaterem.

Stwierdziłam, że to chyba lepsza opcja niż czytanie autobiografii, która jak sama nazwa wskazuje może stanowić przekaz jednoznacznie stronniczy. Chciałam się dowiedzieć, co o Jackowskim sądzą ludzie, którzy z nim współpracowali.

Janoszka w policyjnym mundurze na fotografii obok Jackowskiego - wszytko wskazywało, że jest jedną z osób, które miały okazję korzystać z jego wiedzy w pracy. Jednak nie. Już w przedmowie okazuje się, że współautorowi książki bliżej do szefa fanklubu niż do osoby, której Jackowski pomógł rozwiązać zagadkę kryminalną.

Janoszka zainteresował się postacią jasnowidza w trakcie studiów na akademii policyjnej i jak wynika z wypowiedzi jego i samego jasnowidza poświęcił wiele czasu energii by zbadać przypadki, w których wizje Jackowskiego miały być pomocne w pracach policji.

Czytając książkę, złożoną z krótkich relacji z miejsc zdarzeń, w których Jackowski uczestniczył w roli jasnowidza, wywiadów z samym zainteresowanym i osobami związanymi z komendą policji nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że cała ta publikacja ma tylko jeden cel: Zmusić czytelnika do uwierzenia w Jackowskiego. Nie przekonać, lecz zmusić.

Dedykacja na pierwszej stronie stanowi wyzwanie: Książkę tę dedykujemy racjonalistom, sceptykom i zwykłym ignorantom. Stawiać ignorancję w jednym szeregu z racjonalizmem i sceptycyzmem to co najmniej niewłaściwe i jestem przekonana, że parę osób może się poczuć urażonymi.

Dalej czytamy o przypadkach spraw, w których Jackowski brał czynny udział. Spraw okropnych, trudnych, smutnych. Relacjonowanych jednak z chłodem i dystansem. Niektóre z nich zostały uzupełnione o wywiady z osobami z policji i innymi zainteresowanymi, by uwiarygodnić udział jasnowidza w rozwiązaniu zagadki.  Są też rozmowy Janoszki z Jackowskim, w których jasnowidz wypowiada się na... każdy temat: Od polityki krajowej po życie po śmierci. Co sądzi o Smoleńsku, o samobójstwie Leppera...

jasnowidz na policyjnym etacie

W książce wciąż pojawia się jedno pytanie: Czemu policja nie chce przyznać się do korzystania z pomocy Jackowskiego?

W odpowiedz najczęściej czytamy o lęku przed ośmieszeniem. Policja ma procedury a w tych procedurach nie ma miejsca na zjawiska nadnaturalne. Osobiście myślę, że przyczyna może być inna. Nie chodzi o to co robi Jackowski tylko jak jest oceniany jako człowiek: "Natomiast po za tym musimy pamiętać, że jest to człowiek trudny i tych wrogów nierzadko narobił sobie z własnej winy. Taki ma wybuchowy charakter. Moim zdaniem Krzysiek musi liczyć się z tym, że do końca życia będzie obiektem ataków innych ludzi. Tego już nie zmieni. Rozumie pan? Nigdy nie pojawi się moment gdy wszyscy nagle stwierdzą "Tak, on faktycznie ma dar". Krzysiek jednak nadal walczy, zbiera materiały dokumentując swoje dokonania. Chwali się nimi na stronie internetowej, łazi po telewizjach śniadaniowych, wygłasza charyzmatyczne wykłady.

"Każdego dnia czuję się człowiekiem, który jest coś komuś dłużny. Co rano budzę się z ogromnym poczuciem winy... Na szczęście jest jeszcze druga rzecz: przemożna potrzeba udowodnienia realności zjawiska jasnowidzenia przed całym światem".

A ja się zastanawiam, czy robi to po to by ludzie uwierzyli w dar jasnowidzenia, czy żeby uwierzyli w niego?

Jest w nim dużo pychy, o czym przekonałam się czytając tego typu kwiatki: "To nie jest  z mojej strony pycha, tylko efekty. Niech znajdą ile Ossowicki czy Klimuszko [inni polscy jasnowidze] znaleźli trupów a ile ja?" Albo pisząc, że czeka na kolejne zgłoszenia, na kolejne trupy wprost, bo bez tego jego dar może zaniknąć, a to byłoby straszne. Że dowody potwierdzające jego dar są dla niego najważniejsze. Czy przyznawanie się do tego, nie jest okrucieństwem wobec rodzin tych zmarłych ludzi?

Z jednej strony Jackowski oczekuje by zobaczono w  nim kogoś obdarzonego nadnaturalną mocą, kogoś wyjątkowego, z drugiej swój dar traktuje jak pracę albo hobby, które reklamuje. Brakuje w tym taktu i delikatności i myślę, że to sprawia, że ludzi go hejtują. Wiara lub jej brak ma tu drugorzędne znaczenie.

Kiedy wpisuje w Google nazwisko: Krzysztof Jackowski i w odpowiedzi na pierwszej stronie widzę artykuł "Znany jasnowidz Krzysztof Jackowski przewiduje pogodę na święta", to bardzo mu współczuje. Serio, przydałby mu się dobry PRowiec, który poskromił by jego medialne zapędy i pozwolił się skupić na tym z czym chce by kojarzony - ze swoim darem.


Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN

sqn


sobota, 20 stycznia 2018

Mity skandynawskie - Roger Lancelyn Green

mity skandynawskie

Mitologia skandynawska nie cieszy się taką popularnością, jak chociażby mitologia grecka, która to za sprawą wydania Parandowskiego stanowi stały punkt edukacji w ramach lekcji języka polskiego. Religia wyznawana niegdyś przez naszych północnych sąsiadów nie ma tylu sympatyków, rzadko też służy za kopalnie motywów dla współczesnej literatury czy kina. Są jednak wyjątki i od tych wyjątków zaczęło się moje zainteresowanie mitologią skandynawską.

Chyba wszyscy znają "Trzynastego wojownika" historię dworskiego wierszoklety, który z sułtańskiego pałacu zostaje zesłany do ponurej i zimnej krainy północy. Jego obyczaje i kultura stają w zupełne kontrze dla stylu życia wikingów, z którymi przychodzi mu obcować.

To w czasie seansu z tym filmem po raz pierwszy usłyszałam o gniewnym Odynie, i o Walhalli, do której idą tylko Ci, którzy umarli w walce.

Patrząc powierzchownie wikingowski system wierzeń wydaje się dość prostacki, bo chodzi jedynym celem ziemskiej egzystencji jest śmierć w boju. W porównaniu z intrygami olimpijskich bogów, grających w diablo ludzkim losem wydaje się to mało zajmujące dla potencjalnego badacza.

Książka Rogera Lancelyn'a Greena, którą dziś Wam polecam stawia skandynawską mitologie w nieco innym świetle. Owszem, brutalność, mściwość i wszelkie okrucieństwo jest niezwykle cenione przez bogów północy, jednak wcale nie czyni ich to mało interesującymi.

Mitologia skandynawska jak każda religia, czy to politeistyczna czy monoteistyczna ma za zadanie objaśniać działanie świata. Wszystko zaczyna się więc od stworzenia. Każdy z religijnych obrazów początku dziejów jest podobny i tu Skandynawowie też nie są oryginalni.

Poznajemy bogów najważniejszych i pomniejszych. Pojawiają się czarne charaktery i ludzie, mały pyłek w boskim świecie. Książka zapewne nie omawia wszystkich niuansów, na pewno nie wszyscy bohaterowie tych wierzeń znaleźli tu miejsce. Autor skupia się na najważniejszych motywach omawiając je w sposób, który łączy wszystkie wątki w logiczną całość.

Poznamy tu sprytnego Lokiego, Freję boginię miłości (i wojny), poznamy rozterki Odyna i wszystkie mroczne, okrutne, ale i chwalebne czyny nadbohaterów, którzy jednych popychali w otchłań Niflheim by innych ponieść do Walhalli.

"Mity skandynawskie" w ogromnym stopniu zaspokoiły moją ciekawość względem mitologii wikingów, choć nie powiem, że nie miałabym apetytu na więcej:)

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

Tagi: książki
16:57, ilsa333
Link Komentarze (2) »
środa, 10 stycznia 2018

Bestia w jaskini i inne opowiadania - H.P Lovecraft

bestia w jaskini

Lovecraft w ponad osiemdziesiąt lat po swojej śmierci wciąż nie daje o sobie zapomnieć i za sprawą kolejnych wydań swoich opowiadań zyskuje nowych czytelników.

"Bestia w jaskini i inne opowiadania" to kolejna po "Górach szaleństwa..." propozycja wydawnicza Zysk i s-ka.

Tym razem w zbiorze znalazły się mniej szlagierowe teksty samotnika z Providence. Powiem szczerze, że ogromnie mnie ten fakt cieszy. Nie jest to bowiem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora, nie jest nawet drugim, więc na chwilę obecną coraz trudniej jest mi znaleźć opowiadania z którymi jeszcze nie miałam styczności.

W niniejszym wydaniu znajduje się aż 47 opowiadań, choć książka nie różni się zbyt objętościowo od wydania "W górach szaleństwa...", gdzie znajduje się o trzydzieści mniej opowiadań.

Już kiedyś wspominałam, że ogromnie lubię Lovecrafta w tych króciutkich formach, a tak się składa, że właśnie takowe trafiły do zbioru "Bestia w jaskini".

Nie powiem, że fartownie były to jedynie te których nie znam, ale była ich pokaźna ilość. Zupełną nowością było dla mnie chociażby opowiadanie tytułowe traktujące o człowieku, który zabłądził w czasie eksploracji jaskini, czego skutkiem okazało się mrożące krew w żyłach spotkanie z Bestią.

Podobnie rzecz ma się z drugim z kolei opowiadaniem "Alchemik". Miałam też okazję po raz pierwszy poznać takie teksty jak: "Za murem snu", "Pamięć", bardzo dobre "Przemiana Juana Romero", "Ulica", "Przerażający staruch", "Drzewo", "Nylarlathotep", "Ex Olivione","Księżycowe moczary", "Uwięziony wśród Faraonów", "Koszmar w Red Hok", "Dziwny wysoki dom", fenomenalne "Sny w domu wiedźmy", czy "Zły duchowny".

Nie jest to z pewnością najlepszy możliwy podział ale osobiście większość tekstów Lovecrafta dziele na trzy kategorie: transformacyjne, oniryczne i potworne. Pierwsze to wszystkie opowieści w jakiś sposób podobne do "Przypadku Charlesa Dextera Warda", jak "Przemiana Juana Romero" z tego zbioru. Drugie to te traktujące o astralnych podróżach do nieznanych krain, przypominające sen lub wręcz dziejące się we śnie, jak "Zapomniane miasto", czy "Biały statek". I ostatnie, potworne, czyli te traktujące o spotkaniach z bestiami pokroju tej z jaskini, czy Pradawnymi. Oczywiście nie wszystkie podlegają temu podziałowi, ale myślę, że jest ich znaczna większość. Które lubię, najbardziej? Te z kategorii pierwszej, choć przyznam, że te wymykające się z kategorii zapamiętuje najmocniej.

Wracając do zbioru "Bestia w jaskini i inne opowiadania", myślę, że będzie to doskonały wybór dla osób znających twórczość Lovecrafta i szukających czegoś mniej spopularyzowanego, ale także dla tych, których odstraszają długie opowieści, a mają chęć na spotkanie z Samotnikiem z Providence.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

środa, 03 stycznia 2018

Zioła w leczeniu chorób cywilizacyjnych

- Teresa Lewkowicz-Mosiej

zioła w czeczeniu chorob cywilizacyjnych

Może ciężko w to obecnie uwierzyć, ale były czasy, w których ludzie nie łykali proszków jak cukierków. Nie łykali, bo ich nie mieli. Nie musicie wcale sięgać myślą do czasów kamienia łupanego.

Jeszcze w XX wieku ludzie często unikali lekarzy, a szpitale postrzegali jako umieralnie. Co więc robili kiedy bolał ich brzuch? Moja babcia szła w pole i zbierała zioła. Największym przebojem był dziurawiec, który zbiera się w czerwcu i sierpniu. Sama zbieram, do dziś. Na biegunkę kobylak, na przeziębienie napar z lipy. Do tego miętka, wyciąg z kwiatów mlecza, majowa pokrzywa, syrop z szyszek, czy czarnego bzu.

Nawet leśne zwierzęta wiedzą co zjeść aby sobie pomóc. Ziołolecznictwo nie jest więc mitem.

dziurawiec

W swoje publikacji Teresa Lewkowicz- Mosiej nie zaleca jednak całkowitej rezygnacji z dorobku medycy konwencjonalnej. Nie jest szamanką, jej podejście jest jak najbardziej naukowe i rozsądne. W tej konkretnej publikacji odwołuje się do ziołolecznictwa w kontekście leczenia chorób cywilizacyjnych.

W pierwszej części publikacji wymienia najpopularniejsze z nich, jednocześnie proponując wsparcie w ich leczeniu konkretnymi ziołami. Zarówno medyczny opis schorzeń, jak i sugestie dotyczące podawania ziół podane są prosto i konkretnie.

Druga, obszerniejsza część książki to już leksykon samych ziół wraz z ich zastosowaniem i sposobem podawania. Jak się okazuje nie ma roślin bezużytecznych.

Dzięki dobrodziejstwu natury możemy pozbyć się toksyn z organizmu, zwalczyć bezsenność i stany depresyjne, najróżniejszego rodzaju alergie, schudnąć, przytyć, a nawet wspierać leczenie nowotworów.

Jak na tak dużą zawartość informacji książka wcale nie jest opasłym tomiskiem. Jak wspomniałam autorka skupia się na konkretach i dzięki temu posiadając tę jedną skromną książkę już po jej lekturze pozyskujemy całkiem sporą dawkę wiedzy o ziołolecznictwie. W zasadzie jedynym minusem tej publikacji jest brak zdjęć roślin, które ułatwiły by ich poszukiwanie. Jednak jakby nie patrzeć - zawsze możemy uzupełnić wiedzę.

Osobiście ogromnie się cieszę z faktu jej posiadania i teraz z jeszcze większą bacznością zacznę się przyglądać 'polnej aptece'.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Tagi: książki
13:17, ilsa333
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2017

Zawsze mieszkałyśmy w zamku - Shirley Jackson

zawsze mieszkałyśmy w zamku

Constance i Mericat, dwie młode kobiety mieszkają w okazałej posiadłości na przedmieściach wraz ze schorowanym wujem, który jako jedyny ich bliski krewny ocalał z pewnej popołudniowej herbatki doprawionej arszenikiem. Posiadłość Blackwoodów jest omijana z daleka i tylko najbardziej wścibskie damy nie baczące na konwenanse mają odwagę przekroczyć jej próg. Pewnego dnia w posiadłości zjawia się kuzyn, Charles zwiastun kolejnych nieszczęść.

Shirley Jackson jest mi znana jedynie z ekranizacji jej powieści "Nawiedzony". Miałam wielką ochotę zapoznać się z pierwowzorem filmu. Tak trafiłam na ... "Zawsze mieszkałyśmy na zamku". Nie jest to co prawda "Nawiedzony", ale ogromnie się cieszę, że trafiłam na tę książkę i za jej pośrednictwem mogłam zgłębić tajniki stylu pisarki, jej niezwykłego stylu.

Jej twórczość jest porównywana z szeregiem różnych autorów, w tym ze Stephenem Kingiem. Mnie po lekturze "Zawsze mieszkałyśmy na zamku" nasunęło się skojarzenie jedynie z Daphne Du Maurier. Skojarzenie bardzo przyjemne, głównie z tytułem "Rebeka".

"Zawsze mieszkałyśmy na zamku" to powieść z pogranicza nastrojowego horroru i thrillera psychologicznego. Nastrój opowieści przenosi nas w czasy pikników i proszonych herbatek i konwenansów. Nie wiem w zasadzie w jakim czasie rozgrywa się akcja powieści, bo w posiadłości Blackwoodów czas się zatrzymał.

Ta przed laty szanowana familia doświadczyła tragedii. Znaczna jej część zmarła w wyniku masowego mordu truciciela, a o ten czyn oskarżona została starsza z sióstr, Constance. Mimo, że została uniewinniona to zdarzenie położyło się cieniem na przyszłości rodziny.

Siostry żyją w całkowite izolacji. Constance stara się wszystkim dobrze pokierować dbając o młodszą, mocno walniętą Mariicat, marzącą o przeprowadzce na księżyc i o wuja unieruchomionego przez chorobę - najpewniej powikłania po zatruciu arszenikiem - który w chwilach lepszego samopoczucia stara się przełożyć rodzinną tajemnicę na książkę swego autorstwa. Jest też kot, jak w każdym porządnym mrocznym domostwie. Nieoczekiwanie w ich życiu pojawia się kuzyn Charles żywo zainteresowany rodowym majątkiem.

Klimat powieści jest tak niesamowity, że pochłania bez reszty. Tajemnica rodu może się wydać na wskroś mało tajemnicza, bo w moi przypadku dość szybko obstawiłam właściwego konia w tym wyścigu.

Nie zmniejsza to jednak siły jej oddziaływania. Autorka bardzo dba by czytelnik nawet wobec oczywistości, doświadczył solidnego mętliku w głowie. Przede wszystkim nie jest to naiwna opowieść z na siłę upychanymi twistami fabularnymi. Dla mnie rewelacja.

Moja ocena:9/10

wtorek, 12 grudnia 2017

Nieznajoma w domu - Shari Lapena

nieznajoma w domu

Karen i Tom to młode dobrze sytuowane małżeństwo mieszkające na przedmieściu. Dla wielu osób mogą stanowić żywe pomniki szczęścia i życiowego powodzenia. Jednak pewnego wieczoru na tym pomniku powstaje rysa. Na tyle niebezpieczna, że może zburzyć całą konstrukcję.

Z niewiadomych nikomu przyczyn Karen wsiada wieczorem do samochodu i rozbija go w najpodlejszej dzielnicy miasta łamiąc wszelkie możliwe przepisy. Na domiar złego w tej samej okolicy znalezione zostają zwłoki niezidentyfikowanego mężczyzny. Badania wykazują, że zginał właśnie w czasie eskapady Karen. Sama zainteresowana nic z tego nie pamięta.

Tom zszokowany całą sytuacją zaczyna bliżej przyglądać się ideałowi który poślubił. W końcu dochodzi do wniosku, że wcale nie zna swojej żony. Tak się składa, że ona może zarzucić mu to samo.

Shari Lapena zaskarbiła sobie sympatię polskich czytelników swoją powieścią "Para z za ściany". Sama jakoś ją przeoczyłam, czego pewnie powinnam żałować, bo zdaniem wielu "Nieznajoma w domu" jest słabsza od "Pary z za ściany".

"Nieznajoma w domu" stanowi przykład thrillera, gdzie największy nacisk kładziony jest na zaskoczenie czytelnika.

Na początku dostajemy wiele niewiadomych, które z czasem powinny stopniowo się wyjaśniać. Zamiast tego w przypadku tej powieści dostajemy jeszcze więcej znaków zapytania, by dopiero w epilogi poznać prawdziwą naturę rzeczy.

O innych wiemy tyle ile zechcą nam zdradzić.

W miarę rozwoju akcji powieści dostajemy sporo wskazówek, które są nam delikatnie podrzucane. Jeśli zwrócimy na nie należytą uwagę zagwarantuje nam to możliwość podejrzenia zamiarów autorki. Przykład?

SPOILER: Każdorazowo podkreślana niechęć Toma do Briget kazała mi podejrzewać, że łączy go z nią coś więcej niż sąsiedzkie relacje, na długo przed tym  jak autorka postanowiła ujawnić ich romans. KONIEC SPOILERA.

Można to zrzucić na przewidywalność stylu autorki, ale myślę, że to sposób na dopieszczenie czytelnika, takie pogłaskanie po głowie "Tak, miałeś racje bystrzaku".

Istotnym elementem, jeśli nie najistotniejszym, są tu charakterystyki bohaterów, ich można rzec, portrety psychologiczne. O głównych bohaterach wiemy niewiele, ponad to, że wiodą idealnie nudne żywoty. Tom jest zapatrzony w idealnie ułożone włosy Karen, ona zaś dba by przy myciu naczyń nie złamał jej się paznokieć. Nie mają nawet psa, który od czasu do czasu uatrakcyjnił by ich egzystencję sikając na dywan.

Przyznam, że nie polubiłam żadnego z nich. Obydwoje wydawali mi się fałszywi i miałam rację. Głównym punktem programu są bowiem skrywane przez nich tajemnice.

Powieść Lapeny uważam za satysfakcjonującą lekturę. Napisaną w bardzo dobrym, oszczędnym stylu. Z pewnością mogę ją poleć.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

poniedziałek, 20 listopada 2017

Na kogo wypadnie na tego śmierć - Liselotte Roll

na kogo wypadnie n tego śmierć

Detektyw Magnus Kalo bada sprawę morderstwa niejakiego Thomasa Nellerta, którego zwłoki znaleziono nad jeziorem Valsjon. Z pomocą przychodzi mu małżonka Lin, którą Magnus prosi o rozmowę z podejrzanym - mężczyzną w ciężkim szoku, którego znaleziono w pobliskim lesie. Niestety facet ucieka zanim cokolwiek uda się ustalić.

Tymczasem Linn, która zawodowo zajmuje się psychoterapią przypadkowo wpada na kogoś kto o sprawie może wiedzieć równie dużo co uciekinier. Okazuje się że ze śmiercią młodego mężczyzny wiąże się znacznie większy krąg osób, osób pozornie przypadkowych.

"Na kogo wypadnie, na tego śmierć" jest drugą powieścią z serii kryminałów, których bohaterami są detektyw wydziału zabójstwa Magnus Kalo i jego małżonka, Linn. Nie miałam okazji przeczytać pierwszej książki Liselotte Roll pt. "Trzeci stopień", ale myślę, że sprawę chętnie nadrobię jeśli nadarzy się okazja.

"Na kogo wypadnie na tego śmierć" doskonale wpisuje się w gatunkowe wymogi kryminału.

Jest to historia wielowątkowa, niczym pajęcza sieć, bardzo precyzyjnie utkana przez autorkę. W moim przypadku lektura przyniosła zaskoczenie, o które mówiąc szczerze trudno. Im więcej czytam kryminałów tym szybciej jestem w stanie rozwiązać intrygę. W tym przypadku stało się to dalej niż zwykle, co odnotowuję jako duży plus.

Akcję śledzimy z punktu widzenia kilku osób, jednak każdy kolejny fragment daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero gdy wątki się zbiegną dowiemy się o co tu chodzi.

Pomysł wykorzystany przez autorkę bardzo przypadł mi o gustu. Nie jest może piorunująco odkrywczy, ale sposób w jaki o wykorzystała jest w pełni przekonujący.

Bardzo istotną rzeczą są charakterystyki bohaterów, w tym przypadku całkiem udane, nie ma tu osób kryształowych. To oni w dużej mierze odpowiadają za to, że historia wciąga, a ich los nie jest czytelnikowi obojętnych.

Jeśli chodzi o styl to autorka konsekwentnie unika dłużyzn, działa wręcz skrótowo, co nadaje akcji dynamizmu.

Moja słabość do skandynawskich kryminałów nie słabnie i nadal uważam, że Szwedzi w tej materii zajmują miejsce w światowej czołówce. Myślę, że dla autorki "Na kogo wypadnie na tego śmierć" również znajdzie się tam miejsce.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

niedziela, 05 listopada 2017

HEX - Thomas Olde Heuvelt

hex

Black Springs to kilkutysięczne miasteczko leżące nad rzeką Hudson. Nie różni się niczym od innych amerykańskich miasteczek. Po za tym, że ciąży nad nim całkowicie realna klątwa.

Tak w Black Springs, jak i w wielu amerykańskich miasteczkach purytanie lubowali się w tropieniu zła. W siedemnastym wieku upatrzyli je sobie w osobie Katherine Van Wyler samotnej matki, którą w okrutny sposób pozbawiono życia. Z tym, że Katherine wróciła i teraz każdego dnia przypomina mieszkańcom Black Spring o tym co uczynili ich przodkowie.

"HEX" Thomasa Olde Heuvelta po raz pierwszy ukazała się w 2013 roku w jego rodzimej Holandii.Popularność książki sprawiła, że postanowiono wydać ją za oceanem. Nie wiedzieć czemu autor dostosował się do szturmu za oceanem nie tylko zadbawszy o przekład językowy, ale też o zmiany fabularne.W oryginalnej wersji powieści akcja rozgrywa się w Europie, w ojczyźnie pisarza. Szkoda, że polski przekład to już zamerykanizowana wersja powieści, ale mniejsza z tym.

Tytuł "HEX" pochodzi od nazwy organizacji zajmującej się ochroną tajemnicy Black Springs. Mieszkańcy Black Springs w obawie o konsekwencje jakie mogły by wiązać się z interwencją osób z zewnątrz - których zresztą już mieli okazję doświadczyć - ukrywają fakt, że są jeńcami we własnych domach. Nikt kto zamieszka w Black Springs nie może go już opuścić. Może próbować, ale klątwa rychło zmusi go do powrotu. Jak? Za sprawą wizji, głosów, szeroko pojętych halucynacji, które skutecznie doprowadzają do samobójczej śmieci każdego kto postąpi wbrew woli Wiedźmy.

A Wiedźma, cóż, jest całkiem obecna w codziennym życiu mieszkańców, spaceruje ulicami, znienacka pojawia się w ich domach. Skutecznie obezwładniona łańcuchami, z zaszytymi oczami i ustami jest prawie niegroźna. Chyba że...

O tym co może się stać gdy wiedźma zostanie sprowokowana przekona się Tyler, nastolatek, który nie marzy o niczym innym jak tylko o opuszczeniu Black Springs.

Muszę przyznać, że "HEX" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Główny pomysł, dotyczący współczesnego działania klątwy z przed wieków i tego jak można sobie z nią radzić, okazał się absolutną nowością w świecie horroru, czy literackiego, czy filmowego.

Podejście do sprawy od zupełnie innej strony okazało się strzałem w dziesiątkę. Nawiedzenie - kompletnie nie standardowe.

O wątki nadnaturalne autor zadbał nie mniej niż o te obyczajowe. Generalnie jeśli spojrzeć na pointe powieści, bardzo dobrą zresztą, to właśnie to co zwyczajne i ludzkie wprawia w większy szok niż upiorne i nadnaturalne wydarzenia.

Książka zaskarbiła sobie sympatie czytelników, wytwórnia filmowa już kupiła prawa do ekranizacji, a autor usłyszał pochwały od takich pisarzy jak George Martin. Pełen sukces. Wracając do Martina,Heuvelt w podobny do niego sposób buduje napięcie. Pisze, że coś się zdarzy,a dopiero później zdradza szczegóły, żeby jak najbardziej skumulować napięcie. To bardzo dobry chwyt, nie pozwalający na oderwanie się od książki.

"HEX" polecam z czystym sumieniem i ręczę, że nikt nie uzna książki za wtórną, czy nużącą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

*"HEX" jest objęta patronatem bloga Biblia Horroru

hex

wtorek, 17 października 2017

Dzikie królestwo - Gin Phillips

dzikie królestwo

Joan wraz z czteroletnim synkiem Lincolnem beztrosko spaceruje po ogrodzie zoologicznym. Za parę minut miejsce ma zostać zamknięte, więc kobieta z dzieckiem zmierzają już do wyjścia. Wtedy to słyszy. Wybuch, albo wystrzał, nie jest pewna. Wie tylko, że dźwięk zwiastuje zagrożenie. Dla niej i dla jej synka. Początkowo chcę na oślep rzucić się do ucieczki, ale instynkt przetrwania podpowiada jej, że musi zachować spokój i znaleźć kryjówkę, bezpieczne miejsce, gdzie przeczeka najgorsze.

"Dzikie królestwo" już w tym momencie jest bestsellerem za oceanem, a wkrótce możemy się spodziewać także ekranizacji powieści. Nie dziwi mnie to, bo historia Gin Philips to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy. Autorka relacjonuje w czasie rzeczywistym krok po kroku, co dzieje się z jej bohaterką. Wszytko zaczyna się z wybiciem godziny 16.55 a kończy dokładnie o 20.05. Może być z tego dobry thriller, może nawet lepszy niż sama książka?

Akcja powieści toczy się w ogrodzie zoologicznym, do którego wpadają uzbrojeni mężczyźni. Mogą to być terroryści, mogą to być dobrze zorganizowani porywacze żądający okupu, mogą to być zwykli desperaci, którzy postanowili się wyżyć. Co gorsze? Dla Joan, matki tulącej swoje przestraszone dziecko to bez różnicy.

Fabuła skupia się na próbach przetrwania matki chroniącej dziecko i to w zasadzie tyle. Tylko tyle, albo aż tyle. Z uwagi na fakt, że całą akcję śledzimy krok po kroku możemy silnie wczuć się w sytuację. Każdej decyzji podejmowanej przez bohaterkę towarzyszy napięcie czytelnika. To skuteczne zagranie by uniemożliwić oderwanie się do lektury.

Faktem jest, że książkę czyta się bardzo szybko.

Nie jest jednak idealna. Nie jest idealna dla mnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterom tej historii, wyłączając dziecko będące centrum wszechświata, zabrakło wyraźnego rysu psychologicznego, jakieś charakterystyki. Najbardziej bezbarwna wydała mi się główna bohaterka, Joan, o której wiem tylko tyle, że ma jakiegoś męża, lubi nosić wygodne sandały i bardzo kocha swoje dziecko. W zasadzie ocenić ją można tylko poprzez pryzmat jej macierzyństwa. Nie wiem nawet jaki miała kolor włosów. Wszystkie jej myśli poświęcone są synkowi, z tego powodu chłopca poznamy dość dobrze -fajny dzieciak - ale matka, no cóż...

Nie da się ukryć, że autorka całkowicie skupiła się na relacji matka - dziecko pozbawiając bohaterkę własnej tożsamości. Może wszystkie matki tak mają? Są matkami i nikim więcej? Może nie ogarniam tego, bo nie mam własnego potomstwa? Pewnie tak. Trochę lepiej jest z charakterystyką antagonisty, jednego, bo dwóch pozostałych nie poznajmy praktycznie wcale, co też jest moim zdaniem dużym pominięciem.

Jeśli chodzi o moją pokrętną wrażliwość najwięcej emocji budziły we mnie ofiary poboczne czyli zwierzęta, mieszkańcy ogrodu, zabita małpa, martwy słoń, drąży ze strachu świstak.

Względem stylu nie mam zarzutów, bo jak wspomniałam książkę czyta się bardzo płynnie. Akcja jest wartka więc nikogo nie powinna znudzić, mnie jedynie zabrakło większego rozwinięcia portretów postaci. Śledząc czyjeś dramatyczne losy chciałabym jednak czegoś się o nim dowiedzieć. A może to celowy zabieg? Może z Joan jest bezbarwna by wszystkie matki świata łatwo mogły się z nią utożsamić? Cóż mi ta postać była odległa, ale wszystkim którym macierzyńskie odruchy nie są obce książkę gorąco polecam, pewno będziecie włosy z głowy rwać;)

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka


zysk

piątek, 22 września 2017

Puszczyk - Jan Grzegorczyk

puszczyk

Stanisław Madej, aspirujący pisarz i redaktor Poznańskiego wydawnictwa przed paroma miesiącami przeprowadził się do wsi Witalnik w malownicze okolice jezior, lasów i jak się okazało intrygujących lokalnych legend.

Tu zaprzyjaźnił się z miejscowym proboszczem, z którego miał nadzieję wyciągnąć informacje mogące wyjaśnić niezwykłe wydarzenia, którym świadkował tuż po przybyciu do Witalnika. Niestety gdy ksiądz zdecydował się w końcu na szczerą rozmowę, zginął w jakby się wydawało nieszczęśliwym wypadku. Zamiast rozwiązać jedną zagadkę, Stanisław stanął przed perspektywą zmierzenia się z kolejną.

Jak się okazało "Puszczyk" stanowi kontynuację przygód neurotycznego starego kawalera, którego poznajemy w powieści "Chaszcze". Nigdzie nie zostało to zasygnalizowane, w związku z czym obawiam się, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w niemałą konsternację, jeśli chwycą po "Puszczyka" nie znając "Chaszczy".

Akcja "Puszczyka" rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z "Chaszczy". Czytając poprzednia powieść Jana Grzegorczyka miałam pewien niedosyt, bo wiele wątków nie zostało zakończonych, a wysnute w trakcie lektury teorie nie znalazły ostatecznego potwierdzenia. Uznałam jednak, że takie urok tej historii i nie urągałam takie rozwiązanie - zwłaszcza, że książka podobała mi się szalenie.

Tych samych powodów do pochwał dostarczyła mi kolejna powieść autora. Klimat Rojnar,a właściwie Witalnika, wsi rzuconej gdzieś w okolicach Poznania jest ujmujący. Zdecydowanie są to moje klimaty. Zazdrość o ten prywatny raj walczyła we mnie z zachwytem nad książką. Odniosłam wrażenie, że jej nastrój ma w sobie coś kojącego. Jeśli macie ochotę jesienne wieczory spędzić w okolicach lasów, jezior, obserwując koniki, żurawie i sójki, to zapraszam do siedliska Pana  Madeja:)

Nie zapominajmy jednak, że mamy tu do czynienia z kryminałem. Pewne fakty zdołaliśmy już poznać latem - tak się złożyło, że moje pory czytania odpowiadają porom roku, w których rozgrywa się akcja powieści.

Te fakty jednak miały w sobie dużo niedopowiedzeń, co pociągało kolejne pytania skrupulatnie odnotowane przez naszego narratora. W "Puszczyku" wiele z nich znajduje odpowiedzi, ale coś czuję, że na tym nie koniec.

I obym się nie myliła, bo powieściowy świat Grzegorczyka jest dla mnie bardzo pociągający. Uwielbiam jego dygresje. Nawiązania do innych nieznanych mi zazwyczaj lektur, odwołania do lokalnych opowieści, nawet duża dawka wątków religijnych mi nie przeszkadzała. Ot, można powiedzieć idealnie w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 12 września 2017

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins

zapisane w wodzie

Jules obiecała sobie, że nigdy nie wróci do Beckford. Ale jej siostra Nel zmusiła ją do tego, gdy zakończyła swoje życie w topielisku. Teraz Jules nie tylko musi zająć się nastoletnią siostrzenicą, pyskatą Leną, ale jak się wkrótce okaże  musi zmierzyć się z mieszkańcami miasteczka, którym jej siostra szczególnie naraziła się przed śmiercią.

Jak stwierdza policjantka badająca sprawę śmierci Nel Abbot, Beckford to popieprzone miejsce. Od lat płynąca przez nie rzeka przyjmuje kolejne martwe ciała samobójczyń. Legenda głosi, że wszytko zaczęło się od młodziutkiej Libby, którą niegdyś oskarżono o czary i zabito poprzez utopienie. Teraz miejsce to nosi niewdzięczną nazwę topieliska, słynąc ze zwodniczej mocy, która każe kolejnym kobietą skakać w toń rzeki.

"Zapisane w wodzie" to kolejna książka autorki "Dziewczyny z pociągu". Niezwykle udany debiut pisarki, kasowy sukces i szybko zrealizowana ekranizacja pierwszej powieści nie pozostawiały złudzeń, że Paula Hawkins pójdzie za ciosem.

Chętnie zasiadłam do lektury jej kolejnej książki, bo "Dziewczyna z pociągu" bardzo przypadła mi do gustu. Niestety nowa powieść nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu. Najprościej rzecz ujmując, przyczyna mojego niezadowolenia wynika z faktu, że w "Zapisane w wodzie" nie uświadczymy niczego szczególnie oryginalnego. Sam pomysł wyjściowy jest wtóry i nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, szczególnie skandynawskich powieści kryminalnych. Mamy małe nudne miasteczko, dwie skłócone siostry z czego jedna jest martwa i tajemnice lokalnej społeczności, które musi rozwiązać żyjąca z sióstr by poznać prawdę o śmierci tej drugiej. Jedynym ciekawym elementem jest postać starej Niki medium rozmawiającej ze zmarłymi. Jest to chyba jedyna interesująca postać w tym niepewnym stadzie z Beckford, choć jej charakterystyka również oryginalnością nie grzeszy.

W gruncie rzeczy mam tu wysyp bohaterów, coby można rozszerzyć zasięg podejrzeń, ale odniosłam wrażenie, że autorka nie wysiliła się szczególnie portretując kolejne postaci. Nikt nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.. Reasumując jest to przeciętna książka którą jednak czyta się nieźle. Mimo wszytko w porównaniu z "Dziewczyną z pociągu" wypada mega blado. Myślę, że presja sukcesu debiutu sprawiła, że autorka musiała pracować w zbytnim pośpiechu i nie dopracowała pomysłu.

Moja ocena: 5/10

sobota, 02 września 2017

To o czym nie wiesz - Joann Chaney

to o czym nie wiesz

Minęło już siedem lat odkąd Jacky Seever gnije w cieli śmierci czekając na wykonanie wyroku będącego karą za trzydzieści jeden morderstw.

Jego schwytanie wpłynęło pozytywnie na życie wielu osób: Jedyna żyjąca ofiara podźwignęła się z narkotykowej matni, młoda dziennikareczka wreszcie została doceniona za serię artykułów dotyczących sprawy Seevera. Dwaj gliniarze, którzy doprowadzili do aresztowania zyskali wyższe stołki i nie małą sławę. Ale to było siedem lat temu.

Od tej pory dziennikareczka prawie rozbiła swoje małżeństwo, bo 'musiała' dawać dupy za materiały do wspomnianych artykułów, by po zamknięciu sprawy wylecieć na bruk i smętnie egzystować na stanowisku sprzedawczyni w drogerii. Detektyw Hoskins prawie sfiksował w konsekwencji bliższego poznania sprawcy serii morderstw, a była narkomanka... a była narkomanka została zamordowana, tym razem ostatecznie. Jakcky Seever gnije w celi śmierci, a jego naśladowca kończy za niego robotę.

"To o czym nie wiesz" stanowi udany debiut młodej pisarki Joann Chaney. Mimo, że porusza dość typową jak na standardy thrillera tematykę robi to w sposób różniący się od tradycyjnego sposobu snucia tego typu opowieści.

Wszystko zaczyna się od schwytania seryjnego zabójcy, a więc od końca.

Na pewno nie tylko mnie antybohater silnie skojarzył się z osobą Johna Gacy'ego: przedsiębiorczy mąż, który w wolnych chwilach przebiera się za klauna by zabawiać dzieci. Morduje, a zwłoki trzyma ukryte na własnej posesji. W więzieniu zaczyna spełniać się jako artysta malarz. Z tą różnicą, że fikcyjny bohater preferował mordowanie kobiet i specjalizował się w sadystycznych gwałtach właśnie na nich.

Uznam to za w pełni świadomą inspirację, bo nie przypuszczam by autorka była na tyle naiwna by sądzić, że wszystkie te podobieństwa umkną czytelnikowi.

Innym ważnym bohaterem, dużo bardziej interesującym niż podrabiany Gacy jest jego małżonka. Jej 'rozdziały' dostarczyły mi dużo więcej emocji niż chociażby te poświęconej dziennikareczce. To kolejny przykład żony, która 'nic nie widziała'.

Dużą część powieści poświecono też 'starej znajomej' Seevera, dziennikareczce, Sammie, która jest jedną z ważniejszych osób dramatu. Puszcza się z kim popadnie używając swoich kobiecych wdzięków po to by udowodnić że jest warta więcej niż tylko ładna buzia i zgrabna sylwetka- paradoks. Jest poważnie wnerwiająca i żywiłam nadzieję, że naśladowca zbrodni Seevera weźmie ją w obroty.

Na końcu mamy Hokinsa, detektywa, który poznał Seevera od najgorszej strony. Zrobiło mu to duże kuku na móniu. Po tym jak jego kariera w policji uległa załamaniu wraca do gry, by schwytać kolejnego rzeźnika niewiast.

Cała sprawa kręci się wokół pytania: Kto jest mordercą 'Z drugiej ręki'? Podejrzanych o ten czym mamy całą masę kandydatów, a autorka zadbała o to by każdy miał względnie równe szanse na zostanie rozgrywającym.

Książkę łyknęłam w dwa dni, a więc wciąga. Nie mam większych zastrzeżeń względem stylu choć nie powiem by był pozbawiony pewnych zgrzytów. Jak na debiut jest jednak bardzo dobrze.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl