What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: Slasher

piątek, 12 maja 2017

Lake Bodom/ Bodom (2016)

lake bodom

Przed pół wieku nad jeziorem Bodom w Finlandii czteroosobowa grupa obozowiczów zostaje zamordowana przez nieznanego zabójce. Jednej z osób udaje się przeżyć, ale nie pomaga to w ujęciu sprawcy czynu.

Po latach nad to samo jezioro, w to samo miejsce wybiera się inna grupa nastolatków. Intencjom chłopców jest zgłębienie zagadki z przed lat, a dziewczyny też mają własną wizję tego wyjazdu.

Fiński slasher movie, Drodzy Państwo. Europejczycy wcale nie najgorzej czują się w tym bardzo amerykańskim gatunku i parokroć pokazali, że na starym kontynencie też wiedzą jak się robi dobrą rzeź.

Północne krajobrazy to świetna przestrzeń do zbudowania nastroju grozy i twórcy ten fakt wykorzystali. Większość akcji rozgrywa się pod osłoną nocy, ale oświetleniowcy dali radę i nie musiałam rozjaśniać ekranu, żeby cokolwiek zobaczyć. Może to dziwnie brzmi, ale zwracam na takie rzeczy uwagę. Ogólnie od strony technicznej jest to film dobrze zrobiony zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę budżet jakim dysponowali twórcy. Całkiem przyjemnie się na to patrzy. Muzyka też dobra. Jednak ideałem to ten film nie jest.

lake bodom

lake bodom

Fabuła jak na slasher przystało nie jest zbyt inteligentna choć scenariusz miał ambicje by trochę namieszać. Jest pare fabularnych twistów, które wzbogacają fabułę, ale nie robią wielkiego efektu wow.

Kuleje aktorstwo mimo, że dołożono starań by wykreować tu bardziej interesujące postaci niż w przeciętnym slasherze bywa. Dialogi kiepściane, albo tak brzmiały w wykonaniu obsady.

Całość daje efekt sympatycznego przeciętniaka, jednak dla samego klimatu myślę, że warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 12 stycznia 2017

Fender Bender (2016)

fender bender

Nastoletnia Hilary doświadcza tytułowej stłuczki. Mimo ewidentnej winy drugiego kierowcy godzi się na pokojowe rozwiązanie sprawy i wymienia się z winowajcą danymi z ubezpieczenia. Rodzice surowo karzą ją za zarysowanie nowego samochodu toteż ten weekend dziewczyna spędzi sama w domu podczas gdy jej rodzice będą bawić na długo planowanej wycieczce. Jeszcze tego samego wieczora kierowca od stłuczki wykorzysta wiedzę jaką Hilary dobrodusznie mu przekazała i zjawi się w jej domu.

"Fender Bender" zapowiadał się bardzo miło. Jego twórce znam w zasadzie tylko z jednego filmu adaptacji "Nocnego lotnika" Stephena Kinga, która to jednak jak najbardziej mnie zadowoliła.

Film zaczyna się od przyjemnych akcentów muzycznych. Mnie z miejsca skojarzyły się ze starymi, klasycznymi slasherami z lat '80. Wnioskując po opisie filmu, wiedziałam, że fabuła nie będzie zbyt mądra, toteż ostrzyłam sobie pazurki na spodziewany hołd tradycji slashera. Z tym hołdem to nie do końca wyszło...

Dużo filmowych elementów, chociażby rys postaci głównej bohaterki mocno nawiązują do slasherowej tradycji. Fabuła też skrojona jest z grubsza zgodnie ze schematem, ale trochę nazbyt wszytko uwspółcześnili toteż mimo szarpiącej nerwy slasherowj muzyki nie odczułam klimatu starego dobrego slashera.

fender bender

fender bender

Mimo wszystko jestem w stanie ocenić ten film w miarę dobrze. Mamy tu dużo akcji, kilka prób zbudowania napięcia i umiarkowanie zaprezentowanego dobrze killera. Nudzić się, nie nudziłam, ale żeby mi kapcie z emocji pospadały to nie.

Film jest ultra średni i bardzo żałuję, że nie bazował mocniej na klasyce. W zasadzie nie ma co się więcej na jego temat rozgadywać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 06 października 2016

Dead of summer - Sezon 1 (2016)

dead of summer

Obóz Stillwater ponownie otwiera swe podwoje przed obozowiczami i ich opiekunami. W przeszłości działy się tam złe rzeczy, ale nadal dla wielu osób jest o miejsce pełne sentymentu. Grupa nastoletnich opiekunów mimo najlepszych chęci nie spędzi tu sielankowego lata, bowiem zagrożenie już czyha.

Wiązałam spore nadzieje z "Dead of summer", głównie ze względu na mój sentyment do gatunku camp slasherów z lat '80. Ten serial miał przenosić widza właśnie w tamten nieco zapomniany przez filmowców świat, świat Jasona, Angeli Baker, czy innych szlagierowych już postaci, które zyskały sławę jako mordercy małolatów w jaskrawych portkach. Bardzo liczyłam na wierne odwzorowanie klimatu tamtych obrazów i co... przeliczyłam się.

Gdyby na dole ekranu nikt wspaniałomyślnie nie rzucił informacji o tym, że akcja serialu rozgrywa się w 1989 roku, wcale bym nie odczuła tej podróży w czasie. Twórcy nie wysili się szczególnie by za pomocą scenografii, charakteryzacji i kostiumów trafić w lata 80. Tylko brak komórek i social mediów daje nam znać, że coś jest nie tak.

dead of summer

Litościwie przymknęłam na to oko, licząc, że takie braki łatwo załatwi dobra fabuła. I faktycznie, przez pierwsze cztery odcinki śledziłam serialowe wydarzenia ze sporą uwagą. Doceniam próby nakreślenia bardziej złożonych charakterystyk bohaterów, mimo nieuniknionego umieszczenia ich w slasherowym schemacie.

Podobały mi się retrospekcje ukazujące skąd wzięła się nasza grupa i co każdy z nich ma za uszami. Odnotowałam kilka nawiązań do klasyki camp slasherów, ale niestety w pewnym momencie wszytko zaczęło iść w złym kierunku. Starania twórców by nie znudzić widzów i co i rusz oferować nowe zagrywki ostatecznie minęły się z celem. Nieprzewidywalność okazała się bowiem bardzo przewidywalna, za zmyłki raziły niekonsekwencją.

To co jednak najbardziej powinno mnie zaboleć jako fankę horroru, to kompletny brak horroru w horrorze. Serio, jest to bardziej serial obyczajowy o perypetiach pięknych i młodych i serial grozy. Na grozę nie znaleziono miejsca.

dead of summer

Jak na slasher, w dodatku składajacy się z dziesięciu odcinków trupów u mamy jak na lekarstwo. Większość bohaterów wychodzi cało z opresji i dopiero finałowy odcinek to większe żniwo śmierci.

Co więc robią bohaterzy slashera skoro nie umierają? Bawią się w detektywów, w dodatku mało rozgarniętych.

Ten serial to zmarnowana idea. O ile będzie drugi sezon, w co wątpię, brać się za niego nie będę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Napięcie:5

Klimat:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 17 września 2016

Most likely o die (2015)

most likely to die

Kilkoro absolwentów jednego liceum postanawia spotkać się po dziesięciu latach w domu jednego z nich by podzielić się dokonaniami dorosłego życia i powspominać szczenięce lata. Niestety nie wszyscy mają ciepłe wspomnienia z klasy maturalnej. W domu gospodarza imprezy Ray'a zjawia się ktoś kto wyraźnie gardzi szkolną paczką.

Sięgnęłam po ten film w mylnym przekonaniu, że Di Blasi to reżyser, który rozwija się w dobrym kierunku. Najpierw zaserwował nam dobry thriller "Dread", później dwa ghost story "Cassandaga" i "Last Shift". W większości z nich odpowiadała zarówno za reżyserie jak i za scenariusz. Nie wiem więc co mu strzeliło do głowy, by w swoim następnym filmie wykorzystać wypociny jakieś Laury Brennan, która stworzyła historię dziurawą jak ser i pozbawioną jakiegokolwiek polotu.

"Most likely o die" nie ma w sobie nic interesującego po za tytułem. Nawiązuje on do licealnej tradycji, która to nakazuje amerykanom wróżyć przyszłość maturzystom, na zasadzie, frajer zawsze będzie frajerem, gwiazda będzie gwiazdą. Jak bardzo mylne jest to przekonanie wie większość widzów filmów wykorzystujących ten wątek. "Most likely o die" znaczy tyle, co "Zapewne umrze". Takie też przesłanie jakiś zgrywus przemyca na imprezę absolwentów.

most likely to die

Fabuła filmu szybko daje się rozpoznać jako slasher. Grupa protagonistów ginie po kolei, by ci którzy przetrwali mogli poznać przyczynę takiego stanu rzeczy. Stan rzeczy, klasycznie wiąże się ze sprawą z przeszłości, doznaną wówczas krzywdą, etc.

Tak naprawdę w czym rzecz możemy zgadnąć już w pierwszych minutach filmu, jeśli tylko poświecimy minimum uwagi na wysłuchanie rozmów toczących się między przybyłymi. Element zaskoczenia jest więc żaden.

Z uwagi na to, że zawsze mnie śmieszyła ta amerykańska fiksacja na temat licealnych czasów, śmieszy mnie też zamachowiec podrzynający gardła w tradycyjnym maturalnym odzieniu. Nosi tez maskę, w ramach unaocznienia pewnej symboliki: Tylko w liceum byliśmy sobą, teraz przywdziewamy maski dorosłości. Co za głębia, utonęłam.

most likely to die

Lubie slashery, akceptuje ich naiwność i prostotę, ale ten wybitnie mi się nie spodobał. Nie ratuje go nawet pewne reżyserskie doświadczenie Di Blasi. Nie ma tu tak naprawdę dobrze nakręconych scen, aktorstwo jest liche jak sam pomysł na postaci, o dialogach nie ma co wspominać.

Mam nadzieję, że to tylko chwilowe zaćmienie umysłu Pana Di Blasi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:4

41/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 30 sierpnia 2016

Summer Camp (2015)

summer camp

Dwie czarowne Amerykanki przybywają na hiszpańską prowincję by wypełnić wakacyjny czas pracą w charakterze opiekunek na obozie językowym. Tu wraz z dwoma kolegami przygotowują się do pracy, gdy nieoczekiwanie jednemu po drugim zaczyna odbijać. Krwawe mordy, obłęd w oczach i walka o przetrwanie.

"Summer camp", jak wskazuje już sam tytuł filmu, miał nawiązywać do znanej konwencji camp slasherów - mojej ulubionej odmiany horrorwych rąbanek.

Pod tym względem swoje zadanie spełnia, choć twórcy nie silili się na odwzorowanie uroku lat '80 - złotej ery takowych produkcji - postawili na współczesność. Przez to "Summer camp" nie bardzo zbliża się do klimatu typowego camp slashera, ale tworzy swoją własną atmosferę opartą na czasem bardziej czasem mniej udanej grze z konwencją.

Pierwszy rzut to rozpoznanie, czyli przedstawienie urokliwej okolicy, starej hiszpańskiej hacjendy no i gospodarzy imprezy, czyli czwórki klasycznie skrojonych bohaterów. Mamy tu Michelle - równiachę, 'dziewczynę z sąsiedztwa',  Chrisy - nadętą egoistkę z perfekcyjnie wyprostowanymi włosami, Antonia - Hiszpańskiego lowelasa, który planuje czym prędzej wypuścić swojego ptaka na łowy i sympatycznego okularnika Willa. Już wiemy kogo mamy lubić, kogo nie. Czas na wprowadzenie antagonisty.

summer camp

I u moi Drodzy za pewne nasunie Wam się skojarzenie z "Cabin fever", bo głównym zagrożeniem dla życia bohaterów będzie zaraza. No i fajnie, ale posłużono się tu dość klasycznym obrazem horrorowej choroby - zombizm, albo coś w podobie. Każdy kto zostanie zainfekowany zmienia się w żadną krwi bestię. Żeby nie było do końca nudno blado i typowo scenariusz nieco zmodyfikował ten motyw.

SPOILER: Otóż, żaden z bohaterów po zetknięciu się z toksyczną substancją nie umiera. W związku z tym nie jest to zombie w tradycyjnym rozumieniu. Bardziej przypomina to wściekliznę. KONIEC SPOILERA

Nie potrzebujemy więc zewnętrznego antagonisty, który wyłazi z lasu i macha siekierą. Jest to partia na czworo. Bohaterzy są jednocześnie antybohaterami, atakują siebie nawzajem. Będą żwawe sceny walk i pościgów, ale to nie wszytko, bo mamy kolejną zmyślna zagrywkę.

SPOILER: Efekt działania trucizny jest krótkotrwały. Jak działanie prochów lub innych substancji psychoaktywnych. Po mniej więcej 20 minutach szaleństwa osoba chora wraca do normalności i nie pamięta, że przed chwilą kogoś uszkodziła. KONIEC SPOILERA.

summer camp

Ten zabieg, owa innowacja w przebiegu choroby rozwiązała problem zbyt szybkiego rozwiąznia akcji. Bo jak można przez półtorej godziny uśmiercać cztery osoby? Toż to nuda i bida. Dlatego w klasycznych camp slasherach mamy pokaźną liczbę ofiar i giną sobie biedactwa po kolei.

Tu, dzięki takiemu a nie innemu przebiegowi choroby tworzy nam się niezłe zamieszanie. Fajne zamieszanie, trochę taka komedia pomyłek. Każdy chce zabić każdego i nie wiadomo kto przyjaciel kto wróg. Mnie to przekonało. Finał rozgrywki nie jest wesoły, zostaje zadany mały cios w tradycję final girl, po czym wracamy do klasycznego trybu: oj, będzie jeszcze gorzej.

"Summer camp" stanowi niezłą rozrywkę choć, nie wszystkim się spodobał. Oceny są raczej mało przychylne, ale ja się do nich nie przyłącze, bo to całkiem klawy straszak, jeśli nie postawicie mu zbyt wygórowanych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 13 sierpnia 2016

Prom Night/ Bal maturalny (1980)

bal maturalny

W czasie zabawy w chowanego grupka dzieciaków przyczynia się do śmierci młodszej koleżanki. Obwiniony za to zostaje lokalny ciemny typ, który wyrokiem sądu trafia na leczenie psychiatryczne.

W sześć lat po tych zdarzeniach, młodzi przyjaciele, którzy zawarli pakt milczenia w kwestii swojego udziału w śmierci Robin przygotowują się do wyczekiwanego balu maturalnego. Tak się składa, że wariat osądzony za śmierć dziewczynki właśnie dał nogę z psychiatryka. Grupa przyjaciół zaczyna odbierać dziwne telefony.

Wygląda na to, że widmo zemsty za śmierć Robin zajrzy im w oczy.

Dawno nie pisałam o starych, dobrych slasher'ach. Tak się złożyło, że jak dotąd nie miałam okazji obejrzeć słynnego "Balu maturalnego", chyba jedynego kanadyjskiego straszaka, który mógł konkurować ze szlagierowymi amerykańskimi slasherami z lat '80.

Winę za moją ignorancję w kwestii tej produkcji ponoszą jak zawsze moje uprzedzenia. Lubię stare slashery, ale nie koniecznie te rozgrywające się w cywilizowanych miejscach. "Bal maturalny" omijałam więc z rozmysłem. Do drugiego czynnika decydującego o tym przyznam się z lekkim wstydem. Nie lubię Jamie Lee Curtis. Wiem, shame on me, to niekwestionowana Królowa Krzyku, solidna aktorka etc. Jednakże jej twarz nie budzi mojej sympatii, wręcz przeciwnie, nie podoba mi się i już. Głupi argument prosto z dupy, ale tak mam z niektórymi aktorami.

prom night

"Bal maturalny" podobnie jak większość dochodowych produkcji grozy doczekał się sequeli i remake w roku 2008. Nie znam żadnego z nich.

Rzecz kluczowa, czy "Bal maturalny" przekonał mnie do siebie? Tak. Mimo, że ma pewne mankamenty, o których będzie później, uważam, że to całkiem przyzwoity slasher stanowiący dobrą rozrywkę, a o to przecież w tym gatunku chodzi.

Jamnie Lee Curtis tak bardzo mi nie przeszkadzała. Aktorska wciela się tu w postać powszechnie lubianej Kim, córki dyrektora, przyszłej królowej balu i... siostry zmarłej Robin.

bal maturalny

Kim nie zdaje sobie sprawy z okoliczności śmierci młodej, tym bardziej nie wie, że jej cudowny chłopak i przyjaciółki miały w tym zdarzeniu udział. Dowie się tego z ust oprawcy, który doprowadzi do masakry na balu maturalnym.

Tożsamość mordercy jest tajemnicą, ale już prolog filmu, w scenie śmierci Robin i następujących po niej zdarzeniach widz może mieć swoje podejrzenia. Błędne tropy to też rutyna w takiej sytuacji więc trzeba się ich spodziewać.

Mankamenty, tak. "Bal maturalny" jest wyjątkowo delikutaśny, nawet jak na slasher, wybitnie unika ukazywania scen śmierci. Gdy już takową ujrzymy jest już w zasadzie po fakcie. Brakowało mi trochę tych głupawych scen pościgów, mamy ich tu jak na lekarstwo. Za to bardzo dużą uwagę poświecono warstwie obyczajowej filmu. Zanim ktoś kogoś w końcu zabije dokładnie poznamy życie licealistów. Kto z kim śpi, kto z kim spać by chciał, kto kogo nie lubi, kto kogo kocha etc. Z uwagi na to, że grupa młodych bohaterów jest dość liczna będzie tego rodzaju wstawek sporo, żeby nie powiedzieć, że stanowią lwią część filmu. Patrzy się na to jednak przyjemnie. Lata '80 mają swój urok nawet w tych elementach obyczajowych.

bal maturalny

Dużą uwagę poświecono tez muzyce. Gdy wreszcie dojdzie do balu, najpierw musimy obejrzeć popis taneczny naszej królowej liceum. Disco daje ostro po uszach i mimo iż dalekie to od moich podobań, fajnie integrowało się z ogólnym klimatem filmu. Ogólnie klimat jest, i jest typowo slasherowy, więc wszytko zgodnie z normami.

"Bal maturalny" raczej moim ulubieńcem wśród slasherów nie zostanie, bo dalej jestem wierna obozowym historyjkom, ale wypada bardzo dobrze. Fani tego rodzaju kina znać powinni.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 07 lipca 2016

The Outing/ Lampa (1987)

lampa

Troje oberwańców wpada do domu sędziwej kobiety, domniemanej posiadaczki dużego majątku. Jak okazuje się w trakcie napadu głównym łupem złodziei pada stara lampa przywieziona z Iraku. Zabytkowy artefakt posiada niezwykłe właściwości, o czym przekonają się włamywacze. Niefortunnie uwalniają uwięzionego w lampie złego ducha, dżina. Demon rozprawia się z wesołą dziatwą, a lampa i inne fanty przechodzą w ręce dyrektora muzeum sztuki naturalnej, doktora Wallace. Wkrótce jego córka, padnie ofiarą złego wpływu innego zabytkowego drobiazgu, bransoletki mającej związek z lamą dżina. Dziewczyna przywłaszcza sobie przedmiot i niebawem pojawią się pierwsze skutki. Alex wraz z przyjaciółmi postanawia zrobić imprezę w muzeum ojca, gdzie nie obejdzie się bez obecności złego dżina.

lampa

"Lama" jak przystało na film klasy B z podgatunku slashera stanowi rozrywkę dla amatorów masowych mordów dokonywanych na młodych bohaterach.

Fabuła przewiduje stosowny wstęp, w którym poznajemy sympatyczną Alex i jej grzecznego chłopaczka. Drobne perypetie obyczajowe wprowadzają widza w rozrywkowy nastrój, ale prolog w postaci wydarzeń w domu staruszki pozwala mieć nadzieję na coś mocniejszego.

Scen krwawy jest sporo, kamera nie robi uników w strategicznych momentach więc będzie na co popatrzeć. Efekty są całkiem niezłe jak na horror tej klasy, gorzej wypada scenariusz. Jest po prostu mało pomysłowy. Nie włożono specjalnego wysiłku ani w konstrukcje charakterystyk bohaterów, ani w dialogi.

lampa

Antagonistą jest demon uwolniony z lampy, który doprowadza do szeregu tragicznych sytuacji. Mnie, jak to mnie, najbardziej ruszył atak węży. Paskudniki zatopione w formalinie ożyły pod wpływem mocy dżina i zaatakowały koleżankę Alex. Wstawka stworzona jakby specjalnie dla mnie. Reszta zamachów na życie bohaterów przebiegła bez większych - w moim przypadku - emocji, choć muszę przyznać, że sceny śmierci wypadają całkiem pomysłowo. Już mord na jednym z włamywaczy, jaki widzimy w pierwszych scenach filmu daje znać na którym aspekcie grozy skupili się twórcy tego filmu.

"Lampa" nie olśniewa choć doceniam dobrze zrealizowane sceny mordów i wyjściowy pomysł na antagonistę w postaci dżina.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Oryginalność:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

to coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 05 czerwca 2016

Without Warning/ Ostrzeżenie (1980)

whitout warning

Czworo przyjaciół Beth, Sandy, Greg i Tom wybierają się na kemping nad jeziorem. Nie wiedzą, że jest to okolica wyjątkowo niebezpieczna. Czai się tam coś nieokreślonego gatunkowo, ale bardzo niebezpiecznego. Kiedy dwójka z czworga przyjaciół ginie, Sandy i jej chłopak zmuszeni są szukać ratunku u miejscowego wariata, a wariatów w tej okolicy nie brakuje.

"Ostrzeżenie" to film złotej ery VHSów. Niektórzy gloryfikują go jako protoplasta słynnego "Predatora" z Arnoldem Schwarzeneggerem. Z resztą małą ciekawostką jest, że aktor, który wcielił się w rolę antybohatera w "Ostrzeżeniu" zagrał później Predatora. Wybrano go za pewne ze względu na wzrost, ale można to tez traktować jako hołdzik dla starego slashera.

whitout warning

Nie tylko Kevin Peter Hall spośród zamieszanych "Ostrzeżenia" miał później okazje uczestniczyć w powstaniu  jakiegoś hiciora. Mamy tu sporo przyszłych zdobywców Oscarów, kto by się spodziewał?

Reżyserem filmu jest odpowiedzialny za takie tytuły jak "Śmierć w miękkim futerku", czy "Satan's Cheearleaders" co jest pewną wskazówką dla estetyki jaką Gość preferuje.

"Ostrzeżenie" stanowi moim zdaniem połączenie horroru sci- fi i slashera.

Wstęp filmu zapoznaje nas z rodzajem zagrożenia z jakim przyjdzie nam później bliżej obcować. Widzimy więc dwójkę mężczyzn, którzy zostają zaatakowani w czasie polowania w okolicy jeziora. Co ich atakuje? Sądzę, że większość z Was będzie zdziwiona takim antybohaterem, wygląda on bowiem jak lewitująca przyssawka. Jest to niewielki  organizm, który atakuje człowieka wpijając się z niego niczym pijawka, emitując kwas, który rozpuszcza ciało. Kosmos. No właśnie, takie rzeczy to tylko na Marsie.

whitout warning

Zobaczymy tu jak jeden z mężczyzn, ojciec, ginie w wyniku doznanych obrażeń po spotkaniu ze stworem. Jego syna spotkamy później, przy okazji zapoznania z małolatami, właściwymi protagonistami tego filmu.

Szeregi młodych szybko zostaną zmniejszone i ostatecznie w walce z obcym organizmem zostanie ich tylko dwoje, plus miejscowy.

Fabuła filmu skupia się na mocno chaotycznych próbach ucieczki z feralnej okolicy, powrót do cywilizacji, gdzie można zadzwonić na 911. Wypada to dość pokracznie i raczej nie zadowoli większości widzów.

whitout warning

Sama sięgnęłam po ten film z ciekawości i ciekawość zaspokoiłam. Podobały mi się kreacje antagonistów - tj. przyssawki i postać Obcego, a także efekty towarzyszące zgonom i 'prezentacji zwłok' niestety śledzenie akcji to już mniej ciekawa sprawa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 28 maja 2016

Snarveien (2009)

snarveien

Lina i Martin wybierają się do Szwecji by zakupić po taniości alkohol na ślub znajomego. Gdy mają już wracać do siebie, do Norwegii, natrafiają na blokadę na drodze, będącej skutkiem wypadku. Zmuszeni są ruszyć objazdem.

W takcie podróży w czasie, której dochodzi do nieprzyjemnego incydentu z miejscowym dziwakiem młodzi natrafiają na kolejną 'przygodę'. Na środku drogi znajdują nieprzytomną kobietę w zjawiający się na miejscu policjant oczekuje od nich pomocy w odstawieniu kobiety do jej domu, gdzie jak twierdzi ta mieszka ze swoimi dziadkami.

Tak Lina i Martin trafiają do domu na odludziu gdzie nie spotka ich nic dobrego.

snarveien

Skandynawskie kino zwykło mnie nie zawodzić. Horrory ze Szwecji i Norwegii odznaczają się oryginalnym podejściem, specyficznym klimatem ciągnącym chłodem i nie rzadko zaskakują. Nawet ich podejście do gatunków tak prostych jak slashery zasługuje na pochwałę, jak to było choćby w przypadku "Hotelu zła" - filmu prostego jak konstrukcja cepa, a jednak chwytliwego.

Sądziłam, że podobnie będzie w przypadku "Snarveien", ale tu nie mogę oddać się całkowitemu zachwytowi. Coś mi tu nie grało do końca i w efekcie film uznaje za średni.

Nie do końca przekonał mnie ten nadnaturalny przyrost nieszczęść na metr kwadratowy fabuły. W pewnym momencie wszystko robi się jakieś przekombinowane i mało czytelne. W filmach z cyklu młodzi na odludzi największym zagrożeniem dla protagonistów jest nieprzypadkowa przypadkowość. Tu tak na dobrą sprawę nie mogłam odnaleźć jakiejś celowości zarówno w zachowaniu Liny i Martina jak i depczącym im po piętach antagonistów.

Jeśli chodzi o czarne charaktery to nie poświęcono zbytniej uwagi na stworzeniem im określonego pola manewru, tak naprawdę to nie wiadomo po co dorwali tę parkę i co chcieli im zrobić. Jedynymi postaciami, o których można powiedzieć że były 'jakieś' jest para staruszków z domu na odludziu, postaci tak naprawdę dodatkowe, a jednak ciekawsze niż główne ofiary i główni oprawcy.

snarveien

Film trwa krótko, a mimo to nie utrzymał mnie w napięciu i tak naprawdę było mi wszystko jedno. Na plus mogę odnotować klimat zbudowany w zasadzie tylko i wyłącznie na dobrodziejstwie otoczenia w jakim rozgrywały się wydarzenia.

Gdyby była to rzecz amerykańska nie byłabym pewnie zawiedziona, ale od Skandynawów oczekuję jednak więcej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Aktorstwo:5

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 22 maja 2016

My Soul to take/ Zbaw mnie ode złego (2010)

my soul to take

W małym amerykańskim miasteczku grasuje seryjny morderca zwany Rzeźnikiem, który to zabija ludzi nożem z grawerunkiem 'zemsta'. Mordercą okazuje się cierpiący na osobowość wieloraką Abel Plenkov, kochający mąż i ojciec, który nieświadom swojego drugiego ja od czasu do czasu zmienia się w bestię.

Tego wieczoru jego drugie ja dochodzi do głosu i zabija ciężarną żonę. Cudem ocalone dziecko dorasta wraz z kilkorgiem innych dzieciaków z miasta, które przyszły na świat tej feralnej nocy, gdyż Rzeźnik zostaje schwytany i najpewniej zabity.

Rok rocznie siódemka dzieciaków  z miasteczka świętują swoje urodziny i śmierć bestii. Niektórzy wierzą, że Rzeźnik wciąż żyje, żyje w duszach owych dzieciaków i wkrótce, może już teraz w szesnasta rocznicę śmierci, odrodzi się w którymś z nich.

my soul to take

Wes Craven zostawił po sobie nie licha spuściznę w postaci wielu bardzo dobrych filmów grozy. Jego obrazy to już klasyka i każdy kolejny film jaki nakręcił jest porównywany do "Koszmaru z ulicy wiązów" czy "Krzyku".

Niestety w takim porównaniu "Zbaw mnie ode złego" wypada blado.

Fabuła wskazywałaby na bardzo silnie osadzony w  w schemacie starych slasherów film, którego akcja rozgrywa się w świecie nastolatków, którzy muszą zmierzyć się z czystym złem. Jeśli nakręcił go Craven to musi być równie dobry co "Koszmar...", ale nie jest. Dlaczego?

Niby fabuła spełnia z grubsza wymogi jakie stawia slasher, ale niestety duch starego slashera gdzieś uleciał. Próżno szukać w tym filmie klimatu jaki prezentowały starsze produkcje reżysera.

Pomysł jest z gruntu nie najgorszy. Zamiast niewinnej dziewczyny mamy niewinnego chłopaczka, który dowiaduje się czegoś strasznego o swojej rodzinie. Mamy innych młodych bohaterów, postaci ubarwiane nieco na siłę, ale wpisujące się w schemat. Wreszcie mamy morderce, który próbuje działać zza grobu.

my soul to take

Wszytko to już było i w dobrym wydaniu chętnych na powtórkę z rozrywki by nie zabrakło, a jednak. Dla mnie ten film był zbyt plastikowy, zbyt sztuczny, taki... na siłę. Jakby ktoś chciał wskrzesić człowieka, ale zapomniał wprawić w ruch najważniejszy organ, serce.

Nie powiem żeby przeprawa przez tę produkcję była bolesnym doświadczeniem. nic z tych rzeczy, ogląda się to dość przyjemnie ale... ale... ale... Nawet niezłe aktorstwo i kilka dobrze zrobionych scen mordów i nawiązanie do klasycznych rozwiązań fabularnych nie zastąpi mi nastroju, tego czegoś co uleciało i wiadomo, już nie wróci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 31 marca 2016

Final girls/ Dziewczyny śmierci (2015)

dziewczyny śmierci

Nastoletnia Max niedawno straciła w matkę w wypadku samochodowym. A jej mama to nikt inny jak gwiazda kultowego horroru z lat '80 "Obóz skąpany we krwi". W związku z tym kumpel Max, Duncan i jego siostra Gerttie namawiają dziewczynę do uczestnictwa w specjalnym pokazie starego horroru. Max nie jest zachwycona taką formą oddania hołdu mamie zwłaszcza, że ta wcieliła się tam w ostać szeregowej ofiary. Ostatecznie przystojny Chris namawia Max na randkę w kinie. Zjawia się tam też jego była, Vicky. Wszyscy udają się na seans w trakcie którego niefortunnym zrządzeniem losu rodem z "Oszukać przeznaczenie" na sali wybucha pożar. Max i jej kumple szukając drogi ucieczki przedostają się za ekran. Jednak nie znajdują tam spodziewanego wyjścia ewakuacyjnego lecz... świat przedstawiony horroru "Camp Bloodbath".

"Dziewczyny  śmierci" to zdaniem wielu, zwłaszcza Was, drodzy czytelnicy, to jeden z najlepszych horrorów jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku. Ja sama nie nastawiałam się na niego zbyt pozytywnie, bo filmów, które to w założeniu mają oddawać cześć nieśmiertelnej formule camp slashera powstało sporo, jednak niewielu współczesnych twórców naprawdę czuje ten klimat toteż efekt najczęściej bywa mierny. A tu taka miła niespodzianka:)

dziewczyny śmierci

Tak, film bardzo mi się spodobał, bo posiada wszystkie elementy niezbędne do dobrej zabawy.

Za sprawą wykorzystania motywu 'filmu w filmie' sprawnie balansujemy między przeszłością a teraźniejszością, co skutkuje podwójną perspektywą. Fajnie jest śledzić losy bohaterów, którzy patrzą na stare slashery naszymi oczami. Rozumieją zasady świata przedstawionego. To tak jakbyśmy to my trafili do starego horroru z całą nasza wiedzą wyniesioną z wielu godzin seansów ze starymi slasherami. Pewnie sądzicie, że poradzilibyście sobie świetnie, tak też sądziła Max i jej przyjaciele. Efekt takiego przekonania bywał do prawdy przezabawny.

Zderzenie dwóch światów- bohaterów starego slashera śpiewających "Kumbaya" i konsekwentnie dążących do kopulacji z cynicznymi małolatami dla których seryjny zabójca to postać fikcyjna i niegroźna tworzy połączenie komedii pomyłek z czarnym humorem. Jedną z najlepiej ukazujących to scen jest fragment w której Duncan próbuje strzelić sobie selfie z mordercą przekonany, że filmowa postać nic mu nie zrobi.

dziewczyny śmierci

Fabułą filmu z gruntu opiera się na takim samym założeniu jak każdy slasher - przetrwać do końca. Max i spółka wierzą, że jeżeli będą się trzymać filmowej Final Girl, Pauli, nic im nie grozi, ale na schemacie filmu powstaje rysa i Paula ginie. Kto może zostać Final Girl? Kto ich uratuje?

Ważnym motywem jest też wątek matki Max, która to po trzech latach od śmierci rodzicielki znowu ma szanse ją zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Tu nie powiem, nawet się troszkę wzruszyłam przy scenach finałowych. Wszytko to daje nam fany balans między pastiszem a historią opowiadaną na serio.

dziewczyny śmierci

Nie mam żadnych zarzutów względem pomysłu na tę historię, jest krwawo, jest seksownie, jest zabawnie, jest nawet sentymentalnie. Nie można by jednak osiągnąć takiego efekt gdyby nie praca włożona w wykonanie tego pomysłu. Twórcy włożyli masę wysiłku w wierne oddanie klimatu dawnych camp slasherów,  zdjęcia, muzyka,  aktorstwo, dialogi, wszytko ekstra. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Do tego jeszcze spore grono lubianych przeze mnie aktorów w obsadzie: Nina Dobrev, Taissa Farmiga, Alexander Ludwig. Bardzo fajnie. Z pewnością "Dziewczyny śmierci" staną obok "Porąbanych" na liście moich ulubionych horrorów komediowych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

79/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 28 marca 2016

Cherry Falls/ Krew niewinnych (2000)

cherry falls

Tytułowe Charry Falls to małe amerykańskie miasteczko, gdzie pewnego dnia rozpoczyna się fala morderstw. Ofiarami padają zarówno chłopcy jak i dziewczęta. Morderca ma tylko jedno kryterium - niewinność. Zabija wyłącznie dziewice i prawiczków. Gdy policja próbuje rozwikłać tajemnicę tożsamości mordercy dokopując się do historii z przed dwudziestu laty, licealiści z Cherry Falss planują masową deflorację w celu zabezpieczenia się przed zainteresowaniem ze strony zabójcy.

Thriller "Krew niewinnych" powstał na fali popularności teen slasherów jaką przywróciła premiera "Krzyku" Cravena. Jak na teen horrorek, czy teen thrillerek przystało znajdziemy tu kompilację wątków opery mydlanej i dreszczowca.

cherry falls

Główną bohaterką jest córka policjanta Jody, która boryka się z tym samym dylematem co Sydney Prescot w "Krzyku", stracić dziewictwo, czy też nie. Tym czasem w okolicy zaczynają ginąć młodzi i nietknięci. Jakiś wariat morduje kolejnych protagonistów i oznacza ich ciała krwawym znakiem 'Virgin'. Bystra Jody podsłuchuje rozmowę swojego ojca z dyrektorem liceum i tym samym poznaje nazwisko potencjalnego mordercy. W myśl żelaznej zasady slashera sprawa morderstw ma związek z tragedią z przeszłości, a zabijanie niewinnych mieszkańców Cherry Falls jest niczym innym jak zemstą.

cherry falls

Fabuła filmu jest gęsto usiana młodymi atrakcyjnymi zwłokami. Pojawiają się elementy pastiszu, ale stosowane są z wyczuciem, bez ingerencji w klimat grozy. Jak na próbę podrobienia słynnego "Krzyku" nie jest źle, widziałam gorsze 'podróbki'.

Film będzie dobrą rozrywką dla kogoś kto szuka filmu nie zobowiązującego do zbytniej aktywności umysłowej, ale też nie chce się doszczętnie ogłupić.

W mojej ocenie największym plusem produkcji jest postać final girl, czyli Jody w którą z powodzeniem wciela się Brittany Murphy, z pośród mdłych i nijakich postaci słodkich niewiniątek, które spotkamy na pierwszy planie w niemal każdym slasherze ona wyróżnia się stylem i charyzmą.

Mimo iż mamy tu do czynienia z seryjnym mordercą to sceny zbrodni nie zszokują widza z tej prostej przyczyny, że zawsze rozgrywają się po za kadrem.

cherry falls

Jeśli idzie o główną filmową zagadkę to jest na poziomie przeciętnego teen horroru. Trochę naiwna i w dużej mierze przewidywalna. Czy mi to przeszkadzało? Jakoś nie specjalnie. "Krew niewinnych" ogląda się przyjemnie i bez irytacji, chyba że widz oczekiwał czegoś ze znacznie wyższej półki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

środa, 16 marca 2016

Funhouse/ Lunapark (1981)

funhouse

Amy, Buzz, Liz i Richie wybierają się w sobotni wieczór do lunaparku. Karuzele i inne typowe dla takiego miejsca rozrywki szybko m się nudzą, więc postanawiają spożytkować resztę nocy na swój własny sposób. Zostają w lunaparku, palą trawkę i urządzają partyzanckie macanki w tunelu strachu.

Przypadkowo stają się świadkami sekretnego życia mieszkańców lunaparku. Widzą jak zamaskowany mężczyzna napada na wróżkę i zabija ją. Co gorsza krewniak mordercy odkrywa ich nielegalną bytność na swoim terenie. Dwaj rezydenci lunaparku postanawiają zapolować na młodych.

funhouse

"Lunapark" jest dość typowym teen slasherem, jakich sporo powstało na przełomie lat '70 i '80. Jego reżyserem jest Tobe Hopper, powszechnie znany jako twórca "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną".

Fabuła "Lunaparku" może być Wam znana także dzięki książce powstałej na szczątkach scenariusza, której autorem jest Dean Koontz.

Akcja filmu rozwija się  w oparciu o klasyczny schemat slasherów. Czworo młodych przyjaciół chce zaznać rozrywki w sobotnią noc. Udają się do lunaprarku mimo, że nie jest to miejsce cieszące się najlepsza opinią. Rok temu w jego okolicy doszło do podwójnego morderstwa. Nastolatki nic sobie z tego nie robią.

Przyglądamy się ich sylwetkom w czasie obszernego filmowego wstępniaka. Nikt z nich raczej nie wzbudzi w nas sympatii. Są głupawi i płytcy, nawet final girl nie jest szczególnie godna współczucia. Po za zapoznaniem z bohaterami jest to też czas na zapoznanie się z miejscem akcji i tu jest zdecydowanie ciekawiej.

funhouse

Klimat wesołego miasteczka w całej swojej upiorności i dziwności budowany jest już od napisów początkowych. Podobały mi się też sceny początkowe pokazujące złośliwy żart młodszego brata Amy, który nastraszył ją nie na żarty odtwarzając słynną scenę prysznicową z "Psychozy". Powolny przejazd po wystroju pokoju młodego miłośnika grozy też wypada dobrze. Ogólnie jeśli chodzi o tło opowieści to jest chyba lepsze niż sama jej treść. Choć treść zła przecież nie jest. Wyłączając kreacje protagonistów z góry skazanych na śmierć wszytko inne wypada dobrze.

Antybohaterzy, ojciec i jego zmutowany syn tworzą wspólną linię obrony przed światem zewnętrznym. Stary zdaje sobie sprawę z ułomności syna i za najważniejsze uważa utrzymanie go w środowisku podobnym jemu dziwolągów i upartą ochronę przed wzrokiem środowiska zewnętrznego.

Nasz potwór mimo potwornej powierzchowności nie może jednoznacznie budzić niechęci. Wiele scen jednocześnie pokazuje, że nie jest walniętym sadystą, a raczej przerażonym i wrażliwym osobnikiem, który reaguje nad wyraz 'żywo' na zranienia. Zabijanie jest dla niego rodzajem obrony. Temat skojarzył mi się więc nieco z fabułą "Dziwolągów",a to bardzo ciepłe skojarzenie i stawia tę w gruncie rzeczy prostą fabułę w zupełnie innym świetle.

Wizualnie film nie obfituje w sceny szczególnie drastyczne, a przestrach atakowany bohaterów, czy upiorny wrzask atakującego ich mutanta momentami wypada bardziej groteskowo niż strasznie. To zapewne ina niezbyt sprawnego warsztatu aktorskiego, tak często spotykanego w filmach z gatunku slasher.

funhouse

Reasumując jest to na pewno twór skierowany do miłośników starego nurtu, ci będą w stanie wybaczyć potknięcia jak prostota kreacji protagonistów i słaby warsztat aktorski i docenić to co dobre, czyli klimat upiornie wesołego miasteczka i niejednoznaczną charakterystykę antybohaterów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności: 2/10

czwartek, 03 marca 2016

Blackburn (2015)

blackburn

Grupa przyjaciół wybiera się do domku wypoczynkowego na Alasce. Niestety górska droga zostaje zablokowana przez spadające kamienie. Młodzi szukając jakieś lepszej alternatywny niż nocleg pod chmurką trafiają do czegoś co przy odrobinie dobrych chęci można nazwać cywilizacją. W małym sklepie poznają dwie upiorne staruszki, które nakręcają młodych opowieścią o pobliskiej opuszczonej kopalni. Co zrobią młodzi? Oczywiście udadzą się na wycieczkę tam, gdzie nie powinni.

To już ostatni film wyświetlany w ramach piątkowego maratonu grozy w sieci kin Helios. Ostatni i chyba najmarniejszy.

Poniekąd czuję się trochę oszukana w związku z nim, bo był reklamowany jako obraz nawiązujący do estetyki kina grozy lat osiemdziesiątych. Narobił mi tym apetytu.

blackburn

Niestety po raz kolejny okazało się, że oddanie klimatu starych slasherów jest bardzo trudne i mimo iż niejeden śmiałek deklarował taki zamiar to większość poległa. Polegli też twórcy "Blackburn".

Czasami trzeba uważać z kierunkiem promocji jaki się obiera. Gdybym była przygotowana na bardzo współczesny teen slasher z jałowymi efektami specjalnymi przyjęłabym go z całym dobrodziejstwem inwentarza, może nawet uznałabym, że jest zabawny. A tak wypatrywałam nieistniejącego klimatu starej szkoły, aż się poddałam i uznałam, że czas spadać żeby złapać jakiegoś bigmaca w drodze powrotnej do domu i cyknąć parę fotek wschodzącego słońca na prerii.

Tak, nie wytrwałam do końca, ale i tak mogę Wam powiedzieć kto przeżył:)

Jeśli miałabym doszukać się w "Blackburn" jakiś nawiązań do wcześniejszych produkcji to obstawiłabym raczej serię "Droga bez powrotu", czy ze względu na wątek kopalni, "Wzgórza mają oczy". Fabułą faktycznie całą sobą jest osadzona w gatunku slashera - ten nie zmienił się od czasów "Piątku 13ego".

blackburn

Więc jeśli chodzi o nawiązania fabularne do starych filmów to okej. Są.

Jest ekipa młodych: brunetka, blondynka, lowelas, frajer, kumpel miś. Ktoś się z kimś pieprzy, ktoś ma fochy, jest droga bez powrotu, jest mroczne siedlisko odszczepieńców rządnych krwi. Jest trochę groteski - głównie za sprawą wspomnianych 'babć sklepowych' i oczywiście tragiczna historia przeklętego miejsca, czyli szpitala psychiatrycznego stojącego nad kopalną złota. Wszytko bardzo typowe i schematyczne.

blackburn

Niestety wykonanie mocno tu kuleje. Nawet upalone nielaty, które okupowały wyższe rzędu w czasie seansu wyśmiały efekt lawiny kamieni. Grafik kompletnie sobie nie radził i to w kilku fragmentach. Rzec można dobrodziejstwo technologii strzeliło im w stopę.

Co się tyczy aktorstwa, to nigdy nie miałam wielkich oczekiwań względem odtwórców slasherowych ról. Są w końcu tylko mięsem armatnim, więc cóż tu filozofować nad ich losem. Aktorzy jakoś tam dają sobie radę, dziunie są całkiem przystojne, czego niestety nie można powiedzieć o okazach męskich.

Czyli generalnie, taki tam sobie filmik. Można obejrzeć, można się zdrzemnąć.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:5

Walory techniczne:4

Oryginalność:3

To coś:5

45/100

W skali brutalności: 2/10

Czyli, według mnie najlepszym filmem wyświetlanym w czasie maratonu grozy Helios był film "The Hallow". Na drugim miejscu "The Boy", na trzecim "Worry Dolls" i na końcu "Blackburn"

czwartek, 29 października 2015

Scream/ Krzyk - Sezon 1 (2015)

scream 

W miasteczku Lakewood zaczynają ginąć uczniowie liceum. Pierwszą ofiarą jest suczkowata Nina, która uprzykrzyła życie szkolnej koleżanki wrzucając do sieci nagranie, na którym ta całuje się z inną dziewczyną.

Kolejnymi ofiarami są osoby z otoczenia Niny, ale to nie ona była głównym celem mordercy. Wszystko wskazuje na to, że to słodka Emma Duval jest obiektem zainteresowania człowieka w masce. Uśmiercając jej przyjaciół podrzuca jej kolejne wskazówki odnośnie swojej tożsamości i związku jaki łączy go z Emmą.

Pierwszy sezon zakończył się wyjaśnieniem zagadki. Już wiemy kto dybał na życie Emmy, ale to jeszcze nie koniec. Zapowiedziano sezon drugi przypominając widzom o kilku niejasnościach ad fabuły sezony pierwszego.

"Scream" dedykowany pamięci twórcy pełnometrażowej serii horrorów "Krzyk" został wyprodukowany dla telewizji MTV... i to widać. Miałam wrażenie, że najważniejszym bohaterem całego sezonu, nie jest morderca, nie jest potencjalna final girl, lecz multimedia, wszelkiego rodzaju gadżety typu srajfony i tablety obecne są w niemal każdej scenie i odgrywają ważną rolę w makabrycznych wydarzeniach.

W dole ekranu podczas emisji każdego odcinka możemy przeczytać informacje o aktualnie wykorzystywanej ścieżce dźwiękowej, co jest charakterystyczne dla MTV, ale wadą nie jest. Coś takiego przydałoby mi się w przypadku wielu produkcji, bo nie musiałabym desperacko szukać w sieci jakiś wskazówek ad. konkretnej piosenki, która wpadła mi w ucho.

scream

Zanim zaczęłam oglądać serial najważniejszym pytaniem jakie kołatało mi się w głowie, było, czy będzie trzymał konwencje którą stworzył Craven, czy będzie wykorzystywał te same pastiszowe chwyty i czy będzie miał zbliżony klimat. Czy ten serial jest godny legendy na którą się porywa?

Po seansie z całym sezonem mam raczej mieszane uczucia. Dla mnie mogłoby w ogóle nie dojść do produkcji tego serialu. W mojej opinii był jedynie skokiem na kasę i próbą po raz kolejny zarobienia na tym samym tytule.

Przez cały sezon podkreślana jest przynależność gatunkową filmu. Występują liczne nawiązana do popkultury horroru typu slasher. Twórcy desperacko chcą pokazać, że nie odwracają się dupą do Cravena, lecz kontynuują jego dzieło.

Moim zdaniem to zbyt daleko idąca deklaracja. Film owszem, trzyma się w ramach gatunku, ale w przeciwieństwie do filmowych wersji krzyku jego walory pastiszowe są znikome. Wszytko jest brane na serio i to jest błąd.

Tym, którzy obawiali się kalki fabularnej z filmowej wersji scenariusza mogą odetchnąć, bo mamy tu do czynienia z całkiem nową historią. Czy lepszą, w to wątpię, choć jeszcze nie dobiegła końca.

scream

Łączy w sobie pomysły zerżnięte z najbardziej znanych filmowych slasherów. Jest wątek wykluczonego społecznie i oszpeconego chłopaka, który zakochuje się w ślicznej dziewczynie z sąsiedztwa. Niestety ta odrzuca jego uczucie. Chłopak o wyglądzie potwora ujawnia swoją potworną naturę, zaczynają ginąć ludzie. Mimo iż sprawca zostaje spacyfikowany te same wydarzenia zaczynają rozgrywać się wiele lat później jakby od nowa.  Mnie nasunęły się takie tytuły jak "Krew niewinnych", czy "Zabójca Rosemary", ale skojarzeń może być znacznie, znacznie więcej.

Nic nadzwyczajnego moi drodzy.

Część widzów urągała na to, że zmieniono wygląd czołowego filmowego rekwizytu: maski, ale dla mnie po obejrzeniu całego sezonu nowego "Krzyku" ma to znikome znaczenie. To tylko kolejny współczesny slasher, nie żaden hołd dla gatunku, ani błyskotliwy pastisz.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

Oryginalność:3

To coś:5

53/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 10 września 2015

Tamara (2005)

tamara

Nastoletnia Tamara zdecydowanie nie należy do grona gwiazd socjogramu. Ktoś by pomyślał że dziewuszyna przegrała na genetycznej loterii, tymczasem jest ona zwyczajnie zaniedbana, zapuszczona i nieśmiała. Idealny obiekt drwin dla szkolnych dręczycieli.

Gdy Tamara swoim artykułem w szkolnej gazetce przyczynia się do wyrzucenia z drużyny kilku osiłków, ci w asyście swoich panienek opracowują zemstę. Podstępem zwabiają Tamarę do motelu, gdzie czekać ma na nią obiekt jej wielkiej namiętności, nauczyciel angielskiego. Na miejscu upokarzają dziewczynę. Dochodzi do szamotaniny i ups... Tamara pada trupem.

Wzorem bohaterów "Koszmaru minionego lata" nastolatki zakopują ofiarę żartu w lesie, ona zaś wzorem mściwych bohatera teen slasherów powraca zza grobu.

tamara

tamara

Ani scenarzysta, ani reżyser nie popisali się inwencją pracując nad tym filmem. "Tamara" to do bólu klasycznych horror o nastolatkach, obleczony w ramy przypowiastki z morałem, nie oferujący niczego ponad zaspokojeniem potrzeby pogapienia się na bandę idiotów przez półtorej godziny.

To takie resztki po bardziej znanych horrorach, jak "Carrie", czy "Koszmar minionego lata". Do tego dochodzi wątek czarnej magii, którą namiętnie uprawia bohaterka by zdobyć serce nauczyciela i która sprawia, że powraca ona zza grobu.

Powraca i to w jakim stylu. Z zabiedzonej sierotki przeradza się w seksbombę, ale wcale nie jest wdzięczna swoim oprawcom za dopełnienie rytuału. Ona chce zemsty. I seksu. O ile wyeliminowanie wrogów idzie jej całkiem dobrze to uwiedzenie żonatego nauczyciela jest trudne.

tamara

tamara

Szatańska moc Tamary wywołuje niemałe zamieszanie i ono stanowi całkiem ciekawa część fabuły. Odrobina makabreski ma stanowić ukłon w stronę starego slashera i nie wychodzi to najgorzej choć gładka oprawa nie sprzyja klimatowi. Nie zabraknie też melodramatycznej pointy i moralizowania.

"Tamara" to horror daleki od moich filmowych upodobań, choć obiektywnie patrząc nie jest filmem złym. Jest po prostu średni i trochę nijaki, ale ogląda się go dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 01 września 2015

The Nymph/ Nimfa (2014)

nymph

Dwie turystki ze Stanów, Lucy i Kelly przyjeżdżają na wakacje do kolegi ze studiów, Serba, Alexa. W otoczeniu malowniczej przyrody Czarnogóry przyjdzie im się zmierzyć z legendarnym stworzeniem, syreną zamieszkującą wyspę Mamulę.

Mój pociąg do egzotyki sprawił iż pomimo banalności bijącej z opisu filmu postanowiłam się z nim zapoznać. W końcu nigdy nie oglądałam filmu z Czarnogóry, zaś twórczość Serbów kojarzy mi się jedynie z niesławnym "Srebskim filmem".

Po cichu liczyłam na klimatyczny straszak z rodzaju tych jakie gwarantowały mi szwajcarskie filmy grozy, jednak Bałkany to co innego i moje nadzieje zderzyły się z twardą rzeczywistością.

Teraz będzie krótki manifest. Recenzując ostatnimi czasy moje, niegdyś, ulubione kino grozy made in Asia zauważyłam niepokojącą prawidłowość:Im nowszy film tym bardziej robiony na modę Amerykańską. Amerykańskie imiona, amerykańskie schematy, amerykańskie spłycenia i amerykańskie efekty. Czemu na rany Chrystusa, wszyscy chcą być tacy amerykańcy? Może i Bollywood jest śmieszny w swoim tańczeniu, ale przynajmniej trzyma się swojej estetyki, nie odwraca się dupą do tego, za co został pokochany przez swoich fanów.

Sięgając po kino z Czarnogóry oczekiwałam kina z Czarnogóry, a nie pseudo amerykańskiego slashera, który tylko skrawkiem zahacza o bałkańskie wierzenia.

Od "Nimfy" oczekiwałam czegoś nowszego, czegoś co może mnie nie zachwyci ale przynajmniej da jakiś obraz kina z tamtych rejonów. Po seansie mogę powiedzieć tylko tyle, że biedny serbski reżyser zagapił się na wspaniały 'holiłud' i nie pokazał nic co mogłabym skojarzyć z jego pochodzeniem.

Film nagrano oczywiście w języku angielskim, żeby uzasadnić jakoś ten pomysł w scenariuszu pchnięto dwie bohaterki amerykańskiego pochodzenia, o typowo amerykańskich imionach Lucy i Kelly. Na planie pojawi się jeszcze jedna piękność, tym razem z Czarnogóry i jej narzeczony, wspomniany wcześniej Alex. Nie zabranie przybocznego idioty, bo taki też musi pojawić się w slasherze, a żeby było wystarczająco po amerykańsku nazwano go 'Bob', bo 'Boban' brzmi źle. 

nymph

Piękne panie prężą swoje ciała odziane w skąpe stroje, co żeby oko nacieszyć, rzucone zostaje kilka żartów nawiązujący do popkultury amerykańskiej, w tym kina grozy, co byśmy nie zapomnieli o tym jakim tropem podążać ma filmowy scenariusz.

Grupa protagonistów po zakrapianej imprezie, gdzie nie zabraknie niesnasek o podłożu obyczajowym - amerykanka oczywiście musi okazać się puszczalską kurwą - uda się na wyspę przed, którą oczywiście zostaną ostrzeżeni przez sędziwego i podejrzanie wyglądającego mężczyznę. Na wsypie w pełni rozkręci się akcja slasherowa, momentami krwawa, w większości nonsensowna, choć kilka smaczków się pojawi.

Podobała mi się tytułowa Nimfa. Nimfa a w rzeczywistości syrena, czyli mitologiczna postać z rejonów morza śródziemnego słynąca ze swojej półrybiej postaci i morderczych zapędów kierowanych w stronę męskiej populacji. Syrena swym śpiewem wabi mężczyzn po czym ich pożera, chyba że... zakocha się w którymś. Wtedy ten zahipnotyzowany jej śpiewem trwa przy niej po wsze czasy.

nymph

Horror nawiązuje do tej legendy, choć postać nimfy, mówiąc szczerze, zepchnięta jest tu na margines na rzecz typowo amerykańskiego mordercy świra, który to będzie głównym antybohaterem i sprawca wszelkiego nieszczęścia.

Moim zdaniem zbyt mało uwagi poświęcono tej kobiecej antybohaterce i całej legendzie z nią związanej, a mogło być fajnie i klimatycznie, zwłaszcza, że sceneria do kręcenia tego filmu była wręcz wymarzona.

Potencjał filmu został zaprzepaszczony na rzecz ślepego podążania za amerykańską modą i amerykańskim sposobem robienia filmów. Niestety.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:4

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:3

43/100

W skali brutalności:2/10

środa, 26 sierpnia 2015

Para Elisa/ Dla Elizy (2013)

para elisa

Ana kończy studia na Madryckim uniwersytecie. W ramach świętowania zakończenia edukacji planuje wraz z grupą studentów wybrać się na kilka dni na Maderę. Problem stanowi kasa. Ana zmuszona jest szybko zgromadzić pieniądze, w związku z czym odpowiada na ogłoszenie o pracę opiekunki do dziecka. Stawia się na umówione spotkanie z emerytowaną pianistką by tam dowiedzieć się na czym dokładnie będzie polegać jej praca.

para elisa

Jako że babysitterka to zawód wysokiego ryzyka jak już mieli okazje przekonać się widzowie rozlicznych slasherów i Anę czeka bliskie spotkanie ze śmiercią.

"Dla Elizy" kusi swoim hiszpańskim rodowodem. Mimo iż napływ filmów z tego rejonu sprawił, że po za niewątpliwie wartościowymi i oryginalnymi tytułami dopływają do nas produkcje słabsze, to perspektywa obejrzenia strasznego hiszpańskiego filmu nadal napawa mnie entuzjazmem.

Do debiutanckiego filmu kolejnego Hiszpana podeszłam więc entuzjastycznie. Entuzjazm mój przygasł już w pierwszych minutach filmu. Mamy tu ewidentnie slasherowy wstęp- studentka szukająca pracy, niezbyt rozsądna i rozkapryszona idzie na rozmowę o pracę. Tu w głowie pojawia się milion skojarzeń, bo wiadomo, że opiekunki do dzieci to wdzięczne ofiary wszelkich świrów. Na myśl przyszło mi "Babysitter wanted", czy "Dom diabła". Skojarzenia jak najbardziej trafne, bo gdy tylko nasza bohaterka przekroczy próg domu niejakiej Diamantiny wiemy już, że będzie miała kłopoty.

para elisa

Podstarzała pianistka przyjmuje ją raczej oschle i zdradza objawy choroby nerwowej. Ale to dopiero spotkanie z rzekomym dzieckiem przyprawi o dreszcz niepokoju, a przynajmniej takie jest założenie. Jak widzicie ewidentna powtórka z "Babysitter wanted" i jemu podobnych obrazów.

W dalszej części fabuły również nie należy się spodziewać zrywów oryginalności. Mało, że jest dość przewidywalnie to jeszcze trochę nudnawo, bo ile można patrzeć na szamoczącą się bezradną laskę?

Tragedii zupełnej jednak nie będzie. W horrorach typu slasher nośnikiem ich wszelkiego sukcesu wcale nie jest postać ofiary, ale oprawcy. O ile emerytowana pianistka może wydawać się szalona i tyle, o tyle postać tytułowej Elizy to już ciekawszy temat. To ona będzie głównym antagonistą i to dzięki jej postaci i z powodzeniem wcielającej się w nią odtwórczyni tej roli coś może widza w tym filmie zainteresować.

para elisa

Ciekawy morderca mus być uzbrojony w ciekawe modus operandi, bo bez tego ani rusz. Musi mieć swoją szaleńczą wizję. W tym przypadku jest to zmienianie żywych dziewcząt w lalki. Tu temat skojarzył mi się nieco z oglądanym niedawno "Pokojem motyla".

Nie spotkamy tu scen naładowanych dużą dawką brutalności, ale liczy się sam kontekst i to co jest widzowi sugerowane. Ana będzie mieć ciekawe przeżycia w pokoju Elizy.

Niestety to nadal zbyt mało bym mogła zapiać z zachwytu i naganiać Was do seansu. Jak na hiszpańskie kino grozy jest trochę nijako, a przede wszystkim wtórnie. Plusa mogę dać za kreacje Elizy i filmową muzykę, która jak zapewne się domyślacie bazować będzie na słynnym utworze Bethovena.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:5

Oryginalność:4

50/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 11 lipca 2015

The Drownsman (2014)

drownsman

Madison po feralnym podtopieniu w czasie imprezy nabawiła się poważnych rozmiarów hydrofobii. Teraz nie jest w stanie znieść choćby widoku wody, a kontakt z nawet najmniejszym akwenem przyprawia ją o paniczny strach.

Fobia rozwinęła się na tyle, że Madison musi nawadniać się, dożylnie bo nawet wypicie szklanki wody jest dla niej niemożliwym wyzwaniem.

Jej przyjaciółki rozżalone jej stanem postanawiają zastosować terapię szokową. Nie wierzą dziewczynie, która twierdzi iż prześladuje ją 'coś nie z tego świata' i każdorazowo gdy zbliża się do wody ów byt zagraża jej życiu. Jak się wkrótce okaże Madison nie jest wariatką, a 'Topielec' faktycznie istnieje.

"The Drownsman" to dość klasyczny slasher nakręcony przez Kanadyjczyków o niewielkim doświadczeniu. Podobnie jak to było np. w "Koszmarze z ulicy wiązów" antybohater jest tu postacią o nadnaturalnych zdolnościach. Fizycznie od dawna nie żyje jednak w jakiś sposób potrafił zachować swoją życiową energię i potrafi ją obudzić by dalej czynić zło. Przewodnikiem, czy też wrotami do świata żywych jest dla niego woda. Z jakiś powodów, które widz pozna mniej więcej w połowie filmu uparł się na Madison i doprowadził ją do psychicznej ruiny.

drownsman

Gdy jej przyjaciółki interweniują  organizując 'spotkanie przy wannie' ten zwraca się przeciwko nim. W tym momencie rozpoczyna się klasycznie slasherowa sekwencja mordów na niewiastach. Kobiety giną kolejno, a jako że specjalnością naszego mordercy jest topienie każda z nich ginie w wodzie. Tu bywa całkiem zabawnie:) Jedna z dziewczyn znika w zlewie, inna w niewielkiej plamie wody rozlanej na biurku. Trzeba przyznać, ze efekty są tu dobre. Ogólna oprawa wizualna jest zacna. Uwagę przykuwa wnętrze lochu naszego antagonisty, gdzie za czasów swojej świetności topił młode kobiety. On sam wygląda dość przeciętnie jednak twórcy postawili na nastrój tajemnicy, więc mało kiedy możemy oglądać oblicze mordercy w pełnej klasie.

drownsman

Pochwały kończą się gdy weźmiemy pod lupę scenariusz. Pomysł na hydrofobie jest całkiem fajny, ale trudny. Trudny z tego względu, że wymaga zbudowania pewnych zasad na jakich funkcjonuje osoba taką fobią ogarnięta. Twórcy bardzo się rozpędzili czyniąc z Madison osobę, która nie może znieść widoku deszczu, nie może się nawet napić, co więc z kąpielą? Przez cały film zastanawiałam się na tym. Może przeciera się mokrymi szmatkami, które ktoś dla niej przygotowuje. Ale ile można tak żyć i nie zacząć mimo wszytko cuchnąć? Co z włosami? Przecież je też trzeba myć. Twórcy całkowicie olewają tę podstawą kwestię.

Slasher nie jest gatunkiem słynącym z ogólnie przyjętej logiki, oferuje nam jednak coś na jej kształt, tworzy własne zasady. W przypadku tego filmu bardzo tego brakuje. Antybohater też zadaje się nie mieć żadnych ograniczeń co też burzy wizję.

Pierwszą połowę filmu oglądałam zastanawiając się nad aromatem głównej bohaterki, zaś w drugiej zaczęłam się powoli wyłączać. Nie wiem, może znudziły mnie moje rozważania, a może burdel w scenariuszu przerósł moje możliwości pojmowania? Druga połowa filmu to już jedno wielkie zamieszanie, eskalacja efektów i wyścig nonsensów.

Wydawać by się mogło, że slasher jest jednym z najłatwiejszych podgatunków horroru, ale i on ma swoje wymogi. Niestety w mojej ocenie "Drownsman" o nich nie pamięta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 26 maja 2015

Tourist Trap/ Pułapka na turystów (1979)

pułapka na turystów

Pięcioro młodych ludzi wybiera się w podróż bocznymi drogami, chętnie komentując naiwność ludzi skłonnych odwiedzać tandetne 'atrakcje turystyczne' umieszczone na pustkowiach. Pech chce, że sami zmuszeni są odwiedzić taką 'pułapkę na turystów', gdy z powodu awarii auta konieczne jest znalezienie pomocy - gdziekolwiek.

Tak trafiają do muzeum niejakiego Slausena, którego atrakcją są woskowe figury przedstawiające przedstawicieli Dzikiego Zachodu.  Samotny mężczyzna oferuje pomoc dzieciakom i schronienie do czasu, gdy będą mogli ruszyć w dalsza drogę.

Niestety w powietrzu już od jakiegoś czasu wisi śmierć. Nasi protagoniści będą ginąć jedno po drugim nie zdążywszy się nawet zorientować kto jest mordercą.

pułapka na turystów

"Pułapka na turystów" jest bardzo klasycznym amerykańskim slasherem. Wszystkie jego składniki wpisują się konwencję gatunku i psują do siebie jak ulał. To jednocześnie zaleta i wada filmu, bo poszukiwacze czegoś bardziej oryginalnego będą zawiedzeni, jednakże miłośnicy klasycznego slashera nie często stawiają na novum.

Pięcioosobowa ekipa poszukiwaczy przygody składa się z typów jak to mówię 'skrojonych na miarę gatunku'. Są 'wypełniacze', stanowiący tło i to oni giną najszybciej, są 'napędzacze akcji', czyli ci, który pożyją nieco dłużej, po to by wpakować wszystkich w kłopoty najczęściej swoim wścibstwem i jedna ofiara wyróżniająca się na tle całego towarzystwa, czyli najczęściej jasnowłosa dziewica, której przyjdzie stoczyć finałową batalię.

Ważnym ogniwem jest postać mordercy. Tu David Schmoeller postawił na postać owianą tajemnicą. Scenariusz stara się zmylić trop, ale i tak wszystkie drogi prowadzą do jednego człowieka.

pułapka na turystów

Na pewno jedną z zalet filmu jest lokalizacja. Muzeum wypada do prawdy upiornie, a gdy jeszcze kukły 'ożywają' atmosfera robi się na serio gęsta.

Dla uwiarygodnienia całego zamieszania twórcy postawili na żywych aktorów wcielających się w role kukieł- przynajmniej niektórych. W przypadku reszty użyto skromnych efektów, ale efekt końcowy jest bardzo udany.

pułapka na turystów

Dziesięć lat później reżyser wróci do wątku kukieł w swoim horrorze "Władca lalek", warto by fani tego klasyka poznali film, przy którym zadebiutował - właśnie "Pułapkę na turystów".

pułapka na turystów

Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa muzyka, może nie jest ona typowa dla slashera, bo nie mamy tu bardziej agresywnych brzmień, ale jest na tyle silnym elementem filmu by dobrze działać na rzecz klimatu - co tu dużo mówić, ten sam twórca sprawdził się już w "Carrie" De Palmy.Ogólnie mogę powiedzieć, że efekty dźwiękowe w filmie, zarówno pod względem pomysłu jak i jakości wykonania zasługują na wyróżnienie.

Wizualnie film wygląda naprawdę dobrze, nie powoduje jakiś boleści swoja estetyką, nie jest zbyt krwawy, aktorstwo jest znośne, a groza w postaci ożywionych figur z wosku spisuje się na szóstkę. Dla fanów klasycznego slashera pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:7

63/10

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl