What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: survival horror

niedziela, 09 lipca 2017

The Deep End aka 12 feet deep (2016)

deep end

Bree właśnie zaręczyła się ze swoim chłopakiem, Davidem i zamierza powiadomić o tym dawno niewidzianą siostrę Jonnę, w czasie spotkania na basenie.

Kiedy rozmawiają nadal nie poruszywszy kluczowego tematu pada komunikat, że lada moment basen zostanie zamknięty w związku z przedłużonym weekendem. Wtedy Bree orientuje się, że zgubiła swój cenny pierścionek zaręczynowy. Jej siostra wypatruje go na dnie basenu utkwionego w kracie.

Gdy dziewczyny usiłują odzyskać zgubę pokrywa basenu zamyka się a pracujący tam nadzorca wychodzi z budynku do domu. Bree i Jonna są uwięzione pod pokrywą i nie bardzo mogą liczyć na ratunek.

Twórców "The deep end" nie nazwałabym poszukiwaczami oryginalnych rozwiązań fabularnych. Ich nazwiska kojarzą mi się z filmem "Victim" z 2010 roku, będącego dość bezczelną kalką "Skóry w której żyję".

"The deep end" też oryginałem nie jest. Jest to kolejny thriller utrzymany w klimacie survivalu i traktujący o uwięzieniu w wodzie.

Co prawda mamy tu ograniczoną przestrzeń basenu zamiast naturalnego akwenu, gdzie czekać mogą dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z tubylczymi stworzeniami.

Z uwagi na to będzie zdecydowanie mnie emocjonująco. A może wcale nie chodzi o to? Myślę, że scenariusz filmu kulał od początku. W tego rodzaju filmach, jeden na jeden z dwojgiem aktorów ważne jest by dobrze zarysować ich wzajemne relacje. Wątków należnych filmom grozy mamy tu nie wiele więc atmosferę trzeba budować za sprawa wątków dramatycznych. Tych mamy tu urodzaj, ale poprowadzonych tak płasko, że efekt jest silnie kanciasty.

deep end

deep end

Obydwie siostry są bardziej irytujące niż interesujące. Ich historia, kwestia trudnego dzieciństwa jawi się ciekawie, ale są to motywy zupełnie nie wykorzystane, podobnie jak w przypadku trzeciego aktora dramatu, który w końcu pojawi się na scenie. Tak naprawdę to ciężko jest zrozumieć motywację bohaterów. Wszyscy są emocjonalnie rozjechani.

Wątki survivalowe, jak wspomniałam wypadają dość wtórnie, a ich prowadzenie jest bardzo nierówne. Na pewno znajdziecie tu całą masę 'ale', a co bardziej upierdliwi, będą kląć na logikę zdarzeń.

Powiem szczerze, że bardzo lubię tego rodzaju historie: Uwięzieni przez własną głupotę, albo złośliwy splot zdarzeń. Jednak w przypadku tego konkretnego filmu trudno mi mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W sakli brutalności:1/10

środa, 05 lipca 2017

La Cueva (2014)

la cueva

Pięcioro znajomych, Ivan, Jaco, Carlos, Begona i Celia wybierają się na kemping na odludnej wyspie. Rozbiwszy obóz blisko plaży spędzają czas popijając i popalając trawkę. Nazajutrz natrafiają na interesujące znalezisko w postaci jaskini. Męska część ekipy postanawia spenetrować to miejsce ciągnąc ze sobą niechętne dziewczyny. Ich plan nie zakładał jednak dłuższej wyprawy jednak szybko okazuje się, że weszli głębiej niż zakładali i ni mniej ni więcej zgubili się.

"La Cueva" z hiszpańskiego znaczy tyle co jaskinia. To właśnie jaskinia będzie tu głównym antybohaterem, jeśli tak to można ująć.

W przeciwieństwie do chociażby bardziej popularnego "Zejścia" i jego sequelu młodzi bohaterzy nie odkryją w niej nic ponad klaustrofobiczne skalne labirynty. Fabuła koncentruje się więc wokół wątków czysto survivalowych: Jak grupa kompletnie nieprzygotowanych osób ma przetrwać w nieznanym miejscu?

Można rzec, że protagoniści są sami sobie winni, bo co to za pomysł by schodzić do jaskini z jedną butelczyną wody, paroma latareczkami i kamerą? Ja jednak w pełni rozumiem ich zapędy, bo sama zwykłam się pchać gdzie nie powinnam i cóż, w świecie horroru zawsze zdarzają się mniej logiczne sposoby na zawiązanie akcji.

Film stanowi reżyserski debiut Alfredo Montero wspieranego przez współtwórce scenariusza w osobie Javiera Gullón'a. Tego drugiego Pana już powinniście znać i skojarzenia z jego pracą powinny być raczej pozytywne, bo ma na koncie prace przy takich filmach jak "Wyspa zaginionych". Ostatnimi czasy kręci za oceanem i tu przyczynił się do "Enemy", czy dramatu "Aftermath". Ciężko mi ocenić potencjał debiutującego reżysera po jednym filmie, ale instynkt mi podpowiada, że doświadczenie Gullón'a bardzo tu pomogło.

Mamy tu całkiem ciekawy przekrój postaci. Może nie nazwałabym ich charakterystycznymi, ale mimo, że wpisują się w pewien schemat to mogę rzec, że śledząc ich poczynania byłam w stanie wyrobić sobie o każdym z nich jakieś zdanie.

Jak często bywa w przypadku debiutów w świecie horroru reżyser postawił na konwencję paradokumentu, pozornie mniej wymagającego Zamiast klasycznego sposobu kręcenia mamy bohaterów i operatorów w jednym.

Powiem szczerze, że początek seansu nie nastroił mnie optymistycznie, ale moja opinia ewoluowała z minuty na minutę. Od punktu kulminacyjnego kiedy sytuacja naszych bohaterów stała się bardziej dramatyczna, a zagrożenie śmiercią coraz bardziej realne, wzrosło napięcie i moje zaangażowanie w tą historię.

la cueva

la cueva

Jak wspomniałam wrogiem grypy młodych ludzi jest tu sama jaskinia. Z czasem, gdy mijają kolejne godziny, a w końcu dni, protagoniście zwracają się przeciwko sobie, a ludzkie odruchy zastępuje zwierzęcy instynkt przetrwania. Tu nie zdradzę szczegółów, ale możecie sobie wyobrazić co też mogło przyjść co niektórym do głowy.

Bardzo przypadł mi do gustu klaustrofobiczny klimat uzyskany za sprawą ciasnej przestrzeni, lichego oświetlenia i tej jednej kamery, która ma oko na wszytko. Wiadomo, że można ponarzekać na stabilność obrazu, ale moim zdaniem nie było wcale najgorzej.

Film odnotowuje jak najbardziej na plus, zarówno pod kątem treści jak i formy. Nie mam zarzutów.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 31 października 2016

Land mine goes click aka Nagmi (2015)

land ine goes click

Narzeczeni Alice i Daniel w towarzystwie przyjaciela Chrisa zwiedzają dzikie tereny Gruzji. Jak bardzo dzikie, przekonają się bardzo szybko. Mina przeciwpiechotna, na której stanie Chris to początek. Próba uratowania przyjaciela będzie bardzo kosztowna dla jasnowłosej bohaterki, kiedy desperacko będzie szukać dla niego pomocy.

W zasadzie na tym opisie powinnam poprzestać, bo spoilery mogą bardzo zaszkodzić Waszemu odbiorowi tego filmu. A szkoda by było, bo ta historia ma szanse wzbudzić w Was silne emocje.

Słowem wstępu powiem, że jestem filmem bardzo mile zaskoczona. Moje ostatnie spotkanie z gruzińskim kinem grozy nie zaowocowało dobrą renomą jaką sobie u mnie mogli wyrobić. Co ciekawe nadziałam się tu na tego samego reżysera, Levana Bakhie, który zadebiutował survivalem w saunie w "247 F". Już wtedy stwierdziłam, że facet ma dobre pomysły, ale wykonanie trąciło zbyt dużymi niedoróbkami, szczególnie na poziomie scenariusza.

land ine goes click

Nie wiem jaki był szeroki odbiór jego debiutu, ale widać gość zapału nie stracił i  dobrze, bo dzięki temu powstał "Land mine goes click". Thriller, o którym nie mogę Wa powiedzieć wiele ponad to, że jest wart obejrzenia jak diabli.

Swoją strukturą przywodzi na myśl takie obrazy jak "Eden lake", "Ostatni do po lewej". Internety już krzyczą, że posługuje się formułą rape& revagne, plakaty nie pozostawiają wątpliwości, że dochodzi tu do tego rodzaju przemocy. Śledząc fabułę w pewnym momencie nie będziecie mieć już wątpliwości, że tragiczna sytuacja naszej bohaterki, Alice, zmierza właśnie do punktu, w którym stanie się obiektem seksualnym dla zwyrodnialca.

Ale po kolei. Film nie zapowiadał się jakoś wybitnie. Wstęp wskazywał na słaby slasher z trójką bohaterów w dziczy. Ktoś mógł ich napaść, wydymać i pozabijać. Ale nie. Ten film jako jeden z nielicznych pokazuje jak rodzą się takie chore sytuacje, jak z przypadku rodzi się premedytacja.

To jak nieszczęsny Chris znalazł się na minie zostawię w sferze niespodzianek, to będzie bardzo chora niespodzianka. Mamy więc Chrisa na minie i jego kumple Alice próbującą jakoś go z opresji wyratować. Chłopaczyna nawet nie może drgnąć, bo jeśli to uczyni ina wybuchnie. Są biedaczyska sami na pustkowiu dopóki z odsieczą nie przybędzie miejscowy pijaczek. Facet ma zakazaną mordę i nie po kolei w głowie. Sposób w jaki pogrywa sobie z młodymi turystami przywodzi na myśl zagrywki gnojków z "Funny games". Myśleliście, że rzuci się na bidulkę, zedrze majtochy i zapuści swojego freda? Otóż nie. Szczęśliwie nie mamy tu do czynienia z długą sekwencją gwałtu jak w"Pluję na twój grób", ale to nie znaczy, że jest przyjemnie jak na grzybobraniu. W pewnym momencie pomyślałam nawet, że Chris stojący na minie ma przed sobą o wiele radośniejszą perspektywę niż jego kumpela.

land ine goes click

Scenariusz Adriana Colussi dba by napięcie rosło powoli i mimo, że nikt nie ma złudzeń do czego ta sytuacja zmierza to i tak widz nie może być obojętny. Protagoniści mimo iż do ludzi kryształowych nie należą to jednak nie da się im nie współczuć. Nie da się też nie zakrzyknąć parokroć: ty głupia cipo, ty tchórzliwy pajacu. No cóż, emocje. Jesteśmy zmuszeni do moralnej oceny bohaterów, bo jak mówiłam świeci nie byli. Ich decyzje pozostawiają wiele do życzenia jeśli chodzi o racjonalne postrzeganie pewnych sytuacji, ale mogę powiedzieć, że mimo wszytko scenariusz zachowuje realizm na przyzwoitym poziomie.

Emocji jest tu masa i to one budują ten film. Sporo niespodzianek, ale nie powyciąganych z tyłka tylko zmyślnie i konsekwentnie dorzucanych by, jak to się mówi, dolać oliwy do ognia. Napięcie nie słabnie do ostatnich scen. Za scenariusz należą się ukłony.

Co do wykonania, to tu też nie mam zarzutów. Aktorstwo okej, zwyrol jest niepospolicie obmierzły, ofiary są ofiarne. Nie ma tu jakiś szczególnych wygibasów z kamera, postawiono tu na naturalizm bez zbytków. Sceny, które mają wzbudzić gniew, czy tam strach są zrobione tak by to faktycznie działało. Mamy tu większą brutalność pod względem kontekstu niż wizualizacji, ale pewnych rzeczy, no cóż, uniknąć się nie dało.

Podsumowując, film dla tych co to nie lubią się nudzić, cenią wartką akcję, klimat zaszczucia i solidny dramatyzm sytuacyjny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

71/100

W skali brutalności:3/10

poniedziałek, 05 września 2016

Numb / Śnieżna śmierć (2015)

numb

Will i Dawn mają poważne kłopoty finansowe. Bankructwo staje się coraz bardziej realne, gdy na ich drodze pozostawiona zostaje 'mapa skarbu'.

W czasie podróży małżonkowie zabierają z pobocza autostopowiczów, Cheryl i Lee. Wkrótce na ośnieżonej drodze zjawia się jeszcze jedna przybłęda, przemarznięty dziadzina, któremu jednak nie udaje się przeżyć.

To on pozostawia bohaterom 'mapę skarbu' w postaci współrzędnych GPS gdzie ukryty jest łup z napadu na bank.

Cała czwórka bohaterów nie ustraszenie rusza szlakiem ukrytych bogactw.

"Śnieżna śmierć" to kanadyjski thriller utrzymany w klimacie survivalu. Protagoniści zostają tutaj przedstawieni jako desperaci szukający złota w dramatycznie kiepskich warunkach pogodowych.

Pierwszym co się rzuca w oczy śledzącemu fabułę, to nieokiełznana głupota. Ten film mógłby się nazywać "Dumb" nie "Numb", dając tym samym świadectwo o kondycji umysłowej naszych poszukiwaczy skarbu.

Cała czwórka porywa się tu z motyką na słońce. Zupełnie nieprzygotowani, nie mając nawet głupiej saperki, która pomogłaby im wykopać łup idą niebezpieczną trasą jaką wskazuje GPS. Niemal zamarzają żywcem, nie mają prowiantu, zaś jeśli chodzi o Cheryl i Lee to nie mają nawet stosowniejszych ciuchów.

numb

To chyba prawda, że pazerność przyćmiewa umysł i jeśli spojrzeć na to z tej strony, to mogę usprawiedliwić scenarzystę - ukazał to porzekadło w praktyce.

Nie mniej jednak, każdy widz będzie urągał na głupotę bohaterów, którym w teorii miał kibicować. Wiecie co mnie najbardziej rozbawiło? Nikt nie wpadł na pomysł rozpalenia ogniska. Cheryl jarała jednego fajka za drugim, więc zakładam, że wszyscy zdawali sobie sprawę ze zbawiennej siły zapalniczki, a jednak, odmrożenia nie były im straszne. Istne szaleństwo. Nawet jeśli scenarzysta założył sobie, że motorem napędzającym akcje ma być desperacka chęć wzbogacenia się to moim skromnym zdaniem trochę przegiął i zadziałał na niekorzyść dla wiarygodności obrazu.

numb

Jestem jednak wyrozumiała dla filmów survivalowych, zawsze pojawiają się jakieś przejaskrawienia.

Z uwagi na to, że lubię horrory i thrillery 'na śniegu', wizja zamarznięcia bardzo na mnie działa, nie uważam tego obrazu za całkowicie przegrany.

Ostatecznie idiotów w naszym pięknym świecie nie brakuje, tu mamy bardzo ewidentne egzemplarze.

Jeśli chodzi o zimowy klimat filmu, to sprawdza się, jest okej, wieje chłodem.

Aktorstwo może nie najwyższych lotów, ale jak na produkcję dla TV (?) jest całkiem dobrze i to też niewątpliwy plus, bo w zasadzie mamy tu tylko czterech bohaterów.

Jak dla mnie jest więc całkiem w porządku, ale nie sądzę by ta produkcja zasłużyła na jakieś większe pochwały.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 02 września 2016

Edge of Winter (2016)

edge of winter

Elliot po rozstaniu z żoną stara się utrzymać dobry kontakt z synami, co nie jest łatwe. Zaprasza ich do siebie na parę dni i postanawia wdrożyć chłopców w prawdziwe męskie zabawy. Zabiera ich w plener i uczy strzelać. Starszemu pozwala prowadzić samochód, młodszego częstuje piwkiem. Właśnie w czasie tych uroczych rodzinnych chwil przydarza im się wypadek. Ich samochód grzęźnie w zaspie. Co teraz robić? Ojciec czuje się silnie zmotywowany do zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa w tej trudnej sytuacji zwłaszcza, że może to być ich ostatnie spotkanie.

Filmy w zimowej scenerii to coś co lubię, więc bez zbytniego zainteresowania opisem fabuły sięgnęłam po nowy thriller Roba Connolly'ego - nie znam gościa, na podstawie scenariusza Kyle'a Manna, scenarzysty "Resetu".

Wybór okazał się całkiem dobry, bo "Edge of winter" to niezłe kino zarówno dla miłośników survivali jak i psychologicznych thrillerów.

Sytuacja w jakiej postawieni zostali trzej bohaterzy budzi skojarzenie z filmami o walce z naturą. Tu mamy leśne pustkowie w środku śnieżnej zimy. Jednak te niesprzyjające okoliczności do dopiero wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym wrogiem bohaterów będzie szaleństwo.

edge of winter

Nie chcę się tu zbytnio wdawać w szczegóły bo po co, ale jest to film o niezwykle silnej desperacji, która prowadzi do szeregu nieszczęść i budzi grozę. No, dobrze, może nie jest to film najstraszniejszy, ale budzący nieprzyjemne myśli.

Scenariusz jest dobrze przemyślany, mimo, że w gruncie rzeczy jest prosty - podobnie było zresztą w przypadku wspomnianego "Resetu".

Obsada, zarówno odtwórca roli ojca jak i wcielający się w role jego synów młodzi aktorzy trafiają w punkt.

Klimat w zasadzie robi się sam. Jak dla mnie las i śnieg to wystarczające argumenty.

edge of winter

Co może się w tym filmie nie podobać? Nie wiem, ale coś chyba może, bo oceny na mądrych portalach filmowych nie powalają, ale tak to już bywa.

Osobiście jakiś wielkich minusów nie dostrzegam, film jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 20 sierpnia 2016

In the deep (2016)

in the deep

Siostry Lisa i Kate są na wycieczce w Meksyku. Młodsza z sióstr, przebojowa Kate wpada na pomysł skorzystania z lokalnej atrakcji: nurkowanie w żelaznej klatce wśród rekinów. Strachliwa Lisa w końcu się zgadza.

Już po kilku minutach zabawy zaczynają się problemy. Wciągarka nie wytrzymuje i klatka wraz z dziewczynami opada na dno. Zamiast na pięciu, znajdują się teraz na 47 metrach głębokości. Rekiny żywo się nimi interesują, ale nie jest to największy problem bohaterek.

Po thriller "In the deep" sięgnęłam bez większego przekonania mając w pamięci lekkie rozczarowanie po ostatnim rekinim survivalu "183 metry strachu". Spodziewałam się czegoś na zbliżonym poziomie. A tu proszę, niespodzianka.

Od obrazów nastawionych na przedstawienie walki człowieka z naturą, oczekuję przede wszystkim emocji - bardzo żywych nie podkręcanych sztucznie przez iście paranormalną logikę wydarzeń. Niestety najczęściej logika nie jest mocną stroną takich scenariuszy przez co trudno o to, by emocje związane z kibicowaniem survivalowcom górowały nad irytacją i zniecierpliwieniem.

in the deep

Tu o dziwo, siedziałam jak na szpilkach i wcale nie miałam ochoty zbluzgać scenarzysty. Faktem jest, że ciąg nieszczęść jakich doświadczają protagonistki jest nad wyraz bogaty, ale ani razu nie czułam się oszukana.

Fabuła jest absolutnie prosta i nawet w pewnym stopniu przewidywalna, nie mniej jednak, potrafi wciągnąć, potrafi utrzymać permanentnie wysoki poziom napięcia.

Praktycznie od chwili gdy Kate i Lisa lądują na dnie emocje mnie nie opuściły. To chyba ta słynna Hitchcockowska zasada: najpierw trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Tu się to udało, w moim przypadku przynajmniej. Może miałam dobry dzień, bo przez parę dni odpoczęłam od oglądania filmów grozy wszelkiej maści, a może faktycznie mamy tu coś zaskakująco solidnego?

Filmy, w których mamy do czynienia z uwięzieniem bohaterów przez siły natury są chyba jednymi z moich ulubionych. Jedno niefortunne zdarzenie i jesteśmy w czarnej dupie. Co robić? No, ratować się za wszelką cenę.

Jako osoba skłonna do paniki, co może zaświadczyć każdy kto świadkował mojej histerii na Orlej w Tatrach, bardzo silnie utożsamiałam się z panikującą Lisą i z przyjemnością obserwowałam jej postępy w ogarnięciu się. Tu mamy sporo naciąganych sytuacji, ale szczęśliwie nie widzimy tu przemiany w Larę Craft. Postarano się nawet o ciekawy zwrot akcji.

in the deep

Filmowe zdarzenia są bardzo dynamiczne i praktycznie nie ma tu chwili wytchnienia. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, bo jak zacznę to już poleci.

Wszystko rozgrywa się pod wodą, więc naturalnie możemy powiedzieć tu o klaustrofobicznych nastrojach. Za chwilę nie będzie czym oddychać. No, chyba nie może być już gorzej.

Wizualnie wygląda to dobrze. Jeśli chodzi o rekiny to nie zachowują się jakoś nienormalnie, ale też po prawdzie nie na nich się tu skupiamy. Pojawiają się od czasu do czasu by wzbudzić jeszcze większy popłoch. Działa.

Aktorstwo jest okej, choć Mandy Moore raczej moją faworytka nigdy nie była.

"In the deep" spełnia oczekiwania jakie stawiam tego typu obrazom i jestem zadowolona, że tak skutecznie podniósł mi ciśnienie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

The Shallows/ 183 metry strachu (2016)

183 metry strachu

Nancy przybywa na odludną plażę w Meksyku by posurfować. Niegdyś urokiem tego miejsca zachwycała się jej zmarła matka. Teraz niejako w hołdzie jej, dziewczyna odtwarza jej przygodę. Problem w tym, że mama zmarła na raka będąc już kobietą w średnim wieku, matką dwóch dorosłych córek. Nancy zaś ma szansę pożegnać się z życiem już teraz. Wszystko za sprawą niefortunnego spotkania z wodnym drapieżnikiem. Gdy dziewczyna ląduje na mieliźnie rekin uniemożliwia jej drogę ucieczki. Przypływ się zbliża, lada moment zmyje naszą syrenkę wprost w paszcze rekina. Do bezpiecznego lądu musiałaby pokonać jakieś 200 metrów.

"183 metry strachu" jest reklamowany jako przełom w gatunku animal attack. Oczytałam się, że jego pojawienie się to odpowiedz na oczekiwania widzów zmęczonych zbyt fantazyjnymi sylwetkami zwierzęcych antagonistów. Miał być realistyczny i unikać błędów logicznych. Być może w porównaniu z ośmiorekinami, megapiraniami innymi dziwnymi hybrydami jest to film wybitnie poważny, jednak jak na takie deklaracje jeszcze zbyt bajkowy, jeszcze snuje się w okolicy kina klasy B.

Główna bohaterka, niejaka Nancy jest podręcznikową ofiarą katastrofy na łonie natury. Ma za sobą ciężkie chwile związane ze śmiercią matki, właśnie rzuciła studia medyczne, a szczęścia i spokoju szuka dokazując w oceanie.

Jest oczywiście piękna, jej ponętne ciałko migocze w blasku meksykańskiego słońca, a rozliczne zbliżenia na pośladki, czy biust jeszcze podkreślają wagę tragedii jaką będzie poharatanie tego działa sztuki naturalnej przez krwiożerczego potwora.

183 metry strachu

Nancy jest też sympatycznym dziewczęciem, jak wynika z jej otwartości na napotkanych tubylców. Popisom surferskimw pierwszej partii filmu wydaje się nie mieć końca. Dużo zwolnionych ujęć ukazuje nam rajskość pejzażu, po to właśnie by za chwilę z impetem zmącić ten piękny obrazek.

Pierwszym zwiastunem nieszczęścia jest martwy wieloryb, którego żałosne szczątki unoszą się na wodzie. Atak rekina przychodzi jednak dosyć nieoczekiwanie.

Stworowi możemy przyjrzeć się dość dokładnie, dokonać oglądu jego paszczy zupełnie inaczej niż to było w szlagierowych "Szczękach" gdzie widzieliśmy głównie jego płetwę grzbietową.

Rekin robi hopki jak delfin próbując chwycić ofiarę. Takie sceny będą się powtarzać. Im bliżej finału tym goręcej graficy komputerowi zabiegają o względy widza.'

183 metry strachu

Bohaterka znajduje schronienie na mieliźnie złożonej ze skał otoczonych koralowcem. Spędzi tak około doby, ranna, przerażona. Za towarzyszkę będzie mieć mewę - najlepsza rola w tym filmie - która to dzieli jej los rannej sieroty. Odkąd pojawiła się mewa wreszcie miałam komu szczerze kibicować. Nancy też zapunktowała u mnie troską o skrzydlatego przyjaciela.

183 metry strachu

Finał filmu rozegra się w ostatnich minutach przed przypływem. Nie obejdzie się bez ckliwych monologów i heroicznych rób podejmowanych ostatkiem sił. Finał dość prosty do przewidzenia, ale zdecydowanie in minus. Dlaczego? SPOILER: Scena w której Nancy sprytnie nadziewa rekina na szkielet boi zatopiony na dnie wody jest zaprzeczeniem tego co promocja krzyczała o realizmie scenariusza. Czy ten rekin miał jakieś problemy neurologiczne? Pływając w oceanie miał problem z oceną odległości? Zapierdzielił paszczą w dno aż mu się wygięła. To było mega słabe. KONIEC SPOILERA.

Najbardziej realistycznym fragmentem fabuły było spotkanie z miejscowym opojem. Gdy nasza bohaterka tkwiła na swojej mieliźnie na plaży pojawił się pijany w sztok facet. Nancy licząc na ratunek skierowała go wprost do swojego pozostawionego na plaży plecaka. Co zrobił ziomek? Ha, to co każdy ziomek. Można to nawet podciągnąć pod walor komediowy, gdyby nie tragiczny skutek tego spotkania.

No cóż, zmierzając do końca, muszę rzec, że film stanowi niezłą rozrywkę. Sporo wysiłku włożono w próby zbudowania napięcia i od przypadku do przypadku przynosiły one jakiś efekt. Nie mniej jednak "183 metry strachu" to żaden realistyczny survival, a kino przygodowe z elementami grozy. Ogląda się go przyjemnie, ale nie budzi zachwytu ani jakiś głębszych refleksji, co udało się chociażby w przypadku filmu "127 godzin".

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 30 czerwca 2016

Turistas/ Turyści (2006)

turistas

Grupa amerykanów podróżuje po Brazylii. Feralny wypadek autobusu sprawia, że lądują na wybrzeżu z dala od kurortów. Wędrując trafiają do wioski przy plaży, gdzie poznają pogodnych tubylców.

Wesoła zabawa kończy się o świcie, gdy półprzytomni orientują się, że brazylijscy towarzysze imprezy okradli ich niemal do majtów. Z pomocą jedynego pozytywnie nastawionego miejscowego przemierzają dżunglę by bezpiecznie dotrzeć do cywilizacji. Niestety miejscowi kradną nie tylko fanty...

"Turistas" to film utrzymany w konwencji survival horroru. Akcja toczy się w malowniczych i niebezpiecznych rejonach Ameryki Południowej.

Grupa młodych turystów nastawiona na dobra zabawę zostaje postawiona w sytuacji, w której muszą walczyć o życie. Dziesięciokilometrowe marsze przez leśną gęstwinę to nic w porównaniu z zagrożeniem jakie stanowią dla nich miejscowi.

Jak na survival, a tym bardziej jak na horror, film jest dość lekki. Przez większa część czasu nic strasznego się nie dzieje. Ot młodzi spotkali się z nieprzyjemnym przyjęciem, zostają wykorzystani i pozostawieni na pastwę losu.

turistas

Akcja horrorowa rozpoczyna się w punkcie, w którym młodzi docierają do pustego domu po środku lasu. To tu nastąpi spotkanie z właściwymi oprawcami.

Tu mamy zastosowany bardzo tani chwyt. Bardzo tani i bardzo niedopracowany. Filmów z tego rodzaju antagonistami mamy gro i "Turyści" z pewnością nie zaliczają się do grona tych lepszych.

Film ma swoje plusy, ale są raczej dalekie od tego, co czyni kino grozy kinem grozy. Ładne zdjęcia, przepiękne plenery, dużo zbliżeń na trzęsące się pośladki młodych brazylijek, sympatyczni bohaterowie - takie walory można by przypiąć do każdego filmu.

Jeśli chodzi to co ma straszyć, jest raczej licho. Finałowe sceny, gdzie dochodzi do bardziej gwałtownych akcji prezentują się marnie. Po pierwsze sam motyw agresorów, jak wspomniałam wypada blado. Przemowy argumentujące atak na młodych turystów są słabiutkie i toporne, a wizualizacja zamachu na ich życie naszpikowana jest błędami.

turistas

Na dodatek wyjątkowo słabe oświetlenie jakim zostają potraktowane finałowe sceny plenerowe rozgrywające się pod osłoną nocy, sprawia, że niewiele możemy zobaczyć. Jest jakiś chaos i zamieszanie i niewiele z tego wynika.

Z epilogu dowiadujemy się, że kluczowym postaciom włos z głowy nie spadł więc wszytko mieści się w ramach happy endu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 27 maja 2016

Deliverance/ Uwolnienie (1972)

uwolnienie

Czterech mężczyzn z Atlanty pod przewodnictwem zapalonego survivalowca Lewisa wyrusza na spływ po dzikiej rzece, której koryto niebawem zostanie zawłaszczone przez urbanistyczne plany władz Georgii.

W czasie wycieczki borykający się z wodnym żywiołem mężczyźni zostają zaatakowani przez dwóch miejscowych oberwańców. Bolesna konfrontacja mocno pokrzyżuje plany podróżników zmieniając spływ w walkę o przetrwanie.

Tytuł filmu błądził mi po głowie już od dawna. Zwróciłam na niego uwagę w czasie seansu z innym znanym horrorem survivalowym, "Droga bez powrotu". To tu ktoś od niechcenia rzuca tytuł szlagierowego w Stanach obrazu nawiązując tym samym do wydarzeń jakie miały miejsce we współczesnej produkcji. Miałam go w pamięci, podobnie jak "Z ziemną krwią" po seansie z "Sinisterem". Polowałam, polowałam, aż upolowałam.

"Uwolnienie" bardzo mile mnie zaskoczyło. Spodziewałam bujdy w stylu "Wzgórza mają oczy", gdzie motyw dziwnych niecywilizowanych społeczności podkręcony jest do granicy możliwości, tu tego nie ma. Jest natomiast czworo mężczyzn w średnim wieku, którzy ulubowali sobie dzikie podróże i właśnie wyruszają w kolejną z nich.

Ich sprawność fizyczna nie powala, więc nie ma tu miejsca na zagrywki w  stylu "Rambo", a tego można się obawiać, jeśli puścić czterech chłopa do dżungli.

Jako że zawsze znajdzie się jakiś Tarzan, tu mamy postać Lewisa. Lewis to miłośnik przyrody nie mogący odżałować niszczącego wpływu cywilizacji na piękno natury. To jednocześnie pomysłodawca wyprawy.

uwolnienie

Filmowy wstęp prezentuje nam po pierwsze piękne kadry obrazujące tło wydarzeń, po drugie wskazówkę odnośnie stosunków jakie łączą tubylców i przyjezdnych.

Nasi bohaterzy zmuszeni są nawiązać kontakt z miejscowymi, którzy jawią się im jako typowa banda sodomitów posuwająca kuzynów i całą zagrodę. Tylko jeden z mężczyzn, sympatyczny i poprawny Drew nie szydzi z ułomności jaka przypadła tubylcom.

Dalej możemy obserwować bogatą we wrażenia wizualne wycieczkę naszych protagonistów w dół rzeki. Walka z żywiołem bardzo ich pokrzepia jednak nie jest to jedyne z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Następnego dnia gdy dwóch z nich wyjdzie na brzeg na swojej drodze napotka dwóch lokalnych myśliwych. Tu mamy akcję, której kompletnie się nie spodziewałam: gwałt. Tak, formuła rape & revage zakłada takie widoki i nie są mi one obce, jednak chyba po raz pierwszy widziałam gwałt dokonany na mężczyźnie. Małe zdziwko.

Jeden z napotkanych myśliwych dobiera się do dupy Bobbyego ni mniej ni więcej obsadzając w niej swój sprzęt. Sceny są mocne, choć nie tak brawurowo dosadne jak np. w starym "Pluję na twój grób".

uwolnienie

Gdy sponiewierany grubasek zbiera swoją godność z leśnej ściółki drugi z sodomitów z zainteresowaniem ocenia oralne możliwości drugiego z podróżników. Na szczęście Bobby i Ed nie są sami, przybywa odsiecz. To jednak nie koniec kłopotów. Można rzecz, prawdziwy dramat zacznie się dopiero teraz.

To, co zawsze najbardziej urzeka mnie w survivalowych filmach to naturalizm. Żadnego zagrożenia o paranormalnej naturze, żadnego nieśmiertelnego mordercy, tylko ludzie i natura i ewentualnie jeszcze inni ludzie. Dobrze zrealizowany survival nie uderza w przesadę i nie naraża się na śmieszność. Tak jest w przypadku "Uwolnienia". Wszystko, co tu widzimy mogło się zdarzyć.

Film zaskarbił sobie nie małą uwagę publiczności za oceanem, został doceniony, odniósł sukces komercyjny, a obecnie znajduje się nawet na liście filmów stanowiących dziedzictwo narodowe Amerykanów.

Nie dziwię się temu, bo to solidne kino. W obsadzie zobaczymy wielu znanych hollywoodzkich aktorów, chociażby młodego Jona Voighta.

Ciekawscy mogą zapoznać się także z książką, na podstawie której powstał film napisanej przez twórce scenariusza.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 19 maja 2016

Sweet Home (2015)

sweet home

Alicia organizuje swojemu chłopakowi Simonowi romantyczną schadzke w jednym z opuszczonych mieszkań w starej kamienicy. Gdy młodzi rozkoszują się swoim towarzystwem do budynku wpadają nieproszeni gości. Grupa mężczyzn udaje się do jedynego lokatora starego budynku i morduje go prawie na oczach Alicii. Wtedy sprawcy orientują się, że opuszczony dom nie jest taki opuszczony. Teraz muszą pozbyć się świadków swojej działalności.

Jak zapowiada wstęp do "Sweet home", Hiszpania boryka się obecnie z dużymi problemami ekonomicznymi skutkującymi masowymi eksmisjami. Przedstawione tu statystyki mówią nam, że nie wszystkie wysiedlenia odbywają się zgodnie z literą prawa.

Dzięki tej informacji już wiemy, dlaczego dziadeczek, ostatni lokator starego budynku, musiał zginąć.

Sprawcy są może i zamaskowani, ale doskonale wiemy o co im chodzi, więc nastrój tajemnicy budowany wokół postaci intruzów w przykładnym home invasion w tym przypadku nie istnieje.

Panowie Zbirowie są bardzo bezwzględni, zaś nasza bohaterka bardzo głupia. Kilkakrotnie sama podkłada się potencjalnym oprawcom, sama doprowadza do wielu niebezpiecznych sytuacji narażając życie swoje i swojego ukochanego. Są to na tyle ewidentne gafy, że potrafią skutecznie zniesmaczyć widza. Jeśli chodzi o scenariusz to wiele brakuje tu do pełni szczęścia.

Na wysokim poziomie stoi natomiast realizacja. Zdjęcia, montaż, muzyka. Tu możemy poczuć się mile połechtani, bo za sporą część producenckich aspektów odpowiadają w tym filmie Polacy. Ha!

Właśnie to w dużej mierze zwróciło moja uwagę na ten właśnie obraz, hasło produkcja hiszpańsko - polska. Niestety jak wspomniałam o ile mogę pochwalić chociażby polskiego twórce odpowiadającego za udźwiękowienie doskonale grające na rzecz klimatu, to Hiszpanie odpowiadający za scenariusz nie popisali się zbytnio.

sweet home

Fabuła zbudowana jest względnie poprawnie jeśli spojrzeć na nią z daleka. Przy bliższym spotkaniu wychodzą jednak te wspomniane gafy, niedoróbki i zbytnie lecenie po łepkach.

Klimat jest fajny, co jest zasługą po pierwsze muzyki, po drugie zdjęć, po trzecie i najważniejsze wyboru lokalizacji: stara kamienica, odrapana, rozległa, pełna długich ciemnych korytarzy i klatka schodowa będącej głównym światkiem rozgrywających się tu dramatów i całkowita izolacja od świata zewnętrznego, za sprawą mroku nocy i niefajnych warunków atmosferycznych zagłuszających to, co dzieje się wewnątrz.

sweet home

Taki rozrzut między poziomem wykonania, a samą historią jest aż zadziwiający. Tyle wysiłku włożono w to by film wyglądał, a praktycznie zero starań o historię na której się opierał. Aktorstwo też wypada raczej biednie, więc mamy tu już przewagę minusów. Jeśli dołożyć do tego wysokie oczekiwania jakie budzi we mnie hiszpańskie kino grozy, mogę powiedzieć, że ten film się nie udał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:8

napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 2/10

wtorek, 29 grudnia 2015

Green Inferno (2013)

green inferno

Justine, córeczka prawnika z ramienia ONZ i grzeczna studentka snobistycznej uczelni postanawia przyłączyć się do lokalnych aktywistów zainteresowanych skazanymi na zagładę peruwiańskimi tubylcami. Wrażliwe serce dziewczyny łka żałośnie nad losem wycinanych lasów i uważa, że wchodząc do gry zbliży się do spraw bolących ją jeszcze bardziej- rytualnym obrzezaniom kobiet w krajach afrykańskich.

Wraz z przystojnym  charyzmatycznym Alejandro i grupą mu podległych studenciaków rusza wgłąb Ameryki Południowej by przykuwając się do drzewa uratować peruwiański las i jego mieszkańców.

Sprawy nie biegną jednak po jej myśli, a zwieńczeniem tego jest katastrofa samolotu.  Młodzi lądują w sercu dżungli. Będą mieli okazję osobiście poznać plemię, którego losem byli tak przejęci. Tubylcy powitają gości bardzo entuzjastycznie i z miejsca zapoznają ich z lokalną kuchnią, a także opieką medyczną;)

green inferno

Długo przyszło mi czekać na nowy film Eliego Rotha. Swoją premierę na świecie miał już dawno jednakże oficjalnymi źródłami nie dotarł wszędzie. Czy polska premiera kinowa w ogóle się odbędzie? Nie wiem.

Eli cały czas działa w świecie filmu, ale ostatnimi czasy bardziej jako producent niż reżyser, wspierając działania filmowe swoich druhów. To, że nakręci kolejny film i że będzie on bliski 'jego' estetyce było jednak pewne.

Tym razem zostawił w spokoju Europę i na wylęgarnie strachu obrał Amerykę Południową. Co zaskakujące, odwołał się do mocno zapomnianego nurtu horrorów kanibalistycznych. Myślę, że część widzów, podobnie jak ja w ogóle z owym nurtem nie miała styczności. Szczerze mówiąc kanibale mnie nie pociągają, chyba, że Ci tytułujący się lekarzami psychiatrii;)

Jednakże tego obrazu byłam bardzo ciekawa, a moją ciekawość podkręcał fakt jego niedostępności. Co i rusz widziałam w  sieci screeny z filmu zapowiadające niezła jatkę toteż postanowiłam za jego sprawą zapoznać się miłośnikami ludzkiego mięsa.

Z uwagi na to, że jestem kompletnie ciemna w tym podgatunku porównań z klasyką nie będzie, choć przewiduje, że Roth podszedł do tematu z należytą sumiennością. Wykorzystał chociażby roboczy tytuł najsłynniejszego horroru ludożerczego "Cannibal Hollocaust", który to w zamyślę scenarzysty miał właśnie nosić tytuł "Green inferno".

Co więc zaprezentował twórca?

Film ma dość długi wstęp. Zaserwowano nam potężną przystawkę nim przejdziemy do dania głównego. Najpierw poznajemy wspomnianych aktywistów, w tym naszą główną bohaterkę, Justine. Roth bardzo nieprzyjemnie potraktował organizacje zajmujące się 'ratowaniem świata'. Aktywiści w "Green inferno" to banda dzieciaków, którzy nie bardzo zdają sobie sprawę z tego co robią i po co. Ich przywódca to cynik, któremu zależy na rozgłosie. Mimo iż scenariusz najbardziej dokopuje zielonym- pomijając korporację, bo po nich akurat nikt nie spodziewa się nic dobrego - to i tak niektórzy stwierdzili, że film negatywnie wypacza obraz tubylczych ludów żyjących z dala od naszej cywilizacji. Coś w tym jest, bo ostatecznie jako główni antagoniści występują tu kanibale z peruwiańskiego plemiona, ale filmy grozy rządzą się swoimi prawami i w ich świecie każdy może być oprawcą, dziecko, pies, krowa, bóbr... W moim przypadku seans z tym filmem nie zaowocował stertą uprzedzeń wobec Indian, więc? To tylko film, no nie?

green inferno

Mniej więcej po trzydziestu minutach zaczyna się akcja właściwa, czyli katastrofa samolotu, który miał odstawić zielonych do bezpiecznego hotelu i ich spotkanie z plemieniem kanibali. Sceny brutalne zaczynają się już przy kraksie - polecą głowy. Chwilę później pojawiają się nasi domownicy, bardzo brutalnie traktują przybyszy. Część zabierają ze sobą, a trupy pozostałych wywieszają na kijach jak strachy na wróble dla zaznaczenia terenu. Młodzi lądują w klatkach tu tu zaczyna się walka o przetrwanie. Widzimy pierwszy posiłek kanibali. Nie wiem co mnie bardziej obrzydziło, czy proces jego przygotowania, czy obserwowanie jak starzy i młodzi wymalowani na czerwono tubylcy z apetytem i radością konsumują młodego Amerykanina.

green inferno

To niejako punkt kulminacyjny wszystkiego, i fabuły i napięcia. W mojej ocenie w późniejszej partii filmu ciśnienie spada. Doskonale wiemy co będzie dalej. Nie trudno domyślić się jaką ofertę kulinarną mają kanibale dla reszty towarzystwa. Także nagroda specjalna dla ulubienicy jest łatwa do odgadnięcia. Robi się więc trochę naiwnie. Roth najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo nawet w tragicznym położeniu bohaterów odnajdował okazję do żartów. Finał historii również nie zaskoczy, jednak epilog mnie dosyć zdziwił i to tak in plus.

"Green inferno" raczej nie sprawi, że pokocham horrory o ludożercach, ale bawiłam się nieźle. To brutalny film, trzeba mu przyznać. Nie wiem tylko jak odbiorą go osoby, które nurt ten poznały w oparciu o klasykę. Nie wiem czy zadowoli ich taka forma, jednak w latach osiemdziesiątych odbywało się to nieco inaczej. Mnie wizualnie pasował, zarówno sceny gore jak bajeczne plenery.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

To coś:6

Oryginalność:6

63/100

W skal brutalności:4/10

czwartek, 17 grudnia 2015

Splinter/ Cierń (2008)

cierń

Rezolutna Polly i jałopowaty Seth wyruszają na rocznicową wycieczkę na łono natury. Survival pod namiotem szybko przerasta ich możliwości organizacyjne, więc udają się do najbliższego motelu.

Po drodze stają się ofiarami napaści i uprowadzenia przez dwoje średnio rozgarniętych przestępców. Oberwaniec Denis i naćpana Lacey planują wraz z zakładnikami przedostać się do Meksyku, jednak na przeszkodzie staje im tytułowy cierń.

Dziwny kolczasty organizm funkcjonujący na zasadzie pasożyta po raz pierwszy spotykają na drodze gdy jego ofiarą pada pies, jednak dopiero po dotarciu na stację benzynową zobaczą do czego jest zdolny.

cierń

"Cierń" to jeden z tych nie do końca profesjonalnych, a jednak chwytliwych tytułów. Jego niedoróbki realizacyjne zarówno na poziomie scenariusza, jak i na poziomie wykonania mogą być jednocześnie odbierane jako wady jak i jako zalety.

Fabuła jest bardzo prosta. Czworo ludzi uwięzionych na stacji benzynowej i złowrogie coś uniemożliwiające im ucieczkę. Sam pomysł na owe coś jest tyle samo durny i prostacki, co genialny w tej swojej prostocie. Po prostu cierń, ale nie jakiś zwykły lecz żyjący własnym życiem. Przyczepia się do żywego organizmu, rozrasta na nim niczym grzyb i przejmuje kontrolę nad martwym już ciałem.

cierń

Wizualnie sprawdza się świetnie, choć ani razu nie zobaczymy go jako osobnej jednostki, zawsze w towarzystwie 'uprowadzonej tkanki', mogą być to flaki psa, albo ludzka ręka. Może obrosnąć całe ciało wprawiają je w konwulsyjne ruchy i zmusić je do ataku na kolejny obiekt.

cierń

Takie sceny dostarczą sporo uciechy, zwłaszcza, że są realizowane po chałupniczemu, bez efektów komputerowych.

Działania filmowych bohaterów opierają się na próbach, bardziej lub mniej logicznych zwalczenia przeciwnika i wydostania się ze stacji benzynowej na której utknęli. Przekrój postaci jest dość prosty ale i nieco ironiczny.

Możemy do woli drwić z mózgowca Setha, którego przerasta rozbicie namiotu i prowadzenie auta z ręczną skrzynią biegów, za to wpada na genialny pomysł 'wykołowania pasożyta'. Jest też dzielna Polly, jego dziewczyna i para kryminalistów, ich relacje podręcznikowo wpisują się w schemat.

Ogólnie rzecz ujmując, nie jest to zły film. Kino czysto rozrywkowe i wartką akcją i dość ciekawym antagonistą.

Widać, że twórcy podeszli do tego na luzie, bez spiny i wielkich ambicji na wielkie kino i tak też trzeba go odbierać.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięci:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

58/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 28 sierpnia 2015

The Canyon/ Kanion (2009)

canyon

Nowożeńcy, Lori i Nick postanawiają spędzić swój miesiąc miodowy oglądając wschód słońca nad Wielkim Kanionem. Spontaniczna para nie zadbała jednak o przygotowanie dlatego lądują tam bez przepustek i w towarzystwie samozwańczego przewodnika, Henry'ego. Wycieczka szybko przechodzi w twardy survival.

Przyznam się, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na obiecujące plenery. Sam pomysł w żaden sposób mnie nie zaintrygował, bo znowu mamy parę niedzielnych turystów porywających się z motyką na słońce.

I miałam rację. Widoki były godne zachodu, a fabuła 'taka se'.

canyon

Dla kogoś, kto lubi thrillery z takimi przygodowymi wątkami i potrafi cierpliwie znosić głupotę bohaterów i momentami nonsensowne i naciągane rozwiązania fabularne, ten film na pewno się spodoba.

Do momentu punktu kulminacyjnego kiedy to przewodnik młodej pary zostaje pokąsany przez grzechotniki, a bohaterzy w ferworze walki tracą swój ekwipunek oglądamy tylko widoki. Jest na co popatrzeć, bo sceneria jest bajeczna, tyle tylko, że akcja się ślimaczy.

Do krytycznego momentu mamy w zasadzie jeden moment lekkiego napięcia, które jednak szybko schodzi. Mniej więcej od połowy zaczyna się dziać. Lori i Nick wkrótce zostaną zupełnie sami. Nie mają zapasów, nie wiedzą w którą stronę zmierzać, a ich niefortunne próby złapania zasięgu (tu jedna z owych idiotycznych scen) doprowadzają do tragedii rodem z dramatu "123 godziny".

canyon

Jeśli widzieliście wspomniany film wiecie, że nie obejdzie się bez dramatycznej decyzji. Tu znowu mamy trochę naciąganą sprawę. Pojawiają się też wrogo nastawieni mieszkańcy terenów wielkiego kanionu i to oni zmuszą bohaterów do kolejnego dramatycznego wyboru. SPOILER: Finał jest zacny. Podnosi film o kilka pięter. Tyle tylko, że jest zerżnięty żywce z "Mgły":) KONIEC SPOILERA.

Czy znajdzie swoich amatorów? Z pewnością. Klimat survivalu i ładne plenery nadal dobrze się sprzedają.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

środa, 29 lipca 2015

A Lonely place to die (2011)

a lonely place to die

Pięcioro alpinistów spotyka się w szkockich górach by wspólnie się wspinać. Podczas wyprawy po szlaku jeden z uczestników wycieczki słyszy dochodzący z głębi lasu głos. Jak się okazuje jest to głos dziewczynki, którą ktoś zakopał w skrzyni po środku niczego. Bohaterzy decydują się pomóc małej. Jak wiadomo każdy dobry uczynek zostanie ukarany, dlatego też należy się spodziewać komplikacji związanych z uwolnieniem dziecka.

Jak się za pewne domyślacie, mała Anna nie znająca nawet słowa po angielsku nie trafiła w szkockie góry sama, a tym bardziej nie zakopała się w lesie. Wkrótce w ślad za dzielnymi wybawicielami zaczną podążać porywacze dziecka. Wszystko to rozegra się w pięknej górskiej scenerii.

"A lonely place to die" jest dziełem twórcy o niewielkim aczkolwiek obiecującym dorobku. Reżyser i scenarzysta w jeden osobie zadbał by jego film okazał się survivalem z prawdziwego zdarzenia. W przeciwieństwie do większości obrazów z tego podgatunku nasi bohaterzy pozytywni nie stawiają tu czoła zdegenerowanej  rodzinie mutantów żyjącej z dala od cywilizacji, a zwykłym przestępcom, którzy wybrali niedostępne górskie ostępy na miejsce popełniania przestępstwa.

a lonely place to die

Największą zaletą obrazu jest nieustanne podtrzymywanie napięcia.

Akcja szybko dochodzi do punktu w którym 'wszytko na dobre się zaczyna'. Alison ie jej przyjaciele znajdują ukrytą w skrzyni pod ziemią dziewczynkę. Wszytko wskazuje na to, że dziecko zostało zabrane z dala od domu, prawdopodobnie z drugiego końca europy. Kto ją tam ukrył i dlaczego? Protagoniści nie mają czasu zastanawiać się na tym, muszą działać.

a lonely place to die

Z uwagi na miejsce  w jakim się znajdują szybkie dotarcie do cywilizacji jest mocno utrudnione, dlatego też ekipa dzieli się na dwie grupy. Dwoje najbardziej doświadczonych wspinaczy pójdzie skrótem, którego nie miałaby szansy pokonać druga grupa, zwłaszcza z wystraszonym dzieckiem na ręku.

Ani jedni ani drudzy nie wiedzą, że już są śledzeni przez dwóch porywaczy, którzy nie mają zamiaru ustąpić. W pewnym momencie zaczną ginąć ludzie. Tylko nielicznym uda się ujść cało.

Twórca nie ustępuje ani na moment, cały czas podgrzewa atmosferę zagrożenia. Z jednej strony trudny teren i zagrożenie płynące z natury z drugiej dwóch uzbrojonych i bezwzględnych typów depczących bohaterom po piętach.

a lonely place to die

Obiektem troski i strapienia dla widza ma być oczywiście dziecko. Mała dziewczynka w białych rajstopkach, którą ktoś uprowadził.

Kontakt z młodą jest utrudniony, ponieważ nie zna angielskiego. Jest jak wystraszone zwierzątko, mała aktorka obsadzona w tej roli poradziła sobie z nią bardzo dobrze. Najważniejszą postacią jest jednak dzielna Alison, w którą wciela się znana w świecie horroru Melissa George. Nie można mieć względem niej żadnych zarzutów.

Film jest po prostu dobry.

Dużą ozdobą są plenery: Lasy, górskie rzeki i strome szczyty potęgują atmosferę zagorzenia i izolacji.

Tempo akcji jest niezwykle szybkie i nie ma tu miejsca na nudnawe zastoje w fabule, czy bzdurne monologi na temat sensu istnienia, jakie niemal zawsze spotkamy w filmach grozy - najczęściej wstawione w najmniej odpowiednich momentach.

Myślę, że to jedne z tych filmów, który spodoba się każdemu. Jest bardzo uniwersalny i mimo iż przez to traci na oryginalności to z pewności zgromadzi sporo zadowolonych z seansu widzów. 

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:7

67/100

w skali brutalności:2/10

poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Storm Warning/ Przed burzą (2007)

przed burza

Pia i Rob wybierają się na wycieczkę łódką. Gdy nad zatoką zbierają się czarne chmury i nadchodzi odpływ para ląduje na mieliźnie wśród niezliczonego pustkowia. Wędrując w deszczu znajdują schronienie na zniszczonej farmie. Okazuje się, że jej właścicielami są moi ulubieni wiejscy sodomici, którzy zapewnią protagonistom wieczór pełen wrażeń.

przed burza

Chyba wspominałam już, że w moim odczuciu australijskie horrory są niezwykle brutalne. "Przed burzą" potwierdza tę myśl, choć oczywiści wśród innych obrazów jego twórców znajdą się też wyjątki. Scenarzystę Everett De Roche możecie kojarzyć z dwóch odsłon "Długiego weekendu", czy "Patricka", mi znanego raczej z remake.

"Przed burzą" znacznie się od nich różni. To pełnokrwisty horror z brudem, błotem, deszczem i masą walających się flaków. No, może przesadziłam, masę flaków to mamy w innym australijskim horrorze, "Martwicy mózgu". Tu mamy, powiedzmy, ilość optymalną dla fana horrorów.

przed burza

Film wykorzystuje konwencje survival horroru, choć nie spełnia wszystkich jego wymogów.

Wszytko zaczyna się od feralnej wycieczki. Piękna para grzęźnie na mieliźnie, z nieba leje się deszcz i uderzają pioruny. Wbrew własnym obawom bohaterzy lecą niczym ćmy do światła. Złe przeczucia się sprawdzają. Wkrótce zostają nakryci w domu trzech mężczyzn - ojca i dwóch synów. Trudno stwierdzić, który z nich jest najbardziej wykolejony. Palmę pierwszeństwa oddam ojcu rodziny z racji wieku.

Wiejscy sodomici są stosownie do swojej klasy brudni, wulgarni i okrutni. Marzy im się gwałt na pięknej Pii, ale moment ten jest odwlekany, przez co wrażliwy widz cierpi w napięciu. Rob zostanie potraktowany adekwatnie do swojej płci, bo niestety nie mogą z niego zrobić większego użytku jak tylko popastwić się fizycznie.

Atmosfera wszechobecnego okrucieństwa, lejący się z ekranu syf nie pozostawia wątpliwości z jakim filmem mamy do czynienia. Nagromadzenie scen z udziałem krwi zwiększa się w miarę jak przesuwa się filmowa taśma. Finał to już absolutna eksplozja niesmaku, aczkolwiek moją uwagę przykuł inny fragment. Nie wiem czy powinnam rzucać takiego spoilera, ale nie mogę utrzymać palców na wodzy.

przed burza

SPOILER: Hitem seansu jest scena, w której Pia montuje sobie w pochwie potłuczoną butelkę- oczywiście ostrzem do zewnątrz. W ten sposób skutecznie hamuje zapędy starego sodomity przed gwałtem. Sekwencję dopełnia scena w której Azor, stróż naszych sodomitów, rzuca się na krwawa maź, która została po niecierpliwym penisie właściciela. KONIEC SPOILERA.

Aktorsko film stoi na przyzwoitym poziomie. Efekty gore wyglądają tak, jak powinny, a całości dopełnia ciemna tonacja zdjęć i nie powiem, całkiem dobra ścieżka dźwiękowa. Poleca widzom rządnym 'odrobiny' krwi.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

61/100

W skali brutalności:4/10

niedziela, 29 marca 2015

Backcontry (2015)

backcountry

Alex i Jenn wybierają się na wycieczkę leśnym szlakiem zwanym szlakiem czarnej stopy. Zapowiada się kilkudniowa, miła wyprawa w pięknych okolicznościach kanadyjskiej przyrody, jednakże nieroztropność naszych bohaterów doprowadzi raczej do serii tragicznych wydarzeń niż do celebracji miłości na łonie natury....

Legenda głosi, że film Adama MacDonald'a, bardziej aktora niż reżysera, znanego chociażby z thrillera "Home sweet home", opowiada prawdziwą historię pary niedzielnych turystów.

Ile w tym prawdy, nie wiem, ale historia nie obfituje w jakieś szczególnie nieprawdopodobne wydarzenia, więc można dać temu wiarę.

Opowieść o feralne wycieczce opiera się na kompilacji brawury i naiwności, która nakazała Alexowi wyprowadzić swoją lubą w ciemny las bez mapy, czy innego środka nawigacji, bez telefonu, czy innego środka komunikacji i bez czegokolwiek, co mogło by posłużyć do obrony przed potencjalnym zagrożeniem.

backcountry

Sprawa wygląda tak, że poznajemy naszych protagonistów w chwili, gdy ci wypuszczają się na weekendowy wypad do lasu. Alex wyraźnie chce zaimponować swojej dziewczynie, prawniczce nie zaznajomionej z zasadami survivalu. Co jest najśmieszniejsze, nasz aspirujący Bear Gryls okazuje się jeszcze mniej zapobiegliwy niż jego miastowa panna, wyszydzając jej drobne środki ostrożności w postaci flary i spray'u na niedźwiedzie. Odmawia wzięcia ze sobą mapy, bo przecież był tu wiele razy i doskonale wie gdzie ma iść. Zabiera dziewczynie telefon, bo przecież ma wzdychać w zachwycie do jego umiejętności przetrwania w trenie, a nie odbierać maile z pracy.

backcountry

backcountry

Przez pierwsze minuty filmu śledzimy zatem sekwencje kolejnych potknięć w działaniu, które dla każdego widza będą jednoznacznym sygnałem, że 'to musi się źle skończyć'.

Gdy para rozbija obóz w połowie drogi napotykają pewnego podejrzanego typa, który łowił ryby w okolicznym jeziorze, Jenn ochoczo zaprasza go na ognisko. To dopełnienia obrazu nieostrożności prezentowanej przez bohaterów.

"Backcountry" nie jest jednak filmem o świrze z lasu, więc typa z ogniska możemy zostawić tam, gdzie był i skupić się na początku zbioru plonów z głupoty, którą protagoniści zasiali w pierwszej połowie obrazu.

Oczywiście okaże się, że mapa jednak była kurewsko potrzebna, spray to za mało w spotkaniu z misiem, zapasy jedzenia umieszcza się w bezpieczniejszym schowku, a telefon komórkowy mógłby złapać zasięg.

backcountry

"Backcountry" jest, więc bardzo prostym filmem z prostym przesłaniem. Obfituje w kilka mocniejszych scen, gdy prawo Murpy'ego zaczyna znajdować zastosowanie w prezentowanych tu wydarzeniach: Jeśli możecie się zgubić to na pewno się zgubicie, jeśli macie spotkać niedźwiedzia to na pewno spotkacie, jeśli możesz pokiereszować sobie nogę to na pewno tak będzie itp. To sprawia, że film jest przewidywalny, ale czy to źle?

Jeśli dobrze zrozumiałam to miał prezentować proste konsekwencje prostych błędów i tak się właśnie stało. Nie jest to na pewno pozycja obowiązkowa, raczej średniak z rodzaju tych, które można odpuścić bo znajdziemy jeszcze z tuzin podobnych filmów, a więc nic straconego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

czwartek, 29 stycznia 2015

Presevation (2015)

preservation

Dwóch braci i żona jednego z nich wyruszają na obóz za miasto. Sean to były żołnierz, który uwielbia polowania i snucie niepokojących opowieści. Mike to jego przeciwieństwo, pracoholik i entuzjasta wygodnego życia. Wit to żona Mike'a nie do końca zadowolona z małżeńskiego pożycia.

Ta trójka rozbije obóz w lesie w pobliży jeziora. Nazajutrz zorientują się, że ich namioty, prowiant, broń ,a nawet pies Seana znikają. Wkrótce bohaterzy zorientują się, że sam stali się obiektem polowania...

preservation

preservation

Survival horror w reżyserii Christophera Denhama bardzo przypomina brytyjski thriller "Eden Lake". Niestety jest dużo słabszy i zaraz Wam powiem dlaczego.

Historia jest prosta. Ci, którzy mieli polować i dobrze się bawić sami staną się ofiarami polowania i będą stanowić rozrywkę dla zamaskowanych łowców. Wiemy, że jeden z bohaterów posiada większe umiejętności przetrwania w trudnych warunkach niż reszta, chodzi mi o Seana. Jest też najsłabsze ogniwo, oczywiście jest nią Wit, kobieta, która twierdzi iż nie jest zdolna do zabijania. "Och, oczywiście, że jesteś" - odpowiada jej Sean, który twierdzi iż w odpowiednich warunkach każdy jest zdolny do morderstwa.

preservation

Oczywiście ten obraz potwierdzi tę zasadę.

Gdy obozowicze zorientują się, że padli ofiarą kradzieży, część z nich chce wrócić do samochodu i zwiać do bezpiecznego miasta, jest też ktoś kto temu oponuje. Początkowo jest nie groźnie jednak, gdy bohaterzy odkryją iż mają do czynienia z wrogiem bezwzględnym wobec żywych istot zacznie się wzrastać napięcie i poczucie zagrożenia.

W przeciwieństwie do "Eden Lake" obraz Denhama jest mniej brutalny, tempo akcji jest mniejsze a same postaci bohaterów i antybohaterów mniej ciekawe. Jeśli chodzi o tych drugich to nie poznajemy ich zbyt dobrze, nie znamy ich motywacji, więc możemy się domyślić, że chodzi o fun.

Niebezpieczne sytuacje, w których znajdują się raz za razem protagoniści również wypadają bladziej.

Denerwujące w scenariuszu jest to, że nasi bohaterzy wciąż powtarzają ten sam błąd: odwracają się plecami do wroga. Każde jedno, bez wyjątku podkłada się w ten sam sposób. To sprawia, że każda kolejna konfrontacja jest boleśnie przewidywalna w skutkach. Wiadomo, że ofiara musi spełnić swoją ofiarną rolę, ale mogłaby dla odmiany czynić czasem inne głupoty:)

Jeśli chodzi o plusy produkcji to na pewno doceniam tu dialogi, dość inteligentne, jak na współczesny horror i kilka może nie wybitnych, ale całkiem udanych scen ucieczek, to wychodziło znacznie lepiej niż konfrontacje.

preservation

Aktorstwo wybitne nie jest, ale da się strawić. Twórca kilka lat wcześniej zmajstrował film "Home movie" niestety nie mogę go znaleźć i tu pytanie do publiczności, czy ktoś go ma wie gdzie można szukać by znaleźć?

Moja ocena:

Straszność:6

Fabula:6

klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

środa, 22 października 2014

Wrong Turn 6/ Droga bez powrotu 6 (2014)

wrong turn6

W recenzji zbiorczej wszystkich pięciu poprzednich części "Drogi bez powrotu" napisałam, że nie obejrzę kolejnego sequela choćby miałby być to ostatni film na globie. Haha... Szkoda, że od 2012 zapomniałam o tej deklaracji i w dwa lata później, tj. wczoraj, czytając sobie Poego, uatrakcyjniłam lekturę lecącym w tle filmem "Droga bez powrotu 6". Produkcja nosi podtytuł "Last Resort", więc może nie będzie już więcej części? Ta.. jasne.

Tak jak wspomniałam w starej recenzji serii, począwszy od części trzeciej prawa do kontynuacji przechodziły z rąk do rąk zagrzebując tytuł coraz głębiej na cmentarzysku dla filmowych niewypałów.

Teraz ponownie, jakieś mało doświadczony twórca w parze z nieco bardziej doświadczonym scenarzystą zaprezentowali widzom kolejny obraz z nieśmiertelnej serii.

Historia nie odbiega wiele od klasycznego schematu innych "Dróg bez powrotu", ale pojawiły się pewne innowacje, które nie powiem, mimo iż tragicznie głupie odświeżyły nieco zatęchłe przygody rodziny kanibali.

wrong turn6

Młody i przystojny Danny nigdy nie poznał swojej rodziny. Teraz u progu dorosłego życia otrzymał informacje o rodzinnym dziedzictwie, hotelu położonym w lasach Virginii, skąd, wiadomo wywodziła się niesławna rodzinka pożeraczy ludzkiego mięsa.

Danny przybywa do nowego domu wraz z narzeczoną i grupą znajomych, gdzie wita ich para opiekunów przybytku i jednocześnie kuzynów głównego bohatera. Sally (kuzynka) wyjątkowo interesuje się Dannym, co jak szybko się okaże ma swoje korzenie w rodzinnej kazirodczej tradycji.

W tle przewijają się dalsi krewniacy  Danny'ego, ci którzy przegrali na genetycznej loterii, ale jakby nie patrzeć: rodziną są.

wrong turn6

Kuzyni powoli i ostrożnie wprowadzają Danny'ego w krąg wtajemniczenia, by ostatecznie przeciągnąć go na swoją stronę. Jak to się mówi: rodziny się nie wybiera, a nasz sierotek Danny jest bardzo zmotywowany, by takową posiadać, nawet jeśli przyjdzie mu zjeść niegdysiejszych kamratów.

wrong turn6

Jak zwykle formuła serii kipi od scen przemocy i seksu, tu nic się nie zmienia. W porównaniu z piątką akcje jakich tu uświadczymy są chyba mniej żenujące, bo jakoś strawiłam to, co widzę.

Przyjemność z seansu żadna, ale jeśli ktoś koniecznie chce pociągnąć temat kanibali z "Drogi bez powrotu" to może się zapoznać, nikomu nie bronię, ale nikomu nie polecam.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:3

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Zaskoczenie:3

Oryginalność:3

To coś:2

37/100

W skali brutalności:5/10

czwartek, 06 marca 2014

Zabójczy wirus/ Carriers (2009)

carriers

Czwórka znajomych, dwóch braci i dwie laski, przemierzają Stany Zjednoczone w kierunku zachodniego wybrzeża. Marzy im się plaża, którą Brian i Danny odwiedzali w dzieciństwie.

Najciekawsze jest to,że w pierwszych minutach filmu w żaden sposób nie jesteśmy w stanie zorientować się, że mamy oto do czynienia z post apokaliptyczną rzeczywistością. Widzimy jedynie czwórkę przyjaciół, ciepłe piwo i deski do surfingu na dachu samochodu.

carriers

Humory im dopisują aż do chwili, gdy na drodze dostrzegą zaparkowany w poprzek samochód i mężczyznę, który czegoś wyraźnie od nich chce. Dopiero w tym momencie dowiadujemy się, że młodzi nie jadą na zwykłe wakacje. Nasi bohaterzy szukają schronienia przed pandemią śmiertelnej choroby.

carriers

Dobra wiadomość jest taka, że wirus choroby nie przemienia ludzi w zombie (uf). To dość ważny aspekt, bo znacząco wpływ na całokształt produkcji. Ile było filmów o epidemii zombizmu? Na szczęście "Carrirers" radzi sobie bez tego jakże chwytliwego elementu.

W konsekwencji nie zobaczymy tu hordy umarlaków przetaczających się przez wyludnione ulice, nie będzie celnych headshot'ów i krzyków przerażenia.

"Zabójczy wirus" to przede wszystkim kino drogi. Przestrzenią filmu jest teren, po którym podróżują bohaterzy, a ich zamiarem jest nieustanne przemieszczanie się do celu.

carriers

Jak wiadomo, podróże kształcą to też Danny, Brian, Boby i Kate dostaną niezłą szkołę życia.

carriers

Młodzi mają swój plan i swoje zasady, które dotyczą tego, jak przetrwać w świecie ogarniętym zarazą: Przede wszystkim unikać kontaktu z ludźmi, trzymać się od nich z daleka na tyle na ile to możliwe, pilnie dezynfekować wszystko z czym zamierza się mieć kontakt i najważniejsza zasada: nie starać się pomagać chorym - oni są już martwi.

carriers

W momencie, w którym niefortunne zrządzenie losu zmusza bohaterów do złamania pierwszej z zasad wszytko zaczyna się sypać, a oni zaczynają przekraczaj kolejne zakazane granice.

Film hiszpańskich braci Pastor jest horrorem w pełnym tego słowa znaczeniu. Bardziej skłonna jestem określić go jako dramat. Nie przeraził mnie, raczej wywołał refleksje w stylu ' co ja bym zrobiła'. Jeśli chodzi o formę to nie jest to kino efektów, aktorstwo przeciętne, podobnie jak muzyka i zdjęcia.

Nie wiem, czy utkwi mi na dłużej w pamięci, ale mogę go spokojnie polecić.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:5

Oryginalność:7

To coś:8

Aktorstwo:6

67/100

W skali brutalności: 3/10

czwartek, 23 stycznia 2014

Empty (2011)

empty

Dell i Piper wracają z leśnej głuszy do cywilizacji. Szybko orientują się, że w czasie ich nieobecności sporo się zmieniło... Katastrofalny w skutkach kryzys paliwowy ogarnął całą Amerykę, a nasi bohaterzy muszą na resztce benzyny dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca.

empty

Nie zrażajcie się ocenami tego filmu na portalach filmowych. On na serio nie jest taki chujowy, żeby ocenić go na 2,8:)

Do gatunku horror trafił niejako przez pomyłkę. Historia jest dość dramatyczna, a zachowania naszych bohaterów momentami dorównują głupotą horrorwym protagonistom, to jednak nie nazwałabym go ot np. survival horrorem.

 Po za łatką horroru "Empty" przypięto również łatkę sci-fi. Tak jakby wizja kryzysu paliwowego, która byłaby całkiem realna w Ameryce, gdyby nie ich misje pokojowe, była abstrakcją na miarę UFO.

Mamy więc już dwie grupy rozczarowanych widzów: Tych, którzy oczekiwali krwawego post apokaliptycznego horroru i tych, którzy oczekiwali spektakularnej katastrofy w stylu sci-fi.

empty

Ostatnim gatunkiem i w zasadzie jedynym pasującym jest dramat. I tego się trzymajmy.

Film jest produkcją na wpół amatorską, nie planuje się polskiej premiery, co nie znaczy, ze obejrzenie go jest misją awykonalną:)

A myślę, że warto po niego sięgnąć z tego względu, że historia, przynajmniej w moim przypadku, mocno wciąga.

Sytuacja w jakiej znajdują się nasi bohaterzy nie jest jakąś abstrakcją w tylu inwazji zombie, a jednak czyhające na nich zagrożenia wcale nie są mniejsze.

Ludzie pozbawieni paliwa wariują. Nie można dojechać do pracy, nie można dostarczy towarów do sklepów, nie można dostarczyć materiałów do produkcji, nie można pojechać do szpitala, nie można liczyć na przyjazd policyjnego radiowozu. Dochodzi do grabieży, morderstw, gwałtów. Ci, którzy zdołali zgromadzić zapasy żerują na tych, którzy zostali z niczym. W tym wszystkim tkwi dwoje młodych ludzi.

Piper to ładna dziewczyna, ukochana córunia bogatego tatusia. Poraża naiwnością. Jej chłopak, Dell, to pogardzający miejską dżunglą prostolinijny facet, który wpada w panikę na myśl o tym, że jego los może leżeć w rękach innych ludzi. Między młodymi dochodzi do licznych spięć. Widać, że totalnie do siebie nie pasują, a kompletny brak porozumienia między nimi może rozdrażnić widza. Sądzę, że to celowy zabieg, bo gdyby nie ten mocno wyeksponowany konflikt światopoglądowy trudno byłoby znaleźć pretekst to wprowadzenia bohaterów w sytuacje patową. Poniekąd bohaterzy symbolizują dwa przeciwstawne obozy. Piper to symbol konsumpcjonizmu, natomiast Dellowi marzy się życie w stylu amiszów.

empty

"Empty" utrzymane jest w konwencji kina drogi, nasi bohaterzy prawie nieustannie są w ruchu, ciągle coś im się przydarza, więc mimo dość spokojnego - spokojnego jak na okoliczności- nastroju filmu nikt nie powinien usnąć z nudów.

Duży plus za dobry finał.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl