What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: Baza recenzji Syndykatu ZwB

czwartek, 22 czerwca 2017

Chaszcze - Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki "Chaszcze" głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 09 kwietnia 2017

Obserwując Edie - Camilla Way

obserwujac edie

Trzydziestotrzyletnia Edith spodziewa się dziecka, owocu jednorazowej przygody z kolegą z pracy. To właśnie w tej przełomowej w jej życiu chwili powraca do niej koszmar z przed lat, koszmar pod postacią dawnej koleżanki,  Heather. Edie nie chce odnawiać znajomości, zbyt mocno boi się cieni przeszłości, ale gdy po narodzinach dziecka popada w depresję, tylko Heather wyciąga do niej pomocną dłoń. Powoli wygrzebując się z dołka dostrzega, że dawna znajomość przynosi bardzo aktualne zagrożenie.

"Obserwując Edie" jest bodaj trzecią książką w dorobku brytyjskiej pisarki, Camillii Way. Na codzień autorka zajmuje się dziennikarstwem co szybko można wyczuć obcując z jej powieścią. Co by nie mówić o 'hienach dziennikarza' ich praca uczy przekazywania informacji w skonsolidowanej formie, więc gdy przychodzi im zabrać się za dłuższą formę literacką unikają wpadek, które często bywają udziałem pisarzy nie poddawanych uprzednio dziennikarskiej tresurze.

Książkę wchłonęłam na raz, co bardzo dobrze o niej świadczy, bo wcale nie cierpię na nadmiar wolnego czasu i takie sytuację zdarzają mi się z rzadka. Powieść wciąga od pierwszej chwili.

Kolejne rozdziały podzielone są między retrospekcje i relacje z obecnych wydarzeń. Mamy tu dwie narratorki, tytułową Edie, która odpowiada za relacjonowanie teraźniejszości i Heather, której przypadło niewdzięczne zadanie babrania się w brudach przeszłości. Mamy więc dwie perspektywy z których wyłania się podział na bohaterkę i antybohaterkę. Ten zabieg, z resztą będzie przyczyną sporego zaskoczenia w finale.

To co jest najmocniejszym elementem całej gry pomiędzy autorem a czytelnikiem, to napięcie. Powieść wcale nie jest długa, jednak przyjdzie nam długo poczekać na wielki finał. Wielki finał to oczywiście dojście do sedna sprawy. Dlaczego Edie tak bardzo boi się Heather? Co wydarzyło się latem przed siedemnastoma laty? Dlaczego Heather wróciła do życia Edie? Czego od niej chce?

Gdyby nie bardzo dobra warstwa psychologiczna powieści nie byłoby mowy o takich wrażeniach.Postaci obydwu bohaterek są bardzo dobrze skonstruowane, a misterna sieć ich pogmatwanych relacji sprawia, że możemy się tu spodziewać wszystkiego.

Czytaliście "Dziewczyny, które zabiły Chloe"? Tu mamy do czynienia z bardzo podobnym chwytem. Dwie narracje, retrospekcje i teraźniejszość, dwie przyjaciółki z 'przeszłością', ofiary pewnych wydarzeń i do samego końca nie wiadomo kto jest winien.

Tu jest bardzo podobnie i powiem więcej, tu jest lepiej. W "Dziewczyny..." jednym z moich zarzutów były dłużyzny w fabule, tu tego nie ma.

Tak więc, "Obserwując Edie" mogę polecić wszystkim z czystym sumieniem.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 04 kwietnia 2017

Wigilijna zamieć - Wojciech Rudziński

wigilijna zamieć

W wigilijny wieczór Tomek Zawadziński, przyszły policjant, mknie swoim autem przez zimową zamieć, by jak najszybciej znaleźć się w gronie rodziny przy wigilijnym stole. Mrok nocy zwykł sprawiać nieprzyjemne wrażenia, ale to czego doświadczył Tomek okazuje się czyś więcej niż przeczuciem widmowego zagrożenia. Dostrzega coś na drodze. Z powodu niejasnego przekonania o czyjejś obecności we wnętrzu jego samochodu Tomek wykonuje manewr w wyniku którego ląduje w lesie. Opuszczenie wraku w celu znalezienia pomocy okazuje się początkiem najdziwniejszej nocy w jego życiu.

Wojciech Rudziński, jeden z wielu polskich emigrantów, spisał swoją powieść w dalekiej Anglii nie posiadając uprzednio żadnego literackiego doświadczenia. Książka liczy sobie niespełna 130 stron i została wydana na zasadzie coraz popularniejszego self publishingu. Ta droga często staje się dla debiutantów jedyną możliwą przepustką do literackiego świata, dlatego wbrew powszechnemu przekonaniu o niskiej jakości takich publikacji staram się do czasu do czasu dać szansę jakiemuś 'żółtodziobowi', któremu na wydaniu powieści zależy na tyle by samemu za to zapłacić.

Dzięki temu złowiłam kilka naprawdę dobrych książek, które z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie dostały szansy u tradycyjnego wydawcy. Niestety zdarza się też tak, że trafiam na coś, czego nie da się czytać i żal mi drzewa które poświecono na papier drukarski.

Lektura "Wigilijnej zamieci" nie pozostawia złudzeń, do której grupy jestem zmuszona ją przypisać. Już samemu wydawcy należą się cięgi za skład i łamanie tekstu. Wygląda to tak jakby powieść puszczono do druku prosto z Worda, bez takich podstawowych rzeczy jak marginesy. Gdyby zrobiono to jak należy książkę czytałoby się po prostu wygodniej, choć pewnie zużyto by więcej papieru;) Okładka też odstrasza ( ta czcionka w tytule) i wszytko to jest zasługą jednej osoby. Bardzo nieestetyczna forma wydania.

Fabuła powieści oscyluje w świecie horroru i tego też powodu wpadła w moje ręce.

Początek jest bardzo obiecujący: Samotny kierowca w środku nocnej zamieci śnieżnej, dziwne przeczucie, wypadek. Tomek wędrując przez mrok lasu trafia do karczmy, w której jakby czas się zatrzymał. Poznajemy tu kilku nowych bohaterów i tu gdzie zaczynają się dialogi zaczynają się problemy. Powiem krótko, bo nie chcę się znęcać, dialogi w ogóle nie mają płynności, są sztywne, kołkiem ciosane, budowane jakby na siłę, jakby na przekór logice zdarzeń. Wszyscy bohaterzy używają tych samych zwrotów, brak tu oddzielnych charakterystyk odzwierciedlonych w wypowiadanych kwestiach. Czasami autor stara się stylizować język, używać nieco archaizmów, ale za chwile wyskakuję z jakimś "przydupasem" i wracamy do punktu wyjścia.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z horrorem, można rzec ghost story, ale bliżej tu do horroru religijnego, pełnego postaci zarezerwowanych dla świata wiary chrześcijańskiej. Choć nie zabraknie też elementów typowych dla innych religii (reinkarnacja). Obok tego mamy sporo niezbyt zgrabnie przemycanej historii czasów średniowiecza i dużo... dużo moralizowania. Autor zaznacza swoje moralne przesłanie z siłą kaznodziei, nie dając czytelnikowi przestrzeni na własną refleksję.

Bardzo żywe opisy dalszych wydarzeń przypominają bitwę o Śródziemie okraszone odrobina "Hellraisera". wszytko w jednym. Wszytko na bogato, wszytko na szybko.

Osobiście bardzo ciężko było mi się w tym odnaleźć, kolejne wydarzenia śledziłam z rosnącym zdziwieniem, ale niestety nie było to zdziwienie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia kompletnie nie w moim guście, nie w moim stylu, nie w moim typie, o czym piszę z naciskiem, bo nie wykluczam, że znajdzie ona swoich zwolenników.

Za książkę dziękuję autorowi Wojciechowi Rudzińskiemu

 

niedziela, 26 lutego 2017

Spowiedź diabła - Adrian Bednarek

spowiedz diabła

Kuba Sobański, wyrachowany krakowski prawnik, którego kariera zawodowa znajduje się w rozkwicie, dostaje nową sprawę. Wraz ze swoją wspólniczką, równie bystrą, co alkoholiczną Sandrą, ma dowieść przed sądem niewinności nastolatki oskarżonej o zamordowanie brata bliźniaka.

Nić porozumienia jaką udaje mu się nawiązać z klientką pociąga pewne konsekwencję, ale to nie koniec kłopotów w raju. Po latach poniewierki nie kto inny, jak Królowa Piękności powraca do raju w glorii, jako pisarka celebrytka uwolniona z okowów heroinowego nałogu, który zawdzięcza intrydze Kuby. Diabeł znalazł się w potrzasku, chyba już czas na wyznanie win.

"Spowiedź diabła" to  trzecia część przygód seryjnego mordercy  o pseudonimie Rzeźnik Niewiniątek. Dwa poprzednie tomy serii, którymi Adrian Bednarek debiutował na polskim rynku wydawniczym, odniosły niemały sukces.

"Pamiętnik diabła" ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Drugi tom "Proces diabła" to już zasługa wydawnictwa Zysk i s-ka, z którym jednak nie pociągnął współpracy i po krótkim romansie autor wrócił na stare pielesze. Novae Res podpisało z Adrianem umowę na kilka książek, w tym "Spowiedź diabła", która we wcześniejszym założeniu - przynajmniej tak wywnioskowałam - miała zamykać serię.

"Spowiedź diabła" wydaje się więc być pożegnaniem z Kubą Sobańskim, jednym z moich ulubionych bohaterów literackich w kategorii intrygujących pomyleńców. Nie płaczę za nim, bo wiem co autor ma w zanadrzu i komu przyjdzie zastąpić Kubę. Możecie mi wierzyć na słowo, że jeśli wszytko pójdzie zgodnie z planem autora, już niedługo znowu będzie o nim głośno, jak przy debiucie.

Ci, którzy znają poprzednie tomy serii o Rzeźniku Niewiniątek, mają już zapewne wyrobione zdanie na temat prozy autora. "Spowiedź diabła" w żadem sposób nie odnotowuje spadku formy, niektórzy nawet twierdzą, że jest to najlepsza z książek w serii, ale ja bym tak się nie zapędzała.

Prawdą jednak jest, że ta część w sprawny sposób łączy najlepsze elementy "Pamiętnika diabła" - pojawia się tu kilka wspominek - i najlepsze elementy "Procesu diabła", czyli barwny obraz sądowych potyczek.

Książka jest też, w mojej ocenie, niejakim podsumowaniem wszystkich rozpoczętych wątków i można by być pewnym, że na tym historia się skończy gdyby nie epilog...

Za sprawą nowej bohaterki uzyskujemy ponowny wgląd w psychikę Kuby. Można powiedzieć, że staje on przed lustrem i tym razem bardziej świadomie obserwuje narodziny demona, którego tak dobrze już poznał.

Jest tu w zasadzie tyko jeden minus. Dzięki lekturze dwóch poprzednich tomów dość dobrze poznajemy tok rozumowania autora i ciężej jest nas zaskoczyć. Mnie przynajmniej. Nie było już takiego efektu wow, gdy na tapecie pojawiały się kluczowe twisy związane z głównymi wątkami "Spowiedzi diabła". Nie mniej jednak autor nie traci impetu i cały czas stara się podtrzymywać napięcie.

Tak czy siak, uważam, że książka jest dobrym podsumowaniem serii. Udało się tu stworzyć coś nowego, zamiast kolejnego pseudo thrillera o dzielnych bohaterach, mamy tu antybohatera, który robi całą robotę. Co więcej wszystko jest płynne i doszlifowane do tego stopnia, że można by się zastanawiać, kto kogo prowadzał ulicami raju, Adrian Kubę, czy Kuba Adriana.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

środa, 22 lutego 2017

Hitchcock - Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do 'dzikich manewrów', odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake'a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych 'dzikich manewrów'. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast 'przewodnika turystycznego' dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

"Na miłość boską, już jestem skatalogowany - rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie".

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie "Rebeka". Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam "Rebekę" i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był 'wrednym tluściochem', jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie "Ptaki", ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie "Psychozy".

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

sobota, 04 lutego 2017

Mnich - Matthew Gregory Lewis

Mnich

Opat zakonu kapucynów w Madrycie, mnich Ambrosio, może poszczycić się powszechnym szacunkiem i pewną miejscówką w szeregach zbawionych, gdy przejdzie kres jego ziemskiego żywota. Jego pobożność jest niezwykle surowa, czasem tylko budzi się w nim jakaś szatańska iskra, gdy patrzy na wizerunek najświętszej panienki...

Tak jest do chwili, gdy w jego klasztorze pojawia się nowy uczeń, w rzeczywistości jest to przebrane za chłopca dziewczę o niezwykłych zdolnościach wodzenia mężczyzn za nos. Może dzięki szatańskim sztuczkom, a może dzięki w gruncie rzeczy słabej woli Ambrosia, daje się on uwieść Matildzie i łamie śluby czystości. To jednak dopiero początek upadku jego moralności, bo rozbudzona chuć już szuka nowego obiektu namiętności.

Po raz pierwszy wydany w 1796 roku "Mnich" jest jedną ze sztandarowych pozycji w literaturze gotyckiej. Przez współczesnych czytelników jest jednak równie zapomniana co "Zamczysko w Otranto".

Lewis napisał ją mając ledwie dwadzieścia lat, stąd pewnie niezwykła, jak na owe czasy i ówczesny styl, żarliwość opisów, szczególnie wątków erotycznych. Tym zresztą pochwał nie szczędził sam Markiz de Sade, więc o czymś to już świadczy, Moi Drodzy.

Erotyzm jest jednak tylko jednym z wątków w powieści. Żeby omówić tu wszystkie, musiałabym srodze Was przetrzymać przy tekście, pozwolę więc sobie skupić się na tym, co w powieści najlepsze, czyli kreacja postaci tytułowego Mnicha i wydarzeniach z nim związanych.

Nasz Abrozio to niezły gagatek, postać niezwykle złożona i budząca bardzo silne emocje w czytelniku. Jeśli są w śród Was katoliccy oponenci, będziecie mieć tu niezłe używanie.

Nie od dziś wiadomo jak rygoryzm religijny zaburza rozwój sfery seksualnej (obejrzyjcie choćby sympatyczny dokument "Deliver us from evil") i Ambrosio jest tu dobrym przykładem. Jego popędy są tłumione, ale raz rozbudzone są nie do powstrzymania. Mimo że, od czasu do czasu w jego świadomości zapala się czerwona lampka, pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk o nieśmiertelną duszę, na nic to wszytko wobec pokus świata doczesnego.

Jak wspomniałam wszytko zaczyna się od Matildy. Ona też w swojej złożonej naturze nie ustępuje niczym postaci Ambrosia. To za jej sprawą Ambrosio otwiera się na nowe doznania i jak pisał Nabokov w Adzie, są one jak czerwona wysypka, którą wciąż trzeba drapać.

Mnich

Matilda to nie tylko podręcznikowy przykład femme fatale, ale i sposób na wprowadzenie do klasztoru kapucynów samego diabła. Niewiasta co prawda nie stanowi jego personifikacji, jest bowiem tylko wierną służebnicą, ale jej kuszenia są iście biblijne.

Pojawiają się tu za jej sprawą wątki okultystyczne, sporo dobrze poprowadzonych opisów, które przypominają nam o tym, za co kochamy literaturę gotycką. Owszem, czasem to wszytko trąci groteską, ale i tak podziwiam żywość wyobraźni autora. Tu ciekawostka, we własnej osobie pojawia się on w jednym ze wspomnianych rozlicznych watów pobocznych.Innym z takich ciekawych wtrąceń jest historia 'krwawej zakonnicy'.

Diabelski duet w osobach Ambrosia i Matildy będzie przyczyną rozlicznych krzywd jakich doświadczy pewna niewinna jak stokrotka Antonia, którą to upatrzy sobie Mnich tuż po jej przybyciu do Madrytu. Nie ograniczy się do obserwowania jej przez 'diabelskie lusterko', lecz postanowi za pomocą czarów uwieść ją i... tu mamy coś, co z pewnością urzekło starego de Sade. Choć obstawiam, że motyw siostry Lorenza- ukochanego niewinnej Antonii - która wpada w ręce innych występnych kobiet skrywających swoje obłudne czyny pod habitami zakonnymi, też nie mało go ucieszył ;)

Cóż, jak widać klasyka nie musi być nudna, jak uważają niektórzy, których być może dręczono w szkolne ławce skarbami literatury typu "Nad Niemnem".

"Mnich" to z resztą nie tylko klasyka, ale i w pewien sposób prekursor. Lewis jako pierwszy odważył się tak solidnie dokopać obłudzie, która nierzadko dotyczy tych, których stawia się za wzór. Naśladowali go pisarze na starym kontynencie i za oceanem i dopiero w latach '60 XX wieku ktoś nabrał odwagi by po raz pierwszy zekranizować powieść.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Vesper


vesper

piątek, 04 listopada 2016

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści - H.P Lovecraft

zgroza w dunwich

Dla fanów  klasycznej literatury grozy szczególnie tej z podgatunku Weird fiction powstałemu z połączenia horroru, fantastyki i fantastyki naukowej nazwisko Lovecraft jest pierwszym, które nasuwa się w momencie gdy spytać ich o niekwestionowanego króla gatunku.

Lovecfrat jest też jednym z moich faworytów odkąd przeczytałam jego "W poszukiwaniu nieznanego kadah". Miałam też okazję poznać go od nieco innej strony dzięki zbiorom jego listów i esejów w "Koszmary i fantazję". Przeszedł w końcu czas by zmierzyć się z tym, z czego Lovecraft zasłynął najbardziej, czyli jego opowiadań opartych na autorskiej mitologii Chtulu. To właśnie historie oparte na temacie Wielkich Przedwiecznych królują w zbiorze "Zgroza w Dunwich...".

Od dawna chciałam przeczytać "Zew Cthulu", "W górach szaleństwa", czy "Przypadek Charlesa Dextera Warda". Te tytuły były mi znane ze słyszenia i miałam na nie ogromny apetyt. Ucieszyłam się więc, że znalazły się w jednym zbiorze.

Wydawnictwo Vesper przodujące w klasycznej literaturze grozy uszczęśliwiło mnie i podejrzewam wielu innych czytelników nowym wydaniem zbioru opowiadań Lovecrafta.

Książka liczy sobie ponad osiemset stron, jest niemożebnie długa toteż mimo ogromnego zapału przeczytanie jej zajęło i sporo czasu. Formie tego wydania nie mam absolutnie nic do zarzucenia, zarówno okładka jak i ilustracje umieszczone przy każdy z opowiadań doskonale wpisują się w klimat treści.

Wszystkich opowiadań jest piętnaście. Ich objętość jest mocno zróżnicowana. Początkowe, najstarsze, bowiem ich kolejność jest chronologiczna względem dat powstania, są krótkie. Absolutnie się w nich zakochałam. "Dragon" wydał mi się zapowiedzią rodzącej się w głowie pisarza mitologii Chtulu. Już tu pojawiają się motywy wędrówki, mrożących krew w żyłach odkryć, tajemnic nieznanych nauce, czy wierze i szaleństwa jakie powoduje zgłębienie tego co nieznane.

"Ustalenia dotyczące zmarłego Artura Jrmyna i jego rodu" to mój absolutny faworyt. Zamysł jaki zrodził się w głowie autora, pomysł na rodową tajemnice wymykającą się z ram pojmowania świata przez 'przyzwoitych ludzi' jest fenomenalny. Musiałabym użyć spoilera by Wam ten fakt unaocznić. To opowiadanie obywa się bez Wielkich Przedwiecznych nie mniej jednak mamy tu kolejnego poszukiwacza prawdy, który boleśnie się z nią zmierzy.

"Wyrzutek" to znowuż więcej fantastyki. Nie wiem na ile moja interpretacja utworu zbliża się do prawdy, bo jest to moim zdaniem bardzo niejasny tekst, ale chyba stanowi on, jako jedyny, przykład opowieści bohatera który jednocześnie jest antybohaterem. Nie jest człowiekiem, jest istotą, która na kartach opowiadań Lovecfrafta zwykle przemyka jako nienazwany dziw i zgroza. Bardzo oryginalny manewr.

"Muzyka Ericha Zanna" narracyjnie już bardziej zbliża się do typowego stylu Lovecrafta. Styl ten jak zauważycie przy następnych jego tekstach niezmiennie opiera się na retrospekcji. Mało kiedy narratorem jest główny bohater. Tekst stanowi raczej relacje naocznego świadka jakiś stosownie przerażających wydarzeń, rzadziej jest on ich bezpośrednim uczestnikiem. W przypadku tego opowiadania znowu may do czynienia z krótszym tekstem, pozbawionym motywów z cyklu Cthulu, nie mniej jednak nienazwana, niszcząca siła odgrywa tu rolę nadrzędną. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego opowiadania, pozbawiona rozlicznych dygresji, przytaczanych w całości fragmentów korespondencji i niejasnej, dla mnie ciemniaka terminologii. Jest tajemnica, jest w tym jakiś gotycki romantyzm, samotność i trwoga.

"Szczury w murach" to znowuż kolejna udana acz niekoniecznie szczęśliwa próba zgłębienia rodzinnych tajemnic, poznania swoich korzeni.Akcja rozgrywa się w starym zamku i toteż jej gotycki klimat jest miażdżący. Sama fabuła wzbudziła we mnie mniejszy entuzjazm niż w przypadku rodowych przypadków Artura. Tu Lovecraft już zaczął powoli rozwijać warstwę retrospekcji tworząc opowieść w opowieści. Z czasem, w miarę rozwoju jego twórczości ta właśnie warstwa całkowicie zdominuje jego teksty - dla mnie do tego stopnia że zdarzało mi się zapominać od kogo się to wszytko zaczęło;)

"Święto" to znowuż bardzo oryginalne opowiadanie. Pojawia się tu motyw nieznanego kultu i jego wyznawców - nie będących zwykłymi ludzi. Jeden z nich udaje się na ceremonie i opisuje najdziwniejsze dziwy jakich doświadczył. Bardzo oniryczny klimat.

Wreszcie "Zew Cthulu", który zapoczątkował cały stos opowiadań pisanych na ten sam temat. W jakiś sposób połączonych, choć nie bezpośrednio za sprawa motywu przewodniego, czyli tematu przedwiecznych prabogów, którzy istnieli zanim jeszcze pojawili się ludzie. Oczywiście mamy tu retrospekcje, czyli relacje naocznego świadka wydarzeń, których lepiej nie ujawniać światu. Jego opowieść o powolnym i konsekwentnym zgłębianiu mrocznej tajemnicy. Jest to pierwsze z dłuższych opowiadań. Tak naprawdę zapowiedz kierunku, w którym dalej zmierzała twórczość autora. To tu pojawiają się pierwsze bogatsze opisy nieznanych zgróz jakie spotkać mogą ciekawscy zapaleńcy. Mnie szczerze mówiąc to opowiadanie nie urwało majtek z tyłka. Serio, tyle się nasłuchałam o Cthulu, że myślałam, że bezie to jakaś spektakularna bomba. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że perspektywa z jakieś Lovecraft zwykł pisywać to co, ma w czytelniku wzbudzać lęk, zakłada dużą dozę domysłu. Autor celnie stwierdził, że zgroza nie jedną ma twarz, to też nawet gdy z czasem tworzył jeszcze barwniejsze opisy wszelkich mrocznych istot, nie narzucał czytelnikowi konkretnej wizji.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" to już przykład mocno rozkręconej opowieści. Opis tejże swoją droga bardzo udanej historii jest przebogaty. Przekłada się to rzecz jasna na długość tego opowiadania, ale w tym przypadku wcale mnie to nie zniechęciło. Przypadek Charlesa, jest po prostu bardzo intrygujący. Pojawia się tu już wcześniej wprowadzony na pokład motyw mitologii Cthulu, ciemnych złowrogich istot, które tylko szaleniec chciałby sprowadzić w szeregi śmiertelników. Z resztą o takich szaleńcach jest tu mowa. Perspektywa z jakiej Lovecraft opisuje swoją historię jest na tyle odległa głównemu bohaterowi, że dzięki temu powstaje wspaniała przestrzeń dla nienazwanych lęków i domysłów. Po samym gwoździu programu, głównej tajemnicy spodziewałam się nieco więcej, ale jak już Cthulu wtargnęło w głowę autora, tak już zostało i zostanie.

zgroza w dunwich

Tytułowa "Zgroza w Dunwich" jest zarówno pod względem konstrukcji jak i samego pomysłu dość zbliżona do wcześniejszego opowiadania.Ponowni mamy tu motyw przyzywania z innego świata złych mocy i konsekwencji tego rodzaju zabiegów. Mamy tu w zasadzie bezimiennego narratora, który relacjonuje historię wydarzeń w pewnej osadzie. Ponownie zachowuje on duży dystans i relacjonuje sprawę jak rasowy detektyw, rzucając coraz to nowsze fakty i domysły. Finał historii, jak zawsze kończy się tragicznie, a kolejny narrator po raz kolejny potwierdza, że nie warto szukać pewnych odpowiedzi.

"Szepczący w ciemności", znowuż niemożebnie długi, bardzo przypadł mi do gustu, chyba najbardziej spośród dłuższych opowiadań w zbiorze. Historia miejscami wydaje się nieco naiwna, a może inaczej, jej narrator to człowiek naiwny. Znowu mamy przypadkowego człowieka, który niechcąco nadepnął na minę i wplątał się w coś czego nie rozumie, ale gorąco chcę zrozumieć, co rzecz jasna nie kończy się dla niego dobrze. Mamy tu istoty nie z tego świata, ale nieco innego rodzaju niż Pradawni zwabieni mroczną magią. Mamy tu Myślące Grzyby, o tak. Recz kosmiczna, solidne sci-fi.

Z "W górach szaleństwa" wiązałam podobnie duże nadzieje co z "Zew Cthulu" i ponownie nieco się rozczarowałam. To kolejne, niemożebnie długie opowiadanie. Nie wiele ma wspólnego z ekranizacją Carpentera. W zasadzie od pojawienia się Cthulu wszystkie opowiadania są pisane na jedną modę. Fabuły zlewały mi się i nie do końca mnie to cieszyło. Na końcu zbioru znajdują się te właśnie najbardziej znane i najnowsze z opowiadań.

Oczywiście ta monotematyczność Lovecrafta wcale nie jest tak wielkim minusem jak to możecie odbierać. Podobne zdaniem mam o Poe'm, ale przecież kocham te jego historie mimo, że większość bazuje na tym samych schemacie: miłość i śmierć. Myślę, że po prostu za dużo było tego na jeden raz.

Podsumowując, bardziej cenię Lovecrafta za te krótsze opowieści niż za te, które zagwarantowały mu pośmiertną co prawda, ale jednak ogromną sławę.

Tym, którym autor kojarzy się głównie z mitologią Cthulu mogę zapewnić, że ma do zaoferowania o wiele więcej.Zaś o samym zbiorze mogę powiedzieć, że stanowi doskonały przekrój twórczości autora.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

wtorek, 27 września 2016

Wdowa - Fiona Barton

wdowa

Na przedmieściach Londynu zostaje uprowadzona kilkuletnia dziewczynka, Bella. Policja pod wodzą detektywa Boba Sparkes'a robi wszytko by znaleźć jakikolwiek trop prowadzący do dziewczynki i sprawcy uprowadzenia. W ten sposób trafiają na niejakiego Glen'a Taylora, który jak wskazuje zawartość jego komputera lubi małe dziewczynki. Podejrzenia to jednak za mało, dowodów brak. Sprawę pogarsza dodatkowo nagła śmierć oskarżonego. Nici z przyznania się do winy. Czy istnieje ktoś kto mógł znać prawdę o zniknięciu Belli? Ktoś komu Taylor mógł zwierzyć się ze swojej tajemnicy, a może o zgrozo, dzielić chore zainteresowania? W ten sposób oczy wszystkich zainteresowanych kierują się w stronę wdowy po Glenie, cichej Jean.

"Wdowa" jest debiutem literackim dziennikarki Fiony Batron. Jak przyznaje sama autorka do napisania powieści zainspirowały ją setki, a może i tysiące milczących świadków zbrodni. Te wszytki kobiety, matki, żony, kochanki oskarżonych o okrutne czyny mężczyzn. Te kobiety o kamiennych twarzach, nie rzadko trwające u bogu oskarżonych na salach sądowych, zapewniające o niewinności ukochanych.

Fiona, podobnie jak reszta społeczeństwa wielokrotnie zastanawiała się jaka rola przypadła w zbrodni tym niemym świadkom? Gdy prawda wychodzi na jaw, mąż okazuje się bezwzględnym potworem, co z nimi? Ile z nich było współwinnych? Ile z nich faktycznie nic nie wiedziało? Ile milczało ze strachu? Kiedy dotarła do nich prawda? Sama często się nad tym zastanawiałam i nie chciało mi się wierzyć, że dzieląc z kimś życie, w tak intymnej relacji jaką jest małżeństwo można przez trzydzieści lat nie mieć pojęcia kim jest ta druga osoba.

Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale Fiona Barton w powieści "Wdowa" bardzo stara się przybliżyć nam sylwetkę fikcyjnej żony, której mąż został oskarżony o zbrodnie chyba najokrutniejszą z możliwych, zabicie dziecka.

Tytułowa "Wdowa" jest jedną z narratorek powieści, ale nie myślcie, że w pierwszym zdaniu opowie Wam jak to wszytko było. Nic z tego, nasza Jean sprawia wrażenie pogubionej. Coś wie, ale mam wrażenie, ze nie chce się do tego przyznać nawet przed samą sobą. W finale wszytko stanie się jasne, ale do tej pory, Moi Mili, cierpliwości.

Jean poznajemy stopniowo, jako zahukaną szarą myszkę, tą gorszą połówkę. Glen całkowicie nad nią dominuje i to w taki sposób by zachować pozory szczerej miłości. Nie jest tyranem, on jest opiekuńczy. Wszystkie przesłanki mówiące, że coś z nim nie tak, Jean traktuje jako 'bzdurki'. Jest tego całkiem sporo, tych jego bzdur.

Poznajemy ją już po śmierci męża kiedy inna narratorka powieści przybywa do niej w celu wyłudzenia sensacji. Dziennikarka Katie jest w tym naprawdę dobra. Mimo iż mogłaby się jawić jako bezwzględna hiena żerująca na cudzym nieszczęściu, wcale nie łatwo tak ją ocenić. Tu duży plus dla autorki, nikt nie lubi czarno białych postaci.

Narratorem będzie też detektyw Bob Sparkes, prowadzący sprawę Belli. I jego postać przypadła mi do gustu, co dziwne bo książkowi detektywi przeważnie wypadają niezwykle sztucznie. Widać autorka miała do czynienia z detektywami z krwi i kości, dlatego uniknęła książkowego schematu.

Taka zmienna narracja pozwala poznać sprawę z wielu perspektyw, ale stanowi tez niebezpieczną pułapkę dla autora kryminału, który musi zadbać o element zaskoczenia, nawet jeśli pozornie wszytko jest jasne. I wiecie co, nic tu nie jest jasne :)

"Wdowa" mocno wciąga, intryguje, ciekawi. Dziennikarski styp pozwala uniknąć dłużyzn, a dyscyplina nie pozwala na zdradzanie tego co powinno pozostać tajemnicą do końca. Czekam na więcej, Fiono Barton.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

środa, 21 września 2016

Domem nocy jest las - A. J. Stopa

domem nocy jest las

Młody doktorant wydziału meteorologii, Ksawery otrzymuje posadę w największym obserwatorium meteorologicznym w Polsce, mieszczącym się na szczycie góry zwanej Czarcim Garbem. Praca wiąże się z całkowitą izolacją od świata zewnętrznego. Ksawery musi sam wykonywać konieczne pomiary, za towarzystwo mając tylko las i zimowe noce. Co może dziwić, taki stan rzeczy bardzo mu odpowiada, bo jest ekstremalnym typem samotnika. Po kilku dniach na Czarcim Garbie z dziwaka spokojnie awansuje do miana szaleńca. Szaleńca przekonanego o czyhającego na niego zagrożeniu.

Do lektury kolejnego debiutanta przekonał mnie tytuł jego książki. "Domem nocy jest las", brzmi mrocznie i nieco poetycko. Taka też ku mej uciesze okazała się cała powieść.

Autor podjął duże ryzyko skupiając całą uwagę na jednym tylko bohaterze. Nieliczne przerywniki w postaci narracji z punktu widzenia innych osób zaledwie przemykają po karatach powieści, przypominając nam, że Ksawery nie jest ostatnim człowiekiem na ziemi. Rozdziały podzielone są na dni i noce. Poznajemy więc relacje z tego jak nasz samotnik spędza dni, o czym rozmyśla, co wspomina, oraz czytamy o jego snach, mocno odjechanych, bym rzekła.

Ksawery, z resztą, jest bardzo interesującą postacią. Powiedziałabym, że ma cechy zespołu Aspergera. Kiedy czytałam o jego fascynacji zorzą polarną, o tym jaką naturę miała ta fascynacja - ba, seksualną, erotyczną, nie mogłam oprzeć się zdumieniu. Jacy to dziwacy chodzą po świecie. Nie mniej jednak wcale nie miałam ochoty go obśmiać. Autor zaprezentował wewnętrzny świat Ksawerego w taki sposób by nie narazić go na śmieszność.

Wszystkie przemyślenia bohatera, mapa jego wspomnień, obraz ludzi, wszytko to sprawiło, że faktycznie jeden bohater wystarcza nam na całą powieść.

Co się tyczy towarzyszącym mu wydarzeń to nie ma tu fajerwerek. Znacznie więcej dzieje się w jego wewnętrznym świecie. W pewnym momencie Ksawery nabiera przekonania, że nie jest sam na Czarcim Garbie. Ktoś go odwiedza, kręci się po obserwatorium, okrada go z zapasów, zagraża jego pracy i jego życiu. Śledzenie, czuwanie, analiza, staje się nową obsesją Ksawerego, która wpływa na niego tak silnie, że nie mamy wątpliwości- facet oszalał. Pytanie tylko co jest tego przyczyną? Czy legenda Czarciego Garbu jest prawdziwa, czy też może prozaiczne wyjaśnienie jest tu bardziej trafne.

domem nocy jest las

Trzeba przyznać, że książka robi wrażenie swoim klimatem. Chłód, mrok, wszystko podkręcone do sufitowego poziomu. Zjawiska, którym można przypisać nadprzyrodzoną naturę są u jednak tylko pretekstem do rozważań, bardziej filozoficznych. Ostatecznie Czarci Garb jawi się jako miejsce gdzie samotność osiąga apogeum, jako miejsce gdzie najwięksi zwolennicy samotności tracili rozum, albo raczej odzyskiwali go (?) i jedyne o czym marzyli to powrót do domu, do bliskich. Sądzę, że każdy czytelnik będzie miał własne przemyślenia na ten temat, jednoznaczna ocena nie wchodzi tu w grę. Książkę oczywiście polecam, jest nietypowa, ale bardzo udana.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

novae res


środa, 31 sierpnia 2016

Zbaw nas ode złego - Lisa Cool, Ralph Sarchie

zbaw nas ode zlego

Filmowy horror pod tytułem "Deliver us from evil" twórcy słynnych "Egzorcyzmów Emilly Rose" zna zapewne większość z Was. Większość z Was wie też, że pod tym samym tytułem została wydana książka, której autorem jest, tak, bohater wspomnianego filmu, Ralph Sarchie nowojorski policjant.

Tu od razu mogę Wam powiedzieć: książka to jedno, film to drugie.

Reżyser horroru w pewnym stopniu inspirował się historiami jakie w swojej biograficznej powieści porusza Sarchie, ale finalnie obie rzeczy mają ze sobą niewiele wspólnego.

Film oglądałam dość dawno, ale teraz w konfrontacji z książką nie mogę sobie przypomnieć by filmowa historia opętania pojawiła się, w którymkolwiek z czternastu książkowych rozdziałów.

Każdy ze wspomnianych rozdziałów opowiada historie jednej z nadprzyrodzonych spraw w jakich brał udział nasz narrator i bohater, Ralph. W swojej pracy policjanta widział nie jedno, co często podkreśla w rozlicznych dygresjach, jednak w "Zbaw nas ode złego" skupia się na swoim drugim fachu, pracy przez duże "P", czyli roli demonologa.

Czytając historię początków jego kariery nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak łatwo w Stanach zostać demonologiem. Naoglądaj się w dzieciństwie horrorów, naczytaj książek o opętaniach, aż w dorosłym życiu w ręce wpadnie Ci, opisywana przeze mnie wcześniej książka "Demonolodzy - Ed i Lorriane Warren" i już. Teraz wystarczy zadzwonić do wspomnianej Lorriane Warren, naczelnej medium Ameryki i powiedzieć, że czujesz powołanie do wypędzania diabła. Z jej błogosławieństwem zakładasz własną organizacje do przepędzania złych duchów i do dzieła.

Tak to mniej więcej wyglądało w przypadku Ralpha, który po trzydziestce poczuł, że Bóg go wzywa. Został więc gorliwy katolikiem i obecnie jednym z popularniejszych demonologów w Stanach. Podobnie jak niegdyś małżeństwo Warrenów udziela wywiadów, daje wykłady.

Napisał też powyższą książkę. Nie jest to powieść fabularna, raczej coś w stylu literatury faktu. Autor opisuje szereg potyczek z demonami w jakich brał udział, opisując szczegółowo swój wkład w boskie dzieło.

O ile w książce "Demonolodzy" nieco drażniła mnie żarliwa religijność jaka biła z przytaczanych wypowiedzi Ed'a Warrena tak tu owa religijność w narracji Ralpha trąci wręcz fanatyzmem.

Niewątpliwie interesujące historie opętań jakie przytacza narrator są co chwile przerywane dygresjami o charakterze 'deklaracji wiary'. Słowo "Bóg" pojawia się tu częściej niż "demon/ diabeł/szatan". Praktycznie każdy akapit jest podsumowywany na zasadzie 'Wiara moim orężem/ Kto nie wierzy temu biada/ Tylko prawdziwie wierzący mogą uniknąć ataku demona' itp. itd. Już pomijając wydźwięk tych zdań, takie uporczywe powtórzenia, warstwowo kładzione dygresje bardzo szkodzą stylowi książki.

Ralph przyznaje, że jego książka kierowana jest do ludzi o silnej wierze religijnej - to uczciwe z jego strony. Jednak książka w Polsce promowana jest okładką filmową, czyli stanowi zapowiedz horroru z krwi i kości, gdzie demony szaleją i nikt nie klepie Cię co chwilę po ramieniu zapewniając o Bożym miłosierdziu. Stąd też może trafić na nie do końca odpowiednią grupę odbiorców, po prostu na poszukiwaczy grozy, jak ja.

Ci mogą się rozczarować, bo jak wspomniałam, więcej tu Boga niż diabła. Ja osobiście miałam odczucie, że ktoś mnie za chwilę zatłucze krucyfiksem. Momentami bardziej bałam się narratora i jego żarliwej religijności niż zgrai przepędzanych demonów.

Nie jest jednakże tak, że fani grozy nic tu dla siebie nie znajdą. Mamy tu 14 rozdziałów, czternaście historii najróżniejszych nawiedzeń i opętań. Do tego całkiem spore kompendium wiedzy jak z owymi demonami sobie radzić. Niektóre historie są naprawdę mocne i gdyby opisał je ktoś inny, bardziej ogarnięty literacko, może trochę mniej religijny, było by bardzo dobrze.

Niestety fragmenty, w których Ralph z powagą wyznaje, że wiesza na szyi zwierzętom domowym łańcuszki z wizerunkami świętych by chronić je przed demonami, skutecznie burzą wszelką grozę;)

Niestworzonych teorii o charakterze religijnym Ralph przedstawia zresztą całkiem sporo, więc ciężko mi było traktować go serio. Abstrahując od mojego niedowiarstwa i pewnej antypatii jaką wzbudził we mnie bohater, jeszcze raz powtórzę - historie ze sporym potencjałem horrorowym, który jednak nie został użyty.

Moja ocena:5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

esprit

czwartek, 11 sierpnia 2016

Demonolodzy, Ed i Lorraine Warren - Gerald Brittle

demonolodzy

Jestem niedowiarkiem jeśli chodzi o zjawiska nadnaturalne. Lubię horrory, ale nie wierzę w nie. Szczególnie jeśli sprawa dotyczy opętań, zagadnienia ściśle związanego z religią. Stąd też nie darzę sympatią wszelkich samozwańczych łowców duchów, demonologów i wszelkiej maści egzorcystów. Te fragmenty książek, czy filmów grozy, gdy na arenę wkraczali, ci właśnie, hym ludzie, cieszyły się u mnie najmniejszym zainteresowaniem. Nie jestem też fanką filmowej serii "Obecność" Jamesa Wan'a.

Skąd więc wziął się u mnie pomysł, żeby zapoznać się z historią wojującej pary pogromców wszelkiego duchowego wynaturzenia, znanych jako Ed i Lorraine Warren?

Chyba trochę z przekory. Ale bardziej z ciekawości. Mimo iż książka została wydana w Polsce dopiero w tym roku (podczas gdy jej pierwsze wydanie w Stanach to rok 1980) i widać jak mocno owe wydanie chce czerpać z popularności filmów z rodzaju "Obecność" (fragmenty wypowiedzi aktorów i reżysera filmów) to miałam nadzieję na coś mniej komercyjnego niż hollywoodzkie twory.

Moje nadzieje zostały spełnione. "Demonolodzy", historie w niej zawarte, znacznie odbiegają od tego co przedstawiają popularne filmowe horrory. Moi Drodzy, ta książka to hard core. Lewitujące krzesełka i wykręcone twarze to najsłabsze punkty programu w tej partii książki stricte poświęconej demonom. Bo musicie wiedzieć, że nie samymi demonami "Demonolodzy" żyją.

Początek książki to zapoznanie z sylwetkami Warrenów. Nie wiem czy wiecie, ale małżeństwo zajmowało się malarstwem i to od malarstwa wszytko się zaczęło. Młodzi małżonkowie ulubowali sobie portretowanie nawiedzonych miejsc. Przy okazji odwiedzin w takim domu poznawali jego historie, relacje mieszkańców, lub byłych mieszkańców. Zaczęli bardziej wgryzać się w temat. Lorraine zaczęła dawać upust stłamszonym przez religijne wychowanie nadnaturalnym umiejętnościom, a Ed od najmłodszych lat pochłaniający książki okultystyczne postanowił wiedzę teoretyczną przełożyć na praktykę. Tak zaczęła się ich krucjata.

ed i lorraine warren

Jeździli od domu do domu, pomagali ludziom w kłopotach z duchami. Ich popularność rosła, na tyle, że w latach '70 XX wieku byli już naczelnymi demonologami Ameryki, wzywanymi do każdej sprawy, w którą mogły być zamieszane siły nadprzyrodzone.

Narracja "Demonologów" opiera się na dialogu pomiędzy Ed'em, Lorraine i autorem książki. Przytaczane są też wypowiedzi innych osób, ale w mniejszym stopniu.

Początkowo byłam nieco zniechęcona, przez nachalność z jaką w co drugim zdaniu podkreślane jest słowo 'autentyczne'. Gorące zapewnienia Ed'a trochę mnie śmieszyły, śmieszyło mnie też to w jaki sposób Ed tłumaczył swoje zainteresowanie paranormalnym światem: Nie, absolutnie religijne wychowanie i codzienne wizyty w kościele nie miały na niego wpływu... Tia.

Im dalej rozwija się historia demonologów tym więcej pada konkretów. Zaczyna się niewinnie, bo od prostych ludzkich duchów. Szybko jednak wkraczamy na pole minowe w postaci demonicznej działalności w życiu ludzi.

Tu oczywiście na tapetę wzięta jest historia Annabell. Świetna historia, ale to co zrobił z niej film jest jakąś kpiną. Abstrahując od szczegółów takich jak wygląda lalki - prawdziwa Annabell jest lalką szmacianą - filmowcy biorący na tapetę jej historię w tym dość popularnym horrorze w żaden sposób nie wykorzystali jej potencjału. Szczegółów Wam nie zdradzę.

ed i lorraine warren

W książce nie poznamy autentycznej historii na podstawie, której powstała pierwsza część "Obecności", natomiast zahaczymy o "Obecność 2". Tu zmiany też są bardzo widoczne i oczywiście na minus dla filmu.

Porażająca był historia rodziny Fosterów i Beckfordów. W niewielkim stopniu pojawia się historia horroru w Amityville. Wiecie, że Jody była świnką, a nie dziewczynką? Ha. Takich smaczków znajdziecie dużo.

Na tle historii opowiedzianych przez Warrenów filmowe wersje wszelkich opętań i nawiedzeń wypadają bardzo słabo. To z czym według ich relacji mierzy się świadek opętania jest po stokroć mocniejsze.

To co najbardziej rzuciło mi się w pamięć to jedno z naczelnych znaków obecności demona - fekalia. Tak, w nawiedzonym domu częściej spotkasz obsraną ścianę, czy deszcz moczu niż lewitujące krzesło. Ten motyw w jakiś sposób jest kompletnie nie atrakcyjny dla filmowców, ciekawe czemu;)?

Opisy strasznych wydarzeń są bardzo żywe. Fragmenty w których Ed i Lorraine relacjonują przygodę z pewnym samochodem widmo, czy spotkanie z bezdomnym w Nowym Jorku bardzo zapadają w pamięć. Strachliwa nie jestem, ale jakoś kiepsko mi się po tym spało.

Jeśli chodzi o wartość edukacyjną książki, to każdy znajdzie tu szereg rad i przykazów jak uniknąć ingerencji sił nadprzyrodzonych w nasze życie, a także jak sobie radzić, gdy już wpadniemy w kłopoty.

Ed bardzo dokładnie wyjaśnia naturę tych zdarzeń, można powiedzieć, że analizuje je naukowo. Znajdziemy tu więc sporo ciekawostek.

Podsumowując, "Demonolodzy" to zaskakująco dobra rzecz.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

esprit

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Zimne ognie - Simon Beckett

zimne ognie

Kate Powell prowadzi własną agencję PR i odnosi pierwsze zawodowe sukcesy. Nie jest jednak szczęśliwa. Dokucza jej samotność, lecz nie ma odwagi po raz kolejny wchodzić w związek partnerski. W duchu jednak marzy o dziecku. Wpada na pomysł użycia technologii in vitro by spełnić marzenie o macierzyństwie.

Kate nie chce by ojciec jej dziecka był całkowicie anonimowym facetem z banku spermy. Kobieta udaje się więc do kliniki, gdzie będzie mogła sama wybrać ojca dla swojego dziecka, poznać go i upewnić się, że wszytko z nim w porządku. W ten sposób poznaje samotnego psychologa, Alexa który początkowo ma być jedynie 'dawcą'. Okazuje się, że zagości w życiu Kate na dłużej i znajomość ta będzie miała bardzo ognisty finał.

Złapałam się na tym, że tworząc opis nowej książki Becketta pomyślałam- zaraz, czy to nie brzmi trochę nazbyt romansowo? Ma prawo tak brzmieć, bo "Zimne ognie" to zupełnie innych Beckett niż ten, którego pamiętają fani serii o policyjnym antropologu.

Fani wcześniejszych książek Simona Becketta zapamiętali go zapewne jako pisarza tworzącego coś mocniejszego niż przeciętnej klasy kryminały. Z uwagi na specyfikę pracy głównego bohatera autor raczył nas barwnymi opisami rozkładających się zwłok. Najbogatsza w takie wrażenia była chyba "Chemia śmierci". Czytałam ją bardzo dawno, ale do tej pory pamiętam wrażenia jakie mi wówczas towarzyszyły. Serio, wręcz czułam zapach trupów.

Tym razem pisarz wziął się za coś co można sklasyfikować jako thriller psychologiczny.

Mamy tu znacznie więcej wątków obyczajowych niż w poprzednich jego dziełach, ale nie przeszkadzały mi one, bowiem facet sprawnie się przez nie przeprawia unikając bzdurnych wstawek.

Książkę czytałam z zadowoleniem. Przez pierwszą połowę towarzyszył mi nastrój tajemnicy do rozwikłania i pewnego niecierpliwego napięcia. Co ukrywa Alex Turner, przyszyły ojciec dziecka Kate?

Sprawa wyjaśnia się moim zdaniem zbyt szybko. Zwłaszcza, że antybohater rozstaje obdarty ze wszystkich tajemnic, od modus operandi po przyczynę jego działań zakopaną w gruzach przeszłości. Dostajemy praktycznie pełną diagnozę na tacy.

Co więc robić z dalszą lekturą? Ano, chyba czekać końca. Gdy już poznamy prawdziwe oblicze antybohatera pozostaje nam śledzić jego poczynania na drodze do ostatecznej konfrontacji. Ta nadchodzi ze stosowną oprawą.

"Zimne ognie" nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak oczekiwałam po tym autorze. Zdecydowanie jest to książka lżejsza od poprzednich, nawet wątki psychologiczne nie są tak miażdżące jak to u Becketta bywało.

Nie mniej jednak dla osób nie zaznajomionych z jego poprzednimi pisarskimi dokonaniami będzie to odpowiednia lektura. Wygórowane oczekiwana względem makabreski nie przysłonią Wam radości z lektury.

Tych, którzy Becketta znają przestrzegam, że "Zimne ognie" to już coś innego i świadomość tej inności powinna pomóc Wam rozgrzeszyć autora z tej zmiany frontu.

Moja ocena:5+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

piątek, 22 lipca 2016

Księga Wieszczb - Erika Swyler

księga wieszczb

Simon, młody bibliotekarz mieszka samotnie w zrujnowanym domu, który lada moment osunie się do zatoki Long Island. Tu się wychował, tu zmarła jego matka tonąc w oceanie, tu umarł jego pogrążony w depresji ojciec i stąd uciekła jego młodsza siostra Enola. To tu dociera też do niego dziwna przesyłka nadana przez starego antykwariusza, który dba o to by rodzinne księgi pozostawały w rodzinie.

W ręce Simona trafia książka dokumentująca życie pewnego cyrku. Co mężczyzna może mieć z nią wspólnego? Może nic, a może wszytko, bowiem na kartach dziennika rozpoznaje nazwiska swoich krewnych, kobiet, które podobnie jak jego matka utonęły w młodym wieku.

Uwielbiam książki o rodzinnych tajemnicach, ale nie z cyklu 'mój dziadzia był żołnierzem', preferuję raczej historie mniej przyziemne, gdzie na jaw wychodzą tajemnice nie z tej ziemi.

Powieść Eriki Swyler bardzo silnie skojarzyła mi się z twórczością Isabelle Allende za czasów jej świetności, konkretnie z sagą rodziny De Valle począwszy od "Domu duchów". Znacie?  Lubicie? W takim razie "Księga wieszcz" też powinna wpaść Wam w ręce.

Akcja powieści osadzona jest w czasach współczesnych, jednak retrospekcją sięga do końcówki XIX wieku, czyli poznamy spory przekrój historii.

Owa historia skupia się głównie na życiu cyrku i jego pracowników, czyli jest niezwykle barwnie. Wraz z Simonem poznajemy życie jego przodków, a jak się okazuje ród ma ciekawy rodowód. Sprawa wiąże się z mitycznymi postaciami syren, czy też rusałek - jak zwał, tak zwał - jest bardzo intrygująco.

Oczywiście pojawia się tu gro postaci pobocznych, równie barwnych i szalonych, posiadających niezwykłe właściwości.

Istotnym elementem jest wątek wróżbiarstwa, wyróżniony w tytule książki. Karty tarota poznały prawdę o rodzinie Simona nim ktokolwiek z jego krewnych zdołał się zorientować.

Jest tu też dużo smutku: morderstwa, samobójstwa, tragiczne wypadki, wieloletnie rozłąki z bliskimi. I nasz biedny bohater próbujący poskładać wszytko do kupy by uniknąć nieuniknionego.

Książkę czyta się fantastycznie choć styl nie jest jakiś wybitny, jest poprawny, lekki. Jeśli dodać, że książka stanowi literacki debiut autorki, możemy chyba powiedzieć, że mamy tu do czynienia z dużym talentem, zdolnością snucia wielowątkowej opowieści tak by zainteresować czytelnika i nie zgubić jego uwagi gdzieś po drodze.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca


wtorek, 05 lipca 2016

Wykluczeni - Aleksandra Szałek

wykluczeni

W małym bezimiennym miasteczku mieszka Olga, jej upośledzony brat, jej ojciec i jej przyjaciele. To oni będą mieli swój udział w zgłębieniu mrocznej tajemnicy miasteczka związanej z siecią podziemnych bunkrów.

Kim jest Aleksandra Szałek, autorka "Wykluczonych" nie mam bladego pojęcia. Przypuszczam, że książka może być jej literackim debiutem.

Tematyka powieści jest dość szeroka, można ją nazwać horrorem, gdzie tajemnicze zjawiska przyczyniają się do niewyjaśnionych zgonów. Można ją nazwać powieścią psychologiczną, bo takowa jej warstwa jest bardzo rozbudowana.

Można ją nazwać kryminałem z uwagi na toczące się tu policyjne śledztwo. Można ją też nazwać powieścią młodzieżową, bo pojawia się tu młodzi bohaterowie, ich świat, ich problemy.

To bardzo uniwersalna książka i jestem przekonana, że nie będzie miała problemu z zaskarbieniem sobie sympatii czytelników.

Napisana jest całkiem nieźle, zwłaszcza, że w mojej ręce trafił egzemplarz przed korektą. Styl może nie jest zbyt wyrobiony, czasami pojawiają się zgrzyty, ale ogólne wrażenie jest pozytywne. Nie męczyłam się brnąć przez kolejne strony. Wręcz przeciwnie, całość pokonałam szybko.

Jak wspomniałam pojawia się tu sporo wątków. Wszytko zaczyna się od nastoletniej Olgi. Jej postać niekoniecznie mnie porwała, była skonstruowana nazbyt schematycznie - typowa zbuntowana małolata gardząca całym światem z własną rodzina włącznie. Jej przyjaciele też nie odbiegają od standardów tworząc trochę bezbarwne stado. To chyba te młodzieżowe elementy kuleją tu najbardziej.

Znacznie lepiej jest z wątkami ghost story. Nie chce Wam zdradzać zbyt dużo, ale pojawi się tu bardzo intrygująca postać o bardzo specyficznych właściwościach. To ona będzie kluczem do rozwiązania tajemnicy, a jej historia jest na tyle przygnębiająca, że niejednemu czytelnikowi może pocieknąć łezka.

Wątki kryminalne, czyli po pierwsze, śledztwo w sprawie zaginionego brata Olgi jest zaprezentowane z niespotykanym umiarem. Policjanci z małego miasteczka nie zachowują się jak agenci FBI, chwała za to. Pojawiający się przy tej okazji antagoniści to świetna koncepcja, bardzo wiarygodni i stosownie odpychający. Poczułam, że mam tu do czynienia z ludźmi autentycznie złymi - Każdy z innego powodu, niemniej jednak Szałek trafiła w punkt łącząc podłość z głupotą.

Cała zagadka kryminalna jest tu budowana po cichu i z rozsądkiem, bez zbędnego kluczenia, czy dziwnych manewrów. Wszytko bez wysiłku składa się w całość. Pierwsza zagadka łączy się z drugą zagadką  z przed lat związaną z tajemniczym zgonem młodego chłopaka. Rozwiązując tę łamigłówkę trafiamy na kolejną jeszcze starszą sprawę natury kryminalnej, której rozwikłanie jest kluczem do wszystkich powieściowych wydarzeń.

Na koniec psychologia, jak napisałam najpotężniejsza warstwa, rozbudowana ale nie do przesady by trącić patosem, wodolejstwem, czy tym co nazywam 'psycholstwem i wymyślactwem'.

Tu dużą rolę odegrał wątek tytułowych 'wykluczonych', ludzi takich jak brat Olgi, w jakiś sposób niepełnosprawnych. Szałek nie rozczula się nad nimi za nadto, ale zaznacza jak łatwo w ich przypadku o wtrącenie w rolę ofiary. Nie wiem, czy autorka miała do czniania z taką problematyką w pracy, czy życiu prywatnym ale pokazała, że ma spore pojęcie w tej kwestii. Nie wyłapałam żadnych błędów, a zawsze na nie poluję, gdy autor wkracza na niepewny grunt nauk psychologicznych.

Reasumując, bardzo udana książka. Masa dobrych pomysłów wykorzystanych na tyle na ile było to możliwe. Czyta się ją doprawdy przyjemnie i mogę powiedzieć, że centralnie trafiła w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

piątek, 24 czerwca 2016

W stronę grozy - Viveca Sten

w strone grozy

Przerażona kobieta w wigilijną noc szuka schronienia w Hotelu Żeglarskim w Standhamn. Czuje się bardzo źle, wychodzi jednak w zimną noc na zewnątrz. Nazajutrz jej zwłoki zostają znalezione przez przypadkowego świadka. Morderstwo, czy nieszczęśliwy wypadek? O tym co spotkało znaną dziennikarkę, korespondentkę wojenną dowiemy się gdy sprawa traf w ręce policjanta Andreassona i jego współpracowników.

Niedawno pisałam o innej, wcześniejszej powieści szwedzkiej pisarki Vivecy Sten. "Gorączka chwili", piątka z kolei powieść autorki, i jednocześnie część cyklu o sprawach kryminalnych w Standhamn przekonała mnie na tyle by sięgnąć po szóstą powieść Sten - "W stronę grozy".

Po dwóch podejściach do jej prozy mogę już wyrabiać sobie jakieś pojęcie o stylu autorki. Sten pisze dobrze, przystępnie, jak na razie udaje jej się unikać patosu, a wątki obyczajowe też są do przełknięcia.

To co najważniejsze w gatunku, czyli intryga, tajemnica, zagadka i morderstwo wychodzi jej wyśmienicie. Już drugi raz Sten udało się skonstruować fabułę powieści na tyle sprawnie, że nie przewidziałam wyniku rozgrywki na przedbiegach. Coś mi zaświtało, ale już raczej bliżej końca. A że finałów Sten nie zwykła rozwlekać mogę powiedzieć, że przez całą lekturę trwałam w niewiedzy. To bardzo dobrze, potwierdzi to każdy kto często czytuje tego rodzaju powieści. Nie ma nic gorszego niż autor biorący czytelnika za idiotę, liczący, że ten nie umie dodać dwa do dwóch. Sten kombinuje tak, że najlepsze zostawia na koniec, konsekwentnie unikając potknięć.

"W stronę grozy" jest trochę polityczne. Pisarka wprowadziła tu wątek dziennikarki altruistki, która za wszelką cenę dąży do zdemaskowania zbrodniczych działalności człowieka. Postać ta nie jest jednak kryształowa i to też plus.

Gdy dziennikarka zostaje znaleziona martwa pojawia się wiele tropów. Ex mąż walczący o opiekę nad córką, rodzinna tajemnica, niebezpieczna praca ofiary i wrogowie w kręgach politycznych. Polityki jest tu zresztą sporo i niestety autorka bardzo kategorycznie objaśnia tu swoje stanowisko. Poglądy tego typu raczej nie sprawdzą się w naszej pięknej ojczyźnie i to może być gwóźdź do trumny dla promocji "W stronę grozy" w Polsce.

Uspokoję Was jednak, paradoksalnie polityka nie gra tu pierwszych skrzypieć.

To co w tej całej rozgrywce podobało mi się najbardziej to bijący z nich chłód. Nie mam tu na myśli jedynie powieściowego tła, obrazu szwedzkiej zimy, a głównie zimnokrwistego antybohatera, który zaskakuje rozwagą i premedytacją.

"W stronę grozy" nie jest powieścią wysokich lotów, raczej czytadłem, doskonałym na kocyk do opalania. U mnie w takie roli sprawdziła się doskonale.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

środa, 08 czerwca 2016

Inna dusza - Łukasz Orbitowski

inna dusza

Bydgoszcz, lata '90 XX wieku. To tu wychowuje się trzech kolegów, wyrostków, jeszcze dalekich od dorosłości. Zarówno bohaterów jak i tło opowieści poznajemy z perspektywy jednego z nich - Krzysia Hoppe, o którym spokojnie możemy powiedzieć, że ma przesrane w życiu.

To on przedstawia nam swojego starszego kolegę Jędrka, uczącego się w zawodówce na cukiernika i jego kuzyna Darka marzącego o zostaniu kulturystą. Krzysio też ma marzenia, ale małe, na przykład rower, albo żeby tatuś przestał pić i użalać się nad sobą.

Jeden z nich skończy w pierdlu za morderstwo. Jeden będzie martwy, jeden będzie odwiedzać morderce za murami więzienia.

Gdyby nie chwyt zastosowany przez Orbitowskiego we pierwszej partii powieści skąd dowiemy się, że to Jędrek, dobrze zapowiadający się przystojny syn zamożnych i wykształconych rodziców, będzie odsiadywał wyrok, ta powieść mogłaby zostać uznana za kryminał.

Tożsamość mordercy byłaby tajemnicą i dopiero stopniowe poznawanie chłopców ich oblicza malujące się na stronach powieści pozwoliłoby poznać sprawcę. Z pewnością wszyscy czytelnicy obstawiliby zakłady na Krzysia. Tak, z niego to na pewno nic nie będzie.W kim nie zrodziłaby się agresja po tylu latach bezradności, wobec zjebanego dzieciństwa?

Na drugim miejscu pojawił by się Darek ze swoją fascynacja siłą fizyczną i dziwną ciągotą do własnej siostry. Ale nie Jędrek. Myślę, że Jędrek byłby na końcu plebiscytu na urodzonego morderce. Przecież wszyscy są przekonani, że dzieci nie rodzą się złe.Dopiero patologiczne środowisko, złe wzorce i jeszcze grosze towarzystwo czyni z nich drapieżników.

Jędrek miał słodkie życie w błękitnych bluzach  i oparach cukru pudru. Miał ojca na stanowisku i cierpliwą matkę. A jednak to on został mordercą. Dlaczego? Autor powieści nie stara się odpowiedzieć na to pytanie, choć narrator, Krzyś, uporczywie ej zadaje. Jeden fragment w zasadzie podsumowuje to co 'dolega' Jędrkowi i co sprowadziło na niego nieszczęście:

"Takich duchów co chodzą po cmentarzach, to na pewno nie ma. Ktoś by sfilmował, no nie? Ale są inne duchy, takie co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I  czegoś tam sobie chcą. Jedne są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. To jest nie do wytrzymania. Znaczy, tak mi się wydaje, że z takim duchem w środku strasznie ciężko żyć, zwłaszcza jak on chce czegoś na co ty nie masz ochoty."

Tytułowa "Inna dusza" jest odpowiedzią na pytanie o przyczynę zła jakie wyrządził Jędrek. Jest to jednak metafora, niewiele mówiąca tym, którym przyszło osądzać zabójce. Oni szukali czegoś innego - zmian w płacie czołowym itp.

Mówi się, że tą książką Orbitowski pożegnał się z fantastyką, ale moim zdaniem nie da się pożegnać z czymś, co jest w nas głęboko zakorzenione.

"Inna dusza" zaliczana jest do literatury faktu, pisana językiem twardego realizmu, ale z drugiej strony stąpając twardo po ziemi, po Bydgoskich chodnikach widzimy unoszącą się nad tym Jędrkową Inną Duszę i tego nie da się pominąć.

Tło społeczne, zdolność z jaką Orbitowski odmalował świat przedstawiony powieści nie jest niczym nowym patrząc na jego twórczość. Weźmy "Szczęśliwą ziemię" czy zbiór "Wigilijne psy". Czy tam obok wątków fantastycznych nie było obyczajowego tła, rodem z psychologicznego dramatu?

Nie lubię szufladkowania i nie zamierzam Orbitowskiego przestawiać z półki na półkę, wczoraj literatura fantasty dzisiaj literatura faktu, niech sobie dynda pomiędzy nimi, bo z tym mu chyba najlepiej.

"Inną duszę" nabyłam w Biedrze. Zgodnie z deklaracją, że kolejnej książki Orbitowskiego nie wyżebram od wydawcy, a zapłacę złotem, co żeby chłopak zarobił. Powieść ogromnie polecam, bo nie da się inaczej w jej przypadku.

Moja ocena:9/10

środa, 11 maja 2016

Pułapka - Melanie Raabe

pułapka

Trzydziestoośmioletnia pisarka, Linda Conrads od dwunastu lat żyje w ciągłej izolacji. Zamknięta we własnym domu, na własne życzenie. Nie przekracza jego murów, nie dopuszcza do siebie ludzi z zewnątrz, za wyjątkiem wydawcy i asystentki. Pewnego dnia wszytko się zmienia. Linda opuszcza swoją skorupę. Zgłasza chęć dania wywiadu, pierwszego od lat, w ramach promocji nowej książki, całkiem innej od tych, które zwykła tworzyć. Linda zastąpiła plony bogatej wyobraźni historią o własnej przeszłości. Przeszłości, która została naznaczona krwią jej młodszej siostry, Anny. Pisarka chce porozmawiać o swoim krwawym thrillerze z jednym tylko człowiekiem, dziennikarzem Victorem Lenzen'em. Dlaczego? Dlatego, że pewnego wieczoru po dwunastu latach pogrążania się w traumie i wątpliwościach rozpoznaje w telewizyjnym korespondencie twarz zabójcy swojej siostry.

"Pułapka" jest bardzo obiecującym literackim debiutem niejakiej Melanie Raabe. Książkę już dziś można odnotować jako sukces. Takie zdanie podzielają czytelnicy, wydawcy szykujący się do opublikowania kolejnego dzieła Raabe, a także filmowcy czyhający na możliwość zekranizowania jej pierwszej powieści.

Ja owego entuzjazmu nie zamierzam studzić, bo książka po za drobnymi mankamentami o podłożu, że tak powiem obyczajowym, bardzo mi się podobała.

Melanie Raabe wpadła na doskonały pomysł napisania książki w książce, albo książki o książce. Podwójna narracja świetnie rozwiązuje problem jak do bieżącej fabuły wprowadzić retrospekcje. Tak więc mamy tu możliwość śledzić bieżącą fabułę, której narratorką jest pisarka Linda równocześnie poznając fragmenty jej powieści "Siostry krwi", gdzie Linda odtwarza historię zabójstwa swojej siostry, napisanej z myślą o zastawieniu tytułowej pułapki na zupełnie nie fikcyjnego mordercę.

Poznając teraźniejszość Lindy, jej samotnicze życie pełne różnorakich lęków i psychicznych upadków otrzymujemy wgląd w jej charakter. Ten zabieg, powolnego opisywania codziennych rytuałów trochę skojarzył mi się z twórczością Murakamiego. A to bardzo sympatyczne skojarzenie zważywszy na to, że jest to chyba jedyny pisarz, który nie nudzi mnie nawet gdy opisuje cykl niedzielnego prania czy karmienia kota. W przypadku Raabe dzięki temu możemy wczuć się w sytuacje głównej bohaterki, bez udziału bohaterów pobocznych. Postrzegamy świat jedynie jej oczami, nie wiemy co tak naprawdę o całej sprawie sądzą jej bliscy. To świetny grunt pod element zaskoczenia, gdy nasza bohaterka wreszcie konfrontuje się ze światem zewnętrznym.

Jest to konfrontacja nie byle jaka, bo pisarka pod swój dach zaprasza... morderce. Pisząc powieść będącą sfabularyzowaną wersją jej własnych przeżyć związanych z zabójstwem siostry Linda pragnie sprowokować sprawce okrutnego czynu do nieostrożnej reakcji. Aby upewnić się, że jej powieść trafi w jego ręce zaprasza go na wywiad ze sobą.

Czyste szaleństwo, bo jak osoba, która jest tak przerażona światem, tak pozbawiona ochrony zdrowego rozsądku może zdobyć się na taki czyn?

Linda stawia wszytko na jedną kartę. Piszę powieść o autentycznym morderstwie dając jego sprawcy sygnał - tak widziałam cię tego dnia, mimo że umknąłeś, ja cię pamiętam. Zaprasza go do swojego domu pod pozorem wywiadu by utwierdzić go w przekonaniu o jego straconej pozycji. A na koniec planuje wydusić z niego przyznanie się do winy.

Przygotowuje się do całej akcji przez pół roku, ale autorka "Pułapki" nie poświęca na te wydarzenia zbyt wiele stron. Moim zdaniem jest w sam raz. Właściwa akcja rozpoczyna się, gdy Victor ze swoim szelmowskim uśmiechem zjawia się w jej domu na umówiony wywiad. Linda rusza do ataku, ale czy jest wystarczająco silna psychicznie by udźwignąć prawdę? A co jeśli się pomyliła? "Jakie jest prawdopodobieństwo, że rozpoznałam morderce mojej siostry po dwunastu latach na ekranie telewizora?" Dzięki wprowadzeniu, zapoznaniu się z narratorką wiemy, że jej 'olśnienie' ma cokolwiek liche podstawy.

Autorka "Pułapki" bardzo sprawnie manipuluje czytelnikiem. Pułapek jest tu więcej niż możemy się spodziewać. Co ciekawe wszytko obleczone jest w ramy... banału. Tak moi drodzy, Raabe jawnie drwi z banalnych rozwiązań jakimi rządzi się świat przedstawiony filmów i książek o morderstwach. Seryjni mordercy, sadyści, szaleni świadkowie? A co jeśli wszytko jest bardzo... proste? Wtedy jest właśnie najtrudniejsze:)

Z czystym sumieniem mogę książkę polecić. Bawiłam się przednio. Raabe bardzo ładnie rozrysowała psychologię postaci bez nadęcia i przesady, wykorzystała w zasadzie oczywiste oczywistości, jak dwoistość ludzkiej natury, gloryfikowanie zmarłych, wyrzuty sumienia, tramę, pustkę, rządzę zemsty, wyparcie przeszłości. Gdyby tylko wyciąć nieco romantycznej sraki - z której obecności w tej historii naigrywa się sama jej autorka - byłoby idealnie.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

sobota, 02 kwietnia 2016

Żony ze Stepford - Ira Levin

zony

Joanna wraz z mężem, Tedem przeprowadza się na przedmieścia do małego, uroczego miasteczka Stepford. Z początku stara się podchodzić do zmiany trybu życia entuzjastycznie jednak jej natura nie pasuje do małomiasteczkowej rzeczywistości, gdzie nie potrafi znaleźć sprzymierzeńców w swoim toku myślenia.

Joanna z rosnącą trwogą obserwuje życie kobiet ze Stepford, które wydają się zajmować jedynie dbaniem o dom, dzieci i mężów. A jeśli o mężach mowa, ci prawie każdego wieczora oddają się nieznanym zajęciom w siedzibie stowarzyszenia mężczyzn. Z czasem Joanna zaczyna dochodzić do wniosku, że tajemnicze spotkania facetów ze Stepford w jakiś sposób Łącza się z niezwykle miernymi aspiracjami życiowymi ich żon...

"Żony ze Stepford" są zaraz za "Dzieckiem Rosemary" najpopularniejszą powieścią amerykańskiego autora. Czaiłam się za nią dość długo biorąc pod uwagę fakt, że jej fabuł poznałam z grubsza dzięki dwóm ekranizacjom z czego młodsza zwraca się ku czarnej komedii zaś starsza, jeszcze z lat '70 jest zdecydowanie wierniejszym odwzorowaniem literackiego pierwowzoru - o czym w końcu miałam okazję się przekonać.

Muszę powiedzieć, że książka z deka mnie rozczarowała - swoją lichą objętością, licząca zaledwie 156 stron. Przeszłam przez nią lotem błyskawicy i pozostał niedosyt. Ira Levin nie lubi się rozdrabniać, to nie King, który potrafi napłodzić stertę wątków pobocznych czy rozpisać całe drzewo genealogiczne bohatera do kilku pokoleń wstecz. Trochę mi było dziwnie z tą oszczędną formą, bo dopiero co zmierzyłam się z kilkoma Kingami pod rząd.

Większość potencjalnych czytelników będzie interesować jedno, czy "Żony ze Stepford" są lepsze, czy gorsze od "Dziecka Rosemary". Ja Wam na to pytanie nie odpowiem, bo mimo iż obydwie książki oscylują wokół gatunku grozy to są skrajnie różne, choć...

Mogę powiedzieć, że wspólnym wątkiem w obydwu książkach jest rola kobiety w małżeństwie.

W "Dziecku Rosemary" tytułowa bohaterka pełni rolę inkubatora dla szatańskiego pomiotu, by jej małżonek mógł dostąpić łaski zawrotnej kariery. Jak widać rola kobiety jest tu mocno ograniczona i uzależniona od potrzeb męża.

W "Żonach ze Stepford" widzimy całe tabuny kobiet żyjących tylko po to by uszczęśliwiać swojego ślubnego. Autor poświecił ogrom powierzchni tekstu dla opisania życia nawiedzonych pań domu. Czytamy o tym jak Joanna ze zdziwieniem obserwuje jak mieszkanki miasta oddają się niemal rytualnym zabiegom służącym pielęgnacji ogniska domowego. Odpicowane zgodnie z modą amerykańską z lat '60 całymi dniami sprzątają i gotują. Czytając o tym wszystkim uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie pastowałam podłogi i poczułam się dumna z powodu mojej ułomności, a co.

żony ze stepford

Fabuła zbudowana jest w bardzo prosty sposób. Najpierw przeprowadzka do nowego domu, później próby nawiązania nowych znajomości. Tu Joanna odnosi pewne zwycięstwa, bo nie wszystkie kobiety w Stepford mają mózgi podlane wybielaczem.

Przyjaźnie jednak szybko się kończą, a kumpelki Joanny upodabniają się do reszty domowych kur nieoczekiwanie w ciągu zaledwie jednego weekendu. Coś tu nie gra. Tu bystre oko Joanny kieruje się w stronę stowarzyszenia mężczyzn, czegoś na wskroś archaicznego, żeby nie rzec seksistowskiego.  Joanna początkowo błądzi ale w końcu natrafia na właściwy trop.

Finał książki jest nieoczekiwany, nie oczekiwany w sensie, przychodzi znienacka i szybko finiszuje. Ira nie bawił się w tłumaczenia, czy epilogi. Postawił kawę na ławę i na tym skończył swoją historię. Jest w takim rozwiązaniu coś ostatecznego i w tej ostateczności upiornego. Mnie to pasuje.

Tych którzy zastanawiali się, czy dać szansę tej powieści mówię: Tak. Nawet jeśli stwierdzicie, że nie do końca spełnia wasze oczekiwania to nie stracicie zbyt dużo czasu;)

Moja ocena:8/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl