What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z 2015

piątek, 15 września 2017

True Story (2015)

true story

Wzięty, jak dotąd, reporter z New York Times zostaje zwolniony z pracy po tym jak odkryto, że w jednym ze swoich artykułów śledczych nagiął prawdę dla wzmocnienia przekazu.

Gdy Michael bezskutecznie poszukuje zatrudnienia otrzymuje telefon informujący go o sprawie pewnego mordercy, który zamordował swoją żonę i dzieci, a po popełnieniu zbrodni w Stanach ukrywał się w Meksyku posługując fałszywym nazwiskiem. Ni mniej ni więcej podawał się za Michaela Finkela, dziennikarza New York Times.

Prawdziwy Michael postanawia spotkać się z tym człowiekiem i dowiedzieć się dlaczego ten podszył się akurat pod niego.

Thriller "True Story" powstał w oparciu o relację amerykańskiego dziennikarza spisaną pod tytułem "Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa". Książki nie miałam okazji przeczytać, nawet o niej nie słyszałam choć ukazała się na polskim rynku. Film jest dziełem nie szczególnie doświadczonych twórców, choć nie odnotowałam w nim rażących uchybień na poziomie wykonawczym. Sama historia, cóż, dość ciekawa. Jej głównym tematem jest spotkanie między doświadczonym i bystrym dziennikarzem a gościem, który zamordował własną rodzinę. Chyba domyślacie się, że ciekawość Michaela nie ograniczyła się do zbadania dlaczego niejaki Christian Lango postanowił się pod niego podszyć. Jego dziennikarski apetyt jest znacznie większy. Mężczyzna postanawia dociec prawdy na temat popełnionej zbrodni, dowiedzieć się, czy Lango zabił, a jeśli tak to dlaczego to zrobił. Aresztowany mężczyzna zgadza się na wywiad na wyłączność, z którego ma powstać książka autorstwa Finkela, ma jednak swoje warunki.

true story

Ta historia w jakiś sposób kojarzy się relacją zawartą w "Szanowny Panie Gacy", bo opowiada o psychologicznej grze między mordercą za zainteresowanym jego historią 'prawym obywatelem'. Tak jak intencje nastolatka korespondującego z Gacy'm nie były zbyt czyste, bo chciał wykorzystać znajomość do własnych celów, tak samo dzieje się w przypadku Michaela. Jakie intencje może mieć dziennikarz pogrążony w niesławie łatwo można się domyślić, ale o co chodzi mordercy? Tu sprawa jest nieco bardziej złożona. W wielkim uproszczeniu myślę, że facet chciał po prostu być kimś innym, ale to nowe oblicze chyba też ostatecznie go rozczarowało.

Produkcja jest silna w dobra obsadę. Elegancko odchudzony Jonah Hill, którego po raz pierwszy widziałam w niekomediowej roli, śliczna jak zawsze i emanująca kobiecą stanowczością Felicity Jones i wisienka na torcie, czyli James Franco, jak zwykle pyszałkowaty i nie budzący sympatii.

Seans uważam za zadowalający, ale rewelacji nie ma.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 22 lipca 2017

Jack (2015)

jack

Jack Unterweger w 1976 zostaje skazany na dożywocie za gwałt i morderstwo osiemnastolatki. Odsiadując wyrok zaczyna pisać sztuki teatralne, opowiadania i wreszcie  autobiograficzną powieść "Czyściec", która z jakiś powodów zachwyca elity intelektualne Austrii.

Jack skutecznie ubiega się o zwolnienie warunkowe. Wychodzi na wolność jako dojrzały mężczyzna, przykład sukcesu procesu resocjalizacji. Jest rozchwytywanym celebrytą, któremu nie brakuje powodzenia u kobiet. Wkrótce po jego zwolnieniu, w Wiedniu rozpoczyna się fala morderstw na prostytutkach.

Kojarzycie takiego typa jak "Dusiciel z Wiednia"? Oto przed Wami Jack Unterweger, cud resocjalizacji, albo raczej mistrz manipulacji. Człowiek, który wydymał austriacki wymiar sprawiedliwości. Nabrał wszystkich. O jego zwolnienie z więzienia apelowała sama noblistka Elfriede Jelinek autorka "Pianistki" - ktoś kto czytał powieść, powie: wiadomo, że baba ma niepokolei, ale fakt faktem, że talent prozatorski mordercy zamydlił wszystkim oczy.

Po raz pierwszy z historią Unterwegera spotkałam się przy okazji lektury książki "Pisarz, który nienawidził" kobiet. Służyła mi za lekturę na wykładach z psychometrii, z której i tak nic nie kumałam. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z tego, że oto mam do czynienia z historią opartą na autentycznych wydarzeniach. No, bo jak to tak? Później usłyszałam o kanibalu z Japonii, który po dokonaniu makabrycznego czynu w Europie żyje sobie w ojczyźnie w blasku glorii - nic mnie już nie powinno dziwić.

jack

Muszę przyznać, że sama historia Unterwegera jest bardziej porywająca niż nakręcony przez Elisabeth Scharnang obraz w oparciu o nią. Film jest bodaj produkcją dla TV i byłabym rada gdybym mogła obejrzeć coś zgrabniejszego na ten temat.

Seansu z "Jack'em" absolutnie nie odradzam, bo jakby nie patrzeć jest to szansa na poznanie niezwykle interesującej historii, ale wykonanie mogłoby być lepsze.

Z plusów odnotować muszę kreację aktorską głównego bohatera, który wypada bardzo przekonująco. Z minusów zdecydowanie nierówny tok narracji, która wprowadza więcej zamieszania niż to konieczne.

Akcja filmu rozpoczyna się z chwilą opuszczenia przez morderce murów więzienia. Poznajemy go jako gościa talk show, błyskotliwego, owianego tajemnicą intelektualistę i artystę.

Jack zaczyna pracę jako dziennikarz. Związuje się z kobietą, która jego mordercze zapędy odczytuje jako akty miłości. Stwierdza, że Jack potrafi kochać jak nikt inny.

jack

Są lata 90 i austriacka policja nie ma szczególnej wprawy w tropieniu seryjnych zabójców, a właśnie takowy zagnieżdża się na ich terenie. Zaczynają ginąć prostytutki. Oczywiście nieprędko padnie podejrzenie na Jacka. Nie pamiętam już jak konkretnie tę kwestie przedstawiono w filmie, ale prawdziwy Jack w swojej dziennikarskiej karierze poruszał temat seryjnych morderców - można rzec dzielił się informacjami z pierwszej ręki. W końcu rozwija skrzydełka na tyle, że Austria to dla niego za mało. Tak zostaje mordercą międzynarodowym.

Film skupia się na tym by jak najlepiej sportretować mordercę. Idzie to jak idzie, ale nie można mu odmówić tego, że poznamy tu sporo faktów z życia Jacka w tym jego własną interpretację swojego zachowania. Tu zaskoczenia nie będzie, przypadek bardzo typowy.

Jest więc tak jak wspomniałam, film średni, ale sama historia świetna i jak zwykle gdy pisze ją życie - dziwniejsza od fikcji.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:5

58/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 27 czerwca 2017

Ham-jeong aka Deep Trap (2015)

deep trap

Bezdzietne małżeństwo wybiera się na wycieczkę na odludną wyspę by tam popracować nad swoją relacją. Na miejscu trafiają do 'restauracji' niejakiego Seong -Cheol Parka, którą mężczyzna prowadzi wraz z żoną. Wycieczkowicze zostają u nich na noc, a wkrótce z powodu awarii samochodu zmuszeni są zostać dłużej. Każda kolejna godzina spędzona u Parków nastręcza podejrzeń, że ich los jest zagrożony.

Thriller z Korei Południowej, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

W roli głównej mamy weterana koreańskiego kina, Dong-seok Ma, który kręci po kilka a nawet kilkanaście filmów rocznie. Ostatnio widziany w "Pociągu do Busan". To jego rola  Parka zdominowała "Deep trap" - jak na porządnego antybohatera przystało.

Fabuła filmu kręci się wokół czterech osób Joon-sik Kwon i jego żony, oraz Seong- Cheola i jego żony.

deep trap

Gdy wycieczkowicze trafiają do restauracji Parków, rozpoczyna się biesiada, już wiemy, że będzie z tego klops. Joon-sik wyraźnie ma problem z alkoholem co skrzętnie wykorzystuje właściciel restauracji. Podstępem wmanewrowuje go w bardzo nie fajną sytuację po to by zrealizować własny cel. Szybko zorientujemy się, że Parka ma kuku na móniu, a położenie jego żony, tak samo jak przyjezdnych, jest bardzo nieciekawe.

deep trap

Mamy tu ciekawą rozgrywkę psychologiczną, ale też sporo brutalnej akcji. Fabularnie jest zdecydowanie dobrze. Jak na thriller przystało będzie napięcie i element zaskoczenia. Na tle kina koreańskiego wypada dobrze, choć nie bardzo dobrze. Filmowcy z tego kraju tak wywindowali poziom, że czasem sami nie są w stanie mu sprostać. Nie mniej jednak jest to udana produkcja, zwłaszcza dla kogoś kto lubi takie klimaty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 06 kwietnia 2017

The Devil's Candy (2015)

devils candy

Malarz Jessie wraz z żoną Astrid i nastoletnią córką Zooey kupuje nowy dom w Teksasie. Wkrótce zjawia się tam Ray, syn poprzednich właścicieli, mocno pojechany typ.

Mniej więcej w tym samym czasie Jessie wpada w twórczy amok, malując do szczętu przesiąknięte mrokiem obrazy. Na jednym z nich jego córka umiera w płomieniach.

"Devil's Candy" jak wynika z opisu stanowi przykład podręcznikowego ghost story i takim w gruncie rzeczy jest, aczkolwiek wyróżnia się tym i owym.

Scenariusz i reżyseria filmu to zasługa Seana Byrne'a, twórcy o dorobku niewielkim ale raczej konkretnym. To on swego czasu nakręcił mocno porąbany "The loved ones".

Jego nowy film, "Devils candy" mimo iż spokojnie mieści się w ramach klasycznej historii o nawiedzonym domu wyróżnia się na tle pospólstwa gatunkowego.

Tak, możecie mi zarzucić stronniczość, ale z miejsca polubiłam jego bohaterów. Wszyscy słuchają heavy metalu, córuchna w koszulce Motorhead, tatuś w Metallice, mamcia ma niebieskie pasemka. Zawsze chciałam mieć niebieskie włosy;(

devils candy

devils candy

Metalowe riffy robią za muzykę filmową stosownie nakręcając klimat. Filmowe wydarzenia przebiegają niespiesznie po równym torze. Doprawdy nie ma tu nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o środki operowania grozą. Widać, że budżet filmu był niewielki. Mimo to nie nudziłam się w czasie seansu z tym obrazem i oglądało mi się go do prawdy przyjemnie.

Odnoszę wrażenie, że film został zrobiony z myślą o fanach muzyki metalowej i im jak mniemam może się spodobać: tylko głośny heavy metal może uratować przed opętaniem ;). Dla reszty widzów jak przypuszczam będzie to tylko kolejny horror o nawiedzonym domu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W sakli brutalności:1/10

piątek, 31 marca 2017

El cadáver de Anna Fritz/ Ciało Anny Fritz (2015)

ciało anny fritz

Piękna hiszpańska aktorka i celebrytka trafia martwa do kostnicy, w której pracuje młody Paul. Tej samej nocy chłopak postanawia podzielić się sensacyjną nowiną z dwoma kumplami, który odwiedzają kostnice Paula w drodze na imprezę. Wszytko po to by zobaczy nagusieńkie ciało martwej Anny Fritz. Imprezowy nastrój młodzieńców sprawia, że w końcu wpadają na niecodzienny pomysł. Tak ciało martwej aktorki staje się ich seksualnym obiektem.

Hiszpański thriller "Ciało Anny Fritz" dotarł do nas ze sporym opóźnieniem, a ja sama miałam ten tytuł na oku od dłuższego już czasu.

Motyw przewodni filmu jaki obrali młodzi twórcy jest na tyle kontrowersyjny by przyciągnąć uwagę jednak nie znaczy to, że stanowi nowość w gatunku.

Krótki opis fabuły szybko nasunie Wam skojarzenie z "Martwą dziewczyną", gdzie również mamy do czynienia z przypadkiem nekrofilii jakiej dopuszczają się młodzi mężczyźni. Mimo iż założenie w obydwu produkcjach jest podobne różnią się one w znacznym stopniu. Nie da się ukryć, że "Martwa dziewczyna" prezentowała swego rodzaju cuchnący, czarny humor, którego nie spotkamy u Hiszpanów, którzy swoją historię opowiadają całkiem na serio.

Jak wspomniałam akcja filmu rozgrywa się w kostnicy, co również nie jest szczególnie oryginalnym wyborem, nie mniej jednak, jak na kino grozy, jest to miejscówka już sprawdzona. Z automatu budzi obawę, gdyż dla większości z nas jest to miejsce niedostępne, miejsce zarezerwowane dla śmierci.

Otoczenie zimno metalicznego wyposażenia kostnicy samo w sobie robi dużą robotę, do tego dochodzą rzędy zwłok zakrytych białymi prześcieradłami. Wśród nich piękna Anna, która szybko skupia na sobie całą uwagę zarówno 'żywych bohaterów' jak i widza.

ciało anny fritz

Dowiadujemy się, że przedwcześnie zmarła była znaną i uwielbiana aktorką, piękną i niedostępną dla przeciętnego amatora jej wdzięków. Tymczasem leży zupełnie bezwładna i dalej kusząco atrakcyjna. Z wypowiedzi Paula i jednego z jego kolegów wynika, że zbrodnie nekrofilii nie są niczym nadzwyczajnym. Każdy skorzystałby z takiej okazji.

Przygnębiająca perspektywa...

Po wciągnięciu paru kresek dla animuszu najbardziej napalony z trójcy dosiada nieszczęsną Anne i skończywszy swój bluźnierczy akt zachęca do niego pozostałych dwóch gości.

Tu następuje najbardziej znaczące rozminięcie fabularne ze skojarzonym tytułem "Martwej dziewczyny". Mogę powiedzieć, że z tą chwilą dobiegła końca najbardziej kontrowersyjna partia filmu. Reszta to już faza thrillera z fabularnym twistem.

Nie powiem, były momenty większego napięcia jednakże nie ukrywam rozczarowania tak, w gruncie rzeczy, prostym zastosowanym tu chwytem.

Dalej wszytko sprowadza się do próby ukrycia karygodnego czynu. Mimo iż każdy z bohaterów prezentuje inną postawę: jest ten dobry, jest ten zły i jest ten pomiędzy, który musi podjąć trudną decyzję, to ich działania biegną w jednym kierunku i jego wynik jest do przewidzenia.

ciało anny fritz

Nie da się ukryć, że pułapka twistu fabularnego jest tu narzędziem obusiecznym. Z jednej strony łapie się w nią widz, z drugiej twórcy filmu, którzy jakby zapomnieli o jego konsekwentnym przeprowadzeniu.

Finał też mnie nie zachwycił i z przykrością muszę przyznać, że po mocnym początku emocje wcale nie rosną.

Miałam wrażenie, że twórcy zawstydzeni takim rzutem na taśmę dalej całkowicie zrezygnowali z silniejszego przekazu na rzecz zabawy w kotka i myszkę. Wspominam o tym, nie dlatego, że film uważam za rozczarowanie generalnie, lecz z uwagi na, w mojej ocenie, nie pełne wykorzystanie potencjału tej historii.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 27 marca 2017

Ak-eui yeon-dae-gi aka Chronicles of evil (2015)

chronicles of evil

Komendant policji Chang-sik Choi wkrótce spodziewa się obiecanego awansu. Jedyne co ma zrobić by zrealizować zamierzenie, to nie podpaść szefowi policji 'robiąc coś głupiego'. Pech chce, że wracając z imprezy zostaje zaatakowany przez człowieka chcącego pozbawić go życia. Komendant zabija go w obronie własnej. Zamiast wezwać kolegów po fachu ucieka z miejsca zdarzenia. Następnego dnia okazuje się, że ukrycie sprawy nic nie dało, bo ktoś wyeksponował jego dzieło zawieszając trupa na dźwigu tuż obok siedziby policji. Chang-sik nabiera przekonania, że ktoś mocno che mu nabruździć, a atak nie był przypadkowy.

Kolejny koreański thriller, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Jak na koreańskie kino przystało produkcja bardzo udana.

chronicles of evil

Mamy tu do czynienia z dobrze przemyślaną intrygą skupiającą się wokół osoby docenianego komendanta. Poznajemy go jako osobę zdeterminowaną by osiągnąć sukces, postrzeganą jako prawą i konsekwentną. Dla kontrastu obok niego kręci się młody adept szkoły policyjnej, któremu nie brakuje instynktu i który bardziej niż na uszczęśliwianiu przełożonych skupia się na poszukiwaniu prawdy.

chronicles of evil

W filmowym wstępie pojawiają się enigmatyczne sceny dotyczące sprawy z przeszłości i jak się domyślacie ma ona związek z głównym bohaterem. Cóż więcej mogę zdradzić? Chyba nic.

Zakładam, że film przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom koreańskiego kina, bo posiada wszystkie jego zalety. Dobrze napisany scenariusz, który zastawia na widza sporo pułapek i pozwala mu pogłówkować nad filmową zagadką. Akcja jest wartka i wciągająca. Pomysł wyjściowy ciekawy, choć z nóg Was nie zwali, Koreańczycy miewają znacznie bardziej wymyśle patenty na zawiązanie akcji. Wysoki poziom realizacji od zdjęć przez montaż aż do muzyki. Solidne aktorstwo. Muszę przyznać, że kiedyś zupełnie rozróżniałam azjatyckich aktorów, teraz mogę powiedzieć, że się to zmieniło i mam już nawet swoich ulubieńców.

"Kroniki zła", bo pewnie tak by brzmiał polski tytuł, ogląda się bardzo przyjemnie i no cóż, jest kolejnym dowodem na niezawodność Korei Południowej w tej dziedzinie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie: 8

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 1/10

środa, 22 marca 2017

Lemon Tree Passage/ Spustoszenie (2015)

lemon tree pasage

Grupa turystów, Australijczycy Geordie i Oscar i zapoznani niedawno Amerykanie Maya, Amelia i Toby spędzają wakacje w Nowej Południowej Walii gdzie znana jest legenda o duchu motocyklisty, którego spotkać można na drodze Lemon Tree.

Młodzi postanawiają przekonać się o prawdziwości legendy i pod osłoną nocy wybierają się do nawiedzonego miejsca. Udaje im się zauważyć kulę światła, którą biorą za ducha. Od tego spotkania wszytko zaczyna zmierzać w złym kierunku.

"Spustoszenie" to reżyserski debiut dwóch Australijczyków, którego jednak do udanych ciężko zaliczyć. Oczywiście na tle większość mocno przeciętnych, albo wręcz słabych filmowych horrorów nie wypada jakoś wybitnie źle, ale też nie wybija się ponad niski poziom.

Fabularny wstęp kazał mi sądzić, że będę tu miała do czynienia ze slasherem. Australijskie rąbanki często gęsto wypadają bardziej makabrycznie niż te amerykańskie, więc tego też oczekiwałam.

Mamy grupę pięknych i młodych, którzy dokazują razem na plaży, a później snują straszne opowieści przy ognisku - slasher jak w mordę strzelił - a jednak.

lemon tree pasage

Legenda jaką tu usłyszymy jest jedną z wielu urban legends, opowiadanych ku przestrodze. Ta dotyczy zbyt hulaszczej jazdy na odcinku drogi zwanej Lemon Tree Passage. Bohaterzy postawiają sprawdzić, czy stosując się do wskazówek zawartych w strasznej opowieści o duchu motocyklisty uda im się zobaczyć prawdziwe dziwo. I cóż, Drodzy Państwo, udaje im się i na tym się nie kończy.

Ciemną nocą nie napotkają w na odludnej drodze świra uzbrojonego w lewarek, tu zaczyna się ghost story, które jest właściwym gatunkiem dla tego filmu.

lemon tree pasage

Szybko przechodzimy do upiornych wizji jakich doświadcza jedna z bohaterek. Jej makabryczne sny stają się coraz bardziej realne aż do finału, który przebiega szybko i gładko. Dowiadujemy się oczywiście co też zdarzyło się w okolicy Lemon Tree Passage i jest to historia jakich wiele w gatunku, nie oczekujcie zaskoczenia.

Główne założenia fabularne oparte są na znanych schematach i twórcy próżno próbowali od nich uciec kombinując nieco z narracją. Z tego kombinowania wyszedł niezły bigos i jeśli o mnie chodzi szybko odechciało mi się szukać logiki w tym chaosie.

Nie dostrzegłam w tej produkcji żadnego elementu zasługującego na szczególną uwagę, czegoś co warto by pochwalić. Horror jakich wiele, zerknąć można jednym okiem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

 46/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 24 stycznia 2017

Scherzo Diabolico (2015)

scherzo diabolico

Aram , od lat pracuje w tej same firmie próżno wyczekując awansu. Naciski ze strony żony i osobiste niespełnienie wpędzają go w coraz większą desperację. W końcu zaczyna w nim dojrzewać pomysł, jak w bezkrwawy sposób pozbyć się szefa i zająć jego miejsce. Mężczyzna porywa jego nastoletnią córkę. W tej sytuacji szef Arama jest zmuszony sam zrezygnować by skupić się na poszukiwaniach. Chwilę po tym jak Aram dostaje upragnione stanowisko, wypuszcza Anabelle. Nie wie jednak co z jej psychiką zrobiła trauma porwania.

"Serzo Diabolico" to nowy horror Adriana Garci Bogliano, twórcy takich obrazów jak "Nadchodzi diabeł", czy "Późne fazy człowieczeństwa". Styl tego reżysera odbiega od przeciętności, choć niekiedy można by się zastanawiać, w którą stronę? O ile "Późne fazy człowieczeństwa" były bardzo dopracowanym filmem, a o tyle ustępowały klimatem bardziej chaotycznemu "Nadchodzi diabeł". Moje specyficzne upodoba sprawiają, że szukam dziwności i tym razem udało mi się ją znaleźć w "Serco Diabolico", choć nie jest to najdziwniejszy film jaki oglądałam w ubiegły weekend, ale o tym innym razem.

Pojawiają się tu elementy czarnego humoru, co w wykonaniu tego właśnie reżysera bardzo trafiają w mój gust. Pojawia się też groza, co oczywiste, ale nie jest to typowy straszak. Tu niepokój może wzbudzić bardziej sam kontekst sytuacyjny niż konkretne wydarzenia i sceny, choć nie powiem, im bliżej finału tym twórca bardziej sobie folguje, aż zobaczymy jedno z bardziej udanych ujęć odstrzelonej głowy.

Głównym bohaterem i antybohaterem, można rzec, jest Aram, facet w średnim wieku, sumienny pracownik, wierny mąż i oddany ojciec rodziny. Mimo tej życiowej przyzwoitości nie może odnotować zbyt wielu życiowych sukcesów. Żona jazgocze, że za mało zarabia i za późno wraca do domu- pewnie ją zdradza, szef poklepuje po ramieniu ale podwyżki ani ani.

scherzo diabolico

Jego kręgosłup moralny zaczyna coraz bardziej się uginać, aż wpada na genialny pomysł. Realizuje go jednocześnie pozwalając sobie na coraz więcej niegodziwości. Zwrócicie na to uwagę przy okazji oglądania filmu. Dopiero wtedy, gdy zmienia się w zupełnie innego człowieka, gorszą wersję siebie, zaczyna sprzyjać mu fortuna. Dopuścił się przestępstwa, zostaje ono nagrodzone awansem, zdradza żonę, ale unika wszelkich podejrzeń bo zasypuje ją forsą i tak dalej i tak dalej.

scherzo diabolico

Można by uznać, że to przestroga dla dobrodusznych frajerów, ale... karma wraca. W jaki sposób? Wystarczy spojrzeć na filmowy plakat.

Jak dla mnie "Scherzo Diabolico" jest filmem całkiem udanym. Lubię klimat produkcji tego meksykańskiego reżysera, kupuje go. Podoba mi się podstępna dziwność i prostota wykonania.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

oryginalność:6

To coś:7

60/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 03 stycznia 2017

Incarnate (2015)

Incarnate

Doktor Ember jest nietypowym pogromcą demonów. Nie uznaje ani doktryn religijnych, ani żadnej ze znanych formuł rytuału egzorcyzmów. Nie mniej jednak z dużą skutecznością pozbywa się z ciał opętanych duchowych pasożytów. Czyni to dzięki zdolnościom, można rzec telepatycznych, które pozwalają mu na wnikanie w umysł ofiary i eksmitowanie z niego złego lokatora. Swoja pracę wykonuje od czasu, gdy tragiczny wypadek uśmiercił jego bliskich, a jego samego usadził na wózku inwalidzkim. To wtedy po raz pierwszy na jego drodze stanął demon, z którym walczy do dziś.

"Incarnate" pewnie odstraszył część z Was niskimi ocenami i kiepskimi recenzjami, więc dziś dla odmiany poczytacie o pochwałach, bo debiutancki horror Brada Peytona przypadł mi do gustu.

Tak, jest to kolejny film o opętaniu, a więc kolejny amerykański horror religijny, a jednak wyróżnia się na tle tego, do czego zdążyliśmy przywyknąć, choć... paradoksalnie silnie nawiązuje do klasycznego filmu "Egzorcysta". Nawiązuje w sposób bardzo swobodny wcale nie wypierając się schematu, którym podąża. Wręcz przeciwnie, reżyser wykłada karty na stół, pokazując, że ma dystans do podobieństw między swoją produkcją a starym horrorem.

Drugim filmem z którym z pewnością "Incarnate" Wam się skojarzy jest seria "Naznaczony" Jamesa Wana. Punktem wspólnym jest oczywiście motywy oniryczne, wnikanie w umysł nieświadomego niczego człowieka w czasie snu. Tak jak w przypadku Wana była to oryginalna recept na nawiedzenie tak w przypadku "Incarnate" użyto zbliżonej formuły dla opętania i egzorcyzmu. Wierzcie mi, to miła odmiana od recytacji rytuału rzymskiego, lania święconą wodą i powykrzywianych twarzy ludzi przywiązanych do łóżka. Tu zarówno samo opętanie jak i egzorcyzm ma inny przebieg. Nie myślcie tylko, że jest to wybitnie ambitne podejście do tematu, które zwali Was z nóg - uważam po prostu, że to miła odmiana.

Incarnate

Incarnate

Do gustu przypadła mi też sama postać 'egzorcysty'. Nie jest księdzem, ma podejście bardziej naukowe, a sam egzorcyzm opiera się na perswazji. Demony są tu bardziej podstępne, nie katują opętanego lecz 'usypiają go' wysyłając w krainę ułudy zbudowanej z marzeń opętanego. Z resztą nasz Doktor nie jest skłonny wiązać ich, z którąkolwiek z religii, traktując duchowych pasożytów raczej jako uniwersalne zło, które zagraża ludziom. W tej roli dobrze aktorsko spisał się Aron Eckhart, choć cała obsada daje rade w mojej ocenie.

Może dlatego, że ostatnio ciężko utrafić sensowy film z motywem opętania, ten całkiem przyzwoity twór, tak mile mnie zaskoczył.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Luna de miel/ Miesiąc miodowy (2015)

miesiac miodowy

Isabel wpada w oko swojemu sąsiadowi Jorge. Zamężna kobieta nie zwraca jednak na niego uwagi. Jorge marzący o poślubieniu ukochanej postanawia więc przejść do bardziej drastycznych metod i ostatecznie Isabel ląduje w piwnicy jego domu. Szybka ceremonia zaślubin i można przejść do miesiąca miodowego...

"Luna de miel" to horror prosto z Meksyku wykorzystujący znany z latynoskich telenowel motyw wielkiej namiętności, oczywiście w bardziej drastycznym wydaniu.

Jest zrobiony poprawnie choć widać, że twórcy nie mają wielkiego doświadczenia. Fabuła oparta jest na znanym schemacie psychopaty, który rości sobie prawo do posiadania wybranej przez siebie kobiety choćby wbrew jej woli.

miesiac miodowy

Szkielet historii jest więc bardzo prosty i w zasadzie nie ma tu miejsca na elementy zaskoczenia. Widzowi pozostaje jedynie śledzenie nierównej walki pomiędzy oprawca a ofiarą. Mimo dużej dozy oczywistości jest tu parę elementów, które można pochwalić, jak chociażby pomysłowość antagonisty. Jorge, trzeba mu przyznać doskonale przemyślał system kar i nagród dla swojej oblubienicy i sądziłam, że sprawa rozwinie się w stronę syndromu sztokholmskiego, jednak nic z tego. Isabel pozostaje fight'erką do końca, a nasz psychol pozostaje psycholem. Psychologia postaci nie rozwija się tu praktycznie wcale i nie uzyskamy głębszego wglądu w tą sytuację.

miesiac miodowy

Zamiast tego suche fakty, cały proces dręczenie i karania Isabel za nierespektowanie małżeńskiej przysięgi. Dziewczyna jest rażona prądem, jej palce zostają precyzyjnie obdarte ze skóry, etc. Mamy tu więc sporo nieciekawych widoków i w pewnym stopniu jest to plus, bo gdyby nie dosadna wizualizacja nie byłoby w tym filmie już nic interesującego. To na bazie tej dosłowności budowana jest cały filmowy nastrój, obfitujący w przemoc i brud. Finał historii wzmocniony na siłę w imię kolejnego schematu.

Na pewno nie jest to film dla każdego, nawet ja nie jest do niego przekonana. Obejrzeć można, ale nie zaspokoi on większych apetytów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:5

Oryginalność: 4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:4/10

piątek, 23 grudnia 2016

Teo-neol/ Tunel (2015)

tunnel

Jeong-soo po pracy spieszy się do domu by zdążyć na urodziny córeczki. By uniknąć korków wybiera trasę przez nowo wybudowany tunel na obrzeżach miasta. Pech chce, że dokładnie w momencie gdy będzie przez niego przejeżdżał tunel zawali się. Jeong-soo zostaje uwięziony w przygniecionym samochodzie na długie dni.

Koreańczycy z południa  wydają mi się bardzo zdystansowanym narodem. W ich produkcjach bardzo często pojawiają się elementy satyryczne, obśmiewające mentalność narodu, niedoskonałość władz i idiotyzm mediów.

W przypadku thrillera "Tunel" mamy do czynienia z niezwykle dramatyczną historią, która ze względu na przedstawione realia społeczne, przedstawione w sposób prześmiewczy, nabiera jeszcze większej mocy. Musicie wiedzieć, że w przypadku "Tunelu" nie będziecie mieli okazji obserwować brawury w stylu amerykańskim gdzie jakiś McGywer ratuje uwięzionego człowieka za pomocą paczki zapałek. Zamiast tego mamy człowieka w beznadziejnej sytuacji, zostawionego na pastwę nieogarniętej grupy ratowniczej, dziennikarzy, którzy liczą, że uda im się nagrać na żywo jak uwięziony człowiek kona z głodu i pragnienia i władz naciskanych prze społeczeństwo, dla którego bardziej liczy się finalizacja projektu budowlanego niż ludzkie życie.

tunnel

W pewnym momentach sytuacja robi się tak absurdalna że aż śmieszna. O wypadku Jeong-soo jego małżonka dowiaduje się z telewizji, a po przybyciu na miejsce musi się fotografować z całą ekipą ratowniczą i połową ministerstwa nim ktokolwiek powie jej co będzie dalej z jej małżonkiem. Oczywiście jest tego więcej, ale nie chce Was raczyć zbyt wyraźnymi spoilerami.

Humor humorem, ale nei zabraknie tu też solidnie budowanego napięcia i zwrotów akcji. Technicznie, jak zwykle, Koreańczycy wyśmienicie dają sobie radę. Od ujęć samej katastrofy po sceny w zawalonym już tunelu, nie możemy narzekać na brak realizmu.

tunnel

Scenariusz film powstał w oparciu o powieść, która pewnie nigdy nie ukarze się w Polsce. Dobrze chociaż, że Koreańskie kino dociera do nas coraz częściej.

"Tunel" oczywiście polecam, bo chyba nie może być inaczej:)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

65/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 08 grudnia 2016

February (2015)

february

W szkole z internatem w Bramford właśnie zaczynają się ferie zimowe. Dwie z uczennic, Kat i Rose nie wyjeżdżają od razu, muszą poczekać na przyjazd rodziców. To wówczas jedna z dziewczyn zaczyna zachowywać się w mocno niepokojący sposób. Tymczasem w w drodze do Bramsford pewne małżeństwo spotyka autostopowiczkę przedstawiającą się jako Joan i szukającą podwózki do miasteczka Bramford.

"February" to już drugi horror w dorobku Oza Perkinsa jaki miałam okazję zobaczyć w ostatnim czasie. "February" jest jednocześnie jego reżyserskim debiutem i mogę powiedzieć, że ten odraz spodobał mi się zdecydowanie bardziej niż jego "I am pretty thing...".

Obydwie produkcje mają sporo wspólnych mianowników, szczególnie jeśli chodzi o formę filmowej narracji, jednak historia opowiedziana w "February" wydała mi się o wiele bardziej interesująca i przede wszystkim bardziej złożona, co doskonale kontrastowało z minimalistyczną formą. Dialogów w filmie mamy tyle co kot napłakał, akcja toczy się jak stary fiat przez zaspy, a straszne momenty, skoczne scenki, można policzyć na palcach jednej ręki. Jak wspomniałam podobnie jest w przypadku nowszego filmu reżysera, jednak tam ta oszczędność nie została szczególnie nadrobiona przez fabularny zamysł. Tu, niby nic się nie dzieje, a jednak się dzieje. Zakładam, że część z widzów może w ogóle nie załapać o co tu kurna chodzi i nie dlatego, że mam ich za idiotów tylko dlatego, że ta historia nie jest ani odrobinę klarowna.

february

Mamy tu dwie równorzędnie toczone narracje. Jedna to wydarzenia wokół Kat, młodziutkiej uczennicy szkoły z internatem, która zaczyna wykazywać objawy typowe dla opętania. Nie są one prezentowane w taki sposób jak robią to współczesne horrory i można to odnotować na plus, bo widzimy, że dzieje się coś niepokojącego, ale nikt nie biega po planie zdjęciowym z transparentem "Opętanie".

Tę bohaterkę można by poddać solidnej diagnozie i trochę mnie korci by to zrobić, jednak myślę, że nie po to Perkins przemilczał pewne rzeczy bym teraz pozbawiła Was możliwości samodzielnej oceny sytuacji. Kat zdecydowanie budzi niepokój. Atmosfera wokół jej osoby jest gęsta i paranoiczna. Nie widziałam czym mam jej współczuć, czy się jej bać. Aktorska wcielająca się w jej rolę, zupełnie niepozorne stworzenie dała sobie doskonale radę.

february

Druga narracja to perspektywa niejakiej Joan, na oko parę lat starszej od Kat i Rose, która jak wskazują urwane retrospekcje nawiała z psychiatryka. Wydaje się jednak całkiem normalna w porównaniu z małżeństwem, które spotyka na trasie do Bramford. Mężczyzna w średnim wieku wykazuje dziwne zainteresowanie jej osobą, zwierza jej się, opowiada o rodzinnych tragediach.

SPOILER: Mężczyzna opowiada o morderstwie swojej córki, Rose, która została zamordowana w szkole z internatem. Kumacie cza czę? Tak, geniusze, to ta sama Rose, która została w szkole z Kat. Wiecie więc już, że narracja Joan to wydarzenia późniejsze rozgrywające się już po tym jak Kat oszalała. Ale kim jest Joan? Ano Joan to po prostu starsza wersja Kat. Dziewczyna przyjęła to imię, bo jak pamiętacie to o niejakiej Joan Rose opowiadała Kat gdy tej zaczynało już walić na główkę. Zaciukała kumpele i trafiła do szpitala skąd teraz zwiała. KONIEC SPOILERA.

Twist fabularny następuje z chwilą, gdy widza ma wreszcie szansę dodać dwa do dwóch i stwierdzić co łączy obydwie historie. Jak się nad tym zastanowić pomysł wcale nie jest mega kosmiczny, jednak sposób w jaki został zrealizowany to już nieco inna sprawa. Myślę, że gdyby ktoś inny go wykorzystał, wepchnął w standardową ramkę typowego współczesnego horroru, nie byłoby takiego wow, bo szybko zwąchalibyście o co chodzi.

february

Mimo, że jak wspomniałam, taka a nie inna forma bardzo służy fabule "February" to Oz Perkins nie do końca przekonuje mnie swoim stylem. Minimalizm minimalizmem, ale z tym też nie można przegiąć, bo śledząc tak opowiedzianą historię widz po drodze może stracić zainteresowanie i wtedy nici z 'Wow', bo szare komórki zostały uśpione i widz nic z filmu nie skumał.

Ciężko mi polecić ten film komukolwiek mimo, że mnie się spodobał. Może jakiś poszukiwacz inności doceni Perkinsa, ale na arenie tendencyjnych apetytów ma marne szanse.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

60/100

W skali brutalności:2/10

piątek, 25 listopada 2016

Sorgenfri aka What we become (2015)

sorgefri

W urokliwym miasteczku Sorgenfri w Danii mieszka czteroosobowa rodzina Johanssonów. Wiodą idylliczne życie do chwili, gdy na światło dzienne wychodzi informacja o szerzącej się dokoła epidemii nieznanej choroby. Wkrótce miasto zostaje objęte kwarantanną a chcące zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa władze decydują się na radykalne kroki.

Nie ukrywam, że z ochotą sięgam po horrory pochodzące z mniej popularnych źródeł. Na Duńczykach do tej pory się nie zawiodłam, choć widziałam za mało filmów ich produkcji by uznać to za stałą tendencję. Dlatego też sięgnęłam po "Sorgenfri" mimo, że  zombie movie zbrzydły mi niemożebnie. Ostatnio przełamałam się dla Koreańczyków i ich "Pociągu do Puusan" co okazało się bardzo dobrą decyzją. Jak było w przypadku Duńczyków?

Ano, trochę nijak. Nie da się ukryć, że europejskie kino cechuje większy minimalizm niż produkcje made in Hollywood, ale w przypadku tej produkcji film o zombie okazał się... tylko filmem o zombie.

sorgefri

Nie był wyładowany zawrotnie prędką akcją i spektakularnymi scenami, ale też nie oferował wiele w zamian. Fabuła "Sorgenfri" jest w gruncie rzeczy silnie oparta na schemacie. Bohaterzy postawieni wobec dramatycznej sytuacji nie unikają ani jednego ze standardowych błędów jakie zwykły czynić ich hollywoodzkie odpowiedniki. Tak, trzymają w domu zwłoki, które wkrótce zmienią się w krwiożerczego potwora. Tak, liczą, że ugryzienie nie skończy się śmiercią. W obliczu śmierci hormony buzują, a rozum zanika. Trochę mnie to już znudziło. Wąskie pole działania jakie mają do dyspozycji bohaterzy powinno plusować na rzecz klaustrofobicznego klimatu, jednak wcale nie odebrałam tego w ten sposób.

Nie działo się tu nic czego nie widzieliśmy już sto razy. Jeśli więc lubujecie się we współczesnych zombie movie, będziecie mieli okazję zobaczyć to po raz sto pierwszy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

środa, 23 listopada 2016

Unspoken (2015)

unspoken

Nastoletnia Angela ma podjąć pracę opiekunki w nawiedzonym domu zwanym Briar. Okoliczni mieszkańcy w tym ojciec dziewczyny radzą jej trzymać się od niego z dala, jednak są i tacy, którym obecność Angeli w Briar ułatwi pewne sprawy. Ostatecznie Angela przystaje na ofertę pracy. Tak dziewczyna poznaje małego Adriana, który od śmierci ojca nie odzywa się ani słowem, oraz jego troskliwą mamę Jeanie. Wkrótce legenda Briar daje o sobie znać w postaci niewyjaśnionych i złowrogich zjawisk których światkiem jest Angela.

"Unspoken" to jeden z kilku filmów Sheldona Wilsona, które ostatnio zmajstrował. Nie da się ukryć, że niezły z niego pracuś, niestety jak dotąd żaden nich nie zbliżył się do przyzwoitego poziomu szczególnie jeśli chodzi o realizację.

Facet ma niebywałą głowę do pogrążania dobrych pomysłów. Weźmy choćby jego "Płytki grób", czy pomysł wyjściowy nie był oryginalny i ciekawy? Według mnie był. Czy w związku z tym powstał na jego bazie dobry straszak? Niestety nie.

Tak też dzieje się w przypadku "Unspoken", choć muszę przyznać, że geniusz zamysłu ujawnia się dopiero na finiszu tej historii, można wręcz rzec w epilogu. Widząc w jaki sposób Wilson wykorzystał motyw nawiedzonych domów z aprobata pokiwałam głową. Fani zrytych pomysłów przyznają mi rację, niestety ten mały psikus to za mało by zrekompensować nudę i niedoróbki zarówno na poziomie scenariusza jak i jego przekładu na obraz.

unspoken

Widząc sceny otwierające fabułę, retrospekcje z przed lat pokazującą jak narodziła się zła sława domu Briar już wiedziałam, że nie mam tu do czynienia z profesjonalistami. Widziałam słaby technicznie banał.

Gdybym wcześniej skojarzyła nazwisko twórcy z potworkiem pod tytułem "Hollow" (nie mylić z "Hallow") zapewne już odstawiłabym ten film. Ale nie skojarzyłam. Zobaczyłam za to Jodelle Ferland, dobrze zapowiadającą się aktorkę młodego pokolenia. Ona zatrzymała mnie przed ekranem i tylko ona z całej obsady tak naprawdę coś tu sobą reprezentowała.

unspoken

Fabuła "Unspoken" jest bogata w watki poboczne. Tu tajny lesbijski romans, tu handlarze dragami, tu problemy finansowe samotnego ojca i w tym wszystkim- nawiedzony dom. Scenariusz bardzo dba byśmy się nie nudzili, co w moim przypadku dało efekt odwrotny.

Jak na film o nawiedzonym domu przystało zobaczymy tu szereg cudów i dziwów związanych z paranormalną aktywnością. Wszystkie tego rodzaju sceny nakręcone są z niebywała precyzją i staraniem. Już widzę jak Wilson godzinami ślęczy na filmami Wana i ze stoperem w ręku odmierza ile powinien trwać powolnym przejazd kamerą przed nagłym 'jump'.

Wiele to nie dało, bo ani to nie wygląda ani nie działa. Oczywiście nie jest tak źle jak w przypadku "Hollow" kiedy to obcowałam nie tylko z niebywale chujowym aktorstwem, ale też najbardziej dziadowskimi efektami specjalnymi jakie mógł stworzyć ktoś uważający się za profesjonalistę w tej dziedzinie.

Tu techniczna strona efektów jest całkiem w porządku. Jednak w  tym wszystkim brak polotu. W efekcie mamy film może nie najgorszy, ale w najlepszym przypadku średni.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 13 listopada 2016

Bite/ Ugryzienie (2015)

bite

Casey wraz z dwiema przyjaciółkami bawi się na Kostaryce w czasie swojego ostatniego panieńskiego wyjazdu. To właśnie w tych egzotycznych okolicznościach dochodzi do małego incydentu. Przyszła panna młoda zostaje ugryziona przez jakieś wodne robactwo. Po powrocie z wojaży ma więc nie tylko moralnego kaca, ale też objawy rozszerzającej się infekcji. Wkrótce w jej organizmie zajdą nieprzewidywalne zmiany.

"Bite" to nowy horror w wydaniu Chada Archibalda, który to nieszczególnie popisał się swoim ostatnim filmem "Drownsman".

Tym razem zrezygnował z formuły slashera na rzecz body horroru, który to podgatunek przeżywa ostatnimi czasy pewne ożywienie. Filmy skupione na prezentowaniu rozkładu ciała, pełne nie tyle makabry co zwykłej ohydy sprzedają się jak widać dobrze. Wybór tej formuły okazał się dobrym posunięcie, bo tym razem film Archibalda bardziej przypadł mi do gustu.

Jego fabuła nasunęła mi skojarzeni z filmem "Chora dziewczyna", gdzie również mieliśmy do czynienia z historią zapoczątkowaną przez ugryzienie egzotycznego insekta. Jeśli znacie ten obraz domyślacie się już do czego mniej więcej zmierzać będzie "Bite".

bite

Po powrocie z Kostaryki Casey powinna pełną para szykować się do ślubu z przystojnym Jared'em. Zamiast tego odczuwa objawy zatrucia pokarmowego. Początkowo nie wiąże tego z incydentem z owadem, dopóki nie zobaczy pięknie gnijącej rany na jaj nodze.

Wymioty dziwnym śluzem i ropiejąca rana na nodze to mały przedsmak obrzydliwości jakie serwuje nam twórca. Takich scen będzie z czasem coraz więcej, przemiana naszej bohaterki, jej organiczna ewolucja zacznie zalatywać estetyką Cronenberga i jego remake "Muchy". Takie porównanie z pewnością zaostrzy apetyt miłośnikom jego specyficznego horrorowego gustu.

Fabuła, jej fantastyczna warstwa, niekoniecznie grzeszy oryginalnością, toteż scenariusz stara się wprowadzić tu trochę więcej psychologii. Infekcja rzutuje też na zmiany w psychice, ale nie w tym rzecz.Naszą Casey po za owadzią infekcją trapią jeszcze rozterki emocjonalne w związku z nadchodzącym ślubem. Skupia się na nich na tyle, że długo bagatelizuje swoją chorobę.

bite

Trochę zagrywek romantyczno dramatycznych odciąga uwagę od uczty obrzydliwości, co odnotowuję na plus - co za dużo to nie zdrowo. Zabawne jednak jest, że wszelkie zrywy namiętności bohaterów kończą się... wymiotami :)

Warstwa dramatyczna po za tym, że daje pretekst naszej bohaterce i widzowi by nie myśleć o gnijącej nodze, otwiera perspektywę by spojrzeć na tą historie trochę głębiej. Tak sobie myślę, że przemiana jaka zachodzi w bohaterce jest brutalną alegorią zmiany jaka wkrótce ma zajść w jej życiu. Ma bowiem poślubić nudnawego pracoholika, który zgodnie z zakazem mamusi nie chce uprawiać seksu z narzeczoną, zaś zaraz po ślubie prędziutko chce ją zapłodnić i wepchnąć w rolę ugrzecznionej żonki. Przyszła teściowa traktuje ją jak ścierę i na każdym kroku wytyka jej niewydolność.

Z drugiej strony mam losowy wypadek, który doprowadza Casey do stanu, w którym zmienia się w kogoś zupełnie innego, wbrew swojej woli. Przemianie towarzyszy przerażenie. Zaczynają rządzić nią obce instynkty (instynkt macierzyński, instynkt mordercy), których nie rozumie. Może to nadinterpretacja, ale chcę myśleć, że mamy tu coś więcej niż popis obrzydliwości.

Z cała pewnością "Bite" jest skierowane do miłośników nieciekawych widoków, napawających chęcią rzygnięcia w ekran. Historia jest prosta i skupiona na wyeksponowaniu właśnie tych elementów. Trzeba przyznać, że twórca podszedł do tematu odważnie.

bite

Czy film spodoba się wszystkim? Już teraz, po ocenach widzów, wiem, że nie. Nie każdy lubi gdy mu się rzuca w twarz TAKIE widoki i nie ma co się temu dziwić. Dla mnie osobiście była to miła odmiana, od znacznie popularniejszych horrorowych podgatunków.

Moja ocena :

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

60/100

W skali brutalności: 3/10

czwartek, 10 listopada 2016

Cin Kuyusu (2015)

cin kuyusu

Selma, jej mąż i córeczka mają wypadek samochodowy nieopodal niewielkiej wsi. Kobieta niewiele pamięta z tego zdarzenia i jest przerażona gdy wraz córeczką budzi się w domu obcych ludzi. Bezdzietne małżeństwo otacza kobietę i jej córkę opieką. Twierdzą, że jej mąż został odwieziony do szpitala. Selma pragnie czym prędzej do niego dołączyć, ale szereg przedziwnych zdarzeń skutecznie jej to uniemożliwia.

"Cin Kuyusu" to film turecki. Ostatnimi czasy jesteśmy zalewani produkcjami z tego kraju toteż nie dziwne, że wśród nich znalazł się też horror. Horror twórcy wcale nie niedoświadczone, o czym świadczy jego filmografia. A jednak jest to twór w takim stopniu niedorobiony jakbyśmy mieli tu do czynienia z nieśmiałym debiutem.

Dawno nie widziałam tak bełkotliwego filmu. Może to turecka mentalność nakazała Muratowi Toktamisoglu'owi tak wyładować go jump scenkami, które to w pierwszej połowie filmu wręcz bombardują widza, ale doprawdy nie jestem w stanie pojąć celowości takiego podejścia.

Dla kontrastu druga część filmu oferuje już jakąś fabułę i co więcej, historia jaką próbuje nam opowiedzieć nie jest wcale zła. Podejrzewam jednak, że większość z Was o ile sięgnęła po ten film wyłączyła go po pierwszych minutach. Wcale się temu nie dziwię, bo to co oferują owe pierwsze minuty, co z resztą rozciąga się na całą pierwsza połowę filmu to nic więcej jak zlepek pokracznie zmontowanych szybkich i gwałtownych ujęć opatrzonych stosownie upiornymi dźwiękami.

cin kuyusu

Nasz główna bohaterka jest przerażona i nie wiemy czemu. Krzyczy, płacze, aż w końcu zaczyna rzucać się konwulsyjnie jak opętana. Po tym następuje przeskok, mała chwila spokoju, w której zawiązuje się nowa akcja, która po raz kolejny zostaje gwałtownie ucięta przez kolejny szereg jump scenek wstawionych ni z gruchy ni z pietruchy. Żadnego budowania napięcia, żadnego suspensu, czy próby wyklepania jakieś intrygi. Wszytko na wariata, bez ładu i składu. Wszytko bardzo nieporadne.

Już praktycznie straciłam nadzieje, sięgnęłam po książkę i film śledziłam jednym okiem gdy nastąpiło coś nieoczekiwanego: dialog, dłuższy niż pół minuty i co więcej wprowadzający film na nowy poziom - poziom w którym coś wreszcie zaczyna mieć sens.

cin kuyusu

Selma zaczyna rozmawiać z gospodarzem domu, w którym znalazła schronienie. Opowiada mu po co przyjechała do wioski z rodziną. Ten zaś, w odpowiedzi zdradza jej lokalną legendę o pewnej pięknej dziewczynie, którą uwiódł demon ukryty pod postacią jej nieobecnego ukochanego.

Ta retrospekcja, sceny użyte do opowiedzenia tej historii to jakby film zupełnie kogoś innego. Pojawia się nastrój, kiełkuje klimat tajemnicy, mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i finał. Całkiem dobra i mroczna lokalna legenda. Niestety szybko wracamy na stary tor nonsensu i chaosu jednak teraz przynajmniej możemy powiedzieć, że coś jest na rzeczy. Powstaje związek między bieżącymi wydarzeniami i starą legendą. Tu znowuż kilka gwałtownych zrywów, mamy koniec opowieści i epilog stanowiący ciekawy acz niezbyt oryginalny twist.

Mimo, że w pewnym momencie historia zaczyna być interesująca to nie ratuje tego filmu. Nie ratuje go bo zbyt marnie prezentuje się jego techniczna strona. Te wszystkie scary screeny były do bani, aktorstwo jak w operze mydlanej - jakoś dziwnie skojarzyło mi się z tymi wszystkimi filmami biblijnymi puszczanymi w paśmie niedzielnym w okolicy świąt.

Scenarzysta powinien mocno dostać po głowie za pierwszą część tego filmu, ludzi od efektów należałoby związać gdzieś na zapleczu, bo ewidentnie nadpobudliwi są. A reżyser, cóż, gorąco współczuje rozczarowania, nie sądzę by jego wysiłki zrobiły wrażeniem na widzach za granicą. Chociaż? 6,0 na imdb?

Seans z moim pierwszym tureckim horrorem zakończyłam dumna z siebie. Dumna bo wytrwałam i dumna bo udało mi się całkiem sporo z niego zrozumieć:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

środa, 02 listopada 2016

Cought/ Pułapka (2015)

cought

Sabrina zazdrosna o romans swojego męża Justina z nastoletnią Allie postanawia dać dziewczynie nauczkę. Uprowadza ją i zamyka na strychu swojego domu. Pomaga jej w tym młodsza siostra. Plan zastrachania smarkuli wymyka się z pod kontroli gdy niewierny mąż nieoczekiwanie wraca do domu, a matka Allie nasyła na niego policję.

"Pułapka" jak na produkcję telewizyjną przystało nie prezentuje zbyt wysokiego poziomu. Co ciekawe to nie scenariusz typowo telewizyjnego twórcy działa na niekorzyść tego filmu. Generalnie wszytko zaczyna się tu od odtwórczyni głównej roli, która już oberwała ode mnie za warsztat jaki zaprezentowała w trzeciej części "Naznaczonego". Dziewucha jest tak sztywna, apatyczna i nijaka, że zwłoki zapieprzone z kostnicy miałyby w sobie więcej życia.

Sytuacja w jakiej znalazła się jej bohaterka - szurnięte babsko porwało ją i zamknęło w swoim domu, w pewnym momencie deklaruje, że SPOILER: spali ją żywcem KONIEC SPOILERA a ta mimoza leży sobie dalej tam gdzie ją położyli i nawet jej powieka nie drgnie na myśl o tym, co się za chwilę stanie.

Gdyby nie fakt, że scenariusz wymagał od niej jakiejkolwiek aktywności fizycznej tj. przeczołgania się do szafy, to dalej by sobie trwała jak nenufary na spokojnych wodach. Jedyną jej zaletą jest to, że jest ładna, wróżę jej kolosalną przyszłość w reklamach szamponów.

cought

Sprawę poniekąd ratuje odtwórczyni roli szalonej porywaczki. Pomysł na jej postać zakładał wizję amerykańskiej żonki z przedmieścia, z czerwoną szminką na ustach i złotem na szyi. Takiej co to jej jedynym celem w życiu jest stworzenie idealnej rodziny. Gotowa jest wyeliminować każdego kto ten ideał sabotuje. To bardzo ciekawa babka, typowy przykład na to, że mordercy to rzeczywistości infantylni narcyzi nie żadni sadyści psychopaci. Zamiast skupić się na prawdziwym winowajcy rozpadu małżeństwa - niewiernym mężu - ta postanawia po prostu 'wyciąć' niepasujący jej fragment, czyli nielatę, z którą mąż romansuje. Akcja jak z gimbazy, ogolimy koleżance głowę, bo pisze do mojego Koffania na fejsie.

cought

Jej działania są jedynym elementem, który sprawia że coś się jednak w tym filmie dzieje. Same wydarzenia, na których oparto scenariusz, pono autentyczne, stanowią całkiem zgrabna filmową historię. Zabrakło tu jednak werwy i chęci by tchnąć w nią trochę życia. Napiętnowałam za to odtwórczynie głównej roli, ale po prawdzie dialogi też kwalifikują się na szrot.

Tak więc, co więcej mogę rzec? Film bardzo 'taki se', denerwująca główna bohaterka, niedoróbki w realizacji i ... całkiem niezła historia z dobrym antagonistą.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:4

48/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 31 października 2016

Land mine goes click aka Nagmi (2015)

land ine goes click

Narzeczeni Alice i Daniel w towarzystwie przyjaciela Chrisa zwiedzają dzikie tereny Gruzji. Jak bardzo dzikie, przekonają się bardzo szybko. Mina przeciwpiechotna, na której stanie Chris to początek. Próba uratowania przyjaciela będzie bardzo kosztowna dla jasnowłosej bohaterki, kiedy desperacko będzie szukać dla niego pomocy.

W zasadzie na tym opisie powinnam poprzestać, bo spoilery mogą bardzo zaszkodzić Waszemu odbiorowi tego filmu. A szkoda by było, bo ta historia ma szanse wzbudzić w Was silne emocje.

Słowem wstępu powiem, że jestem filmem bardzo mile zaskoczona. Moje ostatnie spotkanie z gruzińskim kinem grozy nie zaowocowało dobrą renomą jaką sobie u mnie mogli wyrobić. Co ciekawe nadziałam się tu na tego samego reżysera, Levana Bakhie, który zadebiutował survivalem w saunie w "247 F". Już wtedy stwierdziłam, że facet ma dobre pomysły, ale wykonanie trąciło zbyt dużymi niedoróbkami, szczególnie na poziomie scenariusza.

land ine goes click

Nie wiem jaki był szeroki odbiór jego debiutu, ale widać gość zapału nie stracił i  dobrze, bo dzięki temu powstał "Land mine goes click". Thriller, o którym nie mogę Wa powiedzieć wiele ponad to, że jest wart obejrzenia jak diabli.

Swoją strukturą przywodzi na myśl takie obrazy jak "Eden lake", "Ostatni do po lewej". Internety już krzyczą, że posługuje się formułą rape& revagne, plakaty nie pozostawiają wątpliwości, że dochodzi tu do tego rodzaju przemocy. Śledząc fabułę w pewnym momencie nie będziecie mieć już wątpliwości, że tragiczna sytuacja naszej bohaterki, Alice, zmierza właśnie do punktu, w którym stanie się obiektem seksualnym dla zwyrodnialca.

Ale po kolei. Film nie zapowiadał się jakoś wybitnie. Wstęp wskazywał na słaby slasher z trójką bohaterów w dziczy. Ktoś mógł ich napaść, wydymać i pozabijać. Ale nie. Ten film jako jeden z nielicznych pokazuje jak rodzą się takie chore sytuacje, jak z przypadku rodzi się premedytacja.

To jak nieszczęsny Chris znalazł się na minie zostawię w sferze niespodzianek, to będzie bardzo chora niespodzianka. Mamy więc Chrisa na minie i jego kumple Alice próbującą jakoś go z opresji wyratować. Chłopaczyna nawet nie może drgnąć, bo jeśli to uczyni ina wybuchnie. Są biedaczyska sami na pustkowiu dopóki z odsieczą nie przybędzie miejscowy pijaczek. Facet ma zakazaną mordę i nie po kolei w głowie. Sposób w jaki pogrywa sobie z młodymi turystami przywodzi na myśl zagrywki gnojków z "Funny games". Myśleliście, że rzuci się na bidulkę, zedrze majtochy i zapuści swojego freda? Otóż nie. Szczęśliwie nie mamy tu do czynienia z długą sekwencją gwałtu jak w"Pluję na twój grób", ale to nie znaczy, że jest przyjemnie jak na grzybobraniu. W pewnym momencie pomyślałam nawet, że Chris stojący na minie ma przed sobą o wiele radośniejszą perspektywę niż jego kumpela.

land ine goes click

Scenariusz Adriana Colussi dba by napięcie rosło powoli i mimo, że nikt nie ma złudzeń do czego ta sytuacja zmierza to i tak widz nie może być obojętny. Protagoniści mimo iż do ludzi kryształowych nie należą to jednak nie da się im nie współczuć. Nie da się też nie zakrzyknąć parokroć: ty głupia cipo, ty tchórzliwy pajacu. No cóż, emocje. Jesteśmy zmuszeni do moralnej oceny bohaterów, bo jak mówiłam świeci nie byli. Ich decyzje pozostawiają wiele do życzenia jeśli chodzi o racjonalne postrzeganie pewnych sytuacji, ale mogę powiedzieć, że mimo wszytko scenariusz zachowuje realizm na przyzwoitym poziomie.

Emocji jest tu masa i to one budują ten film. Sporo niespodzianek, ale nie powyciąganych z tyłka tylko zmyślnie i konsekwentnie dorzucanych by, jak to się mówi, dolać oliwy do ognia. Napięcie nie słabnie do ostatnich scen. Za scenariusz należą się ukłony.

Co do wykonania, to tu też nie mam zarzutów. Aktorstwo okej, zwyrol jest niepospolicie obmierzły, ofiary są ofiarne. Nie ma tu jakiś szczególnych wygibasów z kamera, postawiono tu na naturalizm bez zbytków. Sceny, które mają wzbudzić gniew, czy tam strach są zrobione tak by to faktycznie działało. Mamy tu większą brutalność pod względem kontekstu niż wizualizacji, ale pewnych rzeczy, no cóż, uniknąć się nie dało.

Podsumowując, film dla tych co to nie lubią się nudzić, cenią wartką akcję, klimat zaszczucia i solidny dramatyzm sytuacyjny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

71/100

W skali brutalności:3/10

sobota, 15 października 2016

The Jinx: The Life and Deaths of Robert Durst/ Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta - odc. 1-6 (2015)

jinx

Wszytko zaczyna się w Galveston w Teksasie, gdzie miejscowa policja wyławia z zatoki czarne worki z rozczłonkowanymi ludzkimi zwłokami. Strzępek gazety z zapisanym adresem doprowadza śledczych do ofiary i potencjalnego sprawcy. Zamordowany to Morris Black, zwykły starszy mężczyzna, jednak tożsamość potencjalnego sprawcy stawia na nogi całą Amerykę.

w 1982 roku bez śladu zniknęła piękna Katheelyn Durst młoda żona multimilionera z rodziny deweloperskiej z Nowego Yorku. Wiele osób jako podejrzanego o zniknięcie kobiety wskazało jej małżonka, ekscentrycznego Boba. Jednak mijały lata a sprawa pozostała zagadką. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Byli jednak tacy, którzy się nie poddawali i w okolicy roku 2000 na nowo otwarto prawe zaginięcia Kathy. Wkrótce po tym śmierć poniosła przyjaciółka małżonków Durst, Susan, a później w Teksasie na powierzchnie wody wypłynęły zwłoki Morrisa Blacka. I tu na nowo pojawia się nazwisko Robert Durst.

W sześcioodcinkowym dokumencie mało znanego reżysera Andrew Jareckiego, poznamy zupełnie nowy rodzaj serialu o mordercy.

jinx

Przyznam, że po raz kolejny prawda okazała się dziwniejsza od fikcji.

Pamiętam jak niedawno śledziłam wieloletnią batalię o wolność Stevena Avery'a w serialu "Making a murder" i szczerze wątpiłam, że w niedługim czasie będzie mi dane obejrzeć coś równie ekscytującego.

Dla wielu widzów "Jinx..." okarze się nawet lepszy niż serial Neflixa z tego względu, że nie można mu zarzucić tak ogromnej stronniczości.

W przypadku "Jinx" wraz z reżyserem i uczestnikiem dokumentu w jednej osobie, poznajemy Roberta Dursta i wraz z nim spadamy z krzesła gdy na światło dzienne wychodzą coraz to nowe fakty. W przypadku tego serialu raczej nie możemy już liczyć na kontynuacje, choć w patrząc na zawiłość losów Dursta wszytko jest możliwe.

jinx

Jak wspomniałam serial otwierają sceny ze śledztwa w sprawie morderstwa Morrisa Blacka, następnie przechodzimy do procesu w tej sprawie.

Anderw Jarecki jest reżyserem raczej mało popularnego filmu fabularnego o małżeństwie Roberta Dursta i Kathy Durst. Tak się złożyło, że ów film miał okazję obejrzeć sam zainteresowany, Robert Durst i wkrótce po tym sam zgłosił się do reżysera z ofertą wywiadu. To miał być pierwszy wywiad z Durstem. Czujecie to, mieć możliwość porozmawiać z facetem podejrzanym o trzy brutalne morderstwa, wolnym jak ptaszek pląsającym po Central Parku.

Muszę przyznać, że sylwetka Roberta Dursta robi tu największe wrażenie. Nie mamy tu żadnego fikcyjnego bohatera. Mamy prawdziwego Dursta. Poznamy historię jego życia opowiedzianą z jego perspektywy.

Bardzo ciężko było mi ocenić tego człowieka i sądzę, że nie tylko mnie. Diaboliczny, czy pogubiony? Największy pechowiec świata, czy największy farciarz wśród zabójców? Jest on tak przedziwnym człowiekiem, że nie przyśniłby się najlepszym hollywoodzkim scenarzystom. Sam Durst to jednak nie wszytko, poznajcie jego rodzinkę...

Na serial, po za wywiadem z Durstem- wisienką na torcie - składają się nagrania z prowadzonych dochodzeń, wywiady ze świadkami, uczestnikami procesu, krewnymi. Wszytko jest żywe, autentyczne. A finał tego przedsięwzięcia, myślę, zaskoczył nawet twórców serialu.

jinx

Czapki z głów, Drodzy Państwo.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:10

Zabawa:10

Zaskoczenie:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:10

Oryginalność:7

To coś:9

80/100

W skali brutalności:0/10

środa, 12 października 2016

Boo-san-haeng/Pociąg do Busan (2015)

pociag do busan

Seok-woo odnoszący sukcesy finansista spędza weekend z mała córeczką, Soo-an. Niestety jest zbyt pochłonięty swoimi sprawami by zadowolić dziecko. Mała kategorycznie żąda by odwiózł ją do matki. Tak też się dzieje. Ojciec i córka wsiadają do pociągu. Wtedy zaczyna się małe piekiełko. Jedna z pasażerek pociągu jest poważnie chora, wkrótce umiera, a jej zwłoki ożywają w stylu klasycznym dla ofiar zombizmu. Wkrótce coraz więcej pasażerów zmienia się w rządne krwi bestie. Grupka ocalałych musi dostać się do bezpiecznej strefy.

Oglądałam już koreański zombie movie? Nie, chyba nie. Może dlatego, że ogólnie stronię od filmów o takiej tematyce. Współczesne zombie nie bardzo mnie kręcą to też po tym filmie spodziewałam się raczej lichych wrażeń, choć z drugiej strony, jest to produkcja koreańska. Dałam szansę, nie żałuję.

Już od dawna żadne współczesny zombie movie nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Prawda, że więcej tu kina akcji niż horroru, a to też nie jest dla mnie preferowany gatunek. A jednak. A jednak zafundował mi szeroki wachlarz wrażeń. Nawet się popłakałam. No nic.

pociag do busan

Fabuła jak widzicie, nie wygląda na oryginalną i jej szkielet też taki nie jest. Bardzo przypomina "World War Z" jeśli chodzi o podstawowe elementy, ale o wile lepiej zrobiony. Hollywood może Koreańczykom buty czyścić swoimi efektami.

Ten film to nieustanna, wartka i emocjonująca akcja. Siedziałam jak na szpilkach i nie mogłam się ogarnąć. Przestojów nie mamy tu praktycznie wcale, co więcej twórcy oferują nam coraz to mocniejsze sceny. Scenariusz niby prosty, niby schematyczny, a jednak chwyta za gardło i trzyma mocno. Bohaterzy są  'jacyś' i ta jakość przekłada się na emocje jakie budzi śledzenie ich poczynać. Nie brakuje tu dramatycznych momentów, czasami jest sentymentalnie, ale nie jest to tani amerykański sentymentalizm z przemówieniami prezydentów i powiewającymi flagami. Nikt tu nie zbawia świata. Każdy ratuje własną skórę, na swój własny sposób. Jest w tym jakieś przesłanie, bez słodzenia i biadolenia. 

pociag do busan

Film trwa dosyć długo, ale jest wyładowany akcją po sufit i nikt nie będzie się nudził oglądając go. Ma wszytko co powinien mieć, i tak naprawdę każdy jego element spisuje się na medal. Wygląda na to, że zachwalam współczesny film o zombie, co Ci Koreańczycy ze mną robią?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:8

Napięcie:10

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

77/100

W skali brutalności:2/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl