What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z lat '50 i '60

wtorek, 28 listopada 2017

 The Collector/ Kolekcjoner (1965)

kolekcjoner

Fryderyk Clegg cichy urzędnik bankowy wygrywa okrągłą sumkę, która umożliwia mu spełnienie największych marzeń. Powiększa więc swoją kolekcję egzotycznych motyli i kupuje zabytkowy dom na wsi. Teraz potrzeba mu tylko żony. Skąd wziąć żonę, gdy jest się nieśmiałym dziwakiem i odludkiem?

W oko wpada mu rudowłosa piękność imieniem Miranda, która studiuje malarstwo. Postanawia sprawić by go pokochała. Tu z pomocą przychodzi mi znany afrodyzjak - chloroform, którym załatwia swoją wybrankę i zabiera do domu. Tu w piwnicznej komnacie rozpoczyna zaloty.

kolekcjoner

Jak to się stało, że umknął mi ten obraz? Do prawdy nie wiem. Jeśli umknął i Wam możemy się teraz razem bić w pierś, bo mamy tutaj klasyk, którego nie powstydziłby się Hitchcock. Nakręcił go jednak twórca "Wichrowych wzgórz", może stad taka 'romantyczna aura', nie mniej jednak nie można mu odmówić doskonałego poprowadzenia wątku rodem z psychologicznego thrillera.

Jest to jeden z pierwszych filmów poruszających tematykę seryjnych morderców kobiet. Pamiętajmy, że mamy lata '60, więc jesteśmy daleko przed erą slasherów, jeszcze dalej nam do ery "Milczenia owiec", czy "Siedem".

Nasz antybohater jest więc 'inny' inny pod każdym względem od współczesnych zabójców i tych filmowych i tych znanych z kronik kryminalnych. Fryderyk jest bowiem gentlemanem. Nie poryw swojej ofiary po to by znęcać się nad nią i zaspokajać sadystyczne zapędy. On takowych nie posiada. Dla niego seksualność jest sprawą drugorzędną, liczy się związek dusz, który pragnie nawiązać z Mirandą.

kolekcjoner

Przekonany o swoich niedostatkach wybiera kontrowersyjną drogę znajomości. Porywa kobietę i zmusza ją do swojego towarzystwa. Zaleca się do niej, podczas gdy ona marzy tylko o tym by zwiać. Zawiera z nią dziwny układ. Obiecuje, że wypuści ją po czterech tygodniach jeśli ta poświęci ów czas na bliższe poznanie go. Miranda zgadza się, nawet stara się być miłą dla Fryderyka, ale wykorzystuje każda okazje by dać nogę jak najdalej od wielbiciela, co ten znosi z coraz mniejszą cierpliwością.

Wydaje się, że ta relacja zmierza albo do narodzin syndromu sztokholmskiego u ofiary, albo do ślepej furii u oprawcy, który w końcu rozżalony zabije swoją wybrankę. Jak to się mówi, raz na wozie raz pod wozem.

Obserwując rozgrywającą się między tą dwójką sytuację nie wiedziałam jakiego finału oczekuje. Samotny chłopiec mimo swojego szaleństwa nie budził oczywistej niechęci jaką zwykli budzić sprawcy porwań i szaleńcy w ogóle. Wiedziałam że jest niebezpieczny, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl: A może go pokocha?

kolekcjoner

Doskonałe aktorstwo obydwu stron sprawiło, że ich relacja była bardzo żywa, a każda wypowiadana kwestia przekonująca. Dwoje i piwnica tworzą bardzo intymną atmosferę, przestrzeń dla bardzo intensywnych emocji, których odbiorcom będzie każdy szczęśliwy widz, który obejrzy film.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:9

70/100

W skali brutalności:1/10

środa, 24 maja 2017

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

"Danza Macabra" to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność - owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. "Daza macabra" to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W "Danza macabra" wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 02 maja 2017

Pit and the Pendulum/ Studnia i wahadło (1961)

studnia i wahadło

Do pałacu bogatego szlachcica Nicolasa Mediny przybywa jego szwagier targany wątpliwościami co do okoliczności śmierci swojej młodej siostry.

Po dotarciu na miejsce zastaje Nicolasa pogrążonego w rozpaczy, ale dopiero po ujawnieniu faktów związanych ze śmiercią jego żony, szlachcic popada w szaleństwo. Wszystko wskazuje na to, że piękna Elizabeth została pochowana żywcem.

"Studnia i wahadło" to kolejna produkcja Rogera Cormana powstała w oparciu o prozę Edgara Allana Poego. Chyba żaden inny reżyser nie potrafił wyciągnąć z twórczości Poego, co Corman. Swoją drogą, sędziwy dziś reżyser obchodził ostatnio 91 urodziny.

Jak w wielu przypadkach Cormanowskich adaptacji scenariusz filmu bardzo różni się od pierwowzoru, czyli opowiadania Poego.

Jeśli je znacie to wiecie, że to króciutka historia skupiona na makabrycznych przeżyciach więźnia inkwizycji. Spokojnie można więc uznać, że opowiadanie stanowiło jedynie inspirację dla filmu.

Wątkiem wspólnym jest tytułowa studnia i wahadło, 'narzędzia tortur', jakimi posługiwał się ojciec bohatera, Sebastian Medina. Owe narzędzia nadal kurzą się w rodowym pałacu i jak wskaże nam rozwój wypadków miały swój udział w domniemanej śmierci żony Nicolasa Mediny.

studnia i wahadło

Domniemana śmierć, motyw pochówku za życia to jeden z ulubionych tematów Poego i ów wątek znajdziemy między innymi w "Przedwczesnym pogrzebie". W filmie Cormana przejmuje on rolę motywu przewodniego, zaś tytułowa studnia i wahadło w pełnej klasie pojawi się dopiero w finale.

studnia i wahadło

Znalazła się tu też przestrzeń na wątek kryminalny, wcale nie oczywisty i dobrze poprowadzony. Fabuła jest więc jak najbardziej zadowalająca, ale nie za to kocham filmy Cormana. Ich teatralność, ich niepowtarzalny klimat i posępna wymowa to to, co Cromanowi wychodziło najlepiej. Uwielbiam jego kostiumy i scenografię.

To wszytko nie zawodzi i w przypadku tej produkcji. Niektórzy uważają nawet, że jest to najlepszy film z cyklu opowieści Poego. W obsadzie gwiazdy horroru, Barbara Steele i Vincent Price. Co chcieć więcej?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 30 września 2016

Kaidan/ Kwaidan, czyli opowieści niesamowite (1964)

kwaidan

Na fabułę "Kaidan" składają się cztery nieco baśniowe opowieści utrzymane w klimacie grozy. Wszystkie zaczerpnięto z klasycznego już XIX dzieła. Co ciekawe ich autorem wcale nie był rodowity Japończyk, lecz imigrant zza oceanu, który zakochał się w tym, co w owym czasie nie cieszyło się wielką popularnością - średniowieczne japońskie legendy. Lafcadio Hearna, który później zmienił nazwisko na Koizumi Yakumo zainspirował reżysera Masaki Kobayashi do nakręcenia jedynego w jego dorobku horroru, co ciekawe ten gatunkowy debiut został wyróżniony nominacją do Oscara.

Spośród szeregu opowiadań wybrano cztery i wystarczyły one na trzy godzinny film. Tak mili Państwo, jeśli zdecydujecie się na seans, musicie się z tym liczyć.

Pierwsza z opowieści "Czarne włosy" traktuje o Samuraju, który mając dość życia w biedzie porzuca Kioto i swoją oddaną żonę by w innym zakątku kraju zdobyć posadę i majętną żonę.

kwaidan

Bohaterowi nie udaje się zaznać szczęścia u bogu drugiej żony, wraca więc skruszony do swojej 'opcji numer jeden'. Żona oczywiście czeka na niego z otwartymi ramionami, nadal piękna i wonna mimo iż minęło wiele lat...

Druga nowela "Kobieta Śniegu" to historia młodego drwala, który wraz ze swoim sędziwym nauczycielem gubi się w lesie w czasie śnieżnej zamieci. Co prawda mężczyźni znajdują schronienie, ale złowroga Pani Śniegu znajduje ich i tam. Przyjęła ona postać pięknej kobiety, która swoim mroźnym oddechem zdmuchnęła życie starszego z mężczyzn.

kwaidan

Pochyliła się zaś nad młodym. Znalazła w sobie litość nad nim i pozwoliła odejść, pod jednym tylko warunkiem: nigdy nie zdradzi historii spotkania z Panią Śniegu...

W trzeciej opowieści "Hoichi bez uszu" znowu obcujemy ze światem samurajskich wojowników. Rzecz odwołuje się do historii z przed blisko tysiąca lat kiedy to dwa wielkie Japońskie rody starły się w morskiej bitwie. Pokonani postanowili odejść z honorem toteż ocaleni włącznie z małym cesarzem popełnili samobójstwo. Od tamtej pory zatoka, gdzie rozegrała się bitwa cieszy się sławą nawiedzonej.

kwaidan

W zbudowanej w pobliżu świątyni posługę pełnią mnisi. W tym nasz tytułowy Hoichi, niewidomy młodzieniec obdarzony talentem do śpiewania ballad. To on staje się obiektem zainteresowania miejscowym duchów.

Ostatnia, najkrótsza opowieść nosi tytuł "W miseczce herbaty" i o owej miseczce opowiada. Pewnego dnia, pewien Samuraj dostrzega w miseczce herbaty obce odbicie. Mimo to wypija płyn i jeszcze tej samej nocy będzie miał okazję spotkać herbaciane widmo.

kwaidan

Jak sami widzicie film składa się z dość prostych i uniwersalnych opowieści. Jest tu ludowa moralność, sprawiedliwość dosięgająca zza grobu i pointa stawiają sprawę dość jasno: są na tym świecie rzeczy niesamowite.

Z tymi historiami doskonale współgra sposób ich opowiadania. Pomijając fakt, że stosownie po japońsku rozwijają się powoli i stosownie po japońsku mamy tu masę niedopowiedzeń, to ich baśniowość i niesamowitość odbija się we wszystkich elementach stricte technicznych.

Scenografia jest wspaniała. Trochę teatralna, miejscami przywodzi na myśl niemieckie kino ekspresjonistyczne, nawiązuje też do klasycznego teatru japońskiego, of course.

Barwy obrazu są żywe, choć szczerze mówiąc wolałabym dorwać wersje w czarno-bieli. Muzyka - hipnotyzująca. Aktorstwo, po japońsku bardziej milczące niż krzyczące, żadnej nadekspresji, niepotrzebnych manieryzmów. Kostiumy i charakteryzacja to już klasa sama w sobie, i chociażby dla nich wato na ten film zerknąć. Doskonale oddają ducha średniowiecznej Japonii, przynajmniej na tyle na ile po laicku mogę stwierdzić. Kiedyś czytałam że zamożne Japonki w średniowieczu specjalnie 'malowały' sobie zęby na czarno i faktycznie, można się tu tego dopatrzeć.

No, piękny film, co tu dużo mówić. Szczególnie fani współczesnego skośnego kina powinni poczuć się w obowiązku by zobaczyć ten film. Z pewnością dostrzeżecie tu całe gro elementów, które wykorzystywane są do dziś.

Moja ocena:

"Czarne włosy":9/10

"Kobieta śniegu":9/10

"Hoichi bez uszu": 8/10

"W misce herbaty":8/10

czwartek, 15 września 2016

La Residencja/ Rezydencja (1969)

la residencja

W tytułowej rezydencji gdzieś na terenie Hiszpanii początku XX wieku mieści się szkoła dla dziewcząt prowadzona przez surową dyrektorkę Madame Fourneau. Do placówki przybywa nowa uczennica, córka kabaretowej śpiewaczki, Teresa. Nastolatka szybko odkrywa, że dyscyplina panująca w szkole ma dużo z sadyzmu, a uczennice starające się dostosować do panujących tu warunków są gotowe na wiele.W końcu dziewczęta zaczynają znikać.

"Rezydencja" jest pierwszym 'nietelewizyjnym' dziełem Urugwajskiego reżysera Narciso Serrador'a, twórcy słynnego "Czy zabił byś dziecko?".

Jak na końcówkę lat '60 "Rezydencja" wyróżnia się na tle popularniejszych zachodnich produkcji. Nie ma w sobie nic z Hammer'owskiego kiczu, bliżej jej do zmyślnych Hitchcockowskich intryg, czy zbrodni królujących w świecie giallo.

Jest to wyjątkowo smakowity thriller psychologiczny, którego finał ma zaskoczyć i pewnie w wielu przypadkach tak właśnie będzie. Posiada klimat typowy dla opowieści gotyckich, a jednak króluje tu freudowska psychologia.

la residencja

Jeśli widzieliście "Dziewczęta w mundurkach" zapewne nasunie Wam się przyjemne skojarzenie z tym tytułem.

Fabuła filmu skupia się na prezentacji internatowego życia nastoletnich dziewcząt, które z różnych przyczyn zostały wysłane do tej placówki. Większość z nich posądzana jest o niemoralne prowadzenie się, czy inne nieprzystojne przewinienia. W przypadku Teresy chodziło o jej pochodzenie i reputację jej matki. Dziewczyna jawi się jako bardzo skromna i układna dlatego też szybko pada ofiarą 'grupy trzymającej władzę' w szkole.

la residencja

O ile psychiczne i fizyczne znęcanie się jest w tej szkole codziennością o tyle sporą nowość sanowi seria morderstw. Tak, dziewczęta zaczynają znikać, a nasze podejrzenia szybko kierują się w stronę największych szkolnych sadystek, dyrektorki i jej 'faworyty'. Pod uwagę weźmiecie też zapewne inne opcje, ale tożsamość mordercy i przyczynę jego działań poznacie dopiero w finale. Ten finał jest jak najbardziej war uwagi, choć nie zaprzeczę, że trochę wcześniej zwęszyłam sprawę.

la residencja

Mamy tu wiec bardzo ciekawy miks kina nastrojowego z powolnymi przejazdami kamerą po ciemnych zakamarkach i bogatej scenografii z kinem psychologicznym mogącym być przykładem solidności w realizacji motywu szaleństwa i zbrodni.Co ciekawe nie zabraknie tu scen morderstw, które spokojnie można skojarzyć z włoskim giallo.

Dla mnie jest to połączenie wręcz wymarzone i mogę sobie tylko pluć w brodę, że nie obejrzałam tego filmu wcześniej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 7

To coś:9

73/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 28 czerwca 2016

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są "Dzieci przeklętych". Czy jest to sequel "Wioski przeklętych", czy może readaptacja "Kukułczych jaj z Midvich"?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla "Wioska przeklętych" traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku "Dzieci przeklętych" mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą 'na większą skalę'.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają 'wspólną świadomość'.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co 'pierwowzór'. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W "Wiosce przeklętych" ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku "Dzieci przeklętych"  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek 'ojców'. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o 'przeklętych dzieciach' poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w "Dzieciach przeklętych" historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały "Wioski przeklętych" odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10

piątek, 17 czerwca 2016

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego."Zagłada domu Usherów" jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku "Grobowca Ligeii" Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o "Zagładę domu Usherów" to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

"Zagładę domu Usherów" ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy "Zagłada domu Usherów" Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 14 maja 2016

The Night of the Hunter/ Noc myśliwego (1955)

night of hunter

Ojciec dwójki dzieci i mąż Willy decyduje się napaść na bank by w ten sposób zapewnić byt swoim dzieciom. Niestety nieprzemyślana akcja kończy się szybkim aresztowaniem.

Zanim Ben trafił za kratki i tam dokonał żywota zdołał ukryć zrabowane dziesięć tysięcy dolców. Tajemnicę kryjówki znajdą tylko jego dzieci, mała Pearl i nieco starszy John.

Gdy Willa właśnie poznaje gorycz samotnego macierzyństwa w okolicy pojawia się atrakcyjny gentleman, kaznodzieja Harry Powell. Kobieta szybko zakochuje się w nim i decyduje na kolejne małżeństwo. Nie wie jednak, że Powell przybył w bardzo określonym celu.

night of hunter

Scenariusz "Nocy myśliwego" powstał w oparciu o powieść Davisa Grubba, niejednokrotnie docenianego przez reżyserów filmowych. Książka ukazała się w dwa lata przed filmem, a jeśli idzie o inspiracje Grubba to Harry Powell to ubarwiony Harry Powers.

Obraz zrealizowany został przez filmowców, którzy główne doświadczenie filmowe nabyli z pozycji aktorów, czy reżyserów teatralnych za wyjątkiem Terry'ego Sandersa, który zawsze kręcił i kręci do dziś, choć już nie powtórzył sukcesu z "Nocy myśliwego". Charles Laughton zmarł dwa lata po premierze filmu. Główny scenarzysta nie dożył nawet premiery.

Odnoszę wrażenie, że film nie jest zbyt popularny w naszym kraju. Natomiast nadal gości w amerykańskich plebiscytach. W roku 2001 znalazł się na liście najlepszych thrillerów wszech czasów, zaś Robert Mitchum został wyróżniony obecnością na liście najlepszych czarnych charakterów w historii kina właśnie za kreację Harry'ego Powella. To może świadczyć o tym jak ten film zapisał się w świadomości widzów.Oczywiście z perspektywy czasu, bo wejściu na ekrany nie towarzyszyły fanfary i zachwyty. 

W mojej ocenie, którą zapewne podzieliliby twórcy tych wszystkich współczesnych nominacji jest to obraz prekursorski jeśli idzie o filmowy thriller z postacią zwyrodniałego mordercy w roli głównej. Harrego Powella spokojnie można postawić obok ikonicznych czarnych charakterów kina. Mimo iż w latach '50 filmowi twórcy nie pozwalali sobie na sadystyczne rozpasanie tworząc swoich antagonistów, Powell jawi się tu jako zło wcielone. Myślę, że w pewnym stopniu mógł zainspirować Rubena do stworzenia postaci "Ojczyma".

Film nie jest mocny, nie obfituje w sceny drastyczne, pełne przemocy. Jest to obraz typowy dla kina noir z tą różnicą, że widz ma świadomość złych zamiarów czarnego charakteru i tylko czeka aż reżyser zdecyduje się skonfrontować z nim bohaterów pozytywnych.

Bohaterami pozytywnymi są tu dzieci, i też jest to pewne novum jeśli idzie o kino z tamtych czasów. Dzieci odgrywają tu nadrzędną rolę, są strażnikami ojcowskiej tajemnicy i celem dla bezwzględnego typa, jakim jest domorosły kaznodzieja.

Postaci dzieci, ich perspektywa wprowadza do filmu element baśniowości. Ta baśniowość odzwierciedlona zostaje w sposobie narracji, pewnej naiwności jaka momentami bije z tej historii oraz dzięki zdjęciom, momentami przypominającymi teatrzyk cieni.

night of hunter

Ta baśniowość nie przeszkadza jednak w wyłuszczeniu walorów typowych dla thrillera. Dużą uwagę poświęcono psychologii postaci i sposób w jaki zostały nakreślone jest bardzo interesujący.

Zacznę od dzieci. Malutka Pearl jest bardzo naiwna i szybko wpada w sidła Harry'ego, który jak na psychopatę przystało potrafi być czarujący. Dziewczynka nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, nie wie jak ważne jest te dziesięć tysięcy ukryte w jej małych rączkach. John jest natomiast nad wiek dojrzały, ale i tak nie jest w stanie udźwignąć całej tej sytuacji zwłaszcza, że pomocy znikąd.

night of hunter

Ich matka to typowa amerykanka żyjąca w latach 50. Całkowicie zależna od partnera, nieco płytka, niezbyt bystra, podatna na sugestie. Kiedy w jej życiu zabrakło opiekuńczego męża szybko zwróciła się ku ujmującemu kaznodziei. Obraz ich relacji ich małżeńskiego pożycia może wzbudzić nie małą konsternację. Dzięki temu dowiadujemy się jak porąbanym sukinsynem jest Powell.

No, właśnie, Harry Powell. O tym, że bóg dał mu swoje przyzwolenie na wykorzystywanie słabszych dowiadujemy się już w pierwszych scenach w czasie jego intymnej pogawędki ze stwórcą. Dla Harry'ego religia i jej dogmaty stanowią idealną przestrzeń do zbrodniczych działań. Powell ma swoją ewangelię i właśnie wyrusza by ją głosić. Gdzie trafi, już wiecie.

Kreacja aktorska Roberta Mitchuma, współreżysera i odtwórcy głównej roli jest idealna. Można powiedzieć, że mamy przed oczami psychola idealnego. Trochę szkoda, że nie poznamy genezy tkwiącego w nim zła, ale z drugiej strony ten element tajemnicy sprawia, że facet jest jeszcze bardziej przerażający.

night of hunter

Analizując jego postać możemy się domyślić, że frustracja seksualna, swego rodzaju próba wyparcia tej sfery życia przyczyniła się do takiego wypaczenia z jakim mamy do czynienia w przypadku postaci Harry'ego. Zauważcie, że Willy też zaczyna odbijać, gdy zostaje przegnana z małżeńskiego łoża nowego męża. Można pomyśleć, że było to obliczone na wpędzenie kobiety w poczucie winy. W filmie uświadczy sporo scen unaoczniających to jak Harry manipuluje ludźmi, jak okrutny potrafi być. Jego wewnętrzną walkę ze 'złymi popędami' doskonale obrazuje scena w kinie z nożem.

Z filmu bije taka dziwna poezja, która zapamiętam na długo. Nawet teraz nadając do Was mam przed oczami scenę pokazującą zanurzone w wodzie zwłoki kobiety. Tak czarowne i makabryczne jednocześnie.

night of hunter

"Noc łowcy" to film wzorcowy, ale ma wady. W mojej ocenie powinni trochę popracować nad dialogami. Niestety momentami poziom naiwności bijących w wypowiadanych kwestii osiąga poziom sufitowy. Oczywiście jestem w stanie to wybaczyć, ale musiałam o tym wspomnieć, bo każdy kto film obejrzy z pewnością zwróci na to uwagę. Dla fanów starego kina pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

to coś:8

Oryginalność:8

71/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 26 kwietnia 2016

Operazione paura/ Operacja strach (1966)

operacja strach

Koroner Paul Eswai przybywa do Transylwańskiej wioski w celu zbadania przyczyny śmierci młodej pokojówki z posiadłości Grapsów. Mimo sprzeciwu lokalnej społeczności sparaliżowanej strachem, doktor nie pozwala na szybki pochówek i z pomocą młodej asystentki, Moniki dokonuje autopsji.

Jej wynik jest zgodny z werdyktem miejscowego inspektora Krugera, kobieta popełniła samobójstwo, jednak Eswai w czasie operacji znajduje w ciele denatki coś dziwnego. Ktoś umieścił w jej sercu złotą monetę. Jak się okaże, ma to związek z lokalną legendą o mściwej duszy zamieszkującej posiadłość Baronowej Graps.

Nie jestem zbyt zaznajomiona z filmografią Bavy, ale rozpoznam jego filmy już od pierwszych ujęć, zazwyczaj bardzo bogatych w charakterystyczne sceny śmierci. Jego ofiary zawsze krzyczą o kilka tonów głośniej niż przeciętnie odbywa się to w kinie grozy, by w finale przejść do czegoś co nazywam agonalnymi westchnieniami. W taki też sposób rozpoczyna się "Operacja strach".

Mimo typowych dla Bavy elementów realizacyjnych fabuła trochę zbiła mnie z tropu. Ze zdziwieniem muszę powiedzieć, że scenariusz filmu bliżej ma się do historii typowych dla Rogera Cormana ( skojarzył mi się z "Naiwidzonym pałacem), czy tworów wytwórni Hammer niż jego późniejszymi dokonaniami (np. "Krwawy obóz").

operacja strach

Oczywiście dla mnie takie skojarzenia są jak najbardziej miłe, bo uwielbiam horrory, których akcja osadzona jest na przełomie XIX i XX wieku w starych pałacach, gdzieś w mało popularnych rejonach świata.

Fabuła filmu wpisuje się w schemat ghost story, jest więc dość prosta. Mamy małą wioskę, której mieszkańcy wierzą w nieszcząca siłę klątwy rzuconej zza grobu przez nieszczęśliwie zmarłą osobę. W tym przypadku możemy zobaczyć ducha małej dziewczynki, Melissy. Jej typ urody bardzo pasuje do pełnionej tu roli. Pojawia się niezbyt często, ale skutecznie;) Podrzuca potencjalnym ofiarom swoją zabawkę na przynętę, jak to czynią filmowe duszki po dziś dzień.

operacja strach

Pojawia się tu także postać sceptycznego wobec guseł lekarza, a także kobiety robiącej za lokalną szamankę. Ta dwójka będzie musiała zmierzyć się z solidnymi podwalinami legendy, rozwiązać tajemnicę nawiedzonego domu.

operacja strach

Fabularna prostota wcale tu nie przeszkadza, bo jakby dla kontrastu forma tej opowieści jest bardziej złożona. o ile filmy Cormana zawsze uważałam za dość teatralne, ze względu na odbiór kolorystyki, czy dopieszczanie scenografii, o tyle Bava idzie z tym jeszcze dalej. U Bravy noc jest ciemniejsza, mgła gęstsza, a przerażenie na twarzach ofiar żywsze.

Jak już gdzieś wspomniałam Bava pozwala aktorom na uderzenia w egzaltowane tony, toteż zalękniona dziewczyna będzie się wić w konwulsjach, a wbiciu noża w serce będzie towarzyszyć manieryczny upadek w akompaniamencie agonalnych westchnień. Nie wiem, czy takie rozwiązania spodobają się każdemu, ale ja to kupuje.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 22 kwietnia 2016

The Last Man on Earth/ Ostatni człowiek na ziemi (1964)

last man on earth

Doktor Robert Morgan jest ostatnim człowiekiem na ziemi nie zarażonym śmiercionośnym wirusem. Żyje samotnie kryjąc się nocą w swoim domu, wychodząc za dnia by zgromadzić zapasy.

Każdy dzień jest taki sam. Nieskończenie samotny i pozbawiony nadziei. Jego żona i córka zmarły przed laty dotknięte chorobą, nad którą naukowcy w tym Robert Morgan nie zdołali zapanować. Od tamtej pory wszyscy ludzie na ziemi żyją nocą, niczym nietoperze. Stanowią zupełnie nowa rasę. Jak w takim świecie może przetrwać jeden zwyczajny człowiek?

last man on earth

Mój zamiar przeczytania książki Richarda Mathesona, na podstawie której powstał szereg ekranizacji w tym "Jestem legendą" 2007, "Człowiek omega" 1971, czy wreszcie "Ostatni człowiek na ziemi" 1964, wciąż odwleka się w czasie. Muszę w końcu nadrobić tę sprawę, bo już kończą mi się filmowe wariacje na jej temat.

"Ostatni człowiek na ziemi" pośród wszystkich produkcji opartych na powieści Mathesona budził we mnie największe nadzieje. Nie ukrywam, że przyczyną tego była rola Vincenta Price w filmie, ale też moje zamiłowanie do czarno białego kina. Dodatkowym plusem jest fakt, że autor książki współtworzył scenariusz toteż budzi nadzieję, a to, że jest to ekranizacja najbliższa literackiemu pierwowzorowi.

last man on earth

Początkowo prawa do filmu miały wpaść w ręce wytwórni Hammer i nie wiem, czy nie powinnam odżałować zmiany decyzji. Myślę ta historia w tak teatralnym wydaniu z jakim kojarzą mi się produkcje Hammera mogłaby nabrać większego rozpędu. Ale z drugiej strony, czy ona się do tego nadaje?

Z góry muszę przestrzec fanów tej historii, że sposób w jaki jest opowiadana w tym filmowym wydaniu nie wszystkich zadowoli. Nie chodzi mi tu o jakieś rażące mankamenty realizacyjne, lecz o tempo akcji. Jest tak ślamazarne, jak to tylko możliwe. Na lwią cześć całej opowieści składają się wewnętrzne monologi głównego bohatera. Tu nawet nie może sobie pogadać z psem, bo psi bohater, który doprowadził mnie do płaczu w "Jestem legendą" z 2007 roku tu pojawia się ledwie na moment.

Niejakie ożywienie pojawia się gdzieś w środkowej części obrazu, gdy wtrącone zostają pierwsze retrospekcje z życia Roberta przed wybuchem epidemii. Tu możemy poznać historię śmierci jego bliskich, a także jego naukowe próby zwalczenia choroby.

last man on earth

Niewielkich zrywów akcja doświadcza w chwilach, gdy pod domem bohatera pojawiają się zarażeni. Mamroczący coś do niego, próbujący sforsować drzwi. W tej wszechobecnej ciszy panującej w filmie takie drobne elementy z miejsca budzą popłoch.

last man on earth

Już u schyłku opowieści wprowadzona zostaje kobieca bohaterka, która przyczyni się do zguby bohatera. Tu też poznamy wreszcie naturę tych, których epidemia zmieniła w nocne stworzenia.

Jeśli znacie jedynie najnowsza wersję tej historii tj. "Jestem legendą" (2007) z pewności zdziwi Was sposób w jaki przedstawiona zostaje brać zarażonych. Wyglądają zupełnie normalnie, ich funkcjonowanie nie przypomina życia jakiś prymitywnych stworzeń, typu zombie. Stanowią coś na kształt sekty, która całkowicie zaakceptowała swoją przemianę, w pewien sposób umie nad nią zapanować, na tyle by nie skutkowała śmiercią.  Gloryfikują siebie, a w naszym bohaterze, ostatnim ocalałym, widzą zagrożenie dla swojego gatunku. Są jak ugrupowanie chcące przejąc władzę nad światem.

last man on earth

Następuje tu całkowite odwrócenie starego sposobu pojmowania kategorii chory i zdrowy. To Robert jest chory, to on zagraża, to on zabija. Wszystko przedstawione jest bardzo kategorycznie i prosto.

Względem realizacji nie mam żadnych zarzutów, jeśli o mnie chodzi wolne tempo akcji doskonale podkreśla status tej opowieści, jest powolna jak agonia.

Ekspresja Vincenta Price'a, nieliczne emocjonalne wybuchy na jakie mu tu pozwolono trochę ożywiają fabułę, ale nie na tyle byśmy mogli zinterpretować to jako coś w rodzaju woli walki i życia. Mamy tu bohatera, który żyje bo musi, doświadczył już wystarczająco rozczarowań by pozwolić sobie na odpuszczenie sprawy. Zakończenie filmu mimo pewnego tragizmu jest po prostu dopełnieniem tego co konieczne.

Każdego dnia na świecie bezpowrotnie ginie jeden gatunek i nikt nie zwraca na to uwagi, czemu człowiek miałby oczekiwać jakiego specjalnego traktowania w tym względzie?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:0/10

piątek, 15 kwietnia 2016

The Gorgon/ Gorgona (1964)

gorgona

W Vandorf, podkarpackiej wiosce od kilku lat dochodzi do zagadkowych zbrodni. Ludzie padają martwi, a przyczyną zgonów jest 'skamielenie'. Nie inaczej, a ofiary nieznanego sprawcy zmieniają się w kamienne posągi.

Inspektor Kanof i doktor Namaroff trzymają sprawy w ścisłej tajemnicy. Szczególnie temu drugiemu zależy by nikt nie poznał prawdziwej przyczyny śmierci kilku mieszkańców. Reszta nieufnej społeczności zapewne coś podejrzewa, ale nie zamierza dzielić się swoimi obawami by zbadać przyczynę śmierci młodej córki karczmarza - kolejnej ofiary zmienionej w kamień. Szybko zapada wyrok skazujący kochanka dziewczyny, a ten ginie śmiercią samobójczą.

W ten sposób na arenie pojawią się kolejni bohaterzy, profesor - ojciec martwego młodzieńca, oraz jego brat, a w ślad za nimi podąża inny zainteresowany sprawą naukowiec. Jak wkrótce się okaże wszystkie tropy prowadzą do opuszczonego zamku Brockiego, gdzie niegdyś miały żyć trzy demoniczne siostry, Gorgony.

"Gorgona" to przykładny Hammerowski horror. Mnie nieco przypomina "Kobietę Węża", ale nie wiem jak to skojarzenie miałabym uzasadnić;) Nie zabraknie tu klimatu rodem z XIX wiecznych powieści grozy, oddanego za pomocą wspaniałej scenografii, muzyki i zdjęć.

gorgona

Nie zabranie demonicznej postaci rodem z mitologii, nieco kiczowatych efektów specjalnych i przede wszytkim doskonałego aktorstwa czołowych reprezentantów starego kina grozy. Nie ma tu co prawda Vincenta Price'a, ale spotkamy Christophera Lee i Petera Cushinga. Reżyseruje jeden z pracowitych ludzi wytwórni Hammer Terence Fisher, który wydał na świat szereg horrorów o Draculi, Frankensteinie, czy Mumii. scenariusz to dzieło równie znanego wielbicielom Hammera, Johna Gillinga, który napisał scenariusz chociażby do wspomnianej "Kobiety Węża".

gorgona

Moja słabość do filmów z tej wytwórni chyba nigdy nie opadanie, choć z dostępnością filmów nie jest wcale tak kolorowo jakby się mogło wydawać z uwagi na szacunek jakim Hammer cieszy się wśród miłośników starych horrorów.

"Gorgona" nie należy do grona najpopularniejszych 'Hammerów'. Nie doczekała się sequeli, czy remake'ów, co mnie poniekąd dziwi z uwagi na sporą pomysłowość tejże historii. Rozwiązanie zagadki miasteczka Vandorf można zmieścić w pojęciu banału, ale droga do finału stanowi ciekawą plątaninę wątków.

gorgona

Zamysł oparty został na historii pochodzącej z greckiej mitologii, sławiącej dzielnego Perseusza, który w sprytny sposób pokonał demoniczną Meduzę. Meduza była jedną z trzech sióstr zwanych Gorgonami. Byłam z nich najpiękniejsza co spotkało się z dezaprobatą ze strony bogini Ateny. Atena oszpecił dziewczę zmieniając jej włosy w wijące się węże, a żeby nikt nie mógł więcej podziwiać jej oblicza obdarzyła ją 'morderczym spojrzeniem'. Od tamtej pory każdy kto spojrzał na Meduzę zmieniał się w kamień.

Historie oparte na legendach, nawet tych znanych, z miejsca zyskują solidne podstawy dla budowania atmosfery niesamowitości.. Jeśli dodać do tego doskonałe aktorstwo i wspaniałe wizualne wrażenia- wprost nie można się napatrzeć na plenery i scenografię - mamy horror mogący służyć za przykład do naśladowania.

gorgona

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 13 lutego 2016

In Cold blood/ Z zimną krwią (1967)

z zimną krwią

Dwaj recydywiści Perry i Dick po wyjściu z więzienia planują nowe przestępstwo. Tym razem nie zamierzają popełnić błędów, jakie wcześniej zaprowadziły ich do pierdla. Nie zamierzają zostawić żadnych świadków.

Dick na cel obiera bogatego farmera z Kansas, który to według wiedzy jaką podzielił się z nim współlokator z celi posiada w domu morze gotówki. Perry, niespełniony muzyk, marzący o odnalezieniu zaginionego skarbu u wybrzeży Meksyku, godzi się na skok, wierząc, że zdobyta gotówka przybliży go do realizacji dziecięcego marzenia o zdobyciu pirackiego złota. Obydwaj realizują plan i przez chwilę cieszą się wolnością. Do czasu.

z zimną krwią

Co też skłoniło mnie do zapolowania na ten obraz? To trochę kwestia przypadku. Jego tytuł padł w horrorze "Sinister" z ust głównego bohatera, który jak pewnie pamiętacie marzył o napisaniu mocnej książki o prawdziwej zbrodni, w pewnym momencie mówi, że jego nowa książka może być kolejnym "Z zimną krwią".

Aha. Odnotowałam sobie tytuł w pamięci i po pewnym czasie udało mi się odnaleźć film o tym tytule.

Stanowi on ekranizację wspomnianej powieści, napisanej w 1966 roku przez Trumana Capote i opisującej prawdziwą zbrodnie do jakiej doszło w małym miasteczku w Kansas w 1959 roku.

Film Richarda Brooksa to nic innego jak kryminał oparty na prawdziwych wydarzeniach, pokazujący pewną wersję owych wydarzeń na tyle autentyczną na ile można było wierzyć schwytanym mordercom.

Sama warstwa kryminalna jest interesująca, pokazuje sposób w jaki przebiegało niełatwe śledztwo, ale dla mnie liczyła się przede wszystkim warstwa psychologiczna, ta część filmu skupiająca się na postaciach morderców.

Dzięki dwóm świetnym aktorskim rolom Roberta Blake i Scotta Wilsona możemy sobie stworzyć wiarygodny obraz dwóch oprychów ze wszystkimi ich walorami. Filmowe dialogi, na których w ogromnej mierze opiera się siła tej opowieści są wręcz doskonałe, można rzecz Hitchcockowskie i w żaden sposób nie dające się porównać z bzdurnymi frazesami jakie współcześni twórcy wkładają w usta swych antybohaterów.

z zimną krwią

Na prawdę czułam ze mogę poznać tych typków i muszę powiedzieć, że mimo całej bezwzględności ich działania nie byłam w stanie ich do końca znienawidzić. Niektóre elementy ich biografii autentycznie chwytają za serce, a jeśli nie za serce to na pewno za gardło.

Wszytko to podane w świetnej formie. Montaż jest niesamowicie płynny i dzięki czemu nie skaczemy chaotycznie po kolejnych klatach tej historii, nie tracimy żadnego z wątków. Do tego estetyka zdjęć utrzymana jest w stylu filmu noir, a takie obrazy wprost uwielbiam.

z zimną krwią

Wracając jeszcze do treści tej opowieści, pada tu wiele celnych uwag, które będą powtarzane jeszcze nie raz przez następne lata, przez kolejne filmu traktujące o zbrodniach i zbrodniarzach. Było ich sporo, przytoczę jeden fragment dialogu:

- Dlaczego go zabiłeś.

- Tak po prostu. Chyba dla jaj.

- I to jest najlepszy powód.

"Z zimną krwią" pokazuje jak niewiele potrzeba do dokonania zbrodni. Jak łatwo skończyć na szubienicy. Oglądając ten film miałam wrażenie, że nie ma na tym świecie nić łatwiejszego niż zabijanie. Pewnie dlatego ludzie tak chętnie poddają się tej rozrywce.

Dwaj mordercy, którzy zawiśli za zamordowanie czteroosobowej rodziny ostatecznie popełnili ten czyn dla 48 dolców, starego radia, i ręcznej latarki. Chyba nie bez powodu tyle się mówi o banalności zła.

z zimną krwią

Mówi się, że książka Capote zrewolucjonizowała spojrzenie na kryminał, sprawiając, że od tamtej pory literatura kryminalna oparta na faktach stała się tą najbardziej pożądaną. Nie znam pierwowzoru filmu, ale robotą jaką wykonał reżyser mojego ulubionego "Kotka na gorącym blaszanym dachu" jest warta uwagi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

aktorstwo:9

oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 15 stycznia 2016

The thing from another world (1951)

the thing from another world

W amerykańskiej bazie na terenie Alaski grupa naukowców wyłapuje podejrzany wzrost promieniowania w niedalekiej okolicy. Naukowcy udają się na miejsce i odkrywają pokryty lodem statek kosmiczny. Nie udaje im się bezpiecznie wykopać statku, ale wydobywają z jego wnętrza 'pasażera'. Zabierają go do siebie zatopionego w bryle lodu.

Czekając na decyzje zwierzchników nie wszyscy potrafią wykazać się cierpliwością. Przypadek i nieostrożność prowadzi do tego, że obcy zostaje 'rozmrożony' i o zgrozo, ożywa. Nie jest przyjaźnie nastawiony wobec swoich znalazców.


the thing from another world

Czy ta fabuła Wam coś mówi? I powinna, bo dotyczy pierwowzoru "Coś" Carpentera.

Bardzo chciałam obejrzeć ten film. Porównać go ze znacznie popularniejszym remake. Liczyłam, że sprawa będzie wyglądać podobnie jak w przypadku "Inwazji porywaczy ciał" i jego rozlicznych readaptacji i poniekąd tak jest, z tym, że jestem znacznie mniej zachwycona oryginałem i dostrzegam przepaść między nim a filmem Carpentera.

Jak się okazuje jedynym niezmienionym elementem jest pierwszy człon tytułu i napis w czołówce filmu;) Chyba strasznie spodobał się Carpenterwi.

the thing from another world

Zmieniono nawet miejsce akcji, w remake jesteśmy już na terenie Arktyki. Ale to akurat niuans, bo Alaska prezentuje się tu niemal jak biegun północny.

the thing from another world

Najbardziej zasadnicza równicą fabularną jest sama postać antagonisty z kosmosu. Carpenter widział go zupełnie inaczej.

W filmie Christiana Nyby i Howarda Hanksa obcy jest genetycznym pokrewieńcem rośliny, pada nawet określenie Super Marchewka. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi wcale nie stanowi słabego puntu tego pomysłu.

Według obecnego na stacji badawczej doktora to właśnie ta prymitywna struktura, brak cech zwierzęcych, czy ludzkich przyczynił się do tak zaawansowanego rozwoju tej formy życia i jej cywilizacji. Jakby nie patrzeć to 'Marchewka' przemierzyła kosmos i wylądowała na Ziemi, a nie na odwrót;)

Naukowiec dopatrzył się w tym słabości swojego własnego gatunku i stwierdził, że obcy jest produktem ewolucji, tak jak ludzie z tym, że my mieliśmy pecha i pochodzimy od zwierząt, a on z roślin więc: "Jego rozwój nie był powstrzymywany przez emocjonalne bądź seksualne czynniki."

Pomył Super Marchwi jest więc dość interesujący, gorzej natomiast twórcy spisali się przy wizualizacji tego pomysłu. Obcy wygląda jak... człowiek, jak człowiek w ciasnym kombinezonie. Nic więcej. Atakuje wyciągając przed siebie górne kończyny, porusza się przy pomocy kończyn dolnych. Nie ma w nim nic kosmicznego. Gdy wreszcie mogłam go zobaczyć w ostatnich minutach filmu byłam rozczarowana. Wiem, że w '51 nie było takich możliwości jak dwadzieścia lat później, ale taki sposób zaprezentowania kosmity trącił kompletnym brakiem kreatywności. Już chyba wolałabym żeby z głowy wyrastała mu nać.

the thing from another world

Jak napisałam, starcie z obcym przypada dopiero na ostanie minuty filmu, co więc dzieje się wcześniej? Dzieje się podobnie jak w większości filmów starej daty - dużo gadania. Kiedyś scenarzyście wkładali duży wysiłek w dialogi, bo miały one kolosalne znacznie dla zbudowania całej fabuły. Po prostu trzeba było powiedzieć to, czego nie dało rady pokazać.

Mimo iż taka dysproporcja akcji właściwej i całego wstępniaka może niektórych znudzić, mnie to szczególnie nie przeszkadzało - może to kwestia przyzwyczajenia, bo jednak często oglądam stare filmy.

Mimo, że film mnie nie zachwycił, to warto go obejrzeć chociażby w ramach ciekawostki - co doprowadziło do powstania "Coś".

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 26 listopada 2015

I Married a Monster from Outer Space/

Wyszłam za kosmicznego potwora (1958)

kosmiczny potwor

Wracając ze swojego wieczoru kawalerskiego spędzonego wraz z kumplami, Bill napotyka na drodze coś co wygląda na ofiarę wypadku. Gdy mężczyzna opuszcza auto by sprawdzić kto leży na środku jezdni z pobocza wyłania się  coś, co swoim wyglądem wprawia Billa w osłupienie. Już po chwili owe coś roztacza nad mężczyzną siwą mgłę i ten znika.

Nazajutrz, w dniu ślubu nieomal spóźnia się na własną ceremonię. Jego narzeczona jest bardzo zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem. To dopiero początek, bo piękna Marge nie wie, że w rzeczywistości poślubia kosmicznego potwora bez żadnych ludzkich uczuć.

kosmiczny potwor

Do seansu z filmem Gene Flower'a przekonał mnie - po za rocznikiem produkcji- opis fabuły wskazujący na duże podobieństwo tego dzieła ze słynną "Inwazją porywaczy ciał", która po raz pierwszy został przeniesiona na ekran w dwa lata przed premierą "Wyszłam za kosmicznego potwora". I miałam rację, to filmy bardzo pokrewne.

Obydwa bardzo przypadły mi do gustu, co tylko potwierdza, że moje polowania na czarno- białe filmy grozy są warte fatygi, mimo iż zapewne niewielu z Was podziela mój zapał.

To film nakręcony w czasach zimnej wojny, więc zapewne miłośnicy drugiego dna znajdą tu wiele odwołań politycznych, jednak ten film jest przede wszystkim niegłupią rozrywką. Fabuła jest zbudowana w ciekawy sposób, tak by znalazło się miejsce na drobny dreszczyk.

Mogę się tylko domyślać jaką rekcję mogły kiedyś wzbudzać w widzach niektóre sceny z użyciem efektów specjalnych. Nie mamy ich tu co prawda zbyt wiele, bo w tamtych czasach nawet Hollywood zdawał sobie sprawę z tego, że nie samymi efektami widz żyje.

kosmiczny potwor

Podobała mi się scena na drodze kiedy Bill wpada na kosmitę. Kreacja potwora jest naprawdę ciekawa, choć na pewno niektórzy z Was zareagują gromkim śmiechem.Śmiech nie jest tu z resztą zakazany, twórcy często puszczają oko do widza, nie zabraknie tu sytuacji zabawnych nieprzypadkowo.

Historia jak wspomniałam ma bardzo wiele wspólnego z tą opisaną w powieści i przedstawioną w rozlicznych ekranizacjach "Inwazji porywaczy ciał". Mamy tu bowiem do czynienia z kosmicznymi wędrowcami, którzy trafiają na ziemię i aby móc egzystować w społeczeństwie wykorzystują ciała ludzi, przejmują ich tożsamość, a nawet wspomnienia. Kłopot w tym, że nie potrafią przejąć strefy emocjonalnej, tak ważnej dla każdego ziemianina.

Wszytko zaczyna się od Billa. Jednak wkrótce szeregi kosmicznych potworów są zasilane przez większą ilość mieszkańców niewielkiego miasteczka.

Ich zachowanie jest na tyle podejrzane, że otoczenie orientuje się w sprawie i dochodzi do konfliktu. My jednak skupiamy się na obserwacjach Marge, która bodajże jako pierwsza zauważa zmianę w zachowaniu swojego ukochanego i zmiana ta bardzo ją niepokoi. Można się tu doszukiwać aluzji do relacji damsko męskich, bo kosmiczne potwory traktują ziemianki jedynie jako reproduktorki, ci mężczyźni nie posiadają uczuć.

kosmiczny potwor

Jeśli chodzi o kwestie realizacyjne, to powiem tak, trzeba to lubić. Jeśli ktoś ne czuje klimatu czarno białego kina w żaden sposób nie będę w stanie go do tego przekonać.

Dziś to już klasyczny film, choć sam nawiązuje do jeszcze starszej klasyki. W wielu scenach pojawiają się migawki jeszcze starszych horrorów. Jest Godzilla, jest King Kong, jest Dracula.

Na mój gust, świetna robota.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa: 8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:4

Oryginalność:6

to coś:7

65/100

W skali brutalności:0/10

niedziela, 17 maja 2015

The Man who could cheat death/

Człowiek, który oszukał śmierć (1959)

Człowiek który oszukał śmierć

Doktor Georges Bonner oszukuje śmierć od wielu lat. Wszytko zaczęło się jeszcze na studiach, gdy ucząc się zawodu chirurga Bonner postanowił, że za wszelką cenę wydłuży swoje życie.

Wg. jego teorii wymiana jednego organu raz na dziesięć lat i suplementacja dziwnym zielonym płynem ma mu zapewnić długowieczności. Wygląda na to, że ma racje, bo wyglądający na maksimum czterdzieści lat doktor ma tak naprawdę sto cztery lata.

Niestety lekarz musi trzymać swój stan w tajemnicy i posuwać się do zbrodni by go utrzymać. Skazany na samotność i życie w ukryciu przez własną nieostrożność staje się obiektem podejrzeń francuskiej policji.

"Człowiek, który oszukał śmierć" należy do zacnego grona klasyków wytwórni Hammer. Obok takich filmów jak "Pies Baskerville'ów" jest dziełem Terence'a Fishera, na podstawie scenariusza Lyndona i Stangstera, co więcej stanowi remake. Tak już w latach 50 kręcono remake:) Nie miałam okazji obejrzeć "The man  in half Moon Street", czyli oryginalnej wersji tej historii i wątpię aby szybko udało mi się go zdobyć.

Fabula filmu bardzo przypadła mi do gustu. Lubię w horrorach motyw szalonych naukowców, którzy padają ofiarami swoich własnych eksperymentów jak np. "Niewidzialny człowiek". Współczesne kino grozy, mam wrażenie, odchodzi od tego wątku skupiając się na tym, co paranormalne uznając najwyraźniej, że najnowsze osiągnięcia nauki nie są w stanie nikogo już zadziwić, czy przerazić.

Człowiek który oszukał śmierć

Akcja filmu osadzona jest bodajże na początku XX wieku, aczkolwiek nie dam sobie uciąć głowy, że nie jest to końcówka wieku XIX. 

Filmowe wydarzenia rozgrywają się w Paryżu, gdzie swoją praktykę prowadzi doktor Bonner. Historia rozpoczyna się na przyjęciu organizowanym przez lekarza, na którym prezentuje swoje najnowsze dzieło, rzeźbę, a dokładniej popiersie kobiety, swojej aktualnej kochanki. Tak się składa, że na przyjęcie przychodzi jego była ukochana Janine. To budzi w mężczyźnie dawne uczucia.

Człowiek który oszukał śmierć

Bohater wie, że nie może związać się z kobietą trwałym związkiem, bo co dziesięć lat musi znaleźć ofiarę, wyciąć jej to i owo i udać się do innego kraju, a najlepiej na inny kontynent.

Podobnie jak w przypadku wampirów, jego nieodmiennie gładka powierzchowność, a także regularność z jaką musi się pożywiać swoim specyfikiem będzie budzić podejrzenia.

Wiecznie młody, zdrowy i posiadający tajemnicę niedostępną dla reszty ludzkości bohater skazany jest na samotność i zbrodnie. Taka trochę romantyczna wizja tułacza. Teraz właśnie przychodzi ta sądna godzina, w której lekarz musi wykonać zabieg i zniknąć. Emocje mącą mu w głowie i tu rozegra się tragedia.

Człowiek który oszukał śmierć

Moim zdaniem jest bardzo udana produkcja. Oczywiście wątki medyczne są tu naciągnięte do granic możliwości i każdy zauważy sporą ilość gaf anatomiczno medycznych, ale w przypadku obrazów Hammera nikt nie przykłada do tego większej wagi.

Film ma więc ciekawa fabułę, jest dobrze wykonany technicznie, a na pewno lepiej niż większość filmów z tej wytwórni i posiada obsadę, za którą łezka kręci się w oku.

Na pierwszym planie prezentuje się Roland Adam znany z "Nawiedzonego domu", czy "Grobowca Ligei". Dalej mój ulubieniec, wyjątkowy Christopher Lee, który jest żywym dowodem na to, ze amerykańska akademia filmowa jest ślepa i głucha na talenty z prawdziwego zdarzenia. I wielu innych aktorów, którzy rozpoczynali kariery w momencie narodzin kina.

Na duże brawa zasługuje także muzyka w wykonaniu Richarda Rodney'a Bennett'a, równie często olewanego przez akademię ciepłym moczem, co inni wymienieni w obsadzie tegoż obrazu.

Gradka dla miłośników Hammer'owskiej estetyki i wielbicieli starego kina

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 10 kwietnia 2015

Peeping Tom/ Podglądacz (1960)

podglądacz

Mark Lewis jest operatorem w wytwórni filmowej. Praca z kamerą jest dla niego całym życiem. Jej szklane oko śledziło każdy jego ruch od wczesnego dzieciństwa kiedy to ojciec, naukowiec postanowił udokumentować rozwój dziecka ze szczególnym uwzględnieniem zagadnienia lęku.

Teraz Mark w pewien sposób kontynuuje dzieło ojca. Filmuje przerażenie, ale nie swoje lecz... swoich ofiar. Mark, bowiem nieśmiały jasnowłosy młodzian o płochym spojrzeniu jest seryjnym mordercą przygotowującym dzieło swojego życia, swoista etiudę strachu.

Moje ciągle poszukujące oko trafiło dzięki uprzejmości innej blogerki na film, który zobaczyć powinno już dawno. Tym czasem ucho nawet o nim nie słyszało.

"Podglądacz" Michael'a Powella to dzieło prekursorskie. Dla jednych jest zapowiedzią powstania gatunku slashera, ale innych, w tym dla mnie, krokiem w stronę bliższego przyjrzenia się postaciom seryjnych morderców w świecie kina - ostatecznie w slasherze bardziej chodzi przecież o ukazanie ich działań nie etiologie choroby.

Brytyjski reżyser wspierany przez Leo Marksa (scenarzystę) nakręcił w latach '60 film nie tylko pokazujący brutalność śmierci, ale co gorsza wikłający się w psychikę mordercy. Dla wielu krytyków było to za wiele, więc zmieszali chłopinę z błotem aż zaczął kręcić seriale. Dopiero dystrybucja w Stanach Zjednoczonych, ojczyźnie "Psychozy", sprawiła, że film został doceniony.

Porównania do "Psychozy" nie mają końca, są dość oczywiste ze względu na psychoanalityczne konotacje, ale przedmiotem filmu jest nie tylko obraz mordercy, który czerpie sadystyczną przyjemność z mordowania, ale też, a może przede wszystkim, raduje go patrzenie, podglądanie. Czyli znowu pojawia się skojarzenie z Hitchcockiem i innym jego filmem "Okno na podwórze".

Obydwaj Panowie reżyserzy pochylają się nad problemem wojeryzmu, jednak od innej strony. W przypadku filmu Hitchcock'a namiętne podglądanie sąsiadów przez bohatera doprowadziło do schwycenia mordercy, tu chęć podglądania przeciwnie, doprowadziła do fali morderstw.

podglądacz

Postać Marka Lewisa stworzona przez Powella i Marksa to postać tragiczna. Podobnie jak wielu znanych seryjnych zabójców, czy tych fikcyjnych, czy prawdziwych, ma na sobie odciśnięte piętno trudnego dzieciństwa. Mark padł ofiara obsesji ojca naukowca, jak w filmie De Palmy "Mój brat Kain". W rolę tatusia, którego na ekranie widzimy z rzadka wcielił się sam Powell.Pomyślałam, że może w ten sposób chciał symbolicznie dać wyraz swojej pełnej odpowiedzialności za postać mordercy, coś w stylu przyklejenia sobie plakietki 'to ja go stworzyłem'

Kamera, którą małemu chłopcu wręczył jego ojciec wyznaczyła drogę rozwoju tego, co w nim kiełkowało, za sprawą nieetycznych zabiegów taty.

Życie Marka kręci się od ujęcia do ujęcia. Bez kamery nie jest sobą. Jest jego bezpieczną osłoną i jednocześnie narzędziem zbrodni- i dosłownie i w przenośni.

podglądacz

Aktor wcielający się tego bohatera spisał się wyśmienicie. Mimo iż zbrodnie Marka budzą sprzeciw to nie potrafimy się oprzeć współczuciu wobec jego osoby. Niemiecki aktor, znany przede wszystkim jako odtwórca roli austriackiego księcia z filmów o Sisi, ma w sobie urok i groźbę jednocześnie. Aktor odszedł w ubiegłym roku, dokładnie w trzydzieści dwa lata po śmierci swojej filmowej ukochanej, Sisi.

W filmie "Podglądacz" partneruje mu wiele pięknych kobiet, ale obiektem jego uczuć staje się najprzeciętniejsza z nich, Helen. Odtwórczynie jej roli tak mnie drażniła swoją mimiką, głosem, akcentem... że miałam nadzieję, że Mark ją zabije:) Jej kreacja zupełnie nie przystawała mi do poziomu tej produkcji, ale po głębszym namyśle pomyślałam, że może to taka Shelley Duvall? Ma stanowić idealny kontrast między światem piękna skazanego na śmierć przed obiektywem kamery Marka. Może dlatego to ona została wybrana? Annę Massey możecie kojarzyć z filmu na podstawie książki Herberta "Nawiedzony", jej udziałem jest jedna z najbardziej upiorny scen. Grała też u Hitchcocka i wielu produkcjach zarówno kinowych jak i telewizyjnych. "Podglądacz" był jej druga rolą.

podglądacz

Współczesny widz na pewno nie będzie tak zbulwersowany obrazem Powella jak ludzie  w latach '60. Nie uświadczymy tu widoku krwi, czy samych scen morderstw. Widzimy natomiast lęk w oczach kobiet, które wiedzą, że umrą. Widzimy to wszytko oczyma Marka. Pojawia się wiele scen nakręconych z jego perspektywy.

podglądacz

W "Podglądaczu" nie chodzi o sam akt śmierci lecz o misterium lęku, który nasz bohater studiuje i wkłada w artystyczną ramę.

Pod wieloma względami można nazwać ten film wybitnym i na pewno warto go znać. Teraz zamierzam zapolować na inny obraz, przy którym pracował Leo Marks, "Twisted Nerve", życzcie pomyślnych łowów.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Aktorstwo:8

Walory techniczne:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

środa, 25 lutego 2015

Yabu no naka no kuroneko/ Czarny kot w lesie (1968)

kobietakot

Lubię filmy o duchach. Lubię azjatyckie kino. Lubię stare czarno-białe filmy. Lubię koty. Nie, koty uwielbiam. Lubię nawiązania do folkloru. Lubię teatralną scenografię. Lubię nastrojową, oszczędną w formie ścieżkę dźwiękową.

Czyżbym w dniu dzisiejszym pisała o filmie idealnym?

"Czarny kot", znany też jako "Czarny kto w lesie", czy "Kobieta kot" spełnia wszystkie wyżej wymienione postulaty.

Jest to obraz reżysera i scenarzysty, który pracował przy blisko dwustu filmach w ciągu stuletniego życia. Ostatnim obrazem, w  którym maczał zręczne palce był dramat "Mój przyjaciel Hachiko" (chcecie wyć żałośnie przez dwie doby, to obejrzyjcie).

Jego film "Kobieta kot" ściśle nawiązuje do japońskiej tradycji, kultury, wierzeń, folkloru, tego wszystkiego co nie do końca i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć i czym mimo to nieustannie się zachwycam. Nie wiem, czy wiecie, ale Japonia to nie Egipt i koty nie cieszyły się tam wielką popularnością. Wg. wierzeń niektóre koty to bakeneko, czyli mściwe dusze skrzywdzonych kobiet, skryte w czarnym futerku. Zdolne do najokrutniejszych czynów, powracające z zaświatów w kociej postaci by dokonać zemsty za pozwoleniem i błogosławieństwem złych bogów. Dowolnie mogą na powrót przyjąć człowieczą postać by w ten sposób łatwiej spełnić okrutne zamiary.

kobietakot

W filmie Kaneto Shido postać kota przybierają dwie brutalnie zamordowane kobiety, synowa i teściowa mieszkające samotnie na skraju bambusowego lasu.

Film otwiera scena w której widzimy grupę około dwudziestu zapuszczonych samurajów, którzy strudzeni walką wpadają do chaty niewiast, wyżerają im skromne zapasy, a je same gwałcą i mordują. Chatę puszczają z dymem.

kobietakot

W następnej scenie widzimy, jak po zgliszczach skrada się kot. Czarny kot, na którego uroczy acz złowrogi pyszczek często będą robione zbliżenia. Pewno po to byśmy dopatrzyli się w jego oczach diabelskich iskier.

Następna odsłona to już powrót niewiast. Widzimy młodsza z nich jak truchta w stronę dostojnego samuraja na koniu. Prosi czcigodnego wojownika by przeprowadził ją przez bambusowy las. Pyszałek godzi się na to czym dziewczyna odwdzięcza się goszcząc go sake w swoim domu. Jeszcze tej samej nocy przegryza mu tętnicę. Ofiary zgrai samurajów, które poniosły śmierć z ich rąk poprzysięgły zemstę i teraz będą grasować po ziemi pijąc ich krew.

kobietakot

Oczywiście wieść o potworach z lasu się rozniesie i ktoś spróbuje je zniszczyć.

Fabuła prosta, oparta na Japońskich wierzeniach, podkopująca wiarę w samurajski honor i dobitnie pokazująca jak bolesne bywa życie tych z marginesu społecznego.

Shido lubił podejmować tematy społeczne w swoich filmach, ale robił to w sposób bardzo pociągający. łączył sprawy polityczne  z duchowymi, tak abyśmy nie mieli wątpliwości jak bardzo upolityczniona jest wszelka religijność. Nie odzierał jednak japońskich wierzeń z tej fantastycznej kurtyny tajemniczości, podkreślała ją przez formę jaką przybierały jego obrazy.

kobietakot

kobietakot

Wspomniałam, że jest to film czarno biały. Naturalnie sprawdza się też fakt iż wszelkie wydarzenia, już po śmierci naszych bohaterek rozgrywają się w nocy. Słońce tam praktycznie nie wschodzi.

Bambusowy las z drobną Japoneczką w białym kimonie- w Japonii, to biały jest kolorem żałoby - truchtającą swoimi małymi stópkami wąską ścieżką i dostojny samuraj któremu jak się szybko okaże brakuje samurajskiej dumy, jadący na pięknym rumaku. Niby nic a kadr już kwalifikuje się do powieszenia na ścianie jako dzieło sztuki.

kobietakot

Charakteryzacja obsady, wystrój wnętrza chaty, czy pałacu mściwego arystokraty niektórym na pewno skojarzy się z teatrem kabuki, który jest bardzo specyficzny. Niektórym kabuki może kojarzyć się jako typowo kobiecy teatr, a to zważywszy na tematykę filmu tym bardziej mi tu pasuje.

Reżyser nie stara się odwracać wzroku od brutalności swojego obrazu, robi to jednak z umiarem, więc nie przypomina to współczesnego japońskiego gore. Postaci duchów nie wyłażą z telewizorów, nie kryją swoich oblicz za kaskadą czarnych włosów. Charakteryzacja idzie w zupełnie innym kierunku, co bardzo mi się podoba i myślę że warto by było do tego wrócić, bo te czarne kudły chyba już wszystkim się przejadły.

kobietakot

Jeśli jesteście fanami azjatyckiego kina grozy jest to pozycja obowiązkowa, jeśli nie to też warto obejrzeć by zobaczyć jak 'to wyglądało kiedyś' zanim duchy uzbrojono w telefony komórkowe i mordercze taśmy video.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:10

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:10

76/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 27 stycznia 2015

The Reptile/ Kobieta Wąż (1966)

reptile

Do małej posiadłości odziedziczonej po zmarłym bracie wprowadza się Harry Spalding i jego żona Valerie. Mieszkańcy wioski Cornish nie przyjmują nowych zbyt radośnie. Wszyscy radzą im szybko przeprowadzkę. Zdaje się mieć to związek  z okolicznościami śmierci Charlesa, brata Harrego.

Oficjalną wersją jest atak serca, ale nie ma ona zbyt wiele wspólnego z prawdą. Okazuje się, że w okolicy często dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

Harry przeprowadza prywatne śledztwo. Wiele tropów prowadzi do domostwa sąsiadów. Podejrzanymi stają się doktor Franklin i jego piękna córka Anna.

reptile

Co by nie mówić filmy Hammera mają swój urok. O "Kobiecie - wężu" słyszałam wiele pozytywnych opinii. Jakiś czas temu czytając książkę "Beksińscy portret podwójny" dowiedziałam, że film Johna Gillinga był ulubionym horrorem syna mojego ulubionego malarza Beksieńskiego, Tomka. Odtwórczyni tytułowej roli w była w jego oczach ideałem piękna, zaś jej potworna natura jego zdaniem symbolizowała zachowania kobiet. Szybki atak na ofiarę i sączenie jadu do rany, aż biedak skona.

Tomek obejrzał go w wieku jedenastu, czy dwunastu lat, toteż zrozumiałym jest, że film zrobił na nim kolosalne wrażenie. Wówczas nie zauważał licznych wpadek operatorskich, scenografii z drugiej ręki, która ostała się po innym Hammer'owskim projekcie i szkoda było wywalić, czy bardzo słabej charakteryzacji tytułowego potwora.

Ja też starałam się oglądać ten film oczami dziecka, ale niestety starość to cynizm, a on utrudnia wykrzesanie z siebie entuzjazmu:)

Film niestety mnie nie zachwycił, ale to nie znaczy, że się nie podobał.

reptile

Bardzo przypadł mi do gustu sam pomysł na pochodzenie klątwy, która uczyniła z pięknej dziewczyny potwora, trochę taki przytyk od koloni dla korony brytyjskiej w stylu "Pchacie się tam gdzie Was nie chcą, narzucacie swoją kulturę, więc my damy Wam dobitną szansę na poznanie naszej, czy Wam się to podoba, czy nie".

W zasadzie od początku wiemy, kto jest winien śmierci Charlesa i kto zagraża innym mieszkańcom osady, a jakby ktoś miał co do tego wątpliwości to niech spojrzy na tytuł, jego polska wersja mówi wszytko...

Nie przeszkadza to jednak twórcom w wytrwałym budowaniu nastroju tajemnicy i choć wiemy do czego to zmierza miło ogląda się poczynania protagonistów.

reptile

Aktorstwo jest całkiem udane i tu muszę przyznać młodszemu z Beksińskich, że uroda Jacqueline Pearce faktycznie robi wrażenie.

Jak wspomniałam umiejętności charakteryzatora nie powalają, nasz potwór przypomina wylepiona z plasteliny poczwarkę i tego nie można zrzucić na mały budżet, bo w wielu tanich produkcjach twórcy nadrabiają brak funduszy kreatywnością.

reptile

Nikt nie oczekiwał zbyt wiele od tej produkcji. W latach '60 Hamer powoli ustępował miejsca innym wytwórniom i tak na dobra sprawę "Kobieta wąż" jest jednym z ostatnich zapamiętanych przez widzów filmów, pomijając kontynuacje starszych tworów, jak cykl o Draculi, ciągnące się jeszcze w latach '70.

Myślę, że warto zerknąć, chociażby po to by zaznajomić się z klasyką.

Na koniec pytanie do publiczności: Czy Wy też macie taki horror z dzieciństwa, który w latach szczenięcych wystraszył Was na tyle by w przyszłości pamiętać te wrażenia?

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:8

Zaskoczenie:3

Oryginalność:7

To coś:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

61/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 24 października 2014

Les Yeux sans visage/ Oczy bez twarzy (1960)

oczy bez twarzy

W tragicznym wypadku samochodowym córka znanego i cenionego chirurga zostaje, jak wszyscy sądzą, nieodwracalnie oszpecona. Nie potrafi znieść widoku swojej twarzy, nie chce nosić maski, którą dał jej ojciec. Zdesperowany lekarz zrobi wszytko by pomóc ukochanej jedynaczce.

oczy bez twarzy

Po seansie z "Les diaboliqes" postanowiłam bliżej przyjrzeć się francuskiemu kinu grozy z ubiegłego wieku. Tak trafiłam na "Oczy bez twarzy" w reżyserii Georgesa Franju, horror nakręcony na podstawie powieści Jean Redon. Książki nie znam i nie wiem, czy nawet jest szansa na przeczytanie jej w języku polskim.

"Oczy bez twarzy" powstały w pięć lat po premierze "Les Diaboliqes" i w porównaniu z owym filmem ten obraz pozbawiony jest zawiłych intryg w stylu Hitchcocka.

Fabuła jest prosta. Traktuje o poczynaniach ogarniętego szaleństwem lekarza, który posuwa się do rzeźnickich praktyk by pomóc córce w odzyskaniu... twarzy.

W tym celu pozoruje jej śmierć i w całkowitej izolacji i tajemnicy poddaje ją eksperymentalnym, w owych czasach, przeszczepom skóry. Pragnie by Christiane znów powalała urodą. Nie jest to proste, ktoś musi ponieść ofiarę na rzecz cudu jakiego pragnie dokonać doktor Genessier.

Ofiarami padają zwierzęta i ludzie. Tu dużą rolę odgrywa postać lojalnej pomocnicy lekarza, która zwabia młodą i urodziwą Szwajcarkę do posiadłości doktora by ten mógł żywcem odrzeć ją ze skóry.

oczy bez twarzy

Tu może się wydawać, że widz będzie miał do czynienia z wyjątkowo brutalnymi scenami, ale paradoksalnie tak nie jest. Mimo iż jesteśmy świadkami chirurgicznych zabiegów, widzimy przebieg operacji od początku do końca, nie bije z tych scen bezrozumna brutalność współczesnego francuskiego kina torture porn.

Krytycy dostrzegli w tym filmie niespotykaną elegancję i takt w pokazywaniu tego, co i tak zbulwersuje widza. Jak najbardziej podzielam to zdanie, bo wspomniana elegancja przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Dużą zasługą jest tu na pewno kolorystyka zdjęć, ściślej mówiąc jej brak, bo film jest czarno-biały, a takie zdjęcia zawsze wydają mi bardziej... powabne:)

Kamera prowadzona jest bardzo powoli i precyzyjnie, mamy tu wiele statycznych ujęć, zbliżeń na twarze naszych bohaterów.

Wszystkie wydarzenia owiane są jakąś oniryczną mgiełką, bohaterzy nie mówią zbyt wiele, a mimo to grają wyśmienicie i widzimy w nich emocje, rozgoryczenie, rozpacz, nadzieję. Bardzo głęboko wikłamy się w wewnętrzne rozterki i odczucia.

oczy bez twarzy

Tu szczególny popis daje nasza nieszczęsna Christiane, która finalnie bardzo zaskakuje. Nie da się jej nie współczuć.

Inaczej sprawa ma się z doktorem, który mimo iż zaręcza, że kieruje się dobrem córki, sprawia wrażenie typowego szalonego naukowca, któremu przede wszystkim zależy na zawodowym sukcesie. Jest bezwzględny w swoich decyzjach.

oczy bez twarzy

Podobnie nieprzyjaznym okiem spojrzymy na jego asystentkę.

Mimo iż historia ta aż kipi od emocji fabuła prowadzona jest w bardzo stonowany sposób, powściągliwości kamery towarzyszy spokojna muzyka filmowa.

Jednym słowem, kawał dobrego kina. Polecam, a jakże.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:10

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

74/100

W skali brutalności:2/10

środa, 01 października 2014

Les Diabloliques/ Widmo (1955)

les diaboliques

Dwie kobiety, żona, Christina i kochanka, Nicole sprzymierzają się przeciwko jednemu mężczyźnie. Z pierwszą łączy go sakrament małżeństwa z drugą miłosne igraszki na boku. Kobiety pracują razem jako nauczycielki w szkole, której właścicielką jest Christina i jej niegodziwy mąż.

les diaboliques

Internat dla chłopców staje się miejscem intrygi skromnej brunetki i wyzwolonej blondynki. Obydwie chcą tego samego, by Michel zniknął z ich życia.

Kochanka wcale nie jest traktowana wiele lepiej niż żona więc po pewnym czasie zaczyna się z nią solidaryzować. Sytuacja Christiny jest jeszcze gorsza. Głęboka wiara, tej ex zakonnicy, nie dopuszcza możliwości rozwodu. Do tego dochodzą jeszcze poważne problemy zdrowotne. Nicole przekonuje ją, że niegodziwiec małżonek chce ją wykończyć i na pewno to zrobi, jeśli ona nie zrobi tego pierwsza.

Sprytniejsza z kobiet, kochanka, opracowuje plan morderstwa w najdrobniejszych szczegółach i angażuje w niego Christine.

les diaboliques

Nie wiem, czemu ale uwaliło mi się w głowie, że jest to obraz Hitchcocka. Cały seans oglądałam go z tym właśnie przekonaniem.

Tylko czemu jest po francusku?

Język filmu jest w zasadzie jedynym odstępstwem od estetyki Alfreda. Jest intryga, bardziej złożona niż początkowo mogłoby się wydawać, są piękne panie, w tym oczywiście jedna jasnowłosa. Jest mężczyzna w stroju gentlemana, który gentlemanem wcale nie jest, zamiast prysznica mamy wannę i oczywiście plan zbrodni.

Z filmami mistrza Hitchcocka francuski obraz łączy również klimat. Film jest czarno biały, nieustannie towarzyszy nam suspens. Dialogi są inteligentne, a aktorstwo na najwyższym poziomie.

Fabuła filmu opiera się na wprowadzaniu w życie wcześniej wspomnianej intrygi mającej na celu pozbawienie życia Michela.

les diaboliques

Charakterystyka tego pana sprawia, że od razu zaczynamy kibicować dzielnym kobietkom, bez mrugnięcia okiem przyznając im rację.

Blond włosa Nicole jest oczywiście bardziej barwną postacią. Wystrojona na współczesną modę, z krótkimi włosami i fajem w wciśniętym w wymalowane usta. Zaczynając pracę w szkole wdaje się w romans z szefem jednak, gdy poznaje go bliżej zmienia co do niego zdanie. Zbliża się też do jego małżonki, która stanowi jej zupełne przeciwieństwo. Jest bardziej wykształcona, skromna i gorliwie religijna. Nosi się jakby utknęła na dziewiętnastowiecznej pensji dla panien i zupełnie nie radzi sobie z facetem, który nią pomiata jak ścierą.

Aż serce rośnie jak się patrzy na taka inicjatywę ze strony dam:) Razem przeciwko podłemu przedstawicielowi męskiego gatunku.

Duża część filmowej fabuły poświęcona jest dylematom kobiet. Nicole za wszelką cenę chce przekonać Chrisinę do swojego planu. Ta z kolei na przemian chcę z miejsca udusić podłego gada, by za chwilę próbować go ratować. Nicole obawia się, czy aby plan się powiedzie, bo jej partnerka w zbrodni jest chwiejna emocjonalnie i nie bardzo można na nią liczyć.

les diaboliques

Wszystko jednak zmierza w dobrym kierunku - czyli w stronę wanny:) Nie będę Wam zdradzać szczegółów, by nie odbierać przyjemności z seansu, dość powiedzieć, że pojawią się pewne komplikacje. Tu znowu mamy zamieszanie w stylu hitchcock'owskich dreszczowców, a na koniec finał, dość niejednoznaczny.

Bardzo dobry i dobrze zrobiony film. Francuscy twórcy zrobili kawał dobrej roboty.

les diaboliques

Zanim zasiadłam do seansu z "Les Diaboliques" miałam okazję obejrzeć jego remake z lat dziewięćdziesiątych. Bardzo udaną produkcje made in USA z Isabelle Adjani i Sharon Stone. Jeśli nie jesteście fanami czarno białych obrazów, proponuję zapoznać się z remake, historia w zasadzie ta sama, ale we współczesnej oprawie - dla każdego coś miłego. Chyba nie muszę dodawać, że osobiście obstaje za oryginałem:)

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Zaskoczenie:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

77/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl