What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horror psychologiczny

poniedziałek, 02 października 2017

Gerald's Game/ Gra Geralda (2017)

gra geralda

Jessie i jej mąż Gerald wybierają się do domu letniskowego na weekend by popracować nad swoją relacją. Szczególną uwagę zamierzają poświęcić sferze seksualnej. W ramach łóżkowe zabawy Gerald przykuwa swoją żonę do łóżka przy pomocy prawdziwych kajdanek. Po zaaplikowaniu sobie niebieskiej pigułki Gerald przechodzi do akcji. Jess nie podoba się ta zabawa, dochodzi do sprzeczki, a Gerald pada martwy pokonany przez atak serca, nie zdążywszy rozkuć żony...

Jak wspomniałam na fanpage bloga na facebooku przy okazji jednego z ostatnich postów 'nierecenzyjnych,' rok 2017 zdecydowanie jest rokiem Stephena Kinga. "Gra Geralda" jest bowiem kolejną powstałą w tym roku ekranizacją jego twórczości.

Jest to obraz stworzony w oparciu o pełnometrażową powieść pisarza, która swoją drogą od dłuższego czasu zalega na mojej półce. Podobnie jak w przypadku chociażby "Dolores Claiborne" skupia się na kobiecej bohaterce walczącej o przetrwanie. Punktów stycznych z opowieścią Dolores Claiborne jest zresztą więcej - obejrzycie, będziecie wiedzieć co mam na myśli.

Mimo, że nie miałam okazji przeczytać "Gra Geralda" seans z filmem utwierdził mnie w przekonaniu, że Mike Flanagan nie miał łatwego zadania przenosząc ją na ekran. Budowanie scenariusza w oparciu o powieść w dużej mierze składającej się z wewnętrznych monologów bohaterki, dyskusji prowadzonych z halucynacjami i rozlicznych retrospekcji to nie lada wyzwanie, jednak reżyser "Olultusa" wybrnął z tej sytuacji z dużą gracją.

Właściwa akcja filmu rozpoczyna się z chwilą śmierci Geralda. Przez kilka godzin kobieta jest sama, unieruchomiona, obok trupa męża. Na domiar złego, do domu wkrada się pies przybłęda, który zwęszył okazję do pożywienia się. Kiedy bezpański owczarek zaczyna nadgryzać Geralda Jesse nie wytrzymuje i 'odpływa'. Tu zaczynają się halucynacje.

gra geralda

Martwy Gerald 'ożywa', choć jego zwłoki dalej leżą u podnóża łóżka i rozpoczyna rozmowę z żoną. Wkrótce pojawi się też druga Jess, z którą skuta kobieta też prowadzi rozmowę. Można to sprowadzić do symboliki aniołka i diabełka na ramieniu, jednak trafniejszym stwierdzeniem byłby rozłam osobowości Jess na wewnętrzny głos dopingujący ją w przetrwaniu, silna Jess, i przedstawiona pod postacią męża słaba część kobiety, chcąca się poddać, nie widząca ratunku. Wypada to bardzo ciekawie i oglądając film aż żałowałam, że nie przeczytałam książki, bo zakładam, że w niej wszytko zostało bardziej rozbudowane.

Nie zapominajmy o retrospekcjach. Złych wspomnieniach nawracających falą do naszej nieszczęsnej protagonistki. Ma kobieta co wspominać. Retrospekcje pozwalają nam lepiej zrozumieć jej postać.

gra geralda

Fabuła składa się więc na proces desperackiej walki o przetrwanie, która wykańcza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie naszą bohaterkę.

O dziwo znalazło się tu miejsce dla scen stricte horrorowych, ze złowrogą postacią wyłaniającą się z mroku i jak to bywa u Flanagana są bardzo udane. Choć nie powiem by ostateczne wyjaśnienie kwestii 'księżycowego człowieka' nie zaleciało mi tandetą - no cóż ideałów nie ma.

"Gra Geralda" jest produkcją Netflixa, ale moim zdaniem spokojnie kwalifikowała by się na duży ekran. Technicznie wypada bardzo dobrze, od aktorstwa po montaż wszytko gra.

Myślę, że zadowoli potencjalnych widzów, przynajmniej tych, którzy nie znają oryginalnej literackiej wersji, bo z ortodoksyjni fani prozy Kinga mogą nie przetrawić zmian względem książki, a te jak zakładam musiały się tu pojawić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

środa, 30 sierpnia 2017

Madre (2016)

madre

Diana jest matką cierpiącego na autyzm Martina. Obecnie jest w kolejnej ciąży i boi się, że drugie dziecko "będzie takie samo". Małżonek kobiety pracuje w Japonii więc zazwyczaj nie ma go w domu a wszystkie trudy wychowania chłopca spadają na nią.

Pewnego dnia w supermarkecie Diana poznaje Luz, sprzątaczkę z Filipin, której udaje się w prosty sposób powstrzymać atak u syna Diany. Za namową męża, Diana postanawia zatrudnić obcą kobietę w charakterze pomocy domowej i opiekunki Martina.

Chłopiec przechodzi cudowną przemianę. Luz twierdzi, że wyleczyła z autyzmu swojego syna i to samo zrobi z Martinem. Początkowo zachwycona Diana zaczyna dostrzegać, że przemiana chłopca ma też ciemną stronę, a zamiary Luz nie są szlachetne.

"Madre" to chilijski obraz nakręcony przez Arona Burna, który zwykł zajmować się raczej wizualnymi aspektami filmów niż tworzeniem ich od A do Z.

Nie jest chyba jednak zupełnie zielony, bo jego produkcja znajduje się na naprawdę wysokim poziomie, co więcej wydaje mi się, że to jeden z lepszych filmów jakie miałam okazję ostatnio widzieć. Nie jest to jednak kino typowe, mainstreamowe więc, nie przypuszczam by miał szansę stać się hitem dla mas.

Bardzo silnie kojarzył mi się z austriackim "Widzę, widzę", bo ma podobnie niepokojący klimat, a fabuła kręci się wokół chłopca w podobnym wieku. To miłe skojarzenie. Jest to jednak kino południowo amerykańskie więc większy nacisk kładziony jest na to co nadnaturalne, choć aspekty dramatyczne i psychologiczne tricki znajdują tu należyte miejsce i to te elementy podobały mi się najbardziej.

Od strony technicznej film jest bardzo sprawny i nie ma na co urągać. Jak na produkcję speca od efektów specjalnych ze zdziwieniem stwierdzam, że efektów nie ma tu wcale. I dobrze, bo nie było by sensu posiłkować się nimi. Fabuła nie narzuca jednej drogi interpretacji rozgrywających się wydarzeń w stylu "Luz jest wiedźmą więc trzeba pokazać kociołek wypełniony kurzymi łapkami", albo "Diana jest rąbnięta więc trzeba pokazać jej haluny". Skupiamy się więc na niewiadomych i podejrzeniach.

Wszystko jest fajnie skonstruowane, napięcie rośnie miarowo wraz z podejrzeniami Diany, a tych mamy całą masę. Zachowanie, dziwne i niejednoznaczne, Luz i Marina może wpędzić w poczucie zagrożenia, z drugiej strony może to tylko paranoja? Aktorstwo prezentuje wysoki poziom, choć nie podejrzewam czarnego konia tej rozgrywki, czyli odtwórczyni roli Luz o jakiekolwiek doświadczenie w tej materii. Młody też jest czadowy i nie ważne jaką postawę ma prezentować w danej chwili , daje radę.

madre

madre

Potencjał tej historii tkwi w tajemnicy i niepomówieniu. Każda droga interpretacji jest dobra. Diana borykająca się trudami wychowania niepełnosprawnego dziecka,w drugiem dzieckiem w drodze i z nieobecnym mężem faktycznie mogła przejść załamanie nerwowe. Autyzm to specyficzna przypadłość i możliwie jest że Luz mogło udać się nawiązać kontakt z dzieckiem podczas gdy matka i specjaliści rozkładali ręce. (Miałam kiedyś taki przypadek na stanie, ten sam cierpiący na autyzm mężczyzna jednym pracownikiem placówki rzucał o ścianę innego głaskał po głowie). W Dianie zrodziła się zazdrość- ona tu poświęca swoje życie, całą siebie i w podzięce otrzymuje wrzask i kopniaki, a jakaś typiara z ulicy ogarnia jej dzieciaka jednym zdaniem. To musi być frustrujące.

Z drugiej strony mamy teorię o złych zamiarach obcej kobiety. Dziecko jest jak zaklęte, od głębokiego autyzmu do normalności. Jednak nie poprawia to relacji Martina  z matką. Chłopiec odsuwa się od niej. Diana słyszy jak Luz przemawia do niego po filipińsku i przeczuwa, że mówi mu okropne rzeczy. Fizycznie Daina zaczyna czuć się coraz gorzej, czyby nie służyła jej filipińska dieta?

Kupuję tą historię, kupuję jej klimat i sposób w jaki została opowiedziana. Produkcja całkowicie w moim guście. Kto go podziela, czym prędzej powinien zapoznać się z "Madre".

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 08 sierpnia 2017

Sweet sweet lonely girl (2016)

sweet sweet lonely girl

Adele zostaje wysłana przez swoją matkę do ciotki, Dory. Dziewczyna ma z nią mieszkać, opiekować się i zarabiać na tym. Przedsiębiorcza rodzicielka wie, że nieśmiała Adele posłusznie wykona powierzone zadanie i tak też się dzieje do czasu, gdy dziewczyna poznaje Beth. Beth jest przebojowa i pełna życia, co imponuje Adele. Wkrótce dziewczyna przywiązuje się do koleżanki w stopniu większym niż powinna.

Nazwisko reżysera wskazywałoby, że będziemy tu mieli do czynienia z kinem hiszpańskim, tudzież południowo amerykańskim, jednak Cavlo od dawna kręci w Stanach. Znam tylko jeden jego obraz, choć szczerz mówiąc niewiele z niego pamiętam - był to typowy straszak niskich lotów.

Co jednak tyczy się jego najnowszego filmu to tu widać, że facet ma zupełnie inne zamiłowania.

"Sweet sweet lonely girl" ciężko nazwać horrorem, myślę, że nawet jego przynależność do thrillera jest raczej wątpliwa, a jednak. Przez cały film przetacza się jakaś dziwna aura niesamowitości, nastroju zagrożenia, ogólnie niepokoju.

sweet sweet lonely girl

Niepokojąca jest ciotka Dora zamknięta w swojej sypialni, uwięziona przez agorafobię. Niepokojąca jest Adele, którą obserwujemy w czasie codziennych zajęć i trudno tu oprzeć się wrażeniu, że coś z tą dziewczyną nie tak. Wreszcie niepokojąca jest Beth i jej zwodniczy urok i silny wpływ, prawie magiczny, jaki ma na naszą tytułową samotną dziewczynę.

sweet sweet lonely girl

Sama fabuła raczej Was nie porwie, bo niewiele tu atrakcji. Senna narracja, ostrożne sugestie. Estetyka filmu każe nam wierzyć, że akcja toczy się gdzieś w latach 80, może 70. Można to poznać po ubraniach i rekwizytach. Zdjęcia czy muzyka też urwały się z innej epoki, bo próżno tu szukać mainstreamowych wybiegów. To sprawia że film staje się miły dla oka i ucha, ale nie sądzę by zaspokoił apatyty współczesnego widza. Mnie się podobał, ale coś mi się zdaje, że będę raczej w mniejszości.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 29 lipca 2017

Berlin Syndrome/ Syndrom Berliński (2017)

berlin syndrome

Młoda turystka z Australii poznaje sympatycznego Niemca w czasie pobytu w Berlinie. Wyraźnie wpadają sobie w oko i bez zbędnych ceregieli przechodzą na drugi etap znajomości.

Kiedy Clare budzi się następnego dnia w jego mieszkaniu ze zdziwieniem stwierdza, że drzwi są zamknięte. Bierze to za roztargnienie Andi'ego, który miał zapomnieć zostawić jej klucze. Dziewczyna spędza u niego kolejną uroczą noc, a rano sytuacja z zamkniętymi drzwiami powtarza się. Wygląda na to, że zakochany mężczyzna nie zamierza wypuścić dziewczyny.

berlin syndrome

'Berlin Syndrome" to australijski thriller, który, jak wskazuje tytuł, nawiązuje go Syndromu Sztokholmskiego. Kto nie wie co to jest już spieszę z wyjaśnieniem.

Termin ten został stworzony przez psychologa-kryminologa, który pracował przy przesłuchaniu ofiar napadu, który miał miejsce w Sztokholmie w latach '70. Przestępcy przez parę dni przetrzymywali przypadkowe osoby jako zakładników. Po uwolnieniu ofiary odmówiły zeznawania przeciwko oprawcom. Badający sprawę psycholog, uznał, że w takich sytuacjach, może dojść do zaistnienia pokrętnej relacji między napastnikiem a ofiarą, która zaczyna zaczyna przywiązywać się do porywacza, z którym spędza bardzo dużo czasu w izolacji.

Na całym świecie odnotowuje się setki takich przypadków. Niektóre są bardzo znane, szczególnie te które dotyczą ofiar przestępców seksualnych. Pamiętacie "Taśmy z Poughkeepsie"? Tam widzimy syndrom sztokholmski w wersji hardcore.

"Berlin Syndorme' nie ukazuje sprawy tak brutalnie co nie znaczy, że kontekst wydarzeń nie jest na tyle sugestywny by widz mógł się wczuć w sytuację ofiary.

Ofiarą jest młoda i jak widać naiwna Clare. Szuka wiatru w polu i nawiązuje przypadkowe znajomości. Pech w tym, że trafia na Andiego.

Widzimy jak dziewczynie z trudem przychodzi ogarnięcie sytuacji. Widzimy jej dramatyczny rozwój, w którym leży, zasikana i przywiązana do łóżka. Widzimy jak znajduje pęk włosów w odpływie wanny- najpewniej należący do poprzedniczki.

Są też chwile, w których Andi traktuje Clare całkiem dobrze. Daje jej psa, dostarcza lektury do czytania. Widzimy gdy dziewczyna tuli się do niego z bezradności.

Myślę, że pod względem psychologicznym jest to całkiem zgrabny obraz syndromu sztokholmskiego. Tu spory plus za kreacje aktorskie, które na pewne przysłużyły się temu efektowi, w równej mierze co scenariusz. Przypadło mi też do gustu psychologiczne uzasadnienie postawy Andiego.

berlin syndrome 

Jeśli miałabym wskazać jakieś wady, czy potknięcia, to cóż... można podważyć zdolności racjonalnego myślenia naszej bohaterki, jej zaradność. Na pewno u każdego z widzów zrodziło się tysiąc pięćset pomysłu na to jak załatwić psychola i dać nogę, ale cóż plan był inny.

Druga rzecz, akcji można zarzucić zbyt dużą ospałość, ale moim zdaniem takie tempo wynikało z założeń fabularnych: dobremu zobrazowaniu postępującego załamania u bohaterki.

Generalnie jest dobrze, ale do wyrwania z kapci trochę zabrakło

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 09 czerwca 2017

A Cure for Wellness/ Lekarstwo na życie (2017)

lekarstwo na życie

Młody korposzczurek z podkrążonymi oczkami i zębiskami rekina biznesu zostaje wysłany do uzdrowiska w Szwajcarii z misją wyciągnięcia stamtąd swojego przełożonego. Przełożonego, który pod wpływem kuracji doznał oświecenia i nie zamierza wracać do świata z którego uciekł.

Niefortunny splot zdarzeń sprawia, że ambitny młodzieniec zmuszony jest pozostać w szwajcarskim zamczysku pełniącym rolę spa i podkurować swoje zdrowie. Swój przeczulony instynkt, który zwykł wykorzystywać w pracy kieruje teraz na uzdrowisko i jego mroczną historię.

Młody zobaczy rzeczy niepojęte zanim dotrze do niego dlaczego szef i inni kuracjusze nie chcą opuścić tego czarownego miejsca.

lekarstwo na życie

Nazwisko Gore Verbinski kojarzy się z przyjemnym, zwieńczonym kasowym sukcesem, mainstreamem. Chyba nikt nie ma wątpliwości względem talentu reżysera, który pokazał się światu jako ten, który ujarzmił japoński "Krąg" i stworzył na jego bazie jeden z najlepszych amerykańskich horrorów nakręconych już w XXI wieku. Nakręcił też trzy części "Piratów z Karaibów", więc moje oczekiwania wobec "Lekarstwa na życie" były nieco inne.

Tak, spodziewałam się zgrabnej komerchy. Dostałam coś nie przystającego do tego, coś co wcale nie musi się sprzedać w szerokim paśmie.

„Lekarstwo na życie” okazało się pięknym filmem. Budżet wcale nie poszedł na jump scenki, bo takowych prawie nie ma, nie licząc migawek niektórych halucynacji głównego bohatera. Zdjęcia – bajka. Dopieszczone w każdym detalu. To samo można powiedzieć o doborze plenerów, czy scenografii. Każde ujęcie to gotowy obraz kwalifikujący się do powieszenia na ścianie. Można oglądać z zachwytem.

lekarstwo na życie

Klimat filmu nakazuje mi sądzić, że mam tu do czynienia z horrorem gotyckim, albo neogotyckim, fabuła to raczej horror psychologiczny, pełen symboli, metafor.

Nasz bohater to poturbowany psychicznie młodzieniec, który za nic w świecie nie chce przyznać się do swoich słabości, bojąc się, że wówczas skończy jak jego ojciec – samobójca. Do życia podchodzi bezrefleksyjnie prąc do przodu, aż trafia do miejsca gdzie sens jego istnienia całkowicie traci znaczenie.

Szwajcarskie uzdrowisko umieszczone w pałacu na szczycie góry może przypominać zamczysko Draculi, co przynosi szybkie skojarzenie z wampiryzmem, ale to tylko skojarzenie.

lekarstwo na życie

Izolacja i dziwne eksperymenty medyczne jak u Doktora Moreau i mozolne próby poznania prawdy. Zwidy, omamy i silna sugestywność. Wysoko rozwinięta intuicja młodzieńca sprawia, że wydaje się być jedyną ofiarą zdającą sobie sprawę ze swojego położenia. A może wręcz odwrotnie? Wybiegi jak w „Wyspie tajemnic”.

Mimo braku wspomnianych jump scenek, nie brakuje tu grozy. Może właśnie z powodu ich braku. Groza nie atakuje z zaskoczenia, jest cały czas obecna. Porównałabym ją do mgły, początkowo ledwo widocznej, z czasem gęstniejącej aż do konsystencji mleka.

Pojawią się gwałtowne ataki na naszego młodzika, między innymi za sprawą ‘atrakcji zakładu’ czyli przerośniętych pijawek, wyglądających jak gigantyczne węże wodne. A że węży i pijawek boję się panicznie, byłam załatwiona. Kolejną sceną wartą kilku punktów strachu jest ‘przygoda dentystyczna’. Aj. Zwieńczeniem jest ‘wysyp żywych trupów’, czyli scena w jadalni gdzie nasz bohater próbuje przemawiać do kuracjuszy.

lekarstwo na życie

Gdy to tych wszystkich pochwal dorzucimy jeszcze dobre aktorstwo to można by pofantazjować o tytule filmu idealnego, gdyby nie poważne zgrzyty fabularne w końcowej partii filmu. Takie konwencjonalne rozwiązania średnio przypasowały mi do onirycznego przekazu. Tym bardziej wypadło to topornie, że ukazano to jako wielką niespodziankę, choć nie wydaje mi się by którykolwiek z widzów nie zorientował się dużo wcześniej w czym rzecz- chodzi mi tu o wątek barona.

Widać ideałów nie ma, ale i tak film uważam za bardzo udany.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

76/100

w skali brutalności:2/10

czwartek, 18 maja 2017

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

"Pod mroczną górą" funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik "Coś" Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta "Pod mroczna górą" niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało "Coś", ale też "W górach szaleństwa" Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, "Pod mroczną górą" ma więcej głębi niż "Coś", które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku "Pod mroczną górą" większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 16 maja 2017

Get Out!/ Uciekaj!

uciekaj

Chris wybiera się ze swoją dziewczyną Rose do jej rodzinnego domu by po raz pierwszy spotkać jej krewnych. Chłopak obawia się reakcji rodziny Armitage na jego kolor skóry, ale biała dziewczyna uspokaja go, że krewni i przyjaciele rodziny są jak najdalsi od rasizmu.

Po przybyciu na miejsce chłopak ze zdziwieniem obserwuje reakcje krewnych Rose na jego osobę. W ich entuzjazmie dopatruje się drugiego dna. Jedyni czarnoskórzy w otoczeniu Rose zachowują się co najmniej dziwnie, a Chris z godziny na godzinę czuje się osaczany przez nowych znajomych.

Jak to często się zdarza, patrząc na poprzednie roczniki w świecie horroru, najbardziej udane filmy roku przychodzą z nieoczekiwanej strony. Tym razem takim filmowym objawieniem może się stać "Uciekaj", debiut Jordana Peele w świecie grozy. Nikomu nieznany, albo znany tylko z komedii, facet ni z tego ni z owego kręci film za lekko ponad cztery banki i ciach, wszyscy pieją z zachwytu.

I krytycy i widzowie, i nawet przekorna ja, są zgodni co do tego, że mamy tu do czynienia z długo wypatrywanym powiewem świeżości w gatunku. Ktoś tam może kręcić nosem, że "Uciekaj" to nie horror lecz thriller psychologiczny, ale jak dla mnie łapie się w ramę kina grozy, jako budzący sporą dozę niepokoju dreszczowiec. Niepokój to uczucie, które winno Wam towarzyszyc w czasie sensu. Niepokój zbudowany nie za pomocą mrocznych kadrów, upiorów z innego świata czy psychopatów.

uciekaj

Fabułę filmu zbudowano na schemacie paranoid thrillera, gdzie główny bohater dopatruje się mrożącej krew w żyłach intrygi w miejscu gdzie inni widzą tylko sielankę.

Konstrukcja tej opowieści, jej bogactwo w pewną autoironie i społeczną satyrę w połączeniu z psychologicznym niepokojem spokojnie może skojarzyć się z twórczością Iry Lewina, autora "Dziecka Rosemary" i "Żon ze Stepford".

Nikt nie wykłada tu grozy na stół, ale skrywa się ona pod znaczącymi uśmiechami, strzępkami rozmów i sytuacji pozornie bez znaczenia.

uciekaj

Jordan Peele tak rozgrywa karty by niepokój widza nie słabł, a wręcz rósł, a wszytko to, jak wspomniałam bz użycia topornych zagrywek, bez efekciarstwa i elementów jasno określonych dla świata horroru. Niektórym może przyjść na myśl także skojarzenie ze starym "Society", ale mimo wszytko jest to bardzo oryginalna historia i powinna Was mile zaskoczyć.Technicznie też mu nic nie brak. Jak dla mnie wszytko w tym filmie jest jak należy, zasługuje na niejedną pochwałę i coś czuję, że będzie to najlepszy straszak roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

wtorek, 21 lutego 2017

The Eyes of My Mother/ Oczy matki (2016)

oczy matki

Francisca mieszka na odludnej farmie wraz z matką i ojcem. Pewnego dnia, pod nieobecność ojca do domu zakrada się szaleniec. Mężczyzna zabija matkę dziewczynki, ale na swoim czynie zostaje nakryty przez męża ofiary. Ten pogrzebawszy zwłoki żony, okalecza morderce i skutego łańcuchami zamyka w szopie. Więziony przez wiele lat staje się w końcu jedynym towarzyszem Francescki, która w końcu dorasta. W raz z nią rośnie jej fascynacja brutalnością i psychopatyczna chęcią posiadania kogoś na własność.

No, co za film, Drodzy Państwo. Już w parę minut po seansie stwierdziłam, że oto obraz, który podzieli widzów. I miałam rację.

Tak zwana szeroka grupa odbiorców do której kierowany jest komercyjnie wyszlifowany repertuar kinowy nie ma tu co szukać. Tylko się biedactwa wynudzą, zniesmaczą a i tak pewnie nie dotrwają do końca filmu. I nawet nie mam im tego za złe, nie każdy musi lubić takie dziwolągi jak obraz Nicolasa Pesce. Wielbiciele dziwolągów natomiast spokojnie się w tym odnajdą.

Jak wiecie, ja owym wielbicielem jestem, toteż film przypadł mi do gustu, choć nie powiem bym była obłędnie zachwycona. Film ma wady, z czego najbardziej rzuca się w oczy, bardzo nierówna narracja. Mamy tu sporo niejasnych przeskoków, urwanych tematów i niedopowiedzeń. Z uwagi na sam temat filmu, który czyni go wcale nie łatwym w odbiorze i te zabiegi dodatkowo utrudniają odbiór i trzeba mieć coś z kinowego masochisty by przełknąć to od tak.

Jest to film w dużej mierze opowiedziany obrazem, nie słowem, do tego czarno- biały więc przebija tu w mojej ocenie sentyment do kina niemego. Zdjęcia charakteryzują się długimi ujęciami, dużą ilością scen skupiających się na prezentacji otoczenia wydarzeń niż samym wydarzeniom. Doskonale poznamy wystrój farmy, położenie domu etc. Taki mały świat głównej bohaterki. Tak mały, że można rzec klaustrofobiczny. Jej egzystencja przypomina żałosny żywot Ed'a Geina, który możecie sobie wyobrazić dzięki rozlicznym dokumentom i filmom fabularnych opartym na jego historii.

oczy matki

Sama bohaterka jawi nam się jak rasowy psychopata. Ale nie taki jakim widzi go Hollywood. Jest wyprana z emocji do granic możliwości. Widać to już w scenach bezpośrednio po śmierci matki, gdy zakrada się do szopy gdzie tkwi uwiązany morderca i nawiązuje z nim relacje. Wszyscy chyba spodziewaliśmy się innego obrotu sprawy. Bohaterka jest zafascynowana śmiercią, ale dopiero później odkryje radość płynącą z mordowania, póki co jej zainteresowanie jest czysto ... naukowe.

Wiele tu będzie scen zdolnych zszokować, choć paradoksalnie nie można filmowi zarzucić by obfitował dosadnym gore. Wręcz przeciwnie, widzimy, że Frann coś kroi, ale tylko z kontekstu możemy wiedzieć, co kroi. Widzimy jak wkłada zakrwawione mięso do lodówki, a wyobraźnia robi resztę: to szczątki człowieka, ona zamierza jej zjeść, etc.

Więcej tu wiec sugestii niż dosłowności, za co bardzo chwalę twórcę, bo nie od dziś uważam, że reżyserzy powinni bardziej zawierzyć widzom, zamiast sprzedawać nam 'gotowce' sprzedać 'sugestie'. Dzięki temu każdy wedle własnych możliwości umysłowych dośpiewa sobie resztę na miarę zapotrzebowania czy to na makabrę czy to na coś innego.

oczy matki

"The Eyes of my mother" jest reżyserskim debiutem, co więcej jest to film chłopaczka dwudziestosiedmioletniego, jego kariera i zmysł twórczy jest więc jeszcze w powijakach, a już wyskoczył z czymś takim. Co to będzie dalej?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 31 stycznia 2017

Dead of Night/ U progu tajemnicy (1945)

u progu tajenicy

Architekt Walter Craig na zaproszenie Eliota Foley'a przybywa do domu na prowincji by opracować plan przebudowy budynku. Spotyka tam grupę jego znajomych, którzy akurat przybyli z wizytą. Co ciekawe wszyscy Ci ludzi byli bohaterami snu, który uporczywie dręczy architekta od dłuższego czasu. Gdy mężczyzna zwierza im się z tego faktu Ci jakby dla potwierdzenia jego nadnaturalnego doświadczenia opowiadają o swoich, podobnego rodzaju przeżyciach.

Dawno nie wrzucałam tu żadnego starocia. Urodzaj nowości jakoś na to nie pozwalał, ale szczerze mówiąc już zbrzydły mi te współczesne przeciętniaki i aby móc wreszcie ocenić jakiś film wyżej niż 50punktów nie miałam innego wyjścia jak tylko wrócić do tego, co lubię najbardziej, czyli, czarno-białych straszaków z pierwszej połowy XX wieku.

"U progu tajemnicy" jest utrzymany w popularnej konwencji antologii filmowej. Jest bodaj jednym z pierwszych filmów tego rodzaju. Składa się więc z kilku segmentów, stanowiących osobne historie i scalonych klamrą wątku głównego. W tym przypadku koszmaru sennego naszego architekta.


u progu tajenicy

Walter Craig wyśnił sobie spotkanie w domu Eliota Foley'a. Pamiętał ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkał. Strapiony szukał wśród nich potwierdzenia autentyczności swoich dziwnych odczuć. To otworzyło kolejne filmowe wątki, czyli w gruncie rzeczy kolejne segmenty filmu.

Mamy tu sporą gromadę bohaterów z czego każdy, za wyjątkiem jednego, ma do opowiedzenia tajemniczą historię jakiej doświadczył. Napisałam, za wyjątkiem jednego - tym jednym, który nigdy nie odnotował niczego nadnaturalnego w swoim życiorysie jest poważny Pan psychoanalityk, który przez cały film będzie negował doświadczenia bohaterów, 'sprowadzając ich na ziemię'.

Każda z filmowych nowelek zawartych w filmie ma swojego twórce. Pojawi się więc tu sporo znanych nazwisk, które nie da się ukryć stanowiły klucz do powodzenia tej misji.

Segmentów jest w sumie pięć, plus wątek scalający. Jeśli o mnie chodzi to najbardziej przypadła mi do gustu najprostsza z historii, traktująca o "Przyjęciu bożonarodzeniowym", w którym uczestniczyła młoda dziewczyna, narratorka opowieści. Historia, jak wspomniałam, jest bardzo prosta i sprowadza się do spotkania z duchem małego chłopca zamordowanego przez krewną.

u progu tajenicy

Drugi równie udany co prosty fabularnie segment opowiada o "Nawiedzonym lustrze". Pewna młoda małżonka sprezentowała swemu mężowi stare zwierciadło, które tak pechowo się złożyło, było kiedyś w posiadaniu człowiek ogarniętego obłędem. Temat znany i popularny w kinie grozy. I lubiany przeze mnie przeogromnie. Zbieram maniakalnie wszystkie stare lustra po targach starci, ale jak dotąd żadne nie spełniło moich nawiedzonych oczekiwań;)

u progu tajenicy

Ciekawie prezentuje się również "Kierowca karawanu" powstały w oparciu o opowiadanie E. F. Bensona, czy "Golfowa historia" w oparciu o opowiadanie H.G. Wellsa, któremu od dawna obiecuje, że przeczytam coś z jego twórczości.

Najdłuższym z segmentów był chyba ten dotyczący "Lalki brzuchomówcy", poruszający popularny temat demonicznych lalek, które często mają zgubny wpływ na ich posiadaczy.

u progu tajenicy

Wszystkie historie uważam za jak najbardziej udane, są dość klasycznymi reprezentantami popularnych w dreszczowcach wątków. Wszystkie nakręcone sprawną ręką z dobrym aktorstwem i klimatem specyficznym dla kina tamtych czasów. Dla mnie pozycja jak najbardziej godna polecenia.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 0/10

wtorek, 17 stycznia 2017

The Snare (2017)

snare

Alice, Carl i Lizzie urządzają sobie imprezę w pustym mieszkaniu, w pustym niezamieszkanym jeszcze bloku. Szybko okazuje się, że ktoś z rozmysłem ich tam uwięził. Po nieudanych próbach wydostania się na zewnątrz trójka znajomych postanawia cierpliwie czekać na pomoc.

"Snare" to dziwny twór, już nawet ogarniecie daty jego produkcji przysparza sporo kłopotów. Teoretycznie jego premiera miała przypaść na 6 stycznia 2017 roku, ale w niektórych bazach filmowych jego powstanie datuje się na 2014. Być może obraz czekał trzy lata na premierę aż się jakiś VOD nad nim ulituje i puści w świat.

Jego twórca to człowiek orkiestra, jego nazwisko pojawia się przy dość sporej ilości tytułów, prawie za każdym razem w innej roli, od aktora do reżysera. "Snare" wydaje się być jego jedynym w całości autorskim przedsięwzięciem.

Dla mnie po za oczywistością dziwnością ten film prezentuje jeszcze jedną przypadłość: zmarnowany pomysł. Tak, pomysł wyjściowy, pokurwiony jak dwieście pięćdziesiąt miałby szansę powodzenia w bardziej sprawnych rękach. Bo co tu mamy?

Mamy trójkę bohaterów na czele których staje Alice. Z założenia miała być pewnie milcząca, tajemnicza, ukrywająca objawy kiełkującego w niej szaleństwa. W efekcie była jednak dość jałowa i irytująca. Pozostała dwójka bohaterów, to zakompleksiona Lizzy i jej boyfriend cwaniaczek. Aktorskie umiejętności obsady nie pozwoliły jednak na zbudowanie postaci, które mogłyby zrobić wrażenie inne niż poczucie irytacji.

Niczym bohaterzy "Bunkra" dobrowolnie udają się do pustego mieszkania, które ojciec Lizzy, agent nieruchomości, przeznacza na sprzedaż. Szybko okazuje się, że ktoś uwięził ich w środku i wydostanie się na zewnątrz jest niemożliwe.

snare

Tu mocno zaczyna kuleć logika zdarzeń, czy jednak nie przejmuje się twórca, bo stara się dorobić do owych wydarzeń drugie, paranormalne dno.

Lubie filmy z takim właśnie motywem: uwięzieni przez coś, zakleszczeni w  innej rzeczywistości, jak to było "House Hunting" z 2013 roku czy "Enter nowhere".

Próbom przetrwania, bo szybko przechodzimy od prób wydostania się do prób przetrwania, towarzysza dziwne wizje jakich doświadcza Alice. To ona jako pierwsza odkrywa w jak czarnej dupie się znajdują, ale nie stara się nic z tym zrobić. Złośliwy los podkłada im kolejne kłody pod nogi i w efekcie w gruncie rzeczy bezpieczne schronienie okazuje się pułapką, gdzie rychle przyjdzie im zdechnąć.

snare

Wydaje mi się, więc że samo założenie tej historii nie było wcale głupie, ale wykonanie zostało skopane dokumentnie przez zbytnie niechlujstwo. Miałam wrażenie, że reżyser tak bardzo chce nam opowiedzieć tą historię, dotrzeć do jej pointy, że nie baczy na nic po drodze. Efekt wiec jest, jaki jest.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność: 5

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 09 stycznia 2017

The Disappointments Room(2016)

pokój rozczarowan

Dana,jej mąż David i synek Lucas przeprowadzają się do 'nowego, starego domu'. Kobieta boryka się z depresją po ostatnich wydarzeniach w życiu, a nowe okoliczności przyrody mają ją z niej wyciągnąć. Zamiast tego przeprowadzka pogarsza jej stan. Dana jest przekonana, że przeszłość domu jest naznaczona przez tragedię będącą udziałem dziecka. Stosownie dziwne zjawiska rozgrywające się w budynku tylko ją w tym przekonaniu utwierdzają.

"Pokój rozczarowań", bo tak można tłumaczyć tytuł, stawi podręcznikowy przykład współczesnego ghost story okraszonego elementami paranoid thrillera.

Jego współtwórcą jest aktor znany ze "Skazanego na śmierć",  zaś reżyser jest wyspecjalizowany w thrillerach z motywem seryjnych zabójców. Skąd więc pomysł z ghost story? Doprawdy nie wiem.

Tak czy inaczej mamy to do czynienia z obrazem mocno osadzonym w schemacie co jednych ucieszy, bo film w gruncie rzeczy spełnia założenia gatunku i wywiązuje się ze spełniania oczekiwań miłośników tego typu filmów, z drugiej może rozczarować typowością i topornością treści i wykonania.

pokój rozczarowan

Elementem, który dobrze działa na rzecz filmu jest nazwisko Kate Beckinshale w obsadzie. Szczerze mówiąc jej aktorki warsztat nigdy nie zwalał mnie z nóg, ale przyznać muszę, że przyjemnie mi się na nią patrzy. Z resztą mówiąc szczerze, rola Dany wyzwaniem wielkim nie była.

Już po filmowym opisie łatwo wpaść na trop tego, na czym będzie opierać się fabuła filmu. Będzie to bowiem klasyczna rozgrywka, której przedmiotem będzie dylemat: czy bohaterka z racji swojej traumy jest bardziej wyczulona na obecność duchów - dom jest nawiedzony, czy też odstawienie leków spowodowało u niej falę objawów psychotycznych - obłęd.

pokój rozczarowan

Nic nowego, Drodzy Państwo, mogłabym teraz jak z rękawa sypać tytułami filmów gdzie mieliśmy bliźniaczy motyw przewodni.

Jest to więc film typowy, ale wcale nie zły. Zrealizowany jest przyzwoicie. Scenarzysta pokusił się o stosownie dołujący wątek historii byłych mieszkańców domu, co pewnie w wielu przypadkach zadziała. Przeprawa przez kolejne elementy fabuły odsłaniające 'mroczna tajemnicę' przebiega bez większych zgrzytów i jak będziecie mieli dobry dzień to może nawet nie uznacie tego za nudne.

pokój rozczarowan

Ładna sceneria, ładniuśkie zdjęcia, nie najgorsze efekty. Strachu wielkiego tu nie uświadczycie, ale jeśli chodzi o mnie już nawet przestałam tego oczekiwać od współczesnych twórców kina grozy. "Pokój rozczarowań" to jeden z tych filmów, które nie bardzo mam za co pochwalić, ale też nie mam za co szczególnie zrugać.  Generalnie można zalukać, bez większych oporów, ale też bez większych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 08 grudnia 2016

February (2015)

february

W szkole z internatem w Bramford właśnie zaczynają się ferie zimowe. Dwie z uczennic, Kat i Rose nie wyjeżdżają od razu, muszą poczekać na przyjazd rodziców. To wówczas jedna z dziewczyn zaczyna zachowywać się w mocno niepokojący sposób. Tymczasem w w drodze do Bramsford pewne małżeństwo spotyka autostopowiczkę przedstawiającą się jako Joan i szukającą podwózki do miasteczka Bramford.

"February" to już drugi horror w dorobku Oza Perkinsa jaki miałam okazję zobaczyć w ostatnim czasie. "February" jest jednocześnie jego reżyserskim debiutem i mogę powiedzieć, że ten odraz spodobał mi się zdecydowanie bardziej niż jego "I am pretty thing...".

Obydwie produkcje mają sporo wspólnych mianowników, szczególnie jeśli chodzi o formę filmowej narracji, jednak historia opowiedziana w "February" wydała mi się o wiele bardziej interesująca i przede wszystkim bardziej złożona, co doskonale kontrastowało z minimalistyczną formą. Dialogów w filmie mamy tyle co kot napłakał, akcja toczy się jak stary fiat przez zaspy, a straszne momenty, skoczne scenki, można policzyć na palcach jednej ręki. Jak wspomniałam podobnie jest w przypadku nowszego filmu reżysera, jednak tam ta oszczędność nie została szczególnie nadrobiona przez fabularny zamysł. Tu, niby nic się nie dzieje, a jednak się dzieje. Zakładam, że część z widzów może w ogóle nie załapać o co tu kurna chodzi i nie dlatego, że mam ich za idiotów tylko dlatego, że ta historia nie jest ani odrobinę klarowna.

february

Mamy tu dwie równorzędnie toczone narracje. Jedna to wydarzenia wokół Kat, młodziutkiej uczennicy szkoły z internatem, która zaczyna wykazywać objawy typowe dla opętania. Nie są one prezentowane w taki sposób jak robią to współczesne horrory i można to odnotować na plus, bo widzimy, że dzieje się coś niepokojącego, ale nikt nie biega po planie zdjęciowym z transparentem "Opętanie".

Tę bohaterkę można by poddać solidnej diagnozie i trochę mnie korci by to zrobić, jednak myślę, że nie po to Perkins przemilczał pewne rzeczy bym teraz pozbawiła Was możliwości samodzielnej oceny sytuacji. Kat zdecydowanie budzi niepokój. Atmosfera wokół jej osoby jest gęsta i paranoiczna. Nie widziałam czym mam jej współczuć, czy się jej bać. Aktorska wcielająca się w jej rolę, zupełnie niepozorne stworzenie dała sobie doskonale radę.

february

Druga narracja to perspektywa niejakiej Joan, na oko parę lat starszej od Kat i Rose, która jak wskazują urwane retrospekcje nawiała z psychiatryka. Wydaje się jednak całkiem normalna w porównaniu z małżeństwem, które spotyka na trasie do Bramford. Mężczyzna w średnim wieku wykazuje dziwne zainteresowanie jej osobą, zwierza jej się, opowiada o rodzinnych tragediach.

SPOILER: Mężczyzna opowiada o morderstwie swojej córki, Rose, która została zamordowana w szkole z internatem. Kumacie cza czę? Tak, geniusze, to ta sama Rose, która została w szkole z Kat. Wiecie więc już, że narracja Joan to wydarzenia późniejsze rozgrywające się już po tym jak Kat oszalała. Ale kim jest Joan? Ano Joan to po prostu starsza wersja Kat. Dziewczyna przyjęła to imię, bo jak pamiętacie to o niejakiej Joan Rose opowiadała Kat gdy tej zaczynało już walić na główkę. Zaciukała kumpele i trafiła do szpitala skąd teraz zwiała. KONIEC SPOILERA.

Twist fabularny następuje z chwilą, gdy widza ma wreszcie szansę dodać dwa do dwóch i stwierdzić co łączy obydwie historie. Jak się nad tym zastanowić pomysł wcale nie jest mega kosmiczny, jednak sposób w jaki został zrealizowany to już nieco inna sprawa. Myślę, że gdyby ktoś inny go wykorzystał, wepchnął w standardową ramkę typowego współczesnego horroru, nie byłoby takiego wow, bo szybko zwąchalibyście o co chodzi.

february

Mimo, że jak wspomniałam, taka a nie inna forma bardzo służy fabule "February" to Oz Perkins nie do końca przekonuje mnie swoim stylem. Minimalizm minimalizmem, ale z tym też nie można przegiąć, bo śledząc tak opowiedzianą historię widz po drodze może stracić zainteresowanie i wtedy nici z 'Wow', bo szare komórki zostały uśpione i widz nic z filmu nie skumał.

Ciężko mi polecić ten film komukolwiek mimo, że mnie się spodobał. Może jakiś poszukiwacz inności doceni Perkinsa, ale na arenie tendencyjnych apetytów ma marne szanse.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

60/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 20 października 2016

Seconds Apart (2011)

second apart

Nastoletni bliźniacy Seth i Jonah tworzą niezwykły duet. Po za tym, że posiadają niezwykłe zdolności parapsychiczne z zamiłowaniem przyglądają się ludzkim nieszczęściom. Śmierć, to ciekawi ich najbardziej. W ramach eksperymentu nazywanego enigmatycznie 'projektem' sprawdzają swoją czułość na różnego rodzaju makabryczne bodźce. Niestety wygląda na to, że nic ich nie rusza. Dopiero pojawienie się między nimi dziewczyny budzi falę nieoczekiwanych emocji.

"Seconds apart" jest horrorem nakręconym przez twórcę wielu produkcji telewizyjnych. Nie przebił się szczególnie, nie było o nim głośno i myślę, że mógł umknąć wielu miłośnikom gatunku, a szkoda.

To, co w tym filmie stanowi główny nośnik fabuły to motyw bliźniąt. Ludzi od dawna podejrzewają bliźniacze rodzeństwa o specyficzny rodzaj łączących ich więzi. Mówi się o telepatii, silnym współodczuwaniu.

Twórcy "Seconds Apart" poszli o krok do przodu i obdarzyli filmowych bliźniaków pakietem dodatkowych właściwości.

second apart

Więź miedzy braćmi okraszona jest cechami nadnaturalnymi, wspólnie potrafią wpływać na ludzi i siłą sugestii przekonać ich do najbardziej makabrycznych czynów. Obaj posiadają też pewien defekt, kompletny brak empatii. Jedyne uczucie, to to jakie ich łączy. Ciężko to jednak nazwać miłością, raczej przywiązaniem. Widzowie kilkakrotnie będą świadkami ich popisów, z czego niektóre są wyjątkowo udane.

W pierwszej partii filmu poznamy też detektywa badającego sprawę w którą Jonah i Seth są zamieszani. To właśnie jego udziałem będzie zgłębienie mrocznej tajemnicy bliźniaków.

Wspomniałam o dziewczynie. Ładniutka i bardzo chętna nastolatka wchodzi między braci. Interesują się jednym z nich, co nie podoba się temu drugiemu. Zazdrość mocno nadwątla braterską więź.

second apart

Realizacyjnie film stoi na dobrym poziomie, choć nie ma walorów, które mogłyby powalić. Na pewno największą zaletą jest tu gra aktorska naszych bliźniaków. Obaj odnajdują się w kinie grozy i nie da się ukryć, że ich aparycja temu sprzyja.

"Seconds Apart" arcydziełem na pewno nie jest, niestety momentami za mocno zajeżdża teen horrorem i przez to gubi klimat, ale ogólnie jest dosyć przyjemny i warto się z nim zapoznać.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 01 października 2016

Neon Demon (2016)

neon demon

Szesnastoletnia Jessie postanawia zrobić pożytek ze swojej urody i zaistnieć w świecie modelingu. Gdy pojawia się w agencji modelek z miejsca zyskuje status potencjalnej gwiazdy wybiegów. Powiedzieć, że dziewczyna zwraca na siebie uwagę to mało. Wkrótce stanie się muzą ambitnego fotografa, obiektem westchnień homoseksualnej wizażystki i niedoścignionym ideałem piękna dla przywiędłych wybiegowych nimf.

Sięgnęłam po ten film nie dlatego, że jestem jedną z fanek Refn'a, bo wcale nie jestem, zerkałam na jego filmy, ale żaden jakoś nie podbił mojego serca. Paradoksalnie lepiej było w przypadku "Neon Demon", obrazu, który spotkał się z niespodziewaną krytyką u większości widzów.

Chciałam obejrzeć ten film, bo przepadam za siostrami Fanning i niemal każdy film z ich udziałem uważam za udany. Elle Fanning wciela się tu w główną rolę, modelki Jessie. Wciela się zresztą bardzo dobrze, choć nie powiem aby ta rola wymagała nadzwyczajnej charyzmy. Jessie jawi się tu jak porcelanowa lalka, którą pobawić się nawet nie można. Jak manekin wystawowy. Jej postać może się wydawać nieco nijaka, ale chyba takie było założenie. Każdy widział w Jessie to co chciał.

neon demon

Charakterystyki reszty bohaterów też podane są w prosty sposób. Mamy tu zgraje zasuszonych modelek zafiksowanych na punkcie swojego wyglądu, na które nasza Jessie patrzy trochę z politowaniem trochę z pogardą. W ich kręgu obraca się też wizażystka Ruby, której małolata wyraźnie wpada w oko.

Fabuła filmu sprowadza się więc do prezentowania kultu piękna, aż do momentu w którym okaże się, że piękno ma w sobie niszczącą siłę. Może zniszczyć zarówno siebie jak i innych. Przesłanie filmu jest więc bardzo proste i chyba właśnie za tę prostotę mu się obrywa. Ale czego wyście chcieli? Emocji jak na wyborach top model w tvn, hermafrodyt i skakania na bungee;) Mało o tym wiem, ale wydaje mi się, że świat mody taki właśnie jest płytki i monotematyczny.

neon demon

Refn oblekł to w ramy artystycznej formy. Mamy tu nieco teledyskowy sposób kręcenia, przypominający narkotyczny trip gdzie obrazy i dźwięki stają się treścią same w sobie. Ładnie to wygląda, ale myślę, że ze względu na tę jaskrawość "Neon Demon" obrywa następne cięgi za przerost formy nad treścią. Mnie samej nie przyszłoby to do głowy, gdyby nie komentarze innych widzów. Sama odebrałam tą nadbudowaną formę jako część przedstawienia mającego ukazać tą grę pozorów, tą sztuczność świata o którym opowiada film. Dla mnie jest to więc jak najbardziej w porządku.

neon demon

Fabuła filmu, jak wspomniałam bardzo prosta bardzo mi do tego przystaje. Gdyby zestawić to neonowe show wyładowane symbolami z wielowątkowym i nie jednoznacznym w interpretacji dramatem psychologicznym mielibyśmy tu jeden wielki bałagan z którego nie wynikło by już absolutnie nic. Tak więc moim zdaniem, ta barokowo bogata forma, dobrze współgra z prostotą przekazu, w jakiś sposób się to uzupełnia, ale jak wiadomo, wszystko jest kwestią oczekiwań. Mnie "Neon Demon" się podobał, ale żeby było jasne mego świata do góry nogami nie wywrócił i na piedestale nie stanie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność: 7

To coś:6

63/100

W skali brutalności: 2/10

środa, 14 września 2016

Polednice/ Południca (2016)

południca

Eliska i jej mała córeczka Anetka przeprowadzają się do domu na wsi, gdzie wychowywał się ojciec dziewczynki i mąż jej matki, Tomas. Nowe mieszkanki wsi zostają ciepło przyjęte, jednak nie uda im się uniknąć kłopotów.

Eliska ukrywa przed swoją córką prawdę o nagłym zniknięciu ojca, na co dziewczynka reaguje gniewem. Coraz bardziej wyczerpana sytuacją matka jest dodatkowo jej nękana przez miejscową wariatkę, która wróży jej rychłe zaginięcie Anetki. Tak jak w przypadku śmierci jej syna, za porwaniem dziewczynki ma stać tytułowa "Południca".

Widzieliście kiedyś czeski horror? Ja nie, dlatego też "Południcę" traktuję jako pierwsze rozeznanie w czeskim klimacie grozy.

To, co z miejsca spodobało mi się tym filmie o bijąca od niego swojskość. To tak jakby zaglądać za płot do sąsiada. Czeska mentalność tak bardzo nie odbiega od polskiej, co wynika z filmu, więc możemy poczuć się jak w domu.

Główny motyw filmu zaczerpnięty został z mitologii słowiańskiej, czyli Czesi zrobili to, czego jako fanka horrorów domagam się od Polaków z mizernym skutkiem. Opowieść o Południcy znają zapewne Ci którym dane było obcować z wsią. Południca jest bowiem demonem/ duchem który pojawia się w czasie wyjątkowo upalnych letnich dni. Ci których zastanie na polu w samo południe padną jej ofiarą.

południca

Sama fabuła filmu wątek relacji matki z dzieckiem okraszony motywem fantastycznym  (Południcą) został zaczerpnięty z utworu Karela Jaromira Erbena. Jeśli przeczytacie ten krótki utwór poetycki zauważycie, że opowiada on o mace, która mając dość swojego kapryśnego dziecka straszy, że odda je Południcy.

Jak się to ma do historii Eliski? Bardzo się ma. Jak wspomniałam na wstępie nasza bohaterka znajduje się w nieciekawym położeniu. Nie dość, że musi sama radzić sobie z dzieckiem i domem to jeszcze czuje się zobligowana do chronienia córki przed prawdą o jej ojcu. Frustracja narasta a Eliska coraz bardziej przypomina nam Amelię z "Babadooka".

Z przykrością przyznaję, że "Południca" nie jest produkcją tak udaną jak wspomniany "Babadook", ale nie znaczy to, że mnie rozczarowała.

Jej walory horrorowe są dość liche, nie licząc emanacji Południcy jakie pojawiają się z rzadka na pograniczu jawy i snu. Jest tu znacznie więcej psychologii niż słowiańskiego folkloru, ale nie od dziś wiadomo, ze solidna warstwa dramatyczna potrafi wzbudzić więcej emocji niż najmroczniejsze historie nie z tego świata. Tu duże brawa należą się obsadzie, która w swoich rola wypadła wiarygodnie.

południca

Dla mnie jednak najbardziej urzekające było tło tej opowieści, czeska wieś w pełnej krasie. Wprost szaleje za takimi klimatami, a plenery wybrane do "Południcy" są wprost zachwycające.

Przypuszczam jednak, że czeska produkcja nie spełni wymogów większości fanów horrorów, szczególnie tych rządnych krwi i dynamicznej akcji, dlatego polecam go raczej fanom mniej ortodoksyjnie podchodzących do warunków jakie musi spełniać horror, za to ceniącym urok nieco baśniowych opowieści o tym jak zwykłe staje się niezwykłe.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 10 września 2016

They look like people (2015)

they look like people

Znajdujący się w trudnej sytuacji życiowej Wyatt zwraca się do starego przyjaciela Christiana po pomoc. Chce przewaletować u niego przez parę dni, na co Christian szybko się zgadza. Nie wie jednak, że problem jaki trapi jego kumpla jest dużo poważniejszy niż rozstanie z panną. Wyatt jest przekonany, że jest kimś w rodzaju wybrańca, zdolnego dostrzegać w zwykłych ludziach ich demoniczną naturę.

Mogłoby się wydawać, że film świeżaka jakim jest jego twórca i reżyser będzie typowym horrorem opartym na motywie nadprzyrodzonych sił ingerujących w życie zwykłych ludzi. Ale wcale tak nie jest.

W gruncie rzeczy "They look like people" jest filmem psychologicznym z wyraźnie zaznaczonym wątkiem szaleństwa.

Pomysł, z gruntu dobry, skojarzył mi się z thrillerem "Robak", jednak dalszy rozwój fabuły wyraźnie wskazuje, że zmierzamy w inną stronę. Jaką? No, właśnie tu jest pewien problem.

they look like people

Mamy niezły pomysł, który w pewnym momencie się rozjeżdża. Widz przestaje być angażowany w główny temat filmu, czyli przekonanie Wyatta o istnieniu demonów ukrywających się pod postacią ludzi. Wyraźnie schodzimy z kursu w stronę 'studium szaleństwa', a sam jego motyw zaczyna być bagatelizowany.

Sądziłam, że wprowadzone tu wątki poboczne związane z życiem prywatnym Christiana są tylko chwilową zmyłką i zaraz będzie bum. Nie ma jednak bum.

Miałam wrażenie, że od pewnego punktu, konkretnie tego, w którym Wyatt wyznaje swoją tajemnicę, fabuła przestaje się rozwijać. Kompletnie nie rozumiem tego zamysłu, ale chcę wierzyć, że jakiś zamysł w tym był.

they look like people

Osoby oczekujące potyczek z demonami od razu przestrzegam - nie tu. Alternatywą jest kino psychologiczne, mało dynamiczne - delikatnie mówiąc.

Jak zazwyczaj, lubię i cenię taką formułę 'niby nic a jednak coś' tak tu nie odnalazłam satysfakcji w tym seansie.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie: 3

Zabawa:5

Zaskoczenie: 4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

49/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 06 września 2016

Absolution/ Rozgrzeszenie (1978)

absoluion

Ojciec Goddard pracuje w katolickiej szkole męskiej gdzie czuwa nad religijnym wychowaniem jej uczniów, jest też ich spowiednikiem. Jeden z młodych chłopaczków po lekcji religii z Goddardem wpada na pomysł by w niewybredny sposób zakpić z księdza i jego oddaniu roli duszpasterza. W czasie spowiedzi gorszy księdza zmyśloną historyjką o seksualnej orgii w lesie jakiej miał oddawać się wraz z miejscowym włóczykijem 'Blake'm'. Złość księdza tylko nakręca Benjamina do dalszej rozgrywki, w której uczestniczy też inny uczeń.

Historie relacjonowane przez Benjamina w konfesjonale są coraz bardziej makabryczne, co gorsza, coraz bardziej prawdopodobne. Goddard jest w potrzasku, zobowiązany tajemnicą spowiedzi poddaje się manipulacji.

absoluion

"Rozgrzeszenie" na podstawie scenariusza Anthony'ego Shaffera ma swój początek w autentycznej historii. Tak twierdzą internety, jednak nie udało mi się znaleźć nic co mogłabym Wam przedstawić jako dowód tej tezy.

Liczy się jednak to, że historia faktycznie jest wiarygodna i nie wiem, czy wynika to z faktycznej jej autentyczności, czy raczej zdolności Shaffera, który współpracując z Hitchcockiem ("Szał") doskonale opanował umiejętność mieszania widzowi w głowie.

Na tym w zasadzie bazuje fabuła filmu, na mieszaniu w głowie, na szukaniu prawdy w kłamstwie i na odwrót.

Do samego końca nie wiadomo co się wydarzyło, a co było tylko elementem spisku. Nie wiemy też kogo tak naprawdę trzeba mieć tu na oku, kto tu najbardziej miesza, bo kwestia czarnego charakteru też nie jest tu oczywista.

absoluion

Wszytko to dowidzi temu, że mamy tu do czynienia z przemyślaną intrygą twórców nastawioną na budowanie suspensu i finalnego efektu zaskoczenia.

Dzieje się tu dużo aczkolwiek nie powiedziałabym, że jest to dynamiczny obraz. Rozwija się powoli, stopniowo dokładane są kolejne cegiełki do budowy.

Niespieszne tempo spodoba się fanom Hitchcock'owskich produkcji. Może kojarzyć się z thrilleram "Wyznaję", ale moim zdaniem ta historia jest lepsza. Dużo więcej tu psychologii i jakiegoś nieokreślonego mroku, który nieuchronni sprowadza bohaterów ku szaleństwu.

absoluion

Gwiazdą wieczoru jest tu oczywiście główny bohater w osobie Ojca Goddarda rewelacyjnie wykreowany przez Richarda Burtona. Facet ma taką filmografię, że nie wiem nawet co przytoczyć na dowód jego zajebistości. Ostatnio polecałam Wam "Dotknięcie Meduzy", tam też go spotkacie.

Mnie film szalenie przypadł do gustu, choć nie daje gwarancji, że miłośnicy bardziej współczesnych form go docenią. Mam na to cichą nadzieję.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Shelley (2016)

shelley

Samotna matka Elena znajduje zatrudnienie na ekologicznej farmie duńskiego małżeństwa. By móc wrócić do swojego synka do Rumunii musi zgromadzić sporą sumę pieniędzy. Pracodawczyni wychodzi do niej z propozycją, która pomoże zarówno Elenie jak i im. Louise nie może urodzić upragnionego dziecka. Jedyną opcją by ona i jej mąż Kasper zostali rodzicami jest usługa surogatki. Elena zgadza się zostać 'inkubatorem' dla ich dziecka. Niestety ta decyzja ma poważne konsekwencje. Ciąża okazuje się dla kobiety wyjątkowo wyniszczająca, na tyle, że ta nabiera przekonania, że dziecko chce są zabić.

Filmy grozy o kobietach w ciąży trochę wieją nudą. Prędzej czy później, jakkolwiek kombinowano by nad fabularnym tłem, pojawia się kalka nieśmiertelnego "Dziecka Rosemary". Tak też jest w przypadku "Shelley".

Początek filmu całkowicie odgradza się od estetyki jaką serwował Roman Polański. Jednak w końcu i tak pojawia się nienarodzone dziecko i jacyś oni, którzy mocno interesują się dzieckiem mając głęboko w poważaniu stan zdrowia matki.

Co prawda myk jaki zastosowano w tym przypadku nie wskazuje jednoznacznie na złe intencje małżonków, którym Elena ma urodzić dziecko. Bardziej podejrzana wydaje się Elena. Tudzież dziecko w jej łonie. Tu mamy klasyczną zagrywkę paranoid thrillera: czy dziecko faktycznie jest trefne, czy może Elena za bardzo się nakręciła?

shelley

Tu mogę Wam zdradzić, że jak na skandynawski thriller przystało sprawa nie zostanie jednoznacznie rozstrzygnięta.

Fabula "Shelley" to więc nic specjalnego. Ciekawie prezentuje się natomiast forma. Bardzo nastrojowe kadry w pierwszej części filmu i sporo dosłownej brutalności w drugiej. To zdecydowanie może się podobać, ale wcale nie musi. Dlaczego? Ano dlatego, że to wyjątkowo stonowany film. Dzieje się tu niewiele tak naprawdę, a wydarzenia przebiegają żółwim tempem. Nie mamy tu skoków napięcia, wszytko idzie jednym rytmem.

Widzowie przyzwyczajeni do bardziej dynamicznych akcji mogą złapać drzemkę. Nie pojawiają się tu nagłe zwroty akcji, ani żadne inne wydarzenia których nie bylibyśmy w stanie przewidzieć. Nie mniej jednak film ogląda się przyjemnie, główne ze względu na jego walory estetyczne w postaci plenerów, scenografii, czy charakteryzacji bohaterów.

shelley

Technicznie to bardzo dobry obraz. Doskonale wykorzystuje motyw przewodni scenariusza: naturę. Wszytko jest tu bardzo naturalistyczne. Problem w tym, że mimo wszytko jest nieco nudnawy. Bardzo komercyjny wątek w bardzo nie komercyjnej ramie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:5

58/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 05 sierpnia 2016

The Medusa Touch/ Dotknięcie Meduzy (1978)

medusa touch

Niepokorny pisarz John Morlar zostaje zaatakowany we własnym domu. Mężczyzna doznał tak silnych obrażeń, że tylko cudem udało mu się przeżyć.

To nie pierwszy cud w jego życiu. John doświadczał ich od wczesnego dzieciństwa. Cuda te jednak nie nosiły miana wspaniałych. Jego cuda zawsze były niszczycielskie.

Jako mały chłopiec był świadkiem tragedii i śmierci, co więcej we własnym przekonaniu to on był ich sprawcą.

To przekonanie utrzymywało się przez lata, a niszczycielska moc Johna rosła. Czynił zło bezwiednie, jakby był do tego stworzony. Robił to telepatycznie. telepatycznie uśmiercił swoją opiekunkę, rodziców, strącił z nieba samolot...

Teraz, gdy ledwo żywy leżał w szpitalu i tylko aktywność mózgu dawała szansę na to, że nie zostanie odpięty od aparatury, komisarz z Francji, Brunel prowadzi śledztwo mające na celu schwytanie sprawcy, który chciał uśmiercić cudotwórcę.

medusa touch

Horror "Dotknięcie meduzy" jest klasyfikowany jako horror sci-fi, ale nie spodziewajcie się w związku z tym zagrożenia z kosmosu.

Głównym antagonistą i głównym bohaterem jest tu człowiek z krwi i kości. Dzięki retrospekcjom poznajemy go jako szaleńca przekonanego o tym, że wszystkie nieszczęścia, katastrofy i kataklizmy dzieją się za jego sprawą.

W toku prowadzonego przez detektywa Brunela śledztwa poznajemy historię Johna, który tymczasem dogorywa w szpitalnej sali. Widzimy go oczami innych ludzi, w tym jego terapeutki. Kobieta podejrzewała Johna o jakiś rodzaj psychozy podszytej manią wielkości. Dopiero, gdy na jej oczach strącił z nieba samolot, zaczęła mu wierzyć i bać się.

medusa touch

W bardzo sugestywny sposób ukazane zostały też fragmenty jego dzieciństwa, w tym śmierć rodziców i pożar szkoły. Wszytko miało być dziełem jednego człowieka.

Doskonale skonstruowana fabula wsparta warsztatem aktorskim wcielającego się w postać antybohatera Richarda Burtona, czyni ten film bardziej uniwersalny gatunkowo niż można by się spodziewać po horrorze sci-fi.

Mamy tu dużo psychologicznego dramatu, paranoid thrillera, czy kryminału. Ma swój klimat, ma swoje przesłanie. Nie jest naiwny, nie jest groteskowy. Temat telekinezy jest tu rozpatrywany na kilku płaszczyznach i to sprawia, że ten z gruntu ograny motyw nabiera mocy.

medusa touch

Film podobał mi się szalenie i nie jestem w stanie przywołać w myślach innego podobnego mu obrazu. Bardzo dobra rzecz, a jeśli dodatkowo gustujecie w starszych produkcjach to jest to coś dla Was.

W ramach ciekawostki mogę dodać, że scenariusz powstał w oparciu o powieść Petera van Greenway'a.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 28 lipca 2016

Purgatorio/ Czyściec (2014)

czysciec

Małżeństwo, Marta i Luis wprowadzają się do nowego mieszkania. Tego samego dnia mężczyzna musi iść na nocna zmianę do pracy. Marta nie chce zostawać sama, trawią ją lęki, boi się zasnąć, ale nie ma innego wyjścia.

Gdy zostaje sama do jej drzwi puka sąsiadka. Małżonek sąsiadki właśnie trafił do szpitala i ta prosi Martę by zajęła się jej synkiem Danielem gdy ona uda się do męża. Marta niechętnie godzi się pomóc i szybko tego pożałuje.

"Czyściec" to bardzo oszczędny horror. Oszczędny w formie, ale już nie we wrażeniach. To dość krótka historia kobiety, pogrążonej w żalu po stracie. Żal ten odżywa w sytuacji kryzysowej, jaką okazało się spotkanie z małym sąsiadem. Gdy Daniel przekracza próg jej domu, szczeniacka bezczelność aż od niego bije. Marta zaś wygląda nam na osobę na granicy załamania. Bardzo łatwo wyprowadzić ją z równowagi, a chłopiec robi to bardzo skutecznie.

czysciec

Oszczędna, żeby nie rzec hermetyczna przestrzeń na jakiej rozgrywa się akcja filmu to strzał w dziesiątek jeśli chodzi o moje upodobania. Wszytko rozgrywa się w pustych jeszcze pokojach nowego mieszkania Marty i ciemnej klatce schodowej. Karty rozdano na dwoje, nasza bohaterka i dzieciak. Daniel to typowy mały skurczybyk, ale kto wie co siedzi mu w głowie? Martę jeszcze trudniej rozgryźć. Kto dla kogo jest większym zagrożeniem? Chłopiec, który igra z cierpieniem obcej kobiety, czy kobieta gotowa uwierzyć we wszytko co pomoże zmniejszyć uczucie żalu?

czysciec

To bardzo psychologiczne kino oparte na niejednoznacznych sygnałach. Tak naprawdę nie wiem czy może spodobać się komuś kto szuka rozrywki, bo wartkiej efektownej akcji tu nie znajdzie. Nie wiem na ile go polecać na ile odradzać.

Wg. mnie "Czyściec" się udał i to przynajmniej z kilku powodów. Pomysł był dosyć niebezpieczny, bo cała opowieść oparta została na znajomości Marty i Daniela. O Marcie dowiemy się niewiele, o Danielu jeszcze mnie. Film nazwano horrorem, ale akcji typowych dla horrorów tu nie znajdziemy. Pojawi się wątek ducha, ale przedstawiony bardzo... detalicznie. Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Nawet finał nie rozwiał zrodzonych po drodze wątpliwości. Dla mnie to plus, ale równie dobrze ktoś może powiedzieć - film o niczym, zmierzający donikąd i ciężko mieć pretensje to taki właśnie odbiór. Pewnym plusem jest  na pewno aktorstwo. Marta i Daniel tworzą bardzo ciekawy duet, aż kipi tu od emocji.

Cóż mogę powiedzieć, hiszpańskie kino przyzwyczaiło nas raczej do innego rodzaju kina grozy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:7

68/100

W skali brutalności:0/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl