What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 12 grudnia 2017

Nieznajoma w domu - Shari Lapena

nieznajoma w domu

Karen i Tom to młode dobrze sytuowane małżeństwo mieszkające na przedmieściu. Dla wielu osób mogą stanowić żywe pomniki szczęścia i życiowego powodzenia. Jednak pewnego wieczoru na tym pomniku powstaje rysa. Na tyle niebezpieczna, że może zburzyć całą konstrukcję.

Z niewiadomych nikomu przyczyn Karen wsiada wieczorem do samochodu i rozbija go w najpodlejszej dzielnicy miasta łamiąc wszelkie możliwe przepisy. Na domiar złego w tej samej okolicy znalezione zostają zwłoki niezidentyfikowanego mężczyzny. Badania wykazują, że zginał właśnie w czasie eskapady Karen. Sama zainteresowana nic z tego nie pamięta.

Tom zszokowany całą sytuacją zaczyna bliżej przyglądać się ideałowi który poślubił. W końcu dochodzi do wniosku, że wcale nie zna swojej żony. Tak się składa, że ona może zarzucić mu to samo.

Shari Lapena zaskarbiła sobie sympatię polskich czytelników swoją powieścią "Para z za ściany". Sama jakoś ją przeoczyłam, czego pewnie powinnam żałować, bo zdaniem wielu "Nieznajoma w domu" jest słabsza od "Pary z za ściany".

"Nieznajoma w domu" stanowi przykład thrillera, gdzie największy nacisk kładziony jest na zaskoczenie czytelnika.

Na początku dostajemy wiele niewiadomych, które z czasem powinny stopniowo się wyjaśniać. Zamiast tego w przypadku tej powieści dostajemy jeszcze więcej znaków zapytania, by dopiero w epilogi poznać prawdziwą naturę rzeczy.

O innych wiemy tyle ile zechcą nam zdradzić.

W miarę rozwoju akcji powieści dostajemy sporo wskazówek, które są nam delikatnie podrzucane. Jeśli zwrócimy na nie należytą uwagę zagwarantuje nam to możliwość podejrzenia zamiarów autorki. Przykład?

SPOILER: Każdorazowo podkreślana niechęć Toma do Briget kazała mi podejrzewać, że łączy go z nią coś więcej niż sąsiedzkie relacje, na długo przed tym  jak autorka postanowiła ujawnić ich romans. KONIEC SPOILERA.

Można to zrzucić na przewidywalność stylu autorki, ale myślę, że to sposób na dopieszczenie czytelnika, takie pogłaskanie po głowie "Tak, miałeś racje bystrzaku".

Istotnym elementem, jeśli nie najistotniejszym, są tu charakterystyki bohaterów, ich można rzec, portrety psychologiczne. O głównych bohaterach wiemy niewiele, ponad to, że wiodą idealnie nudne żywoty. Tom jest zapatrzony w idealnie ułożone włosy Karen, ona zaś dba by przy myciu naczyń nie złamał jej się paznokieć. Nie mają nawet psa, który od czasu do czasu uatrakcyjnił by ich egzystencję sikając na dywan.

Przyznam, że nie polubiłam żadnego z nich. Obydwoje wydawali mi się fałszywi i miałam rację. Głównym punktem programu są bowiem skrywane przez nich tajemnice.

Powieść Lapeny uważam za satysfakcjonującą lekturę. Napisaną w bardzo dobrym, oszczędnym stylu. Z pewnością mogę ją poleć.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

poniedziałek, 20 listopada 2017

Na kogo wypadnie na tego śmierć - Liselotte Roll

na kogo wypadnie n tego śmierć

Detektyw Magnus Kalo bada sprawę morderstwa niejakiego Thomasa Nellerta, którego zwłoki znaleziono nad jeziorem Valsjon. Z pomocą przychodzi mu małżonka Lin, którą Magnus prosi o rozmowę z podejrzanym - mężczyzną w ciężkim szoku, którego znaleziono w pobliskim lesie. Niestety facet ucieka zanim cokolwiek uda się ustalić.

Tymczasem Linn, która zawodowo zajmuje się psychoterapią przypadkowo wpada na kogoś kto o sprawie może wiedzieć równie dużo co uciekinier. Okazuje się że ze śmiercią młodego mężczyzny wiąże się znacznie większy krąg osób, osób pozornie przypadkowych.

"Na kogo wypadnie, na tego śmierć" jest drugą powieścią z serii kryminałów, których bohaterami są detektyw wydziału zabójstwa Magnus Kalo i jego małżonka, Linn. Nie miałam okazji przeczytać pierwszej książki Liselotte Roll pt. "Trzeci stopień", ale myślę, że sprawę chętnie nadrobię jeśli nadarzy się okazja.

"Na kogo wypadnie na tego śmierć" doskonale wpisuje się w gatunkowe wymogi kryminału.

Jest to historia wielowątkowa, niczym pajęcza sieć, bardzo precyzyjnie utkana przez autorkę. W moim przypadku lektura przyniosła zaskoczenie, o które mówiąc szczerze trudno. Im więcej czytam kryminałów tym szybciej jestem w stanie rozwiązać intrygę. W tym przypadku stało się to dalej niż zwykle, co odnotowuję jako duży plus.

Akcję śledzimy z punktu widzenia kilku osób, jednak każdy kolejny fragment daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero gdy wątki się zbiegną dowiemy się o co tu chodzi.

Pomysł wykorzystany przez autorkę bardzo przypadł mi o gustu. Nie jest może piorunująco odkrywczy, ale sposób w jaki o wykorzystała jest w pełni przekonujący.

Bardzo istotną rzeczą są charakterystyki bohaterów, w tym przypadku całkiem udane, nie ma tu osób kryształowych. To oni w dużej mierze odpowiadają za to, że historia wciąga, a ich los nie jest czytelnikowi obojętnych.

Jeśli chodzi o styl to autorka konsekwentnie unika dłużyzn, działa wręcz skrótowo, co nadaje akcji dynamizmu.

Moja słabość do skandynawskich kryminałów nie słabnie i nadal uważam, że Szwedzi w tej materii zajmują miejsce w światowej czołówce. Myślę, że dla autorki "Na kogo wypadnie na tego śmierć" również znajdzie się tam miejsce.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

niedziela, 05 listopada 2017

HEX - Thomas Olde Heuvelt

hex

Black Springs to kilkutysięczne miasteczko leżące nad rzeką Hudson. Nie różni się niczym od innych amerykańskich miasteczek. Po za tym, że ciąży nad nim całkowicie realna klątwa.

Tak w Black Springs, jak i w wielu amerykańskich miasteczkach purytanie lubowali się w tropieniu zła. W siedemnastym wieku upatrzyli je sobie w osobie Katherine Van Wyler samotnej matki, którą w okrutny sposób pozbawiono życia. Z tym, że Katherine wróciła i teraz każdego dnia przypomina mieszkańcom Black Spring o tym co uczynili ich przodkowie.

"HEX" Thomasa Olde Heuvelta po raz pierwszy ukazała się w 2013 roku w jego rodzimej Holandii.Popularność książki sprawiła, że postanowiono wydać ją za oceanem. Nie wiedzieć czemu autor dostosował się do szturmu za oceanem nie tylko zadbawszy o przekład językowy, ale też o zmiany fabularne.W oryginalnej wersji powieści akcja rozgrywa się w Europie, w ojczyźnie pisarza. Szkoda, że polski przekład to już zamerykanizowana wersja powieści, ale mniejsza z tym.

Tytuł "HEX" pochodzi od nazwy organizacji zajmującej się ochroną tajemnicy Black Springs. Mieszkańcy Black Springs w obawie o konsekwencje jakie mogły by wiązać się z interwencją osób z zewnątrz - których zresztą już mieli okazję doświadczyć - ukrywają fakt, że są jeńcami we własnych domach. Nikt kto zamieszka w Black Springs nie może go już opuścić. Może próbować, ale klątwa rychło zmusi go do powrotu. Jak? Za sprawą wizji, głosów, szeroko pojętych halucynacji, które skutecznie doprowadzają do samobójczej śmieci każdego kto postąpi wbrew woli Wiedźmy.

A Wiedźma, cóż, jest całkiem obecna w codziennym życiu mieszkańców, spaceruje ulicami, znienacka pojawia się w ich domach. Skutecznie obezwładniona łańcuchami, z zaszytymi oczami i ustami jest prawie niegroźna. Chyba że...

O tym co może się stać gdy wiedźma zostanie sprowokowana przekona się Tyler, nastolatek, który nie marzy o niczym innym jak tylko o opuszczeniu Black Springs.

Muszę przyznać, że "HEX" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Główny pomysł, dotyczący współczesnego działania klątwy z przed wieków i tego jak można sobie z nią radzić, okazał się absolutną nowością w świecie horroru, czy literackiego, czy filmowego.

Podejście do sprawy od zupełnie innej strony okazało się strzałem w dziesiątkę. Nawiedzenie - kompletnie nie standardowe.

O wątki nadnaturalne autor zadbał nie mniej niż o te obyczajowe. Generalnie jeśli spojrzeć na pointe powieści, bardzo dobrą zresztą, to właśnie to co zwyczajne i ludzkie wprawia w większy szok niż upiorne i nadnaturalne wydarzenia.

Książka zaskarbiła sobie sympatie czytelników, wytwórnia filmowa już kupiła prawa do ekranizacji, a autor usłyszał pochwały od takich pisarzy jak George Martin. Pełen sukces. Wracając do Martina,Heuvelt w podobny do niego sposób buduje napięcie. Pisze, że coś się zdarzy,a dopiero później zdradza szczegóły, żeby jak najbardziej skumulować napięcie. To bardzo dobry chwyt, nie pozwalający na oderwanie się od książki.

"HEX" polecam z czystym sumieniem i ręczę, że nikt nie uzna książki za wtórną, czy nużącą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

*"HEX" jest objęta patronatem bloga Biblia Horroru

hex

wtorek, 17 października 2017

Dzikie królestwo - Gin Phillips

dzikie królestwo

Joan wraz z czteroletnim synkiem Lincolnem beztrosko spaceruje po ogrodzie zoologicznym. Za parę minut miejsce ma zostać zamknięte, więc kobieta z dzieckiem zmierzają już do wyjścia. Wtedy to słyszy. Wybuch, albo wystrzał, nie jest pewna. Wie tylko, że dźwięk zwiastuje zagrożenie. Dla niej i dla jej synka. Początkowo chcę na oślep rzucić się do ucieczki, ale instynkt przetrwania podpowiada jej, że musi zachować spokój i znaleźć kryjówkę, bezpieczne miejsce, gdzie przeczeka najgorsze.

"Dzikie królestwo" już w tym momencie jest bestsellerem za oceanem, a wkrótce możemy się spodziewać także ekranizacji powieści. Nie dziwi mnie to, bo historia Gin Philips to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy. Autorka relacjonuje w czasie rzeczywistym krok po kroku, co dzieje się z jej bohaterką. Wszytko zaczyna się z wybiciem godziny 16.55 a kończy dokładnie o 20.05. Może być z tego dobry thriller, może nawet lepszy niż sama książka?

Akcja powieści toczy się w ogrodzie zoologicznym, do którego wpadają uzbrojeni mężczyźni. Mogą to być terroryści, mogą to być dobrze zorganizowani porywacze żądający okupu, mogą to być zwykli desperaci, którzy postanowili się wyżyć. Co gorsze? Dla Joan, matki tulącej swoje przestraszone dziecko to bez różnicy.

Fabuła skupia się na próbach przetrwania matki chroniącej dziecko i to w zasadzie tyle. Tylko tyle, albo aż tyle. Z uwagi na fakt, że całą akcję śledzimy krok po kroku możemy silnie wczuć się w sytuację. Każdej decyzji podejmowanej przez bohaterkę towarzyszy napięcie czytelnika. To skuteczne zagranie by uniemożliwić oderwanie się do lektury.

Faktem jest, że książkę czyta się bardzo szybko.

Nie jest jednak idealna. Nie jest idealna dla mnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterom tej historii, wyłączając dziecko będące centrum wszechświata, zabrakło wyraźnego rysu psychologicznego, jakieś charakterystyki. Najbardziej bezbarwna wydała mi się główna bohaterka, Joan, o której wiem tylko tyle, że ma jakiegoś męża, lubi nosić wygodne sandały i bardzo kocha swoje dziecko. W zasadzie ocenić ją można tylko poprzez pryzmat jej macierzyństwa. Nie wiem nawet jaki miała kolor włosów. Wszystkie jej myśli poświęcone są synkowi, z tego powodu chłopca poznamy dość dobrze -fajny dzieciak - ale matka, no cóż...

Nie da się ukryć, że autorka całkowicie skupiła się na relacji matka - dziecko pozbawiając bohaterkę własnej tożsamości. Może wszystkie matki tak mają? Są matkami i nikim więcej? Może nie ogarniam tego, bo nie mam własnego potomstwa? Pewnie tak. Trochę lepiej jest z charakterystyką antagonisty, jednego, bo dwóch pozostałych nie poznajmy praktycznie wcale, co też jest moim zdaniem dużym pominięciem.

Jeśli chodzi o moją pokrętną wrażliwość najwięcej emocji budziły we mnie ofiary poboczne czyli zwierzęta, mieszkańcy ogrodu, zabita małpa, martwy słoń, drąży ze strachu świstak.

Względem stylu nie mam zarzutów, bo jak wspomniałam książkę czyta się bardzo płynnie. Akcja jest wartka więc nikogo nie powinna znudzić, mnie jedynie zabrakło większego rozwinięcia portretów postaci. Śledząc czyjeś dramatyczne losy chciałabym jednak czegoś się o nim dowiedzieć. A może to celowy zabieg? Może z Joan jest bezbarwna by wszystkie matki świata łatwo mogły się z nią utożsamić? Cóż mi ta postać była odległa, ale wszystkim którym macierzyńskie odruchy nie są obce książkę gorąco polecam, pewno będziecie włosy z głowy rwać;)

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka


zysk

piątek, 22 września 2017

Puszczyk - Jan Grzegorczyk

puszczyk

Stanisław Madej, aspirujący pisarz i redaktor Poznańskiego wydawnictwa przed paroma miesiącami przeprowadził się do wsi Witalnik w malownicze okolice jezior, lasów i jak się okazało intrygujących lokalnych legend.

Tu zaprzyjaźnił się z miejscowym proboszczem, z którego miał nadzieję wyciągnąć informacje mogące wyjaśnić niezwykłe wydarzenia, którym świadkował tuż po przybyciu do Witalnika. Niestety gdy ksiądz zdecydował się w końcu na szczerą rozmowę, zginął w jakby się wydawało nieszczęśliwym wypadku. Zamiast rozwiązać jedną zagadkę, Stanisław stanął przed perspektywą zmierzenia się z kolejną.

Jak się okazało "Puszczyk" stanowi kontynuację przygód neurotycznego starego kawalera, którego poznajemy w powieści "Chaszcze". Nigdzie nie zostało to zasygnalizowane, w związku z czym obawiam się, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w niemałą konsternację, jeśli chwycą po "Puszczyka" nie znając "Chaszczy".

Akcja "Puszczyka" rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z "Chaszczy". Czytając poprzednia powieść Jana Grzegorczyka miałam pewien niedosyt, bo wiele wątków nie zostało zakończonych, a wysnute w trakcie lektury teorie nie znalazły ostatecznego potwierdzenia. Uznałam jednak, że takie urok tej historii i nie urągałam takie rozwiązanie - zwłaszcza, że książka podobała mi się szalenie.

Tych samych powodów do pochwał dostarczyła mi kolejna powieść autora. Klimat Rojnar,a właściwie Witalnika, wsi rzuconej gdzieś w okolicach Poznania jest ujmujący. Zdecydowanie są to moje klimaty. Zazdrość o ten prywatny raj walczyła we mnie z zachwytem nad książką. Odniosłam wrażenie, że jej nastrój ma w sobie coś kojącego. Jeśli macie ochotę jesienne wieczory spędzić w okolicach lasów, jezior, obserwując koniki, żurawie i sójki, to zapraszam do siedliska Pana  Madeja:)

Nie zapominajmy jednak, że mamy tu do czynienia z kryminałem. Pewne fakty zdołaliśmy już poznać latem - tak się złożyło, że moje pory czytania odpowiadają porom roku, w których rozgrywa się akcja powieści.

Te fakty jednak miały w sobie dużo niedopowiedzeń, co pociągało kolejne pytania skrupulatnie odnotowane przez naszego narratora. W "Puszczyku" wiele z nich znajduje odpowiedzi, ale coś czuję, że na tym nie koniec.

I obym się nie myliła, bo powieściowy świat Grzegorczyka jest dla mnie bardzo pociągający. Uwielbiam jego dygresje. Nawiązania do innych nieznanych mi zazwyczaj lektur, odwołania do lokalnych opowieści, nawet duża dawka wątków religijnych mi nie przeszkadzała. Ot, można powiedzieć idealnie w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 12 września 2017

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins

zapisane w wodzie

Jules obiecała sobie, że nigdy nie wróci do Beckford. Ale jej siostra Nel zmusiła ją do tego, gdy zakończyła swoje życie w topielisku. Teraz Jules nie tylko musi zająć się nastoletnią siostrzenicą, pyskatą Leną, ale jak się wkrótce okaże  musi zmierzyć się z mieszkańcami miasteczka, którym jej siostra szczególnie naraziła się przed śmiercią.

Jak stwierdza policjantka badająca sprawę śmierci Nel Abbot, Beckford to popieprzone miejsce. Od lat płynąca przez nie rzeka przyjmuje kolejne martwe ciała samobójczyń. Legenda głosi, że wszytko zaczęło się od młodziutkiej Libby, którą niegdyś oskarżono o czary i zabito poprzez utopienie. Teraz miejsce to nosi niewdzięczną nazwę topieliska, słynąc ze zwodniczej mocy, która każe kolejnym kobietą skakać w toń rzeki.

"Zapisane w wodzie" to kolejna książka autorki "Dziewczyny z pociągu". Niezwykle udany debiut pisarki, kasowy sukces i szybko zrealizowana ekranizacja pierwszej powieści nie pozostawiały złudzeń, że Paula Hawkins pójdzie za ciosem.

Chętnie zasiadłam do lektury jej kolejnej książki, bo "Dziewczyna z pociągu" bardzo przypadła mi do gustu. Niestety nowa powieść nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu. Najprościej rzecz ujmując, przyczyna mojego niezadowolenia wynika z faktu, że w "Zapisane w wodzie" nie uświadczymy niczego szczególnie oryginalnego. Sam pomysł wyjściowy jest wtóry i nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, szczególnie skandynawskich powieści kryminalnych. Mamy małe nudne miasteczko, dwie skłócone siostry z czego jedna jest martwa i tajemnice lokalnej społeczności, które musi rozwiązać żyjąca z sióstr by poznać prawdę o śmierci tej drugiej. Jedynym ciekawym elementem jest postać starej Niki medium rozmawiającej ze zmarłymi. Jest to chyba jedyna interesująca postać w tym niepewnym stadzie z Beckford, choć jej charakterystyka również oryginalnością nie grzeszy.

W gruncie rzeczy mam tu wysyp bohaterów, coby można rozszerzyć zasięg podejrzeń, ale odniosłam wrażenie, że autorka nie wysiliła się szczególnie portretując kolejne postaci. Nikt nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.. Reasumując jest to przeciętna książka którą jednak czyta się nieźle. Mimo wszytko w porównaniu z "Dziewczyną z pociągu" wypada mega blado. Myślę, że presja sukcesu debiutu sprawiła, że autorka musiała pracować w zbytnim pośpiechu i nie dopracowała pomysłu.

Moja ocena: 5/10

sobota, 02 września 2017

To o czym nie wiesz - Joann Chaney

to o czym nie wiesz

Minęło już siedem lat odkąd Jacky Seever gnije w cieli śmierci czekając na wykonanie wyroku będącego karą za trzydzieści jeden morderstw.

Jego schwytanie wpłynęło pozytywnie na życie wielu osób: Jedyna żyjąca ofiara podźwignęła się z narkotykowej matni, młoda dziennikareczka wreszcie została doceniona za serię artykułów dotyczących sprawy Seevera. Dwaj gliniarze, którzy doprowadzili do aresztowania zyskali wyższe stołki i nie małą sławę. Ale to było siedem lat temu.

Od tej pory dziennikareczka prawie rozbiła swoje małżeństwo, bo 'musiała' dawać dupy za materiały do wspomnianych artykułów, by po zamknięciu sprawy wylecieć na bruk i smętnie egzystować na stanowisku sprzedawczyni w drogerii. Detektyw Hoskins prawie sfiksował w konsekwencji bliższego poznania sprawcy serii morderstw, a była narkomanka... a była narkomanka została zamordowana, tym razem ostatecznie. Jakcky Seever gnije w celi śmierci, a jego naśladowca kończy za niego robotę.

"To o czym nie wiesz" stanowi udany debiut młodej pisarki Joann Chaney. Mimo, że porusza dość typową jak na standardy thrillera tematykę robi to w sposób różniący się od tradycyjnego sposobu snucia tego typu opowieści.

Wszystko zaczyna się od schwytania seryjnego zabójcy, a więc od końca.

Na pewno nie tylko mnie antybohater silnie skojarzył się z osobą Johna Gacy'ego: przedsiębiorczy mąż, który w wolnych chwilach przebiera się za klauna by zabawiać dzieci. Morduje, a zwłoki trzyma ukryte na własnej posesji. W więzieniu zaczyna spełniać się jako artysta malarz. Z tą różnicą, że fikcyjny bohater preferował mordowanie kobiet i specjalizował się w sadystycznych gwałtach właśnie na nich.

Uznam to za w pełni świadomą inspirację, bo nie przypuszczam by autorka była na tyle naiwna by sądzić, że wszystkie te podobieństwa umkną czytelnikowi.

Innym ważnym bohaterem, dużo bardziej interesującym niż podrabiany Gacy jest jego małżonka. Jej 'rozdziały' dostarczyły mi dużo więcej emocji niż chociażby te poświęconej dziennikareczce. To kolejny przykład żony, która 'nic nie widziała'.

Dużą część powieści poświecono też 'starej znajomej' Seevera, dziennikareczce, Sammie, która jest jedną z ważniejszych osób dramatu. Puszcza się z kim popadnie używając swoich kobiecych wdzięków po to by udowodnić że jest warta więcej niż tylko ładna buzia i zgrabna sylwetka- paradoks. Jest poważnie wnerwiająca i żywiłam nadzieję, że naśladowca zbrodni Seevera weźmie ją w obroty.

Na końcu mamy Hokinsa, detektywa, który poznał Seevera od najgorszej strony. Zrobiło mu to duże kuku na móniu. Po tym jak jego kariera w policji uległa załamaniu wraca do gry, by schwytać kolejnego rzeźnika niewiast.

Cała sprawa kręci się wokół pytania: Kto jest mordercą 'Z drugiej ręki'? Podejrzanych o ten czym mamy całą masę kandydatów, a autorka zadbała o to by każdy miał względnie równe szanse na zostanie rozgrywającym.

Książkę łyknęłam w dwa dni, a więc wciąga. Nie mam większych zastrzeżeń względem stylu choć nie powiem by był pozbawiony pewnych zgrzytów. Jak na debiut jest jednak bardzo dobrze.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Drzewo kłamstw - Frances Hardinge

drzewo klamstw

Anglia XIX wiek. Czternastoletnia Faith przeprowadza się wraz z rodzicami i młodszym bratem na wyspę Vane gdzie jej ojciec, pastor i naukowiec ma prowadzić wykopaliska archeologiczne. Przeprowadzka jest tyle nieoczekiwana co tajemnicza. Rodzice jej czegoś nie mówią, ale mała główka pracuje i tuż po przybyciu na wyspę Faith orientuje się, że jej ojciec został bohaterem skandalu w środowisku naukowym. Od tej patrzy na swojego mentora inaczej.

Okazuje się, że kłamstwo, które wpędziło wielebnego w niesławę to tylko mała gałązka w całym gąszczu rozrastającego się drzewa kłamstw. Ojciec miał więcej tajemnic niż ktokolwiek mógł przypuszczać i jak się okaże, przez jedną z nich zginął.

"Drzewo kłamstw" promowane jest jako książka do młodzieży. W tej też kategorii została wyróżniona, a jej autorka słynie z tworzenia literatury dziecięcej i młodzieżowej. Nie wiem jak mają się sprawy z innymi jej powieściami, ale tak kategoryczne nazywanie "Drzewa kłamstw" literaturą młodzieżową zupełnie mi nie pasuje.

Owszem bohaterką jest młodziutka dziewczyna, ale powieść w żaden sposób nie jest infantylną poczytanką dla fanek "Zmierzchu". Faith jako bohaterka prowadząca nas przez tą historię wykazuje się nie tylko niebywałym sprytem, ale i nie słychaną nad wiek dojrzałością, momentami zapominałam, że mam do czynienia z czternastolatką.

Tematy poruszane w książce także nie stanowią przedmiotu zainteresowania młodzieży na tyle na ile jestem w stanie to ocenić. Po tą książkę spokojnie mogą sięgać dorośli i muszę to podkreślić już na wstępie jeśli wszytko było jasne. O mały figiel zignorowałabym tą pozycje, bo właśnie wspomniana łatka młodzieżówki mnie odstraszyła.

"Drzewo kłamstw" spokojnie łapie się w kategoriach thrillera z wątkami kryminalnymi i odrobiną fantastyki, ale bez elfów i innych hobbitów.

Przedmiotem sprawy są dociekania młodej dziewczyny na temat okoliczności śmierci jej ojca. Jest to tym ciekawsze, że akcja rozrywa się jeszcze w XIX wieku parę lat po tym jak światło dzienne ujrzało Darwinowskie "O pochodzeniu gatunków".

Pojawiają się tu rozważania na tematy związane z religią i nauką, w kontrze stawiane są różne poglądy. Bardzo istotną rolę odgrywa tu ówczesny styl życia stawiający kobietę na przegranej pozycji jeśli chodzi o jakiekolwiek samodzielne osiągnięcia. Faith jawi się tu jako młoda buntowniczka, której bunt przejawia się poprzez roszczenie sobie prawa do myślenia. Tak, Moi Drodzy, może Wam się to w głowie nie mieści, ale był to największy przejaw buntu i istna rewolucja kiedy kobieta okazywała się istotą myślącą.

Konstrukcja powieści, liczne tajemnice jakie przyjdzie zgłębić czytelnikowi nie pozwalają mi na pochwalenie szczegółów bez zdradzania Wam zbyt wiele, tak więc musicie mi wierzyć na słowo, że mamy tu do czynienia z nielichą intrygą.

To książka pełna treściowych smaczków, a i jej styl jest nie do pogardzenia. W efekcie mamy zupełnie nie głupią lekturę, którą nie powinno się szufladkować.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

środa, 26 lipca 2017

Skłam ze mną - Sabine Durrant

skłam ze mną

Paul Morris czterdziestoletni Piotruś Pan przypadkowo wpada na starego znajomego z colegu, Andrew. Okazuje się, że dawny znajomy wiedzie poukładane życie, ale znajdzie się w nim miejsce na małe spotkanie z Paulem.

Andrew zaprasza go na kolację ze znajomymi gdzie Paul zawiera obiecującą znajomość z samotną prawniczką Alice. By zrobić wrażenie na kobiecie i ugrać co nieco dla siebie Paul posuwa się do serii niewinnych kłamstewek. Jakie będą ich konsekwencje dowie się w czasie wspólnych wczasów w Grecji.

Sabine Durrant autorka "Skłam ze mną" ma już pewny pisarki dorobek, ale jeśli się nie mylę to właśnie "Skłam ze mną" jest jej pierwszą i jak dotąd jedyną książką wydaną w języku polskim.

Jej nazwisko na okładce nic mi więc nie powiedziało, a pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia mężczyzny sprawiła, że całkowicie zapomniałam, że mam do czynienia z dziełem kobiety. To, że tak skutecznie przedstawiła męską perspektywę jest pierwszym i niewątpliwym plusem powieści.

Mogę rzec, że stworzona przez nią postać Paula mocno zaszła mi za skórę. Facet nie robi najlepszego wrażenia już od pierwszego rozdziału, gdzie zaprezentował się jako pyszałkowaty ignorant i narcyz. Gdzieś tam nawet szydził z twórczości Nabokova nazywając ją 'pretensjonalnymi bzdurami'. Wtedy pomyślałam: no kolego, raczej się nie polubimy.

Im bardziej poznawałam Paula i jego skrzywione spojrzenie na świat i relacje międzyludzkie tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie będę gnojkowi współczuć, cokolwiek go spotka w dalszej części powieści. Mimo wszytko finalnie mu współczułam. Miękkie serce.

Jak wspomniała Paula poznajemy jako czterdziestoletniego samotnego i bezdomnego mężczyznę. Kiedyś mały sukces na polu literackim, przewrócił mu w głowie i od tamtej pory buja w obłokach. Pomieszkuje kątem u znajomych, których z powodu swojego charakteru szybko traci, nie ma stałej pracy, ani chęci do niej. Poznanie Alice, Alice o złotym sercu, to dla niego szansa na wikt i opierunek, ale też na wypracowanie sobie pozycji kogoś kto jest podziwiany. Paul postanawia, że zrobi wszytko by uwieść kobitę i wkraść się w łaski jej bogatego towarzystwa.

W tym celu posuwa się do kilku mały kłamstewek, które z kolei pociągają za sobą następne. Tak się kręci karuzela, z której Paul w końcu wypadnie.

Na wspólnych wakacjach w Grecji spędzonych między innymi z Alice i Andrew do Paula zaczyna wracać przeszłość. Już tu kiedyś był, była też Alice i coś się wtedy stało. Młodziutka dziewczyna, jeszcze dziecko zaginęło bez wieści. Teraz po dziesięciu latach sprawa się wyjaśni.

"Skłam ze mną" to świetna historia. Bardzo starannie uknuta intryga skutecznie myli czytelnika i doprowadza pod mur - wraz z ofiarą.

Styl bez zarzutów. Jak zwykle gdy mamy do czynienia z pisarzem -dziennikarzem widać tu dużą wprawę. Żadnych zbędnych dłużyzn.

Ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że ciężko będzie znaleźć fana thrillerów, któremu ta książka nie przypadnie do gustu.

Moja ocena:8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

czwartek, 20 lipca 2017

Zła droga - Mikel Santiago

mikel satiago

Bert Amandale pisarz poczytnych thrillerów o seryjnym mordercy, mąż pięknej Miriam i ojciec zbuntowanej Britney niedawno rozpoczął wraz z bliskimi nowe życie w Prowansji. Tu wśród malowniczych pól lawendy próbuje odzyskać utraconą wenę, zaufanie córki i miłość żony. Gdyby nie obecność przyjaciela z dzieciństwa jedyną rozrywką byłby dla niego sztywne kolacyjki z miejscową elitą, na które uporczywie ciąga go żona. Na szczęście Bert ma Chucksa, swojego kumpla z lat szczenięcych, szalonego rockmana, który również sprowadził się na południe Francji w poszukiwaniu twórczej weny - z tym że muzycznej.

Pewnego wieczoru Bert zastaje przyjaciela w opłakanym stanie. Okazuje się, że przed paroma dniami Chucks spowodował wypadek samochodowy, w którym zginął jakiś mężczyzna i zwiał z miejsca zdarzenia. Sęk w tym, że nazajutrz nie znalazł żadnych śladów po swojej ofierze, a w okolicy nikt nie zgłosił takiego wydarzenia. Chuck zaczyna wierzyć, że ktoś celowo zatarł ślady po jego ofierze - ktoś kto wcześniej sprawił, że poraniony mężczyzna znalazł się w środku nocy na drodze.Początkowo Bert nie daje wiary sensacyjnym zeznaniom kumpla, ale późniejsze wydarzenia każą mu zmienić perspektywę.

"Zła droga" to druga powieść w dorobku hiszpańskiego pisarza Mikela Santiago. Tym razem autor "Ostatniej nocy w Tremore Beach", której akcja rozgrywała się na wybrzeżu Irlandii, zabrał czytelników do słonecznej Prowansji.

Pamiętam, że moje odczucia względem poprzedniej książki były dobre, ale nie zachwycające. Tym razem muszę stwierdzić, że Santiago zaplusował. Widzę progres zarówno na poziomie warsztatu- styl, język - jak i na poziomie treści - znacznie bogatszej o wątki sensacyjne, obyczajowe i psychologiczne.

Zarówno teraz jak i w poprzedniej książce nie zabraknie miejsca na trochę onirycznych motywów, wizji koszmarnych snów i złych przeczuć - w "Złej drodze" są znacznie lepiej wyszlifowane i służą nie tyle jako wątek nadnaturalny ile pretekst do wpędzenia czytelnika w paranoję bliską tej jako będą odczuwać bohaterzy.

Właśnie te motywy najbardziej mnie przekonały. Podobnie jak Chucks i Bert zastanawiałam się co zdarzyło się naprawdę, a co jest tylko podszeptem rodzącej się manii prześladowczej.

Ciekawsi wydają się też samo bohaterzy, ze swoimi słabościami, których im nie brakuje. Tym razem autor obdarzył narratora - Berta- niezłym poczuciem humoru, dzięki czemu łatwiej go polubić i nie jawi się czytelnikowi jako neurotyczna mameja. Myślę, że sukces poprzedniej książki dał autorowi więcej pewności siebie dzięki czemu bardziej otworzył się na czytelnika- takie odniosłam wrażenie.

Akcja powieści toczy się w idyllicznym miasteczku we Francji gdzie deszcz pada tylko nocą, a za dnia słonce opromienia radosne oblicza jego wiodących perfekcyjną egzystencję mieszkańców. Coś tu jednak nie do końca się zgadza. W ten obrazem wkrada się fałsz, który mogą dostrzec tylko tak niedopasowane typy jak szalony rockman i jego zakochany w pigułkach kamrat pisarz.

Już na początku książki pojawia się nawiązanie do twórczości Iry Levina, konkretnie "Żon ze Stpford" i myślę, że pojawia się nie bez powodu. W miarę jak będziecie zapoznawać się z kolejnymi wydarzeniami, poznawać bohaterów, skojarzenie z tą konkretną powieścią będzie coraz silniejsze. Oczywiście nie mam tu na myśli bezczelnej kalki fabularnej- nic z tych rzeczy- idzie raczej o ogólne przesłanie: Gdy coś jest zbyt doskonałe, nie jest prawdziwe.

Na tym zakończę, bo dość się nastukałam w klawisze. Myślę, że czujecie się już zachęceni do lektury, a ja czekam na kolejną książkę Mikela Santiago.

Moja ocena:8+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

niedziela, 02 lipca 2017

Niespokojni zmarli - Simon Beckett

niespokojni zmarli

Antropolog sądowy David Hunter otrzymuje nieoczekiwane zlecenie z Essex. Nieoczekiwane, bo po ostatniej sprawie ("Wołanie grobu") nie cieszy się dobrą reputacją. Czym prędzej rusza na wybrzeże, gdzie zostały odnalezione zwłoki - najprawdopodobniej  - syna miejscowego 'magnata'.

Sprawa szybko się komplikuje, bo okazuje się, że Leo nie jest jedynym zaginionym w okolicy. Kiedy dosłownie wypływają kolejne trupy, dawne sprawy przypominają o sobie tworząc trudną do ułożenia układankę pełną podejrzanych zdarzeń.

"Niespokojni zmarli" to piąta, długo oczekiwana odsłona 'przygód' doktora Huntera. Poprzednie tomy, czytałam tak dawno, że praktycznie nic nie pamiętałam z ostatniej książki, do której starał się nawiązać autor. Na szczęście największą uwagę poświęcił bieżącym wydarzeniom, trupom z wybrzeża, więc nawet jeśli ktoś nie miał do czynienia z "Chemią  śmierci" i resztą tomów spokojnie się tu odnajdzie. Będzie jedynie stratny to wątki związane z życiem osobistym bohatera.

Książki Becketta cenie za kilka rzeczy. Wszystkie mogę odnieść bezpośrednio także do "Niespokojnych zmarłych".

Akcja kolejnych powieści przenosi się w różne miejsca, gdzie Hunter akurat dostaje zlecenie. I każde z tych miejsc jest pieczołowicie przedstawione. Autor bardzo skutecznie buduje klimat danego miejsca przydając zdarzeniom realizmu i pobudzając wyobraźnie. Do tej pory pamiętam upalne lato w Manham z "Chemii śmierci". Tak teraz zapamiętam wyspę Mersea, gdzie władanie objęła słona woda kolejnych przypływów.

Drugą rzeczą, którą sobie cenię w serii jest postać doktora Huntera. Niby rozwiązuje sprawy jak rasowy detektyw jednak jego profesja jest inna. Antropologia to nauka o pochodzeniu człowieka. Wiąże się z gałęzią medycyny odpowiadającą za badania fizjonomii, szczególnie ludzkiego szkieletu. Antropolog sądowy wkracza do dzieła w przypadku znalezienia ludzkich szczątek, których rozkład jest posunięty na tyle, że praca patologa może okazać się nie wystarczająca. Tym właśnie zajmuje się główny bohater. Każda książka z jego udziałem pełna jest opisów dotyczących procesu rozkładu ludzkich zwłok. Stanowi wnikliwą analizę procesu pośmiertnego. Poraża realizmem.

"No tak, nic nie pomaga lepiej się z kimś porozumieć niż wspólne znalezienie kawałka zwłok."

Trzecią być może najważniejszą rzeczą jest pomysłowość autora w knuciu intryg, które zawsze zaskakują. Nie zdarzyło się do tej pory by nie udał mu się efekt zaskoczenia. To duże dokonanie.

Najbardziej pewnie interesuje Was jak "Niespokojni zmarli" wypadają na tle poprzednich książek Becketta. Ostatnia jego powieść, którą miałam okazje przeczytać były "Zimne ognie". Ostatnia, a jednak pierwsza jeśli idzie o chronologię tworzenia. Nie było tam doktora Huntera i to duża strata. Książka dobra, ale na tle serii wypada słabo.

"Niespokojni zmarli" będący kontynuacją 'przygód' Huntera miały większe szanse na sukces. Książka mi się podobała. Posiadała wszystkie wymienione wyżej zalety, jednak nie dorównała poprzednikom. Może zmniejszyła się moja wrażliwość, ale trochę zabrakło mi tu pazura. Beckett jakoś złagodniał w opisach, więcej jest tu wątków obyczajowych i zbytecznych dłużyzn. To oczywiście zarzut wynikający bezpośrednio z porównania tej książki z resztą serii. Wiem, że osoby rozmiłowane w twórczości Becketta i tak sięgną po "Niespokojnych zmarłych" i nie sądzę by znaleźli w niej coś zniechęcającego. Powieść na plus.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

czwartek, 22 czerwca 2017

Chaszcze - Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki "Chaszcze" głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

środa, 10 maja 2017

Przebudzenie - Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych 'rzeczy statecznych'.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

"Przebudzenie", stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do 'nowych kingów', ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King "Przebudzenie" ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w "Przebudzeniu".

"Przebudzenie" mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z "Ciała", obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime'iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime'iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime'ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime'e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli "Komórki".

Moja ocena: 8/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 09 kwietnia 2017

Obserwując Edie - Camilla Way

obserwujac edie

Trzydziestotrzyletnia Edith spodziewa się dziecka, owocu jednorazowej przygody z kolegą z pracy. To właśnie w tej przełomowej w jej życiu chwili powraca do niej koszmar z przed lat, koszmar pod postacią dawnej koleżanki,  Heather. Edie nie chce odnawiać znajomości, zbyt mocno boi się cieni przeszłości, ale gdy po narodzinach dziecka popada w depresję, tylko Heather wyciąga do niej pomocną dłoń. Powoli wygrzebując się z dołka dostrzega, że dawna znajomość przynosi bardzo aktualne zagrożenie.

"Obserwując Edie" jest bodaj trzecią książką w dorobku brytyjskiej pisarki, Camillii Way. Na codzień autorka zajmuje się dziennikarstwem co szybko można wyczuć obcując z jej powieścią. Co by nie mówić o 'hienach dziennikarza' ich praca uczy przekazywania informacji w skonsolidowanej formie, więc gdy przychodzi im zabrać się za dłuższą formę literacką unikają wpadek, które często bywają udziałem pisarzy nie poddawanych uprzednio dziennikarskiej tresurze.

Książkę wchłonęłam na raz, co bardzo dobrze o niej świadczy, bo wcale nie cierpię na nadmiar wolnego czasu i takie sytuację zdarzają mi się z rzadka. Powieść wciąga od pierwszej chwili.

Kolejne rozdziały podzielone są między retrospekcje i relacje z obecnych wydarzeń. Mamy tu dwie narratorki, tytułową Edie, która odpowiada za relacjonowanie teraźniejszości i Heather, której przypadło niewdzięczne zadanie babrania się w brudach przeszłości. Mamy więc dwie perspektywy z których wyłania się podział na bohaterkę i antybohaterkę. Ten zabieg, z resztą będzie przyczyną sporego zaskoczenia w finale.

To co jest najmocniejszym elementem całej gry pomiędzy autorem a czytelnikiem, to napięcie. Powieść wcale nie jest długa, jednak przyjdzie nam długo poczekać na wielki finał. Wielki finał to oczywiście dojście do sedna sprawy. Dlaczego Edie tak bardzo boi się Heather? Co wydarzyło się latem przed siedemnastoma laty? Dlaczego Heather wróciła do życia Edie? Czego od niej chce?

Gdyby nie bardzo dobra warstwa psychologiczna powieści nie byłoby mowy o takich wrażeniach.Postaci obydwu bohaterek są bardzo dobrze skonstruowane, a misterna sieć ich pogmatwanych relacji sprawia, że możemy się tu spodziewać wszystkiego.

Czytaliście "Dziewczyny, które zabiły Chloe"? Tu mamy do czynienia z bardzo podobnym chwytem. Dwie narracje, retrospekcje i teraźniejszość, dwie przyjaciółki z 'przeszłością', ofiary pewnych wydarzeń i do samego końca nie wiadomo kto jest winien.

Tu jest bardzo podobnie i powiem więcej, tu jest lepiej. W "Dziewczyny..." jednym z moich zarzutów były dłużyzny w fabule, tu tego nie ma.

Tak więc, "Obserwując Edie" mogę polecić wszystkim z czystym sumieniem.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

wtorek, 04 kwietnia 2017

Wigilijna zamieć - Wojciech Rudziński

wigilijna zamieć

W wigilijny wieczór Tomek Zawadziński, przyszły policjant, mknie swoim autem przez zimową zamieć, by jak najszybciej znaleźć się w gronie rodziny przy wigilijnym stole. Mrok nocy zwykł sprawiać nieprzyjemne wrażenia, ale to czego doświadczył Tomek okazuje się czyś więcej niż przeczuciem widmowego zagrożenia. Dostrzega coś na drodze. Z powodu niejasnego przekonania o czyjejś obecności we wnętrzu jego samochodu Tomek wykonuje manewr w wyniku którego ląduje w lesie. Opuszczenie wraku w celu znalezienia pomocy okazuje się początkiem najdziwniejszej nocy w jego życiu.

Wojciech Rudziński, jeden z wielu polskich emigrantów, spisał swoją powieść w dalekiej Anglii nie posiadając uprzednio żadnego literackiego doświadczenia. Książka liczy sobie niespełna 130 stron i została wydana na zasadzie coraz popularniejszego self publishingu. Ta droga często staje się dla debiutantów jedyną możliwą przepustką do literackiego świata, dlatego wbrew powszechnemu przekonaniu o niskiej jakości takich publikacji staram się do czasu do czasu dać szansę jakiemuś 'żółtodziobowi', któremu na wydaniu powieści zależy na tyle by samemu za to zapłacić.

Dzięki temu złowiłam kilka naprawdę dobrych książek, które z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie dostały szansy u tradycyjnego wydawcy. Niestety zdarza się też tak, że trafiam na coś, czego nie da się czytać i żal mi drzewa które poświecono na papier drukarski.

Lektura "Wigilijnej zamieci" nie pozostawia złudzeń, do której grupy jestem zmuszona ją przypisać. Już samemu wydawcy należą się cięgi za skład i łamanie tekstu. Wygląda to tak jakby powieść puszczono do druku prosto z Worda, bez takich podstawowych rzeczy jak marginesy. Gdyby zrobiono to jak należy książkę czytałoby się po prostu wygodniej, choć pewnie zużyto by więcej papieru;) Okładka też odstrasza ( ta czcionka w tytule) i wszytko to jest zasługą jednej osoby. Bardzo nieestetyczna forma wydania.

Fabuła powieści oscyluje w świecie horroru i tego też powodu wpadła w moje ręce.

Początek jest bardzo obiecujący: Samotny kierowca w środku nocnej zamieci śnieżnej, dziwne przeczucie, wypadek. Tomek wędrując przez mrok lasu trafia do karczmy, w której jakby czas się zatrzymał. Poznajemy tu kilku nowych bohaterów i tu gdzie zaczynają się dialogi zaczynają się problemy. Powiem krótko, bo nie chcę się znęcać, dialogi w ogóle nie mają płynności, są sztywne, kołkiem ciosane, budowane jakby na siłę, jakby na przekór logice zdarzeń. Wszyscy bohaterzy używają tych samych zwrotów, brak tu oddzielnych charakterystyk odzwierciedlonych w wypowiadanych kwestiach. Czasami autor stara się stylizować język, używać nieco archaizmów, ale za chwile wyskakuję z jakimś "przydupasem" i wracamy do punktu wyjścia.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z horrorem, można rzec ghost story, ale bliżej tu do horroru religijnego, pełnego postaci zarezerwowanych dla świata wiary chrześcijańskiej. Choć nie zabraknie też elementów typowych dla innych religii (reinkarnacja). Obok tego mamy sporo niezbyt zgrabnie przemycanej historii czasów średniowiecza i dużo... dużo moralizowania. Autor zaznacza swoje moralne przesłanie z siłą kaznodziei, nie dając czytelnikowi przestrzeni na własną refleksję.

Bardzo żywe opisy dalszych wydarzeń przypominają bitwę o Śródziemie okraszone odrobina "Hellraisera". wszytko w jednym. Wszytko na bogato, wszytko na szybko.

Osobiście bardzo ciężko było mi się w tym odnaleźć, kolejne wydarzenia śledziłam z rosnącym zdziwieniem, ale niestety nie było to zdziwienie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia kompletnie nie w moim guście, nie w moim stylu, nie w moim typie, o czym piszę z naciskiem, bo nie wykluczam, że znajdzie ona swoich zwolenników.

Za książkę dziękuję autorowi Wojciechowi Rudzińskiemu

 

niedziela, 26 lutego 2017

Spowiedź diabła - Adrian Bednarek

spowiedz diabła

Kuba Sobański, wyrachowany krakowski prawnik, którego kariera zawodowa znajduje się w rozkwicie, dostaje nową sprawę. Wraz ze swoją wspólniczką, równie bystrą, co alkoholiczną Sandrą, ma dowieść przed sądem niewinności nastolatki oskarżonej o zamordowanie brata bliźniaka.

Nić porozumienia jaką udaje mu się nawiązać z klientką pociąga pewne konsekwencję, ale to nie koniec kłopotów w raju. Po latach poniewierki nie kto inny, jak Królowa Piękności powraca do raju w glorii, jako pisarka celebrytka uwolniona z okowów heroinowego nałogu, który zawdzięcza intrydze Kuby. Diabeł znalazł się w potrzasku, chyba już czas na wyznanie win.

"Spowiedź diabła" to  trzecia część przygód seryjnego mordercy  o pseudonimie Rzeźnik Niewiniątek. Dwa poprzednie tomy serii, którymi Adrian Bednarek debiutował na polskim rynku wydawniczym, odniosły niemały sukces.

"Pamiętnik diabła" ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Drugi tom "Proces diabła" to już zasługa wydawnictwa Zysk i s-ka, z którym jednak nie pociągnął współpracy i po krótkim romansie autor wrócił na stare pielesze. Novae Res podpisało z Adrianem umowę na kilka książek, w tym "Spowiedź diabła", która we wcześniejszym założeniu - przynajmniej tak wywnioskowałam - miała zamykać serię.

"Spowiedź diabła" wydaje się więc być pożegnaniem z Kubą Sobańskim, jednym z moich ulubionych bohaterów literackich w kategorii intrygujących pomyleńców. Nie płaczę za nim, bo wiem co autor ma w zanadrzu i komu przyjdzie zastąpić Kubę. Możecie mi wierzyć na słowo, że jeśli wszytko pójdzie zgodnie z planem autora, już niedługo znowu będzie o nim głośno, jak przy debiucie.

Ci, którzy znają poprzednie tomy serii o Rzeźniku Niewiniątek, mają już zapewne wyrobione zdanie na temat prozy autora. "Spowiedź diabła" w żadem sposób nie odnotowuje spadku formy, niektórzy nawet twierdzą, że jest to najlepsza z książek w serii, ale ja bym tak się nie zapędzała.

Prawdą jednak jest, że ta część w sprawny sposób łączy najlepsze elementy "Pamiętnika diabła" - pojawia się tu kilka wspominek - i najlepsze elementy "Procesu diabła", czyli barwny obraz sądowych potyczek.

Książka jest też, w mojej ocenie, niejakim podsumowaniem wszystkich rozpoczętych wątków i można by być pewnym, że na tym historia się skończy gdyby nie epilog...

Za sprawą nowej bohaterki uzyskujemy ponowny wgląd w psychikę Kuby. Można powiedzieć, że staje on przed lustrem i tym razem bardziej świadomie obserwuje narodziny demona, którego tak dobrze już poznał.

Jest tu w zasadzie tyko jeden minus. Dzięki lekturze dwóch poprzednich tomów dość dobrze poznajemy tok rozumowania autora i ciężej jest nas zaskoczyć. Mnie przynajmniej. Nie było już takiego efektu wow, gdy na tapecie pojawiały się kluczowe twisy związane z głównymi wątkami "Spowiedzi diabła". Nie mniej jednak autor nie traci impetu i cały czas stara się podtrzymywać napięcie.

Tak czy siak, uważam, że książka jest dobrym podsumowaniem serii. Udało się tu stworzyć coś nowego, zamiast kolejnego pseudo thrillera o dzielnych bohaterach, mamy tu antybohatera, który robi całą robotę. Co więcej wszystko jest płynne i doszlifowane do tego stopnia, że można by się zastanawiać, kto kogo prowadzał ulicami raju, Adrian Kubę, czy Kuba Adriana.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

środa, 22 lutego 2017

Hitchcock - Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do 'dzikich manewrów', odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake'a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych 'dzikich manewrów'. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast 'przewodnika turystycznego' dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

"Na miłość boską, już jestem skatalogowany - rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie".

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie "Rebeka". Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam "Rebekę" i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był 'wrednym tluściochem', jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie "Ptaki", ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie "Psychozy".

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

sobota, 04 lutego 2017

Mnich - Matthew Gregory Lewis

Mnich

Opat zakonu kapucynów w Madrycie, mnich Ambrosio, może poszczycić się powszechnym szacunkiem i pewną miejscówką w szeregach zbawionych, gdy przejdzie kres jego ziemskiego żywota. Jego pobożność jest niezwykle surowa, czasem tylko budzi się w nim jakaś szatańska iskra, gdy patrzy na wizerunek najświętszej panienki...

Tak jest do chwili, gdy w jego klasztorze pojawia się nowy uczeń, w rzeczywistości jest to przebrane za chłopca dziewczę o niezwykłych zdolnościach wodzenia mężczyzn za nos. Może dzięki szatańskim sztuczkom, a może dzięki w gruncie rzeczy słabej woli Ambrosia, daje się on uwieść Matildzie i łamie śluby czystości. To jednak dopiero początek upadku jego moralności, bo rozbudzona chuć już szuka nowego obiektu namiętności.

Po raz pierwszy wydany w 1796 roku "Mnich" jest jedną ze sztandarowych pozycji w literaturze gotyckiej. Przez współczesnych czytelników jest jednak równie zapomniana co "Zamczysko w Otranto".

Lewis napisał ją mając ledwie dwadzieścia lat, stąd pewnie niezwykła, jak na owe czasy i ówczesny styl, żarliwość opisów, szczególnie wątków erotycznych. Tym zresztą pochwał nie szczędził sam Markiz de Sade, więc o czymś to już świadczy, Moi Drodzy.

Erotyzm jest jednak tylko jednym z wątków w powieści. Żeby omówić tu wszystkie, musiałabym srodze Was przetrzymać przy tekście, pozwolę więc sobie skupić się na tym, co w powieści najlepsze, czyli kreacja postaci tytułowego Mnicha i wydarzeniach z nim związanych.

Nasz Abrozio to niezły gagatek, postać niezwykle złożona i budząca bardzo silne emocje w czytelniku. Jeśli są w śród Was katoliccy oponenci, będziecie mieć tu niezłe używanie.

Nie od dziś wiadomo jak rygoryzm religijny zaburza rozwój sfery seksualnej (obejrzyjcie choćby sympatyczny dokument "Deliver us from evil") i Ambrosio jest tu dobrym przykładem. Jego popędy są tłumione, ale raz rozbudzone są nie do powstrzymania. Mimo że, od czasu do czasu w jego świadomości zapala się czerwona lampka, pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk o nieśmiertelną duszę, na nic to wszytko wobec pokus świata doczesnego.

Jak wspomniałam wszytko zaczyna się od Matildy. Ona też w swojej złożonej naturze nie ustępuje niczym postaci Ambrosia. To za jej sprawą Ambrosio otwiera się na nowe doznania i jak pisał Nabokov w Adzie, są one jak czerwona wysypka, którą wciąż trzeba drapać.

Mnich

Matilda to nie tylko podręcznikowy przykład femme fatale, ale i sposób na wprowadzenie do klasztoru kapucynów samego diabła. Niewiasta co prawda nie stanowi jego personifikacji, jest bowiem tylko wierną służebnicą, ale jej kuszenia są iście biblijne.

Pojawiają się tu za jej sprawą wątki okultystyczne, sporo dobrze poprowadzonych opisów, które przypominają nam o tym, za co kochamy literaturę gotycką. Owszem, czasem to wszytko trąci groteską, ale i tak podziwiam żywość wyobraźni autora. Tu ciekawostka, we własnej osobie pojawia się on w jednym ze wspomnianych rozlicznych watów pobocznych.Innym z takich ciekawych wtrąceń jest historia 'krwawej zakonnicy'.

Diabelski duet w osobach Ambrosia i Matildy będzie przyczyną rozlicznych krzywd jakich doświadczy pewna niewinna jak stokrotka Antonia, którą to upatrzy sobie Mnich tuż po jej przybyciu do Madrytu. Nie ograniczy się do obserwowania jej przez 'diabelskie lusterko', lecz postanowi za pomocą czarów uwieść ją i... tu mamy coś, co z pewnością urzekło starego de Sade. Choć obstawiam, że motyw siostry Lorenza- ukochanego niewinnej Antonii - która wpada w ręce innych występnych kobiet skrywających swoje obłudne czyny pod habitami zakonnymi, też nie mało go ucieszył ;)

Cóż, jak widać klasyka nie musi być nudna, jak uważają niektórzy, których być może dręczono w szkolne ławce skarbami literatury typu "Nad Niemnem".

"Mnich" to z resztą nie tylko klasyka, ale i w pewien sposób prekursor. Lewis jako pierwszy odważył się tak solidnie dokopać obłudzie, która nierzadko dotyczy tych, których stawia się za wzór. Naśladowali go pisarze na starym kontynencie i za oceanem i dopiero w latach '60 XX wieku ktoś nabrał odwagi by po raz pierwszy zekranizować powieść.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Vesper


vesper

piątek, 04 listopada 2016

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści - H.P Lovecraft

zgroza w dunwich

Dla fanów  klasycznej literatury grozy szczególnie tej z podgatunku Weird fiction powstałemu z połączenia horroru, fantastyki i fantastyki naukowej nazwisko Lovecraft jest pierwszym, które nasuwa się w momencie gdy spytać ich o niekwestionowanego króla gatunku.

Lovecfrat jest też jednym z moich faworytów odkąd przeczytałam jego "W poszukiwaniu nieznanego kadah". Miałam też okazję poznać go od nieco innej strony dzięki zbiorom jego listów i esejów w "Koszmary i fantazję". Przeszedł w końcu czas by zmierzyć się z tym, z czego Lovecraft zasłynął najbardziej, czyli jego opowiadań opartych na autorskiej mitologii Chtulu. To właśnie historie oparte na temacie Wielkich Przedwiecznych królują w zbiorze "Zgroza w Dunwich...".

Od dawna chciałam przeczytać "Zew Cthulu", "W górach szaleństwa", czy "Przypadek Charlesa Dextera Warda". Te tytuły były mi znane ze słyszenia i miałam na nie ogromny apetyt. Ucieszyłam się więc, że znalazły się w jednym zbiorze.

Wydawnictwo Vesper przodujące w klasycznej literaturze grozy uszczęśliwiło mnie i podejrzewam wielu innych czytelników nowym wydaniem zbioru opowiadań Lovecrafta.

Książka liczy sobie ponad osiemset stron, jest niemożebnie długa toteż mimo ogromnego zapału przeczytanie jej zajęło i sporo czasu. Formie tego wydania nie mam absolutnie nic do zarzucenia, zarówno okładka jak i ilustracje umieszczone przy każdy z opowiadań doskonale wpisują się w klimat treści.

Wszystkich opowiadań jest piętnaście. Ich objętość jest mocno zróżnicowana. Początkowe, najstarsze, bowiem ich kolejność jest chronologiczna względem dat powstania, są krótkie. Absolutnie się w nich zakochałam. "Dragon" wydał mi się zapowiedzią rodzącej się w głowie pisarza mitologii Chtulu. Już tu pojawiają się motywy wędrówki, mrożących krew w żyłach odkryć, tajemnic nieznanych nauce, czy wierze i szaleństwa jakie powoduje zgłębienie tego co nieznane.

"Ustalenia dotyczące zmarłego Artura Jrmyna i jego rodu" to mój absolutny faworyt. Zamysł jaki zrodził się w głowie autora, pomysł na rodową tajemnice wymykającą się z ram pojmowania świata przez 'przyzwoitych ludzi' jest fenomenalny. Musiałabym użyć spoilera by Wam ten fakt unaocznić. To opowiadanie obywa się bez Wielkich Przedwiecznych nie mniej jednak mamy tu kolejnego poszukiwacza prawdy, który boleśnie się z nią zmierzy.

"Wyrzutek" to znowuż więcej fantastyki. Nie wiem na ile moja interpretacja utworu zbliża się do prawdy, bo jest to moim zdaniem bardzo niejasny tekst, ale chyba stanowi on, jako jedyny, przykład opowieści bohatera który jednocześnie jest antybohaterem. Nie jest człowiekiem, jest istotą, która na kartach opowiadań Lovecfrafta zwykle przemyka jako nienazwany dziw i zgroza. Bardzo oryginalny manewr.

"Muzyka Ericha Zanna" narracyjnie już bardziej zbliża się do typowego stylu Lovecrafta. Styl ten jak zauważycie przy następnych jego tekstach niezmiennie opiera się na retrospekcji. Mało kiedy narratorem jest główny bohater. Tekst stanowi raczej relacje naocznego świadka jakiś stosownie przerażających wydarzeń, rzadziej jest on ich bezpośrednim uczestnikiem. W przypadku tego opowiadania znowu may do czynienia z krótszym tekstem, pozbawionym motywów z cyklu Cthulu, nie mniej jednak nienazwana, niszcząca siła odgrywa tu rolę nadrzędną. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego opowiadania, pozbawiona rozlicznych dygresji, przytaczanych w całości fragmentów korespondencji i niejasnej, dla mnie ciemniaka terminologii. Jest tajemnica, jest w tym jakiś gotycki romantyzm, samotność i trwoga.

"Szczury w murach" to znowuż kolejna udana acz niekoniecznie szczęśliwa próba zgłębienia rodzinnych tajemnic, poznania swoich korzeni.Akcja rozgrywa się w starym zamku i toteż jej gotycki klimat jest miażdżący. Sama fabuła wzbudziła we mnie mniejszy entuzjazm niż w przypadku rodowych przypadków Artura. Tu Lovecraft już zaczął powoli rozwijać warstwę retrospekcji tworząc opowieść w opowieści. Z czasem, w miarę rozwoju jego twórczości ta właśnie warstwa całkowicie zdominuje jego teksty - dla mnie do tego stopnia że zdarzało mi się zapominać od kogo się to wszytko zaczęło;)

"Święto" to znowuż bardzo oryginalne opowiadanie. Pojawia się tu motyw nieznanego kultu i jego wyznawców - nie będących zwykłymi ludzi. Jeden z nich udaje się na ceremonie i opisuje najdziwniejsze dziwy jakich doświadczył. Bardzo oniryczny klimat.

Wreszcie "Zew Cthulu", który zapoczątkował cały stos opowiadań pisanych na ten sam temat. W jakiś sposób połączonych, choć nie bezpośrednio za sprawa motywu przewodniego, czyli tematu przedwiecznych prabogów, którzy istnieli zanim jeszcze pojawili się ludzie. Oczywiście mamy tu retrospekcje, czyli relacje naocznego świadka wydarzeń, których lepiej nie ujawniać światu. Jego opowieść o powolnym i konsekwentnym zgłębianiu mrocznej tajemnicy. Jest to pierwsze z dłuższych opowiadań. Tak naprawdę zapowiedz kierunku, w którym dalej zmierzała twórczość autora. To tu pojawiają się pierwsze bogatsze opisy nieznanych zgróz jakie spotkać mogą ciekawscy zapaleńcy. Mnie szczerze mówiąc to opowiadanie nie urwało majtek z tyłka. Serio, tyle się nasłuchałam o Cthulu, że myślałam, że bezie to jakaś spektakularna bomba. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że perspektywa z jakieś Lovecraft zwykł pisywać to co, ma w czytelniku wzbudzać lęk, zakłada dużą dozę domysłu. Autor celnie stwierdził, że zgroza nie jedną ma twarz, to też nawet gdy z czasem tworzył jeszcze barwniejsze opisy wszelkich mrocznych istot, nie narzucał czytelnikowi konkretnej wizji.

"Przypadek Charlesa Dextera Warda" to już przykład mocno rozkręconej opowieści. Opis tejże swoją droga bardzo udanej historii jest przebogaty. Przekłada się to rzecz jasna na długość tego opowiadania, ale w tym przypadku wcale mnie to nie zniechęciło. Przypadek Charlesa, jest po prostu bardzo intrygujący. Pojawia się tu już wcześniej wprowadzony na pokład motyw mitologii Cthulu, ciemnych złowrogich istot, które tylko szaleniec chciałby sprowadzić w szeregi śmiertelników. Z resztą o takich szaleńcach jest tu mowa. Perspektywa z jakiej Lovecraft opisuje swoją historię jest na tyle odległa głównemu bohaterowi, że dzięki temu powstaje wspaniała przestrzeń dla nienazwanych lęków i domysłów. Po samym gwoździu programu, głównej tajemnicy spodziewałam się nieco więcej, ale jak już Cthulu wtargnęło w głowę autora, tak już zostało i zostanie.

zgroza w dunwich

Tytułowa "Zgroza w Dunwich" jest zarówno pod względem konstrukcji jak i samego pomysłu dość zbliżona do wcześniejszego opowiadania.Ponowni mamy tu motyw przyzywania z innego świata złych mocy i konsekwencji tego rodzaju zabiegów. Mamy tu w zasadzie bezimiennego narratora, który relacjonuje historię wydarzeń w pewnej osadzie. Ponownie zachowuje on duży dystans i relacjonuje sprawę jak rasowy detektyw, rzucając coraz to nowsze fakty i domysły. Finał historii, jak zawsze kończy się tragicznie, a kolejny narrator po raz kolejny potwierdza, że nie warto szukać pewnych odpowiedzi.

"Szepczący w ciemności", znowuż niemożebnie długi, bardzo przypadł mi do gustu, chyba najbardziej spośród dłuższych opowiadań w zbiorze. Historia miejscami wydaje się nieco naiwna, a może inaczej, jej narrator to człowiek naiwny. Znowu mamy przypadkowego człowieka, który niechcąco nadepnął na minę i wplątał się w coś czego nie rozumie, ale gorąco chcę zrozumieć, co rzecz jasna nie kończy się dla niego dobrze. Mamy tu istoty nie z tego świata, ale nieco innego rodzaju niż Pradawni zwabieni mroczną magią. Mamy tu Myślące Grzyby, o tak. Recz kosmiczna, solidne sci-fi.

Z "W górach szaleństwa" wiązałam podobnie duże nadzieje co z "Zew Cthulu" i ponownie nieco się rozczarowałam. To kolejne, niemożebnie długie opowiadanie. Nie wiele ma wspólnego z ekranizacją Carpentera. W zasadzie od pojawienia się Cthulu wszystkie opowiadania są pisane na jedną modę. Fabuły zlewały mi się i nie do końca mnie to cieszyło. Na końcu zbioru znajdują się te właśnie najbardziej znane i najnowsze z opowiadań.

Oczywiście ta monotematyczność Lovecrafta wcale nie jest tak wielkim minusem jak to możecie odbierać. Podobne zdaniem mam o Poe'm, ale przecież kocham te jego historie mimo, że większość bazuje na tym samych schemacie: miłość i śmierć. Myślę, że po prostu za dużo było tego na jeden raz.

Podsumowując, bardziej cenię Lovecrafta za te krótsze opowieści niż za te, które zagwarantowały mu pośmiertną co prawda, ale jednak ogromną sławę.

Tym, którym autor kojarzy się głównie z mitologią Cthulu mogę zapewnić, że ma do zaoferowania o wiele więcej.Zaś o samym zbiorze mogę powiedzieć, że stanowi doskonały przekrój twórczości autora.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper


vesper

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl