What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z 2014

wtorek, 11 lipca 2017

Manhattan Undying (2014)

manhattan undying

Młody malarz, Max Garman dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Nie zamierza poddać się leczeniu więc, ma perspektywie parę tygodni życia. Postanawia wykorzystać ten czas na namalowanie nowego obrazu, który zwali wszystkich z nóg. Gdy szuka odpowiedniej modelki w jego mieszkaniu zjawia się tajemnicza piękność.

"Manhattan Undying" jest nietypowym vampire movie. Podobnie jak "Tylko kochankowie przeżyją" skupia się na warstwie dramatycznej, uderza w bardziej filozoficzny aspekt problemu nieśmiertelności, niż w jego horrorowy wymiar.

Jego bohaterami jest para: umierający artysta i wampirzyca, która wysysa krew z mężczyzn w czasie miłosnych aktów.

Vivian przychodzi do Maxa by ten namalował jej portret. Nie zdradza mu swojej tożsamości, przyznaje jednak enigmatycznie, że nigdy nie widziała swojej twarzy. Portret rozwiązałby ten problem. Jak wiecie, te legendarne stworzenia nie mają lustrzanego odbicia, nie można ich sfotografować ani sfilmować.

Wstępny pomysł - bardzo ciekawy, ale co dalej? No właśnie, dalej mamy wielki znak zapytania.

Max przygotowuje się na śmierć, starając się naprawić swoje błędy. W między czasie wymienia poglądy z tajemniczą modelką.

Nie wiem, może po prostu poezja słowa tym razem do mnie nie trafiła, ale relacja tej dwójki nie wzbudziła mojej ciekawości, a z ich rozmów nie wiele dla mnie wynikało. Czekałam aż wreszcie zacznie ją malować i coś ruszy do przodu.

Tak się w końcu stało, ale finał historii nie przyniósł zachwytu. Liczyłam, że w chwili gdy zobaczę śmiertelne dzieło Maxa, zrozumiem o co w tym wszystkim szło. Obrazu nie zobaczyłam.

manhattan undying

Scenariusz filmu tak silnie skupia się na zbudowaniu atmosfery tajemnicy, że fabuła nie ma o co zahaczyć. Masa niedomówień nakazuje obrać najprostszą drogę interpretacji.

SPOILER: Wampirzyca zakochała się w malarzu. Dzięki uczuciu obydwoje poczuli, że żyją i w spokoju sobie zmarli. KONIEC SPOILERA.

Jeśli oto tyle hałasu, to mamy to do czynienia z przerostem ambicji twórcy, który zbudował pewną formę, dla w gruncie rzeczy lichej treści.

Być może film zainteresuje poszukiwaczy vampire movie, ale dla siebie wiele tu nie znalazłam.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 1/10

środa, 05 lipca 2017

La Cueva (2014)

la cueva

Pięcioro znajomych, Ivan, Jaco, Carlos, Begona i Celia wybierają się na kemping na odludnej wyspie. Rozbiwszy obóz blisko plaży spędzają czas popijając i popalając trawkę. Nazajutrz natrafiają na interesujące znalezisko w postaci jaskini. Męska część ekipy postanawia spenetrować to miejsce ciągnąc ze sobą niechętne dziewczyny. Ich plan nie zakładał jednak dłuższej wyprawy jednak szybko okazuje się, że weszli głębiej niż zakładali i ni mniej ni więcej zgubili się.

"La Cueva" z hiszpańskiego znaczy tyle co jaskinia. To właśnie jaskinia będzie tu głównym antybohaterem, jeśli tak to można ująć.

W przeciwieństwie do chociażby bardziej popularnego "Zejścia" i jego sequelu młodzi bohaterzy nie odkryją w niej nic ponad klaustrofobiczne skalne labirynty. Fabuła koncentruje się więc wokół wątków czysto survivalowych: Jak grupa kompletnie nieprzygotowanych osób ma przetrwać w nieznanym miejscu?

Można rzec, że protagoniści są sami sobie winni, bo co to za pomysł by schodzić do jaskini z jedną butelczyną wody, paroma latareczkami i kamerą? Ja jednak w pełni rozumiem ich zapędy, bo sama zwykłam się pchać gdzie nie powinnam i cóż, w świecie horroru zawsze zdarzają się mniej logiczne sposoby na zawiązanie akcji.

Film stanowi reżyserski debiut Alfredo Montero wspieranego przez współtwórce scenariusza w osobie Javiera Gullón'a. Tego drugiego Pana już powinniście znać i skojarzenia z jego pracą powinny być raczej pozytywne, bo ma na koncie prace przy takich filmach jak "Wyspa zaginionych". Ostatnimi czasy kręci za oceanem i tu przyczynił się do "Enemy", czy dramatu "Aftermath". Ciężko mi ocenić potencjał debiutującego reżysera po jednym filmie, ale instynkt mi podpowiada, że doświadczenie Gullón'a bardzo tu pomogło.

Mamy tu całkiem ciekawy przekrój postaci. Może nie nazwałabym ich charakterystycznymi, ale mimo, że wpisują się w pewien schemat to mogę rzec, że śledząc ich poczynania byłam w stanie wyrobić sobie o każdym z nich jakieś zdanie.

Jak często bywa w przypadku debiutów w świecie horroru reżyser postawił na konwencję paradokumentu, pozornie mniej wymagającego Zamiast klasycznego sposobu kręcenia mamy bohaterów i operatorów w jednym.

Powiem szczerze, że początek seansu nie nastroił mnie optymistycznie, ale moja opinia ewoluowała z minuty na minutę. Od punktu kulminacyjnego kiedy sytuacja naszych bohaterów stała się bardziej dramatyczna, a zagrożenie śmiercią coraz bardziej realne, wzrosło napięcie i moje zaangażowanie w tą historię.

la cueva

la cueva

Jak wspomniałam wrogiem grypy młodych ludzi jest tu sama jaskinia. Z czasem, gdy mijają kolejne godziny, a w końcu dni, protagoniście zwracają się przeciwko sobie, a ludzkie odruchy zastępuje zwierzęcy instynkt przetrwania. Tu nie zdradzę szczegółów, ale możecie sobie wyobrazić co też mogło przyjść co niektórym do głowy.

Bardzo przypadł mi do gustu klaustrofobiczny klimat uzyskany za sprawą ciasnej przestrzeni, lichego oświetlenia i tej jednej kamery, która ma oko na wszytko. Wiadomo, że można ponarzekać na stabilność obrazu, ale moim zdaniem nie było wcale najgorzej.

Film odnotowuje jak najbardziej na plus, zarówno pod kątem treści jak i formy. Nie mam zarzutów.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 04 lipca 2017

Don't Look Back/ Pogrzebać przeszłość (2014)

pogrzebać przeszłość

Młoda pisarka Nora specjalizująca się w literaturze dziecięcej po latach wraca do dom gdzie dorastała. Tu próbuje skupić się na pisaniu kolejnego tomu przygód Veronicy, ale jej spokój zakłócają powracające wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pod opieką babci. Wkrótce wprowadza się do niej sublokatorka, Pyton. Serdeczne zachowanie nowej przyjaciółki szybko zmienia się w obsesyjną chęć zawładnięcia Norą.

Dobrze, że nie zobaczyłam oceny tego filmu w sieci nim wzięłam się za seans z nim, bo pewnikiem bym zrezygnowała. Niska ocena, plus kiepski plakat promujący, plus banalny tytuł, plus średnio zachęcający opis. To wszytko przymioty całkiem niezłego, jak się okazało, filmu.

Żeby Was do niego zachęcić, jak trzeba, musiałam bym polecieć tęgim spoilerem, bo to co ujęło mnie w jego fabule to właśnie to czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Może to kwestia mimo wszytko niewielkich oczekiwań, a może moje dobrego nastroju, ale dałam się tej historii podejść i zaskoczyć. No, dobrze, w pewnym momencie już domyślałam się co jest grane nie mniej jednak nie odnotowuje tego na niekorzyść scenariusza.

pogrzebać przeszłość

pogrzebać przeszłość

Bohaterką filmu jet młodziutka pisarka, która ma na koncie kilka wydawniczych sukcesów. Pisze powieści dla dzieciaków, historyjki o niejakiej Veronice. Tu znajduje się pierwszy haczyk- skąd wzięła się Veronica - to jeden z lepszych fabularnych zgrywów. Nie jest ona ot tak wytworem wyobrazi autorki. Klucz do tajemnicy Veronicy tkwi w przeszłości Nory. A przeszłość tą poznamy dzięki retrospekcjom. Początkowo niejasnym. Z czasem zyskującym na intensywności przekazu.

Jest jeszcze lokatorka, Pyton, która też ma tu rolę do odegrania - ważną jeśli nie najważniejszą.

Nie jest to kino wysokim lotów, ani wielkiego budżetu, ale nadrabia pewnym sprytem w sprawnym wykorzystaniu w gruncie rzeczy ogranych motywów.Spokojnie można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klima:5

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 18 maja 2017

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

"Pod mroczną górą" funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik "Coś" Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta "Pod mroczna górą" niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało "Coś", ale też "W górach szaleństwa" Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, "Pod mroczną górą" ma więcej głębi niż "Coś", które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku "Pod mroczną górą" większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 23 kwietnia 2017

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja - robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

"Amerykański burger" o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do "Amerykańskiego burgera" trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, "Amerykański burger" nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

"Amerykański burger" od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 02 marca 2017

The Houses October Built (2014)

house of october bulit

Na kilka dni przed Halloween grupa filmowców amatorów wyrusza na wyprawę po najsłynniejszych amerykańskich Domach Grozy by zbadać krążące o nich upiorne legendy.

Tak zwane Domy Grozy to rozrywka ciesząca się coraz większą popularnością. Rzecz polega na tym, by dla amatorów strachu zbudować miejsce, gdzie Ci mogli by przeżywać emocje do tej pory będące udziałem jedynie bohaterów filmowych horrorów.

Chyba pamiętacie Domy Strachu w obwoźnych lunaparkach, gdzie za trzy zeta od osoby można było zafundować sobie dreszczyk emocji. Pamiętam je z dzieciństwa i jak patrzę na to z perspektywy czasu, szczytem grozy w takim miejscu było spotkanie w ciemnym korytarzu gościa z obsługi ubranego w świecącą maskę potwora.


Współczesne Domy Grozy mają jednak inną grupę odbiorców. Przede wszystkim są to osoby dorosłe, dlatego też właściciele przybytków muszą prześcigać się w coraz to bardziej porąbanych pomysłach na to jak zadowolić spragnionych strachu klientów. Sama miałam okazję odwiedzić coś takiego w ubiegłe wakacje i podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.

"House of october bullut" to paradokument traktujący o legendach jakie rodzą się wokół takich właśnie miejsc. A legendy owe ne gorsze są niż te dotyczące najsłynniejszych nawiedzonych miejsc. W Domu Grozy na prawdę możesz zginąć. W domu grozy pracują prawdziwi psychopaci, mordercy, więźniowie na warunkowym etc.

Wszystko to na własnej skórze chce sprawdzić grupa młodzików z kamerą. Ich celem jest odwiedzenie "Niebieskiego szkieletu", czyli najstraszniejszego z domów grozy, którego działalność ociera się o nielegalne praktyki, dlatego nie łatwo zaklepać do niego bilecik.

house of october bulit

Nasi bohaterzy będą odwiedzać kolejne upiorne miejscówki szukając tego jedynego, najstraszniejszego. Fabuła filmu sprowadza się do relacji z kolejnych odwiedzin i w miarę jej rozwoju możemy dostrzec prawidłowość wskazująca na to, że są coraz bliżej. Film obfituje w standardowe zagrania typowe dla paradokumentu. Kamera skacze, dokazuje, a my niewiele możemy z tego zarejestrować.

Na kogo to zadziała to zadziała, resztę pewnie tylko wkurwi. Powoli wyrabiam sobie większą tolerancje na taki sposób kręcenia, nie mniej jednak nadal urągam twórcom za zbytnią ufność w strach wygenerowany w ten sposób. Muszę przyznać, że sam rajd po domach grozy jaki był udziałem filmowych bohaterów to całkiem fajny pomysł. Tu amatorska kamera na serio dodaje realizmu całej historii. Nie mamy tu na siłę wciskanej nam teorii o opętaniu, wizycie pozaziemskich istot, czy innej mocno naciąganej wersji wydarzeń. Widzimy natomiast hordy amerykańskich głupoli zakochanych w 'ciemnej stornie mocy', w mordercach, straszydłach i wszystkim tym co każde im tłumnie przybywać do domów grozy.

Gdybym lubiła paradokumenty moja ocena była by wyższa a tak, średnio na jeża.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 28 lipca 2016

Purgatorio/ Czyściec (2014)

czysciec

Małżeństwo, Marta i Luis wprowadzają się do nowego mieszkania. Tego samego dnia mężczyzna musi iść na nocna zmianę do pracy. Marta nie chce zostawać sama, trawią ją lęki, boi się zasnąć, ale nie ma innego wyjścia.

Gdy zostaje sama do jej drzwi puka sąsiadka. Małżonek sąsiadki właśnie trafił do szpitala i ta prosi Martę by zajęła się jej synkiem Danielem gdy ona uda się do męża. Marta niechętnie godzi się pomóc i szybko tego pożałuje.

"Czyściec" to bardzo oszczędny horror. Oszczędny w formie, ale już nie we wrażeniach. To dość krótka historia kobiety, pogrążonej w żalu po stracie. Żal ten odżywa w sytuacji kryzysowej, jaką okazało się spotkanie z małym sąsiadem. Gdy Daniel przekracza próg jej domu, szczeniacka bezczelność aż od niego bije. Marta zaś wygląda nam na osobę na granicy załamania. Bardzo łatwo wyprowadzić ją z równowagi, a chłopiec robi to bardzo skutecznie.

czysciec

Oszczędna, żeby nie rzec hermetyczna przestrzeń na jakiej rozgrywa się akcja filmu to strzał w dziesiątek jeśli chodzi o moje upodobania. Wszytko rozgrywa się w pustych jeszcze pokojach nowego mieszkania Marty i ciemnej klatce schodowej. Karty rozdano na dwoje, nasza bohaterka i dzieciak. Daniel to typowy mały skurczybyk, ale kto wie co siedzi mu w głowie? Martę jeszcze trudniej rozgryźć. Kto dla kogo jest większym zagrożeniem? Chłopiec, który igra z cierpieniem obcej kobiety, czy kobieta gotowa uwierzyć we wszytko co pomoże zmniejszyć uczucie żalu?

czysciec

To bardzo psychologiczne kino oparte na niejednoznacznych sygnałach. Tak naprawdę nie wiem czy może spodobać się komuś kto szuka rozrywki, bo wartkiej efektownej akcji tu nie znajdzie. Nie wiem na ile go polecać na ile odradzać.

Wg. mnie "Czyściec" się udał i to przynajmniej z kilku powodów. Pomysł był dosyć niebezpieczny, bo cała opowieść oparta została na znajomości Marty i Daniela. O Marcie dowiemy się niewiele, o Danielu jeszcze mnie. Film nazwano horrorem, ale akcji typowych dla horrorów tu nie znajdziemy. Pojawi się wątek ducha, ale przedstawiony bardzo... detalicznie. Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Nawet finał nie rozwiał zrodzonych po drodze wątpliwości. Dla mnie to plus, ale równie dobrze ktoś może powiedzieć - film o niczym, zmierzający donikąd i ciężko mieć pretensje to taki właśnie odbiór. Pewnym plusem jest  na pewno aktorstwo. Marta i Daniel tworzą bardzo ciekawy duet, aż kipi tu od emocji.

Cóż mogę powiedzieć, hiszpańskie kino przyzwyczaiło nas raczej do innego rodzaju kina grozy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:7

68/100

W skali brutalności:0/10

niedziela, 20 marca 2016

Cui mian da shi/ Mistrz hipnozy (2014)

mistrz hipnozy

Chen Ting jest psychoterapeutą specjalizującym się w hipnozie. Pewnego dnia profesor, z którą pracuje na uczelni prosi go o pomoc w sprawie pewnej pacjentki. Kobieta ma poważne problemy psychiczne i wszytko wskazuje na to, że konwencjonalne metody nic tu nie pomogą. Chen niechętnie zgadza się przyjąć Ren i pomóc jej.

"Mistrz hipnozy" to nowy azjatycki thriller. Od czasu do czasu mam chęć na coś skośnego i muszę powiedzieć, że szczęście mi dopisuje, bo i tym razem udało mi się złowić interesujący film.

Oponentom kina azjatyckiego muszę zadeklarować iż różni się on od typowego, skośnego kina grozy. Owszem pojawia się tu wątek duchów, bo to właśnie z nimi ma problem Ren, jednak całość fabuły to jeden wielki dialog pomiędzy terapeutą a pacjentem.

Fani tematów w stylu "In treatment", czy jego polskiej wersji czyli "Bez tajemnic", osobiście uwielbiam - znajdą tu coś dla siebie. Podobnie jak fani pierwszego sezonu serialu "Hannibal" gdzie fabuła opiera się psychologicznych pułapkach.

mistrz hipnozy

mistrz hipnozy

W tym filmie istotny jest dialog. Ważone jest każde słowo. Mamy tu do czynienia z nie lada podstępem, ale niestety nie mogę Wam zbyt wiele zdradzić, bo to popsułoby seans.

Chiński reżyser postawił tu na psychologiczną grę gdzie każdy może być ofiara i każdy może być myśliwym. Watek hipnozy jest fascynujący sam w sobie, więc dobre go wykorzystanie jest praktycznie gwarantem sukcesu.

Historia jest bardzo wciągająca, wymaga odrobiny myślenia więc nie będzie tylko czczą rozrywką. Dla fanów kina azjatyckiego i nie tylko.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:0/10

niedziela, 14 lutego 2016

Happy Face killer/ Morderca z uśmiechniętą buźką (2014)

happy face killer

W 1995 policji udało się ująć kolejnego seryjnego zabójce kobiet. Sprawcą kilku mordów okazał się kierowca ciężarówki, Keith Jasperson. Jego znakiem rozpoznawczym był cyniczny uśmieszek który rysował krwią na ciałach ofiar. Jego historia zainspirowała twórców filmu telewizyjnego "Happy Face Killer".

happy face killer

Jest to film ukazujący wręcz podręcznikową historię seryjnego mordercy. Niczym Was ona nie zaskoczy, a sam antagonista ginie w tłumie podobnych do siebie. Poznajemy go z chwilą, gdy zmęczona zdradami żona zabiera dwójkę ich wspólnych dzieci i wyprowadza się do matki. Keith bardzo źle to znosi, na tyle źle, że szuka rozładowania napięcia w napaściach seksualnych. Sam gwałt mu nie wystarcza musi jeszcze zabić, a gdy zabije musi się tym w pewien sposób pochwalić. Swoje zadowolenie z dokonanego czynu odzwierciedla z za pomocą rysunku uśmiechniętej buźki, którą rysuje na ciele pierwszej ofiary. A później kolejnej, i kolejnej... Rozentuzjazmowany Keith nagrywa swoje przemyślenia na temat swoich 'dokonań' na taśmie video, a gdy niefortunnie o jego pierwsza zbrodnie posadzony zostaje ktoś inny ten w poczuciu niedocenienia smaruje do policji list manifestując, że to on jest mordercą, on i tylko on.

happy face killer

Gdyby nie fakt, że 'morderca z uśmiechniętą buźką' istniał naprawdę i faktycznie robił to co robił posądziłabym twórców obrazu o brak pomysłu na postać seryjnego mordercy. Uśmiechnięta buźka, serio? Ależ trzeba być zdziecinniałym debilem.

Niestety, a może stety seryjni zabójcy często są skrajnie żałosnymi egzemplarzami i wcale nie mają żadnego przesłania dla świata a u podnóża ich dewiacji stoją takie cechy jak niedojrzałość, poczucie niespełnienia, chęć zwrócenia na siebie uwagi. Twórcy filmów robią z nich postaci często niezwykle fascynujące, ale proza życia pokazuje co innego.

Tak było w przypadku Keitha. Sfrustrowany facet w średnim wieku, który wyrastał w przemocowym domu, a jedynym promykiem rozświetlającym cienie parszywego dzieciństwa były chwile ekscytacji jakich doświadczył zabijając zwierzęta. Jego marzeniem było dostanie się do policji konnej, ale niestety marzenie pozostało w sferze marzeń. Jego niedojrzałe podejście do życia sprawiło, że żonka od niego odeszła zabierając dzieci co tylko pogłębiło jego niechęć do kobiet, których i tak nigdy nie darzył szczególnym szacunkiem. I tu zaczyna się zabawa.

happy face killer

Keith zabija pierwszą ofiarę i jest bardzo z tego zadowolony. Porzuca ją jak zużytą zabawkę nie angażując się szczególnie w ukrywanie zwłok przez co trafia do grona tych mniej interesujących 'morderców niezorganizowanych'. Kiedy widzi w gazecie artykuł opisujący jego czyn ekscytacja wzrasta, wreszcie czuje się doceniony, a tu pach... jakaś desperatka kieruje podejrzenia na kogoś innego, przez co nasz niegrzeczny chłopczyk czuje się pominięty. Zabija ponownie dbając o to by podtrzymać zainteresowanie mediów. W końcu ktoś zaczyna się nim interesować, ale chyba nie takiego zainteresowania oczekiwał....

Nie polubiłam Keitha i jego historia mnie nie porwała. Może przez na wskroś prosty sposób jej opowiadania na jaki postawili twórcy filmu, a może po prostu w bydlaku nie było nic interesującego, nad czym warto by się zastanowić?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 11 lutego 2016

La isla Minima/ Stare grzechy mają długie cienie (2014)

la isla minima

Hiszpania, lata '80. Dwaj policjanci z Madrytu Juan i Pedro przybywają na prowincję w celu zbadania sprawy zaginięcia dwóch nastoletnich sióstr, Estreli i Carmen.

W toku śledztwa odkrywają, że przypadek zniknięcia młodych dziewcząt nie jest odosobniony, bowiem już w przeszłości zdarzało się, że wiejskie dziewczęta znikały bez ślady. Wkrótce mężczyźni znajdują na mokradłach brutalnie okaleczone ciała dwóch nastolatek.

Teraz prowadzą już sprawę o serię morderstw na małej hiszpańskiej wsi.

Tytuł filmu polecił mi jeden z czytelników, gdzieś kiedyś, już nawet nie pamiętam o co rzecz szła. Chyba muszę zrobić nową zakładkę na stronie: "Co polecasz", bo obawiam się, że tracę sporo dobrych tytułów, które przewijają się w dyskusji. Tak się złożyło, że szczęśliwie tytuł zapamiętałam i niebawem udało mi się film przypolować i dobrze, bo to dobry film.

Polski tytuł "Stare grzechy mają długie cienie" niejako zdradzam nam o czym traktuje film. Oczywiście w największej mierze skupiamy się tu na teraźniejszości, czyli śledztwie prowadzonym przez dwóch detektywów.

la isla minima

To dwa ciekawe typy i właśnie do jednego z nich szczególnie można odnieść ów polski tytuł. Starszy z nich Juan ma bogatą przeszłość, a po jego obecnym zachowaniu widać, że na swój sposób umie się odnaleźć w najgorszej nawet sytuacji. Można rzec 'nie pierdoli się'. Jego partner, młodszy i spokojniejszy drepcze za nim zdając się nie widzieć otaczającego ich gówna.

Mała hiszpańska wioseczka nie jawi się tu jako gniazdo sodomitów, ale przykre sytuacje zdarzają się też tam, a odkąd pojawił się tam człowiek lubiący 'zajeżdżać młode klaczki' robi się paskudnie.

la isla minima

Juan i Pedro w czasie rozmów z mieszkańcami odkrywają niechlubne zajęcia jakimi zwykły trudnić się wiejskie dziewczęta. Kto jednak jest na tyle perfidny by wykorzystywać ich młodość i naiwność? Ten temat jest zgłębiany powoli. Trop za tropem jak w dobrym kryminale.

To co jest w tym filmie uderzające to obojętność ludzi na zło, rzekłabym nawet - przyzwolenie. Słońce świeci, stateczek pływa po rzece, plony czekają na zebranie, wszytko pięknie, a kij z tym, że ktoś pod nosem obywateli oprawia nielaty. Nie wiedzą, że pewnego dnia spadnie deszcz i to w strugach wody wszytko wyjdzie na jaw.

la isla minima

Bieda, marazm, cienie wojny domowej wszytko to przygniata do ziemi i nie pozwala patrzeć w przyszłość. Słoneczność obrazu, jego artyzm można rzec bardzo kontrastuje z przekazem i to para Hiszpanów odpowiedzialna za to dzieło doskonale ujęła. Dla mnie to kolejne potwierdzenie dla doskonałej kondycji hiszpańskiego kina.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

środa, 13 stycznia 2016

Perfect Sisters (2014)

perfect sister

Sandra i Beth to dwie nastolatki mieszkające w Toronto. Są urodziwe, oryginalne i zdolne. Jak same twierdzą, jedyną rzeczą, jaka może im przeszkodzić w odniesieniu sukcesu w dorosłym życiu jest ich pochodzenie.

Wraz z młodszym braciszkiem mieszkają w kolejnym wynajętym mieszkaniu, które dzięki rozrywkowemu stylowi życia ich matki szybko zmienia się w melinę. Ich matka przez całe życie piła i sprowadzała do domu kolejnych 'tatusiów', ci dopuszczali się przemocy fizycznej i seksualnej.

Teraz, gdy siostry są już prawie dorosłe postanawiają z tym skończyć. Uciekną z domu? Nie, to by było nie praktyczne. Dziewczęta postanawiają pozbyć się zbędnego balastu na drodze do szczęścia - swojej matki.

Scenariusz "Perfect sisters" został zainspirowany autentyczną historią dwóch małoletnich morderczyń z Kanady, które w 2003 roku zostały skazane za zabójstwo swojej matki. Zrobiły to z pełną premedytacją.

Ich dane są utajnione, obydwie panienki są już na wolności od kilku lat. Pamiętam, że kiedyś oglądałam o nich dokument, gdzie podkreślano wyjątkowe zwyrodnienie małolat.

W filmie Stanleya Brooksa poznajemy tą historię z nieco innej, mniej kategorycznej perspektywy.

Akcja rozpoczyna się od kolejnej przeprowadzki i kolejnej próby ogarnięcia drinkującej mamuśki. Niestety Sandra i Beth widzą, że zakończy się ona klęską. Matka traci pracę i sprowadza do domu kolejnego 'dobrodzieja'. Ten dość bezpośrednio dobiera się do młodszej z sióstr, ale dopiero cios wymierzony z małego braciszka decyduje o tym, że siostry wcielają w życie to, co pozostawało w sferze nieśmiałych rojeń.

Postaci Beth i Sandry są dosyć ciekawe. Obie dziewczyny są bystre, dobrze się uczą. Młodsza bawi się w gotkę, starsza aspiruje do roli ladacznicy. Obydwie mają skłonność do uciekania w fantazje, gdzie spotykają matkę idealną, a ta tuli je w trudnych chwilach.

perfect sister

Starsza, Sandra, jest zdecydowanie bardziej uparta i to ona stanie się prowodyrką zbrodni. Ze względu na wyjątkowo silną więź między nimi, Beth podąża za nią.

Co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne i co wyjątkowo podkreślali twórcy zarówno wspomnianego dokumentu jak i sfabularyzowanej wersji filmowej dziewczyny wcale nie kryły się ze swoimi planami. Wręcz przeciwnie, opowiadały na prawo i lewo o swoich zamiarach, jakby nie traktowały tego poważnie. Ich wyjątkowo infantylne podejście do zbrodni sprawiło, że cała szkołą dowiedziała się o ich zamiarach. Dwoje znajomych zostało bezpośrednio zaangażowanych w sprawę, uczestniczyło w planowaniu. Istny absurd.

Po dokonanym morderstwie, upozorowanym na wpadek, panny doskonale się bawiły, nie miały żadnych wyrzutów sumienia. Sandra na prawo i lewo opowiadała o tym jak załatwiła mamuśkę. Wśród rówieśników cieszyły się uznaniem, nikomu nie przyszło do głowy żeby zgłosić sprawę na policji. No, tak, prawie nikomu...

Gdyby nie to, że jest to historia autentyczna ciężko byłby mi zaakceptować i uwierzyć w tak absurdalny ciąg filmowych wydarzeń.

Cała opowieść pobrzmiewa dość lekkim tonem, jakby to był zwykły film o kryzysie w dojrzewaniu nastolatek. Brakuje tu autentycznego dramatyzmu, bo przecież zabicie własnej matki, okoliczności, które popchnęły do tego bohaterki, są dramatyczne. Myślę jednak, że takie właśnie było założenie twórców. Pokazanie zbrodni w świeci dzieciaków, gdzie wszytko jest pretekstem do zabawy. Niestety nasze małolaty nie mogły zgarnąć zabawek i wynieść się do innej piaskownicy kiedy ta okazała się zbyt zasrana. Wpadły i dopiero wtedy dotarło do nich, że wszystko stało się na prawdę.

perfect sister

W główne bohaterki wcieliły się dwie aktorki młodego pokolenia. Sandrę zagrała Abigail Brenslin, którą od debiutu w czasach dzieciństwa często możemy oglądać w filmach. Jak najbardziej dała radę w tej dość złożonej roli i z pewnością przysłużyła się postaci Sandry. Beth, czyli Georgie Hanley była mi natomiast zupełnie obca. Grywała co prawda w filmach, ale były to raczej baśniowe opowieści. Grała tu drugie skrzypce, bo Abigail przejęła szturmem cały film, pewnie też ze względu na większą siłę przebicia jej postaci, ale też za sprawą większego aktorskiego doświadczenia.

Film został sklasyfikowany jako dramat/thriller i to chyba najlepsze rozwiązanie bo jednoznaczne wyłonienie gatunku byłoby trudne.

"Perfect sister" opowiada historię małoletnich zabójczyń nie wskazując jednoznacznie kogo należy tu potępić. Antybohaterzy są jednocześnie ofiarami i oprawcami.

W rozmowach dziewcząt często pojawiało się jedno zdanie: co by było gdyby... No, cóż ostatecznie musiały sprawdzić, co by było.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa;8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 27 grudnia 2015

De Behandeling/ Remedium (2014)

remedium

Nick jest policjantem i właśnie pracuje nad trudną sprawą. Nieznany oprawca przez trzy dni przetrzymywał w ich własnym domu rodzinę, po ty czasie zostawił małżonków na wpół żywych i zniknął z ich synkiem.

Gdy chłopaczek zostaje znaleziony martwy, a podejrzenia wskazują na to, że działanie mordercy nie było jednorazowym wyskokiem Nick wpadnie na trop. Sprawa zboczeńca okazuje się być dziwniejsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, co więcej w jakiś sposób wiąże się z uprowadzonym przed laty braciszkiem policjanta.

remedium

Kiedy w opisie filmu czytam o trudnej sprawie kryminalnej, która otwiera wciąż żywą ranę w sercu strapionego, samotnego mściciela z policji, zazwyczaj omijam go szerokim łukiem. Powód jest prosty, takie historie zazwyczaj są na siłę ckliwe, starają się wymusić nieadekwatne emocje, przy czym nie ma w nich nic, czego nie można by było zmieścić w ciasnych ramach banału. Ogólnie filmy o seryjnych mordercach już od dłuższego czasu są mdłe i nijakie, powielają te same schematy, a ich tytuły wyparowują z głowy wraz z napisami kocowymi. Jak się okazuje zdarzają się wyjątki. Pierwszym z nich jest "Labirynt", drugim  belgijskie "Remedium".

Ten film bardzo mile mnie zaskoczył przede wszystkim złożonością filmowych bohaterów, ale też ciągłym komplikacjom jakie stają im na drodze do celu.

Zawsze powtarzam, że najważniejszy jest antagonista. On musi na swoich barkach ponieść cały ciężar fabuły. W tym przypadku są to bardzo obszerne bary i dosłownie i w przenośni. Mimo iż jego szaleństwo mieści się w schemacie fiksacji: seks i przemoc, to jednak jest wiele drobnych smaczków które go wyróżniają. To do prawdy ostry gracz.

Podobnie dobre odczucia maiłam w związku z pozostałymi bohaterami, nawet policyjnym detektywem. Obraz jego bolesnej przeszłości zostaje tu wprowadzony nie na zasadzie ckliwych wspominek, ta przeszłość jest obok niego - i dosłownie i przenośni;) Co do ofiar, to też twardy orzech do zgryzienia, bo po za tymi którzy nie żyją ciężko tu kogokolwiek całkowicie rozgrzeszyć - może nie powinnam tak twierdzić, ale pewne aspekty sprawy wzbudziły we mnie OBRZYDZENIE. Celowo zasunęłam drukowanymi literami, myślę, ze po seansie wyda Wam się to bardziej adekwatne.

remedium

Ten film naprawdę budzi nieprzyjemne emocje, zwłaszcza jeśli widz nastawi się na niegroźny thrillerek o dobrym policjancie i złym mordercy.

Bardzo blisko skojarzył mi się z "Labiryntem", ale nie tyle ze względu na fabułę ile o nastrój, czy jakaś ukrytą wymowę. Zagadce nie brakuje złożoności, dlatego nie bardzo mogę dużo Wam zdradzić. Z tymi, którzy film już wdzieli dzielę się pewnymi wrażeniami w spoilerze.

SPOILER: Moje pierwsze wrażenie po demaskacji modus operandi sprawcy było: O KURWA. W tej kurwie mieści się wszystko, szok, niedowierzanie, obrzydzenie i ogromne współczucie dla ofiar. Wątek zmuszenia ojca do gwałtu na swoim synu zalatuje "Serpskim filmem" z tym, że tym obrazie widzimy to co dzieje się później. Sytuacja w jakiej oprawca stawiał rodziny niejako uzasadnia jego nieuchwytność, bo jaki ojciec przyznałby, że zgwałcił swojego syna, nawet jeśli alternatywą było poświęcenie jego życia?

Co żeby widza jeszcze do końca zdewastować emocjonalnie w finale mamy małego Bjorna, brata Nickiego, który przez lata był przetrzymywany przez pedofila. Widzimy co to z niego zrobiło. I co lepsze widzimy, że teraz już nikt mu nie pomoże, bo jego brat usadził jego opiekunkę. Cóż, nazwać to złośliwością losu, to chyba za mało. KONIEC SPOILERA

Raczej nie będzie to film, do którego będę często wracać, choć przypuszczam, że po którymś razie oglądania nie będzie mnie już tak psychicznie dewastował. Nie wiem też czy Wasze reakcje będą równie intensywne, jeśli nie, to nic. Nawet jeśli nie doznacie niczego z tej gamy nieprzyjemnych uczuć jakie wywołało we mnie działanie porywacza dzieci, to sens dostarczy Wam takich emocji jakich powinien dostarczyć dobry thriller. Będzie trzymał w napięciu, obfitował w zwroty akcji, przydusi przygnębiającym klimatem i uwiarygodni wszystko dobrą oprawą realizatorską.

Na koniec dodam, że film powstał w oparciu o powieść MO Hayder, jeszcze nie wydanej w języku polskim, ale kto wie, może niedługo do nas dotrze.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 03 listopada 2015

Tiger house (2015)

tiger house

Kelly spędza noc u swojego chłopaka, gdy do jego domu wpada czterech zamaskowanych mężczyzn. Napastnicy skupiają się na realizacji planu wobec rodziny nastolatka nie wiedząc nawet o istnieniu dziewczyny.

Podczas gdy cała familia zostaje obezwładniona Kelly jako jedyna  może im pomóc.

"Tiger house" to kolejny thriller wykorzystujący wątek home invasion. Jak nakazuje schemat mamy tu do czynienia z antagonistami przypuszczającymi atak na niczego nieświadomych protagonistów.

Nie ma tu miejsca na fabularne innowacje. Wszystkie wysiłki twórców skupiają na zbudowaniu napięcia wokół rozgrywających się wydarzeń i podtrzymanie go. w pierwszej połowie filmu nawet się to udaje.

tiger house

tiger house

Intruzi nie zdają sobie sprawy z obecności Kelly. Dziewczyna tkwi pod łóżkiem w pokoju chłopaka. Na łóżku leży ranny napastnik, a wkoło miotają się trzej pozostali przestępcy. Kelly nie wie, co dzieje się z jej chłopakiem i jego rodziną. W sumie mogłaby mieć ich w dupie. Niedoszła teściowa traktuje ją jak społecznego wyrzutka, jej chłopak nie postrzega ją jak przyszłą życiową partnerkę, czemu daj wyraz w czasie rozmowy tuż przed napaścią. Natomiast niedoszły teść okazuje wzgardę wszystkim bez wyjątku. Gdybym to ja leżała od tym łóżkiem zostałbym tam do rana modląc się by nie zachciało mi się siku. W tyle miałabym chłopaka palanta i jego snobistycznych  starych. Ale Kelly jest inna. Szlachetna dziewczyna postanawia ratować ukochanego i jego rodziców.

Możemy mówić o dość dobrze zbudowane atmosferze w tej partii filmu, gdy Kelly  ukrywa się przed napastnikami. Wszystko bierze w łeb gdy obecność dziewczyny wychodzi na jaw. Wówczas przechodzimy do klasycznej ganianki po domu, na jaw wychodzi coraz więcej fabularnych niedorzeczności, na które z pewności zwrócicie uwagę.

Z finałem tej historii też nie mogę się zgodzić, jest jakiś z tyłka wystrzelony.

Całości nie mogę ocenić na wyżej niż średnio.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność: 2

To coś:4

46/100

w skali brutalności:2/10

wtorek, 13 października 2015

Dark was the night (2014)

dark was the night

Mieszkańcy małego miasteczka na północy Stanów Zjednoczonych o wdzięcznej nazwie Maiden Woods od pokoleń przekazują sobie lokalną legendę związaną z tajemniczymi mieszkańcami okolicznych lasów.

Już rdzenni mieszkańcy Ameryki wierzyli, że drzewa posiadają duszę, a dusza ta potrafi się zmaterializować. W przypadku lasów Maiden Woods nie zobaczymy tam uroczej nimfy, lecz krwiożerczego potwora, który pewnego dnia postanawia odebrać cywilizacji to co zagarnęła.

Słyszeliście o Diabeł z Devonshire?

Po praz pierwszy pojawił się u schyłku XIX wieku w Anglii, w czasie długiej i śnieżnej zimy. Mieszkańcy małego miasteczka odkryli przedziwne, nie należące do żadnego zwierzęcia ślady kopyt, nie tylko na ziemi, ale także w innych trudniej dostępnych miejscach, jak drzewa, czy dachy. Zawyrokowano o obecności diabła. Co ciekawe ten  sam problem dotyczył mieszkańców Szkocji, a także, drodzy rodacy-  Polski, a konkretnie miejscowości, wówczas nie wiem jak teraz, nazywanej Piaskowa Góra.

To właśnie ta legenda zainspirowała Tylera Hisela do napisania scenariusza do filmu "Dark was the night". Pomysł czekał na realizację od 2009 roku. W końcu wziął się za niego Jack Heller, twórca bardzo dobrego "Enter Nowhere".

dark was the night

Znani aktorzy w obsadzie mieli przypieczętować wróżony temu przedsięwzięciu sukces. Jaki jest efekt?

Bardzo lubię nawiązania do lokalnych legend, szczególnie tych związanych z miejscowym folklorem, sięgającym swoimi korzeniami daleko w przeszłość w czasy z przed 'szkiełka i oka'. Takie opowieści bywają nie skomplikowane, jednak posiadają dużą siłę rażenia.

Opowieść o diabelskiej istocie, która zbuntowała się na łapczywość człowieka i postanowiła 'zaznaczyć swój teren' zdecydowanie wpisuje się ten temat.

W prostych historiach często kryje się drugie dno, tu poniekąd mamy do czynienia z horrorem ekologicznym, jak w przypadku "Long weekend" czy "Ostatnia zima".

Bohaterami filmu są prości ludzie, mieszkańcy małej miejscowości, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że paręset kilometrów od nich szaleje masowa wycinka drzew. Nikogo nie ruszy fakt, że las był domem dla wielu istnień - znajdą sobie nowe miejsce, jakoś zniosą bliskość cywilizacji. Problem zaczyna się, gdy domu zostanie pozbawiona istota niezwykle drapieżna, mogąca w bardzo krótkim okresie czasu wywróć ekosystem miejsca, do którego dotrze.

dark was the night

W przypadku "Dark was the night" posłużono się figurą diabła. Kto się nie boi diabła?

Pierwsza połowa fabuły nacechowana jest dużą dozą tajemniczości. Wiemy tyle ile bohaterzy filmu. Coś kopytnego, ogromnego i drapieżnego czai się w pobliżu. A może to tylko żart? Przecież takie stworzenia nie istnieją. Miejscowy szeryf borykający się z własnymi problemami niczym niewierny Tomasz, nie uwierzy dopóki nie zobaczy.

Od tego momentu akcja filmu nabiera tempa i wielbiciele efektownych starć będą mieli na co popatrzeć. Mnie zdecydowanie bardziej przypadła do gustu część pierwsza, czyli nieśmiałe podchody z cudacznym zwierzem.

dark was the night

Jego postać, którą w końcu będziemy mieli okazje ujrzeć w całej okazałości, niczym nie zaskoczy. Składa się na nią tęga praca grafików komputerowych, którzy jednak zachowali pewne granice. W majstrowaniu swojego antybohatera trzymali się wizerunku jaki przedstawiały legendy i mimo iż gładka grafika nie jest tym co mnie urzeka, to mogę powiedzieć, że widziałam grosze stwory;)

Ogólnie moje wrażenia wizualne na temat filmu są pozytywne. Podobał mi się sposób w jaki kolorystyka filmu działa na rzecz klimatu. Dobre ujęcia zimowego lasu to też dobry chwyt. Pojawia się tu sporo klasycznie zrobionych scen z cyklu 'coś czai się za drzewem', 'coś grasuje wokół domu'.

dark was the night

Nie mam żadnych zarzutów względem jakości aktorskiego warsztatu, czy samego pomysłu na charakterystykę postaci. Nie mamy tu jakiś wielkich psychologicznych wybiegów, wszystko utrzymane jest w granicach bezpiecznej normy.

Ogólnie nazwałabym ten film 'bezpiecznym', może nie pewniakiem, bo nie wszyscy kochają urban legens o diabłach zza drzewa, ale na film składają się raczej uniwersalne rozwiązania, które dobrze funkcjonują w świecie grozy.

Światowa premiera filmu odbyła się przed rokiem. Do naszej krainy dotrze na tegoroczne Halloween i  wtedy będziecie mogli obejrzeć obraz na dużym ekranie.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:1/10

środa, 07 października 2015

Hidden (2015)

hidden

Od trzystu dni Ray, jego żona Clarie i córeczka Zoe ukrywają się w schronie na terenie, gdzie niegdyś znajdowała się szkoła. Żyją w totalnym odosobnieniu i strachu przed tym, co czyha na nich na zewnątrz.

Przed blisko rokiem doszło do wybuchu epidemii wirusa, który 'sprawia, że ludzie stają się źli'. Zapasy żywności powoli się kończą a nazywani przez Zoe 'Wydychaczami'  źli ludzie, pewnego dnia namierzają rodzinę i próbują sforsować ich bunkier.

Jeśli w danym dniu uda mi się upolować jeden dobry, współczesny film to jest to dobry dzień, jeśli uda mi się jednego wieczora trafić na dwa dobre filmy to jest to już dzień zajebiście dobry. Wczoraj był zajebiście dobry dzień:)

Miałam dylemat, o którym filmie napisać najpierw więc rzuciłam monetą i padło na post apokaliptyczny thriller duetu braci Duffer.

Na serio nie spodziewałam się tu atrakcji, bo ile można wałkować temat epidemii, kwarantanny i walki o życie na terenie ogarniętym zarazą. Przecież wszystkie te filmy są takie same, a jednak... Jak pokazali zdolni filmowcy z Kanady wystarczy zmienić perspektywę by móc opowiedzieć te samą historię w ciekawy sposób.

Wszytko zaczyna się w trzysetnym pierwszym dniu odkąd rodzina Hewittów zeszła do podziemia. Przyglądamy się ich codziennej, smutnej egzystencji pełnej ograniczeń i strachu o następny dzień. Na razie nie wiemy jak doszło do takiego stanu rzeczy. Sądziłam, że ten temat zostanie pominięty, nie spodziewałam się w tym fragmencie historii największej niespodzianki i największego plusa jaki można odnotować na rzecz tej opowieści. Sądziłam, że podobnie jak w chociażby innym tegorocznym obrazie o tej tematyce "Zagłada", wątek początku epidemii zostanie przemilczany.

hidden

Ostatnimi czasy jest to często stosowany zabieg. Filmowcy skupiają się na 'after party' nie na samej imprezie. Opowiadają o losach ludzi, którzy ocaleli i snują domniemania na temat tego jak można istnieć kiedy świat już nie istnieje.

W przypadku "Hidden" stopniowo wracamy do początku tej historii i finalnie dowiemy się co stało się przed trzystoma dniami i kim są Wydychacze, ale najpierw mamy do czynienia ze standardowa historią 'ludzi podziemia'.

hidden

Widzimy jak rodzice malej Zoe radzą sobie z kryzysowa sytuacją i jakie starania czynią by ich córeczka choć przed chwilę mogła poczuć się normalnie. Widzimy też zachowanie małej Zoe, która bardzo źle znosi izolację. Chce pokazać rodzicom, że jest dzielna, więc nigdy nie mówi, że się boi, zamiast tego przerzuca swoje własne lęki na swoją lakę, mówiąc 'Olive się boi'. Dużo mamy tu zagrywek psychologicznych.

Pierwsza połowa filmu to budowanie nastoju, klaustrofobicznego, dołującego, wpędzającego w permanentne poczucie zagrożenia. Duża w tym zasługa mojej ulubionej 'oszczędnej przestrzeni', sposobu grania światłem, ale największą prace odwalili aktorzy. Rodzice, jak rodzice, ale to mała Zoe najlepiej grała na moich emocjach. Emily Alyn Lind mam na oku od jej pierwszej większej roli w drugiej części "Udręczonych", mam nadzieję, że jej kariera w horrorach będzie dalej się rozwijać, bo ma zadatki na nową królową krzyku.

Pierwsza część filmu to też budowanie pewnej perspektywy, która finalnie zostaje odwrócona. Uwielbiam tak dobrze zrobione fabularne twisty.

Gdyby jednak sprawa rozegrała się klasycznie i tak uważałaby ten film za niezwykle udany z racji tego jak budował napięcie, jak realizował punkty kulminacyjne i wykorzystywał wszelkie dobrodziejstwa płynące z pomysłu nie marnując go na ckliwości i banały.

Bardzo dobre kino. Polecam:)

Moja ocena:

Straszność:6

Klimat:9

Napięcie:8

Fabuła:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

To coś:7

73/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 01 października 2015

Last shift (2014)

last shift

Młoda policjantka Jessica Loren rozpoczyna służbę w policji od samotnego dyżurowania w starej siedzibie posterunku. Reszta funkcjonariuszy zdążyła już przenieść się do nowego przybytku. Młoda adeptka ma za zadanie przeczekać noc, przekazać resztki niepotrzebnych gratów niejakiemu Joe, a w razie kłopotów przekierować interesantów do nowej siedziby policji.

Samotną noc rozpoczyna od zwiedzania terenu i już wtedy możemy zaobserwować pierwsze przesłanki mówiące nam o potencjalnym zagrożeniu jakie czyha na bohaterkę.

Gdy Jessica poradzi już sobie z sikającym na środku korytarza przybłędą odbierze kolejny telefon od młodej dziewczyny. Niejaka Monica dzwoni bezpośrednio na numer posterunku szukając pomocy. Twierdzi, że jest przetrzymywana, a na jej oczach ktoś morduje inne ofiary porwania. Loren stara się dowiedzieć czegoś więcej o sytuacji dziewczyny, aby jej pomóc. Wkrótce przekona się, że wszystkie odpowiedzi znajdzie właśnie na starym posterunku, tej właśnie nocy.

last shift

Twórca "Last shift" zdecydowania poprawił mi humor. Horrory o duchach coraz częściej rozczarowują. W moim przypadku stopień rozczarowania jest najczęściej wprost proporcjonalny do nakładu włożonego w reklamę filmu. "Last shift" pojawił się trochę znikąd,  ja po prostu go obejrzałam, bez zastanawiania się nad filmografią twórców, czy budżetem przeznaczonym na projekt.

Jego początek nie zapowiadał niczego oryginalnego. Ot noc na komisariacie i samotna dziewczyna, pewno zaraz zakradnie się do niej jakiś podejrzany typ i oświadczy, że jest aniołem śmierci i zrobi jej sąd ostateczny.

Faktycznie, zjawia się typ, ale fabuła zmierza w zupełnie innym kierunku. Początkiem wydaje się być dziwny telefon. Ofiara porwania, nastolatka błaga Jessice o pomoc. Nie dzwoni na numer alarmowy tylko wprost na posterunek, co ciekawe bo wszystkie połączenia miały być przekierowane już na nowy numer. Sytuacja się powtarza, a młodej komisarz udaje się uzyskać od dziewczyny trochę informacji.

last shift

Tymczasem w budynku zaczyna się dziać. Po za sikającym bezdomnym, którego kobieta zdążyła spacyfikować i zamknąć w celi, jest tam ktoś jeszcze. Sceny w areszcie, gdy nieznana, niewidzialna dla bohaterki postać kwili coś po swojemu i świeci jej latarką prosto w oczy są nader ciekawie zrobione. Takich dobrych ujęć mogących przestraszyć widza, zaskoczyć widza, jest więcej, mam tu na myśli szczególnie pojawienie się sympatycznego oficera Price'a, a raczej finał jego wizyty.

Jeśli przypomnę sobie inny film DiBlasi np. "Cassandagę" już wiem na co stawia ten twórca. Nie na szybkie migawki wygenerowane komputerowo, lecz na plastyczną charakteryzację antybohaterów, w tym przypadku zmór nawiedzających posterunek. Mnie osobiście skojarzyły się ze starymi teledyskami Cradle of Filth.

last shift

Nie mogę powiedzieć, żeby fabuła porażała oryginalnością, czy była mega zaskakująca, ale znajdziemy tu zwroty akcji, czy sytuacje, które nie każdy będzie w stanie przewidzieć. Występuje tu wątek ciekawej historii z przeszłości posterunku, której nie zamierzam Wam zdradzać.

Ogólny pomysł jest okej. Bez udziwnień, czy wstawek rodem ze średniowiecznego moralitu jakie często lubią stosować twórcy łapiący się tematu gości zza światów.

Jest ponury nastrój opustoszałego budynku, jest odczuwalna izolacja i paranoiczne przekonanie o czyhającym zagrożeniu. Strach głównej bohaterki miesza się z poczuciem obowiązku, traumą i tęsknotą po tragicznej śmierci ojca. Powoli odsłaniane fakty dotyczące przeszłych wydarzeń nadają wszystkiemu logiczny sens i prowadzą do nieuchronnie marnego końca protagonistki. Jeśli o mnie chodzi to nie mam żadnych zarzutów, film bardzo przyjemnie mnie zaskoczył.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:9

Napięci:7

Zaskoczenie:6

zabawa:7

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

To cos:8

Oryginalność:6

72/100

W skali brutalności:2/10

środa, 09 września 2015

White Settlers (2014)

WHITE SETTLERS

Małżeństwo Sarah i Ed przenoszą się z angielskiej metropolii na szkocką prowincję. Kupują solidny acz zapuszczony domek i przynależną do niego ziemie. Nie wiadomo co nasi bohaterzy planują robić na tym odludziu, po za cieszeniem oka pięknymi widokami i bzykaniem się w trawie. Jakiekolwiek by nie były ich plany szybko legną w gruzach, bo już pierwszej nocy po przeprowadzce ktoś złoży im nieoczekiwaną wizytę.

Każdy kto liznął odrobinę historii Wysp Brytyjskich wie, że angole nigdy nie byli mile widziani w Szkocji. Jak pokazuje thriller Simona Halligana wiele się w tej kwestii nie zmieniło zważywszy na to, iż nasz twórca twierdzi że inspirowała go historia autentyczna.

Wzięłam się za ten film nie przeczytawszy nawet jego opisu- czasami myślę, że jestem masochistką- nie wiedząc na co się tym razem napatoczę.

Początek filmu, czyli przejście od słonecznej sielanki wśród kamienistych ścieżek i zielonych pól, do mroku chatki pozbawionej prądu i dziwnych odgłosów dochodzących z podwórka, wprowadził mnie w adekwatny do gatunku filmu nastrój. Powiem więcej, sądziłam, że mogę mieć tu do czynienia z ghost story, bo nasi młodzi wprowadzili się do domu, w którym kojfnął pewien staruszek.

WHITE SETTLERS

Główna bohaterka nie mogąc usnąć zmusza swojego męża by ruszył na zwiady. Ze zwiadów nie wraca, a oczom Sary wkrótce ukaże się zamaskowane oblicze intruza, a raczej intruzów. Dojść szybko okazuje się więc, że mamy tu do czynienia z home invasion. Jakby ktoś miał co do tego wątpliwości ujrzy gościa w masce z łba świni - nieśmiertelny chwyt , już nie wiem nawet w ilu filmach widziałam tak odstrojonego zbira. Wiemy, że coś się dzieje.

WHITE SETTLERS

Akcja nabiera tempa i napięcie zaczyna wzrastać. Chłop gdzieś przepadł więc dama jego serca musi sobie radzić sama ze zgrają świniopasów. Umyka im dość zgrabnie, co pochwali każdy widz. Coś mi w niej jednak nie pasowało. Chyba jej aparycja, jakaś taka nieadekwatna do roli zastrachanej kobietki. Solidnie zbudowana, raczej mało kobieca bym rzekła wystawała po za schemat, w którym całym sobą tkwił ten film. Nie podobała mi się, ot co.

Jej ucieczka, próba uratowania mężusia etc. to sceny naładowane stosowną porcją napięcia. Dla amatorów mocniejszych ujęć też coś się znajdzie, bo nasza nimfa ma pierdolnięcie, trzeba jej przyznać.

WHITE SETTLERS

W home invasion dość ważnym elementem jest nieznajomość motywu sprawców. Tu największym powodzeniem cieszą się filmy w stylu  "Nieznajomych".

W przypadku "White Settlers" sprawa szybko staje się oczywista, wystarczy dodać dwa do dwóch. Brak tu więc elementu zaskoczenia, jeśli idzie o temat 'czemu oni to robią i kim są'. Nie wiemy natomiast jakie zbiry maja zamiary. Osobiście stawiałam na zbiorowy gwałt na Sarze, ale ostatnio tylko gwałty mi w głowie przez te przechery z imigrantami.

Finał jest jednak inny. Tuż przed nim sądziłam, że zakończenie pozostanie otwarte jak w "Eden lake", czyli możecie sobie tylko wyobrazić co się teraz stanie i tu każdy widz podług swoich zasobów fantazji dopisze sobie pointe, ale nie, pointa zostanie podana na tacy. Jaka? Pewno zobaczycie.

"White Settlers" to dość dobry film. Standardowy, ale całkiem dobry. Wprowadza w klimat, buduje napięcie, rozwija historie, budzi emocje. Wszytko jednak w ramach bezpiecznego standardu i bez większych westchnień.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie: 8

Zaskoczenie: 4

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo: 6

Oryginalność: 4

To coś: 6

60/100

w skali brutalności 2/10

czwartek, 23 lipca 2015

Ich seh, Ich seh/ Widzę, widzę (2014)

widzę widzę

Jedenastoletni Elias spędza całe dnie ze swoim bratem bliźniakiem, Lucasem. Mieszkają w wielkim domu otoczonym lasem wraz z matką, która po rekonwalescencji w szpitalu wraca do swoich synów. Jej zachowanie budzi podejrzenia w Eliasie, a Lucas przekonuje go, że kobieta z twarzą owinięta bandażami nie jest ich matką. W czterech ścianach eleganckiego domu rozegra się pojedynek pomiędzy matką, a dziećmi.

Gdzie były te filmy kiedy robiłam ranking najlepszych produkcji z 2014, się pytam?

Nigdy nie miałam do czynienia z Austriackim kinem grozy, o ile dobrze pamiętam, a to pierwsze spotkanie było bardzo owocne, mimo iż całej filmowej zagadki, wielkiego suprise z finału, domyśliłam się w pierwszych pięciu minutach filmu.

Nie dlatego żem tak lotna, film bardzo silnie skojarzył mi się z mało znaną produkcją z lat '70 "Odmieniec" i z miejsca wyszłam z założenia, że intryga będzie opierać się na tym samym schemacie. To nie jest jedyne skojarzenie, ale innych tytułów nie wymienię, bo są zbyt znane i z automatu zepsułabym niespodziankę tym, którzy mają szanse na obejrzenie filmu w niewiedzy.

Co więc tak mocno spodobało mi się w tym obrazie jeśli nie element zaskoczenia? Ano wszytko:)

Z miejsca w oczy rzuca się artystyczne podejście twórców do swojego projektu. Dołożyli wszelkich starań, aby wszystko się ze sobą zgrywało. W obrazie dominuje biel. Może to jakaś alegoria do niewinności, a może przypadek, ale wygląda to bardzo 'sterylnie'.

widzę widzę

Filmowe tło nie jest upchane jakimiś niepotrzebnymi elementami, mamy tylko trzech aktorów na pustej scenie- ja przynajmniej tak to odebrałam. Wszytko skupia się więc na nich. Tu potrzeba było solidnie dopracowanego scenariusza i jeszcze lepszego aktorstwa. Nie wiem, czy występujący tu odtwórcy trzech głównych ról mają jakiś dorobek aktorski na koncie, ale chce wierzyć, że nie bo wszyscy wypadają niespotykanie 'świeżo' i naturalnie.

Tak jak wspomniałam, głównej zagadki domyśliłam się ekspresowo, ale nie znaczy to, że twórcy nie włożyli starań w to by widza wyprowadzić w pole. Starali się, ja sama momentami miałam wątpliwości i chciałam zarzucić swoją tezę.

Fabuła skupia się na relacji między matką a synami. A w zasadzie z jednym synem, bo z drugim z jakiś przyczyn nie chce gadać. To tym bardziej podkręca podejrzenia chłopców. I podejrzenia widza.

Nie bardzo wiemy, jak ta historia się zaczęła. Jesteśmy jakby w jej środku. Gdzie jest ojciec dzieciaków? Dlaczego matka była w szpitalu? Czemu tak negatywnie zachowuje się wobec swoich synów? Wszytko powoli się wyjaśnia, choć na wystawienie kawy na ławę musicie poczekać do finału.

W miedzy czasie będzie na co popatrzeć, bo matka, którą twórcy starają się postawić w roli oprawcy wkrótce staje się ofiarą. Przywiązana do łóżka próbuje przekonać synów, że jest tym za kogo się podaje.

widzę widzę

widzę widzę

Finał przyniesie nie tylko niespodziankę dla tych, którzy nie zwąchali pisma nosem, ale też popis bardziej brutalny w formie. Cały film pokazuje przemoc psychiczną, ale tam gdzie przemoc psychiczna prędzej czy później dochodzi do przemocy fizycznej i to też będziecie mieli okazję zobaczyć.

Lubię taki minimalizm w formie, zwłaszcza jeśli przepych i efekty ustępują miejsca na rzecz treści. "Widzę, widzę" zdecydowanie nie należy do kategorii filmów o niczym. Można się tu doszukać drugiego dna jeśli tylko zepnie się szare komórki. Dodatkowo sprawnie gra na emocjach, spełniając swoją rolę jako kino grozy, może nie horror, ale thriller z pewnością.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

to coś:7

Oryginalność:6

70/100

W skali brutalności: 3/10

wtorek, 21 lipca 2015

 Musarañas (2014)

musaranas

Montse cierpi na poważną agorafobię. Od lat nie wychodzi z domu, gdzie prowadzi skromną szwalnie. Mieszka wraz z siostrą, którą wychowywała od momentu śmierci matki wraz z ojcem do chwili, gdy ten zaginął w wojenne zawierusze.

Agorafobia to nie jedyny problem jaki trapi starą pannę. Wyraźnie bolesne przejścia z przeszłości wpędziły ją w religijny fanatyzm, który odbija się na jej relacjach z otoczeniem, szczególnie z młodszą siostrą.

Pewnego dnia na klatce schodowej kamienicy, gdzie mieszkają kobiety dochodzi do wypadku. Ich sąsiad, przystojny Carlos spada ze schodów, łamie nogę i traci przytomność. Montse zaciąga go do swojego domu by się nim zaopiekować. Opieka szybko przeradza się w coś więcej, niestety nie będzie miło, ani romantycznie.

"Musaranas" to debiut trojga Hiszpanów. Dla fanów horrorów z tych okolic nie powinno być zaskoczeniem, że jest to debiut bardzo udany.

Film łączy w sobie elementy dramatu psychologicznego, thrillera i horroru. Z każdego z tych gatunków biorąc co najlepsze.

Akcja osadzona jest w Hiszpanii w latach '50. Stąd dużą uwagę poświecono stylizacji scenografii, kostiumom i ogólnej charakteryzacji. Efekt jest bardzo dobry.

W rolę Montse wciela się urodziwa hiszpańska aktorka, którą pamiętam z filmu "Apartament" należącego do cyklu "Filmy, które nie dadzą ci zasnąć".

Już w przeszłości pokazała dobry warsztat jednak rola Montse wymagała znacznie większego wysiłku włożonego w odegranie warstwy dramatycznej.

musaranas

To na złożonej psychologii postaci zbudowany jest cały filmowy pomysł.Mimo iż przyczyny choroby Montse nie są jakimś novum to sposób w jaki zostały wykorzystane do nakręcenia spirali szaleństwa całkowicie rozgrzesza z przewidywalności.

Nasz bohaterka pokazuje szaleństwo już od pierwszych scen, gdzie widzimy jak katuje swoją siostrę za to iż ta wybrała się na przechadzkę z kolegą. To bardzo szybka i efektowna akcja choć cały obraz szaleństwa składa się raczej z drobnych przesłanek tworzących przerażającą całość niż z takich szybkich eskalacji.

Jak wspomniałam w domu Montse pojawia się mężczyzna. Jakimś cudem rozbudza w tej zimnej jak głaz kobiecie nieznane jej dotąd uczucia. Ta sytuacja przypomniała mi nieco scenariusz "Wstrętu" gdzie główna bohaterka podobnie jak Montse popada w obłęd, boi się wyjść z domu i odczuwa wręcz paraliżujący lęk przed rodzajem męskim. Mimo to jeden samiec zwraca jej uwagę co doprowadza do wewnętrznej walki i pogłębienia się psychozy. Tak jak u Montse.

musaranas

Ta bohaterka mając w swoim domu, w swoim łóżku przystojnego, rannego mężczyznę chce go zachować dla siebie. Początkowa nieufność przeradza się w drapieżną pożądliwość. Tu mamy akcje rodem z "Misery", ale nie tej filmowej, raczej lajtowej, lecz tej książkowej.

W tym wszystkim mamy jeszcze jej młodziutką, niewinną siostrę. Chyba największą ofiarę. Jej zachowanie w finałowych scenach może nie być do końca zrozumiałe dla widza jednak , cóż, taka wizja.

musaranas

Tak przechodząc płynnie od dramatu przez thriller trafiamy do świata horroru. Finałowe sceny to nieoczekiwany popis gore. Twórcy nie popadają jednak w skrajności i dbają o podtrzymanie warstwy dramatycznej dzięki czemu bezgłowe zwłoki i nogi przyszyte do łóżka robią jeszcze większe wrażenie, bo tak jakby nie przystają do tej opowieści.

Kino nieoczekiwanie solidne jak na debiut.

Twórcy niby nie pokazują tu nic nowego, bo motywy wykorzystane w filmie pojawiały się już wcześniej, zarówno na ekranie jak i horrorach powieściowych, ale mimo wszytko ogląda się to z rosnącą trwogą i zdziwieniem. Do tego jest jeszcze ciekawy klimat, czemu przysłużyła się dbałość o szczegóły i bardzo emocjonalną grę aktorską.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

To coś:7

Oryginalność:6

71/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 11 lipca 2015

The Drownsman (2014)

drownsman

Madison po feralnym podtopieniu w czasie imprezy nabawiła się poważnych rozmiarów hydrofobii. Teraz nie jest w stanie znieść choćby widoku wody, a kontakt z nawet najmniejszym akwenem przyprawia ją o paniczny strach.

Fobia rozwinęła się na tyle, że Madison musi nawadniać się, dożylnie bo nawet wypicie szklanki wody jest dla niej niemożliwym wyzwaniem.

Jej przyjaciółki rozżalone jej stanem postanawiają zastosować terapię szokową. Nie wierzą dziewczynie, która twierdzi iż prześladuje ją 'coś nie z tego świata' i każdorazowo gdy zbliża się do wody ów byt zagraża jej życiu. Jak się wkrótce okaże Madison nie jest wariatką, a 'Topielec' faktycznie istnieje.

"The Drownsman" to dość klasyczny slasher nakręcony przez Kanadyjczyków o niewielkim doświadczeniu. Podobnie jak to było np. w "Koszmarze z ulicy wiązów" antybohater jest tu postacią o nadnaturalnych zdolnościach. Fizycznie od dawna nie żyje jednak w jakiś sposób potrafił zachować swoją życiową energię i potrafi ją obudzić by dalej czynić zło. Przewodnikiem, czy też wrotami do świata żywych jest dla niego woda. Z jakiś powodów, które widz pozna mniej więcej w połowie filmu uparł się na Madison i doprowadził ją do psychicznej ruiny.

drownsman

Gdy jej przyjaciółki interweniują  organizując 'spotkanie przy wannie' ten zwraca się przeciwko nim. W tym momencie rozpoczyna się klasycznie slasherowa sekwencja mordów na niewiastach. Kobiety giną kolejno, a jako że specjalnością naszego mordercy jest topienie każda z nich ginie w wodzie. Tu bywa całkiem zabawnie:) Jedna z dziewczyn znika w zlewie, inna w niewielkiej plamie wody rozlanej na biurku. Trzeba przyznać, ze efekty są tu dobre. Ogólna oprawa wizualna jest zacna. Uwagę przykuwa wnętrze lochu naszego antagonisty, gdzie za czasów swojej świetności topił młode kobiety. On sam wygląda dość przeciętnie jednak twórcy postawili na nastrój tajemnicy, więc mało kiedy możemy oglądać oblicze mordercy w pełnej klasie.

drownsman

Pochwały kończą się gdy weźmiemy pod lupę scenariusz. Pomysł na hydrofobie jest całkiem fajny, ale trudny. Trudny z tego względu, że wymaga zbudowania pewnych zasad na jakich funkcjonuje osoba taką fobią ogarnięta. Twórcy bardzo się rozpędzili czyniąc z Madison osobę, która nie może znieść widoku deszczu, nie może się nawet napić, co więc z kąpielą? Przez cały film zastanawiałam się na tym. Może przeciera się mokrymi szmatkami, które ktoś dla niej przygotowuje. Ale ile można tak żyć i nie zacząć mimo wszytko cuchnąć? Co z włosami? Przecież je też trzeba myć. Twórcy całkowicie olewają tę podstawą kwestię.

Slasher nie jest gatunkiem słynącym z ogólnie przyjętej logiki, oferuje nam jednak coś na jej kształt, tworzy własne zasady. W przypadku tego filmu bardzo tego brakuje. Antybohater też zadaje się nie mieć żadnych ograniczeń co też burzy wizję.

Pierwszą połowę filmu oglądałam zastanawiając się nad aromatem głównej bohaterki, zaś w drugiej zaczęłam się powoli wyłączać. Nie wiem, może znudziły mnie moje rozważania, a może burdel w scenariuszu przerósł moje możliwości pojmowania? Druga połowa filmu to już jedno wielkie zamieszanie, eskalacja efektów i wyścig nonsensów.

Wydawać by się mogło, że slasher jest jednym z najłatwiejszych podgatunków horroru, ale i on ma swoje wymogi. Niestety w mojej ocenie "Drownsman" o nich nie pamięta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl