What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: ghost story

środa, 24 maja 2017

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

"Danza Macabra" to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność - owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. "Daza macabra" to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W "Danza macabra" wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 22 maja 2017

P aka Possession (2005)

p

Młodziutka dziewczyna opuszcza tajlandzką wioskę i przybywa do Bangkoku by zarobić na lekarstwa dla chorej babci. Na miejscu trafia do klubu go-go i przyjmując imię Dau zostaje prostytutką.

W niewdzięcznym świecie pomaga sobie za pomocą magii, której nauczyła ją stara babcia. Niestety Dau nie przestrzega zasad jakie rządzą światem czarów i wkrótce wpada w kłopoty.

"P" w języku tajskim oznacza tyle co "duch". Duchów jednak w tym filmie niewiele, choć nadal mieni się on mianem horroru.

Dużo większą uwagę, przynajmniej tak było w moim przypadku, przykuwa warstwa dramatyczna filmu. Tajlandia słynie z seks turystyki i to ona jest przewodnim tematem filmu Paula Spurriera. Tak, jest to film napisany i nakręcony przez Brytola, ale  w języku tajskim i z tajską, przynajmniej w większości, obsadą. To chyba generalnie ewenement. Sama sięgnęłam po niego by trochę bardziej przyjrzeć się tajskiemu kinowi grozy.

"P" na tle znanych mi produkcji z tego kraju wcale nie wypada najgorzej, choć pewne uwagi mam. Efekty chociażby, nie obyło się bez nich w drugiej partii filmu gdzie tytułowy duch zaczyna działać, i mogłyby być  lepsze technicznie.

Druga rzecz, to mało horroru w horrorze. Warstwa dramatyczna, to powiedzmy, tło społeczne, praktycznie zdominowało resztę wątków w tym wątek paranormalny. Mówię o tym tylko dlatego, że miłośnicy czystości gatunkowej mogą kręcić nosem. Sama jestem zdania, że takie rozbudowanie wątków obyczajowych wyszło filmowi na zdrowie. W porównaniu z częścią filmu skupioną na klątwie jaka spadła na Dau wypadają dużo ciekawiej.

p

Jeśli więc chodzi o tą najbardziej interesująca Was część, czyli to co nadnaturalne w fabule, to mamy tu generalnie średniawkę. Nie chcę Wam w tym miejscu zdradzić szczegółów tego co stało się z Dau, ale raczej nikt z Was nie padnie z zachwytu nad takim zagraniem.

P

Całość ogląda się bardzo sympatycznie. Mamy tu sporo ciekawych bohaterów, także tych z dalszego planu, niezłe dialogi i aktorstwo oraz świetną muzykę. Serio, soundtracki powinny przykuć Wasza uwagę. Ogólny klimat filmu jest dość przygnębiający, ale nie może być inaczej jeśli mowa jest o ciemnej stronie atrakcji turystycznych Azji. Zdjęcia fajnie portretują tą ciemną stronę.

Dla mnie jak najbardziej okej, choć ze swoją oceną będę raczej w mniejszości.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

56/100

W skal brutalności:2/10

niedziela, 30 kwietnia 2017

Rings (2017)

rings

Holt i Julia są parą. Gdy chłopak wyjeżdża na studia do innego miasta Julia cierpliwie czeka na każdą rozmowę i spotkanie. Jak się wkrótce okaże Holt pochłonięty studenckim życiem niefortunnie wplątał się w coś gorszego niż mogła przewidzieć jego dziewczyna.

Gdy Julia odbiera wiadomość od przerażonej koleżanki z roku Holta czym prędzej zjawia się na kampusie. W ten sposób okrywa, że Holt wziął udział w naukowym eksperymencie badającym znaną "taśmę śmierci". W wyniku seansu z Samarą Morgan zostało mu tylko kilkanaście godzin życia. Julia podejmuje heroiczną walkę o życie swojego chłopaka.


rings

Długo przyszło nam czekać na kolejny sequel "Kręgu". Dopiero po kilkunastu latach amerykańska wytwórnia podjęła próbę pociągnięcia tematu i tak, oto przed Państwem "The Rings".

Jak wspomniałam najnowsza produkcja jest sequelem a więc kontynuacją wydarzeń jakie miały miejsce w "Kręgu" i "Kręgu 2" - mam tu oczywiście na myśli amerykańskie remake japońskich horrorów.

Nie zobaczymy tu jednak Naomi Wats i jej dziwacznego synka, lecz zupełnie nowych bohaterów: młodych, pięknych, zakochanych. Fabula 'trójki' jest powiązana z tym co widzieliśmy do tej pory. Mamy więc zabójczą kasetę po obejrzeniu, której delikwent umiera zabity przez ducha Samary Morgan, dziewczynki, którą zatroskana matka wrzuciła do studni. Jesteśmy też bogatsi o informacje zawarte w kontynuacji, czyli 'dwójce' - skopiowanie zabójczego nagrania i pokazanie go komuś oddala od Ciebie klątwę Samary.

Nasz młody bohater, Holt pod przewodnictwem profesora akademickiego obejrzał owe nagranie, podobnie jak parę innych biednych dusz. Widmo śmierci już nadciąga, gdy z odsieczą pojawia się jego ukochana, Julia.

Dziewczyna podejmuje heroiczną decyzję, że obejrzy skopiowane przez Holta nagranie i tym samym ochroni go. Zamiast jednak tą sama droga uratować siebie postanawia położyć kres klątwie i dociec prawdy o Samarze.

rings

Z uwagi na to, że wszytko co mogliśmy się o niej dowiedzieć zostało powiedziane w dwóch poprzednich częściach, tu scenarzyści postanowili wziąć w obroty biologiczną matkę Samary. Tak, tą która wedle poprzednik ustaleń miała powić dziecko 'demona z głębin'. Scenarzyści 'trójki' obrali jednak inną ścieżkę. Czy mnie to dziwi? Nie.

Już zapowiedzi pojawienia się "Rings" po tylu latach od premiery ostatniego tytułu sprawiło, że nabrałam przekonania, że nic z tego nie będzie. Mało kiedy zdarza się, że kontynuacja nakręcona po takim czasie była dobra, a te kilkanaście lat poświecono na gruntowne przemyślenie sprawy. Najczęściej jest tak, że studio z braku lepszych komercyjnie pomysłów zleca wygrzebanie takiego trupa i do społu z zupełnie innymi ludźmi próbuje go reanimować. A, że minęło tyle i tyle czasu nikt nie zadaje sobie trudu by podejść poważnie do kontynuowania wcześniejszych filmowych założeń.

Nowy "Rings" praktycznie niczym nie przypomina starych "Ringów". Klimat zniknął bez śladu, akcja poszła w zapomnienie.

Mamy więc nowy film złożony ze starych składników połączony z kilkoma nowymi i złożony w niekoniecznie konsekwentną całość. Gdyby nie migawki z kaset, które doskonale pamiętają fani "Kręgu" i kilku ujęć z Samarą nikt nie rozpoznałby w tym kontynuacji.

rings

Dla mnie film zupełnie zbędny. Szczęście w tym, że nie spodziewałam się, że będzie inaczej, więc nie mogę mówić o rozczarowaniu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 14 kwietnia 2017

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat '60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, "Bye Bye Man" nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

"Bye Bye Man" stanowi kompilacje wątków ghost story i slashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym "Koszmarze z Ulicy Wiązów".

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc "Bye Bye Man" mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 06 kwietnia 2017

The Devil's Candy (2015)

devils candy

Malarz Jessie wraz z żoną Astrid i nastoletnią córką Zooey kupuje nowy dom w Teksasie. Wkrótce zjawia się tam Ray, syn poprzednich właścicieli, mocno pojechany typ.

Mniej więcej w tym samym czasie Jessie wpada w twórczy amok, malując do szczętu przesiąknięte mrokiem obrazy. Na jednym z nich jego córka umiera w płomieniach.

"Devil's Candy" jak wynika z opisu stanowi przykład podręcznikowego ghost story i takim w gruncie rzeczy jest, aczkolwiek wyróżnia się tym i owym.

Scenariusz i reżyseria filmu to zasługa Seana Byrne'a, twórcy o dorobku niewielkim ale raczej konkretnym. To on swego czasu nakręcił mocno porąbany "The loved ones".

Jego nowy film, "Devils candy" mimo iż spokojnie mieści się w ramach klasycznej historii o nawiedzonym domu wyróżnia się na tle pospólstwa gatunkowego.

Tak, możecie mi zarzucić stronniczość, ale z miejsca polubiłam jego bohaterów. Wszyscy słuchają heavy metalu, córuchna w koszulce Motorhead, tatuś w Metallice, mamcia ma niebieskie pasemka. Zawsze chciałam mieć niebieskie włosy;(

devils candy

devils candy

Metalowe riffy robią za muzykę filmową stosownie nakręcając klimat. Filmowe wydarzenia przebiegają niespiesznie po równym torze. Doprawdy nie ma tu nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o środki operowania grozą. Widać, że budżet filmu był niewielki. Mimo to nie nudziłam się w czasie seansu z tym obrazem i oglądało mi się go do prawdy przyjemnie.

Odnoszę wrażenie, że film został zrobiony z myślą o fanach muzyki metalowej i im jak mniemam może się spodobać: tylko głośny heavy metal może uratować przed opętaniem ;). Dla reszty widzów jak przypuszczam będzie to tylko kolejny horror o nawiedzonym domu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W sakli brutalności:1/10

środa, 22 marca 2017

Lemon Tree Passage/ Spustoszenie (2015)

lemon tree pasage

Grupa turystów, Australijczycy Geordie i Oscar i zapoznani niedawno Amerykanie Maya, Amelia i Toby spędzają wakacje w Nowej Południowej Walii gdzie znana jest legenda o duchu motocyklisty, którego spotkać można na drodze Lemon Tree.

Młodzi postanawiają przekonać się o prawdziwości legendy i pod osłoną nocy wybierają się do nawiedzonego miejsca. Udaje im się zauważyć kulę światła, którą biorą za ducha. Od tego spotkania wszytko zaczyna zmierzać w złym kierunku.

"Spustoszenie" to reżyserski debiut dwóch Australijczyków, którego jednak do udanych ciężko zaliczyć. Oczywiście na tle większość mocno przeciętnych, albo wręcz słabych filmowych horrorów nie wypada jakoś wybitnie źle, ale też nie wybija się ponad niski poziom.

Fabularny wstęp kazał mi sądzić, że będę tu miała do czynienia ze slasherem. Australijskie rąbanki często gęsto wypadają bardziej makabrycznie niż te amerykańskie, więc tego też oczekiwałam.

Mamy grupę pięknych i młodych, którzy dokazują razem na plaży, a później snują straszne opowieści przy ognisku - slasher jak w mordę strzelił - a jednak.

lemon tree pasage

Legenda jaką tu usłyszymy jest jedną z wielu urban legends, opowiadanych ku przestrodze. Ta dotyczy zbyt hulaszczej jazdy na odcinku drogi zwanej Lemon Tree Passage. Bohaterzy postawiają sprawdzić, czy stosując się do wskazówek zawartych w strasznej opowieści o duchu motocyklisty uda im się zobaczyć prawdziwe dziwo. I cóż, Drodzy Państwo, udaje im się i na tym się nie kończy.

Ciemną nocą nie napotkają w na odludnej drodze świra uzbrojonego w lewarek, tu zaczyna się ghost story, które jest właściwym gatunkiem dla tego filmu.

lemon tree pasage

Szybko przechodzimy do upiornych wizji jakich doświadcza jedna z bohaterek. Jej makabryczne sny stają się coraz bardziej realne aż do finału, który przebiega szybko i gładko. Dowiadujemy się oczywiście co też zdarzyło się w okolicy Lemon Tree Passage i jest to historia jakich wiele w gatunku, nie oczekujcie zaskoczenia.

Główne założenia fabularne oparte są na znanych schematach i twórcy próżno próbowali od nich uciec kombinując nieco z narracją. Z tego kombinowania wyszedł niezły bigos i jeśli o mnie chodzi szybko odechciało mi się szukać logiki w tym chaosie.

Nie dostrzegłam w tej produkcji żadnego elementu zasługującego na szczególną uwagę, czegoś co warto by pochwalić. Horror jakich wiele, zerknąć można jednym okiem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

 46/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 12 marca 2017

Sadako vs Kayako (2016)

sadako vs kayako

Dwie japońskie nastolatki, Suzuka i Yuki będą miały okazję sprawdzić na własnej skórze prawdziwość dwóch znanych, lokalnych legend. Pierwsza z dziewcząt wraz z rodzicami wprowadza się do dzielnicy z 'domem klątwy', gdzie duch Kayako zabija każdego kto przekroczy jego próg. Yuki zaś chcąc pomóc przyjaciółce w przegraniu starej taśmy VHS na DVD staje się ofiarą morderczej kasety stworzonej przez innego ducha, Sadako.

sadako vs kayako

Ale ubaw. Kiedy zobaczyłam w internetach tytuł "Sadako vs Kayako" myślałam, że to żart. Gdyby była by to produkcja amerykanów, którzy sprzedali nam niejeden pasztet w tym stylu, choćby "Freddy vs Jason" łatwiej byłby mi w to uwierzyć, ale Japończycy? Szczerze, miałam o nich lepsze zdanie i sądziłam, że ośmieszą swoich horrorowych perełek dla taniej komerchy. Ale cóż, może wcale nie mają "Kręgu" i "Klątwy" za wspomniane perełki? Osobiście widziałam wiele lepszych skośnych filmów. Z resztą, kto trafi za Japończykami? Na pewno nie Europejczycy:)

Zasiadłam więc do seansu z filmem spodziewając się całkowitej porażki na polu horroru. Okazało się, jednak, że Koji Shiraishi (min. twórca niesławnego "Grotesque") wybrnął z temat z iście hollywoodzkim uśmiechem na ustach.


Kompilacja dwóch najsłynniejszych japońskich horrorów okazała się bowiem bardzo amerykańska. Zamiast pokrętnej, trudnej do odczytu dla zachodu fabuły mamy klasyczny, schematyczny i prosty jak drut scenariusz oparty na motywach często wstępujących w Hollywood i nakręconym w hollywoodzkim stylu z wartką akcją - nawet Sadako przyspieszyła i kasowała ludzi w dwa dni, bo na co tu czekać.

Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Ortodoksyjni fani oryginalnych serii "Krąg" i "Klątwa" pewnie będą srodze zniesmaczeni, ale Ci, którzy omijali skośne filmy ze względu na ich specyfikę tym razem mogą spokojnie znaleźć tu coś dla siebie, bo w zasadzie azjatycki klimat jest tu mało odczuwalny, przynajmniej jak na moje oko.

Reżyser wyciągnął z obydwu obrazów to co najlepiej sprzedawało się na zachodzie. Mamy tu dużo scen nastawionych na wpędzenie widza w popłoch, np. Kayako spełzająca po schodach, czemu towarzyszy 'ten' charakterystyczny dźwięk. Film jest takimi chwytami wyładowany, co też nie jest typowe dla azjatyckiego kina i jego subtelności w straszeniu - no chyba, że olejemy ghost story i weźmiemy japońskie gore, wtedy to już kurwa zero zasad.

Motyw przewodni, czyli japońskie miejskie legendy potraktowano w dosyć lajtowo, na zasadzie ciekawostki, którą chce się sprawdzić, ale niewielu traktuje ją poważnie. Dopiero kolejne serie zgonów sprawiają, że sprawa nabiera większej wagi, przynajmniej w mikro środowisku ofiar i świadków zdarzeń. Można powiedzieć, że japońskie duchy zostały potraktowane z przymrużeniem oka, co za pewne ma swój urok.

sadako vs kayako

Film nie w moim guście, ale nie mogę powiedzieć, by był tragiczny, zły, etc. Mogę negować całej założenie tego przedsięwzięcia, ale mówiąc szczerze nie jestem wielką miłośniczką, ani oryginalnego "Kręgu" ani "Klątwy", więc nie czuje się urażona jako widz. Bawiłam się całkiem nieźle, nie nudziłam zbytnio, ale żebym mogła Was do seansu zachęcić trzeba by czegoś więcej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 12 lutego 2017

Don't Knock Twice/ Baba Jaga (2016)

baba jaga

Nastoletnia Chloe wychowanka domu dziecka  wprowadza się do swojej matki. Niesie ze sobą bagaż przykrych doświadczeń i coś jeszcze... klątwę przywleczoną z owianego złą sławą domu rzekomej czarownicy.

Dziewczyna wierzy, że zniknięcie jej kumpla i dziwne zdarzenia rozgrywające się wokół niej są efektem dwukrotnego zastukania w drzwi przeklętego domu. Pytanie tylko, ile jest prawdy w starym micie.

baba jaga

"Baba Jaga" to horror nakręcony przez twórce "Machine" we współpracy z twórcami "The Howl" i licznych filmów animowanych dla dzieci. Takie połączenie trendów daje nam owszem horror, ale raczej z kategorii teen horrorów, lekkostrawnych fabularnie i z raczej podłogowym poziomem grozy.

Amerykańska moda na poniewieranie demonami z Europy Wschodniej znalazła tu swoje miejsce, w osobie tytułowej Baby Jagi. Antagonistka została wykorzystana w stosownie niedbały sposób i tylko jedna kwestia mówiona z filmu wskazuje na jej rodowód. Zakładając, że słuch mnie nie oszukał, podobnie jak w "Kronice opętania" pojawił się tu dialekt z siódmego kręgu piekła, czyli język polski.

Fabuła filmu skupia się na zaprezentowaniu niszczącego wpływu przywleczonej przez Chloe klątwy i próbach jej zdjęcia.

baba jaga

Zarówno początkowa, jak i środkowa partia filmu wieje straszną nudą. Zarejestrowałam jedną dobrą scenę, z emanacją ducha w domu matki Chloe i to na tyle jeśli idzie o paranormalne wrażenia godne uwagi.

Finisz fabuły to dwa zwroty akcji nałożone jeden po drugim. Gdyby rozciągnąć to trochę w czasie być może ów zabieg osiągnął by pożądany efekt. A tak, dwa niewypały jeden po drugim.

Nie jest to film niskobudżetowy, ale i tak nie bardzo mogę pochwalić realizacje, bo jest przeciętna po prostu.

Podsumowując, film dla niewymagających.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 09 stycznia 2017

The Disappointments Room(2016)

pokój rozczarowan

Dana,jej mąż David i synek Lucas przeprowadzają się do 'nowego, starego domu'. Kobieta boryka się z depresją po ostatnich wydarzeniach w życiu, a nowe okoliczności przyrody mają ją z niej wyciągnąć. Zamiast tego przeprowadzka pogarsza jej stan. Dana jest przekonana, że przeszłość domu jest naznaczona przez tragedię będącą udziałem dziecka. Stosownie dziwne zjawiska rozgrywające się w budynku tylko ją w tym przekonaniu utwierdzają.

"Pokój rozczarowań", bo tak można tłumaczyć tytuł, stawi podręcznikowy przykład współczesnego ghost story okraszonego elementami paranoid thrillera.

Jego współtwórcą jest aktor znany ze "Skazanego na śmierć",  zaś reżyser jest wyspecjalizowany w thrillerach z motywem seryjnych zabójców. Skąd więc pomysł z ghost story? Doprawdy nie wiem.

Tak czy inaczej mamy to do czynienia z obrazem mocno osadzonym w schemacie co jednych ucieszy, bo film w gruncie rzeczy spełnia założenia gatunku i wywiązuje się ze spełniania oczekiwań miłośników tego typu filmów, z drugiej może rozczarować typowością i topornością treści i wykonania.

pokój rozczarowan

Elementem, który dobrze działa na rzecz filmu jest nazwisko Kate Beckinshale w obsadzie. Szczerze mówiąc jej aktorki warsztat nigdy nie zwalał mnie z nóg, ale przyznać muszę, że przyjemnie mi się na nią patrzy. Z resztą mówiąc szczerze, rola Dany wyzwaniem wielkim nie była.

Już po filmowym opisie łatwo wpaść na trop tego, na czym będzie opierać się fabuła filmu. Będzie to bowiem klasyczna rozgrywka, której przedmiotem będzie dylemat: czy bohaterka z racji swojej traumy jest bardziej wyczulona na obecność duchów - dom jest nawiedzony, czy też odstawienie leków spowodowało u niej falę objawów psychotycznych - obłęd.

pokój rozczarowan

Nic nowego, Drodzy Państwo, mogłabym teraz jak z rękawa sypać tytułami filmów gdzie mieliśmy bliźniaczy motyw przewodni.

Jest to więc film typowy, ale wcale nie zły. Zrealizowany jest przyzwoicie. Scenarzysta pokusił się o stosownie dołujący wątek historii byłych mieszkańców domu, co pewnie w wielu przypadkach zadziała. Przeprawa przez kolejne elementy fabuły odsłaniające 'mroczna tajemnicę' przebiega bez większych zgrzytów i jak będziecie mieli dobry dzień to może nawet nie uznacie tego za nudne.

pokój rozczarowan

Ładna sceneria, ładniuśkie zdjęcia, nie najgorsze efekty. Strachu wielkiego tu nie uświadczycie, ale jeśli chodzi o mnie już nawet przestałam tego oczekiwać od współczesnych twórców kina grozy. "Pokój rozczarowań" to jeden z tych filmów, które nie bardzo mam za co pochwalić, ale też nie mam za co szczególnie zrugać.  Generalnie można zalukać, bez większych oporów, ale też bez większych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 03 stycznia 2017

Incarnate (2015)

Incarnate

Doktor Ember jest nietypowym pogromcą demonów. Nie uznaje ani doktryn religijnych, ani żadnej ze znanych formuł rytuału egzorcyzmów. Nie mniej jednak z dużą skutecznością pozbywa się z ciał opętanych duchowych pasożytów. Czyni to dzięki zdolnościom, można rzec telepatycznych, które pozwalają mu na wnikanie w umysł ofiary i eksmitowanie z niego złego lokatora. Swoja pracę wykonuje od czasu, gdy tragiczny wypadek uśmiercił jego bliskich, a jego samego usadził na wózku inwalidzkim. To wtedy po raz pierwszy na jego drodze stanął demon, z którym walczy do dziś.

"Incarnate" pewnie odstraszył część z Was niskimi ocenami i kiepskimi recenzjami, więc dziś dla odmiany poczytacie o pochwałach, bo debiutancki horror Brada Peytona przypadł mi do gustu.

Tak, jest to kolejny film o opętaniu, a więc kolejny amerykański horror religijny, a jednak wyróżnia się na tle tego, do czego zdążyliśmy przywyknąć, choć... paradoksalnie silnie nawiązuje do klasycznego filmu "Egzorcysta". Nawiązuje w sposób bardzo swobodny wcale nie wypierając się schematu, którym podąża. Wręcz przeciwnie, reżyser wykłada karty na stół, pokazując, że ma dystans do podobieństw między swoją produkcją a starym horrorem.

Drugim filmem z którym z pewnością "Incarnate" Wam się skojarzy jest seria "Naznaczony" Jamesa Wana. Punktem wspólnym jest oczywiście motywy oniryczne, wnikanie w umysł nieświadomego niczego człowieka w czasie snu. Tak jak w przypadku Wana była to oryginalna recept na nawiedzenie tak w przypadku "Incarnate" użyto zbliżonej formuły dla opętania i egzorcyzmu. Wierzcie mi, to miła odmiana od recytacji rytuału rzymskiego, lania święconą wodą i powykrzywianych twarzy ludzi przywiązanych do łóżka. Tu zarówno samo opętanie jak i egzorcyzm ma inny przebieg. Nie myślcie tylko, że jest to wybitnie ambitne podejście do tematu, które zwali Was z nóg - uważam po prostu, że to miła odmiana.

Incarnate

Incarnate

Do gustu przypadła mi też sama postać 'egzorcysty'. Nie jest księdzem, ma podejście bardziej naukowe, a sam egzorcyzm opiera się na perswazji. Demony są tu bardziej podstępne, nie katują opętanego lecz 'usypiają go' wysyłając w krainę ułudy zbudowanej z marzeń opętanego. Z resztą nasz Doktor nie jest skłonny wiązać ich, z którąkolwiek z religii, traktując duchowych pasożytów raczej jako uniwersalne zło, które zagraża ludziom. W tej roli dobrze aktorsko spisał się Aron Eckhart, choć cała obsada daje rade w mojej ocenie.

Może dlatego, że ostatnio ciężko utrafić sensowy film z motywem opętania, ten całkiem przyzwoity twór, tak mile mnie zaskoczył.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 29 grudnia 2016

The Autopsy of Jane Doe/ Autopsja Jane Doe (2016)

jane doe

Nazwiskiem Jane Doe zwykło określać się niezidentyfikowane zwłoki. Z takim właśnie przypadkiem ma do czynienia wdowiec Tony Tilden, któremu powierzono wykonanie sekcji zwłok młodej dziewczyny pochowanej w piwnicy pewnego domu. Gdy mężczyzna wraz z synem, Austinem, przystępuje do rutynowej autopsji okazuje się, że odkrycie okoliczności śmierci dziewczyny będzie trudniejsze niż mógł się spodziewać, co więcej w czasie sekcji zaczyna dochodzić do wydarzeń, które ciężko zracjonalizować.

O "Autopsji Jane Doe" było głośno już od jakiegoś czasu. Głównie za sprawą jej twórcy słynącego z raczej niesztampowego podejścia do gatunku. Ja swoim zwyczajem starałam się unikać szperania po newsach zdradzających coś więcej na temat tej produkcji. Miałam przeczucie, że będziemy tu mieli do czynienia z kolejnym body horrorem, ale to prawda tylko po części.

jane doe

Pierwsza połowa filmu zdecydowanie spodoba się fanom filmów grozy, gdzie hojnie eksponuje się 'bardzo martwą naturę'. Możemy sobie zajrzeć do wnętrza martwego ciała przyglądając się pracy patologów - choć tak szczerze mówiąc nie wiem jaki zawód wykonywał Pan Tilden: koroner? Lekarz sądowy? Właściciel zakładu pogrzebowego?

Widzimy jaka nasza Jane Doe jest krojona zgodnie z procedurą, którą znają wszyscy miłośnicy seriali typu "Doktor G. Lekarz sądowy". Widoki są całkiem znośnie, choć można to nazwać estetyką gore.Cały proces wypada bardzo naturalistycznie.

jane doe

Produkcji od początku towarzyszy mroczny nastrój, a atmosfera gęstnieje w miarę rozwoju fabuły. Krok po kroku Tilden i syn odkrywają coraz to dziwniejsze tajemnice ciała Jane Doe, a wokół nich, w piwnicy gdzie mieści się kostnica, zaczynają dziać się tak zwane dziwne rzeczy.

Nie ma tu sztampy jeśli chodzi o sposób straszenia widza mimo iż twórca posłużył się raczej standardowymi chwytami. Drygnęło mi się kilkakrotnie w czasie tych zabiegów co odnotowuje na plus, bo jump scenki mało kiedy na mnie działają.

Nie uraczę Was szczegółami tych zdarzeń, co by nie psuć efektu. Można jednak stwierdzić, że fabuła filmu wyraźnie dzieli się na dwie części: Tę bardziej kryminalną i tę paranormalną. Mimo, że nie lubię tego typu przeskoków i zazwyczaj wypadają one biednie i psują realizm, tu jakość to przyjęłam bez większych sprzeciwów. Zapewne to zasługa dobrej konstrukcji fabuły i konsekwentnie budowanego nastroju, co sprawie, że zmiana frontu nie kojarzy się z wydumanym na siłę upchniętym twistem, a jest raczej efektem uprzedniej rozwagi.

jane doe

Fabuła jest więc zadowalająca, choć nie powalająca. Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie realizacja. Wygląd martwej dziewczyny, lokalizacja, aktorstwo Briana Coxa i nawet takie szczegóły jak oświetlenie- mam na tym punkcie autentycznego świra.

Wszytko to sprawia, że film ma swój całkiem oryginalny klimat, który spokojnie można sprzedać zarówno niedzielnemu zjadaczowi horrorów jak tym, którzy ten gatunek mają w stałej diecie.

Dobry film. Wchodzi do kin w styczniu, więc jeśli chcecie go zobaczyć na dużym ekranie, to spokojnie mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 26 listopada 2016

Under the Shadow (2016)

under the shadow

W ogarniętym wojną Iranie wraz z mężem i córką żyje Shideh. Gdy jej małżonek zostaje wysłany do strefy intensywnych walk jako lekarz wojskowy kobieta zostaje sama z dzieckiem. Nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy, czuje, że jej mąż po cichu wspiera rewolucję obyczajową w kraju, która sprowadza się do ograniczenia praw kobiet. Jest zmęczona byciem kurą domową, a na powrót na studia medyczne nie ma już co liczyć. Gdy jej córeczka Dorsa zaczyna chorować, a bogobojne kobiety z sąsiedztwa przypisują chorobie paranormalne pochodzenie, postanawia w końcu posłuchać męża i wyjechać z Teheranu. Ale nie może, bo niewiarygodne wydarzenia przejmują kontrolę nad jej życiem.

Miałam ostatnio okazje oglądać niezbyt udany horror produkcji tureckiej. Trochę mnie to zniechęciło do filmów z bliskiego wschodu, ale nie ma co generalizować. Ostatecznie tamtejsza kultura jest bogata w elementy, które spokojnie można wykorzystać w kinie grozy. Zamiast demonów mamy Dżiny, zawsze to jakaś odmiana. W przypadku "Under the shadow" mamy nie tylko demoniczne siły ale też, a może przede wszystkim dobrze zarysowany kontekst kulturowy, obyczajowe tło tej historii, które w mojej ocenie spokojnie może konkurować o palmę pierwszeństwa z paranormalną warstwą filmu.

under the shadow

Elementy stricte horrorowe tego obrazu wcale nie muszą zadowolić fanów rozbuchanej hollywoodzkiej estetyki, choć szkielet fabularny jest dość zachodni: mamy samotną matkę, która musi uchronić dziecko przed wypływem demonicznej siły. Nie spotkamy tu zbyt wielu efektownych scen, w zasadzie sprawa ogranicza się do demona, który objawia się pod postacią pstrokatej chusty, falującą dziurę w suficie powstałą po uderzeniu Irackiego pocisku i podłogę zmieniającą się w grząskie bagno- jak dla mnie wyglądające jak ropa- czyżby jakaś aluzja?

W zderzeniu z tymi dość standardowymi zagraniami mamy warstwę dramatyczną, obraz Iranu w czasach gdy radykalny Islam już dominuje, a kobiety, często młode i ambitne jak nasza bohaterka muszą dostosować się do nowych obyczajów godzących w ich prawa obywatelskie. Zakładam, że to ze względu na te właśnie elementy fabuły film został nominowany do Oscara w kategorii filmów nie anglojęzycznych. Szanse ma marne, ale nie jest to zły obraz. Generalnie nie poczułam się nim rozczarowana, bo też nie miałam wobec niego szczególnych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 21 listopada 2016

American horror story: Roanoke - Sezon 6 (2016)

ahas roanoke

Matt i Shelby mieli dość miastowego zgiełku i jego zagrożeń więc postanowili rozpocząć nowe życie na wsi. Wsi spokojna, wsi wesoła, to jednak mit w miejscu gdzie się postanawiają się osiedlić. Para kupuje starą farmę w Roanoke, gdzie od wielu lat dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk w noce krwawych pełni księżyca. Wkrótce do pary dołącza także problematyczna siostra Matta Lee Harris wraz z córeczką Florą którą wbrew sądowemu nakazowi odebrała ojcu. Zaginięcie dziewczynki to początek serii tragicznych zdarzeń za które odpowiadają złe duchy Roanoke.

Z sezonu na sezon obserwuje spadek formy u twórców  serii "American horror story".

Każdy z kolejnych sezonów stanowi odrębni mini serial złożony z dziesięciu odcinków. Każdy ma innych bohaterów, inne miejsce akcji i inną fabułę. Tym razem, w przypadku sezonu szóstego zmieniono także formułę serialu, tworząc film filmie, bowiem oglądając przygody Shelby i Matta mamy do czynienia z odgrywanymi przez aktorów retrospekcjami z wydarzeń, którym świadkowali właściwi bohaterzy.

ahas roanoke

Brzmi to dość porąbanie i takie właśnie jest. Styl jaki przyjęli twórcy AHS miał kojarzyć się ze znanymi dokumentami o zjawiskach paranormalnych jakie możemy oglądać na większości stacji pokroju CI Polsat czy Discovery Investigation. Każdy kto widziała choć jeden z tego rodzaju dokumentów wie, że nie są to seriale wysokich lotów, zyskują jednak sporą popularność. tak też dzieje się w przypadku serialu "Mój koszmar w Roanoke".

Skupiamy się na nim przez pierwsze pięć odcinków, później zaś następuje zwrot akcji i śledzimy wydarzenia po emisji "Mojego koszmaru w Roanoke". Te pierwsze pięć odcinków przyjęłam może nie z zachwytem, ale jednak z pobłażliwą akceptacją. Akcja nieco przypomniała mi wydarzenia w domu morderstw z pierwszego sezonu, jednak owa właściwa akcja- jak wspomniała odgrywana przez aktorów 'aktorów' była nagminnie przerywana i uzupełniania przez wypowiedzi 'prawdziwych' bohaterów. Wprowadza to spore zamieszanie i w mojej ocenie psuje to klimat.

ahas roanoke

Od odcinka szóstego przechodzimy do jeszcze dziwniejszej serialowej rzeczywistości, gdzie aktorzy biorący udział w dokumencie "Mój koszmar w Roanoke" spotykają się w nawiedzonym domu z prawdziwymi bohaterami tych wydarzeń. Po co? Ano po to by wszystko zdarzyło się raz jeszcze. By można było dokręcić jeszcze parę odcinków w myśl nieśmiertelnego zamiłowania do sequeli.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tym sezonem twórcy parodiują sami siebie. Chcąc być przesprytni narażają się na śmieszność. Dla mnie te sezon jest wynikiem braku lepszego pomysłu, desperacją próbą ożywienia formuły i wrócenia do czasów świetności serialu. Niestety zapomniało im się o tym, że czasem mniej znaczy więcej, a odgrzewany kotlet nie smakuje tak samo.

ahas roanoke

Mimo, że pomysł wyjściowy z wykorzystaniem motywu legendy o zaginionej koloni purytan w Roanoke był jak najbardziej dobry, to kierunek w jakim się z nim udali doprowadził ich do zguby. W tym wielkim zamieszaniu jakie stworzyli pojawiają się co prawda stare dobre momenty z duchami, morderstwami i barwnymi czarnymi charakterami, jednak są zaledwie echem dawnego stylu całkowicie stłamszone przez nowatorskie rozwiązania.

Twórcy w namiętnej próbie ulepszania swojej produkcji stopniowo wycinają z niej to co było ich znakiem firmowym. Najpierw pozbawili się Jessiki Lange, teraz wycieli serialową wejściówkę- to co zawsze, bez względu na poziom sezonu oglądało się z przyjemnością. Co będzie dalej?

Powiem szczerze, że w pewnym momencie już po prostu nie chciało mi się tego oglądać. Nie wyczekiwałam następnego odcinka. Dotrwałam do końca z poczucia obowiązku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:4

53/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 19 listopada 2016

The Possession Experiment (2016)

possesion experiment

W ramach projektu na zajęcia z teologii studenci Brandon i Clay postanawiają nakręcić dokument o egzorcyzmach. Do współpracy zapraszają młodą studentkę medycyny i wspólnie wyruszają do domu, gdzie przed dwudziestoma laty odbył się nieudany rytuał wypędzania demona z niejakiej Tracy. Nie poprzestają jednak na badaniu terenu i walorów historycznych. By dogłębnie zbadać temat Brandon postanawia dobrowolnie przywołać demona by ten zagnieździł się w jego ciele.

"The Possesion experiment" był pierwszym z horrorów jakie wyświetlano na halloweenowym maratonie grozy z kinach Helios. Jako że nie udało mi się tam stawić osobiście, jedynie rozdałam kilka wejściówek dla Was, postanowiłam, że tak czy siak muszę sprawdzić co tam było grane. Ten horror niebawem trafi do polskich kin w regularnym repertuarze więc jak się okazuje pisana mu była szeroka dystrybucja, co mocno mnie dziwi zważywszy na jego poziom.

Wiadomo, że na srebrny ekran trafiają nie tyle najlepsze filmy, co te najlepiej wypromowane. Komercyjne nosy dystrybutorów potrafią jednak odróżnić totalną szmirę od filmu, który może nie przedstawia wybitnych walorów artystycznych, ale prezentuje się na tyle poprawnie by zadowolić mniej wymagających niedzielnych widzów horrorów. W związku z tym doprawdy nie wiem co kierowało osobami, które postanowiły wypuścić ten film w świat głównym wejściem.

"Possesion experiment" można zarzucić nie tylko banalne i schematyczne podejście do tematu opętania - to akurat norma - ale też wykonanie, które świadczy o kompletnym braku pojęcia o technice robienia filmu.

Podejrzewam, że scenarzyści "Trudnych spraw" i podobnych tworów lepiej rozpisali by tę historię. Walić to, nawet obsada z "Trudnych spraw" potrafi na spontanie wypluć z siebie lepsze dialogi. Scena, w której następuje najważniejszy zwrot akcji - twist tak wydumany, że olaboga - czyli rozmowa Brandona z ojcem, to chyba najgorzej zagrana scena jaką miałam okazję zobaczyć w filmie od wielu wielu lat. Nie wiem nawet jak mam to opisać. Odjęło mi mowę. W czasie seansu z ty filmem stwierdziłam, że do tej pory nadużywałam stwierdzenia 'poziom poniżej wszelkiego poziomu'. W tym momencie ten film sięgnął dna.

possesion experiment

O ile do aktorów z pierwszego planu potrafiłam się przyzwyczaić, no grają jak grają, ale towarzystwo drugoplanowe i trzecioplanowe trafiło tam chyba z ulicznej łapanki. Zgroza.

Nie wiem jakim budżetem dysponowali twórcy, ale nie starczyło na dobrego operatora, miałam wrażenie, że zapożyczyli człowieka z 'Podrywaczy'. Kąt kręcenia w sam raz do 'takich' produkcji. Ujęcia kręcone klasycznie przeplatają się z konwencją found footage, ale te pierwsze zdecydowanie dominują. Nie wiem czy to dobrze, w przypadku tego filmu.

Mamy więc niezbyt ciekawą historię spisaną przez scenarzystę bez znajomości podstaw scenopisarstwa, aktorów, którzy mogli by co najwyżej zagrać siano w jasełkach, i kamerzystę, który przejechał przez cały film nie potrafiąc zrobić jednego dobrego zbliżenia. Nie wspomniałam jeszcze o efektach. Tak, były. Opętanie nie obejść się bez stosownej charakteryzacji i drobnych bajerów z komputera. Są stosowne do poziomu całego filmu.

possesion experiment

Jestem bezlitosna, co? Dobrze, niech pomyślę, czy było tu coś dobrego? Hym... no może krótkie skrawki scen halucynacji Brandona. Były niezłe. Pewnie trafiły tam przypadkiem. Plus też za muzykę przy napisach końcowych - choć nie wiem, czy faktycznie była obiektywnie dobra, czy po prostu ciepło mi się kojarzyła z końcem męki.

Wiem, że są tacy, którym film się podobał na tyle by ocenić go powyżej średniej- bez kitu, chyba są niepoczytalni, ale nie sądzę by wśród większości z Was znaleźli się tacy osobnicy. Filmu nie polecam, polecić nie mogę, nie mam sumienia Was krzywdzić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:2

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:2

26/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 12 listopada 2016

Ouija 2/ Ouija 2: Narodziny zła (2016)

ouija 2

Ameryka, lata 60 XX wieku. Alice Zander wraz ze swoimi dwiema córeczkami ratuje budżet domowy parając się szarlatanerią. Kobieta aranżuje seanse spirytystyczne dla żałobników chcących nawiązać kontakt z zmarłymi bliskimi. W tych zabawach nie ma nic groźnego dopóki starsza z córek 'medium' przynosi do domu tabliczkę Ouija. Gra do wywoływana duchów bardzo interesuje młodszą z córek Alice, Doris, której szybko udaje się nawiązać kontakt z czymś, co bierze za swego zmarłego ojca. To odkrycie napędza interes samotnej matki, która w tym wszystkim nie zauważa, że kontakty córki z zaświatami mają na nią bardzo zły wpływ.

Od premiery pierwszej odsłony "Diabelskiej planszy Ouija" minęły zaledwie dwa lata, więc z pewnością część z Was jeszcze pamięta ten obraz. Ja pamiętam go dość słabo, głównie dlatego, że nie był on szczególnie godny zapamiętania - od zwykły teen horror poczęstowany efektami, o jałowej fabule i bardzo przeciętnym aktorstwie.

Jeśli ktoś dobiera się do sequelowania lub prequelowania słabego horroru może się to skończyć w dwójnasób: albo całkiem się pogrąży, albo wzniesie temat na wyższy poziom. Fartem okazało się, że za druga część "Ouija" wziął się tyle znany co solidny reżyser horrorów Mike Flangan. Jest to twórca, który odnajduje się zarówno w bardzo komercyjnych projektach, jak i w tych które cechuje zdrowy minimalizm.

Mogę powiedzieć, że w przypadku "Ouija 2" znalazł złoty środek. Mimo dużego budżetu, spożytkowanego po części na efekty komputerowe stworzył film, który bardziej przypomina klasyczne horrory z przed lat niż współczesne infantylne opowiastki.

Bardzo ciesze się, że osadził akcję swojego filmu w latach '60. To posunięcie pozwoliło mu na zatopienie widza w klimacie matowych kadrów, niespiesznej narracji i bez wstydu mógł posilić się znanymi schematami.

ouija 2

Od czasu lektury "Demonologów" - książkę polecam raz jeszcze wszystkim fanom horrorów o nawiedzeniach - jestem bardzo czuła w temacie przebiegu filmowych nawiedzeń. Tu muszę stwierdzić, że scenariusz bardzo zgrabnie korzysta z tego co można nazwać podręcznikowym opętaniem. Pojawiają się tu nawet takie szczegóły jak ból w karku- to tu według Warrenów zagnieżdżają się demony.

Reżyser nie wygłupił się z przesadnymi emanacjami, choć trzeba przyznać, że pokazał całkiem sporo dobrych scen. Najlepsza zobaczycie po napisach końcowych, więc warto na nią poczekać.

Fabuła siedzi w  schemacie, ale jak wielokrotnie powtarzam, jeśli film jest dobrze zrobiony schemat wcale mi nie przeszkadza.

Mamy tu typową historię o tym jak zabawa w spirytystę sprowadza na rodzinę nieszczęście. Motorem dla rozwoju takiej problemowej sytuacji jest to co King określa: horrorem ekonomicznym: wszytko zaczyna się od problemów finansowych.

Samotna matka z długami, dwie córuchny utęsknione za zmarłym ojcem i demon pogrzebany gdzieś w murach domu. Bardzo typowo prawda?

Mamy tu sporo zacnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, ale nie zdominują one całego sensu, pojawiają się tam gdzie trzeba, bez nachalności.

ouija 2

  Jeśli więc szukacie oryginalnych fabuł, to trafiliście źle. Jeśli jednak chcecie pocieszyć oko dobrze zrobioną, sprawnie opowiedzianą klasyczna historią o nawiedzeniu, to "Ouija 2" spełnia ten postulat. Dla mnie film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 10 listopada 2016

Cin Kuyusu (2015)

cin kuyusu

Selma, jej mąż i córeczka mają wypadek samochodowy nieopodal niewielkiej wsi. Kobieta niewiele pamięta z tego zdarzenia i jest przerażona gdy wraz córeczką budzi się w domu obcych ludzi. Bezdzietne małżeństwo otacza kobietę i jej córkę opieką. Twierdzą, że jej mąż został odwieziony do szpitala. Selma pragnie czym prędzej do niego dołączyć, ale szereg przedziwnych zdarzeń skutecznie jej to uniemożliwia.

"Cin Kuyusu" to film turecki. Ostatnimi czasy jesteśmy zalewani produkcjami z tego kraju toteż nie dziwne, że wśród nich znalazł się też horror. Horror twórcy wcale nie niedoświadczone, o czym świadczy jego filmografia. A jednak jest to twór w takim stopniu niedorobiony jakbyśmy mieli tu do czynienia z nieśmiałym debiutem.

Dawno nie widziałam tak bełkotliwego filmu. Może to turecka mentalność nakazała Muratowi Toktamisoglu'owi tak wyładować go jump scenkami, które to w pierwszej połowie filmu wręcz bombardują widza, ale doprawdy nie jestem w stanie pojąć celowości takiego podejścia.

Dla kontrastu druga część filmu oferuje już jakąś fabułę i co więcej, historia jaką próbuje nam opowiedzieć nie jest wcale zła. Podejrzewam jednak, że większość z Was o ile sięgnęła po ten film wyłączyła go po pierwszych minutach. Wcale się temu nie dziwię, bo to co oferują owe pierwsze minuty, co z resztą rozciąga się na całą pierwsza połowę filmu to nic więcej jak zlepek pokracznie zmontowanych szybkich i gwałtownych ujęć opatrzonych stosownie upiornymi dźwiękami.

cin kuyusu

Nasz główna bohaterka jest przerażona i nie wiemy czemu. Krzyczy, płacze, aż w końcu zaczyna rzucać się konwulsyjnie jak opętana. Po tym następuje przeskok, mała chwila spokoju, w której zawiązuje się nowa akcja, która po raz kolejny zostaje gwałtownie ucięta przez kolejny szereg jump scenek wstawionych ni z gruchy ni z pietruchy. Żadnego budowania napięcia, żadnego suspensu, czy próby wyklepania jakieś intrygi. Wszytko na wariata, bez ładu i składu. Wszytko bardzo nieporadne.

Już praktycznie straciłam nadzieje, sięgnęłam po książkę i film śledziłam jednym okiem gdy nastąpiło coś nieoczekiwanego: dialog, dłuższy niż pół minuty i co więcej wprowadzający film na nowy poziom - poziom w którym coś wreszcie zaczyna mieć sens.

cin kuyusu

Selma zaczyna rozmawiać z gospodarzem domu, w którym znalazła schronienie. Opowiada mu po co przyjechała do wioski z rodziną. Ten zaś, w odpowiedzi zdradza jej lokalną legendę o pewnej pięknej dziewczynie, którą uwiódł demon ukryty pod postacią jej nieobecnego ukochanego.

Ta retrospekcja, sceny użyte do opowiedzenia tej historii to jakby film zupełnie kogoś innego. Pojawia się nastrój, kiełkuje klimat tajemnicy, mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i finał. Całkiem dobra i mroczna lokalna legenda. Niestety szybko wracamy na stary tor nonsensu i chaosu jednak teraz przynajmniej możemy powiedzieć, że coś jest na rzeczy. Powstaje związek między bieżącymi wydarzeniami i starą legendą. Tu znowuż kilka gwałtownych zrywów, mamy koniec opowieści i epilog stanowiący ciekawy acz niezbyt oryginalny twist.

Mimo, że w pewnym momencie historia zaczyna być interesująca to nie ratuje tego filmu. Nie ratuje go bo zbyt marnie prezentuje się jego techniczna strona. Te wszystkie scary screeny były do bani, aktorstwo jak w operze mydlanej - jakoś dziwnie skojarzyło mi się z tymi wszystkimi filmami biblijnymi puszczanymi w paśmie niedzielnym w okolicy świąt.

Scenarzysta powinien mocno dostać po głowie za pierwszą część tego filmu, ludzi od efektów należałoby związać gdzieś na zapleczu, bo ewidentnie nadpobudliwi są. A reżyser, cóż, gorąco współczuje rozczarowania, nie sądzę by jego wysiłki zrobiły wrażeniem na widzach za granicą. Chociaż? 6,0 na imdb?

Seans z moim pierwszym tureckim horrorem zakończyłam dumna z siebie. Dumna bo wytrwałam i dumna bo udało mi się całkiem sporo z niego zrozumieć:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

środa, 09 listopada 2016

Sin-de-rel-la/ Kopciuszek (2006)

kopciuszek

Matka Hyunsu jest chirurgiem plastycznym. Ma lekką obsesje na punkcie zewnętrznego piękna. Dba o urodę swojej córki, jej koleżankom proponuje operacje. Poprawa wyglądu skalpelem Yoon- hee okazuje się mieć niszczący wpływ na psychikę pacjentek. Dziewczyny jedna po drugiej okaleczają się i umierają uprzednio doświadczając upiornych wizji ducha obecnego wraz z nimi na sali operacyjnej. Hyunsu bacznie przygląda się tym wydarzeniom, a rozwiązania zagadki szuka w piwnicy swojego domu.

Koreańskie kino grozy nie jest łatwe i "Kopciuszek" jest tu dobrym przykładem. Jeszcze dziesięć lat temu Koreańczycy znacznie pokrętniej prezentowali widzom filmową rzeczywistość. Myślę, że teraz jest już znacznie lepiej, choć tendencja do niezrozumiałych zagrań pozostała im do dziś.

"Kopciuszkowi" bliżej jest więc do "Opowieści o dwóch siostrach" niż oglądanego przeze mnie ostatnio dramatu "Szczurołap" - historii bardzo prostej jak na Koreańczyków.

Można go określić jako ghost story, ale moim zdaniem więcej tu psychologicznego dramatu, pełnego schizolskich wizji niż paranormalnych wydarzeń - ale to już kwestia interpretacji.

kopciuszek

Scen z duchem jest niewiele, za to często będziemy obserwować nieco makabryczne sceny, w których ofiary będą się okaleczać. Te sceny mają w sobie artyzm i poezję więc dalekie są od konkretnego gore mimo, że pokazują to co pokazują. Dużo tu pięknych, mrocznych ujęć, nie łatwych do jednoznacznego pojmowania, ale działających na rzecz filmowego nastroju, który jak na horror przystało musi budzić grozę.

Jak dla mnie dużo tu psychologicznych zagrywek, akcji bardziej typowych dla dramatu, co odnotowuję na plus. Tematem przewodnim jest nie tyle nawiedzenie przez zmorę ile ludzka obsesja na temat wyglądu. Koreanki są w tej kwestii równie szalone co brazylijki.

Temat tejże obsesji wykorzystano tu poniekąd ku przestrodze. Filmowe bohaterki wariują, bo przestają rozpoznawać swoją twarz. Podobną pointę mieliśmy w horrorze "Yoga" - nie możesz być ideałem i pozostać sobą.

kopciuszek

Fabuła usiana jest retrospekcjami, bo to przeszłe wydarzenia stanowią klucz do rozwiązania tajemniczych wydarzeń. Pociesze Was, że ta niejasna historia stanie się całkiem jasna na jej finiszu.

Nie będę tego filmu podsuwać tym, których nie rusza azjatycki przepis na horror, mimo, że dla mnie był całkiem okej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 07 listopada 2016

I Am the Pretty Thing That Lives in the House (2016)

i am pretty thing lives in that house

Młoda pielęgniarka ze złamanym sercem rozpoczyna pracę w starym domu starej kobiety. Jej podopieczna to pisarka z demencją Iris Blom, która niegdyś raczyła swoich czytelników opowieściami grozy o duchach, które żyją w jej domu. Teraz tych lokatorów ma okazję poznać pielęgniarka Lily

"I am the pretty thing..." to nowość produkcji Netflixa, w reżyserii Oz'a Perkinsa - tak syna sławnego Normana Batesa. Ciężko więc się dziwić, że miałam względem tego filmu pewne oczekiwania.

Początek filmu gdzie z ciemności wyłania się rozmyty kadr prezentujący młodą kobietę w kostiumie z dawnej epoki wskazywał, że z dużym prawdopodobieństwem trafiłam tu na mój ulubiony horror kostiumowy, z gotyckim klimatem i bez współczesnych graficznych zagrywek.

W tym też miejscu pojawia się w zasadzie cała opowieść zamknięta w jednym monologu o duchach, które 'gniją' samotnie w domu, w którym dokonały swojego żywota.

i am pretty thing that lives in the house

Ten monolog, jak wspomniałam opowiada w zasadzie cały film, nic ponad to już nie usłyszymy, a nostalgiczne słowa ducha będą się jedynie odbijać od ścian w pusty domu. Są jego jedyną treścią, co mimo  starań stanowi bardzo lichy fundament. Ten fundament nie utrzymał ciężaru oczekiwań jakie widz może stawiać wobec kina grozy.

Bardzo lubię minimalizm, proste historie zamknięte w pięknych ramach, ale w przypadku "I am pretty thing..." trochę przedobrzyli. Tematyka filmu oscyluje na granicy metafizycznych przeżyć, niejasnych przeczuć nostalgicznego smutku. To bardzo dobre połączenie, lubię się trochę zadumać przy historiach z drugiej strony życia, ale ... no właśnie co? Powiem to krótko, film mnie znudził, uśpił i nie wykorzystał swoje szansy na wzbudzenie emocji.

Ta piękna forma, ten ambitny temat spoczął na mieliźnie z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki - nie proporcjonalnie wysoko wobec tego co faktycznie zaoferował.

Mamy tu powolne, powłóczyste wręcz ujęcia z krzesłem przytwierdzonym do ściany jako główny punk praktycznie w każdej ze scen - może to alegoria do filmowego przesłania - jesteś uwięziona.

Mamy narratorkę, która powtarza wciąż tę samą kwestię o gnijących duchach i niemożności wyrwana się z impasu śmierci- bardzo dobry monolog, jeśli słyszy się go raz, ale powtarzany przez ponad godzinę z ogromną częstotliwością traci na sile rażenia i zmienia się w majak i bełkot.

i am pretty thing that lives in the house

Ostatecznie zamiast przezywać artystyczne uniesienie trwałam w zawieszeniu nie mniejszym niż te gnijące duchy, czekając aż coś się wydarzy. Jeśli zamierzeniem Perkinsa było wprowadzenie widza w taki właśnie nastrój to spisał się medalowo. Życie po śmierci jest bardzo nudne.

Pamiętam, że nico podobny motyw wykorzystano w w filmie "Obecność" - i nie chodzi mi o "Obecność" Vana, tylko "Presence". Tam mimo rażąco powolnej narracji i krańcowo pasywnej akcji miałam z seansu pewną przyjemność. Wiedziałam, że toczy się tam jakaś historia. W "I am pretty thing..." miałam wrażenie, że obcuje z chaotycznie posklejanymi scenami kręconymi bez scenariusza. Nie wiedziałam, czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, czy cokolwiek ma zamiar się tu wydarzyć?

Nie mam absolutnie zarzutów względem szkieletu tej historii: mamy dom pełen duchów, szaloną staruszek i jej pielęgniarkę, która jak oświadcza w pierwszych minutach wkrótce dołączy do szeregu duchów domu. No fajnie, proso i konkretnie. Opowiedziano ją jednak w sposób, który nie ma szansy zaciekawić. Na pewno znajdą się widzowie, którzy docenią rozmywające się postaci duchów, czy owo filmowe przesłania o impasie i gniciu, ale w moim przypadku odczucia są cokolwiek chłodne.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

wtorek, 18 października 2016

Gok-seong aka The Wailing (2016)

wailing

W małej koreańskiej wiosce masowo wzrasta liczba niewyjaśnionych zgonów. Podejrzenia w tej sprawie spadają na nowego mieszkańca, Japończyka, który osiedlił się na obrzeżach wioski. Dalsze wydarzenia zaczynają wskazywać na ingerencje sił nieczystych. Czara goryczy przelewa się gdy ofiarą staje się córka miejscowego policjanta.

No i mamy kolejny dobry koreański horror. Zastanawiam się, czy nie zostanę niebawem posądzona o stronniczość w kwestii ocen produkcji z tego rejonu świata, bo jak widać 90% koreańskich filmów grozy budzi mój zachwyt. Co poradzić, jak Koreańczycy naprawdę dają radę? Trzeba się tylko cieszyć. I oglądać.

W przypadku "The Wailing" mamy do czynienia z ghost story z licznymi watkami dramatycznymi, dobrze zarysowanym tłem społecznym i psychologiczną oceną postaw bohaterów.

Po azjatycku film rozkręca się powoli i tak na dobrą sprawę dopiero po godzinie przechodzimy do konkretów. Film trwa ponad dwie, więc wymaga cierpliwości.

Sama historia opiera się na motywie małej społeczności, której członkowie zostają postawieni wobec zdarzeń, których nie rozumieją. Jak zazwyczaj w takich sytuacjach pojawia się wątpliwość, czy to aby nie są diabelskie sztuczki. Ludzie umierają. Miejsca domniemanych zbrodni prezentują się dość makabrycznie. Policjant, na którego barki spada cała sprawa to człowiek prosty, nie da się ukryć, nerwowy.

wailing

Wiejska społeczność widzi w tym ingerencję sił nadprzyrodzonych. Odżywają zapomniane lokalne legendy, a miejscowi mężczyźni coraz uważniej przyglądają się 'obcemu', czyli Japończykowi żyjącemu na marginesie społeczności, nie znający ich języka i obyczajów. Na to kim jest mają masę pomysłów i domysłów, ale praktycznie wszyscy zgodni są w typowaniu go na winowajce wszystkich nieszczęść.

Sytuacja dramatycznie się pogarsza gdy córka komendanta zaczyna chorować. Jej dziwny stan jeszcze pogłębia domysły ojca i reszty mieszkańców. Pojawia się egzorcysta, a my bliżej przyglądamy się Japończykowi. Co też on kombinuje? A kim jest bezimienna kobieta, która podrzuca niejasne tropy?

wailing

Sprawa jest niejasna tak naprawdę do samego końca i nie łatwo tu o przewidzenie zamysłu scenarzysty. A jeśli mam być szczera to i finał nie wyjaśnia do końca z czym mamy tu do czynienia. Masa symboli, za pewne zrozumiałych dla ludzi wychowanych w tamtej kulturze, mi nie ułatwiła sprawy, a tylko bardziej namieszała w głowie.

Faktem jest, że w pierwszej połowie film się trochę wlecze, ale w drugiej następuje już przełom i wszytko nabiera wyraźnego kształtu. Desperacja bohaterów rośnie, wraz z nią rośnie napięcie.

Obsada nie szczędzi energii by wyraźnie zaznaczyć jak poważna to sprawa. Klimat, który budowany jest od pierwszych ujęć zaczyna ewoluować w coraz to mroczniejszy. Koreańska wioseczka staje się polem bitwy, choć nie wiadomo kto tak naprawdę jest wrogiem. Możecie być pewni, że nie będzie tu sztampy.

wailing

Dla mnie film, może nie medalowy, bo jednak jego długość poraża, ale jednak bardzo udany. Na tle zachodnich produkcji wypada niewątpliwie oryginalnie i poszukiwaczy takich właśnie wrażeń zachęcam do seansu z nim.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl