What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: Stephen King

niedziela, 08 października 2017

It/ To (1990)

to

Grupa siedmiorga przyjaciół wychowana w małym miasteczku Derry w Mine powraca w rodzinne strony po trzydziestu latach na zaproszenie jednego z nich.

Ich spotkanie nie ma jednak charakteru towarzyskiego. Wszyscy wrócili tu zobowiązani przysięgą złożoną w dzieciństwie. Lata temu zmierzyli się z demoniczną siłą pod postacią klauna Pennywise'a, który zabijał dzieci i niewiele brakowało by zabił także ich. Teraz "To" wrócił i znowu zbiera żniwa. Przyjaciele z lat szczenięcych obiecali sobie, że jeśli kiedykolwiek "To" powróci, oni ponownie się z nim zmierzą.

W ubiegłym miesiącu światło dzienne ujrzała nowa ekranizacja powieści Stephena Kinga "To", której to recenzje zdołałam niedawno zmajstrować. Z uwagi na dyskusję, na temat różnic i podobieństw fabularnych pomiędzy readaptacją, a pierwszą ekranizacją z lat '90, która wywiązała się na fanpage postanowiłam, że wypadałoby napisać też o wersji pierwszej i rozwiać własne wątpliwości.

Pamiętacie, że zadeklarowałam iż starsza wersja filmu bardziej kojarzyła mi się z kinem przygodowym, że jest 'słodsza' niż readaptacja, bo tak ją zapamiętałam, gdy oglądałam film lata temu. Lata temu nie znaczy w dzieciństwie. Gdybym obejrzała "It" '90 za szczeniaka może podzielałabym sentyment wielu widzów, których dziecięcą wyobraźnią zawładnął klaun Pennywise.

Mówiąc całkiem szczerze i bez ogródek, nie jestem fanką miniserialu "IT". Odświeżyłam film, by sprawdzić, potwierdzić, lub obalić zapamiętane wrażenia.

Wrażenia są takie same.

W przeciwieństwie do readaptacji, która będzie podzielona na dwie części- wydarzenia z lat '80 i czasy współczesne, w miniserialu przeszłość i teraźniejszość miesza się. Poznajemy naszych bohaterów w wersji 30+, ale też wracamy do ich wspomnień z dzieciństwa. Wspomnień nieciekawych, ale osłodzonych cudem prawdziwej przyjaźni.

to

Nadal uważam, że wątki dramatyczne związane z trudami dorastania zostały lepiej ukazane w remake. Ba, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzieciaki z remake są starsze niż w wersji miniserialu. Ich problemy też zostały ukazane bardziej dosadnie. Pisałam, że nie zapamiętałam z wersji '90 paru mocniejszych motywów SPOILER AD. REMAKE: Faktu, że Beverly była napastowana seksualnie przez ojca, a inny z małych bohaterów był ofiarą nadopiekuńczości matki, która to wmawiała mu chorobę by odizolować go od świata zewnętrznego. KONIEC SPOILERA I nie dziwne że nie zapamiętałam, bo w pierwszej wersji te wątki zostały potraktowane inaczej. SPOILER: Eddie faktycznie był maimsynkiem, ale nie było mowy o wymyślonych przez matkę chorobach, jedynie o jego hipochondrii. A Beverly dostawała od ojca oklep ale nie zaglądał jej do majtek. KONIEC SPOILERA. Kiedy już ta sporna wersja została rozstrzygnięta mogę przejść do bardziej ogólnych wrażeń.

Zacznę od plusów: Postać klauna. Jest w zasadzie równie dobra w jednej i drugiej wersji, ale jeśli mam się skłonić, do którejś z nich, stawiam na starego Pennywise'a. Uważam, że jego kwestie w miniserialu są jednak lepiej rozpisane.

to

Jak wspomniałam w miniserialu teraźniejszość i przeszłość mieszają się. O ile wątki związane z dorosłymi egzemplarzami naszych bohaterów wydawały mi się niezmiernie chujowe, to retrospekcje ratowały sprawę. Ciężko mi sobie bowiem wyobrazić, że blisko czterdziestoletni chłop drży przed klaunem. Ciekawa jestem jak rozwiążą sprawę w sequelu nowego "IT".

Niektóre efekty, nawet jak na produkcję dla TV wypadały dobrze, chociażby scena w toalecie domu Beverly.

Z plusów chyba będzie na tyle.

Jako pierwszy sztandarowy minus uważam aktorstwo. Szczególnie odtwórcy ról dorosłych bohaterów wypadali w moich oczach nienaturalnie. Najbardziej kół mnie w oczy Richard Thomas z niezdarnie doczepionym kucykiem. Sztywny jak twarz Donatelli Versace i w swoim lęku kompletnie nieprzekonujący. Wszyscy grają z nienaturalną emfazą, która bardzo mnie irytowała.

to

Jeśli chodzi o dzieciarnie, jest lepiej, ale nie w każdym przypadku- mała Beverly...hym... Porównując ich z dziecięcą obsadą ze znacznie starszego "Stań przy mnie" wypadają bardzo bladziutko. Wielkich talentów to ten film nie zgromadził niestety.

Sceny, że tak powiem, straszne, straszne nie są, a i tek jest ich niewiele. Większość czasu, to wspólne jazdy na rowerze, zabawy nad rzeką, trzymanie się za ręce i wypowiadanie patetycznych deklaracji.

Nadal uważam, że to nie najlepszy film.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:7

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 02 października 2017

Gerald's Game/ Gra Geralda (2017)

gra geralda

Jessie i jej mąż Gerald wybierają się do domu letniskowego na weekend by popracować nad swoją relacją. Szczególną uwagę zamierzają poświęcić sferze seksualnej. W ramach łóżkowe zabawy Gerald przykuwa swoją żonę do łóżka przy pomocy prawdziwych kajdanek. Po zaaplikowaniu sobie niebieskiej pigułki Gerald przechodzi do akcji. Jess nie podoba się ta zabawa, dochodzi do sprzeczki, a Gerald pada martwy pokonany przez atak serca, nie zdążywszy rozkuć żony...

Jak wspomniałam na fanpage bloga na facebooku przy okazji jednego z ostatnich postów 'nierecenzyjnych,' rok 2017 zdecydowanie jest rokiem Stephena Kinga. "Gra Geralda" jest bowiem kolejną powstałą w tym roku ekranizacją jego twórczości.

Jest to obraz stworzony w oparciu o pełnometrażową powieść pisarza, która swoją drogą od dłuższego czasu zalega na mojej półce. Podobnie jak w przypadku chociażby "Dolores Claiborne" skupia się na kobiecej bohaterce walczącej o przetrwanie. Punktów stycznych z opowieścią Dolores Claiborne jest zresztą więcej - obejrzycie, będziecie wiedzieć co mam na myśli.

Mimo, że nie miałam okazji przeczytać "Gra Geralda" seans z filmem utwierdził mnie w przekonaniu, że Mike Flanagan nie miał łatwego zadania przenosząc ją na ekran. Budowanie scenariusza w oparciu o powieść w dużej mierze składającej się z wewnętrznych monologów bohaterki, dyskusji prowadzonych z halucynacjami i rozlicznych retrospekcji to nie lada wyzwanie, jednak reżyser "Olultusa" wybrnął z tej sytuacji z dużą gracją.

Właściwa akcja filmu rozpoczyna się z chwilą śmierci Geralda. Przez kilka godzin kobieta jest sama, unieruchomiona, obok trupa męża. Na domiar złego, do domu wkrada się pies przybłęda, który zwęszył okazję do pożywienia się. Kiedy bezpański owczarek zaczyna nadgryzać Geralda Jesse nie wytrzymuje i 'odpływa'. Tu zaczynają się halucynacje.

gra geralda

Martwy Gerald 'ożywa', choć jego zwłoki dalej leżą u podnóża łóżka i rozpoczyna rozmowę z żoną. Wkrótce pojawi się też druga Jess, z którą skuta kobieta też prowadzi rozmowę. Można to sprowadzić do symboliki aniołka i diabełka na ramieniu, jednak trafniejszym stwierdzeniem byłby rozłam osobowości Jess na wewnętrzny głos dopingujący ją w przetrwaniu, silna Jess, i przedstawiona pod postacią męża słaba część kobiety, chcąca się poddać, nie widząca ratunku. Wypada to bardzo ciekawie i oglądając film aż żałowałam, że nie przeczytałam książki, bo zakładam, że w niej wszytko zostało bardziej rozbudowane.

Nie zapominajmy o retrospekcjach. Złych wspomnieniach nawracających falą do naszej nieszczęsnej protagonistki. Ma kobieta co wspominać. Retrospekcje pozwalają nam lepiej zrozumieć jej postać.

gra geralda

Fabuła składa się więc na proces desperackiej walki o przetrwanie, która wykańcza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie naszą bohaterkę.

O dziwo znalazło się tu miejsce dla scen stricte horrorowych, ze złowrogą postacią wyłaniającą się z mroku i jak to bywa u Flanagana są bardzo udane. Choć nie powiem by ostateczne wyjaśnienie kwestii 'księżycowego człowieka' nie zaleciało mi tandetą - no cóż ideałów nie ma.

"Gra Geralda" jest produkcją Netflixa, ale moim zdaniem spokojnie kwalifikowała by się na duży ekran. Technicznie wypada bardzo dobrze, od aktorstwa po montaż wszytko gra.

Myślę, że zadowoli potencjalnych widzów, przynajmniej tych, którzy nie znają oryginalnej literackiej wersji, bo z ortodoksyjni fani prozy Kinga mogą nie przetrawić zmian względem książki, a te jak zakładam musiały się tu pojawić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 28 września 2017

It/ To (2017)

it

W niewielkim miasteczku Derry w stanie Mine znikają dzieci. Jednym z nich jest Georgie, młodszy brat Billyego. Chłopiec nie zamierza odpuścić poszukiwania brata, którego zdaje się wszyscy już spisali na straty i wyrusza z misją ratunkową. Intuicja podpowiada mu by sprawdzić miejscowe akweny wodne i to jest strzał w dziesiątkę, bowiem zło odpowiedzialne za niewyjaśnione zaginięcia najmłodszych obywateli Derry gnieździ się w kanałach pod miastem.

Miejsce odpływu kanału Billy bada w asyście trzech kolegów, jednak szeregi poszukiwaczy prawdy zwiększają się o kilkoro innych miejscowych dzieciaków. Wszyscy oni mają swoje lęki, które ukazują swoje oblicze z pomocą niewesołego klauna z czerwonym balonikiem.

it

Kiedy zapowiadany jest remake kolejnego klasycznego horroru nie wiadomo, czy się cieszyć, czy załamywać ręce. Istnieją obrazy, których nowe wersje są potrzebne jak dziura w moście, bo wcale się nie zestarzały - tu najlepszym przykładem wydaje mi się "Koszmar z ulicy wiązów".

Nie miałam wielkiego problemu z "To", bo pierwsza ekranizacja powieści Kinga, ekranizacja dla TV niemożebnie długa, technicznie mocno już stara i fabularnie za bardzo uderzająca w rejony kina familijnego nie jest moim faworytem jeśli idzie o klasykę horroru.

Książki nie czytałam, więc nie wiem czy trzyma się jej wiernie, czy też nie. Nie mniej jednak oglądając film wieki temu zauważyłam duży potencjał w postaci Pennywise'a, czyli naszego klauna. King potrafi tworzyć bardzo sentymentalne opowieści o grozach dzieciństwa ("Ciało"), więc przez moment pomyślało mi się nawet, że ten remake może być niegłupim pomysłem. Pojawiła się jednak obawa, jak z telewizyjnego miniserialu, ewentualnie tak opasłego dzieła literackiego, można zrobić dobry horror mieszczący się w czasowych ramach filmu kinowego?

Tu pomysłodawcy dobrze wybrnęli, bo podzielili "To" na dwie części. Część pierwsza, czyli ta obecnie goszcząca na kinowych afiszach, skupia się na dziecięcych bohaterach, żyjących w latach '80 XX wieku, bez kontynuacji ich losów w dorosłości, gdy to powracają do Derry. Domyślam się, że tę właśnie historię zobaczymy w sequelu.

it

Film stara się więc czarować duchem lat '80 wykorzystując stosowną dla tamtych czasów estetykę. Ten chwyt sprawdził się doskonale w "Stranger things" i sprawdza się i tu. Scenariusz jest zdecydowanie mniej słodki niż w starszej wersji, a problemy z jakimi zmagają się młodzi bohaterzy są bardziej hardcorowe, więc wszelkie wątki obyczajowe odnotowuję na plus.

To co właściwe horrorowi to już klasyczne chwyty współczesnego kina grozy, czyli sceny nastawione na gwałtowny wzrost napięcia i wywołanie strachu. Nie wychodzi to źle, nie wychodzi też rewelacyjnie. W wielu scenach zabrakło uprzedniego zbudowania napięcia, co udało się naprawdę dobrze jedynie w scenie otwierającej, z udziałem małego Georgiego. Strasznego klauna mocno podrasowano i powiem, że dość mi typek przypadł do gustu. Dobrze spisują się też młodzi aktorzy, sól ziemi Derry.

Całość ogólnie na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:1/10

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

środa, 14 grudnia 2016

Quicksilver Highway/ Autostrada strachu (1997)

autostrada strachu

Nowożeńcy, Olivia Parker i jej małżonek mają awarię wozu na odludnej drodze. Mężczyzna postanawia ruszyć z buta w poszukiwaniu stacji benzynowej. Młoda żonka czekając jego powrotu spotyka tajemniczego Aarona Quicksilver'a, który oferuje jej gościnę w swojej przyczepie. Tu raczy ją mroczną opowiastką o pewnym akwizytorze, który w przydrożnym sklepiku nabywa stara zabawkę mechaniczne 'szczęki'. Staroć w ten sposób zyskuje nowe życie, a jego właściciel przekonana się jaka potworna moc w niej drzemie.

autostrada strachu

Druga historia znowuż rozpoczyna się od postaci Arona. Tym razem jest on właścicielem 'domu grozy' w wesołym miasteczku, gdzie pewnemu drobnemu złodziejaszkowi opowiada historię jednego ze swoich eksponatów. Jest nim dłoń. Jak głosi legenda należąca do pewnego znanego chirurga plastycznego. Owa dłoń, narzędzie jego pracy, pewnego dnia po prostu odmówiła mu posłuszeństwa. Postanowiła oddzielić się od ciała i rozpocząć własną, niezależną egzystencję. Co więcej do tego samego namówiła inne ludzkie dłonie, co rzecz jasna nie skończyło się dobrze.

autostrada strachu

"Autostrada strachu" składa się więc z dwóch filmowych nowel spiętych klamrą retrospekcji, na zasadzie 'opowieść w opowieści'. Scenariusz powstał w oparciu o dwa opowiadania grozy, pierwsze to rzecz Kinga, drugie Clive'a Bakera.

Reżyserem filmu został King'owski faworyt Mick Garris słynący z ekranizacji twórczości Kinga, w tym nieszczęsnego mini serialu "Lśnienie". Ten twórca, trzeba przyznać, doskonale odnajduje się w niego naiwnych opowiastkach, gdzie groza pojmowana jest raczej po dziecięcemu. Tak też wyszło w przypadku "Autostrady strachu", która wypada nieco banalnie, ze sporą dawką niedoróbek technicznych i maniacko ostrożnym prezentowaniem elementów horroru.

Obydwa segmenty są w zasadzie bez krwawe choć fabuła wskazywałaby na co innego. Liczy się tu morał, swoista przestroga przed pewnymi niewyjaśnionymi aspektami ludzkich losów. Króluje groteska, bardzo wyraźna w charakteryzacji bohaterów (Aron  wygląda jakby urwał się z planu gej porono), oraz efektach - wędrujące rączki, ścigająca ludzi zabawka.

autostrada strachu

Wynik tego jest taki, że strachu tu nie uświadczymy, chyba, że załapaliśmy się na przedział wiekowy max 12 lat. Jak na film grozy jest mega lekki, w sam raz do niedzielnego kotleta.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:0/10

środa, 17 sierpnia 2016

Kingdom Hospital/ Szpital "Królestwo" - Sezon 1 (2004)

szpital króletwo

Znany malarz Peter Rickman w wyniku wypadku trafia do szpitala. Jego rokowania nie są najlepsze, ale fakt, że trafił właśnie do tak osobliwej placówki jak Szpital "królestwo" wydaje się dawać nadzieje. Szpital królestwo jest bowiem nawiedzony. Krążą tam duchy dawno zmarłych osób, które szukając pomocy same mogą okazać się pomocne. Cała zgraja bohaterów i tych żywych i tych martwych bierze udział w przedsięwzięciu mającym ocalić "Królestwo" przed zagładą.

"Szpital królestwo" to serial powstały na podstawie innej produkcji, duńskiego miniserialu Larsa von Tiera. Oryginał jest znacznie krótszy, bo pierwszy sezon można zaliczyć w ciągu czterech godzin, zaś wersja amerykańska to zgoła trzynastoodcinkowa przeprawa z czego każdy odcinek to blisko godzina.

Nie mam pojęcia jak fabularnie jeden ma się do drugiego, ale obstawiam w ciemno, że duńska wersja spodobała by mi się bardziej- skandynawski klimat, żadnych Kingowskich dłużyzn, brak hollywoodzkiego zacięcia do efektów specjalnych.

Jednak jak na razie obejrzałam tylko amerykańskie "Królestwo" i jestem dość zadowolona.

To dość przyjemny serial. Wykorzystuje powszechnie lubiane motywy. Z uwagi na to, że autorem scenariusza jest ? Stephen King znajdziemy tu wiele elementów typowych dla jego prozy. Narracja też jest typowo Kingowska. Pewne jest że ortodoksyjni fani jego prozy byliby serialem zachwyceni.

Tematem przewodnim jest tu wątek strapionych dusz. Na pierwszym planie mamy ducha małej dziewczynki Mary Jensen, której wątek rozwija się niespiesznie. Jej historie poznamy tak na dobrą sprawę dopiero w finałowym odcinku.

szpital króletwo

W między czasie obserwujemy dążenia miejscowej medium do nawiązania kontaktu z duchami szpitala królestwo. Z pomocą przyjdzie jej część przychylnie nastawionego personelu, a utrudniać sprawę będzie czarny charakter.

Przekonamy się, że szpital istnieje jakby w dwóch wymiarach: pierwszym rzeczywistym i drugim nadnaturalnym, gdzie korytarzami snuje się mała dziewczynka, jej złośliwy wróg i... olbrzymi gadający mrówkojad. Tak, mrówkojad, bardzo ciekawa postać. Praktycznie w każdym odcinku pojawia się jakaś nowa postać, najczęściej pacjent - trochę jak w serialu "Dr. House". Wszyscy z miejsca zostają uwikłani w sprawki duchów, ciągani o na jasną to na ciemną stronę Królestwa.

Nie zabraknie tu barwnych postaci. Każdy bohater ma tu swoje za uszami, choć nie trudno wyłonić tu autentycznie czarne charaktery. Pojawia się sporo sytuacji z goła satyrycznych, komediowych, trącących czarnym humorem.

szpital króletwo

Jedno co można powiedzieć o "Królestwie", to jest to zdecydowanie dziwne miejsce.

Kilka elementów fabuły nie było dla mnie do końca czytelnych, ale myślę że to zabieg celowy by pociągnąć temat na drugi sezon. Na drug sezon, którego już chyba raczej nie będzie, bo od 2004 roku minęło trochę czasu, a produkcja nie zdobyła aż takiej popularności by rozgrzebywać temat po takim czasie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

w skali brutalności:1/10

czwartek, 07 kwietnia 2016

Secret Window/Sekretne okno (2004)

sekretne okno

Rok temu poczytny pisarz Mort Rainey przyłapał żonę na zdradzie. Od tamtej pory żyją osobno. Ona wraz kochankiem w ich danym domu, on w domu letniskowym nad jeziorem. Tu autor próbuje odzyskać równowagę po niemiłych przeżyciach i oczywiście oddawać się twórczości. Pewnego dnia w jego drzwiach staje facet o wyglądzie purytańskiego pastora. Przedstawia się jako John Shooter i zarzuca Mortowi najgorszą rzecz jaką można zarzucić autorowi - plagiat dzieła. Shooter utrzymuje, że Mort opublikował jego opowiadanie pod swoim nazwiskiem. Tym opowiadaniem jest tytułowe "Sekretne okno".

Kolejna ekranizacja dzieła Stephena Kinga. Tym razem pod nóż poszło "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród" ze zbioru, którego nie miałam dotąd okazji przeczytać. Stąd mój kompletny brak rozeznania w tym jak scenariusz potraktował pierwowzór. Wiem tylko tyle, że film jest udany, i nie wiem, czy to zasługa wiernego odwzorowania Kingowskiego pióra, czy talentu twórcy filmu, który opowiedział tą historię po swojemu.

W roli głównej mamy Johnny'ego Deppa, który dla odmiany nie kreuje postaci ekscentrycznego kpiarza. (Czy tylko ja mam wrażenie, ze od czarów "Piratów z Karaibów" biedny Johnny wciąż odgrywa tę samą rolę?)

Wciela się tu w postać wzgardzonego męża i podupadającego pisarza.

Oskarżenie o plagiat jakiego staje się ofiarą jest wstępem do szeregu okropnych zdarzeń jakie będą teraz jego udziałem. Tajemniczy nieznajomy jest bowiem nieustępliwy. Trwa w przekonaniu, że Mort dopuścił się kradzieży jego dzieła i nie spocznie dopóki ten nie przyzna się do winy. Co jest najgorsze, sabotuje jego próby dowiedzenia niewinności, jednocześnie podkreślając, że przecież daje mu szanse by ten udowodnił swoją rację.

sekretne okno

Zabicie psa, czy podpalenie domu to tylko początek. Mort jest w pułapce, ale kto ją na niego zastawił? Zastanawiające jest to, że osobiście nie miałam przekonania co do jego niewinności. W filmie pada sugestia, że pisarz już raz haniebnie skorzystał z czyjejś pracy. Czy zrobił to ponownie?

sekretne okno

Finał tej zagadki powinien Was zaskoczyć. Nie dlatego, że jest tak bajecznie oryginalny, lecz dlatego, że zgrabnie odwraca perspektywę. Raptem wszytko znajduje się na swoim miejscu, a wszelkie wątpliwości znikają. Takie rozwiązanie trochę nie pasuje mi do Kingowskiej ostrożności, która zazwyczaj owocuje mniej kategorycznymi rozwiązaniami. Mnie taki finał filmu bardzo się spodobał. Zarówno ze względu na sam pomysł jak i ze względu na sposób jego ukazania. Co więcej w czasie gdy jeszcze nic nie jest rozstrzygnięte pojawia się kilka wskazówek, które jednak nabierają klarowności dopiero u schyłku tej opowieści.

Dzieło na pewno udane, teraz tylko muszę je skonfrontować z oryginałem.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:5

To coś:6

61/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 02 lutego 2016

Komórka - Stephen King

komórka

Boston, 1 Października, godzina 15.30 tamtejszego czasu. Clay Riddel właśnie sprzedał swój pierwszy komiks i wraca ze spotkania z wydawcą. Wtedy to się zaczyna.

Stojąc na jednej z Bostońskich ulic staje się świadkiem fali szaleństwa, morderczego szaleństwa, które ogarnia ludzi. Rzucają się sobie do gardeł, zabijają się na wzajem, bełgoczą w niezrozumiałym języku. Wszytko to dzieje się w jednej chwili jakby coś ich poraziło.

Punktem wspólnym dla wszystkich szaleńców są telefony komórkowe. Każdy z nich chwilę przed tym jak postradał zmysły rozmawiał przez telefon komórkowy.

Telefonicznych szaleńców, jak określa ich bohater przybywa, ale jest też kilku ocalałych i to właśnie z nimi jednoczy siły nasz bohater by przetrwać w tej komórkowej apokalipsie i zdołać wrócić do rodziny.

Na tyle, na ile wyrobiłam sobie jakiś ogląd na twórczość Stephena Kinga, jestem w stanie stwierdzić, że "Komórka" nie jest typowym dla niego utworem. Przypomina hollywoodzkie zombie movie gdzie wszytko dzieje się bardzo szybko, miejscem akcji jest niekończąca się droga i nie ma tu miejsca na Kingowskie gawędy, zbaczanie z jednotorowego procesu twórczego.

Z tego też względu nie uważam tej powieści za szczególnie udaną choć z drugiej strony jest praktycznie gotowym scenariuszem filmu. Oczywiście już ktoś na to wpadł i od kilku lat krążą pogłoski o ekranizacji powieści.

Początkowo reżyserem miał być Eli Roth ale komuś to widać nie przypasiło i teraz podejrzewany jest o taki twórczy zamiar Tod Wiliams, twórca drugiej części "Paranormal Activity". W głównego bohatera ma się wcielić John Cusak co nie do końca mi leży, bo nie lubię oglądać wciąż tych samych facjat w ekranizacjach Kingowskich powieści.

Dużo większym zaskoczeniem dla wszystkich, którzy czytali "Komórkę" będzie jednak odtwórca roli Toma - tak, małego, białego grubaska rozpaczającego nad porzuceniem kota - Samuel L. Jackson... Czyżby skopiowali obsadę z "1408"? Cieszy mnie natomiast wybór Isabelle Fuhrman do roli Alice, chciałabym zobaczyć jak nam 'sierotka' wyrosła. Premiera ponoć w tym roku. Niektórzy już pewnie stracili nadzieję, na powodzenie tej 'misji', ale mam dla Was dowód, że coś w tym kierunku jest robione:

komórka

Wracając do powieści: Nie jest to 'mój typ'. King bardzo często zaskakuje mnie swoimi pomysłami. Z czegoś absurdalnego robi coś żywego i autentycznie strasznego. Tu nie popisał się oryginalnością. Opowieści o zgubnych skutkach używania technologii mamy wystarczająco. Jego pomysł bardzo przypomina "Pulse", z resztą używa określenia puls, dla zjawiska, które doprowadziło do katastrofy w jego powieści. Pulsem określił sygnał z nadajników, który rozniósł się przez aparaty komórkowe niczym wirus. Wirus ten zgubnie zadziałał na układ nerwowy ludzi, 'resetując cały system', czyniąc ludzi bezrozumną plagą.

Ludzie, do których dotarł puls tracą swoje człowieczeństwo na rzecz czegoś co można określić zbiorową świadomości. Jak każda nacja komórkowi szaleńcy dążą do zwiększania swojej liczebności i siły.

Grupa ocalałych pod wodzą Clay'a próbuje im się przeciwstawić. Wirus komórkowy mutuje, przez co agresorzy zyskują nowe zdolności, jak chociażby telepatia.

Dużo się tu dzieje, trzeba przyznać, ale mnie ta historia osobiście nie wciągnęła. Na pewno przypadnie do gustu osobom ceniącym szybkie tempo akcji, tym którzy lubią się rozsmakowywać w Kingowskich 'bocznych torach opowieści' raczej bym tej powieści nie poleciła.

Moja ocena: 5/10

piątek, 08 stycznia 2016

Rok Wilkołaka - Stephen King

rok wilkołaka

I znowu mamy Kinga. I tym razem sięgnęłam po jedną z jego krótszych książek w tak zwanym 'miedzy czasie'. Padło na jedna z najcieńszych powieści, którą spokojnie można by zakwalifikować jako obszerniejsze opowiadanie.

"Rok wilkołaka" składa się z dwunastu niewielkich objętościowo rozdziałów, z czego każdy opowiada o wydarzeniach do jakich doszło w czasie każdego z dwunastu miesięcy roku. Skupiamy się w nich w zasadzie na jednej tylko nocy, nocy na którą przypada pełnia księżyca.

To właśnie wtedy jeden z mieszkańców małego miasteczka Tarker Mills zmienia się w krwiożerczą bestię znaną nam jedynie z legend. King celowo na te noce obrał ważne z kalendarzowego punktu widzenia daty, jak walentynki czy 4 lipca. To właśnie w czasie tych wieczorów jeden z mieszkańców Tarker Mills żegna się z życiem w wyniku ataku wilkołaka.

King pokrótce przedstawia sylwetkę danej postaci po czym uśmierca ją dając obraz działalności wilkołaka. Nie wiemy kim on jest, choć pierwsza wskazówka pojawia się w okolicy maja. Dopiero u schyłku roku potwór zostaje zdemaskowany. King podkreśla, że potworem jest ktoś, kogo nikt by nie podejrzewał i daje mu to pretekst do poruszenia kwestii dwoistości ludzkiej natury.

Nie od dziś wiemy, że cykl księżyca wpływa na fizjologie i psychikę ludzi. Ja na ten przykład nie mogę spać w czasie pełni. Jak widać, mogło być gorzej, bo mogłabym zmienić się w cuchnącego wilkołaka;)

Szczęśliwie autor nie bawi się w dociekania na temat przyczyn zjawiska wilkołactwa, wilkołak po prostu jest, jeden z mieszkańców staje się nim i nie towarzyszyło temu wydarzeniu ukąszenie przez innego wilkołaka, czy klątwa rzucona przez cygankę.

Wilkołaki nie są moimi ulubionymi postaciami z krainy strachu, ale książkę Kinga przeczytałam z przyjemnością, być może ze względu na prostotę z jaką podszedł do tematu.

Powieść została wydana w 1983, więc należy do grona starszych 'Kingów' po które ostatnimi czasy często sięgam, co żeby przypomnieć sobie podstawówkowo- gimnazjalne fascynacje.

Książeczkę oczywiście polecam jeśli macie chęć na szybką piłkę, przeczytanie jej nie zajmie Wam dużo czasu. Na podstawie tej historii, w dwa lata od wydania powieści powstał film "Srebrna kula" i jeśli pamięć mnie nie myli nie miałam okazji go obejrzeć.

Moja ocena:6+/10

piątek, 18 grudnia 2015

Cztery pory roku - Stephen King

cztery pory roku

Zbiór nowel, czy też dłuższych opowiadań "Cztery pory roku" po raz pierwszy wydany w 1982 roku składa się z czterech historii. Trzy z nich doczekały się ekranizacji. Jest to drugi zbiór opowiadań jaki wydał Stephen King.

Najbardziej znaną z nich jest nowela "Skazani na Shawshank". I od niej właśnie zacznę. Pewnie znowu się narażę, ale uważam, że film na jej podstawie był zdecydowanie lepszy.

Kiedy dorwałam się do tej historii wiązałam z nią duże nadzieje. Film oglądam wręcz kompulsywnie, przynajmniej raz w miesiącu i za każdym razem płaczę nad śmiercią Brooksa.

Nie pamiętam, czy jego wątek w ogóle pojawia się w opowiadaniu. Zmienionych zostało wiele rzeczy. Chociażby historia Red'a. Pomijając już kwestie koloru skóry, w opowiadaniu Kinga to Red był żonobójcom.

Mój ulubiony wątek - po za Broksem- wątek młodego włamywacza - też został zmieniony- nikt go nie zastrzelił.

Malwersacje finansowe naczelnika więzienia, których ostatecznie sam padł ofiarą i które zapewnił Andy'emu godne życie po ucieczce z więzienia zostały zastąpione wątkiem funduszy, które Andy zgromadził przed pójściem do pierdla. I takich zmian, mniejszych i większych jest jeszcze więcej.

cztery pory roku

Gdybym przeczytała tę nowelę przed obejrzeniem filmu zapewne uznałabym ją za bardzo dobrą, bo kluczowe motywy jak wytrwałą postaw Andy'ego i cała walka z systemem więziennym, jego desperackie próby radzenia sobie zostały niezmienne, dzięki czemu wymowa obydwu historii jest taka sama.

Problem w tym, że za bardzo polubiłam filmową fabułę bym mogła z aprobatą spojrzeć na jej alternatywną wersję.

Moja ocena:5/10

"Metoda oddychania" to jedyne opowiadanie, które do tej pory nie doczekało się przeniesienia na ekran. Podobnie jak w przypadku "Skazanych..." ma gawędziarski styl, a narratorem jest osoba przytaczająca zasłyszaną historię.

Jest to historia starego lekarza, który w czasie elitarnego spotkania w gronie wybrańców bawi gości historią, której natura może wydać się paranormalna. Traktuje o jednej z jego pacjentek, niezamężnej kobiecie, która zaszła w ciążę. Działo się to w czasach, gdy wzgarda dla niefortunnego położenia samotnej matki była sto razy większa niż obecnie.

Lekarz poświęca dużo uwagi swojej klientce i dzieli się z nią opracowaną przez siebie metodą oddychania, która ma zagwarantować spokojny poród, bez krzyków i traumy.

Lekarz będzie miał okazję na własne oczy przekonać się o skuteczności swojej tezy w okolicznościach delikatnie mówiąc niezwykłych.

Nie chcę Wam tu zdradzać szczegółów, bo tej historii macie szansę nie znać z racji tego, że w oparciu o nią nie powstał szlagierowy kinowy hit. Mnie ona bardzo przypadła do gustu. Jest do prawdy osobliwa, nawet jak na Kinga.

Moja ocena:7/10

Odkąd pierwszy raz obejrzałam film "Stand by me" pokochałam tę historię całym sercem. Wiedziałam, że gdzieś wśród zbiorów opowiadań Kinga znajduje się to, na podstawie, którego nakręcono ów film. Wiedziałam, że prędzej czy później na nie trafię.

To właśnie w "Czterech porach roku" trafiłam na "Ciało".

Myślę, że ekranizacje twórczości Kinga są na tyle spopularyzowane, że każdy zna historię czterech chłopaczków z Manie, którzy w ostatni weekend wakacji wybrali się w podróż, na końcu której czekały niezapomniane wrażenia w postaci widoku zwłok ich zaginionego rówieśnika.

Mimo iż cel wyprawy był z goła makabryczny to jest ona niezwykle ciepła opowieść. Opowieść o dorastaniu, przekraczaniu tej magicznej bariery za którą kończy się dzieciństwo. Towarzyszy temu zarówno smutek jak i nadzieja.

cztery pory roku

Bardzo ucieszyło mnie, że film jest tak wiernym odwzorowaniem opowiadania, inaczej mogły by mnie dopaść wątpliwości w typie tych, których doświadczyłam po lekturze "Skazanych na Shawshank" i znowu byłby dylemat- która wersja lepsza?

Tu nie mam w zasadzie tego problemu, bo każda scena, każdy dialog w obydwu wersjach są identyczne, albo niemal identyczne. Różnią się jedynie niuansami.

Czytając "Ciało" brakowało mi tylko muzyki z filmu, Ben'a E. Kinga, którego pożegnaliśmy w tym roku, The Chordettes i wielu wielu innych wykonawców, którzy towarzyszyli chłopcom w ich podróży.

"Ciało" jest moim faworytem w tym zbiorze, mimo, że nie ma nic wspólnego z horrorem. To kolejny przykład na to, że wolę Kinga w obyczajówkach.

Moja ocena: 10/10

Na koniec, mój drugi faworyt tego zbioru, mianowicie "Zdolny uczeń". Ostatnio, tuż po lekturze opowiadania odświeżyłam sobie jego ekranizacje i mimo iż nadal lubię ten film, a rolę Ian'a Mckellen'a uważam za rewelacyjną, to trochę stracił on w moich oczach.

"Zdolny uczeń" to historia trzynastoletniego Tod'a, który odkrywa, że w jego sąsiedztwie mieszka poszukiwany zbrodniarz wojenny, nazista, generał kilku obozów koncentracyjnych.

W opowiadaniu Kinga mammy świetnie przedstawiony proces rozwoju fascynacji młodzieńca makabrą, jaka rozgrywała się w obozach koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Chłopiec chłonie te historie, nasiąka nimi, ale nie współczuje ofiarom, to nie z nimi się utożsamia, jego idolami są nazistowscy naukowcy.

Kiedy poznaje Artura Dekera postanawia szantażować go w celu wyłudzenia od niego wszelkich informacji, im bardziej przerażających tym lepiej.

Odniosłam wrażenie, że opowiadanie znacznie dosadniej stawia sprawę, czyni Toda i Dekera bardziej potwornymi niż ukazał to film. King miażdży psychikę chłopaczka z taka mocą, że po karku przebiegają nam ciary.

cztery pory roku

Natomiast na plus dla ekranizacji odnotowuję oszczędzenie rudego kota, który w wersji literackiej dokonał żywota w piekarniku, w filmie przeżył.

Bardziej podobało mi się również filmowe zakończenie. To w opowiadaniu wydało mi się nieco przesadzone i nielogiczne, chodzi mi tu o konfrontacje Toda ze szkolnym pedagogiem.

Opowiadanie jest po prostu 'bardziej', niż film i robi większe wrażenie.

Moja ocena: 9/10

Cały zbiór "Cztery pory roku" uważam za bardzo udany. Czuję się zachęcona do zapoznania się z innymi krótkimi formami jakie pisał Stephen King i zapewne niebawem sięgnę po kolejny.

Nie wiem tylko jaki?

Moja ocena za całość: 8/10


wtorek, 08 grudnia 2015

Rage - Richard Bachman

rage

Charles Decker uczeń miejscowego liceum w małym amerykańskim miasteczku czuje gniew.

Jego gniew jest tak duży, że pewnego dnia furia wychodzi na światło dzienne, daje w pysk nauczycielowi i zostaje zawieszony. To jednak nie koniec. Postanawia zamknąć się w szkolnej klasie wraz z dwudziestoma czterema uczniami, zabija nauczycielkę i urządza swoją własną lekcję wychowawczą przy tupie zastrzelonej kobiety.

Rozmowy z uczniami to tylko część zabawy, bo celem chłopaczka są też członkowie grona pedagogicznego, szczególnie szkolny pedagog, który na własnej skórze doświadczy bezradności jaką czuje każdy postawiony przed odgórnie narzuconym autorytetem.

King swego czasu wyrzekł się tej książki. Zabronił jej publikowania zaraz po zdarzeniu w Jefferson County, gdzie chłopcy podobni do Charliego dopuścili się masakry w murach swojej szkoły. Powieść nie zdążyła jeszcze wtedy dotrzeć do polski, ja sama złowiłam ją w formie audiobooka. King napisał ją jeszcze przed "Carrie", ale wydał później, pod pseudonimem Richard Bachman.

Kiedy King tworzył fabułę swojej historii zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że nastolatek, szczególnie problemowy jest zdolny do czynów jakich w społecznym przekonaniu mogą dopuszczać się tylko najwięksi zwyrodnialcy. Mimo iż większość ludzi chce postrzegać dzieci jako niewinne, grupę, którą należy chronić przed złem tego świata, to coraz częściej okazuje się, że jest już za późno i zamiast chronić dzieci w tym momencie musimy zacząć bronić się przed nimi. Popieprzone złe dzieci to zresztą jedni z częstszych bohaterów opowieści Kinga.

Co ciekawe Charlie nie jest sztampowy antybohaterem. Dzięki pierwszoosobowej narracji możemy poznać chłopaczka, tak chłopaczka, który zmaga się z problemami w domu w szkole. Kiedy zamyka się w klasie wraz z kolegami okazuje się, że takich jak on jest więcej. Jeśli sądzicie, że Charlie musiał sterroryzować kolegów, zabić któregoś z nich by ci byli mu posłuszni to srodze się zdziwicie.

Cała klasa go popiera. Nikt nie protestuje, nikt nie próbuje uciekać. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Tod, grzeczny i lubiany, z dobrego domu.

To zadziwiające, że wśród dwudziestu pięciu uczniów znalazł się tylko jeden, którego możemy uznać za normalnego. Normalność w szkole to rzadkość jak widać.

Charlie brutalnie pogrywa sobie ze szkolnym pedagogiem, którym wyraźnie gardzi. Wmanewrowuje go w sytuację, w której władza nad uczniami, którą tak bardzo chełpi się jako osoba wykształcona i piastująca stanowisko wiążące się z autorytetem staje się dla niego piętnem, karą, brzmieniem, którego nie jest w stanie nosić.

Od grona pedagogicznego każdego dnia w mniejszym lub większym stopniu zależy los uczniów. Jedną pałą mogą zafundować małolatowi wpierdol życia po powrocie do domu. Kilka kąśliwych uwag rzuconych pod adresem ucznia w czasie lekcji może sprawić, że łatka ofiary przylgnie do niego na stałe w środowisku rówieśniczym.

Charlie uświadamia swojemu pedagogowi, co to jest bezpośrednia odpowiedzialność za życie uczniów. Przy okazji upokarza go tak jak sam nie raz czuł się upokorzony.

Uczniowie, jak wspomniałam za wyjątkiem Todda reagują na sensacje Charliego w sposób zaskakujący, a może jednak oczywisty? King pisze, że młodzi od maleńkości są przyzwyczajani do przemocy, uczą się jak obojętnieć na ból, swój i innych. Media fundują im wizualizacje przemocy kalibru na tyle tęgiego, ze jedne zwłoki nauczycielki nie robią na nich wrażenia.

W sytuacji izolacji od dorosłych, gdy wszyscy sprawujący nad nimi pieczę i decydujący o ich poczynaniach znajdują się za ścianą zbyt przerażeni żeby coś zrobić, wykorzystują to jako sytuację, gdy wreszcie mogą być sobą. Mogą zrzucić narzucone przez środowisko rolę i przyznać się do wstydliwych aspektów swojego młodzieńczego życia. Wreszcie ktoś daje im szansę zabrać głos, powiedzieć to co zakazane.

Charlie też ma swoje do powiedzenia, dzięki czemu poznajemy go jeszcze lepiej, przede wszystkim jako kogoś kto desperacko szuka akceptacji. Zawsze powtarzam, że potrzeba aprobaty społecznej na poziomie sufitowym powinna mieć własne miejsce w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych, bo często doprowadza delikwenta na granice psychotycznej manii.

Nie zdradzę Wam jaki finał ma ta historia, bo w zasadzie ważniejsza jest sama droga jaką przebył Charlie niż jej finał. Możecie zgadywać.

Moja ocena:9/10

wtorek, 17 listopada 2015

Znalezione nie kradzione - Stephen King

znaezione nie kradzione

No, i znowu King.

I tym razem wybrałam coś z nowszych powieści Stephena. Miałam zamiar wziąć się za "Pana Mercedesa", ale w ręce wpadło mi "Znalezione nie kradzione". Generalnie te powieści mają wspólne wątki,mówi się nawet, że są częściami trylogii z motywem detektywistycznym za sprawą postaci Billa Hodgesa, który pojawia się w obydwu powieściach.

Historia z "Znalezione nie kradzione" jest opowieści o miłości do literatury. Miłości iście opętańczej. Taką miłością ogarnięty jest Steven Rothstein, pisarz któremu 'krytyka włazi w dupę i zgarnia wszelkie możliwe nagrody'. Tak było kiedyś. Teraz jest osiemdziesięcioletnim starcem, który kompulsyjnie zapełnia notatniki tworząc wciąż nowe historie, ale wcale nie chcąc by ujrzały światło dzienne.

Pewnego dnia w jego sypialni zjawia się trzech włamywaczy. Jeden z nich rzecz: Pobudka geniuszu i to jest początek końca. Zabija pisarza. Być może dlatego, że stawiał opór sprawcom, celowo ich wkurwiał, a może zamaskowany Morris Bellamy od początku miał zamiar zabić pisarza tak, jak ten uśmiercił  ducha w jednej z najsłynniejszych literackich postaci- Jimmym Goldzie.

Morris też opętańczo kocha literaturę. Utożsamia się z fikcyjną postacią młodego buntownika o nazwisku Gold, którego wiele lat temu stworzył Rothstein. Nie może mu darować, że ten w ostatnim tomie trylogii sprowadził Jimmiego na ziemię. uczynił go jednym z maluczkich, który goni za złota monetą i nie jest już ani fascynujący ani inspirujący. To złamało serce Morrisa. W sejfie w domu pisarza włamywacze odnaleźli kasę i notatniki. Morris postanawia je ukryć do momentu aż sprawa morderstwa przycichnie i powrócić do nich z nadzieją, że znajduje się w nich dalszy ciąg historii Jimmyego.

Nie będzie miał okazji jej poznać, bo wkrótce wyląduje w więzieniu za gwałt po pijaku, a zakopany skarb znajdzie ktoś inny.

Nastoletni Peter również kocha literaturę i pokocha ją jeszcze bardziej gdy przeczyta notesy Rothsteina. To przypieczętuje jego los.

"Znalezione nie kradzione" bardzo przypomina mi "Misery". Oczywiście jest to powieść zupełnie innego rodzaju. "Misery" była krwawa, ostro psychologiczna i mocna. W porównaniu z nią "Znalezione nie kradzione" to poczytanka dla dzieci. Łączy jej jednak wątek miłości do książki, wpływu jaki kultura popularna tj. bestsellery czytelnicze mają na odbiorców. Ot, mówią o tym jak człowiekowi może odpierdolić, jeśli zbyt mocno zwiążę się z fikcją. W obydwu przypadkach pisarz pada ofiarą psychicznego sprawcy, który czuje się urażony tym jak potoczyły się losy literackiego bohatera. Urażony to delikatnie powiedziane. Literatura może zabijać.

King jak zawsze świetnie prowadzi watki obyczajowe. Tworzy niebanalne postaci i z lekkością snuje historie ich losów jakby jedynie je opisywał, a nie z mozołem składał i tworzył.

"Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem a nie Bogiem."

Po za wątkiem niesławnego przestępcy pojawia się tu historia chłopca, którego rodzina się rozpada. Rozpada się z powodu problemów finansowych. Z nieba spada mu rozwiązanie. Zakopany skarb, czyli pieniądze ukryte przez morderce. Peter wykorzystuje je by ratować domowy mir. Robi to w sposób sprytny i przemyślany. Niestety nastaje dzień, w którym pieniądze się kończą, a na wolność wychodzi Bellamy. Drogi dwóch miłośników książek Rothsteina skrzyżują się. W tym też momencie pojawia się wątek detektywa, który występuje w "Panu Mercedesie".

Moje ogólne wrażenia są pozytywne, choć nie uważam tej książki za czołową w dorobku Kinga. Wątki obyczajowe są wielce interesujące, gorzej z tymi kryminalnymi. Jakoś mnie nie porwały. Postać Billa Hodgesa wydała mi się strasznie nijaka na tle pozostałych, o wiele barwniejszych bohaterów i do prawy nie wiem z jakiej okazji można by poświęcić mu całą trylogię.

Moja ocena:6+/10

piątek, 31 lipca 2015

The Mangler/ Maglownica (1995)

maglownica

Pralnie Blue Ribbon nawiedza fala nieszczęśliwych wypadków. Zaczyna się od makabrycznej śmierci jednej z praczek, która zostaje wciągnięta do maglownicy i 'wyprasowana' a jej krwawe szczątki złożone w kosteczkę. Następnie grupa innych pracownic zostaje poparzona przez pare z pompy.

Nic nie zapowiada by na tym miało się skończyć. Miejscowy policjant John Hunton rozpoczyna śledztwo i ze zdziwieniem odrywa, że wszystkiemu jest winna opętana przez demona maglownica.

maglownica

"Maglownica" to horror nakręcony przez Tobiego Hoppera na podstawie opowiadania Stephena Kinga pochodzącego ze zbioru "Nocna zmiana". W oryginale jest to bardzo krótka i prosta opowieść oparta na groteskowym pomyśle, bez zbędnych udziwnień i wątków pobocznych. Hopper znacznie rozwija fabułę i w jego wydaniu groteska osiąga pozom sufitowy, czyniąc "Maglownicę" jednym z najbardziej rozpoznawalnych reprezentantów kina klasy B.

Początek opowieści to przebudzenie maglownicy. Młoda dziewczyna rani się w rękę, jej krew spływa na maszynę i w ten sposób budzi demona, który domaga się ofiar.

Przychodzi czas na pierwszą makabryczną scenę, czyli śmierć innej pracownicy. Gore jest tu do prawdy godne uwagi.

maglownica

W momencie gdy na arenę wkracza inspektor policji następuje zastój atrakcji. Skupiamy się na okultystycznych wymysłach i nieporadnych próbach bohaterów by powstrzymać nieuniknione.

Po nieco nudnawym rozwinięciu następuje apogeum groteski, czyli finałowa walka z ożywającą maglownicą, która rozwalona na części ściga protagonistów po pralni...

Wiadomo już, że głównym antybohaterem jest opętana maszyna jednak pojawia się też bardziej ludzki czarny charakter w osobie właściciela pralni.

maglownica

W tej roli zobaczymy króla wszelkich horrorowych złoczyńców, czyli Roberta Englunda. Świetnie odnajduje się tej lekko satyrycznej roli. Jego postać to bezwzględny typ, który podpisuje pakt z diabłem w zamian za władzę i bogactwo. To bohater dość ciekawy, także we względu na powierzchowność choć i tak na pierwszym planie jest imponująca maglownica.

Tobe Hopper nie raz i nie dwa w swoich filmach ocierał się o granice groteski i absurdu, jednak to maglownica jest jego szczytowym osiągnięciem jeśli idzie o operowanie estetyką kina klasy B. Na pewno nie jest to mój ulubiony film, ale czasami mam po prostu ochotę obejrzeć coś tak niedorzecznego:)

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

to coś:7

Oryginalność:7

63/100

W skali brutalności:4/10

poniedziałek, 27 lipca 2015

KRÓL HORRORU - NAJCIEKAWSZE ODPOWIEDZI # 4

"Kto jest królem horroru? Może banalnie, ale Stephen King. 

Ścieżki wytyczył HPL - ale jest ciężki w odbiorze i przez to dość hermetyczny, zresztą kto wie, czy to horror, czy proroctwo. 
Można mówić o Ketchumie - ale on wyciąga z człowieka takie ekstremum, że nie możemy do końca uwierzyć, że jest to możliwe. 
Można by przytoczyć Eda Lee, ale on - mimo że brodzi z upodobaniem we wszelkich płynach ustrojowych i innych obrzydlistwach - traktuje grozę trochę z przymrużeniem oka, wie, że jego czytelnik nie bierze tego śmiertelnie poważnie (bo jak popaprany by wtedy był). 
King natomiast...stawia nas w niby normalnych sytuacjach, które rozwijają się w szalenie i niepokojąco nienormalny sposób. Czasami nawet tej grozy nie ma pozornie, ale za rogiem, pod skórą coś się czai. Klown? Zabójczy samochód? Pisarz, który ma dość? Szalony pociąg w dziwnym świecie? a może człowiek, który posunie się za daleko? Fantazja Mistrza nie zna granic, w końcu sam znalazł się w swojej powieści i wpłynęło to na niego. czytając Mroczną Wieżę miałem momentami wrażenie rodem z paranoi Dicka względem Lema - że ten nie istnieje,ale jest nie agendą rządową, a jakimś fantazmatem, kosmicznym konstruktem który chce opanować nasze umysły. Piękną opowieścią, a przy tym grozą i horrorem, który nie epatuje obrzydzeniem, ale sadza nas na krześle elektrycznym dreszczy i niepokoju. Chcemy takiego wyroku."

Paw
stephen king

"Nie będę bardzo odkrywcza, jeśli powiem, że Stephen King.
Od dziecka uwielbiam wszelkie horrory i książki z dreszczykiem.
Co tydzień czekaliśmy z bratem na Kino nocne w sobotę, kiedy były
dawniej nadawane horrory i kryminały.
Pierwszym filmem Kinga jaki widziałam były Langoriery, nie miałam wtedy
pojęcia, że to film na podstawie Jego opowiadania.
Pierwsza książka to Carrie, potem Misery i zakochałam się w Jego
opowieściach, jego stylu, nieprzewidywalności.
Tylko od Jego książek nie mogę się oderwać i tak mocno przeżywam. Nie
muszę nawet oglądać ekranizacji, przy czytaniu wszystko jest tak żywe,
jakbym oglądała film.
Czytałam też Mastertona, Koontza, Ketchuma, ale to Stephen King jest dla
mnie Królem Horroru:)"


Katarzyna


niedziela, 05 lipca 2015

Carrie (2002)

carrie

To już chyba ostania z istniejących, przynajmniej na tę chwilę, adaptacji debiutanckiej powieści Stephena Kinga.

Została wyprodukowana dla telewizji, a jej twórcami są osoby, które zasłynęły ze współpracy przy takich produkcjach jak seriale "Hannibal", "Herosi",czy "Tajemnice Smallville".

Pisałam już o książce, o adaptacji De Palmy i o readaptacji z 2013 roku. Legenda głosi, że "Carrie" 2002 miała być pilotem serialu, ale nie wiem ile w tym prawdy, bo film trwa ponad dwie godziny i zawarta w nim została cała książkowa historia. Jest też jedyną wersją "Carrie", która niemal kurczowo trzyma się literackiego pierwowzoru, czyli jest czymś, co pokochają ortodoksyjnie fani prozy króla.

Osobiście nie jestem filmem zachwycona. Na pierwszym miejscu stawiam adaptację De Palmy. Telewizyjna "Carrie" jest jak dla mnie nazbyt rozwleczona.

Fabuła filmu osadzona jest w czasie, już po 'wybuchu' Carrie na wiosennym balu. Jesteśmy świadkami przesłuchania Sue na komisariacie, gdzie stróże prawa próbują rozstrzygnąć jak doszło do całe katastrofy.

carrie

Dzięki retrospekcjom poznajemy historię, która zaczęła się szesnaście lat wcześniej, kiedy to Margaret White powiła swoją jedyną, niezwykłą córkę.

W każdym z do tej pory nakręconych filmów pomijany jest obraz dzieciństwa Carrie, jej słynna przygoda z deszczem kamieni spadającymi na dach jej domu i przeżycia z matką.

Następnie po krótkiej przerwie na 'przesłuchanie' wracamy do śledzenia losów Carrie tym razem już będącej nastolatką. Tu mamy to co zwykle, pierwszy okres, upokorzenie związane z reakcją rówieśniczek na panikę Carrie, pomysł Sue z wypożyczeniem Carrie chłopaka na bal.

carrie

Jeśli chodzi o walory produkcji to zachwyciła mnie obsada. Uważam, że Angela Bettis pasowała do roli Carrie bardziej niż jakakolwiek z aktorek obsadzana w tej roli. Z resztą powiedzmy sobie szczerze, Bettis słynie z ról dziwaczek, weźmy choćby "May". Miłym zaskoczeniem okazała się też odtwórczyni roli Kris, którą możecie kojarzyć z remake "Wzgórza mają oczy". Odegrała postać stosownie śliczną i wredną. Dała radę.

carrie

Tu muszę na moment wrócić do niesławnej readaptacji z ostatnich lat: Kris z wersji z 2013 roku podobała mi się chyba najbardziej ze wszystkich, taki mały plusik dla tej nieszczególnie udanej produkcji.

Co mi się nie podobało po za długością filmu? Prowadzenie kamery. Gdybym dostała operatora na odległość dubeltówki to bym go postrzelił między oczy. Kadry są zrobione tragicznie. Miałam wrażenie, że film kręcono jakąś starą wersja srajfona gdzie ustawienia zoomu działają tyle o ile.

Większość scen, gdzie kamera powinna zmienić kąt kręcenia, oddalić się nieco kręcone są na jakimś nienaturalnym zbliżeniu. Praktycznie nie można zobaczyć tła, bo cały kadr zajmuje obsada, która z resztą ledwo się tam mieści. To bardzo męczy oko i irytuje widza.

Kolorystyka obrazu była jakaś nienaturalnie blada, jakby kompletnie źle ustawiono oświetlenie. Nie wiem, może ja dorwałam jakąś posraną wersję w której ktoś nakręcił ekran telewizora telefonem, bo taki właśnie efekt otrzymujemy. Już nawet nie zwróciłam uwagi na efekty, bo tak mnie to wytrąciło z równowagi.

Cóż, film ma swoje zalety: Bardzo dużą uwagę przywiązano do scenariusza, dopełniono go w każdym calu. Dialogi były rozpisane bardzo dobrze, powiem więcej lepiej niż we wszystkich innych "Carrie". Obsada też jest na szóstkę, ale na miły bóg, czemu ten film trwa tak długo i czemu kamerzysta ucina aktorów i nie daje zaznać jakiejś przestrzeni między 'figurami'?

Ta wersja "Carrie", jak i wszystkie inne znajdzie swoich zwolenników, to pewne, ja nadal wolę wersję De Palmy.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Oryginalność:4

Walory techniczne:3

Aktorstwo:8

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 26 lutego 2015

Sleepwalkers/ Lunatycy (1992)

lunatycy

Do małego miasteczka Travis w Indianie przeprowadza się Mary i Charles Brady, Lunatycy. Większości z Was określenie to kojarzyć się będzie z osobami, które chodzą we śnie, ale nie o taki rodzaju lunatyzmu tu idzie.

"Lunatyk: wędrowne zmieniające kształt stworzenie mające początek swój w rodzajach człowieczym i kocim. Podatne na śmiertelne zadrapanie kota. Żywi się siłami witalnymi dziewic. Zapewne źródło legend o wampirach."

lunatycy

Mary i Charles przybywają do małego miasteczka w poszukiwaniu pożywienia dla mamuśki, która z obawy o gładkość swej skóry i nadwątlone siły witalne musi czym prędzej skonsumować jakąś dziewice. Pokarm ma jej zapewnić przystojny syn, który obiera na cel śliczną i niewinną Tanye. Niestety para lunatyków napotka spory opór, szczególnie ze strony kocich mieszkańców Travis.

lunatycy

"Lunatycy" to pierwszy film powstały w wyniku współpracy Micka Garrisa i Stephena Kinga. W ocenie wielu osób bardzo nie udany, ale jeśli przyjrzeć się ich późniejszym plonom ("Lśnienie", "Desperacja"), to naprawdę nie jest źle.

Ja "Lunatyków" zapamiętałam przede wszystkim dzięki odtwórczyni roli Tany, Madchent Amick, która wpadła mi w oko w "Miasteczku Twin Peaks" a także dzięki niezwykle pięknej i nastrojowej ścieżce dźwiękowej, kawałku "Boadicea" w wykonaniu Enya'y.


Po za kelnereczką z Twin Peaks w obsadzie ujrzymy sporo znanych twarzy, w tym samego Kinga w pierwszoplanowej roli dozorcy cmentarza;) czy niczym mu nie ustępujący Tobe Hopper i Clive Baker jako technicy sądowi.

Fabule filmu głównie zarzuca się zbytnią naiwność i prostotę, ale powiedzmy sobie szczerze King to nie Koontz i proste historie wychodzą mu najlepiej, gdyż potrafi tam umiejętnie przemycić i trochę psychologii, socjologii i grozy często w bardzo klasycznym, dziecięcym pojmowaniu. Simply the best.Jak to często bywa w jego twórczości na cel obiera sobie legendę/ wierzenie i na jej podstawie snuje swoją opowieść.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz oglądałam "Lunatyków" skutecznie wyprowadził mnie w pole początkowymi scenami ukazującymi relację matki i syna, dość dwuznaczną co każdy zauważy. Myślałam, że skupi się właśnie na tym: toksyczna mamusia sodomitka i synuś ofiara jej perwersji. Nic bardziej mylnego, bo kazirodztwo jest tu tylko wisienką na torcie. No, tak, to King nie Ketchum:) Dlatego też w miarę rozwoju fabuły bardziej skupiamy się na warstwie fantastycznej, czyli mrocznym poczynaniom pary nieludzkich istot.

lunatycy

Tu pojawia się kolejny przytyk, z którym całkowicie się nie zgadzam: słabe efekty. Mnie znikający samochód, czy charakteryzacja bohaterów zmieniających się w potwory na widok kotów, czy efekt spotkania z owymi małymi drapieżnikami jaki widzimy na poharatanej twarzy jednego z lunatyków przypadł do gustu. Przyjęłam to bez sprzeciwu jako znak czasów i 'taki rodzaj estetyki'.

Sztuczność ma też swój plus w pewnych momentach. Szczególnie w scenach z udziałem kotów, które niestety często traktowane są tu brutalnie. Gołym okiem widać, że to żaden kot tylko twór sztuczny, a wykorzystane w filmie futrzaki biegają radośnie z zadartymi ogonami i nic im nie grozi.

lunatycy

Lubię "Lunatyków", nie wiem tylko, czy nie przemawia tu mój sentyment do tego filmu. Miłośnikom King'owskich adaptacji za pewne przypadnie do gustu jak i tym widzom gustującym kinie lat '90.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Big Dviver/ Wielki kierowca (2014)

big driver

Tess, pisarka poczytnych kryminałów, których bohaterkami są przebiegłe staruszki wyrusza na spotkanie autorskie w prowincjonalnej bibliotece. Organizatorka spotkania poleca udręczonej długa podróżą Tess by w drodze powrotnej skorzystała ze skrótu. Bohaterka wykorzystuje tę opcję i wkrótce ląduje na odludnej drodze z dziurawą oponą i brakiem zasięgu na komórce.

Niebawem pojawi się przy niej tytułowy Wielki kierowca. Potężnej budowy gość oferuje jej pomoc. Stojąc samotnie na pustkowiu w towarzystwie olbrzyma w głowie Tess pojawia się sygnał alarmowy, ale nie zdąży wykorzystać ostrzeżenia, bo po solidnym uderzeniu w głowę obudzi się w opuszczonym budynku. Gdy otworzy oczy zobaczy odrażający pysk leżącego na niej gwałciciela.

Kolejna produkcja TV zrealizowana na podstawie utworu z zbioru "Czarna bezgwiezdna noc" Stephena Kinga. Tym razem pisarz nie brał czynnego udział w tworzeniu obrazu. Realizacja projektu została jednak powierzona osobom wprawionym w filmowych adaptacjach.

Efekt jest bardzo dobry, zważywszy na ograniczenia budżetowe i wyzwanie jakie stanowi przeniesienie na ekran niekończących się wewnętrznych monologów bohaterów, jakie stanowią stały punkt prozy Kinga.

Bohaterką "Big Diver", jak to często bywa u Kinga, jest pisarka. Samotna kobieta w samotnej podróży narażona na niebezpieczeństwo typowe dla horrorowego schematu: Zła droga, a na złej drodze, zły człowiek i nieszczęście gotowe.

big driver

Tess nie trafia jednak na rodzinę kazirodczych kanibali, lecz na seksualnego dewianta, który gwałci i morduje swoje zdobycze. W filmie nie obejdzie się więc bez scen gwałtu. Nie są one tak brutalne jak w innych produkcjach wykorzystujący tenże nieprzyjemny wątek, ale mimo to mają solidny ładunek emocjonalny. W scenach, w którzy kierowca pastwi się nad Tess, King wykorzystuje to o czym w pierwszych fragmentach filmu mówi jego bohaterka: pisarz musi być znawcą ludzkiej duszy, ludzkich zachowań, musi widzieć to na co większość przymyka oczy, wypiera. Widzimy więc typowy efekt seksualnej traumy, rozdwojenie. Brutalnie wykorzystywana Tess opuszcza swoje zbolałe ciało i przygląda się całemu zajściu zza szyby, jako druga ona. To mechanizm obronny, który może mieć poważne konsekwencje, jak tak lubiane przez twórców filmów grozy, rozdwojenie jaźni, które najczęściej jet efektem seksualnych nadużyć. Osoba tworzy wtedy alternatywną osobowość by móc w ten sposób odciąć się od złych wydarzeń. To nie przydarza się TEJ , tylko TAMTEJ.

Twórca filmu bardzo fajnie to wykorzystał i fajnie przedstawił na ekranie. Jako że produkcje telewizyjne mają pewne ograniczenia, sceny brutalne nie trwają długo. Kiedy oprawca uzna, że już skończył z Tess, wynosi jej, jak sądzi, zwłoki i porzuca pod mostem. Gdy Tess odzyskuje przytomność i widzi, że ma obok siebie dwie martwe towarzyszki, wiemy, że próba jej morderstwa nie była debiutem. Z kolei cudowne ocalenie zgwałconej pisarki wywołuje automatyczne skojarzenie z "Pluję na Twój grób". Dalszy rozwój wydarzeń tylko potwierdza tę bardzo czytelną inspirację tej historii. Tess udaje się przeżyć i jedyne czego teraz chce, to zemsta.

big driver

Następna część filmu jest już mniej brutalna, więc wrażliwcy mogą odetchnąć. Druga połowa obrazu skupia się na wewnętrznych przeżyciach Tess. Widzimy jak szuka przyczyny nieszczęścia, które ją spotkało, jak knuje by znaleźć winnego. Wykorzystuje tu swoją wprawę w tworzeniu pokręconych aczkolwiek logicznych scenariuszy wydarzeń. W ten sposób szybko trafia na właściwy trop, a przed widzem otwiera się ostatni rozdział: dokonanie zemsty.

Widzicie więc, że King stworzył tu historię bardzo uległą schematowi. Wcale się z tym nie kryje, bowiem wkłada w usta swojej bohaterki wiele rzeczowych argumentów na obronę takiego prowadzenia akcji. Staje więc w obronie wszystkich horrorów, którym zarzuca się brak logiki i zbyt naiwne podejście. Broni bohaterów, których ponoszą emocje, którzy popełniają błędy. Przekonuje, że każdy człowiek, nawet samotna pisarka śpiąca w łóżku z kotem może odnaleźć w sobie siłę by dokonać czynów absolutnie nietypowych i wymykających się logice. W ten sposób góruje nad typowymi opowieściami z gatunku rape and revegne, bo dzieli się z widzem swoją znajomością tematu,a  tym tematem jest człowiek.

Sama postać pisarki ma solidne podwaliny by budzić sympatię. To silna, charakterna kobieta. Ma swoje małe szaleństwa, która czynią ją wyjątkową. Żyje samotnie, ale wcale nie jest samotna, bo w swojej głowie nieustannie znajduje towarzystwo postaci, które tworzy w powieściowym świecie. Gada z kotem, z GPS'em. Można rzecz, walnięte babsko, ale ja odebrałam to jako wyjątkowo rozwinięte porozumienie z samym sobą. Te wszystkie głosy, to tak naprawdę jej podświadomość. Nikt nigdy nie doradzi nam lepiej niż my sami, czyż nie? Taka właśnie jest Tess.

big driver

Odtwórczyni jej roli wywiązała się z powierzonego zadania całkiem dobrze, choć nie spodobała mi się tak bardzo jako kreatorka roli Darcy w "Dobrym małżeństwie". Miłą niespodzianką była dla mnie mała rólka Joan Jett.

Jeśli chodzi o całościowe wrażenie, to jest ono jak najbardziej pozytywne. Mimo całej wtórności, historia stara się wnieść coś nowego, więc myślę, że warto się z nią zapoznać.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

Walory techniczne:7

65/100

W skali brutalności:4/10

niedziela, 04 stycznia 2015

A Good Marriage/ Dobre małżeństwo (2014)

dobre małżeństwo

Darcy i Bob świętują w gronie rodziny i przyjaciół 25 rocznicę ślubu. Tuż po tym kobieta odkrywa w garażu męża skrytkę, w której znajdują się dowody zbrodni, do jakiej popełnienia przyznaje się seryjny morderca o pseudonimie 'Beadie'.

Nikt nie wie kim jest facet ,który wciągu blisko trzydziestu lat zamordował tuzin kobiet. Nikt, oprócz jego żony...

dobre małżeństwo

"Dobre małżeństwo", film w reżyserii Petera Askin'a, powstał na podstawie opowiadania Stephena Kinga umieszczonego w zbiorze "Czarna bezgwiezdna noc". King jest też autorem scenariusza i to on odpowiada za rozbudowanie historii do rozmiarów pełnometrażowego filmu.

Opowiadania nie znam, nie znam całego zbioru "Czarna bezgwiezdna noc", więc ciężko mi powiedzieć, czy King zmienił coś w fabule, czy kurczowo trzymał się pierwowzoru. Jakkolwiek było film wyszedł bardzo zgrabnie, choć zapewne opowiadanie, znając styl Kinga, dużo bardziej skupia się na meandrach duszy bohaterów.

Historię otwiera scena ukazująca sielankę małżeńskiego życia. Wspaniała para, dojrzała kobieta i jej dość jeszcze atrakcyjny mąż bawią się na przyjęciu, on daje jej prezent, a później celebrują rocznice w małżeńskiej sypialni. Niebawem Bob, który hobbystycznie zajmuje się zbieranie monet wybywa w poszukiwaniu kolejnego skarbu, a Darcy szukając w garażu baterii natrafia na małe czerwone pudełeczko... i to zmienia jej życie.

dobre małżeństwo

Przez całą noc bije się z myślami zastanawiając się jak to możliwe, że mężczyzna u boku, którego spędziła pół życia, dobry ojciec, odnoszący sukcesy zawodowe księgowy, pasjonat starych monet i w gruncie rzeczy bardzo sympatyczny człek mógł torturować, gwałcić i mordować przez wszystkie lata ich małżeństwa? Nie zdradzając się przy tym choćby najmniejszym gestem?

Darcy zaczyna lekko odwalać, pojawiają się halucynację i bardzo intensywne wizje przyszłości jaka czeka ją i jej rodzinę, gdy oficjalnie zostaną pobratymcami najbardziej znienawidzonego faceta w Ameryce.

Darcy nie wie, co zrobi gdy mąż wróci z wojaży.

dobre małżeństwo

Tu mamy ciekawy zabieg, bo jawa miesza się ze snem i tak naprawdę nie byłam pewna czy powrót męża, mrożąca krew w żyłach rozmowa w małżeńskim łożu to jej urojenie ,czy dzieje się na prawdę. Pewnie treść opowiadania klarownie przedstawia tę kwestię.

Show must go on.

Co ostatecznie zrobi Darcy, jak postąpi, jak sobie poradzi z czymś tak nie wyobrażalnym pozostawię w tajemnicy dla przyszłego widza, choć podejrzewam, że każdy kto zna Kingowski styl snucia opowieści i jego sposoby na rozprawianie się z bohaterami domyśli się, co będzie dalej :)

Thrller bardzo przypadł mi do gustu. Sama historia jest świetna.

Filmów o seryjnych zabójcach, o ich sposobie postrzegania rzeczywistości, tego jak maskują swoje zbrodnie, mamy od groma, ale mało kogo interesuje co dzieje się z ich bliskimi? King wmanewrował widza w rozważenie tej kwestii, w swoim stylu dowalił do pieca i oczywiście zrobił to bardzo skutecznie.

dobre małżeństwo

Duże brawa należą się filmowej obsadzie, szczególnie odtwórczyni roli Darcy, Joan Allen, którą bardzo lubię, szczególnie w tej dojrzalszej wersji. Świetnie wywiązała się z niełatwej roli, choć partnerujący jej Bob, Anthony LaPagila, też poradził sobie dobrze.

Właściwie nie mam żadnych zarzutów wobec tej produkcji, szkoda, że nie znam pierwowzoru, pewno mogłabym się do czegoś przyczepić:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 21 czerwca 2014

Rose Red/ Czerwona róża (2002)

rose red

Joyce Reardon, specjalizująca się w parapsychologii Pani naukowiec i wykładowca uniwersytecki od lat marzy o zbadaniu największego skupiska niezwykłych wydarzeń jakie mieści się w Seatlle, domu Rimbauerów zwanym "Czerwoną różą".

Dom nosi miano miejsca przeklętego, nawiedzonego, od lat ginęli tam w niewyjaśnionych okolicznościach ludzie, w tym, mieszkańcy domu. Od dłuższego czasu dom stoi zamknięty, jego spadkobierca planuje jego wyburzenie, jednak Joyce po raz ostatni pragnie obudzić duchy domu i na własne oczy przekonać się, że w "Czerwonej róży" straszy.

rose red

Jest bardzo zdeterminowana. Z własnej kieszeni organizuje eksperyment, do którego zaprasza ludzi posiadających nadprzyrodzone zdolności.

Na piedestał wyniesiona jest tu autystyczna nastolatka Annie, która posiada zdolności telekinetyczne i telepatyczne równe Kingowskiej "Carrie". Annie przybywa do czerwonej róży wraz ze starszą siostrą.

Do ekipy Pani naukowiec należą także spadkobierca domu Steve, teoretycznie nie władający żadnymi siłami, po za urokiem osobistym, Telepata Nick, jasnowidząca Pam odgadująca przeszłość po dotknięciu danego przedmiotu, medium i jasnowidz czytający przyszłość Emery, Kathy specjalizująca się w piśmie automatycznym oraz Victor, który... eh nie pamiętam;)

Wszyscy spotykają się w "Czerwonej róży" by być świadkami spektaklu, jaki wystawią dla nich duchy domu.

rose red

Scenariusz miniserialu, trwającego grubo ponad dwieście minut, wyszedł z pod pióra Stephena Kinga.  Historia inspirowana była powieścią "Z dziennika Ellen Rimbauer", autorstwa pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Joyce Reardon opisującej wydarzenia z przed "Czerwonej róży" . Sama powieść wydaje mi się ubarwioną wersją historii domu Winchesterów. Punktem wspólnym jest tu na pewno historia nieco obłąkanej właścicielki domu, która za radą medium rozbudowuje swoją upiorną chałupę, aby w ten sposób uniknąć śmierci.

Bardzo widoczne są także nawiązania do powieści Shirley Jackson "Nawiedzony", a także do innych mniej znanych, ale bardzo klasycznych opowieści o duchach nawiedzonego domu.

Po "Lśnieniu" w wersji miniserialowej, którą wyprodukował i stworzył King mam jakiś wstręt do jego scenariuszy. Facet ma manie rozwlekania fabuły, pieczołowitego podkreślania wszystkich elementów.

Efekt jest taki, że dopiero w drugim 'odcinku' miniserialu "Czerwona róża", czyli po jakiejś godzinie trafiamy wreszcie do nawiedzonego domu. Jeśli po drodze nie pomrzemy ze starości doczekamy się akcji właściwej.

Wcześniej dokładnie poznajemy naszych bohaterów. King skupia się tu na Annie, która do złudzenia przypomina jego "Carrie", nawet akcja z kamieniami spadającymi na dom sąsiadów dziewczynki jest niemal identyczna jak ta, którą opisywał w swojej debiutanckiej powieści.

Fragmenty z Annie są dość ciekawe, mimo tej widocznej kalki. Bardzo podobała mi się sama postać jak i kreacja aktorska w wykonaniu Kimberly Brown. Annie nie wiele mówi, za to często uśmiecha się tajemniczo, jakby doskonale wiedziała do czego zmierzaj wydarzenia w "Czerwonej róży". Joyce ma na jej punkcie obsesje, wierzy, że mała jest kluczem do rozwikłania tajemnicy domu, sposobem na obudzenie upiorów.

rose red

Sama Joyce wykreowana przez aktorkę której nie trawię, mianowicie, Nancy Travis, jest postacią, która w trakcie seansu przechodzi coś na kształt metamorfozy. Z poważnego naukowca zmienia się w nawiedzone babsko, które ostro świruje i z czasem nie obchodzi ją już nic za wyjątkiem feralnego domu i jego mocy. Nie użala się nad losem tych członków swojej ekipy którzy stracą życie a w końcu także i nad własnym.

Najbardziej tajemniczą karta z talli jest dziedzic czerwonej róży, wnuk Ellen Rimbauer, Steve. Pozornie nic nie może, a jednak!

Po za Joyce szansę na wzbudzenie największej antypatii u widzów ma maminsynek Emery, który przez większość filmu pluje jadem na pozostałych bohaterów. Bardzo polubiłam za to Nicka, bystrego faceta, który lubił rzucać sarkastyczne uwagi.

Rozpisałam się tyle na temat bohaterów, bo w przypadku tej historii lwia część fabuły jest poświęcona nie na prezentację zjawisk paranormalnych tylko właśnie na interakcje pomiędzy zgromadzonymi. Czasami miałam lekkie wrażenie, jakbym oglądała nagranie z castingu na debila roku a nie film grozy;)

Zjawiska nadprzyrodzone jakich doświadczają bohaterzy w "Czerwonej róży" są dość pomysłowe. Wszytko opiera się na schemacie labiryntu. Jak powiedział Steve jednego dnia naliczysz w domu 80 pokoi następnego 95. Układ pomieszczeń i korytarzy również się zmienia, toteż cała fabuła filmu sprowadza się do błądzenia po domostwie i przyległym ogrodzie. Duchy domu podstępem starają się zwabić protagonistów w pułapki.

rose red

Jak na miniserial muszę przyznać ze realizacja projektu jest całkiem przyzwoita, dość ciekawe efekty, nie najgorsze aktorstwo, świetna muzyka tylko, na boga, nie dało się go trochę skrócić???

Element komediowy: Stepehen King jako dostawca pizzy;)

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:7

Klimat:7

Zaskoczenie: 5

Zabawa:6

Napięcie:6

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

63/100

W skali brutalności: 1/10

środa, 21 maja 2014

Pet Sematary/ Smętarz dla zwierzaków (1989)

&

Smętarz dla zwierzaków - Stephen King

stephen king

smętarz dla zwierząt

Zgodnie z obietnicą, dziś będzie o jednej z moich ulubionych książek Stephena Kinga i o jej ekranizacji z roku 1989, którą zawdzięczamy reżyserce Mary Lambert i samemu Kingowi, który jest autorem filmowego scenariusza.

Fabuła historii "Smętarza dla zwierzaków" rozpoczyna się od przeprowadzki rodziny Creedów do Ludlow. Louis, z zawodu lekarz wraz z żoną Rachel, córeczką Ellie  synkiem Gage'm kupuje dom położony przy ruchliwej drodze. To właśnie z jej powodu w zagajniku za domem Creedów powstał "Smętarz dla zwierzaków" - nieszczęsnych ofiar wypadków na drodze. Sam smętarz choć jest miejscem nieco upiornym nie nosi znamion miejsca o paranormalnych właściwościach, jednak tuż za nim znajduje się coś nie tylko upiornego, ale i posiadającego niezwykłe właściwości.

smętarz dla zwierząt

smętarz dla zwierząt

"Ziemia serca mężczyzny jest kamienista"- jak stwierdza przyjaciel i sąsiad Louisa, sympatyczny staruszek Jud- kamienista jak ziemia na cmentarzu Micmaców, starego indiańskiego plemienia. To właśnie indiańskie cmentarzysko ponownie stanie się 'głównym bohaterem' powieści Kinga.

Pierwsza część historii to zaledwie wierzchołek góry lodowej, która będzie sukcesywnie sunąć w niebezpiecznym kierunku. Pierwszym złym doświadczeniem w nowym miejscu jest śmierć młodego chłopaka, który umiera na rękach Louisa w pierwszym dniu jego pracy.

Dalej jest już tylko gorzej.

W listopadową noc ukochany kot Ellie podzielił los innych zwierzaków, które zginęły pod domem Creedów. W tym tragicznym momencie Louisowi z pomocą przybywa Jud. Staruszek pomaga mężczyźnie zakopać kota jego córki nie ma smętarzu dla zwierzaków, lecz dalej, na kamienistym cmentarzu Indian. Louis nie domyśla się dlaczego i po co. Jednak, gdy następnego dnia kot powraca cały i zdrowy zaczyna rozumieć z jak niezwykłym miejscem ma do czynienia.

smętarz dla zwierząt

"Smętarz dla zwierzaków" to historia o próbach radzenia sobie ze śmiercią bliskich. Pojawiają się w niej duchy zmarłych. Duchy pomocne i duchy mściwe. Pojawiają się wizje napędzane strachem. Pojawiają się w niej ludzie, którzy zrobią wszytko by uniknąć tego, co nieuniknione. Przesłanie Kinga jest proste: są rzeczy gorsze niż śmierć, trzymanie się pazurami życia nie przynosi nic dobrego. Nikt nie wraca z tamtej strony taki sam...

"Pamiętaj o mnie doktorze Creed. Żyłem a potem umarłem i znów żyję. Byłem tam i chcę Ci powiedzieć, że kiedy wracasz z tamtej strony nie masz ochoty mruczeć lecz polować. Jestem tu by ci powiedzieć, że mężczyzna hoduje co może i opiekuje się tym. Nie zapomnij o tym doktorze Creed. Jestem częścią tego co hodujesz w sercu. Twoja żona, córka syn i ja. Pamiętaj o sekrecie i pielęgnuj swój ogród".

To mój ulubiony cytat z książki.

smętarz dla zwierząt

Książka bez mała mnie przeraziła. W takim samym stopniu jak czytałam ją pierwszy raz, wiele lat temu. Jest w niej coś przygnębiającego:

Postać Churcha, który powraca z zaświatów tylko po to by zostać odepchnięty przez tych, którzy się nim opiekowali (swojego Behemotha kochałabym nawet w wersji zombie:), postać Zeldy, obłąkanej z bólu siostry Rachel, która nie była dla bliskich niczym innym jak żywym trupem, wreszcie sam Louis, który chcąc nie chcąc sprowadza na rodzinę tragedię. Jego postać jest niejednoznaczna, coś jak Jack Torrence, tkwiący między opętaniem przez 'złe miejsce' a wewnętrznym szaleństwem.

Pomyśleć, że do jej wydania w ogóle mogło nie dojść, bo autor nie był z niej zadowolony. Napisał ją pod wpływem impulsu. Pomysł podsunęło mu zdarzenie z udziałem jego własnego syna, który to prawie wpakował się pod ciężarówkę. Stephen zaczął gdybać, a co by było... i tak zrodziła się główna oś fabuły powieści.

Jeśli chodzi o film, to mimo iż autorem scenariusza był sam pisarz, to daleko mu do ideału. Zupełnie nie przypadła mi do gustu obsada. No, może po za kotem:)Choć nie powiem, mój gwiazdor lepiej by się nadawał.

Kilka elementów w fabule zmieniono, nie mam tu na myśli tylko marki papierosów, które pali Jud:) Wycięto postać, Normy, zmieniono pierwszą scenę, w której Louis poznaje sąsiada, zmieniono dialog pomiędzy umierającym Victorem, a doktorem, który w książce robi piorunujące wrażenie.

Przyznam, jednak, że podobał mi się motyw ducha- przewodnika, w książce Victor nie towarzyszy bohaterom aż tak 'namacalnie'.

smętarz dla zwierząt


Najwyraźniejszym plusem obrazu jest filmowa muzyka, dzieło tego samego twórcy któremu zawdzięczamy ścieżkę z "Wywiadu z wampirem".

Element komediowy? Stephen King w roli księdza;).


smętarz dla zwierząt

Moja ocena:

Książka:10/10

Film:7/10

 
1 , 2
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl