What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: thriller

środa, 04 października 2017

El Bar/ Bar (2017)

el bar

Do małego Madryckiego bistro wchodzi długonoga piękność by podładować telefon. Na miejscu spotyka  kilkoro innych klientów, jeden z nich już zbiera się do wyjścia. W momencie przekroczenia progu knajpy mężczyzna zostaje odstrzelony. Przez kogo? Nie wiadomo. Dlaczego? Nie wiadomo. Ulice opustoszały nieoczekiwanie. Jeden z przypadkowych klientów knajpy wychodzi na zewnątrz by udzielić pomocy postrzelonemu mężczyźnie. Jednak gdy tylko zdoła się nad nim pochylić sam staje się ofiarą niewidzialnego snajpera. Wygląda na to, że ktokolwiek spróbuje opuścić bistro zginie.

"El Bar" obraz twórcy "Pokoju dziecięcego" typowym thrillerem z pewnością nie jest. Duża dawka satyry i czarnego humoru sprawia, że groza schodzi tu na dalszy plan. Miejscami obraz kojarzył mi się to trochę z filmami Almadovara - nie jestem jednak znawczynią jego filmografii by powiedzieć to z pełnym przekonaniem.

Twórcy nie dysponowali wielkimi pieniędzmi, więc produkcji przypięto łatkę kina klasy B. Niski budżet nie koliduje szczególnie z zamysłem twórców, którzy postawili na 'pierwiastek ludzki'.

Skupiamy się tu niemal od początku na bohaterach i ich wzajemnych relacjach. Relacjach opartych na nieufności, bo nikt nie zna tu nikogo, a sytuacja zagrożenia sprawia, że każdy może okazać się wrogiem. Atmosfera robi się gęsta, jednak napięcie każdorazowo rozładowywane jest humorem. W zasadzie można powiedzieć, że od tego jak odbierzecie te śmieszki zależy, czy spodoba Wam się film. Tu na dwoje babka wróżyła. U mnie różnie z tym było. Niektóre żarty wywołały uśmiech, inne wydały się żenujące.

el bar

el bar

Fabuła trzyma się kupy - tak z grubsza. Działania bohaterów skupiają się na przetrwaniu w sytuacji, której nie rozumieją. Kolejne teorie spiskowe podsuwają coraz bardziej katastroficzne wizje. Desperacja się wzmaga, więc niektórzy 'przechodzą na ciemną stronę mocy'. Myślę, jednak, że zbyt dużo satyrycznych elementów szkodzi budowaniu napięcia właściwemu gatunkowi.

"El Bar" może się podobać, ale wcale nie musi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 15 września 2017

True Story (2015)

true story

Wzięty, jak dotąd, reporter z New York Times zostaje zwolniony z pracy po tym jak odkryto, że w jednym ze swoich artykułów śledczych nagiął prawdę dla wzmocnienia przekazu.

Gdy Michael bezskutecznie poszukuje zatrudnienia otrzymuje telefon informujący go o sprawie pewnego mordercy, który zamordował swoją żonę i dzieci, a po popełnieniu zbrodni w Stanach ukrywał się w Meksyku posługując fałszywym nazwiskiem. Ni mniej ni więcej podawał się za Michaela Finkela, dziennikarza New York Times.

Prawdziwy Michael postanawia spotkać się z tym człowiekiem i dowiedzieć się dlaczego ten podszył się akurat pod niego.

Thriller "True Story" powstał w oparciu o relację amerykańskiego dziennikarza spisaną pod tytułem "Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa". Książki nie miałam okazji przeczytać, nawet o niej nie słyszałam choć ukazała się na polskim rynku. Film jest dziełem nie szczególnie doświadczonych twórców, choć nie odnotowałam w nim rażących uchybień na poziomie wykonawczym. Sama historia, cóż, dość ciekawa. Jej głównym tematem jest spotkanie między doświadczonym i bystrym dziennikarzem a gościem, który zamordował własną rodzinę. Chyba domyślacie się, że ciekawość Michaela nie ograniczyła się do zbadania dlaczego niejaki Christian Lango postanowił się pod niego podszyć. Jego dziennikarski apetyt jest znacznie większy. Mężczyzna postanawia dociec prawdy na temat popełnionej zbrodni, dowiedzieć się, czy Lango zabił, a jeśli tak to dlaczego to zrobił. Aresztowany mężczyzna zgadza się na wywiad na wyłączność, z którego ma powstać książka autorstwa Finkela, ma jednak swoje warunki.

true story

Ta historia w jakiś sposób kojarzy się relacją zawartą w "Szanowny Panie Gacy", bo opowiada o psychologicznej grze między mordercą za zainteresowanym jego historią 'prawym obywatelem'. Tak jak intencje nastolatka korespondującego z Gacy'm nie były zbyt czyste, bo chciał wykorzystać znajomość do własnych celów, tak samo dzieje się w przypadku Michaela. Jakie intencje może mieć dziennikarz pogrążony w niesławie łatwo można się domyślić, ale o co chodzi mordercy? Tu sprawa jest nieco bardziej złożona. W wielkim uproszczeniu myślę, że facet chciał po prostu być kimś innym, ale to nowe oblicze chyba też ostatecznie go rozczarowało.

Produkcja jest silna w dobra obsadę. Elegancko odchudzony Jonah Hill, którego po raz pierwszy widziałam w niekomediowej roli, śliczna jak zawsze i emanująca kobiecą stanowczością Felicity Jones i wisienka na torcie, czyli James Franco, jak zwykle pyszałkowaty i nie budzący sympatii.

Seans uważam za zadowalający, ale rewelacji nie ma.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

środa, 30 sierpnia 2017

Madre (2016)

madre

Diana jest matką cierpiącego na autyzm Martina. Obecnie jest w kolejnej ciąży i boi się, że drugie dziecko "będzie takie samo". Małżonek kobiety pracuje w Japonii więc zazwyczaj nie ma go w domu a wszystkie trudy wychowania chłopca spadają na nią.

Pewnego dnia w supermarkecie Diana poznaje Luz, sprzątaczkę z Filipin, której udaje się w prosty sposób powstrzymać atak u syna Diany. Za namową męża, Diana postanawia zatrudnić obcą kobietę w charakterze pomocy domowej i opiekunki Martina.

Chłopiec przechodzi cudowną przemianę. Luz twierdzi, że wyleczyła z autyzmu swojego syna i to samo zrobi z Martinem. Początkowo zachwycona Diana zaczyna dostrzegać, że przemiana chłopca ma też ciemną stronę, a zamiary Luz nie są szlachetne.

"Madre" to chilijski obraz nakręcony przez Arona Burna, który zwykł zajmować się raczej wizualnymi aspektami filmów niż tworzeniem ich od A do Z.

Nie jest chyba jednak zupełnie zielony, bo jego produkcja znajduje się na naprawdę wysokim poziomie, co więcej wydaje mi się, że to jeden z lepszych filmów jakie miałam okazję ostatnio widzieć. Nie jest to jednak kino typowe, mainstreamowe więc, nie przypuszczam by miał szansę stać się hitem dla mas.

Bardzo silnie kojarzył mi się z austriackim "Widzę, widzę", bo ma podobnie niepokojący klimat, a fabuła kręci się wokół chłopca w podobnym wieku. To miłe skojarzenie. Jest to jednak kino południowo amerykańskie więc większy nacisk kładziony jest na to co nadnaturalne, choć aspekty dramatyczne i psychologiczne tricki znajdują tu należyte miejsce i to te elementy podobały mi się najbardziej.

Od strony technicznej film jest bardzo sprawny i nie ma na co urągać. Jak na produkcję speca od efektów specjalnych ze zdziwieniem stwierdzam, że efektów nie ma tu wcale. I dobrze, bo nie było by sensu posiłkować się nimi. Fabuła nie narzuca jednej drogi interpretacji rozgrywających się wydarzeń w stylu "Luz jest wiedźmą więc trzeba pokazać kociołek wypełniony kurzymi łapkami", albo "Diana jest rąbnięta więc trzeba pokazać jej haluny". Skupiamy się więc na niewiadomych i podejrzeniach.

Wszystko jest fajnie skonstruowane, napięcie rośnie miarowo wraz z podejrzeniami Diany, a tych mamy całą masę. Zachowanie, dziwne i niejednoznaczne, Luz i Marina może wpędzić w poczucie zagrożenia, z drugiej strony może to tylko paranoja? Aktorstwo prezentuje wysoki poziom, choć nie podejrzewam czarnego konia tej rozgrywki, czyli odtwórczyni roli Luz o jakiekolwiek doświadczenie w tej materii. Młody też jest czadowy i nie ważne jaką postawę ma prezentować w danej chwili , daje radę.

madre

madre

Potencjał tej historii tkwi w tajemnicy i niepomówieniu. Każda droga interpretacji jest dobra. Diana borykająca się trudami wychowania niepełnosprawnego dziecka,w drugiem dzieckiem w drodze i z nieobecnym mężem faktycznie mogła przejść załamanie nerwowe. Autyzm to specyficzna przypadłość i możliwie jest że Luz mogło udać się nawiązać kontakt z dzieckiem podczas gdy matka i specjaliści rozkładali ręce. (Miałam kiedyś taki przypadek na stanie, ten sam cierpiący na autyzm mężczyzna jednym pracownikiem placówki rzucał o ścianę innego głaskał po głowie). W Dianie zrodziła się zazdrość- ona tu poświęca swoje życie, całą siebie i w podzięce otrzymuje wrzask i kopniaki, a jakaś typiara z ulicy ogarnia jej dzieciaka jednym zdaniem. To musi być frustrujące.

Z drugiej strony mamy teorię o złych zamiarach obcej kobiety. Dziecko jest jak zaklęte, od głębokiego autyzmu do normalności. Jednak nie poprawia to relacji Martina  z matką. Chłopiec odsuwa się od niej. Diana słyszy jak Luz przemawia do niego po filipińsku i przeczuwa, że mówi mu okropne rzeczy. Fizycznie Daina zaczyna czuć się coraz gorzej, czyby nie służyła jej filipińska dieta?

Kupuję tą historię, kupuję jej klimat i sposób w jaki została opowiedziana. Produkcja całkowicie w moim guście. Kto go podziela, czym prędzej powinien zapoznać się z "Madre".

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 27 sierpnia 2017

Killing Ground/ Zabójcza ziemia (2017)

killing ground

Narzeczeni, Sam i Ian wyruszają na kemping. Rozbijają obóz nad rzeką ciesząc się malowniczymi krajobrazami Tanzanii. Nieopodal zauważają jeszcze jeden samochód i namiot pozostawiony przez innych obozowiczów. Po ludziach jednak nie ma śladu.

Nazajutrz Sam postanawia zgłosić zaginiecie sąsiadów, gdy znajduje porzucone w lesie dwuletnie dziecko. Po drodze para napotyka miejscowego myśliwego, który niedawno widział rodzinę z dzieckiem całą i zdrową. Mężczyzna i Ian wyruszają na poszukiwania rodziny, która planowała wycieczkę nad wodospad.

Z uwagi na Australijski rodowód "Killing Ground" i jego liczne porównania do "Ostatniego domu po lewej", czy "Eden Lake" spodziewałam się miazgi. Dlatego już speszę do Was ze sprostowaniem byście nie narobili sobie apetytu na coś czego w filmie nie ma.

Jeśli idzie o dozę brutalności i dramatyzm sytuacji "Killing Ground" nie umywa się do obrazów, z którymi był zestawiany. Jednych to pewnie rozczaruje, innych ucieszy.

To co może najbardziej zniesmaczyć, np. sceny gwałtów, rozgrywają się po za kadrem, są jedynie sugerowane. Nie zobaczymy tu też żadnych wymyślnych tortur, krew nie poleje się strumieniem, a potyczka z antybohaterami bardziej skupia się na ganiance.

killing ground

killing ground

Fabuła jest prosta choć twórca starał się trochę namieszać. Początkowo śledzimy równorzędnie dwa wydarzenia rozgrywające się w innym czasie, w przeciągu dnia czy dwóch. Pierwsze to spotkanie antagonistów z obozującą rodzinką i finał owego spotkania.

Tuż obok śledzimy losy Sam i Iana, którzy są o krok od zagrożenia ale jeszcze o tym nie wiedzą. Dla widza to żadna rewelacja, bo i tak wiemy do czego to zmierza. Przez to oczekiwanie zaczynamy sobie wyobrażać bóg wie co, a finalnie dostajemy wspomniane ganianki. Może gdyby nie te porównania do wspomnianych wcześniej obrazów nie przeszłabym przez fabułę "Killing ground" tak obojętnie. Dobra, może nie obojętnie, bo scena z dzieciątkiem jednak mnie trafiła, ale reszta bez rewelacji. Dziwi mnie tym bardziej, że film dostał kategorię R.

Dość o moich rozczarowaniach, trzeba poszukać plusów. Plusem bez wątpienia są plenery, które mamy szansę podziwiać. Scenariusz czynił też próbę nakreślenia charakterystyk bohaterów, ale nie zaszedł z tym zbyt daleko. Dość bym mogła domniemać, że słodka miłość Sam i Iana, zakończy się po tym kempingu, bo laska była poważnie wkurwiona na postawę swojego faceta.  Antagoniści prezentują się nieco lepiej. German ze swoimi nieco aborygeńskimi rysami przypomina dzikiego zwierza, a Chook to przy nim ledwie amator. Jakby powiedziała Miranda z "Gothiki": klasyczny układ mistrz i uczeń. Na tle większości tego typu sodomitów wypadają jednak blado. Wszytko jest więc średnie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W sakli brutalności: 2/10

niedziela, 20 sierpnia 2017

Belko Experiment (2016)

belko experiment

Belko Industries, amerykańska korporacja otwiera siedzibę w stolicy Kolumbii. Pracę znajdują tam miejscowi, ale też znaczna rzesza oddelegowanych amerykańskich pracowników.

Tu, w budynku na obrzeżach miasta zostaje uwięzionych osiemdziesięciu pracowników amerykańskiego pochodzenia. Głos dobywający się z głośników nakazuje im by w ciągu półgodziny zabili dwie osoby ze swoich szeregów, w przeciwnym razie 'zostaną wyciągnięte konsekwencje'.

Zdrowy rozsądek nie pozwala korposzczurom na wykonanie polecenia toteż zgodnie z zapowiedzią trupem padają cztery losowo wybrane osoby. Stawka rośnie, następna komenda nakazuje im zabić trzydzieścioro osób, w przeciwnym razie zlikwidowanych zostanie dwa razy więcej.

"Belko experiment" kategoryzowany jest jako film akcji, gdzieniegdzie jako thriller. Przychylić się mogę do jednej i drugiej opcji, a ze względu na znaczną dozę brutalności pokusiłabym się jeszcze o kategorię horroru.

Jest to jedna z tych produkcji obnażających brutalność eksperymentów socjologicznych. Może Wam skojarzyć się z "Circle", "Eksperymentem", czy nawet "Cubem", czy "Piłą", bo rzecz polega na tym by zaprezentować brutalność ludzkiej natury w sytuacji zagrożenia życia sprowokowanej przez odgórnie kontrolowane warunki.

belko experiment

Pomysłodawca i scenarzysta filmu za cel obrał pracowników korporacji. Mówi się, że tacy ludzie są zdolni do wszystkiego, dla wyższego stanowiska, dla premii czasami nawet dla zwykłego samozadowolenia. Lata spędzone w szklanym biurowcu zmieniają ludzi nie do poznania jednym wpajając głód sukcesu innym pozostawiając zwykłą wolę przetrwania. Nie chcę nikogo urazić, ale korporacje mnie przerażają.

Bohaterzy filmu to pracownicy firmy Belko. Nie wiadomo czym tak na dobrą sprawę się zajmują, profil firmy jest równie niejasny co ogłoszenia o rekrutacji generowane przez działy HR. Poznajemy ich w czasie jednego poranka spędzonego w biurze. Od progu są legitymowani i sprawdzani, co więcej dowiadujemy się, że wszyscy amerykanie zostali dodatkowo zaczipowani, niby dla ich bezpieczeństwa.

Szybko przechodzimy do akcji właściwej gdy z głośników zaczynają padać niecodzienne instrukcje kierowane do pracowników. Jedni są tym zaniepokojeni, inni idą się uspawać na dach. Szybko okaże się, że nie są to żarty, bo ludzie zaczynają ginąć.

belko experiment

Tu następuje przełamanie. Powstają obozy przeciwników i zwolenników ludobójstwa. Wyłaniają się czarne charaktery, raczej nie inaczej pod wodzą najwyższego szczeblem pana dyrektora, oraz bohaterzy pozytywni w tym mały lichy korposzczurek, który próbuje odwieść towarzyszy od mordowania się nawzajem.

W panice ludzie robią różne głupie rzeczy i od przypadkowych potknięć się zaczyna, a gdy padnie już pierwszy trup, to Drodzy Państwo, zero zasad jak w mądrej piosence Lao Che: skoki do gardła i rzuty ołowiem. Robi się coraz bardziej brutalnie.

belko experiment

Reżyserem filmu jest Pan od "Wolf Creeak" więc możecie się domyślić, że gościu zadbał o odpowiednie wyeksponowanie rozjebanych głów. Potencjalnych ofiar i oprawców jest gro, więc główna część filmu to nieprzerwana fala przemocy, aj, jest na co popatrzeć, Drodzy skrzywieni amatorzy krwi.

Nie jest to jednak pozbawiona sensu nawalanka, bo możemy tu obserwować całkiem interesujące mechanizmy zachowania, różnorodne postawy, ale nie zapędzajmy się bo jednak nie jest to obraz najwyższych lotów, więc trafiamy też na pewne płycizny i skróty myślowe. Jedno co bym zdecydowanie zmieniła, to ukróciła zakończenie.

SPOILER: Zamiast tej gatki szmatki z panem pseudo socjologiem zakończyłabym fabułę z chwilą gdy nasz final boy zabija ostatniego pracownika Belko. KONIEC SPOILERA.

Efekt finalny jest jednak dobry i przyznam, że oglądałam to dzieło z zainteresowaniem toteż mogę go spokojnie zarekomendować.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

66/100

W skali brutalności:4/10

środa, 16 sierpnia 2017

El guardián invisible/ Niewidzialny strażnik (2017)

niewidzialny traznik

Detektyw Amaia Salazar po powrocie ze stanów gdzie miała okazję pracować w szeregach FBI angażuje się w sprawę serii morderstw w swoim rodzinnym miasteczku. Od jakiegoś czasu w Elizando giną młodziutkie dziewczyny, które morderca zabija w myśl swojego rytualnego modus operandi. Amaia zauważa, że już przed laty w dolinie doszło do kilku niewyjaśnionych zabójstw i zaczyna łączyć sprawy. Niestety Elizando nie jest dla niej zwykłym miejscem zbrodni lecz też siedliskiem przykrych wspomnień z czasów dzieciństwa, co bardzo utrudnia jej działanie.

Tytuł "Niewidzialny strażnik" może być Wam już znany za sprawą książki pod tym samym tytułem, która ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Wchodzi ona w skład całej serii przygód naszej detektyw Salazar.

Na scenariusz filmowy przełożył ją scenarzysta "Rec'a" i "Granic bólu", bardzo sprawny Hiszpan, Lusio Berdejo. Reżyserię powierzono nie mniej doświadczonemu Fernando Molinie, choć zwykł on obracać się raczej w innym filmowym gatunku. Mogę powiedzieć, że efekt ich współpracy jest bardzo udany. Otrzymujemy bowiem dobre kino z pogranicza thrillera i kryminału, którego fabuła skupia się na postaci seryjnego zabójcy. Jest to kino hiszpańskie nie amerykańskie więc mniej tu sensacji, a więcej, bo ja wiem? Uduchowienia?

niewidzialny traznik

niewidzialny traznik

Klimat filmu ma w sobie coś złowrogiego i baśniowego. Bardzo udane zdjęcia plenerowe ukazują nam Hiszpanię od zupełnie nie słonecznej strony. Pojawiają się złe wróżby tarota i baskijskie legendy o strażniku natury. Tuż obok morderca, który obrał za cel udowodnienie światu swoich przekonań względem dorastających dziewcząt. Według mnie takie połączenie bardzo się udało. Jakby tego było mało na dokładkę otrzymujemy mocne wątki dramatyczne dotyczące Amai i jej relacji z rodziną. Retrospekcje z jej dzieciństwa to taka wisienka na torcie.

Jednoznacznie mogę stwierdzić, że film mi się podobał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

62/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 04 sierpnia 2017

Die Hölle/ Piekło (2017)

piekło

Ozge, była narkomanka, wychowana w muzułmańskiej rodzinie imigrantów z Turcji, przemierza Wiedeń na nocnych dyżurach taksówką, po czym wraca do obskurnego mieszkanka w czynszowej kamienicy. Pewnej nocy po powrocie z pracy staje się świadkiem morderstwa. Widzi jak mężczyzna morduje jej sąsiadkę, prostytutkę. Pech chce, że i on ją zauważa. Seryjny zabójca kobiet obiera Ozge za następny cel.

"Piekło" to thriller produkcji austriackiej i niemieckiej. Bohaterką, raczej nie inaczej, jest imigrantka wyznania islamskiego. Generalnie cała fabuła kręci się wokół świata przybyszy ze wschodu. Tematy imigracyjne będą tu na pierwszym miejscu, ale nie Angela Merkel ma tu głos, więc nie będzie słowa o kulturowym ubogaceniu.

Jest to kino gatunkowe, trzyma sie motywów stosowny dla thrillera z seryjnym mordercą. Nasza bohaterka nie jest jakąś bidulką zakutaną w burkę, lecz kobietą wyzwoloną z patriarchatu w jakim dorastała. Jej dzieciństwo zresztą odgrywa tu nie małą rolę.

Obecnie Ozge zdołała podnieść się z rynsztoka i już nie rozładowuje agresji na sobie. Trenuje tajski boks i jest doprawdy twardą babką. Lecz nawet najtwardsza postać może stać się ofiarą, gdy upatrzy ją sobie świrnięty sukinsyn z misją.

W sytuacji gdy Ozge staje się świadkiem morderstwa zaczyna bezskutecznie poszukiwać pomocy. Jedyną przyjazną jej osoba okaże się mało znaczący detektyw, który poświęca się opiece nad zdemenciałym ojcem. Wspólnymi siłami wytropią morderce.

piekło

piekło

Fabularnie można by rzec film podobny do setek innych. Ilu mieliśmy już biblijnych morderców? Ile niewiast kryjących się w ramionach twardych gliniarzy, bo znalazły się w złym miejscu o złym czasie?

Rzecz w tym, że "Piekło" prezentuje rzeczywistość z innego kręgu kulturowego. Owszem rozgrywa się na zachodzie, ale w świecie imigrantów wyznania 'nie biblijnego'. Nasz morderca w zasadzie niewiele różni się od fanatyków chrześcijańskich (jak pan z "Siedem") z tym, że posługuje się inną lekturą i odbiorcą jego działań - jakkolwiek to brzmi - jest inna grupa docelowa.

Ten kontekst kulturowy jest też istotny jeśli idzie o wątki obyczajowe i dramatyczne. Jest tu rasizm, seksizm i cały wachlarz powikłań jakie mogą wystąpić w wyniku zderzenia odmiennych idei. Myślę, że właśnie to sprawia, że film staje się ciekawszy.

Niewątpliwym plusem jest też tempo akcji. "Piekło" ociera się wręcz o sensacyjne kino kryminalne, choć miejscami można odnieść wrażenie, że z tego rozpędu gubi logikę zdarzeń, ale jestem w stanie litościwie przymknąć na to oko. Reasumując film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 31 lipca 2017

Frenzy/ Szał (1972)

frenzy

W Londynie grasuje seryjny morderca kobiet zwany 'krawaciarzem'. Krawaciarz ma sadystyczne zapędy, gwałci i dusi swoje ofiar własnymi krawatami. Ofiar stale przybywa, a wkrótce jedną z nich stanie się Brenda, była żona Richarda Blaney'a. Z racji pojawienia się naocznego świadka podejrzenie pada na Richarda.

O "Szale" często mówi się, że to ostatni dobry film Hitchcocka. Nie oglądałam dwóch następnych, które jeszcze zdążył zrealizować przed śmiercią, więc ciężko tu potwierdzić to stwierdzenie. Faktem jednak jest, że jest to jeden z bardziej docenianych obrazów mistrza suspensu.

Alfred nakręcił go 'na starych śmieciach', czyli w rodzinnej Anglii. Jak zwykle dobrze przemyślał wybór historii opartej na literackim pierwowzorze i wybór scenarzysty, który bezkompromisowo spełnił jego wolę mieszając nieco w fabule, tak że odstawała od oryginału.

Wrócił do Anglii i wrócił też do tematu, dzięki, któremu odniósł największy sukces - do motywu seryjnego zabójcy szczęśliwie porzucając kino szpiegowskie.

Mimo iż jest to bardzo późny film Hitchcocka i pozbawiony jest wielu charakterystycznych dla twórcy elementów- gdzie ślicznotki na miarę Grace Kelly? - to nadal jest to nieodzowne dziecię swego ojca. Hitchcocka można rozpoznać w ciętych ripostach, dowcipnych i inteligentnych dialogach i przede wszystkim w suspensie.

frenzy

Intryga kryminalna zbudowana jest bardzo dobrze mimo, że niektórzy mogą urągać na to, że Hitch tak szybko zdradza nam tożsamość mordercy- nie martwcie się, facet wie co robi. Mimo że prędko dowiemy się kto zabija, nie znaczy, że nie będzie tu elementu zaskoczenia- będzie jedynie prędko zostanie wprowadzony.

Mamy tu w zasadzie dwóch męskich bohaterów - głównych bohaterów - kobiety tradycyjnie po Hitchcockowsku robią za dodatek do wystroju - którzy mają wzbudzić w widzu niepokój. Pierwszym jest agresywny pijaczek frustrat, wściekły na cały świat zazdrosny o cudze sukcesy, drugim jest jego przyjaciel z sukcesami, ale nie w interesującej go branży - miłości - nadal poszukuje kobiety, która spełni jego specyficzne oczekiwania. To któryś z nich jest zabójcą działającym w morderczym szale.

To co Was pewnie zainteresuje, sceny morderstw. Hitchcock podszedł do sprawy odważnie, bo mamy i gwałty i duszenia. Nie cień noża, nie krew na ścianie. Jak na dzisiejsze standardy mogą się one wydać bardzo asekuranckie, ale przypomnijcie sobie jak to było kiedyś, jak było we wcześniejszych filmach Alfreda.Ofiary wyglądają delikatnie mówiąc nieestetycznie co też musiało budzić spory bulwers.

frenzy

Obok ciemnej strony mamy popis Hitchcockowskich żarcików. Nawet potencjalnym antybohaterom udaje się rozbawić widza, a takie postaci jak duet detektyw i jego żona to istni kabareciarze. Twórcy zapewniają nam więc rozrywki różnego rodzaju. W mojej ocenie jest to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Hitchcocka.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 29 lipca 2017

Berlin Syndrome/ Syndrom Berliński (2017)

berlin syndrome

Młoda turystka z Australii poznaje sympatycznego Niemca w czasie pobytu w Berlinie. Wyraźnie wpadają sobie w oko i bez zbędnych ceregieli przechodzą na drugi etap znajomości.

Kiedy Clare budzi się następnego dnia w jego mieszkaniu ze zdziwieniem stwierdza, że drzwi są zamknięte. Bierze to za roztargnienie Andi'ego, który miał zapomnieć zostawić jej klucze. Dziewczyna spędza u niego kolejną uroczą noc, a rano sytuacja z zamkniętymi drzwiami powtarza się. Wygląda na to, że zakochany mężczyzna nie zamierza wypuścić dziewczyny.

berlin syndrome

'Berlin Syndrome" to australijski thriller, który, jak wskazuje tytuł, nawiązuje go Syndromu Sztokholmskiego. Kto nie wie co to jest już spieszę z wyjaśnieniem.

Termin ten został stworzony przez psychologa-kryminologa, który pracował przy przesłuchaniu ofiar napadu, który miał miejsce w Sztokholmie w latach '70. Przestępcy przez parę dni przetrzymywali przypadkowe osoby jako zakładników. Po uwolnieniu ofiary odmówiły zeznawania przeciwko oprawcom. Badający sprawę psycholog, uznał, że w takich sytuacjach, może dojść do zaistnienia pokrętnej relacji między napastnikiem a ofiarą, która zaczyna zaczyna przywiązywać się do porywacza, z którym spędza bardzo dużo czasu w izolacji.

Na całym świecie odnotowuje się setki takich przypadków. Niektóre są bardzo znane, szczególnie te które dotyczą ofiar przestępców seksualnych. Pamiętacie "Taśmy z Poughkeepsie"? Tam widzimy syndrom sztokholmski w wersji hardcore.

"Berlin Syndorme' nie ukazuje sprawy tak brutalnie co nie znaczy, że kontekst wydarzeń nie jest na tyle sugestywny by widz mógł się wczuć w sytuację ofiary.

Ofiarą jest młoda i jak widać naiwna Clare. Szuka wiatru w polu i nawiązuje przypadkowe znajomości. Pech w tym, że trafia na Andiego.

Widzimy jak dziewczynie z trudem przychodzi ogarnięcie sytuacji. Widzimy jej dramatyczny rozwój, w którym leży, zasikana i przywiązana do łóżka. Widzimy jak znajduje pęk włosów w odpływie wanny- najpewniej należący do poprzedniczki.

Są też chwile, w których Andi traktuje Clare całkiem dobrze. Daje jej psa, dostarcza lektury do czytania. Widzimy gdy dziewczyna tuli się do niego z bezradności.

Myślę, że pod względem psychologicznym jest to całkiem zgrabny obraz syndromu sztokholmskiego. Tu spory plus za kreacje aktorskie, które na pewne przysłużyły się temu efektowi, w równej mierze co scenariusz. Przypadło mi też do gustu psychologiczne uzasadnienie postawy Andiego.

berlin syndrome 

Jeśli miałabym wskazać jakieś wady, czy potknięcia, to cóż... można podważyć zdolności racjonalnego myślenia naszej bohaterki, jej zaradność. Na pewno u każdego z widzów zrodziło się tysiąc pięćset pomysłu na to jak załatwić psychola i dać nogę, ale cóż plan był inny.

Druga rzecz, akcji można zarzucić zbyt dużą ospałość, ale moim zdaniem takie tempo wynikało z założeń fabularnych: dobremu zobrazowaniu postępującego załamania u bohaterki.

Generalnie jest dobrze, ale do wyrwania z kapci trochę zabrakło

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 22 lipca 2017

Jack (2015)

jack

Jack Unterweger w 1976 zostaje skazany na dożywocie za gwałt i morderstwo osiemnastolatki. Odsiadując wyrok zaczyna pisać sztuki teatralne, opowiadania i wreszcie  autobiograficzną powieść "Czyściec", która z jakiś powodów zachwyca elity intelektualne Austrii.

Jack skutecznie ubiega się o zwolnienie warunkowe. Wychodzi na wolność jako dojrzały mężczyzna, przykład sukcesu procesu resocjalizacji. Jest rozchwytywanym celebrytą, któremu nie brakuje powodzenia u kobiet. Wkrótce po jego zwolnieniu, w Wiedniu rozpoczyna się fala morderstw na prostytutkach.

Kojarzycie takiego typa jak "Dusiciel z Wiednia"? Oto przed Wami Jack Unterweger, cud resocjalizacji, albo raczej mistrz manipulacji. Człowiek, który wydymał austriacki wymiar sprawiedliwości. Nabrał wszystkich. O jego zwolnienie z więzienia apelowała sama noblistka Elfriede Jelinek autorka "Pianistki" - ktoś kto czytał powieść, powie: wiadomo, że baba ma niepokolei, ale fakt faktem, że talent prozatorski mordercy zamydlił wszystkim oczy.

Po raz pierwszy z historią Unterwegera spotkałam się przy okazji lektury książki "Pisarz, który nienawidził" kobiet. Służyła mi za lekturę na wykładach z psychometrii, z której i tak nic nie kumałam. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z tego, że oto mam do czynienia z historią opartą na autentycznych wydarzeniach. No, bo jak to tak? Później usłyszałam o kanibalu z Japonii, który po dokonaniu makabrycznego czynu w Europie żyje sobie w ojczyźnie w blasku glorii - nic mnie już nie powinno dziwić.

jack

Muszę przyznać, że sama historia Unterwegera jest bardziej porywająca niż nakręcony przez Elisabeth Scharnang obraz w oparciu o nią. Film jest bodaj produkcją dla TV i byłabym rada gdybym mogła obejrzeć coś zgrabniejszego na ten temat.

Seansu z "Jack'em" absolutnie nie odradzam, bo jakby nie patrzeć jest to szansa na poznanie niezwykle interesującej historii, ale wykonanie mogłoby być lepsze.

Z plusów odnotować muszę kreację aktorską głównego bohatera, który wypada bardzo przekonująco. Z minusów zdecydowanie nierówny tok narracji, która wprowadza więcej zamieszania niż to konieczne.

Akcja filmu rozpoczyna się z chwilą opuszczenia przez morderce murów więzienia. Poznajemy go jako gościa talk show, błyskotliwego, owianego tajemnicą intelektualistę i artystę.

Jack zaczyna pracę jako dziennikarz. Związuje się z kobietą, która jego mordercze zapędy odczytuje jako akty miłości. Stwierdza, że Jack potrafi kochać jak nikt inny.

jack

Są lata 90 i austriacka policja nie ma szczególnej wprawy w tropieniu seryjnych zabójców, a właśnie takowy zagnieżdża się na ich terenie. Zaczynają ginąć prostytutki. Oczywiście nieprędko padnie podejrzenie na Jacka. Nie pamiętam już jak konkretnie tę kwestie przedstawiono w filmie, ale prawdziwy Jack w swojej dziennikarskiej karierze poruszał temat seryjnych morderców - można rzec dzielił się informacjami z pierwszej ręki. W końcu rozwija skrzydełka na tyle, że Austria to dla niego za mało. Tak zostaje mordercą międzynarodowym.

Film skupia się na tym by jak najlepiej sportretować mordercę. Idzie to jak idzie, ale nie można mu odmówić tego, że poznamy tu sporo faktów z życia Jacka w tym jego własną interpretację swojego zachowania. Tu zaskoczenia nie będzie, przypadek bardzo typowy.

Jest więc tak jak wspomniałam, film średni, ale sama historia świetna i jak zwykle gdy pisze ją życie - dziwniejsza od fikcji.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:5

58/100

W skali brutalności:2/10

środa, 19 lipca 2017

The Wolves at the Door/ Wataha u drzwi (2016)

wataha u drzwi

Grupa znajomych z Los Angeles organizuje przyjęcie pożegnalne dla przyjaciółki, która wkrótce ma przeprowadzić się do Bostonu.

Wojtek, Sharon, Jay i Abigail po wypadzie do meksykańskiej knajpy udają się do domu Sharon w Beverly Hills i tam zostają zaatakowani przez grupę ludzi.

To drugi film, w którym maczał palce Gary Duberman, który miałam okazję obejrzeć w ostatnim krótkim czasie. I jest to drugi film, którego scenariusz nie napawa mnie optymizmem względem jego kolejnego dzieła, czyli remake "It".

Scenariusz "Watahy..." do klasyczne home invasion.

Fabuła bardzo nieśmiało zarysowuje portrety bohaterów, o których życie powinniśmy drżeć w punkcie kulminacyjnym. Przez co, nie bardzo drżymy. No może kobiety w ciąży będą w stanie zidentyfikować się z drugoplanową bohaterką Sharon, która w momencie ataku na swój dom jest w zaawansowanej ciąży. Jej błagania o oszczędzenie dzieciątka chyba jako jedyne robią tu większe wrażenie. Reszta scen napaści jest tak chaotyczna, pospieszna i pourywana, że nie bardzo można ogarnąć co właściwie się dzieje. Natomiast tylko jedna scena z udziałem Abigail, gdy bezskutecznie próbuje dotrzeć do sąsiada może imitować napięcie.

wataha u drzwi

Przykro mi to mówić, bowiem "Wataha...", jak może zorientowała się część z Was, nie jest kolejną wyssaną z palca historią o bezzasadnym ataku na ludzi w ich własnym domu, a bardzo medialną i myślę dość powszechnie znaną zbrodnią. Tym, którzy nie znają historii sekty Charlesa Mansona radzę odpuścić sobie czytanie dalszej części tekstu, bo zdradzam tam coś więcej niż tylko fabułę filmu.

SPOILER AD. HISTORII: Śliczna jasnowłosa Sharon Tate była żoną polskiego reżysera Romana Polańskiego. Gdy ten pracował nad kolejnym filmem w Londynie - z tego co wiem z filmu ostatecznie nic wtedy nie wyszło - ona i jej nienarodzone dziecko zmarli w Beverly Hills. Pamiętam jeden z nielicznych wywiadów z Romkiem, gdzie wypowiadał się na temat tej sprawy. Gdy dostał telefon ze Stanów, mówiący, że zdarzył się straszny wypadek, biedak sądził, że to wzgórze u podnóża, którego stał dom osunęło się. Prawda okazała się o wiele gorsza. Romek nie tylko stracił żonę i dzieciątko, ale też pojawiły się insynuację na temat jego udziału w zbrodni. Ostatecznie okazało się, że Charles Manson wraz z grupą wyznawców zaatakował jego żonę, która spędzała wieczór z przyjaciółmi i wszystkich zamordowano.

Manson dorobił do tego wielką ideologię, dzięki której zyskał popularność, jednak sam Romek we wspomnianym wywiadzie zasugerował, że powód był bardziej prozaiczny. Do niedawna dom był własnością producenta muzycznego, który pogardził geniuszem Mansona i ten postanowił go ukarać. KONIEC SPOILERA

Fakt, że film porusza sprawę, o której bliscy zmarłych nie chętnie mówią może tłumaczyć takie, a nie inne postępowanie scenarzysty. Chciał ukazać zbrodnie z perspektywy ofiar, ale nie bardzo mógł. O przebiegu zajścia nie wiele wiadomo, a lanie wody w tak poważnej sprawie raczej nie spotkałoby się z aprobatą ze strony zainteresowanych. Fabuła bardzo na tym traci. Na ten sam temat swój film zamierza nakręcić Tarantino, ciekawe czy jako bardziej znany reżyser będzie miał większe pole do popisu.

wataha u drzwi

Sharon, która była chyba najbardziej znaną z ofiar odgrywa tutaj drugie albo trzecie skrzypce. Widać w tym dużą ostrożność scenarzysty, choć podejrzewam, że i tak osoby, które znały ją osobiście mogą mieć wątpliwości względem jej filmowej charakterystyki. Wszystko skupia się na Abigail, która no cóż, znam ją tylko z tego wypadku, i na jej relacji z Wojtkiem Frykowskim.

"Watah u drzwi" to pewna próba odtworzenia faktów, ale nie uznałbym tego za błysk. Jako kino rozrywkowe też sprawdza się średnio ze względu na wspomniane ograniczenia, przed którymi stanęli twórcy. Nie poznamy tu też antagonistów, bo przedstawieni są jako bezimienna wataha, tak więc nic tu po mnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 13 lipca 2017

Valley of ditches (2017)

valley of ditches

Młoda kobieta zostaje uprowadzona przez religijnego fanatyka, który w ramach boskiej misji zamierza 'oczyścić ją z grzechu'. Oczyszczenie przynieść może tylko śmierć. Lecz mężczyzna ne zamierza jej od tak zabić.

"Valley of ditches" to niskobudżetowy thriller nakręcony za mniej niż 50 tysięcy dolców. Budżet filmu jest lichy nawet jak na niskobudżetówki. To spore osiągnięcie nakręcić film za taką kwotę, zwłaszcza, że w czasie seansu żaden widz nie powinien szczególnie odczuć dziury budżetowej twórców.

Finansowe braki filmowców najłatwiej odczuć w warstwie technicznej. Brak profesjonalnego sprzętu i doświadczonych operatorów i montażystów, że o aktorach już nie wspomnę. Nie wiem jak reżyser rozwiązał ten problem, ale skompletował całkiem dobrą ekipę. Przyznać trzeba, że fabuła filmu, nie wymagała wielkich eksperymentów technicznych, brawurowych efektów, czy większej charakteryzacji aktorów.

valley of ditches

Akcja filmu dzieje się generalnie w jednym miejscu. Jest to spory połać pustynnej ziemi, gdzie antybohater przywozi skrępowaną ofiarę. Dalej zaczyna się monolog sprawcy, który ma uświadomić tam ogrom jego szaleństwa.

Nasza ofiara, skrajnie przerażona nie zamierza się poddać, gdy w sytuacji beznadziejne znajduje szansę na ocalenie. Nie zobaczymy tu większych tortur niż przemoc psychiczna i obietnica śmieci. Jak bardzo prawdopodobne jest, że kobieta dokona żywota na pustyni widać po leżącym tuż obok trupie. Trupie jej chłopaka, którego psychopata zdążył już uśmiercić.

valley of ditches

Dalszy rozwój wydarzeń sprawia, że film ten ma więcej z survival horroru niż sadystycznego pokazu do jakiego dochodzi ilekroć na aren wkracza wykolejeniec.

Cała groza sytuacji opiera się w zasadzie na odosobnieniu pięknie zaprezentowanemu dzięki zdjęciom. Dobór lokalizacji miejsca akcji odegrał tu ogromną rolę.

A sama historia, cóż... większość widzów uzna ją za mało atrakcyjną i w pewnym stopniu nie dziwię się temu.

Film ma jednak swoje przesłanie, które stara się ukazać nie tylko dzięki bieżącym wydarzeniom, ale także retrospekcjom z życia ofiary. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, bo wówczas oglądanie "Valley of ditches całkowicie straci sens, tak więc na tym zakończę. Czy polecam? Niekoniecznie, choć warto zobaczyć żywy dowód na to, że filmowcy bez kasy też mogą zrobić coś na poziomie tego co inni kręcą za grubą kasę.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 09 lipca 2017

The Deep End aka 12 feet deep (2016)

deep end

Bree właśnie zaręczyła się ze swoim chłopakiem, Davidem i zamierza powiadomić o tym dawno niewidzianą siostrę Jonnę, w czasie spotkania na basenie.

Kiedy rozmawiają nadal nie poruszywszy kluczowego tematu pada komunikat, że lada moment basen zostanie zamknięty w związku z przedłużonym weekendem. Wtedy Bree orientuje się, że zgubiła swój cenny pierścionek zaręczynowy. Jej siostra wypatruje go na dnie basenu utkwionego w kracie.

Gdy dziewczyny usiłują odzyskać zgubę pokrywa basenu zamyka się a pracujący tam nadzorca wychodzi z budynku do domu. Bree i Jonna są uwięzione pod pokrywą i nie bardzo mogą liczyć na ratunek.

Twórców "The deep end" nie nazwałabym poszukiwaczami oryginalnych rozwiązań fabularnych. Ich nazwiska kojarzą mi się z filmem "Victim" z 2010 roku, będącego dość bezczelną kalką "Skóry w której żyję".

"The deep end" też oryginałem nie jest. Jest to kolejny thriller utrzymany w klimacie survivalu i traktujący o uwięzieniu w wodzie.

Co prawda mamy tu ograniczoną przestrzeń basenu zamiast naturalnego akwenu, gdzie czekać mogą dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z tubylczymi stworzeniami.

Z uwagi na to będzie zdecydowanie mnie emocjonująco. A może wcale nie chodzi o to? Myślę, że scenariusz filmu kulał od początku. W tego rodzaju filmach, jeden na jeden z dwojgiem aktorów ważne jest by dobrze zarysować ich wzajemne relacje. Wątków należnych filmom grozy mamy tu nie wiele więc atmosferę trzeba budować za sprawa wątków dramatycznych. Tych mamy tu urodzaj, ale poprowadzonych tak płasko, że efekt jest silnie kanciasty.

deep end

deep end

Obydwie siostry są bardziej irytujące niż interesujące. Ich historia, kwestia trudnego dzieciństwa jawi się ciekawie, ale są to motywy zupełnie nie wykorzystane, podobnie jak w przypadku trzeciego aktora dramatu, który w końcu pojawi się na scenie. Tak naprawdę to ciężko jest zrozumieć motywację bohaterów. Wszyscy są emocjonalnie rozjechani.

Wątki survivalowe, jak wspomniałam wypadają dość wtórnie, a ich prowadzenie jest bardzo nierówne. Na pewno znajdziecie tu całą masę 'ale', a co bardziej upierdliwi, będą kląć na logikę zdarzeń.

Powiem szczerze, że bardzo lubię tego rodzaju historie: Uwięzieni przez własną głupotę, albo złośliwy splot zdarzeń. Jednak w przypadku tego konkretnego filmu trudno mi mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W sakli brutalności:1/10

wtorek, 04 lipca 2017

Don't Look Back/ Pogrzebać przeszłość (2014)

pogrzebać przeszłość

Młoda pisarka Nora specjalizująca się w literaturze dziecięcej po latach wraca do dom gdzie dorastała. Tu próbuje skupić się na pisaniu kolejnego tomu przygód Veronicy, ale jej spokój zakłócają powracające wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pod opieką babci. Wkrótce wprowadza się do niej sublokatorka, Pyton. Serdeczne zachowanie nowej przyjaciółki szybko zmienia się w obsesyjną chęć zawładnięcia Norą.

Dobrze, że nie zobaczyłam oceny tego filmu w sieci nim wzięłam się za seans z nim, bo pewnikiem bym zrezygnowała. Niska ocena, plus kiepski plakat promujący, plus banalny tytuł, plus średnio zachęcający opis. To wszytko przymioty całkiem niezłego, jak się okazało, filmu.

Żeby Was do niego zachęcić, jak trzeba, musiałam bym polecieć tęgim spoilerem, bo to co ujęło mnie w jego fabule to właśnie to czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Może to kwestia mimo wszytko niewielkich oczekiwań, a może moje dobrego nastroju, ale dałam się tej historii podejść i zaskoczyć. No, dobrze, w pewnym momencie już domyślałam się co jest grane nie mniej jednak nie odnotowuje tego na niekorzyść scenariusza.

pogrzebać przeszłość

pogrzebać przeszłość

Bohaterką filmu jet młodziutka pisarka, która ma na koncie kilka wydawniczych sukcesów. Pisze powieści dla dzieciaków, historyjki o niejakiej Veronice. Tu znajduje się pierwszy haczyk- skąd wzięła się Veronica - to jeden z lepszych fabularnych zgrywów. Nie jest ona ot tak wytworem wyobrazi autorki. Klucz do tajemnicy Veronicy tkwi w przeszłości Nory. A przeszłość tą poznamy dzięki retrospekcjom. Początkowo niejasnym. Z czasem zyskującym na intensywności przekazu.

Jest jeszcze lokatorka, Pyton, która też ma tu rolę do odegrania - ważną jeśli nie najważniejszą.

Nie jest to kino wysokim lotów, ani wielkiego budżetu, ale nadrabia pewnym sprytem w sprawnym wykorzystaniu w gruncie rzeczy ogranych motywów.Spokojnie można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klima:5

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 27 czerwca 2017

Ham-jeong aka Deep Trap (2015)

deep trap

Bezdzietne małżeństwo wybiera się na wycieczkę na odludną wyspę by tam popracować nad swoją relacją. Na miejscu trafiają do 'restauracji' niejakiego Seong -Cheol Parka, którą mężczyzna prowadzi wraz z żoną. Wycieczkowicze zostają u nich na noc, a wkrótce z powodu awarii samochodu zmuszeni są zostać dłużej. Każda kolejna godzina spędzona u Parków nastręcza podejrzeń, że ich los jest zagrożony.

Thriller z Korei Południowej, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

W roli głównej mamy weterana koreańskiego kina, Dong-seok Ma, który kręci po kilka a nawet kilkanaście filmów rocznie. Ostatnio widziany w "Pociągu do Busan". To jego rola  Parka zdominowała "Deep trap" - jak na porządnego antybohatera przystało.

Fabuła filmu kręci się wokół czterech osób Joon-sik Kwon i jego żony, oraz Seong- Cheola i jego żony.

deep trap

Gdy wycieczkowicze trafiają do restauracji Parków, rozpoczyna się biesiada, już wiemy, że będzie z tego klops. Joon-sik wyraźnie ma problem z alkoholem co skrzętnie wykorzystuje właściciel restauracji. Podstępem wmanewrowuje go w bardzo nie fajną sytuację po to by zrealizować własny cel. Szybko zorientujemy się, że Parka ma kuku na móniu, a położenie jego żony, tak samo jak przyjezdnych, jest bardzo nieciekawe.

deep trap

Mamy tu ciekawą rozgrywkę psychologiczną, ale też sporo brutalnej akcji. Fabularnie jest zdecydowanie dobrze. Jak na thriller przystało będzie napięcie i element zaskoczenia. Na tle kina koreańskiego wypada dobrze, choć nie bardzo dobrze. Filmowcy z tego kraju tak wywindowali poziom, że czasem sami nie są w stanie mu sprostać. Nie mniej jednak jest to udana produkcja, zwłaszcza dla kogoś kto lubi takie klimaty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 20 czerwca 2017

A martfüi rém aka Starangled/ Potwór z Martfu (2016)

martfu

W 1957 roku w małym robotniczym miasteczku na Węgrzech zostaje zamordowana młoda pracownica fabryki butów. O ten czyn zostaje oskarżony jej kochanek Akos Reti i po intensywnych przesłuchaniach zostaje skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Podczas gdy mężczyzna odsiaduje wyrok, odsiadkę ową uatrakcyjniają mu pouczające spotkania ze współosadzonymi, w Martfu znowu zaczynają ginąć młode kobiety. Bystry detektyw zaczyna podejrzewać, że przed siedmioma laty złapano nie tego człowieka.

Sylwetkę głównego antybohatera filmu, Petera Kovacsa, poznałam dopiero dzięki temu filmowi. O ile za oceanem tacy osobnicy szybko zyskują ogólnoświatową popularność o tyle zbrodniarzy działających pod komunistycznym blokiem wymazuje się z kart historii. Nawet w Polsce, urodzajnej w takich wykolejeńców, jak się okazuje, gdy władza zaczyna przecierać oczy po radosnej amnestii z przed 25 lat, ten temat nie był dotąd zbyt spopularyzowany. Teraz widzę, że i inni europejscy filmowcy zaczynają doceniać potencjał swoich narodowych antybohaterów.

martfu

Węgierski obraz o seryjnym mordercy to taki miszmasz tego co udało się w tej materii osiągnąć polakom z typowo amerykańskim schematem.

Z polskimi filmami tego rodzaju nie wątpliwie łączy go historyczno-obyczajowe tło. Motywy polityczne, które tak, a nie inaczej wpływały na decyzje policji i prokuratury. Przygnębiające obrazy komunistycznej rzeczywistości oddane za pomocą posępnych w kolorystyce i doborze plenerów zdjęć.

Żaden jednak z polskich filmów tego rodzaju - w końcu nie jest ich dużo - nie razi taką dosłownością. Węgierski twórca wykłada kawę na ławę i niczego nie unika w swojej opowieści, ani brutalnych scen z mordercą ani nie stosuje zmyłek mogących ukryć jego tożsamość.

Praktycznie od samego początku wiemy, że odsiadujący wyrok chłopina nie jest winien zbrodni. Wkrótce zobaczymy winowajce w całej okazałości, na tle życia rodzinnego, a wkrótce także w jego zbrodniczym akcie. Wrażliwe dusze, tu zwracam się do Was, nekrofilskie gwałty nie są przyjemne dla oka, zwłaszcza dokonywane na kobietkach w kucykach, którym jeszcze nie zdążył dobrze wykiełkować biust. Takie właśnie tu będą widoki.

martfu

Sama historia opowiedziana jest dość sprawnie mimo tej sporej dozy dosłowności udaje się utkać tu pewną nic tajemniczości wokół mordercy. Dopiero postawiony pod murem wyzna co i dlaczego robił. Jego wyznanie jak często bywa w filmach opartych na faktach nijak ma się do hollywoodzkiego gwiazdorzenia. Ot, powód zbrodni bardzo podręcznikowy i typowy.

Obraz śledztwa, ponownego śledztwa w zasadzie, to głównie polityczne przepychanki ukazujące rażące uchybienia systemu. Mamy detektywa idealistę w kontrze z prokuratorem lizodupem, który nie zamierza przyznać się do machlojek, które zapewniły mu awans.

martfu

Film w ogólnym rozrachunku robi dobre wrażenie i w swoim gatunku sprawdza się jak najbardziej. Myślę, że zapoznać się warto chociażby po to by zobaczyć jak w Europie kręci się filmy o seryjnych mordercach.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:4/10

środa, 14 czerwca 2017

Crawlspace aka Within/ W ukryciu (2016)

w ukryciu

Trzyosobowa rodzina Alexandrów przeprowadza się do nowego domu. Ojciec rodziny John i jego narzeczona Melanie widzą w tym szansę na nowe życie, tylko nastoletnia córka mężczyzny, Hannah, skazana na areszt domowy po pijackim wyskoku jest niezadowolona z przeprowadzki. To właśnie ona jako pierwsza odnotowuje dziwne zjawiska w domu.

Jak jednym słowem można określić ten film? Sztampa, sztampa, sztampa. Nie powinno mnie to nawet dziwić zwróciwszy uwagę na nazwisko scenarzysty, twórcy miałkiej "Annabelle i kilku innych średnio udany projektów. Widać, że facet polotem nie grzeszy i nie ma zamiaru wychodzić za ramy bezpiecznego mainsreamu. Aż strach myśleć jak przerobi "It", bo wiecie, to on jest scenarzystą remake.

"W ukryciu" w założeniu miał stanowić połączenie thrillera z ghost story. Z czego początek filmu to zagrywki w stylu 'nasz dom jest nawiedzony', zaś druga część miała stanowić niespodziankę. I być może będzie stanowić, dla niedzielnego oglądacza filmów grozy. Cała reszta w mig rozgryzie sprawę, a zaskakujący zwrot zaskoczeniem nie będzie, bo pojawia się w wielu filmach - nawet nie musicie daleko sięgać pamięcią.

w ukryciu

w ukryciu

Od strony technicznej wypada ładnie. Bardzo przyjemnie się go ogląda. Obsada spisuje się całkiem dobrze i kot też jest, więc super.

Kilka scen ze sprawnie budowanym napięciem, które w założeniu mają straszyć. Bez większych zgrzytów w fabule, ale też o nadmiarze logiki w działaniu bohaterów nie może być mowy.

Tak w zasadzie nie ma co się nad tym filmem rozwodzić, bo wszytko co tu zobaczycie widzieliście już nie raz. Można obejrzeć dla relaksu i szybko wymazać z pamięci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

środa, 07 czerwca 2017

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

"Life" to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z "Life", nazwana Calvinem przypomina... bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z "Aliena" nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem 'Cosia'?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. "Life" punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom - prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby "Antrival". Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia", motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake'a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

środa, 31 maja 2017

Rupture/ Pęknięcie (2016)

rupture

Renee, samotna matka, zostaje uprowadzona przez grupę ludzi, którzy zamierzają poddać ją eksperymentowi naukowemu. Przerażona kobieta odkrywa, że nie jest jedyną ofiarą dziwnych naukowców.

Wkróce okaże się, że najważniejszym z elementów eksperymentu jest strach. Renee będzie miała okazję przestraszyć się jak nigdy dotąd.

Przyznam, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na Noomi Rapace w obsadzie. Opis fabuły średnio mnie zainteresował, choć finalnie muszę przyznać, że wcale nie był to najgorszy wybór - wbrew gminnej wieści, że film shitowy.

"Pęknięcie" to thriller sci -fi, traktujący o graniczących z szaleństwem eksperymentach naukowych. O ich konkretnym celu wolę nie mówić, żeby nie psuć Wam seansu. Ostatecznie prawdę o tym do czego zmierza ta historia mamy odkryć razem z jej bohaterką.

rupture

Przez znaczną część filmu nie wiemy więc o co chodzi. Podrzucane są nam szczątkowe informacje, które wskazują na coraz bardziej zakręcony pomysł twórców. Trzeba przyznać, że rzecz jest dość oryginalna, choć jeśli by się uparł w szukaniu nawiązań, to wątki z "Inwazji porywaczy" ciał w pewnym stopniu znajdują tu odzwierciedlenie. Ale tak to już jest z klasyką gatunku - jest wszechobecna.

Nasza bohaterka desperacko pragnie uciec, więc będziemy tu śledzić jej próby wydostania się z opresji. Charyzmatyczna Noomi Rapace doskonale wywiązała się ze swojej roli. Kibicujemy jej dzielnie i mamy z tego pewien ubaw. Ale doskonale nie jest.

Jak na film sci- fi nie zabraknie tu absurdu i moim zdaniem tego absurdu jest trochę za dużo. Mało naukowe to wszytko, ot co.

Jeśli chodzi o walory grozy, to też nie ma szału. Mnie przeraził wąż, ale mnie przerażają nawet liche zaskrońce w lesie więc, nie wiem czy można to uznać za błysk. Widzowie cierpiący na arachnofobię, jak nasza bohaterka, też znajdą tu coś dla siebie, bo jak wspomniałam celem naukowców jest wystraszenie Renee.

rupture

Cały konspekt historii, jak wspomniałam jest dość pomysłowy, ale zdałoby się dać tu trochę szlifów by efekt końcowy miał ręce i nogi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 16 maja 2017

Get Out!/ Uciekaj!

uciekaj

Chris wybiera się ze swoją dziewczyną Rose do jej rodzinnego domu by po raz pierwszy spotkać jej krewnych. Chłopak obawia się reakcji rodziny Armitage na jego kolor skóry, ale biała dziewczyna uspokaja go, że krewni i przyjaciele rodziny są jak najdalsi od rasizmu.

Po przybyciu na miejsce chłopak ze zdziwieniem obserwuje reakcje krewnych Rose na jego osobę. W ich entuzjazmie dopatruje się drugiego dna. Jedyni czarnoskórzy w otoczeniu Rose zachowują się co najmniej dziwnie, a Chris z godziny na godzinę czuje się osaczany przez nowych znajomych.

Jak to często się zdarza, patrząc na poprzednie roczniki w świecie horroru, najbardziej udane filmy roku przychodzą z nieoczekiwanej strony. Tym razem takim filmowym objawieniem może się stać "Uciekaj", debiut Jordana Peele w świecie grozy. Nikomu nieznany, albo znany tylko z komedii, facet ni z tego ni z owego kręci film za lekko ponad cztery banki i ciach, wszyscy pieją z zachwytu.

I krytycy i widzowie, i nawet przekorna ja, są zgodni co do tego, że mamy tu do czynienia z długo wypatrywanym powiewem świeżości w gatunku. Ktoś tam może kręcić nosem, że "Uciekaj" to nie horror lecz thriller psychologiczny, ale jak dla mnie łapie się w ramę kina grozy, jako budzący sporą dozę niepokoju dreszczowiec. Niepokój to uczucie, które winno Wam towarzyszyc w czasie sensu. Niepokój zbudowany nie za pomocą mrocznych kadrów, upiorów z innego świata czy psychopatów.

uciekaj

Fabułę filmu zbudowano na schemacie paranoid thrillera, gdzie główny bohater dopatruje się mrożącej krew w żyłach intrygi w miejscu gdzie inni widzą tylko sielankę.

Konstrukcja tej opowieści, jej bogactwo w pewną autoironie i społeczną satyrę w połączeniu z psychologicznym niepokojem spokojnie może skojarzyć się z twórczością Iry Lewina, autora "Dziecka Rosemary" i "Żon ze Stepford".

Nikt nie wykłada tu grozy na stół, ale skrywa się ona pod znaczącymi uśmiechami, strzępkami rozmów i sytuacji pozornie bez znaczenia.

uciekaj

Jordan Peele tak rozgrywa karty by niepokój widza nie słabł, a wręcz rósł, a wszytko to, jak wspomniałam bz użycia topornych zagrywek, bez efekciarstwa i elementów jasno określonych dla świata horroru. Niektórym może przyjść na myśl także skojarzenie ze starym "Society", ale mimo wszytko jest to bardzo oryginalna historia i powinna Was mile zaskoczyć.Technicznie też mu nic nie brak. Jak dla mnie wszytko w tym filmie jest jak należy, zasługuje na niejedną pochwałę i coś czuję, że będzie to najlepszy straszak roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl