What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: teen slasher

piątek, 12 maja 2017

Lake Bodom/ Bodom (2016)

lake bodom

Przed pół wieku nad jeziorem Bodom w Finlandii czteroosobowa grupa obozowiczów zostaje zamordowana przez nieznanego zabójce. Jednej z osób udaje się przeżyć, ale nie pomaga to w ujęciu sprawcy czynu.

Po latach nad to samo jezioro, w to samo miejsce wybiera się inna grupa nastolatków. Intencjom chłopców jest zgłębienie zagadki z przed lat, a dziewczyny też mają własną wizję tego wyjazdu.

Fiński slasher movie, Drodzy Państwo. Europejczycy wcale nie najgorzej czują się w tym bardzo amerykańskim gatunku i parokroć pokazali, że na starym kontynencie też wiedzą jak się robi dobrą rzeź.

Północne krajobrazy to świetna przestrzeń do zbudowania nastroju grozy i twórcy ten fakt wykorzystali. Większość akcji rozgrywa się pod osłoną nocy, ale oświetleniowcy dali radę i nie musiałam rozjaśniać ekranu, żeby cokolwiek zobaczyć. Może to dziwnie brzmi, ale zwracam na takie rzeczy uwagę. Ogólnie od strony technicznej jest to film dobrze zrobiony zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę budżet jakim dysponowali twórcy. Całkiem przyjemnie się na to patrzy. Muzyka też dobra. Jednak ideałem to ten film nie jest.

lake bodom

lake bodom

Fabuła jak na slasher przystało nie jest zbyt inteligentna choć scenariusz miał ambicje by trochę namieszać. Jest pare fabularnych twistów, które wzbogacają fabułę, ale nie robią wielkiego efektu wow.

Kuleje aktorstwo mimo, że dołożono starań by wykreować tu bardziej interesujące postaci niż w przeciętnym slasherze bywa. Dialogi kiepściane, albo tak brzmiały w wykonaniu obsady.

Całość daje efekt sympatycznego przeciętniaka, jednak dla samego klimatu myślę, że warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 23 kwietnia 2017

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja - robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

"Amerykański burger" o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do "Amerykańskiego burgera" trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, "Amerykański burger" nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

"Amerykański burger" od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 14 kwietnia 2017

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat '60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, "Bye Bye Man" nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

"Bye Bye Man" stanowi kompilacje wątków ghost story i slashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym "Koszmarze z Ulicy Wiązów".

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc "Bye Bye Man" mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 06 października 2016

Dead of summer - Sezon 1 (2016)

dead of summer

Obóz Stillwater ponownie otwiera swe podwoje przed obozowiczami i ich opiekunami. W przeszłości działy się tam złe rzeczy, ale nadal dla wielu osób jest o miejsce pełne sentymentu. Grupa nastoletnich opiekunów mimo najlepszych chęci nie spędzi tu sielankowego lata, bowiem zagrożenie już czyha.

Wiązałam spore nadzieje z "Dead of summer", głównie ze względu na mój sentyment do gatunku camp slasherów z lat '80. Ten serial miał przenosić widza właśnie w tamten nieco zapomniany przez filmowców świat, świat Jasona, Angeli Baker, czy innych szlagierowych już postaci, które zyskały sławę jako mordercy małolatów w jaskrawych portkach. Bardzo liczyłam na wierne odwzorowanie klimatu tamtych obrazów i co... przeliczyłam się.

Gdyby na dole ekranu nikt wspaniałomyślnie nie rzucił informacji o tym, że akcja serialu rozgrywa się w 1989 roku, wcale bym nie odczuła tej podróży w czasie. Twórcy nie wysili się szczególnie by za pomocą scenografii, charakteryzacji i kostiumów trafić w lata 80. Tylko brak komórek i social mediów daje nam znać, że coś jest nie tak.

dead of summer

Litościwie przymknęłam na to oko, licząc, że takie braki łatwo załatwi dobra fabuła. I faktycznie, przez pierwsze cztery odcinki śledziłam serialowe wydarzenia ze sporą uwagą. Doceniam próby nakreślenia bardziej złożonych charakterystyk bohaterów, mimo nieuniknionego umieszczenia ich w slasherowym schemacie.

Podobały mi się retrospekcje ukazujące skąd wzięła się nasza grupa i co każdy z nich ma za uszami. Odnotowałam kilka nawiązań do klasyki camp slasherów, ale niestety w pewnym momencie wszytko zaczęło iść w złym kierunku. Starania twórców by nie znudzić widzów i co i rusz oferować nowe zagrywki ostatecznie minęły się z celem. Nieprzewidywalność okazała się bowiem bardzo przewidywalna, za zmyłki raziły niekonsekwencją.

To co jednak najbardziej powinno mnie zaboleć jako fankę horroru, to kompletny brak horroru w horrorze. Serio, jest to bardziej serial obyczajowy o perypetiach pięknych i młodych i serial grozy. Na grozę nie znaleziono miejsca.

dead of summer

Jak na slasher, w dodatku składajacy się z dziesięciu odcinków trupów u mamy jak na lekarstwo. Większość bohaterów wychodzi cało z opresji i dopiero finałowy odcinek to większe żniwo śmierci.

Co więc robią bohaterzy slashera skoro nie umierają? Bawią się w detektywów, w dodatku mało rozgarniętych.

Ten serial to zmarnowana idea. O ile będzie drugi sezon, w co wątpię, brać się za niego nie będę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Napięcie:5

Klimat:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 30 sierpnia 2016

Summer Camp (2015)

summer camp

Dwie czarowne Amerykanki przybywają na hiszpańską prowincję by wypełnić wakacyjny czas pracą w charakterze opiekunek na obozie językowym. Tu wraz z dwoma kolegami przygotowują się do pracy, gdy nieoczekiwanie jednemu po drugim zaczyna odbijać. Krwawe mordy, obłęd w oczach i walka o przetrwanie.

"Summer camp", jak wskazuje już sam tytuł filmu, miał nawiązywać do znanej konwencji camp slasherów - mojej ulubionej odmiany horrorwych rąbanek.

Pod tym względem swoje zadanie spełnia, choć twórcy nie silili się na odwzorowanie uroku lat '80 - złotej ery takowych produkcji - postawili na współczesność. Przez to "Summer camp" nie bardzo zbliża się do klimatu typowego camp slashera, ale tworzy swoją własną atmosferę opartą na czasem bardziej czasem mniej udanej grze z konwencją.

Pierwszy rzut to rozpoznanie, czyli przedstawienie urokliwej okolicy, starej hiszpańskiej hacjendy no i gospodarzy imprezy, czyli czwórki klasycznie skrojonych bohaterów. Mamy tu Michelle - równiachę, 'dziewczynę z sąsiedztwa',  Chrisy - nadętą egoistkę z perfekcyjnie wyprostowanymi włosami, Antonia - Hiszpańskiego lowelasa, który planuje czym prędzej wypuścić swojego ptaka na łowy i sympatycznego okularnika Willa. Już wiemy kogo mamy lubić, kogo nie. Czas na wprowadzenie antagonisty.

summer camp

I u moi Drodzy za pewne nasunie Wam się skojarzenie z "Cabin fever", bo głównym zagrożeniem dla życia bohaterów będzie zaraza. No i fajnie, ale posłużono się tu dość klasycznym obrazem horrorowej choroby - zombizm, albo coś w podobie. Każdy kto zostanie zainfekowany zmienia się w żadną krwi bestię. Żeby nie było do końca nudno blado i typowo scenariusz nieco zmodyfikował ten motyw.

SPOILER: Otóż, żaden z bohaterów po zetknięciu się z toksyczną substancją nie umiera. W związku z tym nie jest to zombie w tradycyjnym rozumieniu. Bardziej przypomina to wściekliznę. KONIEC SPOILERA

Nie potrzebujemy więc zewnętrznego antagonisty, który wyłazi z lasu i macha siekierą. Jest to partia na czworo. Bohaterzy są jednocześnie antybohaterami, atakują siebie nawzajem. Będą żwawe sceny walk i pościgów, ale to nie wszytko, bo mamy kolejną zmyślna zagrywkę.

SPOILER: Efekt działania trucizny jest krótkotrwały. Jak działanie prochów lub innych substancji psychoaktywnych. Po mniej więcej 20 minutach szaleństwa osoba chora wraca do normalności i nie pamięta, że przed chwilą kogoś uszkodziła. KONIEC SPOILERA.

summer camp

Ten zabieg, owa innowacja w przebiegu choroby rozwiązała problem zbyt szybkiego rozwiąznia akcji. Bo jak można przez półtorej godziny uśmiercać cztery osoby? Toż to nuda i bida. Dlatego w klasycznych camp slasherach mamy pokaźną liczbę ofiar i giną sobie biedactwa po kolei.

Tu, dzięki takiemu a nie innemu przebiegowi choroby tworzy nam się niezłe zamieszanie. Fajne zamieszanie, trochę taka komedia pomyłek. Każdy chce zabić każdego i nie wiadomo kto przyjaciel kto wróg. Mnie to przekonało. Finał rozgrywki nie jest wesoły, zostaje zadany mały cios w tradycję final girl, po czym wracamy do klasycznego trybu: oj, będzie jeszcze gorzej.

"Summer camp" stanowi niezłą rozrywkę choć, nie wszystkim się spodobał. Oceny są raczej mało przychylne, ale ja się do nich nie przyłącze, bo to całkiem klawy straszak, jeśli nie postawicie mu zbyt wygórowanych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 13 sierpnia 2016

Prom Night/ Bal maturalny (1980)

bal maturalny

W czasie zabawy w chowanego grupka dzieciaków przyczynia się do śmierci młodszej koleżanki. Obwiniony za to zostaje lokalny ciemny typ, który wyrokiem sądu trafia na leczenie psychiatryczne.

W sześć lat po tych zdarzeniach, młodzi przyjaciele, którzy zawarli pakt milczenia w kwestii swojego udziału w śmierci Robin przygotowują się do wyczekiwanego balu maturalnego. Tak się składa, że wariat osądzony za śmierć dziewczynki właśnie dał nogę z psychiatryka. Grupa przyjaciół zaczyna odbierać dziwne telefony.

Wygląda na to, że widmo zemsty za śmierć Robin zajrzy im w oczy.

Dawno nie pisałam o starych, dobrych slasher'ach. Tak się złożyło, że jak dotąd nie miałam okazji obejrzeć słynnego "Balu maturalnego", chyba jedynego kanadyjskiego straszaka, który mógł konkurować ze szlagierowymi amerykańskimi slasherami z lat '80.

Winę za moją ignorancję w kwestii tej produkcji ponoszą jak zawsze moje uprzedzenia. Lubię stare slashery, ale nie koniecznie te rozgrywające się w cywilizowanych miejscach. "Bal maturalny" omijałam więc z rozmysłem. Do drugiego czynnika decydującego o tym przyznam się z lekkim wstydem. Nie lubię Jamie Lee Curtis. Wiem, shame on me, to niekwestionowana Królowa Krzyku, solidna aktorka etc. Jednakże jej twarz nie budzi mojej sympatii, wręcz przeciwnie, nie podoba mi się i już. Głupi argument prosto z dupy, ale tak mam z niektórymi aktorami.

prom night

"Bal maturalny" podobnie jak większość dochodowych produkcji grozy doczekał się sequeli i remake w roku 2008. Nie znam żadnego z nich.

Rzecz kluczowa, czy "Bal maturalny" przekonał mnie do siebie? Tak. Mimo, że ma pewne mankamenty, o których będzie później, uważam, że to całkiem przyzwoity slasher stanowiący dobrą rozrywkę, a o to przecież w tym gatunku chodzi.

Jamnie Lee Curtis tak bardzo mi nie przeszkadzała. Aktorska wciela się tu w postać powszechnie lubianej Kim, córki dyrektora, przyszłej królowej balu i... siostry zmarłej Robin.

bal maturalny

Kim nie zdaje sobie sprawy z okoliczności śmierci młodej, tym bardziej nie wie, że jej cudowny chłopak i przyjaciółki miały w tym zdarzeniu udział. Dowie się tego z ust oprawcy, który doprowadzi do masakry na balu maturalnym.

Tożsamość mordercy jest tajemnicą, ale już prolog filmu, w scenie śmierci Robin i następujących po niej zdarzeniach widz może mieć swoje podejrzenia. Błędne tropy to też rutyna w takiej sytuacji więc trzeba się ich spodziewać.

Mankamenty, tak. "Bal maturalny" jest wyjątkowo delikutaśny, nawet jak na slasher, wybitnie unika ukazywania scen śmierci. Gdy już takową ujrzymy jest już w zasadzie po fakcie. Brakowało mi trochę tych głupawych scen pościgów, mamy ich tu jak na lekarstwo. Za to bardzo dużą uwagę poświecono warstwie obyczajowej filmu. Zanim ktoś kogoś w końcu zabije dokładnie poznamy życie licealistów. Kto z kim śpi, kto z kim spać by chciał, kto kogo nie lubi, kto kogo kocha etc. Z uwagi na to, że grupa młodych bohaterów jest dość liczna będzie tego rodzaju wstawek sporo, żeby nie powiedzieć, że stanowią lwią część filmu. Patrzy się na to jednak przyjemnie. Lata '80 mają swój urok nawet w tych elementach obyczajowych.

bal maturalny

Dużą uwagę poświecono tez muzyce. Gdy wreszcie dojdzie do balu, najpierw musimy obejrzeć popis taneczny naszej królowej liceum. Disco daje ostro po uszach i mimo iż dalekie to od moich podobań, fajnie integrowało się z ogólnym klimatem filmu. Ogólnie klimat jest, i jest typowo slasherowy, więc wszytko zgodnie z normami.

"Bal maturalny" raczej moim ulubieńcem wśród slasherów nie zostanie, bo dalej jestem wierna obozowym historyjkom, ale wypada bardzo dobrze. Fani tego rodzaju kina znać powinni.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 07 lipca 2016

The Outing/ Lampa (1987)

lampa

Troje oberwańców wpada do domu sędziwej kobiety, domniemanej posiadaczki dużego majątku. Jak okazuje się w trakcie napadu głównym łupem złodziei pada stara lampa przywieziona z Iraku. Zabytkowy artefakt posiada niezwykłe właściwości, o czym przekonają się włamywacze. Niefortunnie uwalniają uwięzionego w lampie złego ducha, dżina. Demon rozprawia się z wesołą dziatwą, a lampa i inne fanty przechodzą w ręce dyrektora muzeum sztuki naturalnej, doktora Wallace. Wkrótce jego córka, padnie ofiarą złego wpływu innego zabytkowego drobiazgu, bransoletki mającej związek z lamą dżina. Dziewczyna przywłaszcza sobie przedmiot i niebawem pojawią się pierwsze skutki. Alex wraz z przyjaciółmi postanawia zrobić imprezę w muzeum ojca, gdzie nie obejdzie się bez obecności złego dżina.

lampa

"Lama" jak przystało na film klasy B z podgatunku slashera stanowi rozrywkę dla amatorów masowych mordów dokonywanych na młodych bohaterach.

Fabuła przewiduje stosowny wstęp, w którym poznajemy sympatyczną Alex i jej grzecznego chłopaczka. Drobne perypetie obyczajowe wprowadzają widza w rozrywkowy nastrój, ale prolog w postaci wydarzeń w domu staruszki pozwala mieć nadzieję na coś mocniejszego.

Scen krwawy jest sporo, kamera nie robi uników w strategicznych momentach więc będzie na co popatrzeć. Efekty są całkiem niezłe jak na horror tej klasy, gorzej wypada scenariusz. Jest po prostu mało pomysłowy. Nie włożono specjalnego wysiłku ani w konstrukcje charakterystyk bohaterów, ani w dialogi.

lampa

Antagonistą jest demon uwolniony z lampy, który doprowadza do szeregu tragicznych sytuacji. Mnie, jak to mnie, najbardziej ruszył atak węży. Paskudniki zatopione w formalinie ożyły pod wpływem mocy dżina i zaatakowały koleżankę Alex. Wstawka stworzona jakby specjalnie dla mnie. Reszta zamachów na życie bohaterów przebiegła bez większych - w moim przypadku - emocji, choć muszę przyznać, że sceny śmierci wypadają całkiem pomysłowo. Już mord na jednym z włamywaczy, jaki widzimy w pierwszych scenach filmu daje znać na którym aspekcie grozy skupili się twórcy tego filmu.

"Lampa" nie olśniewa choć doceniam dobrze zrealizowane sceny mordów i wyjściowy pomysł na antagonistę w postaci dżina.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Oryginalność:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

to coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 22 maja 2016

My Soul to take/ Zbaw mnie ode złego (2010)

my soul to take

W małym amerykańskim miasteczku grasuje seryjny morderca zwany Rzeźnikiem, który to zabija ludzi nożem z grawerunkiem 'zemsta'. Mordercą okazuje się cierpiący na osobowość wieloraką Abel Plenkov, kochający mąż i ojciec, który nieświadom swojego drugiego ja od czasu do czasu zmienia się w bestię.

Tego wieczoru jego drugie ja dochodzi do głosu i zabija ciężarną żonę. Cudem ocalone dziecko dorasta wraz z kilkorgiem innych dzieciaków z miasta, które przyszły na świat tej feralnej nocy, gdyż Rzeźnik zostaje schwytany i najpewniej zabity.

Rok rocznie siódemka dzieciaków  z miasteczka świętują swoje urodziny i śmierć bestii. Niektórzy wierzą, że Rzeźnik wciąż żyje, żyje w duszach owych dzieciaków i wkrótce, może już teraz w szesnasta rocznicę śmierci, odrodzi się w którymś z nich.

my soul to take

Wes Craven zostawił po sobie nie licha spuściznę w postaci wielu bardzo dobrych filmów grozy. Jego obrazy to już klasyka i każdy kolejny film jaki nakręcił jest porównywany do "Koszmaru z ulicy wiązów" czy "Krzyku".

Niestety w takim porównaniu "Zbaw mnie ode złego" wypada blado.

Fabuła wskazywałaby na bardzo silnie osadzony w  w schemacie starych slasherów film, którego akcja rozgrywa się w świecie nastolatków, którzy muszą zmierzyć się z czystym złem. Jeśli nakręcił go Craven to musi być równie dobry co "Koszmar...", ale nie jest. Dlaczego?

Niby fabuła spełnia z grubsza wymogi jakie stawia slasher, ale niestety duch starego slashera gdzieś uleciał. Próżno szukać w tym filmie klimatu jaki prezentowały starsze produkcje reżysera.

Pomysł jest z gruntu nie najgorszy. Zamiast niewinnej dziewczyny mamy niewinnego chłopaczka, który dowiaduje się czegoś strasznego o swojej rodzinie. Mamy innych młodych bohaterów, postaci ubarwiane nieco na siłę, ale wpisujące się w schemat. Wreszcie mamy morderce, który próbuje działać zza grobu.

my soul to take

Wszytko to już było i w dobrym wydaniu chętnych na powtórkę z rozrywki by nie zabrakło, a jednak. Dla mnie ten film był zbyt plastikowy, zbyt sztuczny, taki... na siłę. Jakby ktoś chciał wskrzesić człowieka, ale zapomniał wprawić w ruch najważniejszy organ, serce.

Nie powiem żeby przeprawa przez tę produkcję była bolesnym doświadczeniem. nic z tych rzeczy, ogląda się to dość przyjemnie ale... ale... ale... Nawet niezłe aktorstwo i kilka dobrze zrobionych scen mordów i nawiązanie do klasycznych rozwiązań fabularnych nie zastąpi mi nastroju, tego czegoś co uleciało i wiadomo, już nie wróci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 31 marca 2016

Final girls/ Dziewczyny śmierci (2015)

dziewczyny śmierci

Nastoletnia Max niedawno straciła w matkę w wypadku samochodowym. A jej mama to nikt inny jak gwiazda kultowego horroru z lat '80 "Obóz skąpany we krwi". W związku z tym kumpel Max, Duncan i jego siostra Gerttie namawiają dziewczynę do uczestnictwa w specjalnym pokazie starego horroru. Max nie jest zachwycona taką formą oddania hołdu mamie zwłaszcza, że ta wcieliła się tam w ostać szeregowej ofiary. Ostatecznie przystojny Chris namawia Max na randkę w kinie. Zjawia się tam też jego była, Vicky. Wszyscy udają się na seans w trakcie którego niefortunnym zrządzeniem losu rodem z "Oszukać przeznaczenie" na sali wybucha pożar. Max i jej kumple szukając drogi ucieczki przedostają się za ekran. Jednak nie znajdują tam spodziewanego wyjścia ewakuacyjnego lecz... świat przedstawiony horroru "Camp Bloodbath".

"Dziewczyny  śmierci" to zdaniem wielu, zwłaszcza Was, drodzy czytelnicy, to jeden z najlepszych horrorów jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku. Ja sama nie nastawiałam się na niego zbyt pozytywnie, bo filmów, które to w założeniu mają oddawać cześć nieśmiertelnej formule camp slashera powstało sporo, jednak niewielu współczesnych twórców naprawdę czuje ten klimat toteż efekt najczęściej bywa mierny. A tu taka miła niespodzianka:)

dziewczyny śmierci

Tak, film bardzo mi się spodobał, bo posiada wszystkie elementy niezbędne do dobrej zabawy.

Za sprawą wykorzystania motywu 'filmu w filmie' sprawnie balansujemy między przeszłością a teraźniejszością, co skutkuje podwójną perspektywą. Fajnie jest śledzić losy bohaterów, którzy patrzą na stare slashery naszymi oczami. Rozumieją zasady świata przedstawionego. To tak jakbyśmy to my trafili do starego horroru z całą nasza wiedzą wyniesioną z wielu godzin seansów ze starymi slasherami. Pewnie sądzicie, że poradzilibyście sobie świetnie, tak też sądziła Max i jej przyjaciele. Efekt takiego przekonania bywał do prawdy przezabawny.

Zderzenie dwóch światów- bohaterów starego slashera śpiewających "Kumbaya" i konsekwentnie dążących do kopulacji z cynicznymi małolatami dla których seryjny zabójca to postać fikcyjna i niegroźna tworzy połączenie komedii pomyłek z czarnym humorem. Jedną z najlepiej ukazujących to scen jest fragment w której Duncan próbuje strzelić sobie selfie z mordercą przekonany, że filmowa postać nic mu nie zrobi.

dziewczyny śmierci

Fabułą filmu z gruntu opiera się na takim samym założeniu jak każdy slasher - przetrwać do końca. Max i spółka wierzą, że jeżeli będą się trzymać filmowej Final Girl, Pauli, nic im nie grozi, ale na schemacie filmu powstaje rysa i Paula ginie. Kto może zostać Final Girl? Kto ich uratuje?

Ważnym motywem jest też wątek matki Max, która to po trzech latach od śmierci rodzicielki znowu ma szanse ją zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Tu nie powiem, nawet się troszkę wzruszyłam przy scenach finałowych. Wszytko to daje nam fany balans między pastiszem a historią opowiadaną na serio.

dziewczyny śmierci

Nie mam żadnych zarzutów względem pomysłu na tę historię, jest krwawo, jest seksownie, jest zabawnie, jest nawet sentymentalnie. Nie można by jednak osiągnąć takiego efekt gdyby nie praca włożona w wykonanie tego pomysłu. Twórcy włożyli masę wysiłku w wierne oddanie klimatu dawnych camp slasherów,  zdjęcia, muzyka,  aktorstwo, dialogi, wszytko ekstra. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Do tego jeszcze spore grono lubianych przeze mnie aktorów w obsadzie: Nina Dobrev, Taissa Farmiga, Alexander Ludwig. Bardzo fajnie. Z pewnością "Dziewczyny śmierci" staną obok "Porąbanych" na liście moich ulubionych horrorów komediowych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

79/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 28 marca 2016

Cherry Falls/ Krew niewinnych (2000)

cherry falls

Tytułowe Charry Falls to małe amerykańskie miasteczko, gdzie pewnego dnia rozpoczyna się fala morderstw. Ofiarami padają zarówno chłopcy jak i dziewczęta. Morderca ma tylko jedno kryterium - niewinność. Zabija wyłącznie dziewice i prawiczków. Gdy policja próbuje rozwikłać tajemnicę tożsamości mordercy dokopując się do historii z przed dwudziestu laty, licealiści z Cherry Falss planują masową deflorację w celu zabezpieczenia się przed zainteresowaniem ze strony zabójcy.

Thriller "Krew niewinnych" powstał na fali popularności teen slasherów jaką przywróciła premiera "Krzyku" Cravena. Jak na teen horrorek, czy teen thrillerek przystało znajdziemy tu kompilację wątków opery mydlanej i dreszczowca.

cherry falls

Główną bohaterką jest córka policjanta Jody, która boryka się z tym samym dylematem co Sydney Prescot w "Krzyku", stracić dziewictwo, czy też nie. Tym czasem w okolicy zaczynają ginąć młodzi i nietknięci. Jakiś wariat morduje kolejnych protagonistów i oznacza ich ciała krwawym znakiem 'Virgin'. Bystra Jody podsłuchuje rozmowę swojego ojca z dyrektorem liceum i tym samym poznaje nazwisko potencjalnego mordercy. W myśl żelaznej zasady slashera sprawa morderstw ma związek z tragedią z przeszłości, a zabijanie niewinnych mieszkańców Cherry Falls jest niczym innym jak zemstą.

cherry falls

Fabuła filmu jest gęsto usiana młodymi atrakcyjnymi zwłokami. Pojawiają się elementy pastiszu, ale stosowane są z wyczuciem, bez ingerencji w klimat grozy. Jak na próbę podrobienia słynnego "Krzyku" nie jest źle, widziałam gorsze 'podróbki'.

Film będzie dobrą rozrywką dla kogoś kto szuka filmu nie zobowiązującego do zbytniej aktywności umysłowej, ale też nie chce się doszczętnie ogłupić.

W mojej ocenie największym plusem produkcji jest postać final girl, czyli Jody w którą z powodzeniem wciela się Brittany Murphy, z pośród mdłych i nijakich postaci słodkich niewiniątek, które spotkamy na pierwszy planie w niemal każdym slasherze ona wyróżnia się stylem i charyzmą.

Mimo iż mamy tu do czynienia z seryjnym mordercą to sceny zbrodni nie zszokują widza z tej prostej przyczyny, że zawsze rozgrywają się po za kadrem.

cherry falls

Jeśli idzie o główną filmową zagadkę to jest na poziomie przeciętnego teen horroru. Trochę naiwna i w dużej mierze przewidywalna. Czy mi to przeszkadzało? Jakoś nie specjalnie. "Krew niewinnych" ogląda się przyjemnie i bez irytacji, chyba że widz oczekiwał czegoś ze znacznie wyższej półki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 25 marca 2016

House of 1000 corpses/ Dom tysiąca trupów (2003)

dom 1000 trupów

Przeddzień Halloween czworo przyjaciół  trafia na stacje benzynową prowadzoną przez ekscentrycznego klowna nazywanego Kapitanek Spauldingiem. Tam po zapoznaniu się z eksponatami jego 'Alei morderców' postanawiają zgłębić zagadkę 'Dead wood" czyli miejsca gdzie stracono miejscowego zabójcę 'szaleńca i mistrza chirurgii 'Doktora Stana'.

Na trasie nieopodal miasteczka Rackville spotykają autostopowiczkę, która w momencie awarii auta proponuje im pomoc którą mają uzyskać w jej pobliskim domu.

Właśnie tak dwie pary małolatów trafiają do tytułowego 'Domu tysiąca trupów' gdzie króluje szaleństwo i sadyzm.

dom 1000 trupów

Jak bardzo typowo brzmi ten opis, jednakże o filmie Rob'a Zombie'ego, bodaj jednym z moich ulubionych, mogę powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest typowy.

Jeśli oglądaliście "Krzyk" Craven'a wiecie jak wyśmienicie można się zabawić znaną konwencją horroru. Rob Zombie robi coś bardzo podobnego, choć ciężko uznać "Dom tysiąca trupów" za pastisz mimo królującego tu czarnego humoru.

Rob Zombie, człowiek orkiestra, śpiewa, kręci i pali kociętami w piecu, był skarbnica niebywale wykręconych pomysłów. Używam czasu przeszłego bo jego ostatnie dokonania nie bardzo przypadły mi do gustu. Facet dalej unika mainstreamu, ale jego dzieła nie są już tak obłędne, tak charakterystyczne. A szkoda.

Po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć ten film jakoś przed maturą. Razem z trójką znajomych postanowiliśmy rozpocząć akcje bezalkoholowych weekendów, z obawy, że nasze młode umysły nie udźwigną ciężaru wiedzy jeśli dalej będziemy uprawiać weekendowy alkoholizm. Zamiast tego grywaliśmy w monopol, i urządzaliśmy seanse horrorów. Na jednym z nich obejrzałam "Dom tysiąca trupów". Nie wiem, czy to kwestia młodego wieku, a co za tym idzie większej podatności na wizualne sugestie, ale po obejrzeniu "Domu tysiąca trupów" znalazłam się w dużo gorszym stanie umysłu niż po nie jednym alkoholowym weekendzie. Jak na to teraz patrzę z perspektywy czasu to podejrzewam, że wystąpiły u mnie objawy paniki i stresu pourazowego. Ten film mnie zniszczył. I za to go kocham.

dom 1000 trupów

Teraz wracam do niego już spokojniej, jednak nie da się ukryć, że to co wtedy działało na mnie tak mocno nadal potrafię docenić.

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Rob Zombie składa tu hołd całemu gatunkowi horroru.

W filmie pojawiają się migawki starych horrorów z lat '30, '40 i dalej. Pojawiają się kadry, które możecie rozpoznać, jeśli lubujecie się w czarno-białym kinie. Pojawiają się też sugestie i nawiązania wplecione w fabułę filmu za pomocą postaci i ciągu wydarzeń.

"Dom 1000 trupów" nawiązuje do takich obrazów jak "Stary mroczny dom", "Wilkołak", "American Gothic", "Ra-animator", czy szeregu bardzo klasycznych slasher'ów jak np. "Teksańska masakra piłą mechaniczną".

Pojawia się wiele nawet pobocznych sytuacji jawnie oszpecających amerykańską mentalność i popkulturę, chociażby fascynację seryjnymi mordercami. Niby przypadkowe migawki przerywające właściwą fabułę są całkowicie nieprzypadkowe i jeszcze podkręcają atmosferę szaleństwa, która całą sobą wylewa się z głównej fabuły.

To co jest w tym filmie najistotniejsze to chyba wyśmienite kreacje antybohaterów, rodziny porąbańców, którzy na swojej farmie w Teksasie oddają się najbardziej zwyrodniałym praktykom wszytko to w atmosferze dobrej zabawy.

dom 1000 trupów

Najpierw poznajemy 'autostopowiczkę' Weronice Ellen Firefly zwaną "Baby" w polskim tłumaczeniu "Cipcią". Cipcia to bardzo fajna cipcia, seksowna, z burzą blond loków i anielska twarzyczką. Co do tego, że jest obłąkana nie ma najmniejszych wątpliwości już od pierwszych scen z jej udziałem. Później widzimy jak oprawia jednego z protagonistów, ale jak wskazują migawki to nie jest szczyt jej możliwości. W tę postać wcieliła się późniejsza zona Rob'a, Seri Moon, za co została doceniona tytułem "Królowej krzyku". Fakt, głos ma nie od parady, jej upiorny śmiech jest jednym z mocniejszych elementów obłędnej atmosfery domu.

dom 1000 trupów

Dalej mamy jej mamusie, 'bardzo pracowita kurwę' zwaną matką Firefly, która po za kurestwem trudni się ludobójstwem przewodząc wesołej gromadzie swoich dzieci - a trochę ich ma. Na czele latorośli obok słodkiej Cipci stoi Otis (Bill Mosely) chirurg artysta, którego dzieło stworzone ze zwłok jednego z protagonistów będziecie mieli okazje podziwiać.

Dalej mamy marginalnie zarysowaną postać Tiny'ego milczącego olbrzyma i najmłodszego synusia, RJ, którego powierzchowność została naznaczona piromańskimi zapędami ojca. Kto jest ojcem tej wesołej gromady będziecie mieli okazję przekonać się w następnej części, "Bękartach diabła". Na koniec mamy sympatycznego dziadziunia, którego można nazwać maskotką drużyny.

Wszyscy oni posiadają cechy największych popaprańców jakie mógł wymyślić twórca kina grozy, a jednak dających się lubić.

Większość filmowych scen mogłabym nazwać ulubionymi, ale postaram się wyłonić te moim zdaniem najlepsze. Po pierwsze występ Baby w czasie halloweenowego wieczorku przed zaproszonymi gośćmi. Dalej halloweenowe after party w plenerze kiedy wszyscy radośnie oddają się złożeniu do grobu swoich gości. Na koniec sceny w podziemiach farmy gdzie jedyną ocalałą spotykają... eh... co ją tak nie spotyka. Istny popis najwyższej klasy gore.

dom 1000 trupów

Wiem, że za sprawą tego filmu Zombie nabawił się tyle samo fanów co antyfanów. Ja uważam ten projekt za bardzo udany i polecam zapoznanie się z nim wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli takiej okazji, chociażby po to by mieć o nim własne zdanie.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:10

82/100

W skali brutalności:3/10

środa, 16 marca 2016

Funhouse/ Lunapark (1981)

funhouse

Amy, Buzz, Liz i Richie wybierają się w sobotni wieczór do lunaparku. Karuzele i inne typowe dla takiego miejsca rozrywki szybko m się nudzą, więc postanawiają spożytkować resztę nocy na swój własny sposób. Zostają w lunaparku, palą trawkę i urządzają partyzanckie macanki w tunelu strachu.

Przypadkowo stają się świadkami sekretnego życia mieszkańców lunaparku. Widzą jak zamaskowany mężczyzna napada na wróżkę i zabija ją. Co gorsza krewniak mordercy odkrywa ich nielegalną bytność na swoim terenie. Dwaj rezydenci lunaparku postanawiają zapolować na młodych.

funhouse

"Lunapark" jest dość typowym teen slasherem, jakich sporo powstało na przełomie lat '70 i '80. Jego reżyserem jest Tobe Hopper, powszechnie znany jako twórca "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną".

Fabuła "Lunaparku" może być Wam znana także dzięki książce powstałej na szczątkach scenariusza, której autorem jest Dean Koontz.

Akcja filmu rozwija się  w oparciu o klasyczny schemat slasherów. Czworo młodych przyjaciół chce zaznać rozrywki w sobotnią noc. Udają się do lunaprarku mimo, że nie jest to miejsce cieszące się najlepsza opinią. Rok temu w jego okolicy doszło do podwójnego morderstwa. Nastolatki nic sobie z tego nie robią.

Przyglądamy się ich sylwetkom w czasie obszernego filmowego wstępniaka. Nikt z nich raczej nie wzbudzi w nas sympatii. Są głupawi i płytcy, nawet final girl nie jest szczególnie godna współczucia. Po za zapoznaniem z bohaterami jest to też czas na zapoznanie się z miejscem akcji i tu jest zdecydowanie ciekawiej.

funhouse

Klimat wesołego miasteczka w całej swojej upiorności i dziwności budowany jest już od napisów początkowych. Podobały mi się też sceny początkowe pokazujące złośliwy żart młodszego brata Amy, który nastraszył ją nie na żarty odtwarzając słynną scenę prysznicową z "Psychozy". Powolny przejazd po wystroju pokoju młodego miłośnika grozy też wypada dobrze. Ogólnie jeśli chodzi o tło opowieści to jest chyba lepsze niż sama jej treść. Choć treść zła przecież nie jest. Wyłączając kreacje protagonistów z góry skazanych na śmierć wszytko inne wypada dobrze.

Antybohaterzy, ojciec i jego zmutowany syn tworzą wspólną linię obrony przed światem zewnętrznym. Stary zdaje sobie sprawę z ułomności syna i za najważniejsze uważa utrzymanie go w środowisku podobnym jemu dziwolągów i upartą ochronę przed wzrokiem środowiska zewnętrznego.

Nasz potwór mimo potwornej powierzchowności nie może jednoznacznie budzić niechęci. Wiele scen jednocześnie pokazuje, że nie jest walniętym sadystą, a raczej przerażonym i wrażliwym osobnikiem, który reaguje nad wyraz 'żywo' na zranienia. Zabijanie jest dla niego rodzajem obrony. Temat skojarzył mi się więc nieco z fabułą "Dziwolągów",a to bardzo ciepłe skojarzenie i stawia tę w gruncie rzeczy prostą fabułę w zupełnie innym świetle.

Wizualnie film nie obfituje w sceny szczególnie drastyczne, a przestrach atakowany bohaterów, czy upiorny wrzask atakującego ich mutanta momentami wypada bardziej groteskowo niż strasznie. To zapewne ina niezbyt sprawnego warsztatu aktorskiego, tak często spotykanego w filmach z gatunku slasher.

funhouse

Reasumując jest to na pewno twór skierowany do miłośników starego nurtu, ci będą w stanie wybaczyć potknięcia jak prostota kreacji protagonistów i słaby warsztat aktorski i docenić to co dobre, czyli klimat upiornie wesołego miasteczka i niejednoznaczną charakterystykę antybohaterów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności: 2/10

czwartek, 03 marca 2016

Blackburn (2015)

blackburn

Grupa przyjaciół wybiera się do domku wypoczynkowego na Alasce. Niestety górska droga zostaje zablokowana przez spadające kamienie. Młodzi szukając jakieś lepszej alternatywny niż nocleg pod chmurką trafiają do czegoś co przy odrobinie dobrych chęci można nazwać cywilizacją. W małym sklepie poznają dwie upiorne staruszki, które nakręcają młodych opowieścią o pobliskiej opuszczonej kopalni. Co zrobią młodzi? Oczywiście udadzą się na wycieczkę tam, gdzie nie powinni.

To już ostatni film wyświetlany w ramach piątkowego maratonu grozy w sieci kin Helios. Ostatni i chyba najmarniejszy.

Poniekąd czuję się trochę oszukana w związku z nim, bo był reklamowany jako obraz nawiązujący do estetyki kina grozy lat osiemdziesiątych. Narobił mi tym apetytu.

blackburn

Niestety po raz kolejny okazało się, że oddanie klimatu starych slasherów jest bardzo trudne i mimo iż niejeden śmiałek deklarował taki zamiar to większość poległa. Polegli też twórcy "Blackburn".

Czasami trzeba uważać z kierunkiem promocji jaki się obiera. Gdybym była przygotowana na bardzo współczesny teen slasher z jałowymi efektami specjalnymi przyjęłabym go z całym dobrodziejstwem inwentarza, może nawet uznałabym, że jest zabawny. A tak wypatrywałam nieistniejącego klimatu starej szkoły, aż się poddałam i uznałam, że czas spadać żeby złapać jakiegoś bigmaca w drodze powrotnej do domu i cyknąć parę fotek wschodzącego słońca na prerii.

Tak, nie wytrwałam do końca, ale i tak mogę Wam powiedzieć kto przeżył:)

Jeśli miałabym doszukać się w "Blackburn" jakiś nawiązań do wcześniejszych produkcji to obstawiłabym raczej serię "Droga bez powrotu", czy ze względu na wątek kopalni, "Wzgórza mają oczy". Fabułą faktycznie całą sobą jest osadzona w gatunku slashera - ten nie zmienił się od czasów "Piątku 13ego".

blackburn

Więc jeśli chodzi o nawiązania fabularne do starych filmów to okej. Są.

Jest ekipa młodych: brunetka, blondynka, lowelas, frajer, kumpel miś. Ktoś się z kimś pieprzy, ktoś ma fochy, jest droga bez powrotu, jest mroczne siedlisko odszczepieńców rządnych krwi. Jest trochę groteski - głównie za sprawą wspomnianych 'babć sklepowych' i oczywiście tragiczna historia przeklętego miejsca, czyli szpitala psychiatrycznego stojącego nad kopalną złota. Wszytko bardzo typowe i schematyczne.

blackburn

Niestety wykonanie mocno tu kuleje. Nawet upalone nielaty, które okupowały wyższe rzędu w czasie seansu wyśmiały efekt lawiny kamieni. Grafik kompletnie sobie nie radził i to w kilku fragmentach. Rzec można dobrodziejstwo technologii strzeliło im w stopę.

Co się tyczy aktorstwa, to nigdy nie miałam wielkich oczekiwań względem odtwórców slasherowych ról. Są w końcu tylko mięsem armatnim, więc cóż tu filozofować nad ich losem. Aktorzy jakoś tam dają sobie radę, dziunie są całkiem przystojne, czego niestety nie można powiedzieć o okazach męskich.

Czyli generalnie, taki tam sobie filmik. Można obejrzeć, można się zdrzemnąć.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:5

Walory techniczne:4

Oryginalność:3

To coś:5

45/100

W skali brutalności: 2/10

Czyli, według mnie najlepszym filmem wyświetlanym w czasie maratonu grozy Helios był film "The Hallow". Na drugim miejscu "The Boy", na trzecim "Worry Dolls" i na końcu "Blackburn"

niedziela, 15 listopada 2015

Niezapominajka/ Forget me not (2009)

forget me not

Sandy ma grono oddanych przyjaciół, fajnego chłopaka i widoki na przyszłość. Pewnego dnia podczas niewinnej zabawy z przyjaciółmi spotyka tajemniczą dziewczynę. Panna przyłącza się do zabawy na cmentarzu, lecz nie oczekiwanie znika. Sandy i jej kumple początkowo są przejęci sprawą, ale szybko o niej zapominają.

Z czasem zapominają o coraz większym gronie osób, gdy szeregi kumpli głównej bohaterki przerzedzają się za sprawą złowrogich widm, z których istnienia zdaje sobie sprawę tylko ona. Jej bliscy zachowują się jakby nic się nie stało, jakby kolejno znikające osoby nigdy nie istniały.

Mój pierwszy seans z "Forget me not" odbył się jakieś wieki temu. No, może przesadzam, nie wieki, bo to stosunkowo nowy film.

Przy pierwszym spotkaniu wypadł jakby lepiej, może dlatego, że nie prowadziłam wówczas bloga i nie oglądałam go z zamiarem napisania recenzji, a wierzcie mi, to zupełnie inny rodzaj oglądania. Tym razem bardziej zwracałam uwagę na detale i muszę przyznać, że wiele rzeczy w tym tworze kole w oczy. Jednak moje ogólne wrażenia nadal odnotowuje na plus.

forget me not

Podobał mi się sam pomysł. Jest bardzo ciekawy. Motyw przewodni, czyli tajemnicze śmierci i niewytłumaczalne zbiorowe amnezje, jest klawy.

Wszystko zdaje się sprowadzać do owej niewinnej zabawy na cmentarzu i rymowanki, którą w trakcie niej się recytuje. "Czas twoją duszę wymazuje"...  W realnym świecie, wśród nastoletnich przyjaciół głównej bohaterki zdaje się spełniać złowroga klątwa tkwiąca w zabawie. Coś wymazuje ich dusze. Jak? Dlaczego? Niespodzianki na koniec.

I co jeszcze muszę Wam powiedzieć gwoli zachęty, nie jest to teen slasher z happy endem.

Teen slasherem jednak jest i w związku z tym podlega pewnym schematom. Temu zaprzeczyć się nie da. W dużej mierze opiera się na eliminacji kolejnych postaci, jednak towarzyszy temu tajemnicza otoczka.

Gdyby nieco dopracować widmową postać porywającą kumpli Sandy było by całkiem fajnie. Niestety budżet debiutantów nie pozwolił zaszaleć, a ewidentny brak doświadczenia w produkcji filmowej nie pomógł w stosowaniu alternatywnych rozwiązań.

forget me not

Ogólnie od strony technicznej film wypada bardzo blado. Aktorstwo jest bardzo słabe, egzaltacja wylewa się z młodych bohaterów całymi wiadrami, a prezentowanie skrajnych emocji  wychodzi im bardzo nieporadnie. No, może po za odtwórczynią głównej roli, ta jeszcze jako tako daje rade, ale generalnie zlewa się z niskim poziomem aktorstwa.

Ogólny klimat opowieści nie wiem czemu skojarzył mi się z "Koszmarem z ulicy wiązów". Wiem, wielka rzecz, duży ukłon, ale nie potrafię Wam tego racjonalnie uzasadnić, więc możecie spokojnie zignorować to wynurzenie.

Mimo iż cały pomysł przypadł mi do gustu i uważam go za dość oryginalny to nie zabraknie w nim pewnych luk, i nonsensów, co też ochoczo zrzucę na brak doświadczenia twórców.

Jest to horror ewidentnie z pod znaku ghost story, ale jego kompilacja ze slasherem zapewnia sporo scen, że tak powiem brutalnych. Może nie jakoś ekstremalnie, ale spokojnie mogę powiedzieć, że trup ściele się gęsto.

Może zobaczycie coś w tym filmie, może nie. Mnie pomimo znacznie ilości wad się podoba.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Oryginalność:6

To coś:6

Aktorstwo:5

Walory techniczne:5

58/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 29 października 2015

Scream/ Krzyk - Sezon 1 (2015)

scream 

W miasteczku Lakewood zaczynają ginąć uczniowie liceum. Pierwszą ofiarą jest suczkowata Nina, która uprzykrzyła życie szkolnej koleżanki wrzucając do sieci nagranie, na którym ta całuje się z inną dziewczyną.

Kolejnymi ofiarami są osoby z otoczenia Niny, ale to nie ona była głównym celem mordercy. Wszystko wskazuje na to, że to słodka Emma Duval jest obiektem zainteresowania człowieka w masce. Uśmiercając jej przyjaciół podrzuca jej kolejne wskazówki odnośnie swojej tożsamości i związku jaki łączy go z Emmą.

Pierwszy sezon zakończył się wyjaśnieniem zagadki. Już wiemy kto dybał na życie Emmy, ale to jeszcze nie koniec. Zapowiedziano sezon drugi przypominając widzom o kilku niejasnościach ad fabuły sezony pierwszego.

"Scream" dedykowany pamięci twórcy pełnometrażowej serii horrorów "Krzyk" został wyprodukowany dla telewizji MTV... i to widać. Miałam wrażenie, że najważniejszym bohaterem całego sezonu, nie jest morderca, nie jest potencjalna final girl, lecz multimedia, wszelkiego rodzaju gadżety typu srajfony i tablety obecne są w niemal każdej scenie i odgrywają ważną rolę w makabrycznych wydarzeniach.

W dole ekranu podczas emisji każdego odcinka możemy przeczytać informacje o aktualnie wykorzystywanej ścieżce dźwiękowej, co jest charakterystyczne dla MTV, ale wadą nie jest. Coś takiego przydałoby mi się w przypadku wielu produkcji, bo nie musiałabym desperacko szukać w sieci jakiś wskazówek ad. konkretnej piosenki, która wpadła mi w ucho.

scream

Zanim zaczęłam oglądać serial najważniejszym pytaniem jakie kołatało mi się w głowie, było, czy będzie trzymał konwencje którą stworzył Craven, czy będzie wykorzystywał te same pastiszowe chwyty i czy będzie miał zbliżony klimat. Czy ten serial jest godny legendy na którą się porywa?

Po seansie z całym sezonem mam raczej mieszane uczucia. Dla mnie mogłoby w ogóle nie dojść do produkcji tego serialu. W mojej opinii był jedynie skokiem na kasę i próbą po raz kolejny zarobienia na tym samym tytule.

Przez cały sezon podkreślana jest przynależność gatunkową filmu. Występują liczne nawiązana do popkultury horroru typu slasher. Twórcy desperacko chcą pokazać, że nie odwracają się dupą do Cravena, lecz kontynuują jego dzieło.

Moim zdaniem to zbyt daleko idąca deklaracja. Film owszem, trzyma się w ramach gatunku, ale w przeciwieństwie do filmowych wersji krzyku jego walory pastiszowe są znikome. Wszytko jest brane na serio i to jest błąd.

Tym, którzy obawiali się kalki fabularnej z filmowej wersji scenariusza mogą odetchnąć, bo mamy tu do czynienia z całkiem nową historią. Czy lepszą, w to wątpię, choć jeszcze nie dobiegła końca.

scream

Łączy w sobie pomysły zerżnięte z najbardziej znanych filmowych slasherów. Jest wątek wykluczonego społecznie i oszpeconego chłopaka, który zakochuje się w ślicznej dziewczynie z sąsiedztwa. Niestety ta odrzuca jego uczucie. Chłopak o wyglądzie potwora ujawnia swoją potworną naturę, zaczynają ginąć ludzie. Mimo iż sprawca zostaje spacyfikowany te same wydarzenia zaczynają rozgrywać się wiele lat później jakby od nowa.  Mnie nasunęły się takie tytuły jak "Krew niewinnych", czy "Zabójca Rosemary", ale skojarzeń może być znacznie, znacznie więcej.

Nic nadzwyczajnego moi drodzy.

Część widzów urągała na to, że zmieniono wygląd czołowego filmowego rekwizytu: maski, ale dla mnie po obejrzeniu całego sezonu nowego "Krzyku" ma to znikome znaczenie. To tylko kolejny współczesny slasher, nie żaden hołd dla gatunku, ani błyskotliwy pastisz.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

Oryginalność:3

To coś:5

53/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 10 września 2015

Tamara (2005)

tamara

Nastoletnia Tamara zdecydowanie nie należy do grona gwiazd socjogramu. Ktoś by pomyślał że dziewuszyna przegrała na genetycznej loterii, tymczasem jest ona zwyczajnie zaniedbana, zapuszczona i nieśmiała. Idealny obiekt drwin dla szkolnych dręczycieli.

Gdy Tamara swoim artykułem w szkolnej gazetce przyczynia się do wyrzucenia z drużyny kilku osiłków, ci w asyście swoich panienek opracowują zemstę. Podstępem zwabiają Tamarę do motelu, gdzie czekać ma na nią obiekt jej wielkiej namiętności, nauczyciel angielskiego. Na miejscu upokarzają dziewczynę. Dochodzi do szamotaniny i ups... Tamara pada trupem.

Wzorem bohaterów "Koszmaru minionego lata" nastolatki zakopują ofiarę żartu w lesie, ona zaś wzorem mściwych bohatera teen slasherów powraca zza grobu.

tamara

tamara

Ani scenarzysta, ani reżyser nie popisali się inwencją pracując nad tym filmem. "Tamara" to do bólu klasycznych horror o nastolatkach, obleczony w ramy przypowiastki z morałem, nie oferujący niczego ponad zaspokojeniem potrzeby pogapienia się na bandę idiotów przez półtorej godziny.

To takie resztki po bardziej znanych horrorach, jak "Carrie", czy "Koszmar minionego lata". Do tego dochodzi wątek czarnej magii, którą namiętnie uprawia bohaterka by zdobyć serce nauczyciela i która sprawia, że powraca ona zza grobu.

Powraca i to w jakim stylu. Z zabiedzonej sierotki przeradza się w seksbombę, ale wcale nie jest wdzięczna swoim oprawcom za dopełnienie rytuału. Ona chce zemsty. I seksu. O ile wyeliminowanie wrogów idzie jej całkiem dobrze to uwiedzenie żonatego nauczyciela jest trudne.

tamara

tamara

Szatańska moc Tamary wywołuje niemałe zamieszanie i ono stanowi całkiem ciekawa część fabuły. Odrobina makabreski ma stanowić ukłon w stronę starego slashera i nie wychodzi to najgorzej choć gładka oprawa nie sprzyja klimatowi. Nie zabraknie też melodramatycznej pointy i moralizowania.

"Tamara" to horror daleki od moich filmowych upodobań, choć obiektywnie patrząc nie jest filmem złym. Jest po prostu średni i trochę nijaki, ale ogląda się go dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 26 maja 2015

Tourist Trap/ Pułapka na turystów (1979)

pułapka na turystów

Pięcioro młodych ludzi wybiera się w podróż bocznymi drogami, chętnie komentując naiwność ludzi skłonnych odwiedzać tandetne 'atrakcje turystyczne' umieszczone na pustkowiach. Pech chce, że sami zmuszeni są odwiedzić taką 'pułapkę na turystów', gdy z powodu awarii auta konieczne jest znalezienie pomocy - gdziekolwiek.

Tak trafiają do muzeum niejakiego Slausena, którego atrakcją są woskowe figury przedstawiające przedstawicieli Dzikiego Zachodu.  Samotny mężczyzna oferuje pomoc dzieciakom i schronienie do czasu, gdy będą mogli ruszyć w dalsza drogę.

Niestety w powietrzu już od jakiegoś czasu wisi śmierć. Nasi protagoniści będą ginąć jedno po drugim nie zdążywszy się nawet zorientować kto jest mordercą.

pułapka na turystów

"Pułapka na turystów" jest bardzo klasycznym amerykańskim slasherem. Wszystkie jego składniki wpisują się konwencję gatunku i psują do siebie jak ulał. To jednocześnie zaleta i wada filmu, bo poszukiwacze czegoś bardziej oryginalnego będą zawiedzeni, jednakże miłośnicy klasycznego slashera nie często stawiają na novum.

Pięcioosobowa ekipa poszukiwaczy przygody składa się z typów jak to mówię 'skrojonych na miarę gatunku'. Są 'wypełniacze', stanowiący tło i to oni giną najszybciej, są 'napędzacze akcji', czyli ci, który pożyją nieco dłużej, po to by wpakować wszystkich w kłopoty najczęściej swoim wścibstwem i jedna ofiara wyróżniająca się na tle całego towarzystwa, czyli najczęściej jasnowłosa dziewica, której przyjdzie stoczyć finałową batalię.

Ważnym ogniwem jest postać mordercy. Tu David Schmoeller postawił na postać owianą tajemnicą. Scenariusz stara się zmylić trop, ale i tak wszystkie drogi prowadzą do jednego człowieka.

pułapka na turystów

Na pewno jedną z zalet filmu jest lokalizacja. Muzeum wypada do prawdy upiornie, a gdy jeszcze kukły 'ożywają' atmosfera robi się na serio gęsta.

Dla uwiarygodnienia całego zamieszania twórcy postawili na żywych aktorów wcielających się w role kukieł- przynajmniej niektórych. W przypadku reszty użyto skromnych efektów, ale efekt końcowy jest bardzo udany.

pułapka na turystów

Dziesięć lat później reżyser wróci do wątku kukieł w swoim horrorze "Władca lalek", warto by fani tego klasyka poznali film, przy którym zadebiutował - właśnie "Pułapkę na turystów".

pułapka na turystów

Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa muzyka, może nie jest ona typowa dla slashera, bo nie mamy tu bardziej agresywnych brzmień, ale jest na tyle silnym elementem filmu by dobrze działać na rzecz klimatu - co tu dużo mówić, ten sam twórca sprawdził się już w "Carrie" De Palmy.Ogólnie mogę powiedzieć, że efekty dźwiękowe w filmie, zarówno pod względem pomysłu jak i jakości wykonania zasługują na wyróżnienie.

Wizualnie film wygląda naprawdę dobrze, nie powoduje jakiś boleści swoja estetyką, nie jest zbyt krwawy, aktorstwo jest znośne, a groza w postaci ożywionych figur z wosku spisuje się na szóstkę. Dla fanów klasycznego slashera pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:7

63/10

W skali brutalności:2/10

wtorek, 28 kwietnia 2015

Babysitter Wanted (2008)

babysitter wanted

Religijna i skromna Angie rozpoczyna naukę na uniwersytecie i wprowadza się do akademika. Dziewczyna ma dzielić pokój o wyglądzie meliny z inną studentką.

Gdy nazajutrz Angie przegląda campusowe ogłoszenia w poszukiwaniu łóżka natrafia na ogłoszenie o pracy dla opiekunki. Kontaktuje się z sympatyczną rodziną farmerów, którzy szukają opiekunki dla swojego kilkuletniego syna, Sama.

Dziewczyna rozpoczyna pracę i powoli odkrywa, że nie w domu Stantonów nie jest bezpieczna.

babysitter wanted

Na "Babysitter Wanted" miałam ochotę od dłuższego czasu, licząc, że będę mieć tu do czynienia z ukłonem w stronę klasycznych slasherów.

Ukłonów nie było, raczej przysiady.

Wydaje mi się, że Mannasseri miał podobne aspiracje co Ti West kręcąc swój "House of the devil". Chciał nawiązać do produkcji z ostatnich dwudziestu lat XX wieku, jak "Kiedy dzwoni nieznajomy", czy "Halloween". Ti Westowi się to udało. Wykorzystał ograne motywy i estetykę z pożądanym efektem.

W "Babysitter Wanted" zabrakło tej staranności i mimo iż obydwa filmy fabularnie są niemal identyczne dzieli je przepaść jeśli idzie o wykonanie.

Po pierwsze film nie ma klimatu, a przecież mógłby mieć! Mamy uroczą acz irytującą babysitterkę, odludną farmę i satanistyczny motyw.Czyli to samo, co miał Ti West!

Ekspresja aktorska odtwórczynie roli Angie, Sary Thompson, przynosi mi na myśl Anne Faris ze "Strasznego filmu" i jej kreację roli Cindy.

babysitter wanted

Jakoś nie mogła mnie przekonać  do tego, że gra w horrorze. Może sama też nie była co do tego przekonana.?Ujęcia, w których mogła by zaprezentować na twarzy przerażenie, czy krzyk rozpaczy były zaciemniane, tak, że nie widz nie miał szansy zobaczyć jej twarzy,a przecież przerażenie na buzi słodkiej final girl to gwóźdź programu w slasherze, tak się rodziły 'królowe krzyku'.

Filmowych antybohaterów mamy tu kilku, ale tylko jeden z nich może wzbudzić jakieś zaczątki niepokoju - jeśli zdecydujecie się na seans pewnie domyślicie się o kogo mi chodziło.Pozostali bardziej uderzają w stronę pastiszu niż grozy. Ma to jakiś swój urok, ale nie bardzo działa na korzyść walorów horrorowych. Mamy też trochę scen pościgów, upadków i frontalnych ataków. Nie są najgorsze, ale żeby coś przykuło moją uwagę na dłużej niż parę sekund to nie bardzo.

babysitter wanted

Jeśli więc macie ochotę obejrzeć slasher w stylu 'starych dobrych czasów poleciła bym raczej "House of the devil" czy nawet "Zderzenie ze śmiercią", bo jeśli idzie o współczesne slash to nie bardzo jest w czym wybierać- tylko te dwa filmy jakoś się wyróżniają. "Babysitter Wanted" radzę odpuścić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:3

46/100

W skali brutalności:2/10

środa, 14 stycznia 2015

The Final (2010)

final

Grupa szkolnych wyrzutków organizuje imprezę, na którą zapraszają tylko wybrańców. Tych najatrakcyjniejszych, odnoszących sukcesy na każdym polu i przede wszystkim najokrutniejszych. Tych, którzy dręczą i poniżają innych znajdując w tym uciechę.

W noc imprezy mają zamiar ukarać swoim oprawców za lata złego taktowania jakiego doświadczali za szkolnymi murami. Przygotowują na tę okoliczność coś specjalnego. Zamierzają torturować kolegów fizycznie i psychicznie, by ci mogli na własnej skórze przekonać się o konsekwencjach własnej podłości. Coś na zasadzie zamiany ról. W trakcie tej, nazwijmy ją 'zabawy edukacyjnej' poleje się krew, ale nie chodzi tylko o zadawanie bólu. Grupa zaprzyjaźnionych wyrzutków chce pokazać jak nic niewarte są pozorne więzi łączące ze sobą gwiazdy socjogramu, zmuszając ich do wzajemnego ranienia.

final 

"The Final" po raz pierwszy oglądałam już kawał czasu temu. Ani za pierwszym, ani za drugim razem nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Szanse były na to marne biorąc pod uwagę wtórność motywu przewodniego, czyli zemsta na niemiłych kolegach, i biorąc pod uwagę wykonanie- mocno przeciętne.

Oglądając film nie kibicowałam żadnej z grup, ani ofiarom ani oprawcom. Uznałam, że i jedni i drudzy są chuja warci. Frajerzy, bo dały się wpędzić w błędne koło ciągłego poniżenia i zamiast zrobić z tym coś sensownego to planują podniosłą zemstę w teatralnym stylu. Gwiazdy, bo mimo iż nie miały powodów do kompleksów maskowały ukrytą niską samoocenę poniżając tych, którzy im na to pozwalali. Wszystkiemu winne są emocjonalne niedostatki nastoletnich bohaterów i w moim odczuciu nie ma tu miejsca na moralizatorską pointe, którą starają nam się wcisnąć twórcy. Nad głupotą nie ma co się rozwodzić.

Motyw szkolnych prześladowań ukazywany był wielokrotnie w dużo ciekawszej formie, być może to najbardziej wpłynęło na mój odbiór obrazu, a może empatia nie jest moją mocną stroną;).

Głównymi bohaterami, jak już wspomniałam jest paczka frajerów, którzy wciąż wygłaszają depresyjne monologi i planują dać nauczkę tym, którzy w ich mniemaniu niszczą im życie. (Tak jakby życie zaczynało się i kończyło w liceum) Jest wśród nich reprezentant mniejszości narodowej, mózgowiec, czy mała metalówa, która w duchu marzy o dołączeniu do paczki pustakowatych laleczek bujających dupciami na szkolnych korytarzach. Urządzają swoisty festiwal zemsty. Zwabiają swoich wrogów, usypiają ich, skuwają łańcuchami i odziani w maski przedstawiają sens całej intrygi.

final

final

Zabiegi jakim poddawani są szkolni gwiazdorzy są całkiem efektowne, gdyby tylko nie towarzyszyła im ta uporczywa dramatyczna nuta, którą twórcy starają się podkreślić słuszność sprawy.  Ciągle przewija się jedno pytanie "Dlaczego?" Grupa gwiazdeczek zastanawia się dlaczego, frajerzy mszczą się w tak okrutny sposób. Frajerzy pytają dlaczego przez lata byli ofiarami bezrozumnej przemocy ze strony kilku wybrańców losu. Odpowiedź na nie twórcy filmu serwują drobnymi porcjami, choć wszytko sprowadza się do prostej odpowiedzi: Bo mogli.

final

Znajdziemy tu kilka mocniejszych scen, tj. krwawszych scen, które pewnie niektórym widzom przypadną do gustu. Jest teatralnie, moralizatorsko, pseudoambitnie, pseudopsychlogicznie. Nie dla mnie ten film.

Moja ocena:

Straszność:6

Klimat:5

Napięcie:4

Fabuła:5

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:6

Oryginalność:3

To coś:4

48/100

W skali brutalności:3/10

środa, 08 października 2014

Student bodies/ Ciała studenckie (1981)

ciała

"Ciała studencie" to czarna komedia, tudzież horror komediowy, prekursor parodii konwencji slasher.

Opowiada o uczniach pewnego liceum wśród których krąży seryjny zabójca. Nasz morderca bez twarzy (zazwyczaj widzimy tylko jego kalosze i słyszymy jego głos) morduje nastolatki, które uprawiają seks. Zaczyna d pewnej pary, babysiterka i jej chłopak zostają zabici w domu, w którym tego wieczora pracowała dziewczyna.

ciała

Nasz morderca po za mordowaniem lubi masturbować się i dyszeć do telefonu. Zabija w sposób niekonwencjonalny, np. spinaczem biurowym. Pedagodzy i uczniowie chcą dowiedzieć się kim jest zabójca.

Tropów mamy wiele, bowiem liceum jest pełne pojebańców;)

ciała

Ciężko mi się przyznać, że nie miałam pojęcia  istnieniu tego filmu. Święcie wierzyłam, że pierwszym pastiszem filmów grozy z pod znaku slashera jest "Krzyk". A tymczasem już w roku '81 duet Rose i Richie dopatrzyli się w klasycznej konstrukcji fabularnej topowego wówczas slashera czegoś, z czego można drwić.

ciała

Sparodiowali taki filmy jak "Halloween", "Piątek 13eg", czy "Bal maturalny". Użyli postaci uczniów i nauczycieli podciągając znane z horrorów charakterystyki pod komedię. Uczniowie to w większości opętani seksem ignoranci, a nauczyciele to ... uh... debile, wariaci, powypadkowi szaleńcy, upośledzeni i bardzo, bardzo podejrzani.

W całym zestawie na prowadzenie wychodzi główna bohaterka, bardzo przypominająca Sidney z "Krzyku", cnotliwa Toby, ucząca si w klasie maturalnej.

ciała

Uczniowie giną kolejno, a scenariusz podsuwa nam kolejne tropy mogące pomóc w zdemaskowaniu zabójcy.

W tym wszystkim doświadczymy trochę krwawszych momentów, ale zdecydowanie dominuje humor, czarny humor. Uważam, że całość jest całkiem dobra, choć nie powala.

Moja ocena: 6/10

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl