What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: nawiedzone domy

sobota, 31 marca 2018

Insidious: The Last Key/ Naznaczony: Ostatni klucz (2018)

naznaczony ostatani klucz

Jest rok 1953. W małym miasteczku Five Keys w Nowym Meksyku wraz z rodzicami i młodszym bratem mieszka przyszła medium Elise Rainer. Dziewczynka od najmłodszych lat zdaje sobie sprawę ze swojego daru, jednak z uwagi na podejście do tej kwestii jej własnego ojca nie może o tym mówić głośno. Nie ma to jednak wpływu na fakt podstawowy, tak czy siak duchy i demony nawiedzają małą Elise i to w jej własnym domu.

W czasie jednego z takich zdarzeń dochodzi do tragedii, która na zawsze zniszczy rodzinę medium. Gdy wile lat później Elise zostaje zaproszona do Five Keys przez nowego lokatora jej dawnego domu, wie, że to szansa by naprawić stare błędy.

naznaczony ostatani klucz

Seria "Naznaczony" zapoczątkowana przez Jamesa Wana, późniejszego twórcy "Obecności" doczekała się już czwartej odsłony. "Ostatni klucz", żeby wszytko było jasne stanowi prequel wydarzeń z przed jedynki, nim jeszcze Elise trafi do domu małego podróżnika Doltona. Jeśli więc nie rypłam się w obliczeniach chronologia wszystkich "Naznaczonych" jest następująca: "Naznaczony: Rozdział trzeci", "Naznaczony:Ostatni klucz", "Naznaczony", "Naznaczony:Rozdział drugi". Z uwagi na to, że część druga i trzecia, a szczególnie trzecia nie jet moim faworytem, chronologię ustaliłam po jednorazowym oglądzie, więc nie dam sobie za nią uciąć głowy.

Filmowe wydarzenia z "Ostatniego klucza" skupiają się na postaci Elise, starszej Pani medium. Spotykamy ją nim jeszcze obierze telefon od babci Doltona ("Naznaczony"), w momencie gdy wraz ze swoimi barwnymi pomocnikami Speces'em i Tuckerem przyjmuje zlecenie od niejakiego Teda Garza, który tak się składa jest nowym właścicielem jej rodzinnego domu.

naznaczony ostatani klucz

Duża część filmowej taśmy została poświęcona na retrospekcje z dzieciństwa Elise, kiedy to ... a zresztą dowiecie się sami. Fragmenty te są z resztą bardzo udane i gdyby nie one, nie wiem gdzie upchnięto by skoczne scenki z udziałem duchów. Przyznam, że raz podskoczyłam na łóżku w czasie jednego z takich ujęć, więc jest moc. W tej kwestii twórca (reżyser "Opętania Deborah Logan") spisał się, bo nieczęsto w moim przypadku możemy mówić o takim efekcie.

Scenariusz to już zasługa Spaces'a - tak gra tu postać pomocnika - który spisał się lepiej niż w przypadku odsłony trzeciej, a może i drugiej. Cała historia bardzo przypadła mi do gustu choć czerpie z mainstreamowych trendów pełnymi garściami. Znalazło się w niej miejsce na element zaskoczenia i całkiem przewrotny.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z wydarzeniami z przeszłości jak i tymi, które śledzimy na bieżąco. O ile wspomnienia dotyczą głównie dzieciństwa Eise o tyle ma to przełożenie na teraźniejszość. Jej rodzinny dom jest nadal nawiedzony.

naznaczony ostatani klucz

Możecie też spodziewać się fajnego nawiązania do "Naznaczonego", które tak naprawdę stanowi już zawiązanie akcji od której Wan rozpoczął kręcenie serii. Wszytko gra i trąbi, więc nie ma o co się przyczepić.

Horror przyjemny, choć chyba nie muszę wspominać, że nie doczekacie się tu niczego oryginalnego, czy świeżego. Ot dobre wykorzystanie dość standardowych chwytów. Może się podobać i pewnie się spodoba.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 20 marca 2018

The Lodgres/ Lodgers: Przeklęci (2018)

lodgers

Bliźnięta Rachel i Edward mieszkają samotnie w starym domu odziedziczonym po przodkach. Ich rodzice zmarli przed laty i od tej pory rodzeństwo jest zdane tylko na siebie. Obydwoje wierzą, że na ich rodzie spoczywa klątwa. Duchy posiadłości wyznaczają zasady, których przestrzeganie stanowi sposób na przetrwanie. Rachel nie marzy o niczym innym jak tylko wyrwaniu się z domu, jednak lęki Edwarda rosną, a klątwa ciążąca na rodzeństwie przypomina o sobie każdorazowo gdy dochodzi do nagięcia zasad. Pojawienie się w domu prawnika wróżącego finansowy upadek rodzinie oraz znajomość Rachel z miejscowym weteranem, Samem, przynosi kolejne komplikacje.

"The Lodgres: Przeklęci" to drugi obraz w dorobku irlandzkiego reżysera Brian'a O'Malley'a. Po całkiem udanym debiucie w postaci "Let us prey" O'Malley proponuje nam historie przeklętego roku żyjącego w małym Irlandzkim miasteczku na początku XX wieku.

lodgers

Klimat filmu od początku skojarzył mi się klasycznymi horrorami gotyckimi, które wyjątkowo lubię. Nienazwane i nie do końca zobrazowane zło kryjące się pod murami domu to jednak nie biała dama, czy duch kobiety w czerni. Tu znajdujemy przestrzeń na własne domysły i interpretacje.

Osobiście bardzo szybko pojęłam w czym tkwi problem rodziny Edwarda i Rachel, co nieco zepsuło i jedyną filmową niespodziankę. Wszystko za sprawą jednego, acz konkretnego skojarzenia.

SPOILER: Mam tu na myśli Katie i Chistophera z "Kwiatów na poddaszu". "The Lodgers" dość silnie do nich nawiązuje. Hasło rodowa klątwa łatwo naprowadziło mnie na ten trop. Klątwa zakłada konieczność życia w izolacji i tu wyświetlił mi się w pamięci fragment powieści Marqueza "Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają drugiej szansy na ziemi". Kazirodztwo było więc oczywistym tropem, który okazał się słuszny. KONIC SPOILERA.

Myślę, ze trafnym i dość popularnym skojarzeniem będzie obraz "Zagłada domu Ushrów" na podstawie opowiadania Poe'go.

Mimo, że w moim przypadku tajemnica szybko została zdemaskowana potrafiłam się cieszyć seansem z filmem. Fabuła nie obfitowała w moim przypadku w niespodzianki, jednak nastrój filmu, jego oniryczna i metaforyczna wymowa bardzo przypadła mi do gustu. Urzekła mnie też kreacja głównej bohaterki, bardzo dobrze zagrana przez śliczną Charlotte Vege.

lodgers

Technicznie film również prezentuje wysoki poziom. Uwagę zwracają efekty, które z resztą wyróżniono nagrodą. Owe efekty to jednak nie zagrania w stylu Jamesa Wana, które choć skuteczne mogą razić swoją natarczywością. Tu obserwujemy raczej chwyty w stylu wczesnego del Toro, subtelne i bardzo hym.. malarskie? Chyba nie znajdę lepszego określenia.

Doskonałą robotę robi też samo miejsce akcji, posiadłość rodowa Edwarda i Rachel. Miłośnicy słynnych nawiedzonych domów rozpoznają tu irlandzki Loftus Hall, znany ze swojego rzekomego nawiedzenia. Czy nawiedzony, czy nie na taki właśnie wygląda.

lodgers

Jak wspomniałam scenariusz dopuszcza metaforyczne rozumienie treści historii, co jest zasługą debiutującego Davida Trupina. Warstwa dramatyczna stanowi solidny filar całej opowieści. Film powinien się spodobać amatorom nastrojówek.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 27 lutego 2018

 The Midnight Man (2016)

midnight

Alex postanawia zamieszkać ze swoją babcią po tym jak jej stan zdrowia pogorszył się. Dziewczyna wraca w tym celu do domu rodzinnego, którego przeszłość naznaczona została nie tylko samobójczą śmiercią matki Alex, ale i pewnym zdarzeniem mającym miejsce w latach pięćdziesiątych, gdy babka Alex była małą dziewczynką. Przeszukując strych domu Alex wraz ze swoim kolegą Milesem znajdują starą grę i przeglądając ją rzucają wyzwanie niejakiemu Midnight Manowi.

"Midnight Man" to kolejny teen horror z potworem w tytule, mogący wystraszyć tylko tych, którzy na prawdę nie potrzebują wiele. Prosty fabularnie, średni w wykonaniu i przeciętny w aktorstwie, pewnikiem zaraz zginie w tłumie. Sama prawie go przeoczyłam.

Jego twórca zasłynął jedynie niepotrzebnym remake "Śmiertelnej gorączki", obsada zaś zjadła już ostanie zęby na horrorowych produkcjach. Tak, moi drodzy, w roli babci Alex zobaczymy Lin Shaye, najbardziej zakręconą staruszkę z horrorów, towarzyszy jej ładna i byle jaka Gabrielle Haugh - jej licha filmografia składa się tylko z filmów grozy, natomiast filmografia odtwórcy roli jej chłopaka z samych seriali. Jakimś dziwnym trafem znalazł się tm też Robert Englund, dla przyjaciół Freddy Krueger.

midnight

Ta wesoła ekipa przeprowadzi Was przez seans bez większych zgrzytów, choć nie sądzę by ktokolwiek z widzów zaangażował się w tą historię bardziej niż w popatrywanie na talerz z parówką obracający się w mikrofali.

Użyto tu sporo efektów, o czym przekonacie się już w pierwszych minutach filmu składających się na prolog historii właściwej. Niektóre z nich wypadają dobrze inne tylko znośnie.

Największym minusem produkcji jest żelazna logika teen horroru która rządzi wszystkimi filmowymi wydarzeniami i dając nam szansy choćby podejrzewać bohaterów o myślenie.

midnight

Pomysł wyjściowy jak wspomniałam, kolejny potworek, którego ktoś wywołał z mrocznej strony i wpadł w kłopoty. Nie radzę oczekiwać od tego filmu czegokolwiek, co może skutkować rozczarowaniem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 02 lutego 2018

The Grotto/ Księga demonów (2014)

księga demonów

Młoda Amerykanka Melissa przyjeżdża do Włoch w ślad za ukochanym, Carlo. Para zatrzymuje się w domu rodzinnym mężczyzny, gdzie przyjmuje ich dziadek Carla. Już pierwszego dnia kobieta jest uczestnikiem makabrycznego znaleziska - ktoś rozpruł psa nieopodal podziemnej jamy zwanej przez rodzinę Bove grotą. Senior rodu ostrzega Melissę przed zwiedzaniem tego miejsca jednak ta zabijając nudę w końcu trafia do groty.

Nie często trafiam na współczesne włoskie horrory, w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam takowy. Stąd moje zainteresowanie "Księgą demonów" mimo delikatnie rzecz ujmując mało zachęcającego opisu.

"Księga demonów" okazała się raczej średnim wyborem, choć bardzo chciałbym powiedzieć, że jest inaczej. Myślę nawet, że określenie 'średni' jest nad wyrost, bo film jest po prostu słaby, zarówno na poziomie scenariusza jak i realizacji. Dużego, łaskawego plusa mogę dać za scenografię i wybór plenerów. Nadmorska willa i otaczające ją krajobrazy wypada naprawdę fajnie.

księga demonów

Fabula w dużej mierze bazuje na retrospekcji sięgającej czterdziestu lat wstecz. Wszystko za sprawą pamiętnika babci Carlo niedbale porzuconego w pokoju nieżyjącej już od dawna lokatorki. Kobieta opisuje w nim okoliczności śmierci jednego z dzieci, syna Benito. Ten punkt historii jest zaskakująco dobry. Później pojawiają się cuda i dziwy, których świadkiem jest Melissa. Tu pierwszy z nich udał się całkiem, całkiem - kobieta widzi bowiem swoją postać, samą siebie w jakiejś okaleczonej, zmaltretowanej i obłąkanej wersji - zdarzenie ma miejsce w tytułowej grocie. Niestety im dalej tym gorzej. Pojawia się rzeczona księga demonów a stąd już tylko rzut beretem do opętania. Nic ciekawego się już tu nie wydarzy.

księga demonów

Ktoś spyta, o co się czepiam, przecież co drugi film z gatunku można opowiedzieć tymi samymi słowami i nie zawsze wiąże się to z porażką twórcy. A jednak  w tym przypadku do porażki przyczyniło się więcej czynników. Przede wszystkim bardzo toporne prowadzenie fabuły. Nie ma w tym płynności, co i rusz natrafiamy na coś co staje kantem na filmowej taśmie i nijak nie wchodzi w  symbiozę z całością. Dużo tu zwyczajnej niechlujności i działań po łepkach. Aktorstwo pozostawia wiele do życzenia i nie przyczynia się do zainteresowania losem postaci. Wszystko jest takie byle jakie, aby aby.

Jasno z tego wynika, że polecić Wam tego tytułu nie mogę, chyba, że macie ochotę na skonfrontowanie własnych wrażeń z moimi - w takim wypadku, Wasza wola.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 07 stycznia 2018

The Nesting (1981)

nesting

Młoda pisarka Lauren Cochran za radą swojego terapeuty przenosi się z Nowego Jorku na wieś, by tam odzyskać spokój ducha i pozbyć się uporczywych objawów agorafobii. Gdy wraz ze swoim znajomym, Markiem dociera w okolice gdzie planowała osiąść jej oczom ukazuje się okazałe stare domostwo. Jak sama twierdzi nigdy go nie widziała, a mimo to stworzyła jego obraz na kartach ostatniej powieści. Kobieta postanawia zarzucić wcześniejsze plany i wynająć właśnie ten dom.

Jego właścicielem okazuje się stary pułkownik, który cokolwiek dziwnie reaguje na widok Lauren. Nie mniej jednak kobiecie udaje się zrealizować plan wynajmu za pośrednictwem wnuka pułkownika i wkrótce zostaje lokatorką domostwa. Tam jednak nie znajduje spodziewanego spokoju, a agorafobia okazuje się najmniejszym problemem.

"Nesting" nie jest znanym filmem. Jego reżyser nie ma dużego dorobku. To rościło mi nadzieję na coś oryginalnego, ale niestety, "Nesting" to typowy reprezentant ghost story, jedynie pewne fabularne wybiegi, które sprawiły, że w wielkiej Brytanii uznano go za obsceniczny stawowi pewne novum, albo też ukłon w stronę gatunku slashera.

nesting

Nie mniej jednak nie jest to obraz, który powala na kolana, ale obejrzałam go, bo miałam palącą ochotę na obejrzenie czegoś starszego. W tej roli się sprawdził. To dokładnie taki film jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Żadnych szczególnych efektów, ale przynajmniej dobra jakość dźwięku.

Spora część filmowych wydarzeń rozgrywa się w biały dzień, ale klimat wcale na tym nie traci, bo w tych promienistych kadrach jest coś podstępnego. Z uwagi na fakt, że nie jest to superprodukcja, w którą wpompowano miliony, nie może się też pochwalić wyróżniającą się obsadą. Filmografia odtwórczyni głównej roli ogranicza się do paru ról, ale za to John Carradine powinien zwrócić waszą uwagę. Wciela się tu w postać pułkownika, jest też narratorem opowieści. Facet ma świetny głos, stworzony do filmów grozy. "Nesting" może też poszczycić się niezłą muzyką.

nesting

Scenariusz filmu mieści się w ścisłych ramach opowieści o nawiedzonym domu. Samo domostwo, jego architektura zrobiła na mnie większe wrażenie niż sama jego historia, ale może to kwestia mojej niechęci do wątków rodem z "Niewolnicy Izaury". Mimo wszytko seans z "Nesting" muszę uznać za całkiem zadowalający. Dostałam od tegoż filmu to czego potrzebowałam, czyli klimatu kina lat '80. bez wygórowanych oczekiwań może na film zalukać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

niedziela, 17 grudnia 2017

Found Footage 3D (2016)

found footage

Grupa filmowców przymierza się do nakręcenia pierwszego filmu grozy łączącego konwencję paradokumentu z technologią 3D. Swój arcy odkrywczy pomysł zamierzają zrealizować posługując się autorskim scenariuszem i obierając na miejsce akcji owianą złą sławą opuszczoną chatę. Na planie nie obejdzie się bez konfliktów, które zaogniają kolejne niewyjaśnione zjawiska będące udziałem bohaterów.

Nakręcenie oryginalnego i dobrego filmu found fotage to wyzwanie, które porywają się rozliczne rzesze szczególnie debiutujących filmowców. Do nakręcenia paradokumentu nie potrzeba profesjonalnego sprzętu, aktorów można wziąć z łapanki, a scenariusz stworzy się na spontanie. Takie przekonanie gubi większość twórców, a brak profesjonalnego podejścia nie zawsze daje efekt naturalizmu i prawdy przez duże P.

Mamy tu opowieść z cyklu film w filmie. Bohaterami są filmowcy i aktorzy pracujący nad ich zdaniem superprodukcją. Przewodzi im pyszałkowaty Derek, wielki wizjoner, jednocześnie odtwórca głównej roli męskiej w filmie. towarzyszy mu eks małżonka Amy, wcielająca się w pierwszoplanową postać kobiecą. Mamy jeszcze młodszego brata Dereka, Marka,młodziutka asystentkę produkcji Lily, dźwiękowca Carla i operatora Thomasa.

found footage

Historia składa się na ich próby nakręcenia filmu, kolejne potyczki obyczajowe i sekwencję paranormalnych wydarzeń. To co ma rozgrywać się jedynie w świecie kręconego przez nich filmu zaczyna znajdywać odzwierciedlenie w tym czego doświadczają filmowcy. Odgrywane przez aktorów konflikty bardzo szybko przestają być jedynie aktorskim popisem a nadnaturalne zdarzenia nie są wynikiem efektów specjalnych. tu możemy odnotować kilka bardziej udanych scen, jednak im bliżej finału tym więcej typowych dla paradokumentu potknięć.

found footage

Co myślę o tym pomyśle? Takie pomieszanie z poplątaniem, ale mogło by się udać. Odniosłam jednak wrażenie, że celem stworzenia takiego złożonego świata przedstawionego był brak solidnego pomysłu na to co najważniejsze, na horror. Jeśli przyjrzeć się motywowi złego, nawiedzonego domu i temu co z nim związane okazuje się bowiem, że mamy tu mieliznę. Myślę, że solidna dawka autoironii na jaką pozwalają sobie twórcy jest objawem świadomości, że coś tu jednak do końca nie wyszło. Może wcale nie chodziło o nakręcenie dobrego filmu tylko pokazanie jak trudna i nierzadko nieosiągalna jest to sztuka. "Found Fotage 3D" jest tego dowodem i stwierdzam to mając świadomość, że miał on dobre, choć nieliczne momenty.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 16 października 2017

Amityville: The Awakening (2017)

amityville przebudzenie

Joan, która samotnie wychowuje troje dzieci, nastoletnią Belle, jej pogrążonego od dwóch lat w śpiączce brata bliźniaka, Jamesa i najmłodszą Juliet wprowadza się do nowego domu. Domu nie byle jakiego, bo słynnego na cały świat Amityville House.

Przeprowadzka odmienia ich życie wydawałoby się, że na lepsze, bo nie tylko zdołali ogarnąć niezła chatę za psi grosz, ale zmiana otoczenia najpewniej przysłużyła się medycznemu cudowi jakim stała się poprawa stanu zdrowia Jamesa.

Wszystkie te korzyści, wkrótce obrócą się w niwecz, bo zło obecne w murach domu wcale nie zniknęło.

Horrorów nawiązujących do historii pewnego domu na Long Island jest tyle, że nie da się ich już zliczyć na palcach obydwu dłoni. Niektóre obrazy ściśle skupiają się na biografii Ronniego Defeo, zabójcy rodziny z Amityville, inne dotyczą losów tych którzy przyszli po nim. W wielu produkcjach Amityville funkcjonuje jako symbol nawiedzonego domu i do jego historii nawiązują na sto rożnych sposobów.

Nie dziwi mnie więc, że Amityville zostało wzięte na tapetę po raz enty. Twórca nie wiedział nawet jaką opowieść chce stworzyć. Pomysły ewoluowały, a pewną rzeczą było tylko miejsce akcji. Moim zdaniem film powstał trochę na siłę i niestety jest to odczuwalne dla widza.

Fabuła filmu skupia się na nowej rodzinie, która dopiero co przekracza próg feralnego domostwa. Czteroosobowa familia ma za sobą trudne przejścia. Ojciec i mąż umarł na raka, matka pogrąża siew gniewie i depresji, nastoletnia córka narobiła głupot, a jej brat bliźniak doświadczył wypadku, który zmienił go w warzywo. Tylko najmłodszej członkini rodu nic ne dolega, bo nawet pies imieniem Larry wydaje się znerwicowany.

Po przeprowadzce fortuna się odwraca. Najważniejsze, syn, któremu nikt nie wróżył powrotu do zdrowia, zaczyna odzyskiwać świadomość. Jednak jednocześnie wokół  wszystkich lokatorów domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najbystrzejsza w stadzie, nastoletnia 'grunge gotka' w różowych majtasach zaczyna rozkminiać sprawę do spółki z nowo poznanymi szkolnymi kolegami.

amityville przebudzenie

amityville przebudzenie

W tym miejscu możemy się zorientować jak "Amitywille: Przebudzenie" odnosi się do całej hordy podań na temat jego mrocznej historii. Ano, wszytko co było przed, między innymi słynny film "Horror Amityville" z 1979 to fikcja, jak i jego sequele, jego remake z 2005 roku to jeszcze większa fikcja, ale... No właśnie, historia Ronniego Defeo to już to słynne ziarnko prawdy. Młodzi bohaterzy zaczynają wierzyć, że zło tkwiące w domu, które skłoniło Ronniego do zabicia krewnych, przebudziło się po czterdziestu biblijnych latach i jest bigos. Nagłe przebudzenie Jamesa, ma więc podłoże paranormalne i jest zwiastunem zła.

Film, krótko mówiąc jest słabawy. Ogląda się go nieźle, jeśli nie mamy absolutnie żadnych wymagań, ale jeśliby zacząć szukać elementów, za które można by go polubić, lub chociaż zapamiętać zaczynają się schody.

Fabuła, mało wymyślna, schematyczna, do przejścia w najlepszym wypadku. Mam w sobie dużo niedociągnięć, miejscami wieje nudą, a miejscami jest niedorzecznie. Zastanawiający jest chociażby fakt, że nasza nastoletnia bohaterka, po stylu widać zainteresowana ciemnymi sprawkami, nie miała pojęcia o istnieniu Amityville. Serio? Istnieją ludzie, którzy o nim nie słyszeli? Efekty też nic nadzwyczajnego, aktorstwo bieda straszna, no może po za Jennifer Jason Leigh.  Bella Thorne, odtwórczyni głównej roli, gra dobrze dupą, ale jej ekspresji mimicznej już brak tak popisowej spójności.

Zakładam, że większość fanów horrorów i tak obejrzy ten film, więc nie będę nikogo od tego ociągać. W końcu jak można by odpuścić kolejna wizytę w najsłynniejszym nawiedzonym domu?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 23 września 2017

A Ghost Story (2017)

a ghost story

Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu. Kobieta szybko traci sympatię do tego miejsca i chce je opuścić, jednak mężczyzna obstaje przy podjętej wcześniej decyzji. Konflikt przerywa jego śmierć. Wkrótce po tym małżonek powraca pod postacią ducha.

Brzmi jak opis z "Uwierz w ducha", ale jest to zupełnie inna historia. W zasadzie nie mieści się ona w żadnym gatunkowym standardzie, jednak los chciał, że 'Opowieść ducha' w filmowym świecie funkcjonuje jako horror. Nie wystraszy Was jednak, więc zduście w zarodku tego rodzaju oczekiwania, jeśli zamierzacie zmierzyć się z tą produkcją.

Sam tytuł obił mi się już wcześniej o uszy i siadając do seansu z nim miałam o nim pewne wyobrażenie. Może coś w stylu "Obecności" Wana? Klasyczna opowieść o duchach? Jak się okazało film ma coś wspólnego z "Obecnością", ale nie 'tą'. Jeśli by się uparła by czynić jakieś porównania to postawiła by na "Presence" z 2010 roku.

Ten 'horror nie horror' bardzo przypadł mi do serca.

a ghost story

Jeśli ktoś mnie pyta za co lubię horrory z podgatunku ghost story, zawsze odpowiem, że za ich przygnębiający nastrój. Nie ma chyba nic smutniejszego niż bezradność w jakiej pozostają osoby, które fizycznie opuściły swoje życie jednak nadal w nim tkwią w roli obserwatora. Jak bohater "Ghost strory" obserwujący żałobę swojej żony. W tego rodzaju filmach zawsze współczuje ich paranormalnym antybohaterom. Im większą żałość budzi we mnie duch tym bardzo podoba mi się film. Ot pokrętne to, bo opowieści o duchach w założeniu mają straszyć a nie smucić. A produkcja Davida Lowery smuci po mistrzowsku.

a ghost story

Głównym bohaterem jest martwy facet - nie poznajmy chyba nawet jego imienia, jest Panem C. Widzimy, że zginął w wypadku nieopodal swojego domu. Jako duch powstaje w kostnicy. Nie jest półprzezroczystą postacią samego siebie, lecz ... prześcieradłem z otworami na oczy. Taki duch rodem z kreskówek. Chyba nie dało się tego zrobić bardziej prostolinijnie. Ta prostota się sprawdzi, wierzcie bądź nie.

Mimo, że nie poznaliśmy go zbyt dobrze za życia, możemy uważnie przyjrzeć się jego pośmiertnej egzystencji na każdym jej etapie.

a ghost story

Życie idzie na przód, wydarzenia toczą się obok. Kolejni lokatorzy, duch ten sam. Związany z miejscem, czekający. Na co? Pewnie niebawem zapomni, jak jego martwa sąsiadka -machające do niego prześcieradło z okna naprzeciwko. Jest to mega smutne i potwierdzi to każdy wrażliwiec.

Napotkamy tu też jedną niespodziankę, choć cóż, jest to temat właściwy dla wszelkich teorii o życiu po śmierci.

Fabuła składa się z kolejnych obrazów. Długich ująć, między którymi raz na ruski miesiąc pojawia się jakiś dialog. Znaczna część widzów odrzuca tego rodzaju koncepcje narracji, bo żmudne, bo nudne. Często tak właśnie jest kiedy wizja pozbawiona jest treści. Tej produkcji to nie zagraża i gorąco wierzę, że znajdzie swoich amatorów. Osobiście jestem urzeczona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:10

78/100

W skali brutalności:0/10

środa, 24 maja 2017

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

"Danza Macabra" to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność - owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. "Daza macabra" to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W "Danza macabra" wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

środa, 12 kwietnia 2017

Take me home (2016)

take me home

Tan opuszcza szpital gdzie dochodził do siebie, po wypadku w wyniku, którego stracił pamięć. Zamierza wrócić do rodzinnego domu, gdzie jak podsunęła mu niejasna wizja, jego ojciec popełnił samobójstwo. Zgodnie z zamiarem udaje się do rodzinnej will,i gdzie obecnie mieszka jego siostra wraz z mężem i dwójką przybranych dzieci. Tan czuje więź z Tubtim, ale zupełnie jej nie pamięta, podobnie jak tragicznych okoliczności uprzedzających jego wypadek.

Tajlandia, spośród innych azjatyckich krajów,których horrorową filmografię zdarza mi się badać, wypada do tej pory najbiedniej. Oczywiście i tajlandzkim produkcjom nie da się odmówić charakteru, jednak w porównaniu z dorobkiem Japończyków, czy moich faworytów w temacie, czyli filmowców z Korei Południowej wypadają one blado. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Shutter", jeden z najstraszniejszych azjatyckich horrorów i jedyny z oglądanych przeze mnie  tajlandzki horror zasługujący na większa uwagę.

Tajlandczycy mają w mojej ocenie niezdrową tendencję do zbytniego upiększania. Ich filmom brakuje naturalności i silniejszej przynależności kulturowej do Azji.

Ich filmy z roku na rok wydają mi się coraz mniej wschodnie, a coraz bardziej zachodnie. Nawet grający w nich aktorzy coraz bardziej przypominają aktorów amerykańskich, co jest pewnie zasługą bardzo modnych operacji plastycznych, a także wymiany genów z 'białasami'. Na pewno są dzięki temu urodziwsi od większości Koreańczyków, ale mnie coś takiego nie przekonuje. Cenię skośne kino za jego odmienność i boleję nad każdym ukłonem w stronę zachodu wykonywanym kosztem azjatyckiej specyfiki.

take me home

Wszystkie te zarzuty mogę odnieść do "Take me home", choć generalnie nie uważam tego obrazu za nieudany. Miał swoje momenty, te stricte horrorowe które skojarzyły mi się z wrażeniami jakie przyniósł "Shutter".

take me home

Sama fabuła wydaje się dość złożona, ale to tylko pozory, bo ostatecznie wszystkie zagadki wyjaśniają się w posty sposób. Ogląda się go przyjemnie, ale nie przewiduje by na dłużej zapadł mi w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 06 kwietnia 2017

The Devil's Candy (2015)

devils candy

Malarz Jessie wraz z żoną Astrid i nastoletnią córką Zooey kupuje nowy dom w Teksasie. Wkrótce zjawia się tam Ray, syn poprzednich właścicieli, mocno pojechany typ.

Mniej więcej w tym samym czasie Jessie wpada w twórczy amok, malując do szczętu przesiąknięte mrokiem obrazy. Na jednym z nich jego córka umiera w płomieniach.

"Devil's Candy" jak wynika z opisu stanowi przykład podręcznikowego ghost story i takim w gruncie rzeczy jest, aczkolwiek wyróżnia się tym i owym.

Scenariusz i reżyseria filmu to zasługa Seana Byrne'a, twórcy o dorobku niewielkim ale raczej konkretnym. To on swego czasu nakręcił mocno porąbany "The loved ones".

Jego nowy film, "Devils candy" mimo iż spokojnie mieści się w ramach klasycznej historii o nawiedzonym domu wyróżnia się na tle pospólstwa gatunkowego.

Tak, możecie mi zarzucić stronniczość, ale z miejsca polubiłam jego bohaterów. Wszyscy słuchają heavy metalu, córuchna w koszulce Motorhead, tatuś w Metallice, mamcia ma niebieskie pasemka. Zawsze chciałam mieć niebieskie włosy;(

devils candy

devils candy

Metalowe riffy robią za muzykę filmową stosownie nakręcając klimat. Filmowe wydarzenia przebiegają niespiesznie po równym torze. Doprawdy nie ma tu nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o środki operowania grozą. Widać, że budżet filmu był niewielki. Mimo to nie nudziłam się w czasie seansu z tym obrazem i oglądało mi się go do prawdy przyjemnie.

Odnoszę wrażenie, że film został zrobiony z myślą o fanach muzyki metalowej i im jak mniemam może się spodobać: tylko głośny heavy metal może uratować przed opętaniem ;). Dla reszty widzów jak przypuszczam będzie to tylko kolejny horror o nawiedzonym domu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W sakli brutalności:1/10

sobota, 12 listopada 2016

Ouija 2/ Ouija 2: Narodziny zła (2016)

ouija 2

Ameryka, lata 60 XX wieku. Alice Zander wraz ze swoimi dwiema córeczkami ratuje budżet domowy parając się szarlatanerią. Kobieta aranżuje seanse spirytystyczne dla żałobników chcących nawiązać kontakt z zmarłymi bliskimi. W tych zabawach nie ma nic groźnego dopóki starsza z córek 'medium' przynosi do domu tabliczkę Ouija. Gra do wywoływana duchów bardzo interesuje młodszą z córek Alice, Doris, której szybko udaje się nawiązać kontakt z czymś, co bierze za swego zmarłego ojca. To odkrycie napędza interes samotnej matki, która w tym wszystkim nie zauważa, że kontakty córki z zaświatami mają na nią bardzo zły wpływ.

Od premiery pierwszej odsłony "Diabelskiej planszy Ouija" minęły zaledwie dwa lata, więc z pewnością część z Was jeszcze pamięta ten obraz. Ja pamiętam go dość słabo, głównie dlatego, że nie był on szczególnie godny zapamiętania - od zwykły teen horror poczęstowany efektami, o jałowej fabule i bardzo przeciętnym aktorstwie.

Jeśli ktoś dobiera się do sequelowania lub prequelowania słabego horroru może się to skończyć w dwójnasób: albo całkiem się pogrąży, albo wzniesie temat na wyższy poziom. Fartem okazało się, że za druga część "Ouija" wziął się tyle znany co solidny reżyser horrorów Mike Flangan. Jest to twórca, który odnajduje się zarówno w bardzo komercyjnych projektach, jak i w tych które cechuje zdrowy minimalizm.

Mogę powiedzieć, że w przypadku "Ouija 2" znalazł złoty środek. Mimo dużego budżetu, spożytkowanego po części na efekty komputerowe stworzył film, który bardziej przypomina klasyczne horrory z przed lat niż współczesne infantylne opowiastki.

Bardzo ciesze się, że osadził akcję swojego filmu w latach '60. To posunięcie pozwoliło mu na zatopienie widza w klimacie matowych kadrów, niespiesznej narracji i bez wstydu mógł posilić się znanymi schematami.

ouija 2

Od czasu lektury "Demonologów" - książkę polecam raz jeszcze wszystkim fanom horrorów o nawiedzeniach - jestem bardzo czuła w temacie przebiegu filmowych nawiedzeń. Tu muszę stwierdzić, że scenariusz bardzo zgrabnie korzysta z tego co można nazwać podręcznikowym opętaniem. Pojawiają się tu nawet takie szczegóły jak ból w karku- to tu według Warrenów zagnieżdżają się demony.

Reżyser nie wygłupił się z przesadnymi emanacjami, choć trzeba przyznać, że pokazał całkiem sporo dobrych scen. Najlepsza zobaczycie po napisach końcowych, więc warto na nią poczekać.

Fabuła siedzi w  schemacie, ale jak wielokrotnie powtarzam, jeśli film jest dobrze zrobiony schemat wcale mi nie przeszkadza.

Mamy tu typową historię o tym jak zabawa w spirytystę sprowadza na rodzinę nieszczęście. Motorem dla rozwoju takiej problemowej sytuacji jest to co King określa: horrorem ekonomicznym: wszytko zaczyna się od problemów finansowych.

Samotna matka z długami, dwie córuchny utęsknione za zmarłym ojcem i demon pogrzebany gdzieś w murach domu. Bardzo typowo prawda?

Mamy tu sporo zacnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, ale nie zdominują one całego sensu, pojawiają się tam gdzie trzeba, bez nachalności.

ouija 2

  Jeśli więc szukacie oryginalnych fabuł, to trafiliście źle. Jeśli jednak chcecie pocieszyć oko dobrze zrobioną, sprawnie opowiedzianą klasyczna historią o nawiedzeniu, to "Ouija 2" spełnia ten postulat. Dla mnie film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 07 listopada 2016

I Am the Pretty Thing That Lives in the House (2016)

i am pretty thing lives in that house

Młoda pielęgniarka ze złamanym sercem rozpoczyna pracę w starym domu starej kobiety. Jej podopieczna to pisarka z demencją Iris Blom, która niegdyś raczyła swoich czytelników opowieściami grozy o duchach, które żyją w jej domu. Teraz tych lokatorów ma okazję poznać pielęgniarka Lily

"I am the pretty thing..." to nowość produkcji Netflixa, w reżyserii Oz'a Perkinsa - tak syna sławnego Normana Batesa. Ciężko więc się dziwić, że miałam względem tego filmu pewne oczekiwania.

Początek filmu gdzie z ciemności wyłania się rozmyty kadr prezentujący młodą kobietę w kostiumie z dawnej epoki wskazywał, że z dużym prawdopodobieństwem trafiłam tu na mój ulubiony horror kostiumowy, z gotyckim klimatem i bez współczesnych graficznych zagrywek.

W tym też miejscu pojawia się w zasadzie cała opowieść zamknięta w jednym monologu o duchach, które 'gniją' samotnie w domu, w którym dokonały swojego żywota.

i am pretty thing that lives in the house

Ten monolog, jak wspomniałam opowiada w zasadzie cały film, nic ponad to już nie usłyszymy, a nostalgiczne słowa ducha będą się jedynie odbijać od ścian w pusty domu. Są jego jedyną treścią, co mimo  starań stanowi bardzo lichy fundament. Ten fundament nie utrzymał ciężaru oczekiwań jakie widz może stawiać wobec kina grozy.

Bardzo lubię minimalizm, proste historie zamknięte w pięknych ramach, ale w przypadku "I am pretty thing..." trochę przedobrzyli. Tematyka filmu oscyluje na granicy metafizycznych przeżyć, niejasnych przeczuć nostalgicznego smutku. To bardzo dobre połączenie, lubię się trochę zadumać przy historiach z drugiej strony życia, ale ... no właśnie co? Powiem to krótko, film mnie znudził, uśpił i nie wykorzystał swoje szansy na wzbudzenie emocji.

Ta piękna forma, ten ambitny temat spoczął na mieliźnie z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki - nie proporcjonalnie wysoko wobec tego co faktycznie zaoferował.

Mamy tu powolne, powłóczyste wręcz ujęcia z krzesłem przytwierdzonym do ściany jako główny punk praktycznie w każdej ze scen - może to alegoria do filmowego przesłania - jesteś uwięziona.

Mamy narratorkę, która powtarza wciąż tę samą kwestię o gnijących duchach i niemożności wyrwana się z impasu śmierci- bardzo dobry monolog, jeśli słyszy się go raz, ale powtarzany przez ponad godzinę z ogromną częstotliwością traci na sile rażenia i zmienia się w majak i bełkot.

i am pretty thing that lives in the house

Ostatecznie zamiast przezywać artystyczne uniesienie trwałam w zawieszeniu nie mniejszym niż te gnijące duchy, czekając aż coś się wydarzy. Jeśli zamierzeniem Perkinsa było wprowadzenie widza w taki właśnie nastrój to spisał się medalowo. Życie po śmierci jest bardzo nudne.

Pamiętam, że nico podobny motyw wykorzystano w w filmie "Obecność" - i nie chodzi mi o "Obecność" Vana, tylko "Presence". Tam mimo rażąco powolnej narracji i krańcowo pasywnej akcji miałam z seansu pewną przyjemność. Wiedziałam, że toczy się tam jakaś historia. W "I am pretty thing..." miałam wrażenie, że obcuje z chaotycznie posklejanymi scenami kręconymi bez scenariusza. Nie wiedziałam, czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, czy cokolwiek ma zamiar się tu wydarzyć?

Nie mam absolutnie zarzutów względem szkieletu tej historii: mamy dom pełen duchów, szaloną staruszek i jej pielęgniarkę, która jak oświadcza w pierwszych minutach wkrótce dołączy do szeregu duchów domu. No fajnie, proso i konkretnie. Opowiedziano ją jednak w sposób, który nie ma szansy zaciekawić. Na pewno znajdą się widzowie, którzy docenią rozmywające się postaci duchów, czy owo filmowe przesłania o impasie i gniciu, ale w moim przypadku odczucia są cokolwiek chłodne.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 01 września 2016

The Remains (2016)

remains

Niedawno owdowiały John wraz z trójką dzieci przeprowadza się do 'nowego, starego domu'. Tu na pogrążoną w żałobie familię czeka masa rozrywek w postaci objawów nadprzyrodzonej aktywności w budynku. Coś robi niezłe zamieszanie. Nie poprzestaje na rzucaniu przedmiotami, miesza też w głowie bohaterom, co rychło prowadzi do nieszczęścia.

Prędziutko rzuciłam się na ten film spragniona dobrej historii nawiedzonego domu - takich nigdy dość. Historia okazała się jednak bardzo przeciętna. Nie tylko dlatego, że ortodoksyjnie trzyma się schematu typowego dla ghost story, to jestem w stanie wybaczyć, bo klasyczne podejście to czasem lepsze rozwiązanie niż nieudaczne udziwnienia, ale niestety twórca dał ciała w realizacji swojego zamysłu.

Widać tu nie tylko brak doświadczenia w tworzeniu scenariusza, czy w reżyserii całego projektu, to co najbardziej boli to brak wyczucia klimatu grozy. Wierzę, że facet szanuje i lubi cała kulturę horroru, ale niestety talentu pozwalającego mu na dorzucenie choćby cegiełki do kultu ghost story mu ewidentnie brak.

Próby odwzorowania kolejnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych na podstawie znanych i lubianych filmowych horrorów kończą się fiaskiem. Zawsze czegoś brakuje, lub czegoś jest za dużo.

remains

Gwoździem do trumny jest tu jednak aktorstwo. Cała obsada, jak jedne mąż powinna iść do odstrzału. Dobry aktor nawet w najbardziej drętwy dialog potrafi tchnąć trochę życia, w schematyczną postać wrzucić coś od siebie. Tu widziałam warsztat na poziomie szkolnej akademii z pierwszej lepszej podstawówki. Do najmłodszych aktorów w rolach Viky i Aiden'a nie mam wielkiego żalu, bo widać, że nie miał kto ich poprowadzić, ale odtwórca roli ojca rodziny Johna, czy jego nastoletnia córka Izzy to klęska nad klęskami. Pomijając już fakt, że nastkę gra u dobiegające  trzydziestki babsko - co widać - laska chyba już kompletnie zapomniała jak to jest być młodą gniewną, bo jej popisy szczeniackiego buntu wypadają groteskowo.

Wątki obyczajowe, warstwa dramatyczna leży powalona na obydwie łopatki.

Motyw przewodni filmu, czyli rzeczone nawiedzenie poznajemy tradycyjnie dzięki retrospekcji w pierwszych minutach filmu. Przenosimy się do roku 1891, kiedy to w obecnym domu Johna i dzieci odbywały się seanse spirytystyczne Madame 'Jakiejśtam'. Ten prolog zdradza nam wszystkie tajemnice domu, nie pozostawiając wątpliwości odnośnie tego z kim spotkają się główni bohaterowie po przeprowadzce.

remains

Te retrospekcyjne sceny wypadły pod względem wizualnym całkiem nieźle, a ja wyłapałam pewien błąd. W czasie całego zamieszania uruchamia się gramofon, a z niego płynie znana melodia "Daisy Bell" (królowała też w pierwszym sezonie "Scream". Ale mamy rok 1891 a o ile wiem piosenkę skomponowano w 1892, a wydano w 1894.

Jak wspomniałam, sceny seansu wypadły nieźle, co mogło być zapowiedzią drygu do kręcenia wszelakich scen z nadprzyrodzonymi emanacjami, ale tak po prawdzie w dalszej części filmu wypadają one licho i nie sądzę by ktoś kto często karmi się horrorami odczuł choćby śladową porcję grozy.

"Remains" to więc nic innego jak nieudane naśladownictwo tego, co w horrorach tak dobrze zwykło się sprzedawać. Ja na pewno tego nie kupuję.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie: 3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:4

38/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 30 lipca 2016

The Dead room (2015)

deadroom

Trójka łowców duchów przybywa do porzuconego domu w górach, gdzie rzekomo dochodzi do nadprzyrodzonych zjawisk. Jego lokatorzy przepadli bez wieści. Medium Holly, sceptyczny naukowiec Scott i technik Liam mają zbadać sprawę.

"Dead room" to kolejny nic nie wnoszący straszak, którego fabułę zbudowano na popularnej konwencji przygód badaczy zjawisk nadprzyrodzonych w nawiedzonym domu.

deadroom

Szczęśliwie nie jest to paradokument, niemniej jednak wyżyn owa produkcja nie osiąga.

O ile obraz, sposób prowadzenia kamery, dobór lokalizacji, scenografia, czy udźwiękowienie robią raczej niezłe wrażenie, podobnie jeśli chodzi o tak zwane straszne momenty, o tyle scenariusz i aktorstwo to totalne szyderstwo z gatunku grozy. W tych kwestiach amatorszczyzna daje po oczach aż miło.

W dialogach brak płynności, naturalności, jakby obsada nie mogła spamiętać swoich kwestii i co chwilę zacinała się lub próbowała improwizować z nie do końca dobrym skutkiem.

Bohaterzy, skrojeni podłóg schematu są niemal przezroczyści. Nawet w momentach, które powinny wzbudzić w nich większe emocje, oni zachowują się jak kukły. Efekt tego jest taki: jeśli Wam jest wszytko jedno, widzowi tym bardziej.

deadroom

Fabuła, również podlegająca znanemu schematowi rozwija się dość ślamazarnie, jak na 80 minutowy film. Dużo bzdurnego gadania, trochę fajnych zagrywek, przewidywalny twist fabularny i finał z trudem wygrzebany z tyłka scenarzysty.

Myślę, że osoby odpowiedzialne za udane aspekty technicznej tejże produkcji czym prędzej powinni pożegnać się z niezbyt uzdolnionym duetem odpowiedzialnym za warstwę fabularną "Dead room" i spełniać się gdzie indziej, bo aż ich szkoda.

Plusów ma ten film niewiele, ale jeśli ktoś koniecznie chce obejrzeć jakiś film o takiej tematyce może spróbować. Zdjęcia są fajne, kolorystyka obrazu tworzy dobrą podwalinę dla zbudowania klimatu, więc zawsze to już coś.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:4

43/10

W skali brutalności:0/10

wtorek, 19 lipca 2016

Controra/ Dom pełen cieni (2014)

controra

Megan i jej mąż Leo wracają w rodzinne strony mężczyzny by sprzedać odziedziczony po wuju dom. Na miejscu okazuje się, że spadkiem żywo interesują się brat Leo, Nicola więc to w jego ręce ma wpaść rodzinne dziedzictwo. Tymczasem martwy wuj, ksiądz i cudotwórca czeka na kanonizację. Sprawę bada wysłany z Watykanu duchowny, ale w pewnym momencie postacią wuja zaczyna interesować się także żona Leo. Wszystko wskazuje na to, że święty wuj nie był 'święty'.

"Dom pełen cieni" to produkcja włosko-irlandzka. To thriller gdzie główną oś fabuły stanowi rozwikłanie rodzinnej zagadki.

Gdy bladolica Megan, wrażliwa artystka, trafia do włoskiej posiadłości, którą odziedziczył jej mąż zaczyna węszyć po kątach. Początkowo urzeczona domostwem, w końcu zaintrygowana jego tajemnicami.

controra

Dominują tu wątki obyczajowe, obraz relacji małżonków, relacji Leo z krewnymi, ale jest też trochę sytuacji nie z tej ziemi, właśnie za sprawą Megan. To właśnie kobieta zaczyna doświadczać dziwnych wizji, w których widzi młodą dziewczynę i księdza, wuja Leo. Przeglądając rodzinne fotografie napotyka na wizerunki osób, o których nikt nic nie wie, albo wiedzieć nie chce. Tropiąc kolejne gałęzie drzewa genealogicznego rodziny małżonka natrafia na pewne luki i nieścisłości. Wszystkie tropy prowadzą do spoczywającego w krypcie wuja.


controra

"Dom pełen cieni" na pewno nie jest dziełem wybitnym realizatorsko. Pomysł jest całkiem dobry, ale w realizację można było włożyć więcej serca.

Kuleją tu nieco wątki nadprzyrodzone, są bardzo mało czytelne i oszczędnie przedstawione, a jakby nie patrzeć to one mają być siła napędowa fabuły. Gdyby nie odjazdy Megan nikt by nie posądził świętego wuja o występne życie. Co się tyczy wątków dramatycznych, równie istotny, tu też widać dużo skrótów myślowych i dopiero finał historii pokaże o co tak na prawdę toczyła się gra. Można to uznać za element zaskoczenia ale równie dobrze można to odebrać jako niedoróbkę.

Finał jest dobry, jest mocny, ale prowadząca do niego droga była nazbyt wyboista, za bardzo rozwleczona.

Dużym plusem jest na pewno lokalizacja akcji, małe włoskie miasteczko, piękna posiadłość, ogromny, stary dom. Ma klimat. Aktorstwo nie jest najgorsze, ale raczej nikt nie zaskarbił tu sobie mojej szczególnej uwagi.

Generalnie jest to film który można sobie odpuścić, ale jeśli zdecydujecie się na seans z nim to też nie będzie to wybór najgorszy.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 14 lipca 2016

The Portal/ Portal (2009)

portal

Dwaj kumple Hooke i Gibbs zatrzymują się nocą w przydrożnym hoteliku by odpocząć w czasie podróży. Na dworze panuje straszna mgła więc mężczyźni są zmuszeni zostać tam do rana. Nazajutrz jako hotelowi goście zostają zaproszeni na wspólny posiłek. Wówczas okazuje się, że nie jest to spodziewane śniadanie, lecz... kolacja, zegar wskazuje, że jest już po osiemnastej. Zdziwieni dołączają do grupy innych hotelowych gości przy stole i raczą się podanym jedzeniem.

Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nazajutrz nie przywitała ich kolejna mgła i kolejna kolacja po osiemnastej. Jak gdyby czas zatrzymał się w tym miejscu.

Każdorazowo odtwarzana jest ta sama kolacja z tymi samymi daniami z tymi samymi gośćmi wypowiadającymi te same kwestie. Nikt po za Hookiem i Gibbsem nie zdaje sobie sprawy z powtarzalności wydarzeń. Jak gdyby ktoś rzucił na nich urok. Co więcej jeden z mężczyzn zauważa, że szeregi gości hotelu przerzedzają się co również nie zostaje przez nikogo innego zauważone. Z tym miejscem jest coś nie tak i tylko jego właściciele i pracownicy wiedzą o co tak naprawdę chodzi.

portal

"Portal" wygrzebałam w czasie 'poszukiwań zaginionego tytułu'. Jak wiecie na blogu istnieje zakładka, gdzie możecie zgłaszać filmy, których tytułów nie pamiętacie. Wspólnymi siłami z innymi czytelnikami bloga próbujemy odszukać zaginiony tytuł na podstawie tego, co zapamiętaliście z seansu z danym filmem. Jeśli chcecie wesprzeć aktualne poszukiwania zapraszam na fanpage bloga, bo tam toczy się zazwyczaj dyskusja na ten temat. Jeśli zaś chcecie zgłosić film do poszukiwań piszcie komentarz w zakładce JAKI TO FILM.

No, więc właśnie, "Portal" był jednym z zaginionych filmów.

Jest to obraz mało popularnych, stworzony wspólnymi siłami niezbyt doświadczonych twórców, którzy jednak mieli całkiem fany pomysł.

Lubię filmy grozy gdzie pojawia się motyw zapętlenia czasu, amnezji, filmy toczące się w zadupnych hotelikach otoczonych gęstą mgłą. Taki jest "Portal".

Spełnia więc z grubsza wymogi mojego gustu i gdyby przyłożyć się mocniej do jego realizacji byłby oto film może nawet bardzo dobry.

Niestety jest tylko niezły, bo zabrakło tu trochę wyobraźni na sprawne poprowadzenie wątku. W pewnym momencie scenariusz poddaje się klasycznym błędom logicznym, pozwala bohaterom na zbyt dużo nonsensownych decyzji, a obserwowanie ich konsekwencji budzi irytację zamiast niepokoju.

Mimo iż walory techniczne obrazu nie powalają udało się tu stworzyć fajny klimat izolacji i zagrożenia. Gdyby nie to, że zbyt szybko ujawniono 'sekretne życie hoteliku' można by było dłużej delektować się nastrojem tajemnicy. Niestety to co oferuje nam rozwiązanie głównej zagadki nie jest zbyt lotnym pomysłem. Uspokoję Was jednak, że niespodzianek jest tu sporo więc na pewno część elementów tej układanki przypadnie Wam do gustu.

Generalnie film ten jest przykładem niewykorzystanego potencjału.

Większość opinii o nim jest raczej negatywna, więc moja dobra wola by dostrzec w nim ów potencjał niekoniecznie musi znaleźć Wasze poparcie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 26 czerwca 2016

The Conjuring 2: The Enfield Poltergeist/

Obecność 2 (2016)

conjuring

W Londyńskiej dzielnicy Enfield przy 284 Green Street jeden z szeregowych domów wynajmowała samotna matka czwórki dzieci, Penny Hodgson. Pewnej nocy jej córka Janet zaczęła doświadczać dziwnych zjawisk. Słyszała głosy, lunatykowała, aż w końcu wraz z siostrą Margaret były tak przerażone, że nie chciały przekroczyć próg własnego pokoju. To co się w nim wyprawiało można uznać za klasyczny przykład nawiedzenia. Przedmioty, nawet ciężkie meble, samoistnie się przesuwały. Przybierając na sile ,emanacje te objęły cały dom, gdzie bez przerwy coś się poruszało, trzeszczało, zgrzytało. Rodzina czuła się zagrożona i desperacko potrzebowała pomocy.

Historię poltergeista z Enfield, który w latach siedemdziesiątych nawiedzał rodzinę Hodgsonów po raz pierwszy poznałam dzięki mini serialowi "The Enfield Haunting" inspirowanym udokumentowanym wydarzeniami. Teraz tę samą historię, po swojemu, z większym przytupem opowiada James Wan.

Film stanowi sequel "Obecności" z 2013 roku i podobnie jak poprzednik skupia się na historii nawiedzonego domu, którego mieszkańcy szukają pomocy u słynnych łowców duchów Ed'a i Lorraine Warren.

conjuring

Obraz w dużej mierze odwzorowuje wydarzenia w takim kształcie w jakim zostały zapamiętane przez ich świadków. Dopuszcza rodzące się wątpliwości, które pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś zaczyna wykrzykiwać że jego dom jest nawiedzony a dziecko opętane.

Te wątpliwości, tak oczywiste, są w przypadku "Obecności 2" dużo bardziej wyeksponowane niż w przypadku 'jedynki'. To chyba taki ukłon w stronę sceptyków. Efekt tego jest taki, że fabula wydaje się bogatsza i mniej jednoznaczna w odbiorze. Oczywiście ostatecznie wszytko sprowadza się do tego, żeby utrzeć sceptykom nosa i pokazać jak to duch się rozszalał, ale nie ma się temu dziwić, bo kogo miałby przerazić fakt, że gówniara chciała zwrócić na siebie uwagę, a jej matka zarobić na całym zamieszaniu. "Obecności" są horrorami, a więc dom musi być nawiedzony.

conjuring

Wiecie zapewne, bo wcale tego faktu nie ukrywam, że nie należę do grona zachwyconych fanów "Obecności" z 2013 roku. Robiłam chyba ze trzy podejścia do tego filmu i za każdym razem widziałam w nim to samo: jałowość schematu i entuzjazm wobec efektów specjalnych. Owszem film jest dobrze zrobiony, jest wręcz podręcznikowy, ale jakoś zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła i nic na to już nie zaradzę. W przypadku 'dwójki' jest nieco lepiej. Może dlatego, że sama historia, na której oparto fabułę jest bardziej złożona i dzięki temu nie nudzi?

Bardzo przypadła mi do gustu postać Penny Hodgson, która nie była łatwa do ocenienia, sama Janet wypadła blado, ale tak ją skrojono. Jeśli chodzi o fabułę, to cieszy mnie, że pojawił się tu fabularny twist tuż przed finałem, bardzo fajnie przedstawiony i trzeba przyznać, nawet z pomysłem.

Co do tego, co fani Wana cenią najbardziej, czyli straszne momenty to nie było źle. Myślę, że udanych scen było więcej niż w jedynce, ale to gra cieni i świateł jest znakiem firmowym Wana i tu pokazał co potrafi.

conjuring

Film ogląda się przyjemnie. I tyle. Dla mnie jest to nadal bardzo komercyjne przedsięwzięcie i jego walory nie zaspokajają moich apetytów. Jest zbyt... zwyczajnie.

Druga rzecz, nie lubię takich nachalnych gloryfikacji postaci łowców duchów. Szczerze mówiąc nie mam o nich najlepszego zdania. 'Superwarrenowie' mnie nie potrafią kupić.

conjuring

Nie wiem, czemu ale ilekroć staram się polubić tą, chyba już można powiedzieć serię, zawsze przypomina mi się "Lake Mungo", chyba mój ulubiony współczesny film o duchach - i jest pozamiatane.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabula: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

59/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 17 czerwca 2016

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego."Zagłada domu Usherów" jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku "Grobowca Ligeii" Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o "Zagładę domu Usherów" to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

"Zagładę domu Usherów" ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy "Zagłada domu Usherów" Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 czerwca 2016

Burnt Offerings/ Spalone ofiary (1976)

spalone ofiary

Czteroosobowa rodzina postanawia wynająć od pary starszych ludzi okazały dom na wsi. Co ciekawe wraz z domem powierzona im zostaje sędziwa lokatorka, nigdy nie opuszczająca swojego pokoju. Gdy Ben, Marian, mały David i ciotka Elizabeth wprowadzają się do domu marzeń, owe marzenia zmieniają się w koszmary. Dom żyje własnym życiem i konsekwentnie wciela plan eliminacji najemców.

"Spalone ofiary" to jeden z zapomnianych, ale klasycznych filmów opowiadających historie nawiedzonego domu.

spalone ofiary

Dan Curtis postawił tu na znany schemat, czerpiąc inspiracje z noweli Roberta Marasco i bardzo rzetelnie przekładając się do realizacji projektu.

Po za elementami typowymi dla ghost story, ja dopatrzyłam się tam nutki giallo, choć sama nie wiem skąd mogła się tam wziąć.

Film jest bardzo dopieszczony technicznie i bardzo mile się go ogląda mimo, że tempo akcji jest dosyć ślamazarne. Praktycznie cała fabuła skupia się na powolnym budowaniu nastroju paranoi, zagrożenia i tajemnicy po to by załatwić sprawę szybkim i zaskakująco mocnym finałem.

spalone ofiary

Widać tu dużą dbałość o detale, jak scenografia i nawet jej najdrobniejsze rekwizyty.

Nie jest to typowe ghost story z duchami snującymi się długimi ciemnymi korytarzami, pojawiajacymi się znienacka. Takich wrażeń wizualnych tu nie będzie.

Pod tym względem obraz bardzo przypomina "Haunted house" z '63 gdzie górował psychologiczny nie paranormalny konteskt zdarzeń. Z tego też względu podejrzewam, że wielu miłośników tamtej produkcji świetnie odnajdzie się także w tym filmie.

Nawiedzony dom w "Spalonych ofiarach" wykorzystuje psychiczny nacisk kładziony na domowników, który to podobnie jak w  kubrickowskim "Lśnieniu" doprowadza do konfliktów, wybuchów agresji. Małżonkowie odsuwają się od siebie.

spalone ofiary

Marian bardziej interesuje przesiadywanie w pokoju pełnym starych zdjęć obcych jej ludzi niż zajmowanie się własnym synem. Ben z koeli w przypływie szaleństwa prawie topi owego syna w basenie na oczach bezradnej ciotki. Tymczasem dom w nadnaturalny sposób przekształca się, wymienia stare dachówki, wygładza ściany. Jak "Czerwona Róża" Kinga czepiąc siłę z energii życiowej lokatorów odzyskuje dawną świetność.

Mgła szaleństwa zasnuwa oczy państwa Rolf i tylko szybka ewakuacja może ich ocalić.

spalone ofiary

Bardzo miłym zaskoczeniem jest tu filmowa obsada. Wszyscy bez wyjątku spisują się wybitnie, ale nie ma czemu się dziwić, skoro na ekranie widzimy takich aktorów jak Bette Davis w roli starej ciotki, Olivera Reeda w roli Bena, czy Karen Black  w roli Marian. Legendy Hollywood pani Davis nikomu przedstawiać nie muszę. Oliver Reed ma imponująca filmografię, ja najbardziej zapamiętałam go z "Potomstwa" Cronenberga, czy bardzo dziwacznych "Diabłów". Karen Black to nikt inny jak mamuśka Firefly z "Domu tysiąca trupów" Zombie'go, między innymi oczywiście. Jest na kogo popatrzeć, wierzcie mi.

"Spalone ofiary" są jak najbardziej godne wygrzebania, choćby z pod ziemi i obejrzenia. Świetny horror o nawiedzonym domu, niby klasyczny, a jednak bardzo wyróżniający się.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

79/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl