What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: atmospheric horror

sobota, 01 grudnia 2018

Welcome tu Mercy aka  Beatus (2018)

welcome to mercy

Madeline samotnie wychowująca córeczkę Willow na wieść o ciężkiej chorobie ojca przybywa do rodzinnego domu na Łotwie. Odeszła stamtąd jako dziecko. Jak sama mówi, została porzucona przez matkę Yelene i ojca Franka.

Zgodnie z przewidywaniami nie czeka ją tam ciepłe powitanie. Matka wyraźnie nie cieszy się z obecności córki i namawia ją do przeniesienia się do pensjonatu na czas pobytu w rodzinnej wsi. Nie jest to jednak możliwe, dlatego Yelena niechętnie pozwala by córka i wnuczka spędziły z nią noc pod jednym dachem.

Pierwszy dziwny incydent zdarza się jeszcze tej samej nocy. Madeline lunatykuje, zaś nazajutrz dochodzi do jeszcze dziwniejszego zdarzenia. Madeline atakuje własną córkę, a na jej ciele pojawiają się rany, które opiekujący się Frankiem ksiądz identyfikuje jako stygmaty.

Za namową księdza i matki, kobieta udaje się po pomoc do pobliskiego ,gdzie przyjdzie jej się zmierzyć z prawdą o swoich rodzicach.

welcome to mercy

"Wlecome to Mercy" to produkcja, która zdecydowanie zwróci uwagę miłośników horrorów o zabarwieniu psychologicznym i jednocześnie religijnym. Oba te czynniki kształtują fabułę filmu i w dużej mierze decydują o użytych tu środkach wyrazu.

Jak na dzieło hollywoodzkie jest to obraz bardzo niehollywoodzki;).

Wcielająca się w główną rolę Kristen Ruhlin jest jednocześnie autorką scenariusza. Wyszykowała dla widzów historię, która porusza temat opętania i religii ogólnie, w bardziej psychologicznym ujęciu. Do tego dodajmy jeszcze bardzo naturalistyczny, nie plastikowy, nie komputerowo wygenerowany świat przedstawiony i mamy do czynienia z filmem, który spokojnie mógłby powstać przed rokiem 2000.

welcome to mercy

Wątek główny, tajemnica związana z rodziną Madeline i jej przypadłością rzucona na surowo, oprawiona w mainstreeam nie zrobiłaby pewnie takiego wrażenia. Pewnie uznałabym ją za banał, tak coś czuje, jednak ujęta w niemal poetycką ramę to zupełnie inna perspektywa. Zdarzenia niesamowite są tu naprawdę niesamowite, a brak dosłowności w serwowaniu kolejnych porcji retrospekcji nasuwa więcej przeraźliwych skojarzeń niż szwedzki stół w domu kanibala.

Technicznie film jest perełką, narracyjnie doskonale gra na emocjach i choć wiem, że nie każdemu się spodoba, bo taki inszy niż inne, to wierzę, że fanów będzie jakiś miał.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 02 października 2018

Mara (2018)

mara

Policyjna psycholog Kate Fuller zostaje wezwana na miejsce zbrodni dokonanej najprawdopodobniej przez żonę na mężu. Zadaniem Kate jest przesłuchanie jedynego świadka zdarzenia, mianowicie małej córeczki małżonków, Sophie. Przerażone dziecko stwierdza, że tatę zabiła Mara i że nie powinna, w ogóle rozmawiać z Kate, bo ta zabierze od niej mamusie. Niejasne zeznania dziecka i pełne emocjonalnego wybuchu słowa oskarżonej skutkują zamknięciem matki Sophie w szpitalu psychiatrycznym.

Wtedy Kate zaczynają dopadać wątpliwości. Zaczyna doświadczać sennych koszmarów, a zagłębiając się w sprawę domniemanego morderstwa trafia na całą serie doniesień o przypadkach podobnych, niejasnych śmierci. Najbardziej nieprawdopodobna wersja nabiera realnych kształtów, gdy Mara osobiście odwiedza Kate.

mara

Po sukcesie "Koszmaru z ulicy wiązów" jeszcze w latach osiemdziesiątych żaden z filmowców zajmujących się gatunkiem horroru nie tykał tematu sennych koszmarów. Takowe pojawiały się jedynie jako wątek poboczny i żaden filmowy antybohater nie umiał tak skutecznie uśmiercać śpiących ludzi jak czynił to Freddy Krueger. W ostatnich latach coś się zmieniło, bo jestem wstanie przypomnieć sobie przynajmniej dwa filmowe tytuły, których tematem była śmierć we śnie. Najpierw był "Dead Awake", a ostatnio "Slumber". Obydwa filmy odnosiły śmierć we śnie do znanego nauce zaburzenia snu zwanego sennym paraliżem.

Na czym polega ten stan będziecie mogli dowiedzieć się właśnie z seansu z "Marą". To właśnie tu jedna z postaci, doktorek prowadzący grupę wsparcia dla osób doświadczających zaburzeń snu tłumaczy na czym z naukowego punktu widzenia rzecz polega. Tym z Was, którzy sami doświadczyli sennego paraliży nie trzeba tego tłumaczyć, a samo zjawisko jest dość powszechne. Być może ten fakt zapewni filmowi sukces. Każdy kto doświadczył owego stanu z pewnością wczuje się w sytuacje przedstawionych tu bohaterów z trwogą będzie śledził wersje wydarzeń, w której paraliż senny kończy się śmiercią.

mara

Sęk w tym, że nie mamy tu do czynienia z naukową wersją przedstawienia tematu, choć jak wspomniałam taka interpretacja jest tu obecna. W "Marze" paraliż senny spowodowany jest atakiem sennego demona, tak zwanej Mary. Filmowa Mara wygląda jak duch z azjatyckiej "Klątwy" lub inna Anja Rubik po tygodniowym pobycie na dnie studni. Komputerowy efekt jest całkiem niezły.

Technika pozwoliła tu też na zmontowanie kilku zacnych scen, przy których możecie lekko podskoczyć na siedzisku. Są to zagrywki typowe dla współczesnego horroru, ale umiejętnie stosowane dają jakiś tam efekt. Aktorstwo nie budzi zastrzeżeń choć jakbym miała typować najsłabsze ogniwo, to postawiłabym na 'dziewczynę Bonda' panią Kurylenko, która nie szczególnie skradła moje serce w roli Kate.

Filmowa narracja przebiega gładko. Schemat goni schemat więc próżno tu szukać jakichkolwiek innowacji. Przesłanie filmu też jest z gruntu proste: miej czyste sumienie, a będziesz spał spokojnie;)

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 07 sierpnia 2018

Hagazussa (2017)

hagazussa

Akcja filmu toczy się w XV wieku w małej wiosce w Austriackich Alpach. Gdzieś na jej obrzeżach, wysoko w górach, głęboko w lesie, żyje mała Alburn ze swoją matką. W końcu kobieta zapada na dziwną chorobę i umiera. Alburn zostaje sama.

Nie wiemy jak wyglądało jej dzieciństwo bez matki. Ponownie widzimy ją jako dorosłą kobietę z maleńkim dzieckiem wiodącą ten sam żywot co jej zmarła matka. Pewnego dnia Alburn przynosi do swojej chaty czaszkę, czaszkę swojej matki. Od tej chwili zaczynają ją nachodzić niepokojące myśli i wizje. Alburn zaczyna wierzyć w to co mówią o niej okoliczni wieśniacy, jest wiedźmą.

hagazussa

"Hagazussa", czyli "Klątwa czarownicy", czy też "Pogańska klątwa" to koprodukcja Austrii i Niemiec reklamowana jako europejska odpowiedź na święcącą sukcesy "Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii".

Jeśli spojrzeć na fabułę obydwu filmów, przyjrzeć się sposobom prowadzenia filmowej narracji, umiłowaniu do symboli, metafor i oparcie całego pomysłu na ludowych wierzeniach związanych z czarownicami to porównanie wcale nie jest głupie, ani naciągane.

Wątpliwe jednak jest by to Europejczycy papugowali Amerykanów, a nie na odwrót. Już nie chodzi mi nawet o Hollywoodzką mentalność, która każe fabryce snów wpompowywać bajońskie sumy w ulepszanie cudzych pomysłów. O ile wiem, to prace nad "Hagazussa" rozpoczęły się przed produkcją "The Witch". Bardziej więc prawdopodobne wydaje mi się, że do twórców tego drugiego dotarły słuchy o tym, że jakiś Austriak bez grosza przy duszy podłapał fajny temat i coś tam sobie próbuje klecić.

hagazussa

Najpewniej jednak obydwa filmy powstały zupełnie niezależnie i być może tylko obecnie panująca wśród filmowców moda na zainteresowanie gusłami, która mnie zresztą cieszy, sprawiła, że oto powstały dwa tak podobne i dobre filmy.

Ciężko mi jest opowiedzieć się po którejś ze stron. Powiedzieć, wolę ten, czy ten. Oba szalenie mi się podobały. Myślę, też że większość fanów "Czarownicy" równie dobrze odbierze "Hagazussa". Co prawda ten drugi, jest jeszcze mniej mainstreamowy, jeszcze bardziej posępny w wymowie, jeszcze trudniejszy w jednoznacznej interpretacji. O ile w "Czarownicy" było mało kwestii mówiony, o tyle w "Hagazussie" nie ma ich prawie wcale. Tę historię opowiadają obrazy, ale jakie obrazy! Jak opowiadają!

hagazussa

Tych, których udało mi się kiedyś przekonać do seansu z "Sennenthutschi", którego akcja również rozgrywała się w pięknych alpejskich okolicznościach przyrody i który również poruszał wątek wierzeń w czarownice, chyba już nie muszę szczególnie nakłaniać do zapoznania się z "Hagazussą" ;)

Filmowe zdjęcia powalają. Są mroczne, posępne, nastrojowe i piękne. Budują klimat filmu, budują całą historię, w której jak wspomniałam pada niewiele słów.

Fabuła skupia się na postaci naszej bohaterki, Alburn, która poznajemy jako małą dziewczynkę czule opiekującą się chorą mamą.Obie żyją w izolacji, skazane na nią przez lokalną społeczność, dla których samotna matka stanowi idealna kandydatkę na czarownicę.

hagazussa

Podobne piętno spada na Alburn kiedy dorasta. Kobieta bez wątpienia jest dziwna, szczególnie osobliwie prezentuje się jej zażyłość z wiejskim inwentarzem. Tu czytelne wydaje się nawiązanie do konszachtów czarownic z diabłem przychodzącym pod postacią kozła.

Jeśli chodzi o sceny nastawione na budowanie nastroju grozy, to jest ich tu cała masa, ale nie z rodzaju tych 'skocznych', chodzi raczej o powolne przejazdy kamerą po twarzach i miejscach, które same w sobie budzą niepokój. Oczywiście największą uwagę przykuwa rozgrywka finałowa, która jednak nie przyniesie odpowiedzi, na które mogliście liczyć, czy Alburn jest czarownicą czy odwaliło jej z samotności?

Film oczywiście polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 19 lipca 2018

Jack Goes Home (2016)

jack goes home

Jack na kilka dni musi opuścić ciężarną narzeczoną, by powrócić do rodzinnego domu. Tam czeka na niego matka, która w wyniku tragicznego wypadku straciła męża, ojca Jacka. Kobieta pogrążona jest w dziwnym stanie, który w ciągu kilkudniowego pobytu syna w domu pogarsza się.

Żałoba zaczyna przypominać obłęd, który zdaje się udzielać Jackowi, szczególnie gdy udaje mu się odnaleźć stare nagranie pozostawione dla niego przez ojca. Wbrew woli coraz agresywniejszej matki Jack postanawia zmierzyć się z tym co pozostawił po sobie jego ojciec.

Thomas Deker, twórca "Jack Goes Home" wpadł mi w oko już... Hym, dawno. Oczywiście jako aktor, odtwórca ról pięknookich, mrocznych młodzieńców. Wówczas do głowy mi nie przyszło, że jeszcze przed trzydziestką nakręci własny film. Po obejrzeniu go mogę dodać jeszcze, taki dobry film.

Internety głoszą, że "Jack..." to horror. Moim zdaniem z horrorem ma raczej mało wspólnego, chyba, że horror zinterpretujemy jako ciężar warstwy dramatycznej.

jack goes home

Właśnie te wątki, stricte dramatyczne najbardziej przykuły moją uwagę. Nie jest to jednak lekka obyczajówka, pojawiają się elementy thrillera, wątek szaleństwa, kilka scen, w których gości nastrój grozy (sceny na strychu), więc gatunkowo postawiłabym na thriller psychologiczny i jako taki w mojej ocenie sprawdził się świetnie.

Dekerowi udało się namówić na współpracę naprawdę dobrych aktorów. Na ich czele staje odtwórca roli Jacka, młodszy brat Kevina Samego W Domu, który ma zadatki na bardzo solidnego aktora. Wypatrzyłam go już w "Nocnym Słuchaczu".

jack goes home

Partneruje mu rewelacyjna jak zawsze Lin Shaye, która wciela się w postać jego matki. Ta dwójka kradnie całe show. Nie znajdzie się tu miejsce na typowo horrorwe zagrywki w stylu nie wiem, Jamesa Wan'a. Cała potworność tkwi w ludziach i właśnie na ich sportretowaniu skupia się scenariusz.

A historia, kluczowa w tym projekcie, ma do zaoferowania całkiem dużo, jeśli nie trafi na typowo mainstreamowego odbiorcę.

Wszystko opiera się na rodzinnej tajemnicy, wcale nie łatwej do rozwiązania, z którą mierzy się nasz bohater. Tymczasem jego matka wcale nie chce mu tego ułatwić. Może to szaleństwo, a może przestroga.

jack goes home

Między nimi aż kipi od emocji i stanowi to świetny spektakl. W miarę rozwoju fabuły zaciera się granica między rzeczywistością a projekcją.

Finał jest doprawdy mocny. Jeśli macie wątpliwości czy sięgnąć po ten film, mówię Wam, warto.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 31 maja 2018

A Quiet Place/ Ciche miejsce (2018)

ciche miejsce

Evelyn i Lee to małżeństwo z dwojgiem dzieci. Przyszło im żyć w nieprzyjaznych czasach, w których każdy głośniejszy dźwięk może skończyć się śmiercią. W świecie praktycznie całkowicie pozbawionym ludzkich istot żyją stwory o niezwykle czułym aparacie słuchu.Potrafią bezbłędnie zlokalizować ofiarę i błyskawicznie ją zabić. Ci, którzy chcą przetrwać muszą pogodzić się z egzystencją w całkowitej ciszy.

Ten cichy, milczący wręcz horror stał się jak dotąd najgłośniejszym filmem roku. Mimo, że jest reżyserskim debiutem zostawił w tyle konkurencję. Może to znak, że coś zmienia się w mentalności grona odbiorców horrorów?

ciche miejsce

Byłam bardzo ciekawa tego obrazu nie tylko z powodu pozytywnych opinii krytyków i widzów.

Finalnie produkcja okazała się... dobra. Może nawet bardzo dobra, może najlepsza jaką będę mieć okazję widzieć w tym roku. Dlatego, że jest dobrze zrealizowana, utrzymana w klimacie, który lubię z dobrym aktorstwem i składnym scenariuszem. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia bym mogła uznać ją za przełomową i wybitnie wyjątkową.

Generalnie cały zamysł jest dość prosty. Oto mamy jakąś apokalipsę, która zmiotła z powierzchni ziemi większość istnień ludzkich i została zasiedlona przez potwory. Potwory te używają echolokacji, a ich zmysł słuchu jest wyczulony na tyle, że usłyszą najmniejsze pierdnięcie.

ciche miejsce

Rodzina Abbottów porozumiewa się ze sobą w języku migowym zachowując wszelkie środki ostrożności. Zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidziane, więc ich egzystencja naznaczona została dramatem utraty jednego potomka. Teraz Evelyn spodziewa się kolejnego dziecka.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem, jest to film przyjemny dla oka. Dla fanów skocznych scen znajdzie się kilka ujęć frontalnych ataków. Elementem stricte horrorowych są też wizualizacje samych potworów. Wyglądają dość poprawnie, mieszcząc się w standardach kina sci -fi, ale bez większego polotu mówiąc szczerze.

ciche miejsce

To co najlepiej udało się w filmie Krasinskiego to stworzenie atmosfery permanentnego zagrożenia, to, że w sytuacji strachu bohaterom odmówiono najbardziej ludzkiej reakcji, czyli krzyku. To właśnie sceny w których protagoniści muszą milczeć choć instynkt podpowiada im coś zupełnie innego doceniłam najbardziej.

Cóż więcej mogę rzec, śmiało oglądajcie, bez oporów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 24 marca 2018

Boys in the Trees (2016)

boys in the trees

Australia, koniec lat '90. Nastoletni Corey właśnie kończy liceum i marzy o nauce w Nowojorskiej szkole artystycznej celem rozwijania swojej fotograficznej pasji. Chłopak wyróżnia się na tle bandy swoich kolegów nie mających żadnych aspiracji po za paleniem trawy, jazdą na deskorolce i pukaniem gościnnych w nogach koleżanek.

W noc halloween oddala się od grupy swoich kumpli i napotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa Jonaha. Ich znajomość zakończyła się lata temu, obecnie Jonah może liczyć jedynie na szyderstwa i kopniaki zarówno ze strony Corey'a jak i jego zastępu idiotów.

Tej nocy jest jednak inaczej. Corey wpada na Jonaha i daje się namówić na wspólny nocny spacer po miasteczku śladem upiornych opowieści jakie snuli w dzieciństwie w podobny halloweenowy wieczór.

boys in the trees

Wiecie co, po raz kolejny przez swoje uprzedzenia ominęłabym wartościowy obraz. Spojrzałam jednym okiem na plakat, który nieprzyjemnie skojarzył mi się z serialami o nastoletnich wilkołakach, czy innych wampirach, zbyt plastikowy by reprezentować coś, co mogłoby przykuć moją uwagę.

Szczęśliwie przyszedł czas filmowego głodu i z braku laku sięgnęłam po film,który miał być 'teen padaką'. Zamiast 'teen padaki' dostałam nostalgiczny, klimatyczny thriller łączący w sobie kino psychologiczne z opowieściami z dreszczykiem.

boys in the trees

Spodobał mi się przeogromnie zarówno ze względu na treść jak i na swoja formę.

Wszytko to zasługa prawie debiutanta, który sam spisał scenariusz i wyreżyserował obraz. Mimo, że nastoletnie dramaty od dawna nie są już moim udziałem przyjemnie było wybrać się w taką sentymentalną podróż do czasu wielkich wyborów i często też wielkich błędów.

Obraz skojarzył mi się i było to skojarzenie bardzo intensywne towarzyszące mi praktycznie od początku seansu z "Donie'm Darko", a to chyba dobrze, prawda?

Wszytko zaczyna się od spotkania Corey'a i Jonaha. Wiemy, że ten pierwszy wraz z bandą swoich przygłupich koleżków regularnie dokucza temu drugiemu.Czym zasłużył sobie na to niepozorny chłopaczynka nie wiemy, ale śledząc rozwój wydarzeń w czasie ich spotkania możemy zorientować się, że Jonah to na swój sposób oryginał. Nie przypomina typowego, szkolnego kozła ofiarnego.

boys in the trees

Jonah sprytnie wmanewrowuje Coryea w grę, w którą grali w  dzieciństwie. Nie mogę sobie w tym momencie przypomnieć jej nazwy, była jakaś pokopana. Chłopcy wyruszają na wspólną przechadzkę po mieście odwiedzając kolejne upiorne zdaniem Jonaha miejsca. Towarzyszą temu opowieści chłopca, które wizualizują się przed oczami widza w formie mini horrorów.

Są świetne, a jak głęboka jest ich symbolika dowiecie się na finiszu. Nie będę ukrywać że fabuła skrywa przed widzem pewną tajemnice. Być może domyślicie się sprawy wcześniej, ale nie sądzę żebyście pojęli wszystko.

boys in the trees

Z całej tej filmowej opowieści sączy się smutek. Tak jak lubię najbardziej w filmach grozy. Przesiąknięty jest nim każdy kadr każde filmowego słowo. Kontekst całej sprawy jest niezwykle dramatyczny, myślę że dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać.

Jeśli zdecydujecie się na seans z "Boys in the Trees" przygotujcie się na coś czego nie oglądamy codziennie w kinie grozy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

to coś:10

74/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 11 lutego 2018

Ritual/ Rytuał (2018)

rytuał

By uczcić pamięć zmarłego przyjaciela, czterech mężczyzn udaje się na samczy treking po szwedzkich górach. Z uwagi na to, że pomysłodawca wypadu zmarł nim doczekał się pozytywnego rozpatrzenia swojej wakacyjnej oferty, kumple spędzają czas na smutno. Szczególnie Luke będący świadkiem śmierci Roberta nie może uciszyć głosu sumienia podpowiadającego mu, że mógł zrobić coś by pomóc kumplowi. Wyrzuty sumienia i konflikty w stadzie z nich wynikające szybko okazują się małym zmartwieniem wobec wyzwań survivalu. Gdy jeden z gości doznaje kontuzji reszta decyduje się na przeprawę przez las by skrócić trasę. 

Po słabym początki roku, który na Netflixie rozpoczął thriller "Open house", platforma rehabilituje się propozycją horroru, która szybko zjednała sobie sympatię widzów.

"Rytuał" wbrew podejrzeniom, jakie może nasuwać tytuł w żadnym stopniu nie jest horrorem religijnym, tak więc obejdzie się bez księży i recytacji tekstu rytuału rzymskiego, który od nadmiernej ekspozycji w świecie filmowego horroru będzie niebawem popularniejszy od "Ojcze Nasz":).

Mamy tu raczej horror rozpoczynający się jak klasyczny survival, który w miarę rozwoju akcji przechodzi w rytm nastrojówki, gdzie paranormalne zdarzenia wiążą się z lokalnym, skandynawskim folklorem.

Już od pierwszych ujęć widzimy, że brytyjski twórca ma na swój film pomysł. Wie, jaką historię chce stworzyć i buduje pod nią solidne podwaliny przykuwając uwagę widza dramatycznym otwarciem. Gdy przenosimy się w plener, nikt już nie może mieć wątpliwości co do zdolności operatorskich współtwórców, którzy będą nas uwodzić pięknymi panoramami szwedzkich gór. Wszytko w stosownie mglistej tonacji kolorów i bez zbytków w postaci plastikowych upiększeń.

Wczucie się w klimat i zaangażowanie w historię przychodzi bez trudów. Bohaterzy niby niewyróżniający się, a jednak sympatyczni będą dobrymi przewodnikami po mrokach lasu, do którego skierują swoje kroki, gdy sytuacja wymusi obranie drogi na skrót.

rytuał

rytuał

W lesie jest nie mniej czarownie niż na otwartej przestrzeni, jednak szybko przekonamy się jak błyskawicznie urok przyrody znika. Widok rozprutego i zawieszonego na drzewie pięknego okazu łosia to pierwsza z lepszych stricte horrorowych scen. Twórcy nie patyczkowali się z widzem, więc na tej jednej ekspozycji się nie skończy.

Nie myślcie jednak, że nastrój tajemnicy zdezerterował na rzecz prostych uroków bezrozumnej rąbanki. Owszem znajdą się tu sceny krwawe i nieprzyjemne, ale dużo większe wrażenie robi to, czego nie widać. Nasi bohaterzy zaczyna doświadczać przerażających koszmarów, a przebudzenie  z nich wcale nie będzie przyjemniejsze. Tu muszę pochwalić aktorów, bo nie łatwo jest przekonać widza, by zobaczył śmierć w oczach dorosłych dobrze zbudowanych samców rodzaju ludzkiego. W tej kwestii nawet mistrz suspensu szedł na łatwiznę posługując się białogłowymi trwożącymi się bez trudu i bez umiaru.

Jak wspomniałam pojawia się tu wątek lokalnego folkloru i pewnych wierzeń. Wierzeń w to, co nadnaturalne i powinno zostać niezauważalne. I tak też jest przez większość filmu, jednak w końcu niewyobrażone zło ukarze swoje oblicze i jest to oblicze bardzo zadowalające - jak dla mnie zajechało trochę Lovecraftem, ale bez prostego kalkowania za to z pomysłem, którego wykonawca efektu nie powinien się wstydzić.

Reasumując produkcja na poziomie, do której muszę Was zachęcić, a coby na coś ponarzekać to powiem, że pierwsza polowa filmu lepsza od drugiej:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 07 stycznia 2018

The Nesting (1981)

nesting

Młoda pisarka Lauren Cochran za radą swojego terapeuty przenosi się z Nowego Jorku na wieś, by tam odzyskać spokój ducha i pozbyć się uporczywych objawów agorafobii. Gdy wraz ze swoim znajomym, Markiem dociera w okolice gdzie planowała osiąść jej oczom ukazuje się okazałe stare domostwo. Jak sama twierdzi nigdy go nie widziała, a mimo to stworzyła jego obraz na kartach ostatniej powieści. Kobieta postanawia zarzucić wcześniejsze plany i wynająć właśnie ten dom.

Jego właścicielem okazuje się stary pułkownik, który cokolwiek dziwnie reaguje na widok Lauren. Nie mniej jednak kobiecie udaje się zrealizować plan wynajmu za pośrednictwem wnuka pułkownika i wkrótce zostaje lokatorką domostwa. Tam jednak nie znajduje spodziewanego spokoju, a agorafobia okazuje się najmniejszym problemem.

"Nesting" nie jest znanym filmem. Jego reżyser nie ma dużego dorobku. To rościło mi nadzieję na coś oryginalnego, ale niestety, "Nesting" to typowy reprezentant ghost story, jedynie pewne fabularne wybiegi, które sprawiły, że w wielkiej Brytanii uznano go za obsceniczny stawowi pewne novum, albo też ukłon w stronę gatunku slashera.

nesting

Nie mniej jednak nie jest to obraz, który powala na kolana, ale obejrzałam go, bo miałam palącą ochotę na obejrzenie czegoś starszego. W tej roli się sprawdził. To dokładnie taki film jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Żadnych szczególnych efektów, ale przynajmniej dobra jakość dźwięku.

Spora część filmowych wydarzeń rozgrywa się w biały dzień, ale klimat wcale na tym nie traci, bo w tych promienistych kadrach jest coś podstępnego. Z uwagi na fakt, że nie jest to superprodukcja, w którą wpompowano miliony, nie może się też pochwalić wyróżniającą się obsadą. Filmografia odtwórczyni głównej roli ogranicza się do paru ról, ale za to John Carradine powinien zwrócić waszą uwagę. Wciela się tu w postać pułkownika, jest też narratorem opowieści. Facet ma świetny głos, stworzony do filmów grozy. "Nesting" może też poszczycić się niezłą muzyką.

nesting

Scenariusz filmu mieści się w ścisłych ramach opowieści o nawiedzonym domu. Samo domostwo, jego architektura zrobiła na mnie większe wrażenie niż sama jego historia, ale może to kwestia mojej niechęci do wątków rodem z "Niewolnicy Izaury". Mimo wszytko seans z "Nesting" muszę uznać za całkiem zadowalający. Dostałam od tegoż filmu to czego potrzebowałam, czyli klimatu kina lat '80. bez wygórowanych oczekiwań może na film zalukać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

niedziela, 31 grudnia 2017

Neverlake (2013)

neverlake

Nastoletnia Jenny przerywa naukę w Nowym Jorku by spędzić trochę czasu z ojcem mieszkającym w Toskanii. Niestety ojciec pochłonięty praca naukową nad etruskim rzemiosłem nie poświęca jej zbyt wiele uwagi.

W czasie samotnej przechadzki nad słynne jezioro bożków, leżące nieopodal posiadłości ojca dziewczyna spotyka niewidomą mieszkankę pobliskiego sierocińca. Wkrótce Jenny zaprzyjaźnia się z mieszkającymi tam dziećmi i regularnie je odwiedza. Pewnej nocy to właśnie oni wyjawiają jej tajemnice dotyczącą kultu jeziora bożków.

neverlake

Przyznam się bez bicia, że przy pierwszym podejściu do tego filmu - jakiś tydzień temu - wyłączyłam go po dziesięciu, może piętnastu minutach. To co mnie odstraszyło zapewne jest tez przyczyną małej popularności filmu wśród widzów. Tak się jednak złożyło, że jakaś dobra dusza zachęciła mnie do seansu umieszczając komentarz z tytułem na blogu. W związku z tym uatrakcyjniłam sobie prasowanie ponownie włączając film;) Obejrzałam do końca i nie tylko dlatego, że w porównaniu z moją nienawidzoną domową czynnością nawet kiepski film jest dobry. Otóż okazało się, że mimo dużych niedostatków realizacyjnych "Neverlake" naprawdę jest filmem wartym uwagi.

W pierwszym kontakcie obraz wypada kanciasto. W aktorstwo odtwórców najważniejszych ról wkrada się nienaturalna sztywność - mam tu szczególnie na myśli ojca i córkę - ale postarałam to sobie wytłumaczyć. Ostatecznie nasza Jenny przybywa do domu ojca, którego prawie nie zna, ciężko w takiej sytuacji czuć się swobodnie i vive versa. Ostatecznie ograniczona ekspresja tatusia przełożyła się też na moje odczucia względem jego osoby- jakiś taki podejrzany. Za to pacynkowata Jenny okazała się idealną ofiarą sytuacji. Jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

neverlake

Twórcom filmu daleko do hollywoodzkich potentatów kina, budżecik lichy, więc trzeba się więcej nakombinować. Zamiast plastikowych efektów dostajemy rozmyte mary i chałupniczo majstrowane cuda, które tworzą bardzo specyficzny świat przedstawiony tej historii.

neverlake

Byłoby to jednak na nic gdyby nie sama historia, unurzana w mistycznej mgle starożytnych etruskich legend. Jednakowoż cała fabuła filmu, jej główna oś to nie tylko wątki mityczne. Tu twórcy zaserwowali nieoczekiwanie sprawną intrygę - nie powiem, że odkrywczą, bo mieliśmy już do czynienia z  podobnymi sprawami, ale nie ukrywam, że nie spodziewałam się zastać tu tego rodzaju kwiatków.

Reasumując, biję się w pierś za uprzedzenia, bo film dobry, choć zapewne nie spełni oczekiwań większości, jak to niskobudżetówki.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 16 grudnia 2017

Slumber (2017)

slumber

Do kliniki specjalizującej się w zaburzeniach snu zgłasza się rodzina szukająca pomocy. Każdej nocy gdy tylko zapadną w sen zaczynają lunatykować, a w tym lunatycznym transie robią rzeczy mogące zagrozić ich życiu. W najgorszej sytuacji jest syn państwa Morgan, który doznaje paraliżu sennego, który każdorazowo osłabia jego zdrowie. Mały Daniel jest przekonany, że nawiedzająca go we śnie istota w końcu doprowadzi do jego śmierci.

Film Johnantana Hopkinsa był jednym z głośniejszych tegorocznych horrorów. Informacje o nim krążyły w sieci na długo przed premierą zapowiadając dobre kinowe widowisko. Entuzjazm widowni opadł wkrótce po pierwszych pokazach filmu. Nie wiem już co tam konkretnie nie pasowało szanownej publice, mogę za to powiedzieć co nie pasowało mi.

Produkcja kuleje głównie na poziomie scenariusza. Brakuje tu dobrego prowadzenia historii, która szybko staje się niespójna i nielogiczna - pomijając liczne nonsensy - złe wypośrodkowanie napięcia sprawia, że nie wiemy jaki etap tej historii właśnie poznajemy, czy to jeszcze wstęp, czy już finał. Film urywa się bez doprowadzenia widza do punktu w którym mógłby stwierdzić że poznał jakieś konkrety lub zdążył pogodzić się z faktem, że pewne rzeczy mają zostać tajemnicą. Wszystko jest rozpieprzone bez ładu i składu. Nie mogę tego zrzucić na karb celowego zabiegu, bo film bije mainstreamowymi wybiegami po oczach i ciężko mi tu dostrzec aspiracje w kierunku oryginalności. Po prostu ktoś nie przemyślał do końca fabuły.

slumber

slumber

Drugim minusem jest aktorstwo odtwórczyni głównej bohaterki, czyli kreującej panią doktor pracującą we wspomnianej klinice zaburzeń snu. Ma ona osobiste przejścia związane z badanym przez siebie problemem, ale po drewnianej odtwórczyni tej roli nie widać nawet krzty emocjonalnego zaangażowania. Ma w sobie mniej więcej tyle aktorskiego entuzjazmu co hostessa po całym dniu stania w markecie z ekspozycja pasztetów.

"Slumber" ma jednak plusy i tych plusów najbardziej nie mogę odżałować, bo zmarnowały się na ołtarzu kiepskiego scenariusza.

Bardzo podobał mi się główny motyw- koszmary senne, paradoksalnie nie tak popularny w kinie grozy. Twórcom udało się nakręcić masę dobrych scen ukazujących ten problem, mam tu szczególnie na myśli nocne maratony rodziny Morganów. Ujęcia wypadają bardzo ciekawie i profesjonalnie w porównaniu z innymi aspektami produkcji.

Te plusy robią nam na wstępie duży apetyt na ten film, zapowiadają, że będzie klawo. Niestety są to nadzieje płonne jak sami się przekonacie, albo już przekonaliście.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 1/10

wtorek, 10 października 2017

Wish Upon (2017)

wish upon

Nastoletnia Clare Shannon od chwili samobójczej śmierci matki mieszka z ojcem trudniącym się wywozem śmieci, co stanowi przyczynę kompleksów dziewczyny.

Pewnego dnia pan Shannon wraca do domu z wygrzebanym ze śmietnika skarbem - piękną, starodawną pozytywką z chińskimi inskrypcjami. Daje ją w prezencie córce, a tej udaje się ustalić, że wedle chińskich wierzeń przedmiot ten potrafi spełniać życzenia.

Gdy Clare wypowiada jedno z nich nie bardzo wierzy w ich spełnienie. Okazuje się jednak, że pozytywka faktycznie owo życzenie spełnia. Niestety w życiu nie ma nic za darmo, a Clare wkrótce się przekona, że za każde ze spełnionych życzeń przyjdzie jej zapłacić.

wish upon

Nie miejcie złudzeń, "Wish upon" jest typowym teen horrorem, który raczej nie będzie w stanie Was wystraszyć. Jego twórca co prawda kręcił się w okolicy poważniejszych produkcji jako operator i wreszcie jako reżyser, ale scenariusz autorstwa Barbary Marshall nie dał Leonettiemu szansy na stworzenie kina grozy z prawdziwego zdarzenia. Film jest oczywiście bardzo przyjemny, jak to teen horrory, gdzie problemom związanym z dorastaniem zazwyczaj poświęca się więcej uwagi niż aspektom paranormalnym. Tu mamy większą równowagę wątków, więc obraz nie przynosi rozczarowania jakie nieodmiennie mi towarzyszy gdy mam do czynienia z mazgajowatymi nielatami w horrorach.

Nasza boahaterka, dość sympatyczne acz niemożebnie zakompleksione dziewczę, otrzymuje od taty niefartowny prezent. Mimo iż nie dowierza w magiczną moc pozytywki postanawia powierzyć jej swoje marzenie. Marzenie brzydkie, bo dotyczy ukarania niefajnej koleżanki. Niefajna koleżanka dostaje kuksańca z rozbiegu, a rozochocona Clare nie zauważa nawet, że spełnienie marzenia zbiegło się w czasie ze zgonem jej czworonożnego przyjaciela.

wish upon

Wypowiada kolejne życzenie, które pociąga kolejną krwawą zapłatę. Dziewczyna ma do dyspozycji aż siedem życzeń. W końcu, z trudem bo z trudem, zaczyna kojarzyć fakty. Tu rozpoczyna się badanie pozytywki. Ach, rychło w czas, zupełnie jak czytanie instrukcji obsługi po zepsuciu gadżetu.

Fabuła prosta, dość przewidywalna, ale finalnie może przynieść efekt zaskoczenia. Zakończenie przypadło mi do gustu.

Strachu, jak wspomniałam nie będzie tu dużo. Jakieś próby w tym kierunku zostały podjęte, ale mocnych horrorowych scen się tu nie dopatrzyłam. Reasumując, film sympatyczny, niegroźny.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 5

To coś:5

57/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 11 września 2017

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku "House of disappeard" mamy do czynienia z tą samą historię co w "La Casa del fin de los tiempos".

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake'ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza - w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej - na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

Droga w świetle księżyca (1972)

droga w swietle ksiezyca

"Bo kto przysięgę naruszy,  ach biada jemu za życia biada i biada jego złej duszy"

Młody szlachcic Julian Starzeński wraca do rodzinnego dworu z zagranicznych nauk. Tam czeka na niego ojciec, który pragnie by syn zajął się gospodarstwem oraz młoda macocha , której do tej pory Julian nie miał okazji poznać.

We dworze panuje ciężka atmosfera - Podobnie jak i w cały kraju po klęsce powstania listopadowego.

Ukochana Henryka, Katarzyna pragnie jak najszybciej opuścić to miejsce, a i jego syn tuż po przybyciu zaczyna doświadczać dziwnych wizji. Widzi w nich swą zmarło matkę, która upomina się o złożoną przez laty przysięgę.

droga w swietle ksiezyca

"Droga w świetle księżyca" to kino polskie okresu jego świetności- przynajmniej w mojej ocenie. Już dawno miałam go obejrzeć, ale ciągły napływ nowości, na których recenzję najbardziej czekacie odciągał mnie od filmów, które lubię najbardziej. - Że jestem dziwakiem lubiącym polskie horrory to już wiecie.

Scenariusz "Drogi..." podobnie jak w wielu przypadkach filmów z tamtego okresu powstał w oparciu o klasyczną literaturę grozy. Autor opowieści, Amrose Bierce, nie jest tak znany jak Poe czy nawet Lewis, ale Witold Orzechowski twórca filmu upodobał sobie jego twórczość.

W czasie z jednym z późniejszych wywiadów z reżyserem wyjaśnia on dlaczego w czasach PRL polscy filmowcy tak często sięgali po literaturę dawną jako źródło inspiracji. Nie chodziło tu tyle o jej wspaniałość ile o zmylenie cenzury. Czujni cenzorzy widząc obraz, którego akcja rozgrywa się w ubiegłym wieku w odmiennym politycznie czasie nie warczeli tak bardzo.Widzowie cieszyli się na wspomnienie o narodowowyzwoleńczych zrywach i w pakiecie dostawali sporą dawkę romantycznego ducha. A że literatura okresu np. romantyzmu, po którą często sięgano miała w sobie duży pierwiastek niesamowitości, sprawiło to, że Polacy zaczęli kręcić horrory.

Znakiem rozpoznawczym większości starych, polskich filmów grozy jest duża doza melodramatyzmu. Najczęściej pojawia się tu jakaś bladolica demoniczna kobieta i jej roznamiętniony umiazgacz, co tez jest cechą literatury romantycznej. Tak więc Polacy kręcili romantyczne horrory.

"Droga w świetle księżyca" jest jednym z nich. Nie znam fabuły oryginału, ale z tego co wiem to jego autor najczęściej obierał jako miejsce akcji Amerykę Północną i tam rozwodził się nad życiem jej osadników. Witold Orzechowski musiał więc spolszczyć historię i osadził ją w naszej pięknej ojczyźnie w czasach panowania carskiej Rosji.

Film otwiera scena rodem z wiejskich legend. Młody panicz i jego woźnica jadą drogą w świetle wschodzącego księżyca. Nagle woźnica dostrzega na niebie klucz ptaków, frunących w dziwnej konfiguracji. Odczytuje to jako zły omen i nie chce dalej jechać. Panicz nie baczący na zabobony przejmuje lejce i w końcu docierają do ojcowskiego dworu.

droga w swietle ksiezyca

Tam osacza ich dziwna atmosfera,a wkrótce zaczynają się dziać rzeczy niesamowite. Julian zaczyna widywać swoją matkę, która zmarła gdy był chłopcem. W ten sposób przypomina sobie o przysiędze jaką jego ojciec Henryk złożył umierającej: nigdy ponownie się nie ożeni. A Henryk już złamał przysięgę biorąc za żoną młodą guwernantkę/nauczycielkę muzyki.

Piękna Kasia- mnie osobiście jej uroda nie powaliła- wpada w oko młodemu i zaczynają się problemy. Jak duże możecie się spodziewać, znając naturę romantycznych tragedii.

droga w swietle ksiezyca

Klimat filmu przypadł mi do gustu już od pierwszych ujęć na drodze, dalej jest tylko lepiej, bo i mary senne i makabryczne widzenia, ruiny zamczyska, opuszczone cmentarze i lasy zimowe. Wszystko co lubię.

Dla fanów bardziej wyrazistego horroru mamy tu dwa świetnie nakręcone morderstwa. Urągać mogę jedynie na odtwórczynie głównej roli kobiecej- francuskiej aktorki - która ani nie wydała mi się zniewalająco piękna, ani nie powala warsztatem. Rządzi za to brać męska, Mieczysław Voit, czy młody Jerzy Zelnik.

Zdjęcia super, muzyka jeszcze lepsza. Andrzej Korzyński twórca muzyki do chociażby "Panny nikt" przemycił tu nuty z pogranicza szaleństa, pogańskich obrządków i zadbał tym samym o uwydatnienie niepokoi. Ja lubię, kto nie lubi jego strata ;)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa;7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:8

65/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 07 listopada 2016

I Am the Pretty Thing That Lives in the House (2016)

i am pretty thing lives in that house

Młoda pielęgniarka ze złamanym sercem rozpoczyna pracę w starym domu starej kobiety. Jej podopieczna to pisarka z demencją Iris Blom, która niegdyś raczyła swoich czytelników opowieściami grozy o duchach, które żyją w jej domu. Teraz tych lokatorów ma okazję poznać pielęgniarka Lily

"I am the pretty thing..." to nowość produkcji Netflixa, w reżyserii Oz'a Perkinsa - tak syna sławnego Normana Batesa. Ciężko więc się dziwić, że miałam względem tego filmu pewne oczekiwania.

Początek filmu gdzie z ciemności wyłania się rozmyty kadr prezentujący młodą kobietę w kostiumie z dawnej epoki wskazywał, że z dużym prawdopodobieństwem trafiłam tu na mój ulubiony horror kostiumowy, z gotyckim klimatem i bez współczesnych graficznych zagrywek.

W tym też miejscu pojawia się w zasadzie cała opowieść zamknięta w jednym monologu o duchach, które 'gniją' samotnie w domu, w którym dokonały swojego żywota.

i am pretty thing that lives in the house

Ten monolog, jak wspomniałam opowiada w zasadzie cały film, nic ponad to już nie usłyszymy, a nostalgiczne słowa ducha będą się jedynie odbijać od ścian w pusty domu. Są jego jedyną treścią, co mimo  starań stanowi bardzo lichy fundament. Ten fundament nie utrzymał ciężaru oczekiwań jakie widz może stawiać wobec kina grozy.

Bardzo lubię minimalizm, proste historie zamknięte w pięknych ramach, ale w przypadku "I am pretty thing..." trochę przedobrzyli. Tematyka filmu oscyluje na granicy metafizycznych przeżyć, niejasnych przeczuć nostalgicznego smutku. To bardzo dobre połączenie, lubię się trochę zadumać przy historiach z drugiej strony życia, ale ... no właśnie co? Powiem to krótko, film mnie znudził, uśpił i nie wykorzystał swoje szansy na wzbudzenie emocji.

Ta piękna forma, ten ambitny temat spoczął na mieliźnie z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki - nie proporcjonalnie wysoko wobec tego co faktycznie zaoferował.

Mamy tu powolne, powłóczyste wręcz ujęcia z krzesłem przytwierdzonym do ściany jako główny punk praktycznie w każdej ze scen - może to alegoria do filmowego przesłania - jesteś uwięziona.

Mamy narratorkę, która powtarza wciąż tę samą kwestię o gnijących duchach i niemożności wyrwana się z impasu śmierci- bardzo dobry monolog, jeśli słyszy się go raz, ale powtarzany przez ponad godzinę z ogromną częstotliwością traci na sile rażenia i zmienia się w majak i bełkot.

i am pretty thing that lives in the house

Ostatecznie zamiast przezywać artystyczne uniesienie trwałam w zawieszeniu nie mniejszym niż te gnijące duchy, czekając aż coś się wydarzy. Jeśli zamierzeniem Perkinsa było wprowadzenie widza w taki właśnie nastrój to spisał się medalowo. Życie po śmierci jest bardzo nudne.

Pamiętam, że nico podobny motyw wykorzystano w w filmie "Obecność" - i nie chodzi mi o "Obecność" Vana, tylko "Presence". Tam mimo rażąco powolnej narracji i krańcowo pasywnej akcji miałam z seansu pewną przyjemność. Wiedziałam, że toczy się tam jakaś historia. W "I am pretty thing..." miałam wrażenie, że obcuje z chaotycznie posklejanymi scenami kręconymi bez scenariusza. Nie wiedziałam, czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, czy cokolwiek ma zamiar się tu wydarzyć?

Nie mam absolutnie zarzutów względem szkieletu tej historii: mamy dom pełen duchów, szaloną staruszek i jej pielęgniarkę, która jak oświadcza w pierwszych minutach wkrótce dołączy do szeregu duchów domu. No fajnie, proso i konkretnie. Opowiedziano ją jednak w sposób, który nie ma szansy zaciekawić. Na pewno znajdą się widzowie, którzy docenią rozmywające się postaci duchów, czy owo filmowe przesłania o impasie i gniciu, ale w moim przypadku odczucia są cokolwiek chłodne.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 13 października 2016

Lights Out/ Kiedy gasną światła (2016)

kiedy zgasna swiala

Po śmierci drugiego męża Sophie pogrąża się w psychicznym dołku, który uniemożliwia jej opiekę nad synkiem, Martinem. Interweniować musi córka Sophie z pierwszego małżeństwa, młodziutka Becca. To właśnie ona odkryje, że za psychicznym załamaniem matki stoi coś więcej niż żałoba.

"Kiedy gasną światła" jest reżyserskim debiutem Davida Sandberga, który po raz pierwszy miał okazję zabłysnąć w długim metrażu. Inspiracją dla scenariusza był jego króciutki, kilku minutowy mini horrorek pod tym samym tytułem, który nakręcił parę lat wcześniej. Dzięki wsparciu scenarzysty znanymi z sequeli i prequeli mógł rozwinąć swoją historię w pełnometrażowy horror.

Fabuła filmu, jak na nią spojrzeć surowym okiem niczym się nie wyróżnia spośród popularnych nastrojówek.

Główyny motyw przewodni to rozgrywka między obłędem, a nawiedzeniem, choć nie przeprowadzona na zasadzie klasycznego pojedynku dwóch wersji prawdy. Tu oba te motywy uzupełniają się, co tworzy w pewnym sensie nową jakość obydwu motywów. Dla mnie na plus.

W przypadku "Kiedy gasną światła" plakietka 'horror nastrojowy' nie została przypięta przypadkiem z braku lepszego określenia. Ten film ma naprawdę fajny klimat.

kiedy zgasna swiala

Wszystkie straszne sceny zbudowane są na podstawie tego, co reżyser zaprezentował w swoim krótkometrażowym debiucie. Sprawa wygląda następująco. Jest ciemność. W ciemności dostrzegamy 'coś'. Szybko zapalamy światło. Coś znika. Gasimy. Coś znowu się pojawia. Bardzo prosty zabieg i bardzo skuteczny. Oparty na pierwotnym ludzkim lęku przed ciemnością kiedy to wyobraźnia podsuwa nam przerażającą interpretacje słabo widocznego obrazu.

kiedy zgasna swiala

Straszne momenty w filmie nie są więc jakoś szczególnie przekombinowane. Nawet gdy w miarę rozwoju akcji lepiej możemy przyjrzeć się temu co czai się w domu Sophie. Widać w tym zamiłowanie do gatunku i szacunek do widza.

Fabuła nie przynosi niespodzianek, których objawienie spowodowałoby opad dolnej szczęki, ale coś tam sobie wymyślili i nie są to rozwiązania, których mogłabym się czepiać.

Jak wspomniałam technicznie jest dość minimalistycznie, co do aktorstwa też nie mam zarzutów. Teresa Palmer to niezwykle sympatyczne dziewczę i miło się ją ogląda na ekranie. Trudniejszą rolę miała Maria Bello w roli szalonej mamuśki i jak zazwyczaj dała radę.

Film więc całkiem dobry, jak najbardziej do obejrzenia choć nie oszołamiający.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat: 9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Shelley (2016)

shelley

Samotna matka Elena znajduje zatrudnienie na ekologicznej farmie duńskiego małżeństwa. By móc wrócić do swojego synka do Rumunii musi zgromadzić sporą sumę pieniędzy. Pracodawczyni wychodzi do niej z propozycją, która pomoże zarówno Elenie jak i im. Louise nie może urodzić upragnionego dziecka. Jedyną opcją by ona i jej mąż Kasper zostali rodzicami jest usługa surogatki. Elena zgadza się zostać 'inkubatorem' dla ich dziecka. Niestety ta decyzja ma poważne konsekwencje. Ciąża okazuje się dla kobiety wyjątkowo wyniszczająca, na tyle, że ta nabiera przekonania, że dziecko chce są zabić.

Filmy grozy o kobietach w ciąży trochę wieją nudą. Prędzej czy później, jakkolwiek kombinowano by nad fabularnym tłem, pojawia się kalka nieśmiertelnego "Dziecka Rosemary". Tak też jest w przypadku "Shelley".

Początek filmu całkowicie odgradza się od estetyki jaką serwował Roman Polański. Jednak w końcu i tak pojawia się nienarodzone dziecko i jacyś oni, którzy mocno interesują się dzieckiem mając głęboko w poważaniu stan zdrowia matki.

Co prawda myk jaki zastosowano w tym przypadku nie wskazuje jednoznacznie na złe intencje małżonków, którym Elena ma urodzić dziecko. Bardziej podejrzana wydaje się Elena. Tudzież dziecko w jej łonie. Tu mamy klasyczną zagrywkę paranoid thrillera: czy dziecko faktycznie jest trefne, czy może Elena za bardzo się nakręciła?

shelley

Tu mogę Wam zdradzić, że jak na skandynawski thriller przystało sprawa nie zostanie jednoznacznie rozstrzygnięta.

Fabula "Shelley" to więc nic specjalnego. Ciekawie prezentuje się natomiast forma. Bardzo nastrojowe kadry w pierwszej części filmu i sporo dosłownej brutalności w drugiej. To zdecydowanie może się podobać, ale wcale nie musi. Dlaczego? Ano dlatego, że to wyjątkowo stonowany film. Dzieje się tu niewiele tak naprawdę, a wydarzenia przebiegają żółwim tempem. Nie mamy tu skoków napięcia, wszytko idzie jednym rytmem.

Widzowie przyzwyczajeni do bardziej dynamicznych akcji mogą złapać drzemkę. Nie pojawiają się tu nagłe zwroty akcji, ani żadne inne wydarzenia których nie bylibyśmy w stanie przewidzieć. Nie mniej jednak film ogląda się przyjemnie, główne ze względu na jego walory estetyczne w postaci plenerów, scenografii, czy charakteryzacji bohaterów.

shelley

Technicznie to bardzo dobry obraz. Doskonale wykorzystuje motyw przewodni scenariusza: naturę. Wszytko jest tu bardzo naturalistyczne. Problem w tym, że mimo wszytko jest nieco nudnawy. Bardzo komercyjny wątek w bardzo nie komercyjnej ramie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:5

58/100

W skali brutalności:1/10

środa, 20 lipca 2016

Before I wake/ Zanim się obudzę (2016)

before Iwake

Małżonkowie Jessie i Mark stracili syna. Okoliczności jego śmierci nie pozwalają Jess na wyzbycie się poczucia winy. Remedium na smutki a być 'dziecko pocieszenia', czyli adoptowany ośmioletni chłopiec, Cody.

Uroczy dzieciak szybko zjednuje sobie nowych rodziców. Gdy okazuje się, że jest dzieckiem niezwykłym obdarzonym talentem urzeczywistniania swoich snów Jessika wykorzystuje jego umiejętności do urzeczywistnienia wizji powrotu synka zza światów. Niestety, sny nie zawsze są kolorowe i sympatyczne, mały Cody ma swojego prywatnego Freddy'ego Kruegera.

"Befora I wake" jest filmem twórcy takich obrazów jak "Absentia", czy "Oculus". Jego niedanym dokonaniem był też thriller "Hush".

To co w produkcjach Mike'a Flangana zawsze dopisuje to klimat. Nie brakuje mu też niezłych pomysłów, czego dowodem była niezwykle oryginalna fabuła "Absentii". W "Before I wake" mamy i klimat i pomysł, jedyne czego zabrakło to grozy z prawdziwego zdarzenia. Podczas seansu z filmem towarzyszył mi raczej smutek, współczucie dla bohaterów niż lęk.

Mamy tu bardzo solidną dawkę dramatu w postaci szeregu tragedii jakich doświadczyli bohaterowie i z którymi próbują sobie radzić oraz sporą porcję fantasty. A gdzie horror?

Amatorzy kina grozy mogą być tym filmem sromotnie rozczarowani. Nie dlatego, że jest zły, nie dlatego, że źle zrealizowany czy nudny, ale dlatego że słabo spełnia rygory, które pozwalają mu zaliczyć się do grona horrorów. Film nie straszy i nie wiem nawet, czy straszyć zamierzał.

A mimo tego, mnie przypadł do gustu. Może jestem nazbyt wyrozumiała dla twórcy o którego można by wymagać znacznie więcej, ale cóż.

Fabuła filmu, owa dominująca warstwa dramatyczna przekonała mnie mimo pewnej banalności. Mamy rodziców którzy stracili dziecko. W ramach pocieszenia adoptują sobie chłopca w podobnym wieku co ich zmarły jedynak. Sympatyczny Cody również miał nieciekawe przejścia. Od śmierci matki tułał się po rodzinach zastępczych i każda adopcja kończyła się nieszczęściem. Rodzice chłopca znikali, lądowali w zakładach psychiatrycznych etc. Tu zaczynamy myśleć, że może z dzieckiem jest coś nie tak: popieprzony i zły, pomiot szatański, tymczasem naszym oczom ukazuje się Jackob Tremblay w którym zakochani są wszyscy widzowie nominowanego do Oscara "Pokoju". Cody nie może być popieprzony i zły, ale nie znaczy to że wraz z jego pojawieniem się nie zaczną dziać się niepokojące rzeczy.

before Iwake

before Iwake

Niepokojące, czy zachwycające? Zgraja pięknych egzotycznych motyli latająca po salonie, czy zmaterializowana wizja martwego synka, który znowu się uśmiecha. Tajemnica adoptowanego chłopca zostaje rozwikłana. Cody potrafi urzeczywistniać swoje sny. Adopcyjni rodzice Cody'ego postrzegają to różnie. Mamusia najchętniej uśpiłaby Cody'ego na całą dobę zmusiła do wyśnienia jej martwego synka, ojciec zaś niepokoi się złymi snami Cody'ego i pragnie przywrócić mu spokój. Złe sny okazują się wyjątkowo niebezpieczne, pojawia się w nich coś na kształt demona. Demon porywa ludzi i nie zamierza opuścić Cody'ego.

Wstawki z udziałem demona są w zasadzie jedynymi elementami mogącymi przypomnieć widzowi, że ogląda horror. Są jednak dość liche, stuprocentowo komputerowe i na mnie nie zrobiły wrażenia, co innego gwałtowny powrót do warstwy dramatycznej filmu, który w prosty sposób wyjaśnia nam przyczynę złych snów chłopca. Tu znowu robi się bardziej smutno niż strasznie, ale jak mówię, nie przeszkadzało mi to, ostatecznie lubię dramaty. Moim zdaniem lepiej dostać dobry dramat z elementami fantasy niż chujowy horror pazurami trzymający się przymiotów swojego gatunku.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:0/10

piątek, 17 czerwca 2016

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego."Zagłada domu Usherów" jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku "Grobowca Ligeii" Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o "Zagładę domu Usherów" to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

"Zagładę domu Usherów" ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy "Zagłada domu Usherów" Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

środa, 15 czerwca 2016

Yoga/ Joga (2009)

yoga

Hyo-jung zbliża się do trzydziestki i zaczyna tracić grunt pod nogami. Jej chłopak jest miłym chłopakiem i niestety niewiele ponad to. W pracy zaczyna być wypierana przez młodszą i atrakcyjniejszą koleżankę, w związku z czym dopada ją kryzys. Jak sama mówi, stoi nad krawędzi i ma ochotę skoczyć by umrzeć i narodzić się na nowo.

Wtedy właśnie spotyka dawną znajomą, która przeszła swoista metamorfozę, a wszytko to za sprawą ekstremalnego kursu jogi. Hyo-jung postanawia udać się na te same zajęcia. Tak trafi do posiadłości, której właścicielką jest niegdysiejsza gwiazda kina i to ona wprowadzi dziewczynę w ostatni krąg wtajemniczenia. Jednak zanim to nastąpi Hyo -jung musi udowodnić, że zasługuje na zgłębienie tajemnicy najwyższego piękna i perfekcji. Wraz z kilkoma innymi bidulkami musi wytrzymać tydzień surowej tresury i bezwzględnie przestrzegać zasad, w przeciwnym razie...

yoga

Pierwszy raz zetknęłam się z tym obrazem kilka lat temu i pamiętam, że spodobał mi się od razu. Teraz, kiedy naszło mnie na skośne kino grozy postanowiłam odświeżyć właśnie ten obraz. Jest to film Koreański, więc w mojej ocenie praktycznie pewniak. Taktuje o lękach współczesnych kobiet, nie tylko tych z krajów Azjatyckich.

Hyo-jung jest jedną z wielu kobiet, które czują, że nie wykorzystują swojego potencjału. Zamiast być wiecznie piękną, młodą i idealną jest zwykłą dziewczyną nieradzącą sobie z presją pracy jako prezenterka telezakupów. Jeszcze trochę i całkiem wypadnie z obiegu. Desperacja pcha ją w szpony ekstremalnych technik odnowy - fizycznej i duchowej.

yoga

Wraz z nią do królestwa jogi trafiają inne kobiety borykające się z podobnymi kłopotami. Przez lwią cześć filmu widzimy jak kobiety walczą z ze sobą. Powstrzymują się przed tym co zakazane i starają się sprostać wymaganiom kursu. W końcu kolejno wymiękają, a konsekwencje złamania zasad są o wiele gorsze niż wydalenie z kursu.

yoga

A co z tą której się uda? Czy perfekcja jest w ogóle możliwa dla zwykłego człowieka?

Jak na skośny horror przystało mamy tu spora warstwę paranormalną, która w drugiej części filmu zaczyna górować nad warstwą psychologiczną. Będą więc czarnowłose upiory i zjawiska nie z tej ziemi. Jest to jednak tylko środek do tego by ukazać jak niszczącą siłę nosi w sobie każdy człowiek.

Wedle mojej oceny to dobrze przemyślany film. Jest w nim wszytko co być powinno, a środki przekazu, są typowe dla kina azjatyckiego. Jest w tym groza ale i subtelność, jest wszytko to, co nam Europejczykom wydaje się dziwaczne i odmienne.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 12 czerwca 2016

White Noise/ Głosy (2005)

&

White Noise 2: The Light/ Głosy 2 (2007)

głosy

głosy

Horrory "Głosy"  i "Głosy 2" poruszają wątek komunikacji z zaświatami. O ile w przypadku pierwszego faktycznie mamy do czynienia z tytułowymi głosami, które zostają zarejestrowane przy pomocy aparatury EVP o tyle w przypadku sequelu bohater nie tyle słyszy osoby z zaświatów, ile dostrzega kto wkrótce dołączy do świata zmarłych. Obydwa filmy różnią się od siebie zasadniczo jeśli idzie o główny wątek, ale tak to bywa gdy kontynuacja danej produkcji przechodzi w ręce zupełnie innych twórców.

"Głosy" nakręcone w 2005 roku przez reżysera zajmującego się głownie produkcjami telewizyjnymi spotkały się z uznaniem widzów. Krytycy entuzjazmu raczej nie podzielali i trudno się temu dziwić, bo wątek nagrań z tamtej strony jest bardzo popularny w kinie grozy i ciężko wprowadzić do niego jakieś innowacje. Dodatkowo relatywnie niewielki budżet i mało znane nazwiska twórców nie obligowały krytyków do cieplejszych reakcji. Gdyby za ten sam film miał odpowiadać ktoś ceniony w świecie kina opinie krytyków byłyby zupełnie inne, a dystrybutorzy postaraliby się by powtarzalność schematu przedstawić jako hołd klasycznemu ghost story.

"Głosy" mimo letnich emocji przedpremierowych zyskały uznanie publiczności, a nakręcenie sequelu filmu jest tego najlepszym dowodem.

Mnie film przypadł do gustu, ale raczej nie postawiłabym go na podium ulubieńców.

Fabuła filmu traktuje o wdowcu, który w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił ukochaną żonę. Mało tego kobieta była w ciąży więc żałoba mężczyzny jest podwójna. Pewnego dnia John Rivers spotyka osobliwego amatora EVP. Raymond, który przed laty stracił ukochanego synka zdołał stworzyć swoisty kanał komunikacji z 'tamta stroną'. Od lat nagrywa głosy zmarły, którzy chcą skomunikować się z żyjącymi bliskimi. Teraz do Raymonda zgłasza się zmarła żona Johna.

Podobnie jak niegdyś Raymond tak teraz John odnajduje pocieszenie w nowym zajęciu. W pewnym momencie ze zdziwieniem odkrywa, że kontakt przy pomocy EVP jest bardziej złożony i nie polega tylko na odławianiu wiadomości z tamtej strony.

głosy

Od tej przełomowej chwili akcja nabiera rozpędu, ale nie następuje on na zasadzie nieprzewidzianego zwrotu akcji. Jest raczej konsekwencją sprawnie zbudowanego napięcia, które w tym momencie doszło już do określonego etapu.

Pierwsza partia filmu, gdy bohater przeżywa żałobę i towarzyszące jej ekscesy związane z głuchymi telefonami z numeru zmarłe żony mogą wzbudzić spory niepokój. Kamieniem milowym jest jednak moment, w którym John zasiada za aparaturą i odbiera pierwsze komunikaty z tamtej strony.

Sceny komunikacji są w zasadzie jedynymi, które mogą spełnić wymogi gatunkowe horroru. Wypada to nie licho choć miłośnicy bardziej nachalnych emanacji duchów mogą być rozczarowani. Mnie to całkowicie zadowoliło, bo nie lubię przesady.

Z biegiem czasu wszytko nabiera rozpędu aż do finału, który nie do końca spełnił moje oczekiwania. Mimo to uważam, że film ma więcej plusów niż minusów.

Weźmy choćby wątek przewodni, czyli motyw EVP, aparatury, która pozwala odłowić komunikaty wysyłane zza światów. Nie jest to jakaś totalna lipa i wymysł twórców filmu, bo już od lat '30 XX wieku trwają badania mające potwierdzić, że to co można zarejestrować gdzieś na granicy szumu jest głosem zmarłych chcących w ten sposób przekazać wiadomość żyjącym. Sprawą interesował się sam Thomas Edison, a dziś mimo wielu sceptycznych głosów na ten temat, wiele osób roszczących sobie prawa do miana łowców duchów posiłkuje się sprzętem zbudowanym na bazie EVP.

głosy

Drugi ogromny plus daję za subtelność. Twórcy nie skupili się na stworzeniu najbardziej odjechanych wizualizacji duchów, lecz na sugestii. Coś tam widać, coś tam słychać. To coś nie wyskoczy z szafy nie zwiśnie pod sufitem. Wszystkie działania mające na celu wzbudzenie niepokoju są każdorazowo podkreślane stosowną tonacją ścieżki dźwiękowej.

Trzeci plus za obsadę, tu głównie za Michaela Keatona, który dużo zdziałał w kwestii budowy warstwy dramatycznej filmu. Ostatecznie to właśnie ona dominowała nad tym co w filmie paranormalne.

To udany film, ale raczej nie dla amatorów silnych wstrząsów i dosłownych zagrań.

Sequel powstał już w dwa lata po komercyjnym sukcesie jedynki. Sprawę przejęli amatorzy remake'ów, którzy jak dotąd nie zrobili nic co zwaliłoby mnie z nóg, albo zaskarbiło choć odrobinę sympatii. Nie mam złudzeń względem motywacji jaka natchnęła obydwu panów do pracy nad sequelem "Głosów".

A sequel jak sequel, jest nieco desperacką próbą powtórzenia sukcesu pierwszego filmu. Szczęśliwie nie jest żałosną kalką, wprowadza sporo nowości. Punktem wspólnym jest bohater, który straci żonę i dziecko po czym dostaje od losu możliwość ingerencji w świat zmarłych.

głosy

Tu nie chodzi o komunikacje, nie chodzi o nagrania i głosy. Abe w wyniku śmierci klinicznej nabawił się zdolności widzenia tego, co mogę nazwać 'aurą śmierci'. Mężczyzna dostrzega unoszący się nad niebawem martwym człowiekiem świetlny rozbłysk. Co w związku z tym może zrobić widząc, że ktoś 'śmiertelnie lśni'? Ano, może go ratować. Co z tego wyniknie? Możecie się domyślić i pewnie przyjdzie Wam to równie łatwo jak mnie.

W zasadzie można by ten film spokojnie potraktować jako odrębną produkcję. Przypięcie do niej znanego tytułu było uzasadnione komercyjnym zagraniem, niczym więcej.

głosy

Film ma zupełnie inny klimat, w zasadzie ciężko mi go nazwać horrorem. To takie trochę "Zdarzyło się jutro" z mniej pogodną muzyką i mało optymistyczną pointą. Na dobitkę dorzucono tu jeszcze wątki religijne. Takie pokraczne i zupełnie nie wpasowane, jakby wstawione w desperacji, bo 'czegoś nam brakuje'.

Oczywiście może się podobać, ale jak dla mnie był zbyt przewidywalny bym mogła uznać seans z nim za atrakcyjny, a innych przymiotów po za fabułą na których można by skupić uwagę praktycznie nie posiadał. Jak dla mnie produkcja zbędna. Jak to sequel:)

Moja ocena:

Głosy: 7/10

Głosy 2: 5/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl