What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z 2016

wtorek, 15 maja 2018

Prodigy (2016)

prodigy

Doktor Fonda specjalizujący się w psychologii dziecięcej podejmuje się zbadania dziewczynki przetrzymywanej w obiekcie wojskowym z uwagi na swoje niezwykłe właściwości. Ellie okazuje się dużym zawodowym wyzwaniem dla mężczyzny, mimo tego wydaje się on być jedyną osobą widzącą w niej człowieka.

"Prodigy" sklasyfikowany jako thriller sci- fi  jest dziełem duetu filmowców o niewielkim dorobku. Spokojnie można ich nazwać debiutantami.

Obraz zrobiono niewielkim kosztem, choć jak na kino sci-fi przystało doczekamy się tu paru efektów i wcale nie są one najgorsze. Niedobory w budżecie widać szczególnie. Próżno szukać tu gwiazd mogących zwabić widzów przed ekrany. Aktorstwo, zwłaszcza jeśli idzie o postaci z dalszego planu nie jest wybitne. Postaci czołowe radzą sobie lepiej, ale widać, że aktorzy nie maja wielkiej wprawy i nigdy nie przestąpili progów większych studiów filmowych.

Scenariusz nie grzeszy oryginalnością, ale może zainteresować widza.

Rzecz dotyczy badań nad nadprzyrodzonymi właściwościami umysłu małej Ellie, która nie tylko jest wybitnie inteligentna, ale też potrafi wykorzystać swój umysł do czegoś więcej niż słowne utarczki z naukowcami.

Dziewczynka posiada zdolności psychokinetyczne, ale nie jest to największy problem. Największym problem jest podejrzenie, że mała jest psychopatką mogącą wykorzystywać swoje moce do niszczycielskich celów. Zadaniem doktora Fondy jest więc zbadanie małej pod tym kątem.

prodigy

prodigy

Fabuła w zasadzie ogranicza się do przedstawienia przebiegu spotkania psychologa z badaną. Młoda zabawia go rozmową, a on stara się wywnioskować z niej czy jest maszyną do zabijania, czy tylko przestraszonym dzieckiem.

Powiem tak, nie wypada to najgorzej. Dla miłośników poruszanych tu wątków i motywów będzie to zapewne interesujące spotkanie. Jeśli lubicie kino minimalistyczne też może być okej. Sama film oglądałam z zainteresowaniem, choć nie mogę go nazwać wybitnie dobrym. Ot średniak z ambicjami.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 24 marca 2018

Boys in the Trees (2016)

boys in the trees

Australia, koniec lat '90. Nastoletni Corey właśnie kończy liceum i marzy o nauce w Nowojorskiej szkole artystycznej celem rozwijania swojej fotograficznej pasji. Chłopak wyróżnia się na tle bandy swoich kolegów nie mających żadnych aspiracji po za paleniem trawy, jazdą na deskorolce i pukaniem gościnnych w nogach koleżanek.

W noc halloween oddala się od grupy swoich kumpli i napotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa Jonaha. Ich znajomość zakończyła się lata temu, obecnie Jonah może liczyć jedynie na szyderstwa i kopniaki zarówno ze strony Corey'a jak i jego zastępu idiotów.

Tej nocy jest jednak inaczej. Corey wpada na Jonaha i daje się namówić na wspólny nocny spacer po miasteczku śladem upiornych opowieści jakie snuli w dzieciństwie w podobny halloweenowy wieczór.

boys in the trees

Wiecie co, po raz kolejny przez swoje uprzedzenia ominęłabym wartościowy obraz. Spojrzałam jednym okiem na plakat, który nieprzyjemnie skojarzył mi się z serialami o nastoletnich wilkołakach, czy innych wampirach, zbyt plastikowy by reprezentować coś, co mogłoby przykuć moją uwagę.

Szczęśliwie przyszedł czas filmowego głodu i z braku laku sięgnęłam po film,który miał być 'teen padaką'. Zamiast 'teen padaki' dostałam nostalgiczny, klimatyczny thriller łączący w sobie kino psychologiczne z opowieściami z dreszczykiem.

boys in the trees

Spodobał mi się przeogromnie zarówno ze względu na treść jak i na swoja formę.

Wszytko to zasługa prawie debiutanta, który sam spisał scenariusz i wyreżyserował obraz. Mimo, że nastoletnie dramaty od dawna nie są już moim udziałem przyjemnie było wybrać się w taką sentymentalną podróż do czasu wielkich wyborów i często też wielkich błędów.

Obraz skojarzył mi się i było to skojarzenie bardzo intensywne towarzyszące mi praktycznie od początku seansu z "Donie'm Darko", a to chyba dobrze, prawda?

Wszytko zaczyna się od spotkania Corey'a i Jonaha. Wiemy, że ten pierwszy wraz z bandą swoich przygłupich koleżków regularnie dokucza temu drugiemu.Czym zasłużył sobie na to niepozorny chłopaczynka nie wiemy, ale śledząc rozwój wydarzeń w czasie ich spotkania możemy zorientować się, że Jonah to na swój sposób oryginał. Nie przypomina typowego, szkolnego kozła ofiarnego.

boys in the trees

Jonah sprytnie wmanewrowuje Coryea w grę, w którą grali w  dzieciństwie. Nie mogę sobie w tym momencie przypomnieć jej nazwy, była jakaś pokopana. Chłopcy wyruszają na wspólną przechadzkę po mieście odwiedzając kolejne upiorne zdaniem Jonaha miejsca. Towarzyszą temu opowieści chłopca, które wizualizują się przed oczami widza w formie mini horrorów.

Są świetne, a jak głęboka jest ich symbolika dowiecie się na finiszu. Nie będę ukrywać że fabuła skrywa przed widzem pewną tajemnice. Być może domyślicie się sprawy wcześniej, ale nie sądzę żebyście pojęli wszystko.

boys in the trees

Z całej tej filmowej opowieści sączy się smutek. Tak jak lubię najbardziej w filmach grozy. Przesiąknięty jest nim każdy kadr każde filmowego słowo. Kontekst całej sprawy jest niezwykle dramatyczny, myślę że dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać.

Jeśli zdecydujecie się na seans z "Boys in the Trees" przygotujcie się na coś czego nie oglądamy codziennie w kinie grozy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

to coś:10

74/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 17 marca 2018

Inside (2016)

inside

W wyniku wypadku samochodowego ojciec dziecka Sary umiera, a ona samotnie oczekuje narodzin ich potomka. W czasie jednego z samotnych wieczorów kobieta zostaje napadnięta we własnym domu przez nieznaną sprawczynie.

Francuskie "Najście" jest moim ulubionym filmem do polecania kobietom w ciąży :) Jest brutalny, krwawy, a jego fabuła przestawia heroiczną walkę ciężarnej kobiety z psychopatką która wdziera się do jej domu.

Oryginał powstał z dobre dziesięć lat temu, ale remake doczekaliśmy się dopiero niedawno. Jest to film anglojęzyczny, ale reżyserem jest Hiszpan. Facet, któremu nie zabrakło jaj gdy kręcił brutalną "Napaść", co pewnie spodobało się producentom, który powierzyli mu remake "Najścia".

Ciekawa jestem na ile facet stracił rozmach a na ile założenia wytwórni związały mu ręce, bo "Inside" z 2016 nie przypomina, ani pełnego gore francuskiego "Najścia", ani brutalnej hiszpańskiej "Napaści".

Fabuła z grubsza się zgadza z oryginałem. Jest ciężarna zaatakowana we własnym domu przez inną kobietę.

inside

Problem w tym, że sposób w jaki przedstawiono całą sytuację jest tak pozbawiony dramatyzmu, że ciężko tu choćby marzyć o napiętej atmosferze.

Sceny które porażały w oryginale tu zastąpiono cokolwiek niejasnymi dla logicznie myślącego człowieka rozwiązaniami fabularnymi. Na konto strachu dostajemy nudę.

Co jest w tym wszystkim najgorsze z postaci antagonistki zrobioną ciocię klocie, która mimo wysiłków wkładanych w mimikę nie jest wstanie dorównać oryginalnej szajbusce, która za sprawą scenariusza miała dużo większe pole do popisu.

inside

Fakt, że oprawczyni udało się przyskrzynić ofiarę zawdzięcza tylko jej głupocie. Zupełnie nie ma tu przestrzeni na poważną rozgrywkę, która trzymałaby za gardło, zaskakiwała widza, budziła w nim brutalny sprzeciw. Remake "Najścia" to popłuczyny po oryginale i nic ponad to.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:2

To coś:4

41/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 08 marca 2018

Beware the Slenderman/ Strzeż się Slendermana (2016)

beware the slenderman

W 2014 roku  w Wisconsin dwie dwunastolatki, Anissa Weier i Morgan Geyser zwabiły do lasu swoją rówieśniczkę i zadały jej dziewiętnaście pchnięć nożem. Pozostawiona na śmierć dziewczynka zdołała doczołgać się do drogi, gdzie została znaleziona nim wykrwawiła się na śmierć. Obie napastniczki zgodnie twierdziły, że zrobiły to dla Slendermana.

Dziś proponuję Wam dokument, zamiast filmu fabularnego. "Strzeż się Slendermana" to produkcja Irene Taylor Brodsky nakręcona dla HBO. Porusza dość medialną sprawę dwóch dziewczynek, które zafascynowane internetowym kultem fikcyjnej postaci zwanej Slendermanem usiłowały zabić swoja koleżankę. Wszytko po to by wkraść się w łaski Slendermana i zostać jego 'proxy', czyli posłańcem. Wierzyć się nie chce, co?

beware the slenderman

A jednak. Postać Slendermana podobnie jak wszyscy inni upiorni 'man'i' powstała z upiornej legendy, która dzięki sile internetu zaczęła żyć własnym życiem. W sieci możecie znaleźć cały wysyp materiałów, które to rzekomo potwierdzają autentyczność postaci i zachęcają do tropienia go w mglistych lasach gdzie typ ten prowadzi zahipnotyzowane dzieci. Sama nie tak dawno nadziałam się na jakąś grafikę przestawiającą Slandermana i muszę przyznać, że wypada klawo. Oczywiście nie na tyle bym wstąpiła do sekty jego czcicieli, ale gdybym była dwunastolatką z rozwijającą się schizofrenią, to kto wie?

beware the slenderman

Dokument jest mocny. Nie pozostawia złudzeń co do konsekwencji groźnych fascynacji jakimi karmione są młode umysły. Film relacjonuje sprawę Anissy i Morgan, zawiera materiały z przesłuchań dziewczynek, wypowiedzi ich krewnych a także specjalistów. Przybliża też sam kult Slendermana. Jest ciekawie.

Postanowiłam wspomnieć o tym dokumencie słowem nawiązania do tegorocznej premiery horroru pt. "Slenderman", który budzi spore oczekiwania wśród publiki. Zastanawiam się na ile będzie miał on związek z historią Morgan i Anissy, a na ile będzie kolejnym teen horrorem podkręcającym fascynację miejskimi legendami?

sobota, 03 marca 2018

Girl in the Box/ Dziewczyna w skrzyni (2016)

girl in box

Ameryka, rok 1977. Dwudziestoletnia Colleen Stan udaje się w podróż autostopem do przyjaciół. Nigdy jednak nie dociera na miejsce, bo po drodze spotyka młode małżeństwo, Camerona i Janice. Sympatyczna para proponuje jej podwózkę i zabiera do swojego domu. Tam Collen spędzi najbliższe siedem lat jako niewolnica zwyrodniałego sadysty.

girl in box

"Girl in the Box", pomijając szczegóły, jest historią prawdziwą. Młoda dziewczyna, jakich wiele przepada bez wieści. Jest dorosła, ma kwiaty we włosach więc policja nie szczególnie trapi się jej poszukiwaniem. Tym czasem to miłe stworzeniem jest więzione przez Camerona i jego służalczą żonę, której wyprał mózg zawczasu coby nie protestowała przed spełnieniem jego fantazji. A fantazje te, jak się okaże na pewnym etapie rozwoju fabuły zaczęły się u niego jeszcze w dzieciństwie, gdy z jakiegoś powodu zaczął malować związane kobiety, zamiast biegających psów i tęczy jak podręcznikowo zdrowe dzieci.

girl in box

Film Stephena Kempa stanowi produkcję dla TV, ale nie traci na tym jakość produktu końcowego.

Film jest bardzo dobrze zagrany i obsada stanowi tu bardzo mocny punkt. Na szczególne wyróżnienie zasługują oprawcy. Cameron jest równie czarujący, co odrażający, a jego żona budzi bardzo ambiwalentne odczucia. Z jednej strony możemy jej współczuć, bo kto z nas, tu zwracam się szczególnie do koleżanek, w wieku szesnastu lat nie zapatrzył się na cokolwiek nieodpowiedni okaz męski. Z tym, że w jej przypadku - o czym wnioskuje dość pewnie - zakończenie związku wiązałoby się z zakończeniem życia. Janice robi więc wszytko by zachować pozory normalności i uczynić swoją egzystencję choć trochę znośniejszą. Nie jest  z niej Karla Homolka - słyszeliście, że już wyszła z pierdla? - ale godzi się na to by jej partner pastwił się nad niewinnymi dziewczynami. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: lepiej one niż ja.

Nasza młoda ofiar również może wydać się Wam ciekawa. Młode dziewczę pożyło tak długo w niewoli, bo łatwo poszło z wypraniem jej mózgu. Cameron przygotował dla niej specjalna historyjkę, a ona w nią uwierzyła, czy to objaw głupoty, czy desperacji sami oceńcie. Podobno pomogła jej wiara w Boga, ale patrząc na to jak Cameron wykorzystywał Biblijne cytaty zastawiam się, czy nie zrobiło jej to czasem większej krzywdy. Ale to już rozkmińcie sami.

girl in box

Rozkminiać jest tu co, bo nie jest to film rodzaju tych, który uwiedzie Was wartką akcją. Wszytko toczy się powoli i mamy dość dużo czasu na namysłu nad fenomenem relacji łączących bohaterów.

Polecam amatorom grzebania w popieprzonych głowach.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 27 lutego 2018

 The Midnight Man (2016)

midnight

Alex postanawia zamieszkać ze swoją babcią po tym jak jej stan zdrowia pogorszył się. Dziewczyna wraca w tym celu do domu rodzinnego, którego przeszłość naznaczona została nie tylko samobójczą śmiercią matki Alex, ale i pewnym zdarzeniem mającym miejsce w latach pięćdziesiątych, gdy babka Alex była małą dziewczynką. Przeszukując strych domu Alex wraz ze swoim kolegą Milesem znajdują starą grę i przeglądając ją rzucają wyzwanie niejakiemu Midnight Manowi.

"Midnight Man" to kolejny teen horror z potworem w tytule, mogący wystraszyć tylko tych, którzy na prawdę nie potrzebują wiele. Prosty fabularnie, średni w wykonaniu i przeciętny w aktorstwie, pewnikiem zaraz zginie w tłumie. Sama prawie go przeoczyłam.

Jego twórca zasłynął jedynie niepotrzebnym remake "Śmiertelnej gorączki", obsada zaś zjadła już ostanie zęby na horrorowych produkcjach. Tak, moi drodzy, w roli babci Alex zobaczymy Lin Shaye, najbardziej zakręconą staruszkę z horrorów, towarzyszy jej ładna i byle jaka Gabrielle Haugh - jej licha filmografia składa się tylko z filmów grozy, natomiast filmografia odtwórcy roli jej chłopaka z samych seriali. Jakimś dziwnym trafem znalazł się tm też Robert Englund, dla przyjaciół Freddy Krueger.

midnight

Ta wesoła ekipa przeprowadzi Was przez seans bez większych zgrzytów, choć nie sądzę by ktokolwiek z widzów zaangażował się w tą historię bardziej niż w popatrywanie na talerz z parówką obracający się w mikrofali.

Użyto tu sporo efektów, o czym przekonacie się już w pierwszych minutach filmu składających się na prolog historii właściwej. Niektóre z nich wypadają dobrze inne tylko znośnie.

Największym minusem produkcji jest żelazna logika teen horroru która rządzi wszystkimi filmowymi wydarzeniami i dając nam szansy choćby podejrzewać bohaterów o myślenie.

midnight

Pomysł wyjściowy jak wspomniałam, kolejny potworek, którego ktoś wywołał z mrocznej strony i wpadł w kłopoty. Nie radzę oczekiwać od tego filmu czegokolwiek, co może skutkować rozczarowaniem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 10 lutego 2018

Infinity Chamber (2016)

infinity chamber

Frak budzi się w rządowym więzieniu, gdzie za towarzystwo ma jedynie kamery i dochodzący z głośników głos niejakiego Howarda. Nie bardzo wie dlaczego się tam znalazł, a ilekroć zapada w sen lub traci przytomność przenosi się do chwili aresztowania próbując zapobiec nieuniknionemu.

W tym miejscu muszę serdecznie podziękować osobie, która poleciła mi ten film. Przeoczyłam go, bo umówmy się, ile współczesnych filmów sci-fi zasługuje na uwagę? "Infinity Chamber" zdecydowanie należy do tego wąskiego grona.

Fabuła to teatr jednego aktora, która stara się poruszać w ograniczonym środowisku jednoosobowego więzienia. Odtwórca roli Franka dźwiga na sobie cały ciężar opowiedzenia tej historii  radzi sobie nie gorzej niż bohater "The Moon", który może Wam przyjść na myśl w czasie seansu z "Infinity Chamber".

Zadaniem widza jest towarzyszenie mu i wspólnie z nim zgłębianie tajemniczych okoliczności jego obecnego położenia. Kibicujemy mu w jego próbach, coraz bardziej desperackich wydostania się.

Frak jest trochę jak bohater "Procesu", głos Howarda próbuje przekonać go, do cierpliwego oczekiwania, aż 'procedura się rozpocznie'. Sęk w tym, że z czasem Frank nabiera przekonania, że nie ma na co czekać, wszytko się już zaczęło i będzie trwać niezależnie od niego, pozostawiając go z samymi pytaniami.

infinity chamber

infinity chamber

Zamysł filmu jest w gruncie rzeczy prosty. Prostym okazuje się też finalne rozwiązanie zagadki. Ta prostota nie znaczy jednak, że nie będziecie zainteresowani rozgrywającymi się tu wydarzeniami, czy zaskoczeni ich finałem.

Reasumując, polecam, dobre kino sci-fi z elementami thrillera.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 08 grudnia 2017

Better watch out (2016)

better watch out

Nastoletnia Ashley spędza jeden z przedświątecznych wieczorów pracując jako opiekunka dwunastoletniego Luke. Czas upływa jej na rozmowach telefonicznych z chłopakiem i poskramianiu zalotów Luke'a, który liczy, że dojrzał już na tyle by dobrać się do majtek swojej seksi niani. Właśnie tego wieczoru dom państwa Lemarów staje się obiektem ataku niezidentyfikowanego sprawcy o złych zamiarach.

"Better watch out" odczekał swoje nim zdecydowałam się dać mu szansę. Opis raczej nie wygląda zachęcająco: niańka i gówniarz kontra psychol. Nudy na pudy. W końcu ktoś na fanpage bloga polecił ten film i stwierdziłam, że okej, dam mu szansę. Śnieg spadł czas na świąteczne horrory.

Okazało się, że produkcja ma do zaoferowania wiele atrakcji, na które nic nie wskazywało.

better watch out

Początek skojarzył mi się z "Babysitter": Dwóch gnomów z gimbazy fantazjuje o starszej dziewczynie, która od czasu do czasu pracuje jako opiekunka jednego z nich. W związku z tym, że dziewczyna ma wkrótce zmienić miejsce zamieszkania, zabujany w niej Luke postanawia: teraz albo nigdy. Na szczęście na tym podobieństwa ze wspomnianym tytułem się kończą.

Owszem, "Better wach out" ma w sobie pewną humorystyczną przekorę, już sam smarkaty dojący szampana w ramach wstępu do romantycznej randki rozwala system, ale jeśli chodzi o łączenie horroru i komedii to jednak trzeba potrafić to zrobić. Tu udaje się to bez większego wysiłku, jakby naturalnie.

To co jest największą niespodzianką w tej historii niestety muszę zachować dla siebie by nie zepsuć Wam seansu. Mogę natomiast zdradzić, że nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń. Scenariusz daje radę złożyć to wszytko w sensowną całość.

Jak wspomniałam mamy tu udane akcenty humorystyczne, ale to co może śmieszyć jednocześnie ma w sobie pierwiastek niebezpiecznego szaleństwa i to ono nakręci akcję. Nie uświadczymy tu mrożących krew w żyłach scen, ale groza jest tu obecna i funkcjonuje mniej więcej na tym samym poziomie, co w przeciętnym teen slasherze.

better watch out

Z dobrych rzeczy wymienić mogę jeszcze obsadę. Na uwagę zasługuje szczególnie nasz gimbazjanin Luke wykreowany przez Leviego Millera ("Jasper Jones"), drugi w kolejności jest mały Garrett. Nie najgorzej wypada też nasza babysitterka w roli typowej ładnej nuni do której ustawia się kolejka użelowanych chłystków. Nie ma w jej postaci niczego interesującego, ale tak zazwyczaj bywa z bohaterkami slasherów.

Cóż więcej? Film niezgorszy, na świąteczny seans z horrorami jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 30 września 2017

The Transfiguration/ Przeobrażenie (2016)

przeobrażenie

Nastoletni Milo mieszka w getcie w Nowym Jorku, gdzie gangi złożone czarnoskórych obywateli trzęsą całą okolicą. Ale to wcale nie zdeklarowani przestępcy stanowią największe zagrożenie dla mieszkańców Queens.

Raz w miesiącu czternastoletni chłopaczek rusza na łowy by zamordować i wypić krew kolejnej ofiary. Milo wierzy, że jest wampirem. Wnikliwe studia na ten temat jakie przeprowadził czytając o wampiryzmie i taśmowo oglądając filmy na ten temat utwierdzają go w przekonaniu, że w tej legendzie jest ziarenko prawdy. Tym ziarnkiem jest jego przypadek.

"Przeobrażenie" stanowi obiecujący reżyserski debiut niejakiego Michaela O'Shea. Mężczyzna bardzo chciał nakręcić film ze swojego ulubionego nurtu: horroru, ale niski budżet jaki mógł przeznaczyć na tą operację sprawił, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą hybryda gatunkową pozbawioną chwytów będącym znakiem rozpoznawczym współczesnych filmów z gatunku grozy.

Uczciwie mówiąc obraz bardziej kojarzy się z dramatem psychologicznym aniżeli horrorem - choć wykorzystuje wątki typowe dla tego drugiego. Tematem przewodnim filmu jest fascynacja wampiryzmem, jaka owładnęła nastoletnim Milo. Owładnęła na tyle by posunął się on do zabójstw z konsumpcji ludzkiej krwi.

Chłopaczek mieszka tylko ze starszym bratem. Jego ojciec zmarł po ciężkiej chorobie, a matka popełniła samobójstwo. Milo jest samotnikiem. Unika ludzi a oni unikają jego. Spędza czas na lekturze wampirycznych książek i oglądaniu filmów o tej samej tematyce. Często rozważa istotę wampiryzmu opierając się na własnym przykładzie.

Tak, chłopak wierzy, że jest wampirem, takim 'realistycznym', nie ubarwionym przez popkulturę. Dla większości widzów będzie oczywiste, że chłopak jest poważnie obłąkany i wymyślił sobie cały ten wampiryzm by uzasadnić własne żądze, ale z drugiej strony, widział kto wampira? Może prawdziwy wampir to właśnie takie chłopak z czarnej dzielnicy, który czuje potrzebę zabijania? Bez tej całej mistycznej otoczki.

przeobrażenie

W pewnym momencie Milo poznaje dziewczynę, nową sąsiadkę z którą nawiązuje relacje przyjacielsko seksualną. To z rozmów między nimi możemy dowiedzieć się więcej o Milo.

Jego ulubionym horrorem wampirycznym jest "Martin". Pamiętacie "Martina"? Polecałam go kiedyś. Jest to także jeden z moich ulubionych filmów wampirycznych. Milo bardzo przypomina Martina. Myślę, że rzucając te i inne tytuły twórca filmu otwarcie przedstawia widzowi źródła własnych inspiracji.

Szkoda, że nie padł tu obraz "Uzależnienie", również pasuje do konwencji wykorzystanej przez O'Shea. Nawiązań mamy tu sporo. Twórca pogrywa sobie z wampiryzmem jednocześnie budując na nim swoją opowieść.

Czy spodoba się ona fanom horrorów? Doprawdy nie wiem. Mnie przypadł do gustu, ale moje podejście do tematów tak ogranych jak zombie, wampiry czy duchy każe mi szukać czegoś co wyróżniałoby się na tle całej masy. Inni wolą 'po staropolsku'.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

69/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 17 września 2017

Ghost house/ Dom duchów (2016)

ghost house

Para zakochanych z Los Angeles, Julie i Jim, wybierają się na urlop do Tajlandii. W trakcie wycieczki poznają dwóch Brytyjczyków, którzy kuszą ich perspektywą odwiedzenia cmentarzyska porzuconych 'domów duchów', czyli czegoś na kształt przydomowych kapliczek, które wedle wierzeń miejscowych zatrzymują w swoich wnętrzach duchy by te nie wkradały się do ludzkich siedzib.

Na miejscu Julie niefortunnie dotyka jednego z domów duchów, zabiera z niego fragment materiału, namówiona przez jednego z Brytoli. W tym samym momencie rozpętuje się piekło. Przede wszystkim rozgrywa się ono w głowie głównej bohaterki nie mniej jedna wszytko jet dziełem rozwścieczonego ducha.

"Ghost house" jest amerykańskim ukłonem w stronę kultury i wierzeń Tajlandczyków. Film kręcono w tym pięknym, barbarzyńskim kraju dosyć ciekawie wykorzystując jego ciemną stronę. Widzimy tu żebraków na ulicach, nieletnie prostytutki w knajpach i to na czym najbardziej się tu skupiamy, czyli obcujemy z religijnymi tradycjami w najmroczniejszej możliwie formie.

ghost house

Pomysł wyjściowy niezbyt oryginalny, ale wypróbowany, bo podobne zderzeni kulturowe mieliśmy w "Krwawych wizjach"- Chiny i USA, czy w "Klątwie" - Japonia i USA. Fabularnie film może przypominać też "Drag me to hell", ale niestety jeśli chodzi o wykonanie to wśród wymienionych tytułów wypada najsłabiej. Zdecydowanie nie jet to produkcja profesjonalistów, co wyraźnie da się odczuć. Zebrana tu ekipa potyka się wielokrotnie i na kilku obszarach.

W Tajlandii mamy wspaniałe plenery, bujną kolorystykę, niestety zdjęcia wypadają nijako a kolorystyka zdjęć jest po prostu mdła, jakby zabrakło tu profesjonalnego sprzętu albo solidnej obróbki.

ghost house

To jednak nie razi tak bardzo jak aktorstwo. Tu jest naprawdę źle i gdyby nie solenna obietnica złożona przed seansem, że obejrzę i napiszę o tym filmie, wyłączyłabym go chyba. Zarówno odtwórcy ról pierwszoplanowych, czyli Julie i Jima jak i aktorzy wcielający się w postaci w dalszym planie rażą słabością warsztatu. Są mega sztuczni jakby pierwszy raz występowali przed kamerą a przecież nie mamy tu do czynienia z obsadą bez doświadczenia. Najbardziej urągałam na Scout Taylor- Compton w roli Julie. Widziałam ją już w remake "Halloween 2" i więcej oglądać nie chcę - widok jej twarzy mnie nie ucieszył, ani urody ani talentu.

Z powodu powyższych uchybień i z powodu kilku innych, które pewnie pominęłam, albo nazwać nie potrafię, film plasuje się poniżej średniej, a mógłby być dużo wyżej.

ghost house

Scenariusz nie jest zły, choć w dialogi można by tchnąć więcej życia, ale z tą ekipą chyba nie dałoby rady więcej z tego wyciągnąć.

Pomysł jak wspomniałam mało odkrywczy mógłby się lepiej sprzedać w lepszym wykonaniu. Produkcja miała lepsze momenty, choć policzyć je mogę na palcach jednej ręki, to jeden z nich zasłużył w moich oczach na specjalne wyróżnienie: Scena w pokoju hotelowym, gdy Julie ogląda zdjęcia na aparacie - You know what I meen ;) Bardzo udany chwyt.

Do seansu nie zachęcam, ale myślę, że stosownie ostrzeżeni możecie przejść prze niego bez bólu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 01 września 2017

It Stains the Sands Red (2016)

it stains the sands

Striptizerka Molly i jej facet Nick są w drodze na małe lotnisko umiejscowione na pustynnym odludziu, gdy ich auto zakopuje się na piaszczystym poboczu. Młodzi planują uciec z ogarniętych przez zarazę zombizmu Stanów do słonecznego Meksyku, ale wygląda na to, że ich plan się nie powiedzie. W czasie próby wydostania się z patowej sytuacji Nick zostaje zaatakowany przez zombie, a przerażona Molly ucieka w głąb pustyni. Dziewczyna zamierza przejść pięćdziesiąt kilometrów na piechotę i to stara się uczynić, ale w ślad za nią podąża nieustępliwy, samotny zombiak.

Jak wiecie, mam raczej kiepskie zdanie o współczesnych zombie movie, jednakże od czasu do czasu, z braku lepszych filmowych ofert zdarza mi się na jakiś zerknąć. Tak było w przypadku obrazu Colina Minihana.

Ku mej uciesze zamiast kolejnej nawalanki dzielnych ocalonych z hordami wygłodniałych potworów dostałam humorystyczną acz niepozbawioną dramatyzmu opowieść o zaćpanej lali, która bieży na szczudłach przez pustynie a za nią jak chihuahua drepcze smutny zombiak.

it stains the sands

it stains the sands

Horroru to po prawdzie niewiele, ale skoro i tak mało który współczesny horror jest w stanie mnie przestraszyć, ograniczenie wysiłków w tę stronę szczególnie i nie wadzi.

Scenariusz jest bardzo pomysłowy, przewrotny i chwytliwy. Rozwaliła mnie scena z tamponem i to konkretnie, ale nie jest to odosobniony smaczek, bo cały koloryt filmu jest usiany podobnymi kwiatkami.

Mamy tu w zasadzie dwóch bohaterów, Molly i jej zombiaka, który choć nie jest w stanie jej dogonić i zaatakować twardo brnie jej śladem. Jest to przyczyną wielu czasem zabawnych, jak ta z tamponem, czasem dramatycznych scen, a relacja tej dwójki, bo można tu mówić o relacji zacieśnia się z każdym kilometrem. Może to jakiś rodzaj syndromu sztoholmskiego, albo 'zespół Wilsona' ("Cast Away"), ale rozwój wydarzeń powala na łopatki.

it stains the sands

Ja wiem, nie wszyscy uznają to za fajniackie i wdechowe. Jakiś smutas powie, że nie tak powinien wyglądać zombie movie, ale ja już doprawdy rzygam tymi pomiotami  "Walkimg dead" i każda innowacja jest dla mnie na wagę złota.

W zasadzie wszystkie aspekty tej produkcji przypadły mi do gustu może nawet i do serca. Odtwórcy głównych ról, sceneria, zdjęcia, dialogi - a w zasadzie monologi. Jedyne co mi wadzi to finał, moim zdaniem fabuła powinna urwać się na lotnisku i nie brnąć dalej, ale cóż, nie ma ideałów. Jestem bardzo rada, że dałam mu szanse, bo okazuje się, że zombie da się lubić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

69/100

W skali brutalności:3/10

środa, 30 sierpnia 2017

Madre (2016)

madre

Diana jest matką cierpiącego na autyzm Martina. Obecnie jest w kolejnej ciąży i boi się, że drugie dziecko "będzie takie samo". Małżonek kobiety pracuje w Japonii więc zazwyczaj nie ma go w domu a wszystkie trudy wychowania chłopca spadają na nią.

Pewnego dnia w supermarkecie Diana poznaje Luz, sprzątaczkę z Filipin, której udaje się w prosty sposób powstrzymać atak u syna Diany. Za namową męża, Diana postanawia zatrudnić obcą kobietę w charakterze pomocy domowej i opiekunki Martina.

Chłopiec przechodzi cudowną przemianę. Luz twierdzi, że wyleczyła z autyzmu swojego syna i to samo zrobi z Martinem. Początkowo zachwycona Diana zaczyna dostrzegać, że przemiana chłopca ma też ciemną stronę, a zamiary Luz nie są szlachetne.

"Madre" to chilijski obraz nakręcony przez Arona Burna, który zwykł zajmować się raczej wizualnymi aspektami filmów niż tworzeniem ich od A do Z.

Nie jest chyba jednak zupełnie zielony, bo jego produkcja znajduje się na naprawdę wysokim poziomie, co więcej wydaje mi się, że to jeden z lepszych filmów jakie miałam okazję ostatnio widzieć. Nie jest to jednak kino typowe, mainstreamowe więc, nie przypuszczam by miał szansę stać się hitem dla mas.

Bardzo silnie kojarzył mi się z austriackim "Widzę, widzę", bo ma podobnie niepokojący klimat, a fabuła kręci się wokół chłopca w podobnym wieku. To miłe skojarzenie. Jest to jednak kino południowo amerykańskie więc większy nacisk kładziony jest na to co nadnaturalne, choć aspekty dramatyczne i psychologiczne tricki znajdują tu należyte miejsce i to te elementy podobały mi się najbardziej.

Od strony technicznej film jest bardzo sprawny i nie ma na co urągać. Jak na produkcję speca od efektów specjalnych ze zdziwieniem stwierdzam, że efektów nie ma tu wcale. I dobrze, bo nie było by sensu posiłkować się nimi. Fabuła nie narzuca jednej drogi interpretacji rozgrywających się wydarzeń w stylu "Luz jest wiedźmą więc trzeba pokazać kociołek wypełniony kurzymi łapkami", albo "Diana jest rąbnięta więc trzeba pokazać jej haluny". Skupiamy się więc na niewiadomych i podejrzeniach.

Wszystko jest fajnie skonstruowane, napięcie rośnie miarowo wraz z podejrzeniami Diany, a tych mamy całą masę. Zachowanie, dziwne i niejednoznaczne, Luz i Marina może wpędzić w poczucie zagrożenia, z drugiej strony może to tylko paranoja? Aktorstwo prezentuje wysoki poziom, choć nie podejrzewam czarnego konia tej rozgrywki, czyli odtwórczyni roli Luz o jakiekolwiek doświadczenie w tej materii. Młody też jest czadowy i nie ważne jaką postawę ma prezentować w danej chwili , daje radę.

madre

madre

Potencjał tej historii tkwi w tajemnicy i niepomówieniu. Każda droga interpretacji jest dobra. Diana borykająca się trudami wychowania niepełnosprawnego dziecka,w drugiem dzieckiem w drodze i z nieobecnym mężem faktycznie mogła przejść załamanie nerwowe. Autyzm to specyficzna przypadłość i możliwie jest że Luz mogło udać się nawiązać kontakt z dzieckiem podczas gdy matka i specjaliści rozkładali ręce. (Miałam kiedyś taki przypadek na stanie, ten sam cierpiący na autyzm mężczyzna jednym pracownikiem placówki rzucał o ścianę innego głaskał po głowie). W Dianie zrodziła się zazdrość- ona tu poświęca swoje życie, całą siebie i w podzięce otrzymuje wrzask i kopniaki, a jakaś typiara z ulicy ogarnia jej dzieciaka jednym zdaniem. To musi być frustrujące.

Z drugiej strony mamy teorię o złych zamiarach obcej kobiety. Dziecko jest jak zaklęte, od głębokiego autyzmu do normalności. Jednak nie poprawia to relacji Martina  z matką. Chłopiec odsuwa się od niej. Diana słyszy jak Luz przemawia do niego po filipińsku i przeczuwa, że mówi mu okropne rzeczy. Fizycznie Daina zaczyna czuć się coraz gorzej, czyby nie służyła jej filipińska dieta?

Kupuję tą historię, kupuję jej klimat i sposób w jaki została opowiedziana. Produkcja całkowicie w moim guście. Kto go podziela, czym prędzej powinien zapoznać się z "Madre".

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 20 sierpnia 2017

Belko Experiment (2016)

belko experiment

Belko Industries, amerykańska korporacja otwiera siedzibę w stolicy Kolumbii. Pracę znajdują tam miejscowi, ale też znaczna rzesza oddelegowanych amerykańskich pracowników.

Tu, w budynku na obrzeżach miasta zostaje uwięzionych osiemdziesięciu pracowników amerykańskiego pochodzenia. Głos dobywający się z głośników nakazuje im by w ciągu półgodziny zabili dwie osoby ze swoich szeregów, w przeciwnym razie 'zostaną wyciągnięte konsekwencje'.

Zdrowy rozsądek nie pozwala korposzczurom na wykonanie polecenia toteż zgodnie z zapowiedzią trupem padają cztery losowo wybrane osoby. Stawka rośnie, następna komenda nakazuje im zabić trzydzieścioro osób, w przeciwnym razie zlikwidowanych zostanie dwa razy więcej.

"Belko experiment" kategoryzowany jest jako film akcji, gdzieniegdzie jako thriller. Przychylić się mogę do jednej i drugiej opcji, a ze względu na znaczną dozę brutalności pokusiłabym się jeszcze o kategorię horroru.

Jest to jedna z tych produkcji obnażających brutalność eksperymentów socjologicznych. Może Wam skojarzyć się z "Circle", "Eksperymentem", czy nawet "Cubem", czy "Piłą", bo rzecz polega na tym by zaprezentować brutalność ludzkiej natury w sytuacji zagrożenia życia sprowokowanej przez odgórnie kontrolowane warunki.

belko experiment

Pomysłodawca i scenarzysta filmu za cel obrał pracowników korporacji. Mówi się, że tacy ludzie są zdolni do wszystkiego, dla wyższego stanowiska, dla premii czasami nawet dla zwykłego samozadowolenia. Lata spędzone w szklanym biurowcu zmieniają ludzi nie do poznania jednym wpajając głód sukcesu innym pozostawiając zwykłą wolę przetrwania. Nie chcę nikogo urazić, ale korporacje mnie przerażają.

Bohaterzy filmu to pracownicy firmy Belko. Nie wiadomo czym tak na dobrą sprawę się zajmują, profil firmy jest równie niejasny co ogłoszenia o rekrutacji generowane przez działy HR. Poznajemy ich w czasie jednego poranka spędzonego w biurze. Od progu są legitymowani i sprawdzani, co więcej dowiadujemy się, że wszyscy amerykanie zostali dodatkowo zaczipowani, niby dla ich bezpieczeństwa.

Szybko przechodzimy do akcji właściwej gdy z głośników zaczynają padać niecodzienne instrukcje kierowane do pracowników. Jedni są tym zaniepokojeni, inni idą się uspawać na dach. Szybko okaże się, że nie są to żarty, bo ludzie zaczynają ginąć.

belko experiment

Tu następuje przełamanie. Powstają obozy przeciwników i zwolenników ludobójstwa. Wyłaniają się czarne charaktery, raczej nie inaczej pod wodzą najwyższego szczeblem pana dyrektora, oraz bohaterzy pozytywni w tym mały lichy korposzczurek, który próbuje odwieść towarzyszy od mordowania się nawzajem.

W panice ludzie robią różne głupie rzeczy i od przypadkowych potknięć się zaczyna, a gdy padnie już pierwszy trup, to Drodzy Państwo, zero zasad jak w mądrej piosence Lao Che: skoki do gardła i rzuty ołowiem. Robi się coraz bardziej brutalnie.

belko experiment

Reżyserem filmu jest Pan od "Wolf Creeak" więc możecie się domyślić, że gościu zadbał o odpowiednie wyeksponowanie rozjebanych głów. Potencjalnych ofiar i oprawców jest gro, więc główna część filmu to nieprzerwana fala przemocy, aj, jest na co popatrzeć, Drodzy skrzywieni amatorzy krwi.

Nie jest to jednak pozbawiona sensu nawalanka, bo możemy tu obserwować całkiem interesujące mechanizmy zachowania, różnorodne postawy, ale nie zapędzajmy się bo jednak nie jest to obraz najwyższych lotów, więc trafiamy też na pewne płycizny i skróty myślowe. Jedno co bym zdecydowanie zmieniła, to ukróciła zakończenie.

SPOILER: Zamiast tej gatki szmatki z panem pseudo socjologiem zakończyłabym fabułę z chwilą gdy nasz final boy zabija ostatniego pracownika Belko. KONIEC SPOILERA.

Efekt finalny jest jednak dobry i przyznam, że oglądałam to dzieło z zainteresowaniem toteż mogę go spokojnie zarekomendować.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

66/100

W skali brutalności:4/10

wtorek, 08 sierpnia 2017

Sweet sweet lonely girl (2016)

sweet sweet lonely girl

Adele zostaje wysłana przez swoją matkę do ciotki, Dory. Dziewczyna ma z nią mieszkać, opiekować się i zarabiać na tym. Przedsiębiorcza rodzicielka wie, że nieśmiała Adele posłusznie wykona powierzone zadanie i tak też się dzieje do czasu, gdy dziewczyna poznaje Beth. Beth jest przebojowa i pełna życia, co imponuje Adele. Wkrótce dziewczyna przywiązuje się do koleżanki w stopniu większym niż powinna.

Nazwisko reżysera wskazywałoby, że będziemy tu mieli do czynienia z kinem hiszpańskim, tudzież południowo amerykańskim, jednak Cavlo od dawna kręci w Stanach. Znam tylko jeden jego obraz, choć szczerz mówiąc niewiele z niego pamiętam - był to typowy straszak niskich lotów.

Co jednak tyczy się jego najnowszego filmu to tu widać, że facet ma zupełnie inne zamiłowania.

"Sweet sweet lonely girl" ciężko nazwać horrorem, myślę, że nawet jego przynależność do thrillera jest raczej wątpliwa, a jednak. Przez cały film przetacza się jakaś dziwna aura niesamowitości, nastroju zagrożenia, ogólnie niepokoju.

sweet sweet lonely girl

Niepokojąca jest ciotka Dora zamknięta w swojej sypialni, uwięziona przez agorafobię. Niepokojąca jest Adele, którą obserwujemy w czasie codziennych zajęć i trudno tu oprzeć się wrażeniu, że coś z tą dziewczyną nie tak. Wreszcie niepokojąca jest Beth i jej zwodniczy urok i silny wpływ, prawie magiczny, jaki ma na naszą tytułową samotną dziewczynę.

sweet sweet lonely girl

Sama fabuła raczej Was nie porwie, bo niewiele tu atrakcji. Senna narracja, ostrożne sugestie. Estetyka filmu każe nam wierzyć, że akcja toczy się gdzieś w latach 80, może 70. Można to poznać po ubraniach i rekwizytach. Zdjęcia czy muzyka też urwały się z innej epoki, bo próżno tu szukać mainstreamowych wybiegów. To sprawia że film staje się miły dla oka i ucha, ale nie sądzę by zaspokoił apatyty współczesnego widza. Mnie się podobał, ale coś mi się zdaje, że będę raczej w mniejszości.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:0/10

niedziela, 06 sierpnia 2017

Black Mirror/ Czarne lustro - Sezon 3 (2016)

black mirror

Brytyjski serial "Black Mirror" nieskromnie uważam za jedno z moich najlepszych serialowych odkryć. Gdy ubiegłego lata obejrzałam dwa pierwsze sezony nakręcone w 2011 i w 2013 roku nie robiłam sobie nadziei na kontynuację serialu. Okazało się jednak, że sezon 3 ujrzał światło dzienne jeszcze tego samego roku, późną jesienią za sprawą platformy Netflix.

Tak, przespałam sprawę i obejrzałam go dopiero teraz. Jak doszło do tego, że Chanal 4 stracił swój flagowy serial na rzecz amerykańskiej platformy VOD nie wnikam, ale zapewne poszły na tym spore sumy.

Szczęśliwie pomysłodawca "Czarnego lustra", Charlie Brooker nie wypadł z gry, więc mimo, że produkcja przeniosła się za ocena nie straciła swojego charakteru. Brooker z mniejsza lub większą pomocą napisał scenariusze aż sześciu nowych odcinków, które składają się na sezon 3.

Pierwszy odcinek pod tytułem "Nosedive" to futurystyczna wizja świata zdominowanego, całkowicie zdominowanego, przez social media. Tu życiowe powodzenie zależy od oceny jaką wystawią Ci inni użytkownicy sieci - czyli praktycznie każdy. Wyobraźcie sobie, że jeśli zaleziecie za skórę powiedzmy sprzedawczyni w warzywniaku i Wasza ocena spada, bo pani daje Wam jedną gwiazdkę na portalu. W konsekwencji spadku oceny nie dostaniecie zniżki na zajęcia z pilatesu i Wasz świat się zawali.

black mirror

Tak właśnie wygląda rzeczywistość w jakiej żyje Lacie. Im mniejsza popularność w sieci tym gorsze perspektywy. Trzeba wciąż się uśmiechać,mozolnie budować swój wizerunek, bo nigdy nie wiadomo kto Cię oceni i jak wpłynie o na Twoją przyszłość.

"Nosedive" uważam za jeden z najlepszych odcinków w serii. Mimo iż podobnie jak w większości historii akcja dzieje się w futurystycznym świecie, przedstawione tu realia są jedynie skrajną formą tego co dzieje się już dziś. Jeśli bowiem łudzicie się, że nigdy nie odpadliście z rekrutacji do nowej pracy z powodu zawartości swojego profilu na facebooku to jesteście w błędzie ;)

Drugi odcinek serii "Playtest" to już świat gier komputerowych. Jak wie każdy kto interesuje się tematem twórcy prześcigają się w tym by jak najbardziej urzeczywistnić świat wirtualny, tak by gracz mógł fizycznie odczuwać to co dzieje się w grze.

black mirror

Bohaterem "Playtest" jest młody mężczyzna (tu rozpoznałam aktora z "Devil's candy"), który po śmierci ojca porzuca rodzinny dom i udaje się w podróż po świecie chcąc zebrać jak najwięcej wspomnień. Kiedy dopada go finansowy kryzys zgłasza się na ochotnika by za wynagrodzenie przetestować nową grę japońskiego potentata z branży. Nowa technologia użyta w grze ma za zadanie bezbłędne namierzyć źródło lęku testującego i urzeczywistnić go w wirtualnym świecie. Jest to więc kolejna odsłona wrogiej strony technologii, która chce oferować rozrywkę bez granic. Całkiem niezły.

Trzeci z odcinków "Shut up and dance" to kolejny faworyt wyścigu. Traktuje o typowym zakompleksionym nastolatku, którego komputer zostaje zhakowany za pomocą złośliwego oprogramowania. Jego kamerka internetowa uruchamia się w najmniej odpowiednim momencie i teraz mały onanista jest szantażowany przez anonimowego hakera, który grozi upublicznieniem nagrania.

black mirror

Młody jest bardzo zdeterminowany by spełnić wszystkie możliwe żądania szantażysty, ale nie to jest najlepsze. Najlepszy jest twist fabularny u schyłku odcinka. Kopara w dół, Drodzy Widzowie.

"San Jupitero", jak wskazują opinie widzów to chyba czarny koń wyścigu. Początek seansu to małe: hello, ale jak to? Bowiem widzimy, że akcja rozgrywa się w latach '80 XX wieku. Ale to tylko pozory. W tym odcinku poznajemy technologie w pewnym sensie pozwalającą przenosić się do konkretnego momentu w czasie.

black mirror

Dlaczego ten odcinek doczekał się tak żywych reakcji? Jest nieoczekiwanie romantyczny... To nic innego jak historia miłosna, ale jaka.... Piękny odcinek.

Piąty odcinek "Men Against Fire" to historia debiutującego żołnierza, który chcąc nie chcąc odkrywa prawdę o działaniach wojennych.

black mirror

Cała intryga jest bardzo ciekawa, teoria na której się opiera też trzyma się kupy, bo na pewno jest wielu mężczyzn, którzy nie lubują się w zabijaniu, ale chłodno osądzając biologiczne mechanizmy zachowania ludzi, ich drapieżną naturę trudno oprzeć się wrażeniu, że ludzie kochają się zabijać i wcale nie potrzebują do tego silniejszych sugestii niż podszepty idei, którą im wpojono. Nie mniej jednak to ciekawa historia.

Na finiszu znowu mamy porażającą siłę social mediów i odcinek "Hated in the nation". To opowieść o sile internetowego hejtu, który przyjmuje formę zbiorowego samosądu przenosząc się z wirtualnej rzeczywistości i plucia jadem w ekran do całkiem rzeczywistych morderstw.

black mirror

Udany pomysł, choć jakby to powiedzieć, nieco wtóry i mało odkrywczy jak na standardy "Black Mirror".

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że "Black Mirror" nie zginie. Udany powrót i dobre przyjęcie sezonu Netflixa przez widzów daje nadzieję na kontynuację.

Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia to cóż... trzeci sezon nie przynosi już takiego szoku, jak pierwszy, ale jest chyba nieco lepszy niż sezon drugi. Niewyczerpane źródełko forsy płynącej od producenta działa na korzyć technicznej wyższości najnowszego sezonu, oby tylko Brookrerowi nie zabrakło pomysłów, dobrych pomysłów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

79/100

W skali brutalności:2/10

środa, 19 lipca 2017

The Wolves at the Door/ Wataha u drzwi (2016)

wataha u drzwi

Grupa znajomych z Los Angeles organizuje przyjęcie pożegnalne dla przyjaciółki, która wkrótce ma przeprowadzić się do Bostonu.

Wojtek, Sharon, Jay i Abigail po wypadzie do meksykańskiej knajpy udają się do domu Sharon w Beverly Hills i tam zostają zaatakowani przez grupę ludzi.

To drugi film, w którym maczał palce Gary Duberman, który miałam okazję obejrzeć w ostatnim krótkim czasie. I jest to drugi film, którego scenariusz nie napawa mnie optymizmem względem jego kolejnego dzieła, czyli remake "It".

Scenariusz "Watahy..." do klasyczne home invasion.

Fabuła bardzo nieśmiało zarysowuje portrety bohaterów, o których życie powinniśmy drżeć w punkcie kulminacyjnym. Przez co, nie bardzo drżymy. No może kobiety w ciąży będą w stanie zidentyfikować się z drugoplanową bohaterką Sharon, która w momencie ataku na swój dom jest w zaawansowanej ciąży. Jej błagania o oszczędzenie dzieciątka chyba jako jedyne robią tu większe wrażenie. Reszta scen napaści jest tak chaotyczna, pospieszna i pourywana, że nie bardzo można ogarnąć co właściwie się dzieje. Natomiast tylko jedna scena z udziałem Abigail, gdy bezskutecznie próbuje dotrzeć do sąsiada może imitować napięcie.

wataha u drzwi

Przykro mi to mówić, bowiem "Wataha...", jak może zorientowała się część z Was, nie jest kolejną wyssaną z palca historią o bezzasadnym ataku na ludzi w ich własnym domu, a bardzo medialną i myślę dość powszechnie znaną zbrodnią. Tym, którzy nie znają historii sekty Charlesa Mansona radzę odpuścić sobie czytanie dalszej części tekstu, bo zdradzam tam coś więcej niż tylko fabułę filmu.

SPOILER AD. HISTORII: Śliczna jasnowłosa Sharon Tate była żoną polskiego reżysera Romana Polańskiego. Gdy ten pracował nad kolejnym filmem w Londynie - z tego co wiem z filmu ostatecznie nic wtedy nie wyszło - ona i jej nienarodzone dziecko zmarli w Beverly Hills. Pamiętam jeden z nielicznych wywiadów z Romkiem, gdzie wypowiadał się na temat tej sprawy. Gdy dostał telefon ze Stanów, mówiący, że zdarzył się straszny wypadek, biedak sądził, że to wzgórze u podnóża, którego stał dom osunęło się. Prawda okazała się o wiele gorsza. Romek nie tylko stracił żonę i dzieciątko, ale też pojawiły się insynuację na temat jego udziału w zbrodni. Ostatecznie okazało się, że Charles Manson wraz z grupą wyznawców zaatakował jego żonę, która spędzała wieczór z przyjaciółmi i wszystkich zamordowano.

Manson dorobił do tego wielką ideologię, dzięki której zyskał popularność, jednak sam Romek we wspomnianym wywiadzie zasugerował, że powód był bardziej prozaiczny. Do niedawna dom był własnością producenta muzycznego, który pogardził geniuszem Mansona i ten postanowił go ukarać. KONIEC SPOILERA

Fakt, że film porusza sprawę, o której bliscy zmarłych nie chętnie mówią może tłumaczyć takie, a nie inne postępowanie scenarzysty. Chciał ukazać zbrodnie z perspektywy ofiar, ale nie bardzo mógł. O przebiegu zajścia nie wiele wiadomo, a lanie wody w tak poważnej sprawie raczej nie spotkałoby się z aprobatą ze strony zainteresowanych. Fabuła bardzo na tym traci. Na ten sam temat swój film zamierza nakręcić Tarantino, ciekawe czy jako bardziej znany reżyser będzie miał większe pole do popisu.

wataha u drzwi

Sharon, która była chyba najbardziej znaną z ofiar odgrywa tutaj drugie albo trzecie skrzypce. Widać w tym dużą ostrożność scenarzysty, choć podejrzewam, że i tak osoby, które znały ją osobiście mogą mieć wątpliwości względem jej filmowej charakterystyki. Wszystko skupia się na Abigail, która no cóż, znam ją tylko z tego wypadku, i na jej relacji z Wojtkiem Frykowskim.

"Watah u drzwi" to pewna próba odtworzenia faktów, ale nie uznałbym tego za błysk. Jako kino rozrywkowe też sprawdza się średnio ze względu na wspomniane ograniczenia, przed którymi stanęli twórcy. Nie poznamy tu też antagonistów, bo przedstawieni są jako bezimienna wataha, tak więc nic tu po mnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 09 lipca 2017

The Deep End aka 12 feet deep (2016)

deep end

Bree właśnie zaręczyła się ze swoim chłopakiem, Davidem i zamierza powiadomić o tym dawno niewidzianą siostrę Jonnę, w czasie spotkania na basenie.

Kiedy rozmawiają nadal nie poruszywszy kluczowego tematu pada komunikat, że lada moment basen zostanie zamknięty w związku z przedłużonym weekendem. Wtedy Bree orientuje się, że zgubiła swój cenny pierścionek zaręczynowy. Jej siostra wypatruje go na dnie basenu utkwionego w kracie.

Gdy dziewczyny usiłują odzyskać zgubę pokrywa basenu zamyka się a pracujący tam nadzorca wychodzi z budynku do domu. Bree i Jonna są uwięzione pod pokrywą i nie bardzo mogą liczyć na ratunek.

Twórców "The deep end" nie nazwałabym poszukiwaczami oryginalnych rozwiązań fabularnych. Ich nazwiska kojarzą mi się z filmem "Victim" z 2010 roku, będącego dość bezczelną kalką "Skóry w której żyję".

"The deep end" też oryginałem nie jest. Jest to kolejny thriller utrzymany w klimacie survivalu i traktujący o uwięzieniu w wodzie.

Co prawda mamy tu ograniczoną przestrzeń basenu zamiast naturalnego akwenu, gdzie czekać mogą dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z tubylczymi stworzeniami.

Z uwagi na to będzie zdecydowanie mnie emocjonująco. A może wcale nie chodzi o to? Myślę, że scenariusz filmu kulał od początku. W tego rodzaju filmach, jeden na jeden z dwojgiem aktorów ważne jest by dobrze zarysować ich wzajemne relacje. Wątków należnych filmom grozy mamy tu nie wiele więc atmosferę trzeba budować za sprawa wątków dramatycznych. Tych mamy tu urodzaj, ale poprowadzonych tak płasko, że efekt jest silnie kanciasty.

deep end

deep end

Obydwie siostry są bardziej irytujące niż interesujące. Ich historia, kwestia trudnego dzieciństwa jawi się ciekawie, ale są to motywy zupełnie nie wykorzystane, podobnie jak w przypadku trzeciego aktora dramatu, który w końcu pojawi się na scenie. Tak naprawdę to ciężko jest zrozumieć motywację bohaterów. Wszyscy są emocjonalnie rozjechani.

Wątki survivalowe, jak wspomniałam wypadają dość wtórnie, a ich prowadzenie jest bardzo nierówne. Na pewno znajdziecie tu całą masę 'ale', a co bardziej upierdliwi, będą kląć na logikę zdarzeń.

Powiem szczerze, że bardzo lubię tego rodzaju historie: Uwięzieni przez własną głupotę, albo złośliwy splot zdarzeń. Jednak w przypadku tego konkretnego filmu trudno mi mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W sakli brutalności:1/10

sobota, 08 lipca 2017

Raw aka Grave (2016)

raw

Młodziutka Justine zaczyna studia na wydziale weterynarii. Jest wegetarianką, jak wszyscy z jej rodziny, w tym starsza siostra studiująca na tej samej uczelni. W czasie studenckich otrzęsin zostaje zmuszona do zjedzenia surowej króliczej nerki. Po tej nagłej odmianie w diecie dziewczyna zaczyna chorować. Na jej ciele pojawia się wysypka, a w głowie rodzi się nowy nieznany dotąd głód, głód surowego mięsa.

Czego ja o tym filmie nie słyszałam... Na długo przed tym, gdy miałam okazję go zobaczyć dotarła do mnie cała fala pogłosek o jego zajebistości. Jednak wiecie, co? Nabrałam apetytu na coś czego francuska reżyserka wcale nie zaserwowała. Dlatego właśnie tak unikam, czytania o filmach, których jeszcze nie widziałam, oglądania trailerów itp. W przypadku "Raw" nie dało się tego uniknąć. Miała być totalna masakra, a dostałam... No właśnie, co?

"Raw" wcale nie jest tak obrzydliwy jak niesie gminna wieść. Nie zwymiotowałam, nie zrobiło mi się słabo, nie miałam ochoty odwrócić wzroku.

Mimo wszytko wcale nie uważam tego filmu za kiepski, zwyczajnie machina promocji nieco przegięła pałę. Jego fabuła usiana jest elementami gore, może nawet body horroru, ma zadatki w stronę kina kanibalistycznego, jednak coś czuję, że taki "Cannibal Holocaust", którego nawiasem nadal nie mam odwagi obejrzeć, zrobił by zdecydowanie większe wrażenie:)

Fabuła filmu skupia się na młodej bohaterce, która od chwili opuszczenia rodzinnego domu, jawiącego się jako bezpieczny klosz, przeżywa pewnego rodzaju wyzwolenie. Początkowo przerażona i niechętna przełamuje kolejne bariery- pierwszą jest zjedzenie surowego mięsa - aż całkiem się zatraca.

raw

To o czym było najgłośniej, czyli wizualna brutalność, to sceny nieco sadomasochistycznego seksu i konsumpcja ludzkiego mięsa. Tak naprawdę jakieś wrażenie zrobiła na mnie tylko scena z palcem, kiedy Justine konsumuje go jak smakowitego szaszłyka. Wygląda to intrygująco, ale bardziej niż na sam element gore warto zwrócić uwagę na twarz bohaterki. Ekspresja aktorska młodziutkiej odtwórczyni roli Justine zdaje się być najmocniejszym elementem filmu.

raw

Fabularnie wszytko wydaje się dość oczywiste, aż przychodzi finał, a wraz z nim mały surprise. Oczywiście istnieją wcześniejsze przesłanki by stwierdzić, że COŚ  tu jest nie tak, gdzieś musi być przyczyna, ale mimo wszytko byłam dość strwożona takim wyjaśnieniem.

"Raw" mimo, że jest filmem debiutantki,a może właśnie dlatego, widać w nim własny styl. Francuska reżyserka nie podąża ślepo za mainstreamem i nie zrobiła filmu ładniuśkiego. Jego klimat kojarzy się z pewną surowością, niedbałością, naturalizmem. Główna bohaterka przedstawiana nam jest w dość bezkompromisowy sposób z całym wachlarzem swoich słabości. kojarzyła mi się nawet z Pauline z "Chirurgicznej precyzji".

raw

Jeśli więc liczycie na wstrząsy za sprawą nagromadzenia makabreski w tym filmie, to się przeliczycie. Makabreska jest, ale nie stanowi głównej treści filmu. Jest bardzo rozumnie wykorzystana i dzięki temu nie odziera filmu z realizmu, na którym sądzę bardzo zależało reżyserce. Film mogę polecić większości z Was, bo wierzę, że żołądki macie jednak mocniejsze niż owiani legendą rzygający widzowie z Los Angeles.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa;7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W skali brutalności:4/10

wtorek, 20 czerwca 2017

A martfüi rém aka Starangled/ Potwór z Martfu (2016)

martfu

W 1957 roku w małym robotniczym miasteczku na Węgrzech zostaje zamordowana młoda pracownica fabryki butów. O ten czyn zostaje oskarżony jej kochanek Akos Reti i po intensywnych przesłuchaniach zostaje skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Podczas gdy mężczyzna odsiaduje wyrok, odsiadkę ową uatrakcyjniają mu pouczające spotkania ze współosadzonymi, w Martfu znowu zaczynają ginąć młode kobiety. Bystry detektyw zaczyna podejrzewać, że przed siedmioma laty złapano nie tego człowieka.

Sylwetkę głównego antybohatera filmu, Petera Kovacsa, poznałam dopiero dzięki temu filmowi. O ile za oceanem tacy osobnicy szybko zyskują ogólnoświatową popularność o tyle zbrodniarzy działających pod komunistycznym blokiem wymazuje się z kart historii. Nawet w Polsce, urodzajnej w takich wykolejeńców, jak się okazuje, gdy władza zaczyna przecierać oczy po radosnej amnestii z przed 25 lat, ten temat nie był dotąd zbyt spopularyzowany. Teraz widzę, że i inni europejscy filmowcy zaczynają doceniać potencjał swoich narodowych antybohaterów.

martfu

Węgierski obraz o seryjnym mordercy to taki miszmasz tego co udało się w tej materii osiągnąć polakom z typowo amerykańskim schematem.

Z polskimi filmami tego rodzaju nie wątpliwie łączy go historyczno-obyczajowe tło. Motywy polityczne, które tak, a nie inaczej wpływały na decyzje policji i prokuratury. Przygnębiające obrazy komunistycznej rzeczywistości oddane za pomocą posępnych w kolorystyce i doborze plenerów zdjęć.

Żaden jednak z polskich filmów tego rodzaju - w końcu nie jest ich dużo - nie razi taką dosłownością. Węgierski twórca wykłada kawę na ławę i niczego nie unika w swojej opowieści, ani brutalnych scen z mordercą ani nie stosuje zmyłek mogących ukryć jego tożsamość.

Praktycznie od samego początku wiemy, że odsiadujący wyrok chłopina nie jest winien zbrodni. Wkrótce zobaczymy winowajce w całej okazałości, na tle życia rodzinnego, a wkrótce także w jego zbrodniczym akcie. Wrażliwe dusze, tu zwracam się do Was, nekrofilskie gwałty nie są przyjemne dla oka, zwłaszcza dokonywane na kobietkach w kucykach, którym jeszcze nie zdążył dobrze wykiełkować biust. Takie właśnie tu będą widoki.

martfu

Sama historia opowiedziana jest dość sprawnie mimo tej sporej dozy dosłowności udaje się utkać tu pewną nic tajemniczości wokół mordercy. Dopiero postawiony pod murem wyzna co i dlaczego robił. Jego wyznanie jak często bywa w filmach opartych na faktach nijak ma się do hollywoodzkiego gwiazdorzenia. Ot, powód zbrodni bardzo podręcznikowy i typowy.

Obraz śledztwa, ponownego śledztwa w zasadzie, to głównie polityczne przepychanki ukazujące rażące uchybienia systemu. Mamy detektywa idealistę w kontrze z prokuratorem lizodupem, który nie zamierza przyznać się do machlojek, które zapewniły mu awans.

martfu

Film w ogólnym rozrachunku robi dobre wrażenie i w swoim gatunku sprawdza się jak najbardziej. Myślę, że zapoznać się warto chociażby po to by zobaczyć jak w Europie kręci się filmy o seryjnych mordercach.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:4/10

środa, 14 czerwca 2017

Crawlspace aka Within/ W ukryciu (2016)

w ukryciu

Trzyosobowa rodzina Alexandrów przeprowadza się do nowego domu. Ojciec rodziny John i jego narzeczona Melanie widzą w tym szansę na nowe życie, tylko nastoletnia córka mężczyzny, Hannah, skazana na areszt domowy po pijackim wyskoku jest niezadowolona z przeprowadzki. To właśnie ona jako pierwsza odnotowuje dziwne zjawiska w domu.

Jak jednym słowem można określić ten film? Sztampa, sztampa, sztampa. Nie powinno mnie to nawet dziwić zwróciwszy uwagę na nazwisko scenarzysty, twórcy miałkiej "Annabelle i kilku innych średnio udany projektów. Widać, że facet polotem nie grzeszy i nie ma zamiaru wychodzić za ramy bezpiecznego mainsreamu. Aż strach myśleć jak przerobi "It", bo wiecie, to on jest scenarzystą remake.

"W ukryciu" w założeniu miał stanowić połączenie thrillera z ghost story. Z czego początek filmu to zagrywki w stylu 'nasz dom jest nawiedzony', zaś druga część miała stanowić niespodziankę. I być może będzie stanowić, dla niedzielnego oglądacza filmów grozy. Cała reszta w mig rozgryzie sprawę, a zaskakujący zwrot zaskoczeniem nie będzie, bo pojawia się w wielu filmach - nawet nie musicie daleko sięgać pamięcią.

w ukryciu

w ukryciu

Od strony technicznej wypada ładnie. Bardzo przyjemnie się go ogląda. Obsada spisuje się całkiem dobrze i kot też jest, więc super.

Kilka scen ze sprawnie budowanym napięciem, które w założeniu mają straszyć. Bez większych zgrzytów w fabule, ale też o nadmiarze logiki w działaniu bohaterów nie może być mowy.

Tak w zasadzie nie ma co się nad tym filmem rozwodzić, bo wszytko co tu zobaczycie widzieliście już nie raz. Można obejrzeć dla relaksu i szybko wymazać z pamięci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl