What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: nawiedzone domy

środa, 24 maja 2017

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

"Danza Macabra" to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność - owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. "Daza macabra" to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W "Danza macabra" wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 06 kwietnia 2017

The Devil's Candy (2015)

devils candy

Malarz Jessie wraz z żoną Astrid i nastoletnią córką Zooey kupuje nowy dom w Teksasie. Wkrótce zjawia się tam Ray, syn poprzednich właścicieli, mocno pojechany typ.

Mniej więcej w tym samym czasie Jessie wpada w twórczy amok, malując do szczętu przesiąknięte mrokiem obrazy. Na jednym z nich jego córka umiera w płomieniach.

"Devil's Candy" jak wynika z opisu stanowi przykład podręcznikowego ghost story i takim w gruncie rzeczy jest, aczkolwiek wyróżnia się tym i owym.

Scenariusz i reżyseria filmu to zasługa Seana Byrne'a, twórcy o dorobku niewielkim ale raczej konkretnym. To on swego czasu nakręcił mocno porąbany "The loved ones".

Jego nowy film, "Devils candy" mimo iż spokojnie mieści się w ramach klasycznej historii o nawiedzonym domu wyróżnia się na tle pospólstwa gatunkowego.

Tak, możecie mi zarzucić stronniczość, ale z miejsca polubiłam jego bohaterów. Wszyscy słuchają heavy metalu, córuchna w koszulce Motorhead, tatuś w Metallice, mamcia ma niebieskie pasemka. Zawsze chciałam mieć niebieskie włosy;(

devils candy

devils candy

Metalowe riffy robią za muzykę filmową stosownie nakręcając klimat. Filmowe wydarzenia przebiegają niespiesznie po równym torze. Doprawdy nie ma tu nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o środki operowania grozą. Widać, że budżet filmu był niewielki. Mimo to nie nudziłam się w czasie seansu z tym obrazem i oglądało mi się go do prawdy przyjemnie.

Odnoszę wrażenie, że film został zrobiony z myślą o fanach muzyki metalowej i im jak mniemam może się spodobać: tylko głośny heavy metal może uratować przed opętaniem ;). Dla reszty widzów jak przypuszczam będzie to tylko kolejny horror o nawiedzonym domu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W sakli brutalności:1/10

sobota, 12 listopada 2016

Ouija 2/ Ouija 2: Narodziny zła (2016)

ouija 2

Ameryka, lata 60 XX wieku. Alice Zander wraz ze swoimi dwiema córeczkami ratuje budżet domowy parając się szarlatanerią. Kobieta aranżuje seanse spirytystyczne dla żałobników chcących nawiązać kontakt z zmarłymi bliskimi. W tych zabawach nie ma nic groźnego dopóki starsza z córek 'medium' przynosi do domu tabliczkę Ouija. Gra do wywoływana duchów bardzo interesuje młodszą z córek Alice, Doris, której szybko udaje się nawiązać kontakt z czymś, co bierze za swego zmarłego ojca. To odkrycie napędza interes samotnej matki, która w tym wszystkim nie zauważa, że kontakty córki z zaświatami mają na nią bardzo zły wpływ.

Od premiery pierwszej odsłony "Diabelskiej planszy Ouija" minęły zaledwie dwa lata, więc z pewnością część z Was jeszcze pamięta ten obraz. Ja pamiętam go dość słabo, głównie dlatego, że nie był on szczególnie godny zapamiętania - od zwykły teen horror poczęstowany efektami, o jałowej fabule i bardzo przeciętnym aktorstwie.

Jeśli ktoś dobiera się do sequelowania lub prequelowania słabego horroru może się to skończyć w dwójnasób: albo całkiem się pogrąży, albo wzniesie temat na wyższy poziom. Fartem okazało się, że za druga część "Ouija" wziął się tyle znany co solidny reżyser horrorów Mike Flangan. Jest to twórca, który odnajduje się zarówno w bardzo komercyjnych projektach, jak i w tych które cechuje zdrowy minimalizm.

Mogę powiedzieć, że w przypadku "Ouija 2" znalazł złoty środek. Mimo dużego budżetu, spożytkowanego po części na efekty komputerowe stworzył film, który bardziej przypomina klasyczne horrory z przed lat niż współczesne infantylne opowiastki.

Bardzo ciesze się, że osadził akcję swojego filmu w latach '60. To posunięcie pozwoliło mu na zatopienie widza w klimacie matowych kadrów, niespiesznej narracji i bez wstydu mógł posilić się znanymi schematami.

ouija 2

Od czasu lektury "Demonologów" - książkę polecam raz jeszcze wszystkim fanom horrorów o nawiedzeniach - jestem bardzo czuła w temacie przebiegu filmowych nawiedzeń. Tu muszę stwierdzić, że scenariusz bardzo zgrabnie korzysta z tego co można nazwać podręcznikowym opętaniem. Pojawiają się tu nawet takie szczegóły jak ból w karku- to tu według Warrenów zagnieżdżają się demony.

Reżyser nie wygłupił się z przesadnymi emanacjami, choć trzeba przyznać, że pokazał całkiem sporo dobrych scen. Najlepsza zobaczycie po napisach końcowych, więc warto na nią poczekać.

Fabuła siedzi w  schemacie, ale jak wielokrotnie powtarzam, jeśli film jest dobrze zrobiony schemat wcale mi nie przeszkadza.

Mamy tu typową historię o tym jak zabawa w spirytystę sprowadza na rodzinę nieszczęście. Motorem dla rozwoju takiej problemowej sytuacji jest to co King określa: horrorem ekonomicznym: wszytko zaczyna się od problemów finansowych.

Samotna matka z długami, dwie córuchny utęsknione za zmarłym ojcem i demon pogrzebany gdzieś w murach domu. Bardzo typowo prawda?

Mamy tu sporo zacnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, ale nie zdominują one całego sensu, pojawiają się tam gdzie trzeba, bez nachalności.

ouija 2

  Jeśli więc szukacie oryginalnych fabuł, to trafiliście źle. Jeśli jednak chcecie pocieszyć oko dobrze zrobioną, sprawnie opowiedzianą klasyczna historią o nawiedzeniu, to "Ouija 2" spełnia ten postulat. Dla mnie film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 07 listopada 2016

I Am the Pretty Thing That Lives in the House (2016)

i am pretty thing lives in that house

Młoda pielęgniarka ze złamanym sercem rozpoczyna pracę w starym domu starej kobiety. Jej podopieczna to pisarka z demencją Iris Blom, która niegdyś raczyła swoich czytelników opowieściami grozy o duchach, które żyją w jej domu. Teraz tych lokatorów ma okazję poznać pielęgniarka Lily

"I am the pretty thing..." to nowość produkcji Netflixa, w reżyserii Oz'a Perkinsa - tak syna sławnego Normana Batesa. Ciężko więc się dziwić, że miałam względem tego filmu pewne oczekiwania.

Początek filmu gdzie z ciemności wyłania się rozmyty kadr prezentujący młodą kobietę w kostiumie z dawnej epoki wskazywał, że z dużym prawdopodobieństwem trafiłam tu na mój ulubiony horror kostiumowy, z gotyckim klimatem i bez współczesnych graficznych zagrywek.

W tym też miejscu pojawia się w zasadzie cała opowieść zamknięta w jednym monologu o duchach, które 'gniją' samotnie w domu, w którym dokonały swojego żywota.

i am pretty thing that lives in the house

Ten monolog, jak wspomniałam opowiada w zasadzie cały film, nic ponad to już nie usłyszymy, a nostalgiczne słowa ducha będą się jedynie odbijać od ścian w pusty domu. Są jego jedyną treścią, co mimo  starań stanowi bardzo lichy fundament. Ten fundament nie utrzymał ciężaru oczekiwań jakie widz może stawiać wobec kina grozy.

Bardzo lubię minimalizm, proste historie zamknięte w pięknych ramach, ale w przypadku "I am pretty thing..." trochę przedobrzyli. Tematyka filmu oscyluje na granicy metafizycznych przeżyć, niejasnych przeczuć nostalgicznego smutku. To bardzo dobre połączenie, lubię się trochę zadumać przy historiach z drugiej strony życia, ale ... no właśnie co? Powiem to krótko, film mnie znudził, uśpił i nie wykorzystał swoje szansy na wzbudzenie emocji.

Ta piękna forma, ten ambitny temat spoczął na mieliźnie z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki - nie proporcjonalnie wysoko wobec tego co faktycznie zaoferował.

Mamy tu powolne, powłóczyste wręcz ujęcia z krzesłem przytwierdzonym do ściany jako główny punk praktycznie w każdej ze scen - może to alegoria do filmowego przesłania - jesteś uwięziona.

Mamy narratorkę, która powtarza wciąż tę samą kwestię o gnijących duchach i niemożności wyrwana się z impasu śmierci- bardzo dobry monolog, jeśli słyszy się go raz, ale powtarzany przez ponad godzinę z ogromną częstotliwością traci na sile rażenia i zmienia się w majak i bełkot.

i am pretty thing that lives in the house

Ostatecznie zamiast przezywać artystyczne uniesienie trwałam w zawieszeniu nie mniejszym niż te gnijące duchy, czekając aż coś się wydarzy. Jeśli zamierzeniem Perkinsa było wprowadzenie widza w taki właśnie nastrój to spisał się medalowo. Życie po śmierci jest bardzo nudne.

Pamiętam, że nico podobny motyw wykorzystano w w filmie "Obecność" - i nie chodzi mi o "Obecność" Vana, tylko "Presence". Tam mimo rażąco powolnej narracji i krańcowo pasywnej akcji miałam z seansu pewną przyjemność. Wiedziałam, że toczy się tam jakaś historia. W "I am pretty thing..." miałam wrażenie, że obcuje z chaotycznie posklejanymi scenami kręconymi bez scenariusza. Nie wiedziałam, czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, czy cokolwiek ma zamiar się tu wydarzyć?

Nie mam absolutnie zarzutów względem szkieletu tej historii: mamy dom pełen duchów, szaloną staruszek i jej pielęgniarkę, która jak oświadcza w pierwszych minutach wkrótce dołączy do szeregu duchów domu. No fajnie, proso i konkretnie. Opowiedziano ją jednak w sposób, który nie ma szansy zaciekawić. Na pewno znajdą się widzowie, którzy docenią rozmywające się postaci duchów, czy owo filmowe przesłania o impasie i gniciu, ale w moim przypadku odczucia są cokolwiek chłodne.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 01 września 2016

The Remains (2016)

remains

Niedawno owdowiały John wraz z trójką dzieci przeprowadza się do 'nowego, starego domu'. Tu na pogrążoną w żałobie familię czeka masa rozrywek w postaci objawów nadprzyrodzonej aktywności w budynku. Coś robi niezłe zamieszanie. Nie poprzestaje na rzucaniu przedmiotami, miesza też w głowie bohaterom, co rychło prowadzi do nieszczęścia.

Prędziutko rzuciłam się na ten film spragniona dobrej historii nawiedzonego domu - takich nigdy dość. Historia okazała się jednak bardzo przeciętna. Nie tylko dlatego, że ortodoksyjnie trzyma się schematu typowego dla ghost story, to jestem w stanie wybaczyć, bo klasyczne podejście to czasem lepsze rozwiązanie niż nieudaczne udziwnienia, ale niestety twórca dał ciała w realizacji swojego zamysłu.

Widać tu nie tylko brak doświadczenia w tworzeniu scenariusza, czy w reżyserii całego projektu, to co najbardziej boli to brak wyczucia klimatu grozy. Wierzę, że facet szanuje i lubi cała kulturę horroru, ale niestety talentu pozwalającego mu na dorzucenie choćby cegiełki do kultu ghost story mu ewidentnie brak.

Próby odwzorowania kolejnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych na podstawie znanych i lubianych filmowych horrorów kończą się fiaskiem. Zawsze czegoś brakuje, lub czegoś jest za dużo.

remains

Gwoździem do trumny jest tu jednak aktorstwo. Cała obsada, jak jedne mąż powinna iść do odstrzału. Dobry aktor nawet w najbardziej drętwy dialog potrafi tchnąć trochę życia, w schematyczną postać wrzucić coś od siebie. Tu widziałam warsztat na poziomie szkolnej akademii z pierwszej lepszej podstawówki. Do najmłodszych aktorów w rolach Viky i Aiden'a nie mam wielkiego żalu, bo widać, że nie miał kto ich poprowadzić, ale odtwórca roli ojca rodziny Johna, czy jego nastoletnia córka Izzy to klęska nad klęskami. Pomijając już fakt, że nastkę gra u dobiegające  trzydziestki babsko - co widać - laska chyba już kompletnie zapomniała jak to jest być młodą gniewną, bo jej popisy szczeniackiego buntu wypadają groteskowo.

Wątki obyczajowe, warstwa dramatyczna leży powalona na obydwie łopatki.

Motyw przewodni filmu, czyli rzeczone nawiedzenie poznajemy tradycyjnie dzięki retrospekcji w pierwszych minutach filmu. Przenosimy się do roku 1891, kiedy to w obecnym domu Johna i dzieci odbywały się seanse spirytystyczne Madame 'Jakiejśtam'. Ten prolog zdradza nam wszystkie tajemnice domu, nie pozostawiając wątpliwości odnośnie tego z kim spotkają się główni bohaterowie po przeprowadzce.

remains

Te retrospekcyjne sceny wypadły pod względem wizualnym całkiem nieźle, a ja wyłapałam pewien błąd. W czasie całego zamieszania uruchamia się gramofon, a z niego płynie znana melodia "Daisy Bell" (królowała też w pierwszym sezonie "Scream". Ale mamy rok 1891 a o ile wiem piosenkę skomponowano w 1892, a wydano w 1894.

Jak wspomniałam, sceny seansu wypadły nieźle, co mogło być zapowiedzią drygu do kręcenia wszelakich scen z nadprzyrodzonymi emanacjami, ale tak po prawdzie w dalszej części filmu wypadają one licho i nie sądzę by ktoś kto często karmi się horrorami odczuł choćby śladową porcję grozy.

"Remains" to więc nic innego jak nieudane naśladownictwo tego, co w horrorach tak dobrze zwykło się sprzedawać. Ja na pewno tego nie kupuję.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie: 3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:4

38/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 30 lipca 2016

The Dead room (2015)

deadroom

Trójka łowców duchów przybywa do porzuconego domu w górach, gdzie rzekomo dochodzi do nadprzyrodzonych zjawisk. Jego lokatorzy przepadli bez wieści. Medium Holly, sceptyczny naukowiec Scott i technik Liam mają zbadać sprawę.

"Dead room" to kolejny nic nie wnoszący straszak, którego fabułę zbudowano na popularnej konwencji przygód badaczy zjawisk nadprzyrodzonych w nawiedzonym domu.

deadroom

Szczęśliwie nie jest to paradokument, niemniej jednak wyżyn owa produkcja nie osiąga.

O ile obraz, sposób prowadzenia kamery, dobór lokalizacji, scenografia, czy udźwiękowienie robią raczej niezłe wrażenie, podobnie jeśli chodzi o tak zwane straszne momenty, o tyle scenariusz i aktorstwo to totalne szyderstwo z gatunku grozy. W tych kwestiach amatorszczyzna daje po oczach aż miło.

W dialogach brak płynności, naturalności, jakby obsada nie mogła spamiętać swoich kwestii i co chwilę zacinała się lub próbowała improwizować z nie do końca dobrym skutkiem.

Bohaterzy, skrojeni podłóg schematu są niemal przezroczyści. Nawet w momentach, które powinny wzbudzić w nich większe emocje, oni zachowują się jak kukły. Efekt tego jest taki: jeśli Wam jest wszytko jedno, widzowi tym bardziej.

deadroom

Fabuła, również podlegająca znanemu schematowi rozwija się dość ślamazarnie, jak na 80 minutowy film. Dużo bzdurnego gadania, trochę fajnych zagrywek, przewidywalny twist fabularny i finał z trudem wygrzebany z tyłka scenarzysty.

Myślę, że osoby odpowiedzialne za udane aspekty technicznej tejże produkcji czym prędzej powinni pożegnać się z niezbyt uzdolnionym duetem odpowiedzialnym za warstwę fabularną "Dead room" i spełniać się gdzie indziej, bo aż ich szkoda.

Plusów ma ten film niewiele, ale jeśli ktoś koniecznie chce obejrzeć jakiś film o takiej tematyce może spróbować. Zdjęcia są fajne, kolorystyka obrazu tworzy dobrą podwalinę dla zbudowania klimatu, więc zawsze to już coś.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:4

43/10

W skali brutalności:0/10

wtorek, 19 lipca 2016

Controra/ Dom pełen cieni (2014)

controra

Megan i jej mąż Leo wracają w rodzinne strony mężczyzny by sprzedać odziedziczony po wuju dom. Na miejscu okazuje się, że spadkiem żywo interesują się brat Leo, Nicola więc to w jego ręce ma wpaść rodzinne dziedzictwo. Tymczasem martwy wuj, ksiądz i cudotwórca czeka na kanonizację. Sprawę bada wysłany z Watykanu duchowny, ale w pewnym momencie postacią wuja zaczyna interesować się także żona Leo. Wszystko wskazuje na to, że święty wuj nie był 'święty'.

"Dom pełen cieni" to produkcja włosko-irlandzka. To thriller gdzie główną oś fabuły stanowi rozwikłanie rodzinnej zagadki.

Gdy bladolica Megan, wrażliwa artystka, trafia do włoskiej posiadłości, którą odziedziczył jej mąż zaczyna węszyć po kątach. Początkowo urzeczona domostwem, w końcu zaintrygowana jego tajemnicami.

controra

Dominują tu wątki obyczajowe, obraz relacji małżonków, relacji Leo z krewnymi, ale jest też trochę sytuacji nie z tej ziemi, właśnie za sprawą Megan. To właśnie kobieta zaczyna doświadczać dziwnych wizji, w których widzi młodą dziewczynę i księdza, wuja Leo. Przeglądając rodzinne fotografie napotyka na wizerunki osób, o których nikt nic nie wie, albo wiedzieć nie chce. Tropiąc kolejne gałęzie drzewa genealogicznego rodziny małżonka natrafia na pewne luki i nieścisłości. Wszystkie tropy prowadzą do spoczywającego w krypcie wuja.


controra

"Dom pełen cieni" na pewno nie jest dziełem wybitnym realizatorsko. Pomysł jest całkiem dobry, ale w realizację można było włożyć więcej serca.

Kuleją tu nieco wątki nadprzyrodzone, są bardzo mało czytelne i oszczędnie przedstawione, a jakby nie patrzeć to one mają być siła napędowa fabuły. Gdyby nie odjazdy Megan nikt by nie posądził świętego wuja o występne życie. Co się tyczy wątków dramatycznych, równie istotny, tu też widać dużo skrótów myślowych i dopiero finał historii pokaże o co tak na prawdę toczyła się gra. Można to uznać za element zaskoczenia ale równie dobrze można to odebrać jako niedoróbkę.

Finał jest dobry, jest mocny, ale prowadząca do niego droga była nazbyt wyboista, za bardzo rozwleczona.

Dużym plusem jest na pewno lokalizacja akcji, małe włoskie miasteczko, piękna posiadłość, ogromny, stary dom. Ma klimat. Aktorstwo nie jest najgorsze, ale raczej nikt nie zaskarbił tu sobie mojej szczególnej uwagi.

Generalnie jest to film który można sobie odpuścić, ale jeśli zdecydujecie się na seans z nim to też nie będzie to wybór najgorszy.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 14 lipca 2016

The Portal/ Portal (2009)

portal

Dwaj kumple Hooke i Gibbs zatrzymują się nocą w przydrożnym hoteliku by odpocząć w czasie podróży. Na dworze panuje straszna mgła więc mężczyźni są zmuszeni zostać tam do rana. Nazajutrz jako hotelowi goście zostają zaproszeni na wspólny posiłek. Wówczas okazuje się, że nie jest to spodziewane śniadanie, lecz... kolacja, zegar wskazuje, że jest już po osiemnastej. Zdziwieni dołączają do grupy innych hotelowych gości przy stole i raczą się podanym jedzeniem.

Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nazajutrz nie przywitała ich kolejna mgła i kolejna kolacja po osiemnastej. Jak gdyby czas zatrzymał się w tym miejscu.

Każdorazowo odtwarzana jest ta sama kolacja z tymi samymi daniami z tymi samymi gośćmi wypowiadającymi te same kwestie. Nikt po za Hookiem i Gibbsem nie zdaje sobie sprawy z powtarzalności wydarzeń. Jak gdyby ktoś rzucił na nich urok. Co więcej jeden z mężczyzn zauważa, że szeregi gości hotelu przerzedzają się co również nie zostaje przez nikogo innego zauważone. Z tym miejscem jest coś nie tak i tylko jego właściciele i pracownicy wiedzą o co tak naprawdę chodzi.

portal

"Portal" wygrzebałam w czasie 'poszukiwań zaginionego tytułu'. Jak wiecie na blogu istnieje zakładka, gdzie możecie zgłaszać filmy, których tytułów nie pamiętacie. Wspólnymi siłami z innymi czytelnikami bloga próbujemy odszukać zaginiony tytuł na podstawie tego, co zapamiętaliście z seansu z danym filmem. Jeśli chcecie wesprzeć aktualne poszukiwania zapraszam na fanpage bloga, bo tam toczy się zazwyczaj dyskusja na ten temat. Jeśli zaś chcecie zgłosić film do poszukiwań piszcie komentarz w zakładce JAKI TO FILM.

No, więc właśnie, "Portal" był jednym z zaginionych filmów.

Jest to obraz mało popularnych, stworzony wspólnymi siłami niezbyt doświadczonych twórców, którzy jednak mieli całkiem fany pomysł.

Lubię filmy grozy gdzie pojawia się motyw zapętlenia czasu, amnezji, filmy toczące się w zadupnych hotelikach otoczonych gęstą mgłą. Taki jest "Portal".

Spełnia więc z grubsza wymogi mojego gustu i gdyby przyłożyć się mocniej do jego realizacji byłby oto film może nawet bardzo dobry.

Niestety jest tylko niezły, bo zabrakło tu trochę wyobraźni na sprawne poprowadzenie wątku. W pewnym momencie scenariusz poddaje się klasycznym błędom logicznym, pozwala bohaterom na zbyt dużo nonsensownych decyzji, a obserwowanie ich konsekwencji budzi irytację zamiast niepokoju.

Mimo iż walory techniczne obrazu nie powalają udało się tu stworzyć fajny klimat izolacji i zagrożenia. Gdyby nie to, że zbyt szybko ujawniono 'sekretne życie hoteliku' można by było dłużej delektować się nastrojem tajemnicy. Niestety to co oferuje nam rozwiązanie głównej zagadki nie jest zbyt lotnym pomysłem. Uspokoję Was jednak, że niespodzianek jest tu sporo więc na pewno część elementów tej układanki przypadnie Wam do gustu.

Generalnie film ten jest przykładem niewykorzystanego potencjału.

Większość opinii o nim jest raczej negatywna, więc moja dobra wola by dostrzec w nim ów potencjał niekoniecznie musi znaleźć Wasze poparcie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 26 czerwca 2016

The Conjuring 2: The Enfield Poltergeist/

Obecność 2 (2016)

conjuring

W Londyńskiej dzielnicy Enfield przy 284 Green Street jeden z szeregowych domów wynajmowała samotna matka czwórki dzieci, Penny Hodgson. Pewnej nocy jej córka Janet zaczęła doświadczać dziwnych zjawisk. Słyszała głosy, lunatykowała, aż w końcu wraz z siostrą Margaret były tak przerażone, że nie chciały przekroczyć próg własnego pokoju. To co się w nim wyprawiało można uznać za klasyczny przykład nawiedzenia. Przedmioty, nawet ciężkie meble, samoistnie się przesuwały. Przybierając na sile ,emanacje te objęły cały dom, gdzie bez przerwy coś się poruszało, trzeszczało, zgrzytało. Rodzina czuła się zagrożona i desperacko potrzebowała pomocy.

Historię poltergeista z Enfield, który w latach siedemdziesiątych nawiedzał rodzinę Hodgsonów po raz pierwszy poznałam dzięki mini serialowi "The Enfield Haunting" inspirowanym udokumentowanym wydarzeniami. Teraz tę samą historię, po swojemu, z większym przytupem opowiada James Wan.

Film stanowi sequel "Obecności" z 2013 roku i podobnie jak poprzednik skupia się na historii nawiedzonego domu, którego mieszkańcy szukają pomocy u słynnych łowców duchów Ed'a i Lorraine Warren.

conjuring

Obraz w dużej mierze odwzorowuje wydarzenia w takim kształcie w jakim zostały zapamiętane przez ich świadków. Dopuszcza rodzące się wątpliwości, które pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś zaczyna wykrzykiwać że jego dom jest nawiedzony a dziecko opętane.

Te wątpliwości, tak oczywiste, są w przypadku "Obecności 2" dużo bardziej wyeksponowane niż w przypadku 'jedynki'. To chyba taki ukłon w stronę sceptyków. Efekt tego jest taki, że fabula wydaje się bogatsza i mniej jednoznaczna w odbiorze. Oczywiście ostatecznie wszytko sprowadza się do tego, żeby utrzeć sceptykom nosa i pokazać jak to duch się rozszalał, ale nie ma się temu dziwić, bo kogo miałby przerazić fakt, że gówniara chciała zwrócić na siebie uwagę, a jej matka zarobić na całym zamieszaniu. "Obecności" są horrorami, a więc dom musi być nawiedzony.

conjuring

Wiecie zapewne, bo wcale tego faktu nie ukrywam, że nie należę do grona zachwyconych fanów "Obecności" z 2013 roku. Robiłam chyba ze trzy podejścia do tego filmu i za każdym razem widziałam w nim to samo: jałowość schematu i entuzjazm wobec efektów specjalnych. Owszem film jest dobrze zrobiony, jest wręcz podręcznikowy, ale jakoś zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła i nic na to już nie zaradzę. W przypadku 'dwójki' jest nieco lepiej. Może dlatego, że sama historia, na której oparto fabułę jest bardziej złożona i dzięki temu nie nudzi?

Bardzo przypadła mi do gustu postać Penny Hodgson, która nie była łatwa do ocenienia, sama Janet wypadła blado, ale tak ją skrojono. Jeśli chodzi o fabułę, to cieszy mnie, że pojawił się tu fabularny twist tuż przed finałem, bardzo fajnie przedstawiony i trzeba przyznać, nawet z pomysłem.

Co do tego, co fani Wana cenią najbardziej, czyli straszne momenty to nie było źle. Myślę, że udanych scen było więcej niż w jedynce, ale to gra cieni i świateł jest znakiem firmowym Wana i tu pokazał co potrafi.

conjuring

Film ogląda się przyjemnie. I tyle. Dla mnie jest to nadal bardzo komercyjne przedsięwzięcie i jego walory nie zaspokajają moich apetytów. Jest zbyt... zwyczajnie.

Druga rzecz, nie lubię takich nachalnych gloryfikacji postaci łowców duchów. Szczerze mówiąc nie mam o nich najlepszego zdania. 'Superwarrenowie' mnie nie potrafią kupić.

conjuring

Nie wiem, czemu ale ilekroć staram się polubić tą, chyba już można powiedzieć serię, zawsze przypomina mi się "Lake Mungo", chyba mój ulubiony współczesny film o duchach - i jest pozamiatane.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabula: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

59/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 17 czerwca 2016

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego."Zagłada domu Usherów" jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku "Grobowca Ligeii" Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o "Zagładę domu Usherów" to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

"Zagładę domu Usherów" ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy "Zagłada domu Usherów" Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 czerwca 2016

Burnt Offerings/ Spalone ofiary (1976)

spalone ofiary

Czteroosobowa rodzina postanawia wynająć od pary starszych ludzi okazały dom na wsi. Co ciekawe wraz z domem powierzona im zostaje sędziwa lokatorka, nigdy nie opuszczająca swojego pokoju. Gdy Ben, Marian, mały David i ciotka Elizabeth wprowadzają się do domu marzeń, owe marzenia zmieniają się w koszmary. Dom żyje własnym życiem i konsekwentnie wciela plan eliminacji najemców.

"Spalone ofiary" to jeden z zapomnianych, ale klasycznych filmów opowiadających historie nawiedzonego domu.

spalone ofiary

Dan Curtis postawił tu na znany schemat, czerpiąc inspiracje z noweli Roberta Marasco i bardzo rzetelnie przekładając się do realizacji projektu.

Po za elementami typowymi dla ghost story, ja dopatrzyłam się tam nutki giallo, choć sama nie wiem skąd mogła się tam wziąć.

Film jest bardzo dopieszczony technicznie i bardzo mile się go ogląda mimo, że tempo akcji jest dosyć ślamazarne. Praktycznie cała fabuła skupia się na powolnym budowaniu nastroju paranoi, zagrożenia i tajemnicy po to by załatwić sprawę szybkim i zaskakująco mocnym finałem.

spalone ofiary

Widać tu dużą dbałość o detale, jak scenografia i nawet jej najdrobniejsze rekwizyty.

Nie jest to typowe ghost story z duchami snującymi się długimi ciemnymi korytarzami, pojawiajacymi się znienacka. Takich wrażeń wizualnych tu nie będzie.

Pod tym względem obraz bardzo przypomina "Haunted house" z '63 gdzie górował psychologiczny nie paranormalny konteskt zdarzeń. Z tego też względu podejrzewam, że wielu miłośników tamtej produkcji świetnie odnajdzie się także w tym filmie.

Nawiedzony dom w "Spalonych ofiarach" wykorzystuje psychiczny nacisk kładziony na domowników, który to podobnie jak w  kubrickowskim "Lśnieniu" doprowadza do konfliktów, wybuchów agresji. Małżonkowie odsuwają się od siebie.

spalone ofiary

Marian bardziej interesuje przesiadywanie w pokoju pełnym starych zdjęć obcych jej ludzi niż zajmowanie się własnym synem. Ben z koeli w przypływie szaleństwa prawie topi owego syna w basenie na oczach bezradnej ciotki. Tymczasem dom w nadnaturalny sposób przekształca się, wymienia stare dachówki, wygładza ściany. Jak "Czerwona Róża" Kinga czepiąc siłę z energii życiowej lokatorów odzyskuje dawną świetność.

Mgła szaleństwa zasnuwa oczy państwa Rolf i tylko szybka ewakuacja może ich ocalić.

spalone ofiary

Bardzo miłym zaskoczeniem jest tu filmowa obsada. Wszyscy bez wyjątku spisują się wybitnie, ale nie ma czemu się dziwić, skoro na ekranie widzimy takich aktorów jak Bette Davis w roli starej ciotki, Olivera Reeda w roli Bena, czy Karen Black  w roli Marian. Legendy Hollywood pani Davis nikomu przedstawiać nie muszę. Oliver Reed ma imponująca filmografię, ja najbardziej zapamiętałam go z "Potomstwa" Cronenberga, czy bardzo dziwacznych "Diabłów". Karen Black to nikt inny jak mamuśka Firefly z "Domu tysiąca trupów" Zombie'go, między innymi oczywiście. Jest na kogo popatrzeć, wierzcie mi.

"Spalone ofiary" są jak najbardziej godne wygrzebania, choćby z pod ziemi i obejrzenia. Świetny horror o nawiedzonym domu, niby klasyczny, a jednak bardzo wyróżniający się.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

79/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 15 kwietnia 2016

The Gorgon/ Gorgona (1964)

gorgona

W Vandorf, podkarpackiej wiosce od kilku lat dochodzi do zagadkowych zbrodni. Ludzie padają martwi, a przyczyną zgonów jest 'skamielenie'. Nie inaczej, a ofiary nieznanego sprawcy zmieniają się w kamienne posągi.

Inspektor Kanof i doktor Namaroff trzymają sprawy w ścisłej tajemnicy. Szczególnie temu drugiemu zależy by nikt nie poznał prawdziwej przyczyny śmierci kilku mieszkańców. Reszta nieufnej społeczności zapewne coś podejrzewa, ale nie zamierza dzielić się swoimi obawami by zbadać przyczynę śmierci młodej córki karczmarza - kolejnej ofiary zmienionej w kamień. Szybko zapada wyrok skazujący kochanka dziewczyny, a ten ginie śmiercią samobójczą.

W ten sposób na arenie pojawią się kolejni bohaterzy, profesor - ojciec martwego młodzieńca, oraz jego brat, a w ślad za nimi podąża inny zainteresowany sprawą naukowiec. Jak wkrótce się okaże wszystkie tropy prowadzą do opuszczonego zamku Brockiego, gdzie niegdyś miały żyć trzy demoniczne siostry, Gorgony.

"Gorgona" to przykładny Hammerowski horror. Mnie nieco przypomina "Kobietę Węża", ale nie wiem jak to skojarzenie miałabym uzasadnić;) Nie zabraknie tu klimatu rodem z XIX wiecznych powieści grozy, oddanego za pomocą wspaniałej scenografii, muzyki i zdjęć.

gorgona

Nie zabranie demonicznej postaci rodem z mitologii, nieco kiczowatych efektów specjalnych i przede wszytkim doskonałego aktorstwa czołowych reprezentantów starego kina grozy. Nie ma tu co prawda Vincenta Price'a, ale spotkamy Christophera Lee i Petera Cushinga. Reżyseruje jeden z pracowitych ludzi wytwórni Hammer Terence Fisher, który wydał na świat szereg horrorów o Draculi, Frankensteinie, czy Mumii. scenariusz to dzieło równie znanego wielbicielom Hammera, Johna Gillinga, który napisał scenariusz chociażby do wspomnianej "Kobiety Węża".

gorgona

Moja słabość do filmów z tej wytwórni chyba nigdy nie opadanie, choć z dostępnością filmów nie jest wcale tak kolorowo jakby się mogło wydawać z uwagi na szacunek jakim Hammer cieszy się wśród miłośników starych horrorów.

"Gorgona" nie należy do grona najpopularniejszych 'Hammerów'. Nie doczekała się sequeli, czy remake'ów, co mnie poniekąd dziwi z uwagi na sporą pomysłowość tejże historii. Rozwiązanie zagadki miasteczka Vandorf można zmieścić w pojęciu banału, ale droga do finału stanowi ciekawą plątaninę wątków.

gorgona

Zamysł oparty został na historii pochodzącej z greckiej mitologii, sławiącej dzielnego Perseusza, który w sprytny sposób pokonał demoniczną Meduzę. Meduza była jedną z trzech sióstr zwanych Gorgonami. Byłam z nich najpiękniejsza co spotkało się z dezaprobatą ze strony bogini Ateny. Atena oszpecił dziewczę zmieniając jej włosy w wijące się węże, a żeby nikt nie mógł więcej podziwiać jej oblicza obdarzyła ją 'morderczym spojrzeniem'. Od tamtej pory każdy kto spojrzał na Meduzę zmieniał się w kamień.

Historie oparte na legendach, nawet tych znanych, z miejsca zyskują solidne podstawy dla budowania atmosfery niesamowitości.. Jeśli dodać do tego doskonałe aktorstwo i wspaniałe wizualne wrażenia- wprost nie można się napatrzeć na plenery i scenografię - mamy horror mogący służyć za przykład do naśladowania.

gorgona

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 29 stycznia 2016

The Abandoned aka Confines/ Porzuceni (2015)

confinens

Julia Streak od lat boryka się z problemami psychicznymi objawiającymi się atakami paniki. Z tego powodu grozi jej pozbawienie praw rodzicielskich do córki, Clary. Ostatnią deską ratunku jest udowodnienie otoczeniu, że może normalnie funkcjonować. Pierwszym krokiem mam być znalezienie stałej pracy. Streak zatrudnia się więc na nocnej zmianie w ochronie opuszczonego apartamentowca. Tam wraz z współpracownikiem, Cooperem ma pilnować zabytkowych wnętrz przed intruzami.

Już pierwszej nocy łamie zasady wpuszczając do środka bezdomnego szukającego schronienia przed burzą. Następnym krokiem ku pogrożeniu swojej kariery jest wyprawa w zakazane części budynku. Tak Streak ładuje się w kłopoty, a te niestety wiążą się z nadprzyrodzonymi zjawiskami do jakich dochodzi w piwnicach budynku.

Wpis na temat "Porzuconych" mogłabym w zasadzie zakończyć jednym epitetem: schematyczny, ale to chyba zauważy każdy, już na podstawie szczątkowych informacji na temat fabuły.

Mamy tu standardową bohaterkę. Streak oczywiście boryka się z problemami emocjonalnymi i mimo iż ich charakter nakazywałby trzymanie się z dala od mrocznych miejsc i samotnych nocy to ta zatrudnia się właśnie tam gdzie jest ciemno i podejrzanie. Jak na problematyczną osobę przystało przyciąga kłopoty, jak magnes biurowe spinacze. O ile ulitowanie się nad bezdomnym z psem- tak pies jest argumentem - nie jest tu godne potępienia, to samotna wyprawa w głąb, ciemnego opuszczonego budynku, podążanie za głosami z zaświatów jest już świadomym pakowaniem się w tarapaty. To typowa cecha bohaterek horrorów, niestety, tu twórcy nie pokusili się o choćby szczątkowe uzasadnienie głupoty Streak.

confines

Zagadka jaką skrywają mury budynku też jest nie tyle oczywista, co często występująca w charakterze horrorowego 'jądra ciemności'. Oczywiście zjawiska do jakich dochodzi w  budynku maja związek z haniebnym jego zastosowaniem w przeszłości. Tu mamy kolejny stały punkt programu, czyli udręczone dusze poprzednich lokatorów napastujące naszą problemowa bohaterkę.

Żeby nieco odświeżyć temat finał odwraca kota ogonem, posługując się również dość popularnym wątkiem. Jeśli więc chodzi o samą historie nie uświadczymy tu absolutnie nic ciekawego, wszytko już było i będzie pewno jeszcze nie raz.

Jak wielokrotnie zaznaczałam, jestem w stanie wybaczyć schematyczność, jeśli jest podana w dobrej formie i tu muszę trochę pochwalić twórców, bo "Porzuceni" mają naprawdę fajny klimat.

Po pierwsze lokalizacja. Opuszczony apartamentowiec, pełne przepychu wnętrza, ale wszytko porzucone i zapomniane. Gdy gasną światła atmosfera robi się gęsta, a gdy nasz głupiutka bohaterka schodzi do piwnicy można mówić o klaustrofobii.

Twórcy znaleźli też złoty środek pomiędzy found footage, a obrazem kręconym klasycznie. W niektórych scenach możemy oglądać nagrania z kamer przemysłowych monitorujących budynek, czy też osobistych kamer pary ochroniarzy. Tu zobaczy kilka dobrych ujęć które z pewnością spodobają się fanom "Łowców grobów", z przemykającymi widami i oświetlanymi punktowo upiornymi piwnicznymi pomieszczeniami. W większości jednak film kręcony jest klasycznie, stabilnie przez co nie umordujemy oczu nieustannie skaczącym obrazem. Bardzo przypadła mi do gustu sytuacja z zamkniętymi drzwiami, tu ciśnienie mi skoczyło, ale niestety fabularnie wybrnięto z tej sytuacji dość po łepkach.

confines

Wiem, że twórcy nie mają dużego doświadczenia, ale co ciekawe nie widać tego w formie, lecz na poziomie budowania historii.

Niestety nie mogę tego filmu uznać za dobry, mimo dobrej realizacji, bo ciąg przedstawionych wydarzeń był po prostu nudny, abstrahując już od wtórności pomysłów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 17 stycznia 2016

The Messengers/ Posłańcy (2007) &

Messengers 2: The Scarecrow (2009)

posłańcy

posłańcy

Dwa filmy z pod jednego szyldu. Różni reżyserzy i scenarzyści, jak to często bywa w przypadku kontynuacji, różne historie z tym samym wątkiem przewodnim. Punktem wspólnym w "Posłańcach" i "Posłańcach 2" jest podupadająca farma, problemy finansowe i zjawiska nadprzyrodzone.

Pierwszy z filmów, dzieło dwóch reżyserów i można w sumie powiedzieć, dwóch scenarzystów, gdyż pierwotnie pierwsza część posłańców miała być oparta na pomyśle, który wykorzystano w drugiej części. Moim zdaniem twórcy jedynki powinni pluć sobie w brodę, bo fabuła proponowana im przez scenarzystę drugiej części była ciekawsza, ale do tego dojdziemy.

Pierwszy z filmów zaczyna się w chwili, gdy rodzina nastoletniej Jess - mama, tata i młodszy brat- przeprowadzają się z Chicago na kompletna prowincję. Resztki pieniędzy jakie im pozostały ładują w kupno zrujnowanej farmy. Ważnym punktem w programie są niesnaski pomiędzy nastolatką, a rodzicami. To jej przewina była przyczyną upadku ekonomicznego rodziny o czym często jej przypominają.

Gdy rodzina wprowadza się do nowego domu starzy całkowicie skupiają się na uprawie słoneczników. Tymczasem nastolatka zaczyna odbierać wiadomości od gości z zaświatów. Ataki nadprzyrodzonych istot stają się coraz bardziej inwazyjne, ale nikt nie słucha niegrzecznej Jess.

posłańcy

posłańcy

Wszystko zgodnie z klasycznym wzorcem. Wszytko płaskie i przewidywalne i tylko zwrot akcji w finale może kogoś zaskoczyć. Niestety nie jest to wystarczająca rekompensata za cała godzinę nudy, słabych efektów i drętwego aktorstwa czołowej bohaterki.

Dwa lata później inny reżyser nakręcił "Posłańców 2" i wykorzystał scenariusz, który pierwotnie miał stanowić fabularną podstawę pierwszego filmu.

Nie mamy tu przeprowadzki, ale kłopoty finansowe odgrywają taka samą, albo jeszcze większą rolę. Ponownie widzimy tu czteroosobową rodzinę farmerów tym razem uprawiających kukurydzę. Ojciec rodziny tonie w długach, a matka szuka wsparcia w ramionach dawnego adoratora.

Pewnego dnia John wraz z synkiem znajduje w szopie starego stracha na wróble. Jego mały synek jest przerażony kukłą i wymusza na ojcu obietnicę, że ten nigdy nie postawi go na polu. Niestety złośliwe ptactwo wyżera plony, a John za namową sąsiada postanawia skorzystać ze strach na wróble. Od tamtej pory los zaczyna się do niego uśmiechać. Wszyscy, którzy byli wrogo nastawieni wobec bohatera zaczynają ginąć, a on sam znajduje na polu wartościowe przedmioty. Jak się okazuje, nie ma nic za darmo.

posłańcy

posłańcy

Druga część "Posłańców" jest znacznie bardziej złożona pod względem fabuły. Pojawia się więcej wątków, a same zjawiska paranormalne nie mają kształtu złowrogich niewyjaśnionych emanacji, lecz są celowe i uzasadnione.

Jak nie trudno zgadnąć sprawa ma związek z tytułowym strachem na wróble. Aktorstwo też jest lepsze, a może po prostu postaci ciekawsze, w każdym bądź razie ogląda się to ciekawie. Nie mamy tu wysypu tanich efektów, ani eskalacji w postaci walki wręcz z demonicznym antybohaterem, co zawsze budzi we mnie niesmak. Jest lepiej, niż w przypadku części pierwszej, co jest dość zaskakujące, bo kontynuacje zazwyczaj są słabsze. Ne mniej jednak moje odczucia względem obydwu filmów są dalekie od zachwytu.

Moja ocena:

Posłańcy: 5/10

Posłańcy:6+/10

niedziela, 06 grudnia 2015

Sinister 2 (2015)

sinister 2

Zastępca szeryfa 'Taki to a taki', którego pamiętacie zapewne z pierwszej odsłony "Sinistera" w 2012 roku, postanawia kontynuować śledztwo jakie rozpoczął tragicznie zmarły pisarz Elison Oswalt. Śledztwo dotyczy serii morderstw mających swój początek w latach '60, których ofiarami padały całe rodziny.

Jak już dowiedzieliśmy się z 'jedynki' dzięki makabrycznym filmikom zarejestrowanych na taśmach super 8, które to znalazł ojciec rodziny Oswaldów, wiemy, że tajemnicza postać nazywana Bughuulem w jakiś sposób zmuszała dzieci do morderczych czynów, po czym uprowadzała je gdzieś w inny wymiar. 

Zastępca 'Taki to a taki' idąc tropem schematu odkrytego przez Ellisona szuka kolejnych domów 'z listy Bughuula'  by spalić je i nie dopuścić do kolejnej tragedii. Tak trafia na opuszczona farmę przy kościele, gdzie również doszło już do morderstwa. Niestety okazuje się, że dom ma dzikich lokatorów idealnie nadających się na nowe ofiary, jest to samotna matka ukrywająca się przed sadystycznym mężusiem i jej dwóch synków.

Celem mężczyzny jest uchronienie rodziny przed wpływem złych mocy.

sinister 2

Nowy "Sinister" nie był wyczekiwanym filmem, nie w moim przypadku. Odkąd dowiedziałam się, że Scott Derrikson będzie jedynie współtwórcą scenariusza zaś całą resztę powierza ambitnemu żółtodziobowi, wiedziałam że nie ma co oczekiwać powtórki sukcesu pierwszej części. Doświadczenia z sequelami gaszą entuzjazm.

O dziwo jest jednak lepiej niż się spodziewałam. Wszelkie moje obawy dotyczące tego filmu sprawdziły się, jednak mile zaskoczył mnie wysoki poziom realizacji.

O ile "Sinister" nie bazował na scenach gdzie gwałtownie coś pojawia się w kadrze, choć owszem zdarzało się, o tyle tu mamy ich masę i muszę powiedzieć, że w moim przypadku sprawdziły się, bo podrygiwałam sobie na fotelu w tych miejscach.

sinister 2

Drugim plusem jest wprowadzeniem nowych taśm z nagraniami morderstw. O ile w poprzednim filmie mogły one wzbudzić niepokój to tu są już mocno pojechane. Mordercze dzieciaki wykorzystują ciekawsze formy zadawania śmierci. Mnie osobiście utkwił w pamięci krokodyl i szczury. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, bo zmniejszy to Wasze wrażenia gdy sami zasiądziecie do seansu.

Muzyka i ogólne udźwiękowienie też dobrze się sprawdza, choć nie ukrywam, że brakowało mi tej jednej psychodelicznej ścieżki, która pojawiała się każdorazowo w czasie gdy Oswalt odtwarzał filmy. Tu pojawia się dopiero w finale.

Jeśli chodzi o mankamenty to są oczywiste.

Po pierwsze brak aury tajemniczości wokół przedstawionych wydarzeń. Jak pamiętamy z jedynki działanie Bughuula na córkę Oswalta było okryte całkowitym sekretem. Widzieliśmy głównie to czego doświadczał ojciec rodziny, jeśli chodzi o dzieci mieliśmy tylko niejasne przesłanki, które zapewne przyczyniły się do efektu zaskoczenia w finale.

W "Sinisterze 2" możemy prześledzić całe działanie Bughuula, który dzięki swoim małym wyznawcom miesza w głowie małym chłopcom. Oczywiście jest to przestrzeń dla wykorzystania skocznych scen i efektów komputerowych użytych dla przedstawienia sylwetek porwanych dzieci.

sinister 2

Widać, że twórcom zależało na wypełnieniu każdej możliwej luki w interpretacji wydarzeń nie pozostawiając praktycznie żadnej przestrzeni dla wyobraźni i pozbawiając się szansy na zaskoczenie widza.

Finał tej historii też nie przypadł mi do gustu, zabrakło tu sugestywności, choć zwracając uwagę na walory wizualne było na co popatrzeć.

Podsumowując "Sinister 2" wypada średnio, ale tego akurat się spodziewałam więc nie czuje rozczarowania.

Sądzę, że większość z Was sięgnie po te pozycję chociażby z ciekawości, tak jak ja. Ciekawość zaspokoiłam i w zasadzie tyle.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

To coś:6

Oryginalność:3

58/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 14 listopada 2015

Crimson Peak/ Wzgórze krwi (2015)

crimson peak

Edith, młodziutka córka Nowojorskiego przedsiębiorcy marzy o zostaniu pisarką pokroju Mary Shelley. Na własnej skórze doświadczyła tego co nazywamy zjawiskami paranormalnymi toteż jej wrażliwa dusza chce podzielić się owymi wrażeniami z czytelnikami. Wrażliwa dusza jest też sprawcą nagłego wybuchu namiętności w kierunku zubożałego szlachcica który przybywa z Anglii by przekonać jej ojca do wspólnych interesów.

Gdy ojciec umiera dziewczę wpada w ramiona ukochanego Thomasa i wybywa wraz z nim do miejsca noszącego wdzięczną nazwę Wzgórze krwi. Znajdująca się pod zrujnowaną acz nadal dostojną posiadłością Thomasa i jego siostry kopalnia gliny sprawia iż ziemia barwi się tam na kolor krwistej czerwieni. Kiedy Edith poznaje bliżej swojego męża i jego historię odkrywa, że nazwa Wzgórze Krwi pasuje do tego miejsca także z kilku innych powodów...

crimson peak

"Crimson Peak" to nowy horror w reżyserii Guillermo del Toro. Pracowity Hiszpan ostatnimi czasy skupiał się na produkcji popularnego, przynajmniej w Stanach, serialu o wampirach, "Wirus", jednak jak widać nie zamierza rezygnować z dużego ekranu. W najbliższych latach możemy się spodziewać z jego strony jeszcze przynajmniej dwóch ciekawych projektów, na którymi także pracuje i kolejnego serialu.

Oglądając "Wzgórze krwi" nie zdawałam sobie sprawy z tego, kto jest jego twórcą. Jak to ja;) Jednak rozpoznałam Guillermo po jednej scenie z duchem, w którym widzimy jak z rany na czole umarlaka sączy się krew, w bardzo charakterystyczny sposób, przypominając raczej unoszącą się w niebo smugę czerwonego dymu. Pomyślałam, że albo ktoś bezczelnie rżnie z "Kręgosłupa diabła", albo to nowy film del Toro.

"Wzgórze krwi" spodobało mi się praktycznie od pierwszych scen. Uwielbiam horrory kostiumowe, rozgrywające się na przełomie XIX i XX wieku.

Del Toro czaruje widza wizualnie. Jego film przypomina przedstawienie iluzjonisty. Świetnie oddaje klimat czasów Poego, Dickensa, Lovecrafta.

Początkowo akcja rozgrywa się w Nowym Yorku gdzie poznajemy Edith Cushing. Nazwisko skojarzyło mi się jednym z czołowych aktorów Hamera, ale pewnie użyto go przypadkowo.

Młode dziewczę wyznaje widzom, że w dzieciństwie odwiedził ją duch matki przestrzegając przed tytułowym "Wzgórzem krwi". Jednak zapomina o tym i poznając Thomasa, zakochując się w nim i przeprowadzając się do mglistej Anglii nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej życie jest zagrożone. Przedstawiona tu historia nosi znamiona klasycznego gotyckiego romansu, gdzie bladolica dama oddając się w objęcia miłości trafia wprost do mrocznej krypty, gdzie duchy poprzednich lokatorek próbują objawić jej straszliwą prawdę o jej położeniu.

crimson peak

W roli bladolicej damy doskonale sprawdziła się Mia Wasikowska słynąca ze swojej wiktoriańskiej urody. Lubię na nią patrzeć. Jej podejrzany ukochany to również znany z ról w filmach kostiumowych i kinie grozy Tom Hiddleston, ostatnio widziany w towarzystwie jasnowłosej wampirzycy w filmie "Tylko kochankowie przeżyją".

W domu na krwawym wzgórzu po za małżonkami, duchami i widmami, mieszka także siostra Thomasa i jej rola w całej intrydze może mile zaskoczyć widza.

Fabula jednak nie jest tym czym ten film powinien najbardziej się chwalić. Wg. mnie w pewnym momencie scenariusz traci impet i zaczyna kręcić się w kółko i po prostu męczyć. Gama uczuć odgrywana przez aktorów jest mocno ograniczona i naznaczona dużą dozą egzaltacji. 

Dla mnie najlepsza była jednak oprawa. Iluzja operatorska, doskonałe efekty i rewelacyjna scenografia. Na domostwo na krwawym wzgórzu wręcz nie mogłam się napatrzeć. Każdy kąt tego domu był majstersztykiem, a ziejąca dziura w suficie, przez którą wpadał śnieg z miejsca skojarzyła mi się w domem szalonej Nory Dinsmoor w "Wielkich nadziejach" '98.

crimson peak

Gra świateł, cieni, nasycona kolorystyka. To wszytko robi kolosalne wrażenie. To jest film do oglądania w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jego horrorowe walory opierają się na gotyckim klimacie, nie jest film nastawiony na przerażanie w taki sposób w jaki robią to mainstreamowe horrory.

Moja ocena:

Straszność:3

Klimat:9

Napięcie:5

Fabuła:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 1/10

piątek, 06 listopada 2015

The Changeling/ Zemsta po latach (1980)

zemsta po latach

Kompozytor i wykładowca akademicki John Russell w tragicznym wypadku traci żonę i córeczkę. Po kilku miesiącach rozpaczy postanawia się pozbierać. W tym celu przeprowadza się do Seattle, gdzie wynajmuje starym dom i zatrudnia się na uczelni.

Wydaje się, że przeprowadzka dobrze mu zrobiła, szybko wraca do komponowania i zaczyna tworzyć nowy utwór. Niestety mieszkanie w starym domu ma swoje wady, John cyklicznie słyszy dziwne dźwięki, ale nie jakieś trzeszczenia podłóg lecz miarowe uderzenia, głośne i niedające się zbagatelizować. Zupełnie jakby ktoś dobijał się do niego z innego świata.

Grzebiąc w starych rzeczach pozostawionych przez dawnych lokatorów odnajduje między innymi starą pozytywkę. Okazuje się, że wygrywa ona te samą melodię, którą właśnie komponuje muzyk. Nigdy wcześniej jej nie słyszał, co sprzyja przekonaniu, że ktoś nadsyła mu myśli, próbuje nawiązać kontakt. Ktoś kto żył w tym domu i umarł w nim.

zemsta po latach

"Zemsta po latach" jeden z najbardziej klasycznych i rozpoznawalnych horrorów z podgatunku ghost story. Jego fabula opiera się na schemacie, który występuje na tyle często, że można tu mówić o pewnym horrorowym etosie.

Wszystko zaczyna się od przeprowadzki do 'nowego,starego domu' w którym zamiast szczęścia protagonistę lub protagonistów spotykają nadnaturalne ataki zagrażające życiu. Fabuła sprowadza się do rozwikłania tajemnicy domu najczęściej związanej ze śmiercią poprzedniego lokatora, który z powodu delikatnie ujmując nieprzyjemnych okoliczności zejścia ma problem z pogodzeniem się ze swoim obecnym stanem skupienia.

zemsta po latach

Nie obejdzie się więc mrożących krew w żyłach scen z udziałem niepokojących odgłosów, przemykających zjaw, lub poruszających się przedmiotów, wystąpić mogą też halucynacje w postaci wizji przeszłych wydarzeń jakich doświadcza ofiara ataku ducha najczęściej w punkcie kulminacyjnym historii. Często wprowadzani są bohaterzy rodzaju egzorcystów, szamanów, księży, nawiedzonych jasnowidzów czy medium.Wszytko prowadzi do emocjonalnego wybuchu jakiemu towarzyszy rozwikłane zagadki nieszczęścia jakie spotkało niespokojną duszę i tu najczęściej można się spodziewać happy endu z drobnym 'ale' dla przypieczętowania nastoju.

Tak też w gruncie rzeczy wygląda fabuła "The Changeling". Dla jednych będzie to gradka, bo nie ma to jak nawiedzony dom w starym klasycznym stylu, dla innych nuda, bo nic tu nowego.

Jeśli chodzi o mnie to wybrałam ten film wiedząc z czym mam tu do czynienia, wybrałam z premedytacją. Oglądałam go już parokroć, ale z odstępem czasu na tyle dużym by pewne elementy fabuły zdążyły wyparować mi z pamięci.

Byłam nawet trochę zaskoczona zmyślną historią domu i jego niespokojnego martwego lokatora. Jak na dobre ghost story przystało jest stosownie tragiczna i przygnębiająca. Ale nie za fabułę tak cenię sobie film Petera Medaka.

zemsta po latach

Urzekający jest przede wszystkim klimat. Prawdziwą esencje stanowią zdjęcia. Może dorwałam akurat taka wersje, ale miałam wrażenie, że kadry są trochę nieostre i szczególnie 'w ciemniejszych' scenach trochę się rozmywają. Prowadzenie kamery jest doskonale dostosowane do tego by jak najlepiej ukazać wnętrze starego domostwa. Cała scenografia i rekwizyty- super.

zemsta po latach

Dobrze spisuje się też filmowa muzyka, choć jak dla mnie była trochę za oszczędnie wykorzystywana.

Jak na kino z lata '80 przystało duchy nie wyskakują z najnowszych programów obróbki graficznej. Nie widzimy tu więc przerażających zmor z kredo-białą wykrzywioną facjatą.

Duch wydaje dźwięki, sygnalizuje swoją obecność przy użyciu przedmiotów, przemawia cienkim głosikiem. Wszytko to jest szalenie delikutaśne i nienachalne, a ja bardzo nie lubię być straszona na siłę. Aktorstwo również trzyma poziom, bez egzaltacji i manieryzmu.

Wszytko super, tylko brać:)

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:9

70/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 19 września 2015

Soulmate (2013)

soulmate

Skrzypaczka Audrey boryka się z depresją po śmierci męża, Tristana. Jej siostra znajduje ją w wannie pełnej krwi płynącej z podciętych żył kobiety. Po tym wydarzeniu Audrey uzbrojona we fiolkę psychotropów ucieka do deszczowej Walii by tam cieszyć się spokojem w wynajętym, zabytkowym domu. Niestety osiągnięcie psychicznej harmonii utrudniają jej uporczywe wizje nawiedzenia. Audrey sądzi, że to Tristan składa jej małżeńskie wizyty. Prawda jest jednak inna.

Tęskno mi za dobrymi, klimatycznymi ghost story. Gdy więc przeczytałam opis "Soulmate", sądziłam, że oto będę mieć okazję po obcować z takim właśnie gatunkiem. Psychicznie rozchwiana kobieta i emanacje z zaświatów pośród mglistych pól i trzeszczących podłóg starego domu. Czy dostałam to czego si spodziewałam? Nie. Czy jestem zadowolona z seansu? Tak!

soulmate

Film wypłynął dość późno patrząc na datę tej produkcji, ale jak to bywa z debiutami swoje musi odleżeć, zanim dojdzie do premiery na nośniku DVD. Na premierę kinową nie miał sans, w sumie nie wiem dlaczego, bo nazwisko reżyserki jest znane w kręgach filmowców, za sprawa jej życiowego partnera, twórcy jakże zajebistego "Zejścia". Ona w przeciwieństwie do męża nie jest tak konwencjonalna i może dlatego jej obraz nie doniósł takiego sukcesu.

Jeśli Marshall robi film o wilkołakach, to od początku do końca jest to film o wilkołakach, jeśli stawia na klaustrofobiczny survival to wyciska z niego wszystkie soki by zadowolić widza i utrzymać go w konwencji.

Jego połowica zrobiła coś odwrotnego. Za co z mojej strony zasłużyła na podziw, choć zapewne jestem w tym momencie w opozycji do większości widzów.

Pierwszym elementem na jaki zwróciłam uwagę jest  filmowa muzyka. Rewelacyjna! Chrisiatnowi Hansonowi należą się rzęsiste brawa, bo to za sprawą jego pracy tak gładko wchodzimy w klimat opowieści. Oczywiście duża zasługa leży po stronie kamerzysty, który potrafił zaprezentować zarówno wnętrza domu, nie tyle upiorne co, przygnębiające i plenery, czyli walijskie odludzie z jego mglistą aurą.

soulmate

Zdecydowanie pierwsza połowa filmu to typowy początek ghost story: Kobieta w strasznym domu. Domu człowieka, który za sprawa nieszczęśliwej miłości palnął sobie w łeb trzydzieści lat temu.

Audrey podobnie jak on usiłowała dołączyć do ukochanego w zaświatach, ale w przeciwieństwie do pana Talbota nie udało jej się to. Teraz jest sama w domu, który wydaje przedziwne dźwięki i w którym nawiedza ją wizja martwego męża.

Jej sprawą żywo interesuje się opiekunka domu, Teresa, która to wydaje się być specjalistką od nawiedzeń. Pojawia się też jej mąż, lekarz, który sensacje Audrey interpretuje jako objawy nerwowego załamania.

soulmate

Tak więc, zmierzamy sobie raźno do punktu w którym duch powinien objawić się w pełnej krasie po czym okazać się demonem i zostać przepędzony w akompaniamencie nie ludzkich wrzasków i wymachów krzyżem.

Tak, tego właśnie się spodziewałam. Duch jednak wcale nie jest demonem, chcącym ponieść swoją brankę w piekielne czeluście, nie pojawi się też egzorcysta, ani inny łowca duchów.

Dla niecierpliwców SPOILER: Jak za pewne przewidziała to część z Was owym duchem nawiedzającym naszą bohaterkę jest pan Talbot. Nieszczęsny samotny duszek, który dzięki napotkaniu na bratnią duszę, czyli Audrey zaczyna rosnąć w siłę. Para nieszczęśników zaprzyjaźnia się z sobą, niestety romantyczna natura naszego samobójcy popycha go do szukania ekstremalnych dróg spełnienia w miłości. Talbot zakochuje się w Audrey i chce by ta dołączyła do niego w zaświatach. W sprawę wtrąci się wspomniana wcześniej Teresa, co przyniesie opłakane skutki. Okaże się bowiem jak wielką rolę odegrała w nieszczęściu, które spotkało samobójce. KONIEC SPOILERA.

soulmate

Sprawa ostatecznie idzie bardziej w stronę "Obecności", ale nie TEJ "Obecności" Wan'a, lecz "The Presence", o którym pisałam jakiś czas temu.

To spora dawka innowacji i przede wszystkim niejednoznaczności gatunkowej. Znajdziemy tu oczywiście dużo z ghost story, czy thrillera, ale jeszcze więcej z dramatu, czy nawet melodramatu. Efekt końcowy jest bardzo smaczny, przynajmniej dla tych, którzy lubią eksperymenty.

A nawet jeśli takie rozwiązanie fabularne nie do końca Wam 'zagra' to jest jeszcze gro innych zalet jakie posiada ten film. Realizacyjnie stoi na bardzo wysokim poziomie i mimo iż twórczyni odwraca się niejako od klasycznego pojmowania gatunku to nie da się ukryć, że umie wykorzytać jego zalety. Polecam? Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 4

Klimat:9

Napięcie:7

Fabuła:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:7

71/100

W skali brutalności: 1/10

niedziela, 09 sierpnia 2015

The Enfield Haunting (2015) - odc. 1-3

the enfield haunting

"The Enfield Haunting" to trzy odcinkowy mini serial, zrealizowany dla stacji Sky Living. Emitowany był w maju tego roku. Twórcą jest Duńczyk z doświadczeniem w tego rodzaju produkcjach.

Pomysł na serial zaczerpnięto, jak to zazwyczaj z rzekomo autentycznej historii, która miała miejsce w Stanach w latach 70.

Historia została opisana przez jednego z jej uczestników Guy'a Lyona Playfair'a w książce "Ten dom jest nawiedzony" traktującej o zjawisku poltergeista, który zagościł w domu samotnej matki wychowującej czwórkę dzieci.

the enfield haunting

the enfield haunting

Najmłodsza z córek, Janet doświadcza tego, co nazywamy nawiedzeniem. Dziwne zjawiska w domu Hodngsonów zaalarmowały sąsiadów i policję, aż w końcu w domu rodziny pojawia się łowca duchów Maurice Grosse, a w ślad za nim pojawia się dziennikarz specjalizujący się w tego rodzaju tematach, Guy Playfair. Wszyscy wspólnie próbują zgłębić tajemnicę jaką skrywa dom.

the enfield haunting

Każdy z odcinków trwa czterdzieści pięć minut więc przy dobrych chęciach można obejrzeć całość w ciągu jednego wieczoru. Ja tak właśnie uczyniłam.

Realizacja jest na tyle sprawna by nie odstraszać, a dodać mogę, że sceny z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, czyli wszelkich emanacji złych mocy które atakują Janet wyglądają zadowalająco. Młoda jest podwieszana przez firankę, atakuje ją lustrzane odbicie etc, etc...

Fabuła jest bardzo prosta. Niczym w horrorach z rodzaju "Obecności" mamy rodzinę, w której życiu następuje zmiana. Następuje kryzys. Tatuś porzuca rodzinę, najstarszy syn sprawia problemy wychowawcze, wtedy pojawia się poltergeist, z którym najbliższa więź ma właśnie Janet. To jej ustami komunikuje się z otoczeniem, to ją najsilniej atakuje.

Jak zazwyczaj pojawią się wątpliwości ad. autentyczności zjawiska, które zostają rozwiane w punkcie kulminacyjnym. Nawiązanie kontaktu z poltergeistem nasila niepokojące zjawiska i dopiero pomoc zaprzyjaźnionych duchów może rozwiązać sytuację. Koniec.

the enfield haunting

Historia jest więc prosta i niczym nie powinna zaskoczyć. Oczywiście pojawiają się wątki poboczne jak te związane z życiem osobistym Maurice'a. Nudy nie ma, ale jakiś niesamowitych wrażeń ten serial nam nie dostarczy. Fani produkcji bardzo klasycznie podchodzących do tematu nawiedzenia będą zadowoleni, poszukiwacze innowacji mogą sobie odpuścić.

Osoby niecierpliwie oczekujące na premierę "Obecności 2" mogą sobie obejrzeć ten film słowem wstępu, ponieważ to właśnie historia Poltergeista z Enfield będzie stanowić wątek przewodni nowego filmu.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl