What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horror sci-fi

piątek, 24 listopada 2017

The Island of Dr. Moreau/ Wyspa Doktora Moreau (1996)

doktor moreau

Edward Douglas ocalał z tonącego statku. Jego tratwa zostaje zauważona i rozbitek trafia na pokład statku zmierzającego na wyspę należącą do doktora Moreau. Moreau nie jest jednak zwykłym lekarzem, lecz pasjonatem ryzykownych i nieetycznych eksperymentów medycznych, o czym ku swemu przerażeniu przekona się Edward.

doktor moreau

Obiektywna ocena trzeciej i chyba najbardziej znanej ekranizacji powieści Wellsa "Wyspa Doktora Moreau", w moim wykonaniu będzie raczej trudna. Jak pisałam przy okazji recenzji powieści "Wyspa doktora Moreau" to trauma mojego dzieciństwa. Widziałam ją gdy byłam dzieckiem w kinie i już napisy początkowe rzucone na tle migotliwych obrazów przedstawiających szczegóły chirurgiczne przyprawiły mnie o szok, który pamiętam do dziś. O tym jak takie szczenię trafiło na projekcję dla dorosłych pisałam już przy okazji wpisu o książce.

Z horrorami z dzieciństwa już tak jest. Mimo, że oglądane po latach nie mają szans zrobić wrażenia, dawne style kręcenia przestają być przekonujące, a rozwinięty intelekt pozwala już skutecznie racjonalizować przedstawione wydarzenia to i tak gdzieś z tyłu głowy tkwi pamięciowy ślad. Ślad przerażenia i szoku.

Od tamtego feralnego dnia, gdy obejrzałam sobie w małym kinie mało przyjemny film, omijałam go szerokim łukiem. Leciał w TV nie jednokrotnie. W sieci też można znaleźć go bez problemu. Dopiero teraz gdy skonfrontowałam się z literackim pierwowzorem i przeżyłam to jakoś, postanowiłam podjąć wyzwanie mojego filmowego nemezis.

Oczywiście zgodnie z moimi oczekiwaniami okazało się, że nie taki diabeł straszny jak się ubiera, a nawet powiem więcej, że zrodziła się we mnie wątpliwość, czy w przypadku trzeciej ekranizacji "Wyspy..." mamy w ogóle do czynienia z kinem grozy? Moje nowe spojrzenie na tą produkcje podpowiada mi raczej kino akcji, pełne właściwej jemu gwałtowności.

doktor moreau

Elementy, które tak mnie przeraziły w dzieciństwie teraz były tylko dobrze zrobioną charakteryzacją i efektami. Zaś stosunkowo świeże wrażenie po literackim pierwowzorze kazały mi zwrócić uwagę na fabularną marność tej produkcji.

Książka mimo swej przynależności do gatunku literackiego, którego nikt raczej nie bierze na serio miała w sobie bardzo mądre i uniwersalne przesłanie. W filmie, pośród wszechobecnego kiczu i brawury zabrakło na to miejsca. O zmianach fabularnych, kluczowych moim zdaniem jak wprowadzenie postaci Alissy też nie mam najlepszego zdania, bo to kolejne uproszczenie.

Po latach mogę stwierdzić, że tylko Marlon Brando w scenie z muzycznym wieczorkiem nadal robi kolosalne wrażenie.

doktor moreau

Myślę, że dla kogoś kto nie zna książki Wellsa wrażenia z seansu z tym obrazem będą chyba jeszcze gorsze. Ja znając tą historię w takiej wersji w  jakiej stworzył ja jej pomysłodawca mogłam sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, a bez tych dopowiedzeń zostaje tylko podręcznikowy przykład niezbyt udanego kina lat 90.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 25 września 2017

The Curse/ Klątwa (1987)

klątwa

Pewnej nocy na farmie bogobojnego Nathana Hayesa rozbija się meteoryt. Lokalny deweloper zapobiega dokładnemu zbadaniu składu chemicznego znaleziska by nie wzbudzić sensacji mogącej zaszkodzić jego interesom.

Meteoryt znajduje się na famie Hayesa tylko przez jedną noc, po czym znika. Farmer nie wie, że kosmiczny odpad wniknął w jego ziemie niekorzystnie wpływając na wody gruntowe, z których korzysta. Wkrótce okazuje się, że bujne plony jakimi zaowocowały jego uprawy są tak samo szkodliwe dla zwierząt jak i dla ludzi.

Wybierając ten film nie miałam świadomości, że będę mieć do czynienia z kolejną filmową wersją historii spisanej przez Lovecrafta w "Kolorze z przestworzy".

Widziała ich już parę, jedne lepsze inne gorsze. W przypadku "Klątwy" skojarzenie z twórczością pisarza przyszło dość szybko, bo szkielet fabuły został zachowany na tyle by nie odbiegać dalece od oryginału.

Jak widzicie, jest to jednak obraz z końcówki lat osiemdziesiątych, co ma swoje konsekwencje. Jest to jednocześnie kino niskobudżetowe, co także szybko staje się odczuwalne.

klątwa

Głównym bohaterem filmu, jest nastoletni Zachary, w tej roli szybko rozpoznacie uroczego Gordona z "Stań przy mnie", który jest synem wspomnianego farmera i jedynym członkiem rodziny, który przyjmuje do wiadomości, że od rozbicia się meteorytu sprawy przybrały zły obrót. Wyczuwa, że woda z ich studni zmieniła smak, dostrzega w zachowaniu zwierząt hodowlanych niepokojące zmiany, wreszcie widzi co dzieje się z ludźmi, którzy spożywają plony ze skażonej ziemi.

Tak jak w opowiadaniu Lovecrafta, pierwsze oznaki choroby pojawiają się u matki rodziny. Ojciec uznaje że to kara z złe prowadzenie się i unika tematu. Brat Zacharego jest wszystko żerny i poważnie przygłupi, chłopiec skupia się więc na wyratowaniu z opresji młodszej siostry. Jedynym dorosłym mogącym pomóc chłopcu jest miejscowy lekarz.

klątwa

Całość historii stanowi kompilację kina sci-fi i kina grozy.

Fabularne wygibasy wokół oryginału, nadały filmowi klimat kina klasy B lat 80, gdzie nie wszytko musi być logiczne, grunt żeby dużo się działo. Miejscami efekty godzą w realizm i to w znacznym stopniu, jednak charakteryzacja zachorzałej familii, główny element horroru, jest jak najbardziej zadowalająca.

klątwa

Film ogląda się całkiem przyjemnie i w zasadzie jest to argument ostateczny, bo czego jeszcze można w tym przypadku oczekiwać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 10 sierpnia 2017

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

"Gracefield incydent" to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o "Gracefield incydent". Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy'a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe 'atuty' produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec 'kręcony z oka', bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze "Znaków", "Dnia niepodległości" i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z "Gracefield incydent"...

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10

środa, 07 czerwca 2017

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

"Life" to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z "Life", nazwana Calvinem przypomina... bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z "Aliena" nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem 'Cosia'?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. "Life" punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom - prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby "Antrival". Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia", motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake'a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Alien: Covenant/ Obcy: Przymierze (2017)

alien

Grupa naukowców i inżynierów ma za zadanie dostać się na zbadaną i przygotowaną do kolonizacji przez ziemian planetę. Niestety nigdy tam nie docierają. Awaria w czasie lotu sprawia, że ponoszą straty w załodze i postanawiają nie wracać do komor hibernacyjnych na kolejne 7 lat. Zamiast tego namierzają w niedalekiej odległości planetę, która wpada im w oko na tyle, że zmienią plany kolonizacyjne. W ten sposób lądują na planecie, gdzie niegdyś żyła inna cywilizacja. Cywilizacja, która pewnego dnia wymarła.

Oto jeden z najbardziej oczekiwanych filmów na przestrzeni ostatnich dwóch czy nawet trzech dekad. Wyczekiwany "Obcy 5" będący podobnie jak "Prometeusz" prequelem serii "Alien" i sequelem wydarzeń z "Prometeusza". Miała być to produkcja, która zbierze uniwersum stworzone przez Ridley'a Scotta do kupy - stąd pewnie tytuł "Przymierze".

Scott i inni zaangażowani już lata temu zgodnie uznali, że nie ma co kontynuować wydarzeń z 'czwórki', która raczej nie inaczej miałaby zakończyć się lądowaniem Ripley - a raczej jej ulepszonej wersji na ziemi. "Obcy" musi pozostać w kosmosie.

Kiedy wszyscy wypatrywali kolejnej części "Aliena", jego pomysłodawca postanowił uderzyć 'do źródła' i nakręcił "Prometeusza". A się zagotowało... Fani "Aliena" pluli jadem aż dziw, że nie przeżarło im podłóg w domach. "Prometeusz" został okrzyknięty "Obcym - nie obcym", który zamiast emocji porównywalnych do poprzednich starć z kosmicznym potworem dostarczał pseudofilozoficznych refleksji. Byli jednak tacy, jak ja na przykład, którzy docenili zainteresowanie Scotta genezą "Obcego".

Z "Prometeusza" dowiedzieliśmy się, że ludzi pochodzą od kosmicznych olbrzymów, którzy to dali początek życiu na naszej planecie. Ich wena twórcza była niepohamowana więc stworzyli coś jeszcze - broń biologiczną, którą zamierzali zrzucić na ziemię. Broń ową tworzyli na planecie, gdzie trafia misja Prometeusz. Tak ekipa firmy- która wreszcie zyskała nazwę Weyland corporation - po raz pierwszy w 2093 zetknęła się z obcym organizmem. Spotkanie było na tyle burzliwe, że cało wyszła z niego jedynie doktorka idealistka i poturbowany android David. To oni postanowili, że odwiedzą macierzystą planetę Konstruktorów i zapobiegną planowanym przez nich zniszczeniu Ziemi przez użycie 'zalążków aliena'. Jasne? Jasne. Co dalej?

alien 5

Dalej mamy wydarzenia z "Obcy: Przymierze". Chyba już po opisie spostrzegliście, że założenia fabularne do logicznych nie należą. Bo cóż to za pomysł, by ryzykować życie swoje i tysięcy kolonistów i lądować na planecie, o której nic się nie wie? Zmieniać spontanicznie budowany przez lata, albo setki lat plan, bo załoga statku nie chce poczekać jeszcze siedmiu lat w hibernacji? Argument prosto z dupy, ale jakoś trzeba akcje zawiązać. Zauważcie, że w antologii "Alien" zawsze znajdywano sensowniejsze uzasadnienie takich szarży.

alien 5

To lądujemy. Planeta Konstruktorów wygląda imponująco. Wszyto duże, wszytko piękne. Ani śladu fauny, ale flora dorodna. Szybko okazuje się, że na planecie zagnieździło się coś przykrego, coś co zabija w tempie ekspresowym - widzimy jak wyewoluowało owe coś z 'beczek', które spotkaliśmy w "Prometeuszu". Ale jak to coś się tu znalazło? Tu na arenę powraca David. Dla mnie David z "Prometeusza", był bardzo interesującą postacią. Bardzo ambiwalentną. Od tego czasu bardzo się zmienił i jakoś interesować mnie przestał.

W tym miejscy moi drodzy poznamy pełną wersję opowieści o powstaniu obcego- takiego jakim znacie go z serii "Alien". Tak, hura, wreszcie wiemy skąd dziad się wziął. Ale wiecie, co... jest to właśnie największe rozczarowanie.

Po seansie z "Obcym 5" odnoszę wrażenie, że chęć połączenia, stworzenia owego przymierza była tak duża, że zgubiła twórcę. Widać, że ta część miała łączyć filozoficzną stronę z "Prometeusza" z wartką akcją z "Obcego". Mamy tu wiele dynamicznych i krwawych scen, brawurowe pojedynki i akrobacje ktrzych nie powstydziłaby się Lara Craft i podaną na tacy odpowiedz na pytania o twórczym i destrukcyjnym popędzie ludzkiej natury.

Lubię serię "Alien" za jej gwałtowność, za rozrywkę i grozę, której dostarcza. Lubię "Prometeusza" za jego minimalizm, za pytania bez odpowiedzi i prezentacje zgubnej ludzkiej naiwności. Ale za co mam polubić to nieszczęsne "Przymierze", które niby dało na wszytko?

Wcale nie podobały mi się jej odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" i tak rozbuchana do granic nonsensu akcja mająca naśladować podejście "Aliena". W zasadzie nie podobało mi ie tu nic, nie licząc ładnych zdjęć - nie wliczam pojedynku na lądowniku. To doprawdy nie wiele na tyle oczekiwań.

I co będzie dalej? Czy seria zostanie poprowadzona dalej? Kiedy pojawi się motyw planety LV426? Kto wyśle tam "Obcego"? Jak Scott wybrnie z tych metrów mułu, w które niniejszym wpadł? I wreszcie, czy po "Przymierzu" kogokolwiek to jeszcze interesuje?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:2/10

środa, 31 maja 2017

Rupture/ Pęknięcie (2016)

rupture

Renee, samotna matka, zostaje uprowadzona przez grupę ludzi, którzy zamierzają poddać ją eksperymentowi naukowemu. Przerażona kobieta odkrywa, że nie jest jedyną ofiarą dziwnych naukowców.

Wkróce okaże się, że najważniejszym z elementów eksperymentu jest strach. Renee będzie miała okazję przestraszyć się jak nigdy dotąd.

Przyznam, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na Noomi Rapace w obsadzie. Opis fabuły średnio mnie zainteresował, choć finalnie muszę przyznać, że wcale nie był to najgorszy wybór - wbrew gminnej wieści, że film shitowy.

"Pęknięcie" to thriller sci -fi, traktujący o graniczących z szaleństwem eksperymentach naukowych. O ich konkretnym celu wolę nie mówić, żeby nie psuć Wam seansu. Ostatecznie prawdę o tym do czego zmierza ta historia mamy odkryć razem z jej bohaterką.

rupture

Przez znaczną część filmu nie wiemy więc o co chodzi. Podrzucane są nam szczątkowe informacje, które wskazują na coraz bardziej zakręcony pomysł twórców. Trzeba przyznać, że rzecz jest dość oryginalna, choć jeśli by się uparł w szukaniu nawiązań, to wątki z "Inwazji porywaczy" ciał w pewnym stopniu znajdują tu odzwierciedlenie. Ale tak to już jest z klasyką gatunku - jest wszechobecna.

Nasza bohaterka desperacko pragnie uciec, więc będziemy tu śledzić jej próby wydostania się z opresji. Charyzmatyczna Noomi Rapace doskonale wywiązała się ze swojej roli. Kibicujemy jej dzielnie i mamy z tego pewien ubaw. Ale doskonale nie jest.

Jak na film sci- fi nie zabraknie tu absurdu i moim zdaniem tego absurdu jest trochę za dużo. Mało naukowe to wszytko, ot co.

Jeśli chodzi o walory grozy, to też nie ma szału. Mnie przeraził wąż, ale mnie przerażają nawet liche zaskrońce w lesie więc, nie wiem czy można to uznać za błysk. Widzowie cierpiący na arachnofobię, jak nasza bohaterka, też znajdą tu coś dla siebie, bo jak wspomniałam celem naukowców jest wystraszenie Renee.

rupture

Cały konspekt historii, jak wspomniałam jest dość pomysłowy, ale zdałoby się dać tu trochę szlifów by efekt końcowy miał ręce i nogi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 18 maja 2017

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

"Pod mroczną górą" funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik "Coś" Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta "Pod mroczna górą" niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało "Coś", ale też "W górach szaleństwa" Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, "Pod mroczną górą" ma więcej głębi niż "Coś", które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku "Pod mroczną górą" większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 07 lutego 2017

UFO: It is here (2016)

ufo it is here

Grupa studentów szkoły filmowej kręci zaliczeniowy dokument w Zoo, gdy na niebie ukazuje się dziwny obiekt zmierzający ku ziemi. Pakują więc manatki i ruszają w ślad za tym, co początkowo biorą za meteoryt. Po paru godzinach, już o zmierzchu, udaje im się znaleźć miejsce gdzie rozbiło się podniebne dziwowisko. By nakręcić solidny dokument z tego miejsca muszą, jednak poczekać do rana. Spędzają więc noc w miejscu, gdzie jak wskazuj tytuł filmu rozbiło się UFO.

"UFO:It is here" to niemiecki paradokument. Aż dziw, że w ogóle po niego sięgnęłam, bo przecież nie bardzo mi leży ten gatunek a i niemieckie produkcje, wyłączając te z epoki kina niemego, nie koniecznie mnie do siebie przekonują.

Drugą dość szokującą sprawą jest fakt, że film całkiem mi się spodobał. Mocno zalatuje oryginalnym "Blair Witch project" z tym, że zamiast wiedzmy mamy kosmoludków. Oczywiście nie chcę tym porównaniem ubliżyć starszej produkcji, ale takie miałam skojarzenie, może z powodu amatorskiej kamery i mroków lasu.

ufo it is here

Kiedy nasi sympatyczni bohaterowie, tak, o dziwo są sympatyczni, rozbijają obóz pod chmurką zaczynają się dziać, rzeczy tyle dziwne co przerażające.

Podobnie jak w przypadku "Blair witch..." żadne środki zapobiegawcze nie pomagają w utrzymaniu grupy w nienaruszonym stanie. Co i rusz ktoś znika, a reszta ekipy znajduje coraz bardziej makabryczne pozostałości po kompanach przygody. Standardowo gubią się w lesie, a nienazwane zło szturmuje coraz mocniej.

ufo it is here

Sporo się tu dzieje, choć jak wspomniałam, w dużej mierze przypomina to zdarzenia z "Blair witch..." więc nie jest to zbyt odkrywcze.

Generalnie film oglądało mi się całkiem przyjemnie, choć wiadomo, że kręcenie z ręki ma swoje konsekwencje dla wizualnych wrażeń, ale wiadomo, co kto lubi. Dla kogoś kto lubi paradokumenty będzie to propozycja w sam raz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 06 grudnia 2016

Morgan (2016)

morgan

W mieszczącym się na uboczu cywilizacji korporacyjnym ośrodku badawczym od lat trwają eksperymenty nad hybrydowym organizmem, będącym czymś na kształt udoskonalonej wersji człowieka. Efektem tych prac jest pięcioletnia Morgan, w pełni już ukształtowany osobnik. Gdy hybryda zaczyna sprawiać poważne problemy 'wychowawcze' do ośrodka przybywa Lee Weathers, która to ma zadecydować, czy eksperyment może być kontynuowany, czy też Morgan należy zlikwidować.

Fani kina sci- fi niecierpliwie przebierali nogami gdy tylko rozeszła się wieść, że syn wielkiego ojca, Luke Scott, pod surowym okiem tatusia jako producenta ma nakręcić własny film. Przyznam, że nie znalazłam się w gronie entuzjastów pomysłu, bo po wstępnym zbadaniu sprawy projekt nie wydał mi się ani ciekawy, ani odkrywczy, ot kolejna futurystyczna wariacja na temat odczłowieczenia człowieka.

I niestety miałam racje, "Morgan" mnie znudził. Nie wyniosłam z seansu z nim nic czym mogłabym się z Wami podzielić. Chwalić film nie bardzo mam za co, rugać też nie koniecznie mogę.

"Morgan" to produkcja bardzo minimalistyczna biorąc pod uwagę budżet i zapędy producenta. Nie uświadczymy tu ani wielkich efektów ani porażającej charakteryzacji. Akcja filmu biegnie swoim powolnym rytmem, co nie sprzyja zbyt wielkim emocjom jeśli jeszcze dodać do tego brak konkretnego pomysłu na fabułę.

Mamy tu historie małej Hybrydki, która bardzo chce zobaczyć jezioro. Od tego wszytko się zaczyna. Opiekunowie nad jezioro zabrać ją nie chcą, toteż młoda buntuje się i robi krzywdę jednej z nich.

Wszyscy bohaterowie filmu, jak jeden mąż, są odarci z uczuć, ich twarze przypominają maski, a rzadkie pokazy jakiejkolwiek ekspresji wypadają bardzo sztucznie. To w tym prym wiedzie Kate Mara w roli Lee Weathers - nigdy nie lubiłam tej aktorki.

morgan

Jedyną osobą z obsady, która paradoksalnie w założeniu emocje miała ukrywać, a pokazała ich najwięcej jest Anya Taylor Joy, czyli Tomasine z "The Witch". Miło się na nią patrzy i jej obecność w tym filmie była dla mnie w zasadzie jedyną rozrywką.

Dialogi jakoś mi się nie kleiły i nie wiem, czy to przez ostrożność twórcy scenariusza, który bał się, że jego dzieło będzie odebrane jako przeintelektualizowany bełkot jeśli spróbuje pokazać coś głębszego, czy po prostu scenariusz był źle napisany, niedopracowany i liczono, że film obroni się sam ze względu na topowy temat sztucznej inteligencji. Od strony technicznej wszytko wypada bardzo ładnie: ładne zdjęcia, muzyka, scenografia. Dużo wysiłku jak na takich film trochę o niczym.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:6

Zabawa:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś: 4

50/100

W skali brutalności:1/10

środa, 10 sierpnia 2016

Black Mirror/ Czarne lustro - Sezon 1-2 (2011-2013)

black mirror

Brytyjski serial "Czarne lustro" bazuje na nieprzyjemnej wizji egzystencji współczesnego człowieka. Można rzec, że wybiega w przyszłość, jednak nie wydaje się to przyszłość odległa. Rysuje obraz społeczeństwa obdartego z humanizmu, zawłaszczonego przez technologie.

Gatunkowo możemy mówić tu o sci-fi. Jak dotąd wyemitowano dwa sezony. W tym roku mieliśmy spodziewać się kolejnego, jednak, póki co nie pojawiła się konkretna data brytyjskiej premiery. Każdy sezon liczy zaledwie trzy około godzinne odcinki.Każdy odcinek opowiada inną historię.

Nie ukrywam, że pilot serialu zrobił na mnie największe wrażenie. Gwarantuję więc, że jeśli sięgniecie po ten serial obejrzycie go w całości.

Pierwszy odcinek pierwszego sezonu traktował o przykrym zajściu na wysokim szczeblu brytyjskiej polityki. Brytyjska księżniczka zostaje porwana przez szaleńca. Może się wydawać, że sprawa ma podłoże polityczne jednak żądanie jakie wysuwa sprawca w zamian za uwolnienie dziewczyny uderza w coś więcej niż polityczna stabilność kraju. Facet mierzy wprost w premiera kraju żądając od niego by na oczach narodu dopuścił się aktu zoofilii. Tak, premier wielkiej Brytanii ma uprawiać seks ze świnią, a relacja z tego wydarzenia ma być emitowana na żywo na każdym kanale w kraju w biały dzień. Jeśli tego nie zrobi księżniczka zginie. Znając wagę rodziny królewskiej dla narodu brytyjskiego można powiedzieć, że odmowa owego 'aktu' jest równoznaczna z personalną odpowiedzialnością premiera za jej śmierć.

black mirror

Kurczę, rozwalił mnie ten odcinek na łopatki. Już nie mówiąc o samym pomyśle, który jest w gruncie rzeczy prosty, ale o całym socjologicznym kontekście jaki do tego dobudowano.

Szok, przygnębienie, niedowierzanie.

W tym odcinku jak i w zasadzie każdym kolejnym największym czarnym charakterem jest społeczeństwo. Ta ludzka masa, która posiada ogromną siłę. Deprywatyzacja człowieka, tożsamość jednostki wygenerowana przez technologie, przez społeczny nacisk na spełnianie sztucznie napędzanych potrzeb. Wszytko to znajdziecie w tym i innych odcinkach dwóch serii.

Brytyjczyk, twórca serialu, nieuleczalny pesymista, który chyba nie widzi w ludziach już nic pozytywnego wymierza tym serialem policzek. Wszystkie historie posiadają nieco satyryczny wydźwięk. Jednak jeśli się temu przyjrzeć widać tylko politowanie i żałość. Żadnych bohaterów pozytywnych, żadnych szczęśliwych finałów. Każdy ostatecznie przegrywa i to na własne życzenie. Jest w tym tyle bolesnej prawdy.

Po za przebojowym odcinkiem o wyczekującej premiera świni zobaczymy też wizję społeczeństwa gdzie jedyną nadzieją na wybicie się po za szarą (dosłownie) masę ludzi jest udział w talent show. To nic że cie tam sponiewierają i zamiast piosenkarka zostaniesz dziwką, lepsze to niż grupowe pedałowanie.

black mirror

Odcinek o kontroli wspomnień o możliwości uzyskania całkowitego wglądu w każdy aspekt życia innych ludzi jest nie mniej dołujący.

Drugą serie rozpoczyna odcinek, w którym technologia próbuje pokonać barierę życia śmierci. Nie, nie ożywia zmarłych, ale oferuje żywym substytut osoby którą stracili. Jak bardzo jest to okrutne i pomylone dowiecie się dzięki historii Asha i jego dziewczyny.

Drugi odcinek tej serii odwołuje się do potrzeby wspólnego, społecznego wymierzania sprawiedliwości tym, którzy złamali prawo, dopuścili się czegoś okrutnego. Pomyślcie, jakby było klawo uczestniczyć w niekończące się nagonce na morderczynie niewinnego dziecka. To jak udział w reality show z przesłaniem.

black mirror

Ostatni jak dotąd wyemitowany odcinek mówi o tym dlaczego wolimy fikcję od prawdy. Mając do wyboru żywego człowieka, z całym bagażem człowieczych zalet i wad wolimy przysłuchiwać się fikcyjnie stworzonym idolom. Żadna nowość, jednak tu posłużono się nie wykreowaną przez tv gwiazdką jakby nie patrzeć jednak z krwi i kości, a prymitywna animacją niebieskiego niedźwiadka, który w przedstawionym tu świecie odgrywa większą wolę niż jakikolwiek człowiek. Ba większą niż człowiek, który go stworzył.

black mirror

Z niecierpliwością czekam na nowe pomysły Charliego Brookera. Zanim zabrałam się za ten serial nastawiłam się na coś w stylu 'rzeczywistość w krzywym zwierciadle', ale to zwierciadło wcale nie jest krzywe, dobitnie odzwierciedla to kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jest czarne nie dlatego, że ktoś chciał tak zabarwić obraz, jest czarne bo taka właśnie jest przykra prawda.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:10

Zaskoczenie: 9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:10

83/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 05 sierpnia 2016

The Medusa Touch/ Dotknięcie Meduzy (1978)

medusa touch

Niepokorny pisarz John Morlar zostaje zaatakowany we własnym domu. Mężczyzna doznał tak silnych obrażeń, że tylko cudem udało mu się przeżyć.

To nie pierwszy cud w jego życiu. John doświadczał ich od wczesnego dzieciństwa. Cuda te jednak nie nosiły miana wspaniałych. Jego cuda zawsze były niszczycielskie.

Jako mały chłopiec był świadkiem tragedii i śmierci, co więcej we własnym przekonaniu to on był ich sprawcą.

To przekonanie utrzymywało się przez lata, a niszczycielska moc Johna rosła. Czynił zło bezwiednie, jakby był do tego stworzony. Robił to telepatycznie. telepatycznie uśmiercił swoją opiekunkę, rodziców, strącił z nieba samolot...

Teraz, gdy ledwo żywy leżał w szpitalu i tylko aktywność mózgu dawała szansę na to, że nie zostanie odpięty od aparatury, komisarz z Francji, Brunel prowadzi śledztwo mające na celu schwytanie sprawcy, który chciał uśmiercić cudotwórcę.

medusa touch

Horror "Dotknięcie meduzy" jest klasyfikowany jako horror sci-fi, ale nie spodziewajcie się w związku z tym zagrożenia z kosmosu.

Głównym antagonistą i głównym bohaterem jest tu człowiek z krwi i kości. Dzięki retrospekcjom poznajemy go jako szaleńca przekonanego o tym, że wszystkie nieszczęścia, katastrofy i kataklizmy dzieją się za jego sprawą.

W toku prowadzonego przez detektywa Brunela śledztwa poznajemy historię Johna, który tymczasem dogorywa w szpitalnej sali. Widzimy go oczami innych ludzi, w tym jego terapeutki. Kobieta podejrzewała Johna o jakiś rodzaj psychozy podszytej manią wielkości. Dopiero, gdy na jej oczach strącił z nieba samolot, zaczęła mu wierzyć i bać się.

medusa touch

W bardzo sugestywny sposób ukazane zostały też fragmenty jego dzieciństwa, w tym śmierć rodziców i pożar szkoły. Wszytko miało być dziełem jednego człowieka.

Doskonale skonstruowana fabula wsparta warsztatem aktorskim wcielającego się w postać antybohatera Richarda Burtona, czyni ten film bardziej uniwersalny gatunkowo niż można by się spodziewać po horrorze sci-fi.

Mamy tu dużo psychologicznego dramatu, paranoid thrillera, czy kryminału. Ma swój klimat, ma swoje przesłanie. Nie jest naiwny, nie jest groteskowy. Temat telekinezy jest tu rozpatrywany na kilku płaszczyznach i to sprawia, że ten z gruntu ograny motyw nabiera mocy.

medusa touch

Film podobał mi się szalenie i nie jestem w stanie przywołać w myślach innego podobnego mu obrazu. Bardzo dobra rzecz, a jeśli dodatkowo gustujecie w starszych produkcjach to jest to coś dla Was.

W ramach ciekawostki mogę dodać, że scenariusz powstał w oparciu o powieść Petera van Greenway'a.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

środa, 03 sierpnia 2016

The Banshee Chapter (2013)

banshee chapter

Młoda dziennikarka śledcza, Anne, próbuje odnaleźć zaginionego kumpla ze studiów. Dziewczyna wie, że James interesował się sprawą prowadzonych w latach '50 i '60 rządowych eksperymentach na obywatelach Stanów.

Ostatni pozostawiony przez zaginionego trop wiąże się z opracowaną przez CIA psychogenną substancją. Wygląda na to, że chłopak zażył ją nim przepadł bez wieści. W toku swojego śledztwa Anne udaje się zgłębić działanie substancji  i poznać konsekwencje jej zażycia.

banshee chapter

Debiutancki horror "Banshee Chapter" zupełnie mi umknął. Być może dlatego, że horrory sci-fi nie należą do moich faworytów. Być może odstraszyła mnie konwencja paradokumentu, a może po prostu film nie doczekał się nawet garstki fanów, którzy ponieśli by w eter wieść, że to dobra, warta uwagi produkcja. Przypuszczam, że nie ja jedna o nim nie słyszałam, tym bardziej cieszę się, że mogę go Wam polecić. Bo polecam i to z dużym przekonaniem.

Tematyka filmu oscyluje wokół ważkiego tematu haniebnych eksperymentów rządowych jakie były prowadzone w czasach zimnej wojny. Opinia publiczna dwoi i troi się w domysłach na temat konsekwencji tych działań dla obywateli. Debiutujący scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Blair Erickson, wykorzystuje wątek teorii spiskowych by jeszcze podkręcić lęk.

Mówiąc szczerze, Ameryki tu nie odkrywa, jeśli chodzi o wątek tajnych badań nad kontrolą umysłu poznaliśmy już szereg najróżniejszych filmów o tej tematyce. Erickosn robi jednak coś świetnego. Zamiast nakręcać niestworzoną historię, starać się zbudować jak najbardziej wydumaną teorię on rzuca nam szczątki informacji i pozwala by wyobraźnia zrobiła resztę.

banshee chapter

Finał nie przynosi nam jasnych odpowiedzi, co moim zdaniem jest strzałem w dziesiątkę. Pojawiają się jacyś enigmatyczni 'Oni', przedstawienie jako cienie, coś ulotnego jak zanikający sygnał.

W sytuacji zagrożenia napięcie naprawdę kurewsko wzrasta, a wszytko to za sprawą bardzo prostych rozwiązań wizualnych i dźwiękowych. Przesuwający się cień na amatorskim nagraniu, monotonna melodyjka, dziecięcy głos odliczający od tyłu w różnych językach. Kurczę to działa. Myślę, sobie ten gość ma autentyczne wyczucie klimatu grozy. Ma też niski budżet i jak teraz o tym myślę, to mam obawy co się stanie z jego polotem jeśli jakieś urzeczone jego talentem studio filmowe zasypie go kasą.

Amatorskość kamery nie była do końca podyktowana przebiegiem fabuły. Owszem wstawi z nagraniami z siedziby CIA, czy domowe filmy Jamesa to konieczność jeśli idzie o t formułę, jednak cały przebieg śledztwa Anne, jej droga, to teoretycznie film kręcony klasycznie, a jednak kamera lata, a obraz momentami jest nieostry.

Całe szczęście w przypadku obsady nie szczypano się z budżetem. Aktorstwo jest profesjonale, a skrojone postaci ciekawe. Anne w toku śledztwa trafia na trop znanego amerykańskiego pisarza, który ma dostęp do 'substancji', jego sylwetka od razu skojarzyła mi się z Charlesem Bukowskim i z miejsca drania polubiłam.

banshee chapter

Mimo iż film jest dość długi ani przez moment się nie nudziłam. Fabuła raźno brnie do przodu. Dużo się dzieje, choć groza jest budowana subtelnie, nawet sceny jak to mówię 'skoczne' nie pojawiają się tu ni z gruchy ni z pietruchy.

Napięcie jest dobrze stopniowane, a dbałość o odpowiednią atmosferę wyczuwalna. Nie jest to głupi straszak, który można oglądać jednym okiem, scenariusz jest inteligentny i przemyślany. Szczegółów nie chcę Wam zdradzać ale pojawiają się nawiązania do prozy Lovecrafta, co jest ogromnym plusem.

Mogę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem. Mało kiedy zdarza się by jakiś paradokument tak zapadł mi w serce, podobnie jeśli idzie o współczesne sci-fi.

Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:0/10

wtorek, 02 sierpnia 2016

Stranger Things - Sezon 1 (2016)

stranger things

Lata '80 XX wieku. W małym miasteczku w Stanach dochodzi do zaginięcia chłopca, Willa Byersa, który po sesyjce RPG w domu kolegi znika gdzieś bez śladu.

W poszukiwania dziecka szybko włącza się policja stanowa, ale prawdziwą wolę wali o odnalezienie Willa wykazują jego matka, miejscowy szeryf, brat chłopca i jego mali kumple.

Ci ostatni zresztą poszukując śladów kolegi znajdują inne dziecko. Dziewczynka wygląda na ich rówieśniczkę, ale jest cokolwiek dziwna. To dzięki niej zainteresowani poznają nadprzyrodzoną naturę zaginięcia Willa Byersa.

"Stranger Things" bije obecnie rekordy popularności. Szczególnie w Stanach ludzie, także ci znani, jak pisarz Stephen King rozpływają się w zachwycie nad nową produkcją Netflix.

Serial liczy zaledwie osiem niespełna godzinnych odcinków. Kwestia kontynuacji tej historii jest raczej pewna, zarówno z uwagi na kasowy sukces produkcji jak i z uwagi na mnogość wątków, które zostały otwarte w pierwszy sezonie i moim zdaniem aż proszą się o rozwinięcie.

Chyba spokojnie mogę powiedzieć, że jestem sercem z fanami "Stranger Things".

Fabuła pierwszego sezonu wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie będziemy tu mieli do czynienia z pełnokrwistym horrorem, raczej familijną przygodówką z wątkami sci fi i fantasy. Jest to obraz w stylu który może kojarzyć się z hitami Stevena Spielberga, jak chociażby "E.T". Trochę mroku zaczerpnięto z dark fantasy, wprowadzono elementy Tolkien'owkiego świata, trochę zimnowojennej paranoi i typowo Kingowskiej przypowieści o przyjaźni.

stranger things

Całość obleczona jest w ramy dobrze kojarzącej się popkultury lat '80. Oczywiście tej rodem zza Oceanu. Ogromny wysiłek włożono w odtworzenie tamtejszych realiów, scenografia, kostiumy, rekwizyty, muzyka. Wszytko to całkowicie tkwi w czasach gdy do kin wchodziło "Coś" Carpentera a małolaty słuchały Joy Division a nie Hanny Montany.

Ten świat tak przyjemnie stworzył dla nad duet Duffer, rodzeństwa młodych twórców filmowych, którzy choć dopiero raczkują w Hollywood mają jak widać bardzo precyzyjną wizję tego jak osiągnąć komercyjny sukces. Do tej pory widziałam ich jeden pełnometrażowy film "Hidden" i jeśli nie pamiętacie, to zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Nie chciałabym Wam zbyt wiele zdradzać jeśli idzie o fabułę "Stranger Things", ale nie będzie to chyba zbyt duży spoiler jeśli powiem, że serial wykorzystuje gro znanych, popularnych motywów. To z kolei przekłada się na dużą przewidywalność ciągu fabularnych zdarzeń, ale wcale nie przeszkadzało mi to tak bardzo jak mogłam podejrzewać. Chyba właśnie to jest w tej produkcji najlepsze. Nie jest może najoryginalniejsza, bo o taka chyba nie stara się być, a wręcz celuje w naśladowaniu tego o czym współcześni twórcy kina grozy starają się zapomnieć. Bo nowsze jest lepsze. Nie zawsze jak widać.

Mylę, że w dużej mierze ta sentymentalna podróż w przeszłość zapewniła serialowi taką rzeszę fanów. "Stranger things" wykorzystuje wątki znane i lubiane, robi to z ogromną precyzją co skutkuje dużym powodzeniem. Jest to po prostu tak przesympatyczny serial, że nie da się go nie polubić.

Technicznie produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszytko od kolorystyki zdjęć po muzykę ma nam przywodzić na myśl złotą etę amerykańskich straszaków. O ile efekty specjalnie nie zwaliły mnie z nóg - tak już mam, że nie przepadam, o tle muzyka robi robotę wręcz fantastyczną.

Brawa należą się aktorom, zarówno tym znanym, jak obecnie nieco zapomniana  przez Hollywood Winona Ryder jak i debiutującym na ekranie małolatom.

stranger things

Kreacje dziecięcych aktorów przekonały mnie do siebie na tyle, że w głowie pojawiło mi się ciepłe skojarzenie z młodzikami ze "Stay by me".

Reasumując jestem pod ogromnym wrażeniem tej produkcji. Nie dlatego, że jest czymś nowym i przełomowym, ale dlatego że sprytnie korzysta ze starych klisz, a nie zawsze się to udaje.

Oczywiście jeśli będę mieć taką możliwość chętnie sięgnę po kolejny sezon "Stranger Thins".

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 28 czerwca 2016

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są "Dzieci przeklętych". Czy jest to sequel "Wioski przeklętych", czy może readaptacja "Kukułczych jaj z Midvich"?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla "Wioska przeklętych" traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku "Dzieci przeklętych" mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą 'na większą skalę'.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają 'wspólną świadomość'.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co 'pierwowzór'. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W "Wiosce przeklętych" ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku "Dzieci przeklętych"  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek 'ojców'. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o 'przeklętych dzieciach' poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w "Dzieciach przeklętych" historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały "Wioski przeklętych" odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10

wtorek, 17 maja 2016

10 Cloverfield lane (2016)

10 cloverfield lane

Młoda kobieta po kłótni z ukochanym wsiada w pośpiechu do auta i rusza w długą. Wtedy dochodzi do wypadku. Ktoś zepchnął Michelle z drogi i zostawił na pastwę losu. Kobieta budzi się po jakimś czasie i wcale nie znajduje się we wraku auta, a w podziemnym bunkrze. Ma złamaną nogę i jest przykuta do ściany.

To niejaki Howard, emerytowany wojskowy zaciągnął ją tam. Gdy mężczyzna próbuje wyjaśnić Michelle zaistniałą sytuację przekonuje ją że wcale nie jest jej oprawcą a wybawcą. Miejsce, w którym się znajdują to podziemny bunkier pod jego farmą na Cloverfield Lane. Schron na wypadek apokalipsy, która właśnie się zaczęła.

O "10 Cloverfield Lane" słyszałam tyle pochlebnych opinii, że aż wydało mi się to podejrzane.

Tytuł filmu nasuwa skojarzenie z obrazem z 2008 roku, paradokumentem "Cloverfield", gdzie grupa ludzi jest świadkiem ataku na miasto w wykonaniu olbrzymiego potwora. Obiło mi się o uszy, że "10 Cloverfield Lane" ma być sequelem lub prequelem tamtego działa, co nie wzbudziło we mnie entuzjazmu. Okazuje się jednak, że oba obrazy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Inna formuła, inne okoliczności, inne wydarzenia. Wspólny jest motyw ataku na amerykańską ludność. No i brzmienie tytułu.

Film kręcony jest klasycznie. Wszystko zaczyna się z chwilą, gdy Michelle budzi się w bunkrze Howarda. Ten z miejsca robi na widzu wrażenie jakiegoś nawiedzonego prepersa. Jego wycackany bunkier przypomina przytulną dziuple, w której czas zatrzymał się w latach '60. Taki mały amerykański domek pogrzebany pod ziemią.

10 cloverfield lane

Zachowanie mężczyzny, jego argumenty, jego opowieść nie budzi zaufania zakutej w łańcuch dziewczyny. Czuje się uprowadzona wbrew woli, chce wyjść i na własne oczy przekonać się, czy doszło do apokalipsy. Niestety Howart utrzymuje, że powietrze na zewnątrz jest skażone i w żaden sposób nie może narazić jej na takie ryzyko.

Kobieta nie jest jedyną lokatorką bunkra. Wraz z Howardem schronienie znalazł tam także miejscowy robotnik, Emmet, który podobno był świadkiem wydarzeń na powierzchni. Czy to przekona Michelle, że Howart nie jest wariatem? Nie, dopiero gdy ta na własne oczy zobaczy jedną z ofiar, pozostałych na zewnątrz, pogodzi się z losem. Przynajmniej do czasu gdy inna sytuacja nie wzbudzi na powrót jej czujności.

Filmy ukazujące życie ludzi w post apokaliptycznym świecie bywają na prawdę mocne. Weźmy chociażby "Drogę", nie jest nawet thrillerem, a miażdży psychicznie. "Miasto ślepców", czy "Divide" w dosadny sposób ukazują życie grupy ludzi, którzy zostają uwięzieni. Izolacja jest jedyną szansą na przeżycie, a egzystencja przypomina partyzantkę i nie niesie nadziei na lepsze jutro. W obydwu tych obrazach dochodziło do tak rażących nadużyć, że można powiedzieć o zezwierzęceniu człowieka, całkowitej dehumanizacji. Przy nich "10 Cloverfield Lane"  wypada bardzo niewinnie.

10 cloverfield lane

W zasadzie jedynym niepokojącym elementem tej sytuacji jest postać Howarda. Myślałam, że facet mocno się rozkręci, ale nic z tego. Poszalał trochę w finale, ale nie było to nic co zaskarbiłby sobie większa uwagę z mojej strony. Zarówno forma jak i treść tego filmu jest bardzo lekkostrawna. Zaskakujący finał, który miał zwalić mnie z nóg, jak zapowiadali Ci, którzy film już widzieli wzbudził obojętność. Rozgrywające się do tego momentu wydarzenia nawały dwie możliwości interpretacji, albo była apokalipsa, albo nie i wybrano jedną z nich, okraszając finał spektakularnymi efektami. I tyle. Nie zaserwowano tu nic czego by do tej pory nie było. Czułam, że zachwyty nad tym filmem są nad wyrost...

10 cloverfield lane

Ogólnie ogląda się go dobrze. Mamy trochę przestoju w środkowej partii filmu, którą można by wypełnić czymś ciekawszym niż gadka szmatka o dupie Maryni, można by dać większe pol do popisu naszemu prepersowi Howardowi. A właśnie, Howard i odtwórca jego roli, nieoceniony John Goodman jest najlepszym co mogło się tej produkcji przydarzyć.

10 cloverfield lane

Mary Elisabeth Winstead wcielająca się w postać Michelle wypadła raczej niemrawo. Często widuję ją na ekranie i za każdym razem mam wrażenie, że nie potrafi się pozbyć kija z dupy.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tyle, że nie da się o tym obrazie  powiedzieć ani wiele złego ani wiele dobrego. Dla mnie był dobry, niezły, trochę lepszy średniak. I tyle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 15 stycznia 2016

The thing from another world (1951)

the thing from another world

W amerykańskiej bazie na terenie Alaski grupa naukowców wyłapuje podejrzany wzrost promieniowania w niedalekiej okolicy. Naukowcy udają się na miejsce i odkrywają pokryty lodem statek kosmiczny. Nie udaje im się bezpiecznie wykopać statku, ale wydobywają z jego wnętrza 'pasażera'. Zabierają go do siebie zatopionego w bryle lodu.

Czekając na decyzje zwierzchników nie wszyscy potrafią wykazać się cierpliwością. Przypadek i nieostrożność prowadzi do tego, że obcy zostaje 'rozmrożony' i o zgrozo, ożywa. Nie jest przyjaźnie nastawiony wobec swoich znalazców.


the thing from another world

Czy ta fabuła Wam coś mówi? I powinna, bo dotyczy pierwowzoru "Coś" Carpentera.

Bardzo chciałam obejrzeć ten film. Porównać go ze znacznie popularniejszym remake. Liczyłam, że sprawa będzie wyglądać podobnie jak w przypadku "Inwazji porywaczy ciał" i jego rozlicznych readaptacji i poniekąd tak jest, z tym, że jestem znacznie mniej zachwycona oryginałem i dostrzegam przepaść między nim a filmem Carpentera.

Jak się okazuje jedynym niezmienionym elementem jest pierwszy człon tytułu i napis w czołówce filmu;) Chyba strasznie spodobał się Carpenterwi.

the thing from another world

Zmieniono nawet miejsce akcji, w remake jesteśmy już na terenie Arktyki. Ale to akurat niuans, bo Alaska prezentuje się tu niemal jak biegun północny.

the thing from another world

Najbardziej zasadnicza równicą fabularną jest sama postać antagonisty z kosmosu. Carpenter widział go zupełnie inaczej.

W filmie Christiana Nyby i Howarda Hanksa obcy jest genetycznym pokrewieńcem rośliny, pada nawet określenie Super Marchewka. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi wcale nie stanowi słabego puntu tego pomysłu.

Według obecnego na stacji badawczej doktora to właśnie ta prymitywna struktura, brak cech zwierzęcych, czy ludzkich przyczynił się do tak zaawansowanego rozwoju tej formy życia i jej cywilizacji. Jakby nie patrzeć to 'Marchewka' przemierzyła kosmos i wylądowała na Ziemi, a nie na odwrót;)

Naukowiec dopatrzył się w tym słabości swojego własnego gatunku i stwierdził, że obcy jest produktem ewolucji, tak jak ludzie z tym, że my mieliśmy pecha i pochodzimy od zwierząt, a on z roślin więc: "Jego rozwój nie był powstrzymywany przez emocjonalne bądź seksualne czynniki."

Pomył Super Marchwi jest więc dość interesujący, gorzej natomiast twórcy spisali się przy wizualizacji tego pomysłu. Obcy wygląda jak... człowiek, jak człowiek w ciasnym kombinezonie. Nic więcej. Atakuje wyciągając przed siebie górne kończyny, porusza się przy pomocy kończyn dolnych. Nie ma w nim nic kosmicznego. Gdy wreszcie mogłam go zobaczyć w ostatnich minutach filmu byłam rozczarowana. Wiem, że w '51 nie było takich możliwości jak dwadzieścia lat później, ale taki sposób zaprezentowania kosmity trącił kompletnym brakiem kreatywności. Już chyba wolałabym żeby z głowy wyrastała mu nać.

the thing from another world

Jak napisałam, starcie z obcym przypada dopiero na ostanie minuty filmu, co więc dzieje się wcześniej? Dzieje się podobnie jak w większości filmów starej daty - dużo gadania. Kiedyś scenarzyście wkładali duży wysiłek w dialogi, bo miały one kolosalne znacznie dla zbudowania całej fabuły. Po prostu trzeba było powiedzieć to, czego nie dało rady pokazać.

Mimo iż taka dysproporcja akcji właściwej i całego wstępniaka może niektórych znudzić, mnie to szczególnie nie przeszkadzało - może to kwestia przyzwyczajenia, bo jednak często oglądam stare filmy.

Mimo, że film mnie nie zachwycił, to warto go obejrzeć chociażby w ramach ciekawostki - co doprowadziło do powstania "Coś".

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

czwartek, 24 grudnia 2015

Videodrome/ Videodrom (1983)

videodrom

Producent telewizyjny odpowiedzialny za kanał 84 amerykańskie telewizji komercyjnej szuka nowej inspiracji. Krąg jego zainteresowań jest dosyć wąski, bo jego kanał nadaje tylko seks i przemoc.Jak podtrzymać zainteresowanie widza, gdy już wszystkie granice przyzwoitości zostały przekroczone?

Z pomocą przychodzi mu jego asystent, któremu udaje się wyłapać pirackie nagranie emitowane z Pittsburgha i stanowiące przedstawienie bardzo realnych tortur i morderstw z pewną dozą porno. Program nazywa się Videodrom i Max Ren zrobi wszytko by móc zdobyć go dla swojej stacji.

videodrom

Tym czasem gdy trwają poszukiwania twórców Videodromu Max cieszy oko zdobytymi nagraniami. Okazuje się, że mają one katastrofalne skutki dla jego psychiki.

"Videodrom" jest obok "Muchy" jednym z najpopularniejszych i najbardziej lubianych filmów Cronnenberga. Ja osobiście wolę znacznie mniej jednoznaczne w interpretacji "Potomstwo", nie zmienia to jednak faktu, że "Videodrom" w pełni zasłużył na rzesze fanów.

Jak zawsze u tego twórcy wizualna makabreska jest pretekstem do ukazania czegoś więcej. Poprzez szok zwraca uwagę widza na pewne aspekty społecznego funkcjonowania człowieka. I ma rację używając horroru i jego przymiotów jako narzędzia, bo ile już było kampanii społecznych piętnujących zły wpływ świata wirtualnego, świata przedstawionego w telewizji? Mnóstwo, ale dopiero gdy jakiś dzieciak wyskoczy z okna, bo myśli, że jest jajkiem z pokemonem ktoś zwraca uwagę na to jakie mogą być skutki przekłamania rzeczywistości.

videodrom

O ile dobrze pamiętam, w "Vidodromie" padają słowa: Nie ma innej rzeczywistości po za tą, którą postrzegamy - i są to święte słowa. Przypomina mi to stwierdzenie, nie ma prawdy są jedynie punty widzenia.

U Cronenberga jedną z prawd jest prawda telewizyjna. W pierwszej partii filmu widzimy jak w czasie telewizyjnego talk show Max, jego kochanka Nikki i profesor Oblivion dyskutują o tym jakie efekty uboczne przynosi wprowadzanie do masowego odbioru seksu i przemocy. Max utrzymuje, że zapewniając ludziom tego rodzaju obrazy pozwala im na niegroźne wyładowanie frustracji, na zasadzie, zamiast zabijać, tylko patrzą na zabijanie. Wierzy, że to ociąga ich od uzewnętrzniania złych popędów w prawdziwym życiu, lecz już za kilka scen widzimy ile w tym prawdy: Max zafascynowany przemocą z Videodromu pokazuje go swojej kochance, efekt jest taki że budzi to w niej sadomasochistyczne zapędy i żąda ona wprowadzenia do seksualnej gry przemocy. Widzimy więc jak ten świat fikcji przenika do świat realnego.

videodrom

Następnym punktem programu jest załamanie nerwowe Maxa. Tu Cronenberg może rozwinąć skrzydła zaserwować widzowi pokaz gore najwyższej klasy, pokaz paranoi o jaką trudno u jakiegokolwiek innego twórcy.

Im bardziej Max angażuje się w Videodrom tym więcej w jego umyśle halucynacji, aż dochodzi do punktu, w którym te obrazy przejmują kontrolę nad jego zachowaniem.

Działanie Videodromu jest tu uzasadnione naukowo, oczywiście jest to wyjaśnienie w stylu sci-fi, ale nie wybiega w kosmos. Nie będę Wam go jednak zdradzać.

"Videodrom" jest naładowany wszystkim tym co typowe dla Cronenberga: lękiem przed szaleństwem, lękiem przed ludzką słabością, makabryczną wizją upadku człowieka, jego przemiany w coś co nie jest już ludzkie.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W skali brutalności: 3/10

środa, 16 grudnia 2015

Leviathan/ Lewiatan (1989)

lewiatan

Pracownicy spółki zajmującej się wydobyciem metali z dna oceanu tuż przed końcem kontraktu natrafiają na zatopioną rosyjską łódź podwodną o nazwie Lewiatan. Dokładanie sprawdzają jej wnętrze i o za kilkoma nieciekawie wyglądającymi zwłokami znajdują dziennik pokładowy i ruską wódkę. Dwoje osób z załogi raczy się trunkiem co następnego dnia skutkuje niemiłymi objawami i nie mam tu na myśli kaca.

Jedna osoba umiera w męczarniach zmieniając się w coś co niczym nie przypomina człowieka. Obserwując ten proces inna amatorka ruskiej wódki postanawia skrócić soje cierpienie i popełnia samobójstwo. Załoga amerykańskiej łodzi  podwodnej próbuje zorganizować ratunek, na próżno. Pozostaje czekać aż wszyscy zapadną na rosyjską chorobę i zmienią się w pełzającego stwora.

lewiatan

"Lewiatan" to jeden z zapomnianych horrorów sc-fi z lat '80. Zapomnianych mimo świetnej oprawy muzycznej, doskonałej realizacji, klimatu i aktorstwu. Zapomniany bo zginął w tłumie podobnych jemu filmów.

Cosmatos pełnymi garściami czerpał z innych produkcji tamtych czasów poruszający tematykę nieznanych pasożytów odnalezionych na odludziu i zmieniający pechowych znalazców w krwawą miazgę.

lewiatan

Nawiązania do "Coś" Carpentera, czy "Obcego" Scotta aż nazbyt rzucają się w oczy i nie jest to kwestia głębszej interpretacji wydarzeń lecz jednorazowego rzutu oka na fabułę - są niemal identyczne.

Zamiast kosmosu, czy Arktyki, mamy dno oceanu. Równie niedostępne miejsce dla ludzi, równie niezbadane. Mamy załogę stanowiącą przekrój osobowości i charakterów pozwalający przewidzieć kolejność zgonów i wytypować potencjalnego ocalonego. Mamy też antagonistę, nieznany organizm, który zostaje sprowadzony do tymczasowej siedziby bohaterów, gdzie w krótkim czasie sieje spustoszenie. Jest też jakaś 'firma', która nie liczy się z losem swoich podwładnych jedynie ze swoim własnym interesem. Pozostawieni sami sobie protagoniści muszą walczyć z czymś, czego nie znają i czego na dobra sprawę zabić się nie da...

lewiatan

"Lewiatan" to popis techniki, plastycznych, kiczowatych efektów jakie spotkać można jedynie w kinie sc-fi tamtych lat. Potwór z głębin przypomina kosmitę z filmu Carpentera. Działa w podobny sposób, zmieniając DNA zarażonego i czyniąc go nosicielem dla bezkształtnej formy.

Nie zabraknie tu krwawych scen i doskonale zrealizowanych ujęć walki z przeciwnikiem. Jest napięcie, jest klaustrofobiczny klimat. Wedle mojej oceny, to kawał dobrego kina, tyle tylko, że prezentującego wtórne motywy i rozwiązania.

Moja ocena:

Straszność:5

Klimat:9

Napięcie:8

Fabuła:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

To coś:8

Oryginalność:4

67/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 26 listopada 2015

I Married a Monster from Outer Space/

Wyszłam za kosmicznego potwora (1958)

kosmiczny potwor

Wracając ze swojego wieczoru kawalerskiego spędzonego wraz z kumplami, Bill napotyka na drodze coś co wygląda na ofiarę wypadku. Gdy mężczyzna opuszcza auto by sprawdzić kto leży na środku jezdni z pobocza wyłania się  coś, co swoim wyglądem wprawia Billa w osłupienie. Już po chwili owe coś roztacza nad mężczyzną siwą mgłę i ten znika.

Nazajutrz, w dniu ślubu nieomal spóźnia się na własną ceremonię. Jego narzeczona jest bardzo zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem. To dopiero początek, bo piękna Marge nie wie, że w rzeczywistości poślubia kosmicznego potwora bez żadnych ludzkich uczuć.

kosmiczny potwor

Do seansu z filmem Gene Flower'a przekonał mnie - po za rocznikiem produkcji- opis fabuły wskazujący na duże podobieństwo tego dzieła ze słynną "Inwazją porywaczy ciał", która po raz pierwszy został przeniesiona na ekran w dwa lata przed premierą "Wyszłam za kosmicznego potwora". I miałam rację, to filmy bardzo pokrewne.

Obydwa bardzo przypadły mi do gustu, co tylko potwierdza, że moje polowania na czarno- białe filmy grozy są warte fatygi, mimo iż zapewne niewielu z Was podziela mój zapał.

To film nakręcony w czasach zimnej wojny, więc zapewne miłośnicy drugiego dna znajdą tu wiele odwołań politycznych, jednak ten film jest przede wszystkim niegłupią rozrywką. Fabuła jest zbudowana w ciekawy sposób, tak by znalazło się miejsce na drobny dreszczyk.

Mogę się tylko domyślać jaką rekcję mogły kiedyś wzbudzać w widzach niektóre sceny z użyciem efektów specjalnych. Nie mamy ich tu co prawda zbyt wiele, bo w tamtych czasach nawet Hollywood zdawał sobie sprawę z tego, że nie samymi efektami widz żyje.

kosmiczny potwor

Podobała mi się scena na drodze kiedy Bill wpada na kosmitę. Kreacja potwora jest naprawdę ciekawa, choć na pewno niektórzy z Was zareagują gromkim śmiechem.Śmiech nie jest tu z resztą zakazany, twórcy często puszczają oko do widza, nie zabraknie tu sytuacji zabawnych nieprzypadkowo.

Historia jak wspomniałam ma bardzo wiele wspólnego z tą opisaną w powieści i przedstawioną w rozlicznych ekranizacjach "Inwazji porywaczy ciał". Mamy tu bowiem do czynienia z kosmicznymi wędrowcami, którzy trafiają na ziemię i aby móc egzystować w społeczeństwie wykorzystują ciała ludzi, przejmują ich tożsamość, a nawet wspomnienia. Kłopot w tym, że nie potrafią przejąć strefy emocjonalnej, tak ważnej dla każdego ziemianina.

Wszytko zaczyna się od Billa. Jednak wkrótce szeregi kosmicznych potworów są zasilane przez większą ilość mieszkańców niewielkiego miasteczka.

Ich zachowanie jest na tyle podejrzane, że otoczenie orientuje się w sprawie i dochodzi do konfliktu. My jednak skupiamy się na obserwacjach Marge, która bodajże jako pierwsza zauważa zmianę w zachowaniu swojego ukochanego i zmiana ta bardzo ją niepokoi. Można się tu doszukiwać aluzji do relacji damsko męskich, bo kosmiczne potwory traktują ziemianki jedynie jako reproduktorki, ci mężczyźni nie posiadają uczuć.

kosmiczny potwor

Jeśli chodzi o kwestie realizacyjne, to powiem tak, trzeba to lubić. Jeśli ktoś ne czuje klimatu czarno białego kina w żaden sposób nie będę w stanie go do tego przekonać.

Dziś to już klasyczny film, choć sam nawiązuje do jeszcze starszej klasyki. W wielu scenach pojawiają się migawki jeszcze starszych horrorów. Jest Godzilla, jest King Kong, jest Dracula.

Na mój gust, świetna robota.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa: 8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:4

Oryginalność:6

to coś:7

65/100

W skali brutalności:0/10

sobota, 07 listopada 2015

The Diabolical (2015)

diabolical

Madison samotna matka dwójki dzieci ma problemy finansowe. Chciałaby sprzedać dom firmie, która złożyła jej intratną ofertę, ale w chwili obecnej musi skupić się na czymś innym niż ratowanie domowych finansów.

Jej syn, Jacob sprawa poważne problemy wychowawcze. Nie jest w stanie kontrolować swojej agresji, co skutkuje interwencją kuratora.

Jej młodsza pociecha, córeczka Haley też wykazuje dziwne zachowania. Zdarza jej się rozmawiać z widmem mężczyzny. Ów przerażający Byt zdaje się nawiedzać dom rodzinny Madison. Materializuje się w nieoczekiwany sposób fizycznie atakując Madison i jej bliskich.

Z pomocą przychodzi jej zaprzyjaźniony fizyk, nauczyciel jej niepokornego syna.

diabolical

diabolical

Podobał mi się ten film. Mówię o tym od razu, bo czytałam już opinie o nim na portalach filmowych. Opinie oczywiście nie pochlebne. Dziwi mnie to, choć już dawno powinnam przywyknąć, że moje zdanie jest ...inne.

Tego samego wieczoru widziałam inną nową produkcję, wg. rozczarowującą, wg. opinii większości widzów świetną. Tak to jest. Weźcie więc pod uwagę iż to, co napiszę o "Diabolical" raczej nie znajdzie u Was poparcia;)

Ten film był dla mnie zagadkowy od samego początku.

Zdarzenia rozgrywające się w domu samotnej matki można było interpretować jako klasyczne nawiedzenie. Ale... Zastanawiał mnie sposób w jaki intruz objawiał się i straszył protagonistów. Efekty jakich użyto dla przedstawienia wizerunku bytu zalatywały mi marnym sci-fi. A że lubię taką toporność efektów, bez wygładzeń odnotowuje to na plus. 

Dodatkowo pojawieniu się bytu nie towarzyszyła żadna zapowiedz w postaci budowania nastroju zagrożenia. Intruz po prostu się pojawiał. Widza przyzwyczajonego do stopniowania napięcia, do jakiegoś wstępu przed skoczną scenką mogło to razić. Mnie wręcz przeciwnie. W tym konkretnym przypadku działanie z zaskoczenia się sprawdziło.

Jeśli idzie o technikę wykonania całej produkcji to w oczy, a raczej w uszy rzuciła mi się także solidność udźwiękowienia. Często zdarza się tak, że rozrzut między głośnością dialogów a głośnością muzyki i że tak ujmę upiornych dzięków, jest kompletnie źle dobrany. Tu wyczułam perfekcję, a ta perfekcja spotęgowała wrażenia słuchowe, dla mnie przynajmniej, ważne gdy oglądam horror.

Aktorsko film może nie zachwyca, ale też ni odrzuca. Dzieciaki, na których warsztat zawsze zwracam uwagę tropiąc potencjał, który w ich dalszej karierze może dobrze zaowocować, był w porządku, ale bez zachwytu. W roli ich matki rozpoznacie gwiazdę pierwszej części "Oszukać przeznaczenie".

Jednak moje największe poparcie wzbudziła fabuła. Fabularny twist jest nieoczekiwany, co świadczy o tym scenariusz został skonstruowany na tyle sprawnie by wywieść w pole.

W pewnym momencie domyśliłam się kim w rzeczywistości jest intruz w domu Madison, ale stało się to tuż przed tym jak twórcy sami objawili swój zamysł, czyli późno.

Mamy tutaj połączenie horroru nastrojowego z thrillerem i elementami sci-fi. Jakby na to nie patrzeć jest to pewna innowacja i właśnie dzięki niej "Diabolical" punktuje w mojej opinii.

To dziwne, bo podobało mi się w nim właśnie to na co narzeka szeroka publiczność:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl