What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z 2017

piątek, 09 czerwca 2017

A Cure for Wellness/ Lekarstwo na życie (2017)

lekarstwo na życie

Młody korposzczurek z podkrążonymi oczkami i zębiskami rekina biznesu zostaje wysłany do uzdrowiska w Szwajcarii z misją wyciągnięcia stamtąd swojego przełożonego. Przełożonego, który pod wpływem kuracji doznał oświecenia i nie zamierza wracać do świata z którego uciekł.

Niefortunny splot zdarzeń sprawia, że ambitny młodzieniec zmuszony jest pozostać w szwajcarskim zamczysku pełniącym rolę spa i podkurować swoje zdrowie. Swój przeczulony instynkt, który zwykł wykorzystywać w pracy kieruje teraz na uzdrowisko i jego mroczną historię.

Młody zobaczy rzeczy niepojęte zanim dotrze do niego dlaczego szef i inni kuracjusze nie chcą opuścić tego czarownego miejsca.

lekarstwo na życie

Nazwisko Gore Verbinski kojarzy się z przyjemnym, zwieńczonym kasowym sukcesem, mainstreamem. Chyba nikt nie ma wątpliwości względem talentu reżysera, który pokazał się światu jako ten, który ujarzmił japoński "Krąg" i stworzył na jego bazie jeden z najlepszych amerykańskich horrorów nakręconych już w XXI wieku. Nakręcił też trzy części "Piratów z Karaibów", więc moje oczekiwania wobec "Lekarstwa na życie" były nieco inne.

Tak, spodziewałam się zgrabnej komerchy. Dostałam coś nie przystającego do tego, coś co wcale nie musi się sprzedać w szerokim paśmie.

„Lekarstwo na życie” okazało się pięknym filmem. Budżet wcale nie poszedł na jump scenki, bo takowych prawie nie ma, nie licząc migawek niektórych halucynacji głównego bohatera. Zdjęcia – bajka. Dopieszczone w każdym detalu. To samo można powiedzieć o doborze plenerów, czy scenografii. Każde ujęcie to gotowy obraz kwalifikujący się do powieszenia na ścianie. Można oglądać z zachwytem.

lekarstwo na życie

Klimat filmu nakazuje mi sądzić, że mam tu do czynienia z horrorem gotyckim, albo neogotyckim, fabuła to raczej horror psychologiczny, pełen symboli, metafor.

Nasz bohater to poturbowany psychicznie młodzieniec, który za nic w świecie nie chce przyznać się do swoich słabości, bojąc się, że wówczas skończy jak jego ojciec – samobójca. Do życia podchodzi bezrefleksyjnie prąc do przodu, aż trafia do miejsca gdzie sens jego istnienia całkowicie traci znaczenie.

Szwajcarskie uzdrowisko umieszczone w pałacu na szczycie góry może przypominać zamczysko Draculi, co przynosi szybkie skojarzenie z wampiryzmem, ale to tylko skojarzenie.

lekarstwo na życie

Izolacja i dziwne eksperymenty medyczne jak u Doktora Moreau i mozolne próby poznania prawdy. Zwidy, omamy i silna sugestywność. Wysoko rozwinięta intuicja młodzieńca sprawia, że wydaje się być jedyną ofiarą zdającą sobie sprawę ze swojego położenia. A może wręcz odwrotnie? Wybiegi jak w „Wyspie tajemnic”.

Mimo braku wspomnianych jump scenek, nie brakuje tu grozy. Może właśnie z powodu ich braku. Groza nie atakuje z zaskoczenia, jest cały czas obecna. Porównałabym ją do mgły, początkowo ledwo widocznej, z czasem gęstniejącej aż do konsystencji mleka.

Pojawią się gwałtowne ataki na naszego młodzika, między innymi za sprawą ‘atrakcji zakładu’ czyli przerośniętych pijawek, wyglądających jak gigantyczne węże wodne. A że węży i pijawek boję się panicznie, byłam załatwiona. Kolejną sceną wartą kilku punktów strachu jest ‘przygoda dentystyczna’. Aj. Zwieńczeniem jest ‘wysyp żywych trupów’, czyli scena w jadalni gdzie nasz bohater próbuje przemawiać do kuracjuszy.

lekarstwo na życie

Gdy to tych wszystkich pochwal dorzucimy jeszcze dobre aktorstwo to można by pofantazjować o tytule filmu idealnego, gdyby nie poważne zgrzyty fabularne w końcowej partii filmu. Takie konwencjonalne rozwiązania średnio przypasowały mi do onirycznego przekazu. Tym bardziej wypadło to topornie, że ukazano to jako wielką niespodziankę, choć nie wydaje mi się by którykolwiek z widzów nie zorientował się dużo wcześniej w czym rzecz- chodzi mi tu o wątek barona.

Widać ideałów nie ma, ale i tak film uważam za bardzo udany.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

76/100

w skali brutalności:2/10

środa, 07 czerwca 2017

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

"Life" to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z "Life", nazwana Calvinem przypomina... bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z "Aliena" nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem 'Cosia'?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. "Life" punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom - prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby "Antrival". Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia", motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake'a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Alien: Covenant/ Obcy: Przymierze (2017)

alien

Grupa naukowców i inżynierów ma za zadanie dostać się na zbadaną i przygotowaną do kolonizacji przez ziemian planetę. Niestety nigdy tam nie docierają. Awaria w czasie lotu sprawia, że ponoszą straty w załodze i postanawiają nie wracać do komor hibernacyjnych na kolejne 7 lat. Zamiast tego namierzają w niedalekiej odległości planetę, która wpada im w oko na tyle, że zmienią plany kolonizacyjne. W ten sposób lądują na planecie, gdzie niegdyś żyła inna cywilizacja. Cywilizacja, która pewnego dnia wymarła.

Oto jeden z najbardziej oczekiwanych filmów na przestrzeni ostatnich dwóch czy nawet trzech dekad. Wyczekiwany "Obcy 5" będący podobnie jak "Prometeusz" prequelem serii "Alien" i sequelem wydarzeń z "Prometeusza". Miała być to produkcja, która zbierze uniwersum stworzone przez Ridley'a Scotta do kupy - stąd pewnie tytuł "Przymierze".

Scott i inni zaangażowani już lata temu zgodnie uznali, że nie ma co kontynuować wydarzeń z 'czwórki', która raczej nie inaczej miałaby zakończyć się lądowaniem Ripley - a raczej jej ulepszonej wersji na ziemi. "Obcy" musi pozostać w kosmosie.

Kiedy wszyscy wypatrywali kolejnej części "Aliena", jego pomysłodawca postanowił uderzyć 'do źródła' i nakręcił "Prometeusza". A się zagotowało... Fani "Aliena" pluli jadem aż dziw, że nie przeżarło im podłóg w domach. "Prometeusz" został okrzyknięty "Obcym - nie obcym", który zamiast emocji porównywalnych do poprzednich starć z kosmicznym potworem dostarczał pseudofilozoficznych refleksji. Byli jednak tacy, jak ja na przykład, którzy docenili zainteresowanie Scotta genezą "Obcego".

Z "Prometeusza" dowiedzieliśmy się, że ludzi pochodzą od kosmicznych olbrzymów, którzy to dali początek życiu na naszej planecie. Ich wena twórcza była niepohamowana więc stworzyli coś jeszcze - broń biologiczną, którą zamierzali zrzucić na ziemię. Broń ową tworzyli na planecie, gdzie trafia misja Prometeusz. Tak ekipa firmy- która wreszcie zyskała nazwę Weyland corporation - po raz pierwszy w 2093 zetknęła się z obcym organizmem. Spotkanie było na tyle burzliwe, że cało wyszła z niego jedynie doktorka idealistka i poturbowany android David. To oni postanowili, że odwiedzą macierzystą planetę Konstruktorów i zapobiegną planowanym przez nich zniszczeniu Ziemi przez użycie 'zalążków aliena'. Jasne? Jasne. Co dalej?

alien 5

Dalej mamy wydarzenia z "Obcy: Przymierze". Chyba już po opisie spostrzegliście, że założenia fabularne do logicznych nie należą. Bo cóż to za pomysł, by ryzykować życie swoje i tysięcy kolonistów i lądować na planecie, o której nic się nie wie? Zmieniać spontanicznie budowany przez lata, albo setki lat plan, bo załoga statku nie chce poczekać jeszcze siedmiu lat w hibernacji? Argument prosto z dupy, ale jakoś trzeba akcje zawiązać. Zauważcie, że w antologii "Alien" zawsze znajdywano sensowniejsze uzasadnienie takich szarży.

alien 5

To lądujemy. Planeta Konstruktorów wygląda imponująco. Wszyto duże, wszytko piękne. Ani śladu fauny, ale flora dorodna. Szybko okazuje się, że na planecie zagnieździło się coś przykrego, coś co zabija w tempie ekspresowym - widzimy jak wyewoluowało owe coś z 'beczek', które spotkaliśmy w "Prometeuszu". Ale jak to coś się tu znalazło? Tu na arenę powraca David. Dla mnie David z "Prometeusza", był bardzo interesującą postacią. Bardzo ambiwalentną. Od tego czasu bardzo się zmienił i jakoś interesować mnie przestał.

W tym miejscy moi drodzy poznamy pełną wersję opowieści o powstaniu obcego- takiego jakim znacie go z serii "Alien". Tak, hura, wreszcie wiemy skąd dziad się wziął. Ale wiecie, co... jest to właśnie największe rozczarowanie.

Po seansie z "Obcym 5" odnoszę wrażenie, że chęć połączenia, stworzenia owego przymierza była tak duża, że zgubiła twórcę. Widać, że ta część miała łączyć filozoficzną stronę z "Prometeusza" z wartką akcją z "Obcego". Mamy tu wiele dynamicznych i krwawych scen, brawurowe pojedynki i akrobacje ktrzych nie powstydziłaby się Lara Craft i podaną na tacy odpowiedz na pytania o twórczym i destrukcyjnym popędzie ludzkiej natury.

Lubię serię "Alien" za jej gwałtowność, za rozrywkę i grozę, której dostarcza. Lubię "Prometeusza" za jego minimalizm, za pytania bez odpowiedzi i prezentacje zgubnej ludzkiej naiwności. Ale za co mam polubić to nieszczęsne "Przymierze", które niby dało na wszytko?

Wcale nie podobały mi się jej odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" i tak rozbuchana do granic nonsensu akcja mająca naśladować podejście "Aliena". W zasadzie nie podobało mi ie tu nic, nie licząc ładnych zdjęć - nie wliczam pojedynku na lądowniku. To doprawdy nie wiele na tyle oczekiwań.

I co będzie dalej? Czy seria zostanie poprowadzona dalej? Kiedy pojawi się motyw planety LV426? Kto wyśle tam "Obcego"? Jak Scott wybrnie z tych metrów mułu, w które niniejszym wpadł? I wreszcie, czy po "Przymierzu" kogokolwiek to jeszcze interesuje?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 16 maja 2017

Get Out!/ Uciekaj!

uciekaj

Chris wybiera się ze swoją dziewczyną Rose do jej rodzinnego domu by po raz pierwszy spotkać jej krewnych. Chłopak obawia się reakcji rodziny Armitage na jego kolor skóry, ale biała dziewczyna uspokaja go, że krewni i przyjaciele rodziny są jak najdalsi od rasizmu.

Po przybyciu na miejsce chłopak ze zdziwieniem obserwuje reakcje krewnych Rose na jego osobę. W ich entuzjazmie dopatruje się drugiego dna. Jedyni czarnoskórzy w otoczeniu Rose zachowują się co najmniej dziwnie, a Chris z godziny na godzinę czuje się osaczany przez nowych znajomych.

Jak to często się zdarza, patrząc na poprzednie roczniki w świecie horroru, najbardziej udane filmy roku przychodzą z nieoczekiwanej strony. Tym razem takim filmowym objawieniem może się stać "Uciekaj", debiut Jordana Peele w świecie grozy. Nikomu nieznany, albo znany tylko z komedii, facet ni z tego ni z owego kręci film za lekko ponad cztery banki i ciach, wszyscy pieją z zachwytu.

I krytycy i widzowie, i nawet przekorna ja, są zgodni co do tego, że mamy tu do czynienia z długo wypatrywanym powiewem świeżości w gatunku. Ktoś tam może kręcić nosem, że "Uciekaj" to nie horror lecz thriller psychologiczny, ale jak dla mnie łapie się w ramę kina grozy, jako budzący sporą dozę niepokoju dreszczowiec. Niepokój to uczucie, które winno Wam towarzyszyc w czasie sensu. Niepokój zbudowany nie za pomocą mrocznych kadrów, upiorów z innego świata czy psychopatów.

uciekaj

Fabułę filmu zbudowano na schemacie paranoid thrillera, gdzie główny bohater dopatruje się mrożącej krew w żyłach intrygi w miejscu gdzie inni widzą tylko sielankę.

Konstrukcja tej opowieści, jej bogactwo w pewną autoironie i społeczną satyrę w połączeniu z psychologicznym niepokojem spokojnie może skojarzyć się z twórczością Iry Lewina, autora "Dziecka Rosemary" i "Żon ze Stepford".

Nikt nie wykłada tu grozy na stół, ale skrywa się ona pod znaczącymi uśmiechami, strzępkami rozmów i sytuacji pozornie bez znaczenia.

uciekaj

Jordan Peele tak rozgrywa karty by niepokój widza nie słabł, a wręcz rósł, a wszytko to, jak wspomniałam bz użycia topornych zagrywek, bez efekciarstwa i elementów jasno określonych dla świata horroru. Niektórym może przyjść na myśl także skojarzenie ze starym "Society", ale mimo wszytko jest to bardzo oryginalna historia i powinna Was mile zaskoczyć.Technicznie też mu nic nie brak. Jak dla mnie wszytko w tym filmie jest jak należy, zasługuje na niejedną pochwałę i coś czuję, że będzie to najlepszy straszak roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

poniedziałek, 08 maja 2017

Bates Motel/ Motel Bates - Sezon 5 (2017)

bates motel

Norman Bates mieszka sam w wielkim domu i sam prowadzi motel. Jego droga mama została pochowana, ale troskliwy syn nie pozwolił jej długo gnić w ziemi. Jak wiedzą fani oryginału i widzowie poprzedniego sezonu Norman trzyma truchło matki ukryte w domu, a jego psychika ulega coraz głębszej dezintegracji. Coraz częściej zmienia się w matkę, choć trzeba przyznać, że w finałowym sezonie piątym jest już świadomy swojej choroby, co jednak nie przeszkadza mu w uleganiu halucynacjom.

Sezon piąty jest jednocześnie pożegnaniem z serialowym Batesem. Będzie mi go brakować, choć w trakcie śledzenia poprzednich sezonów miałam względem tej historii wiele uwag.

Finałowy sezon powinien być najbliższy literackiemu oryginałowi i Hitchcockowskiej ekranizacji. Jego akcja rozgrywa się gdy Norman sam prowadzi motel, od śmierci matki minęły dwa lata. Serialowy Norman wzorem tego książkowego i filmowego trwa w przekonaniu, że jego matka żyje. Dalej kieruje jego działaniami i od czasu do czasu całkowicie przejmuje kontrolę nad jego ciałem.

bates motel

Norman w tym czasie dokonał kilku morderstw.

Serialowy świat przedstawiony, wątki i bohaterowie ulegli jednak sporej przemianie względem swoich pierwowzorów toteż ciężko się dziwić, że nawet na finiszu nie zobaczymy tu tego co w "Psychozie".

Szczerze mówiąc liczyłam, że ostatni sezon tego, jakby nie patrzeć prequelu "Psychozy", zakończy się w chwili gdy powinna rozpocząć się akcja właściwego filmowego oryginału. Czyli coś na zasadzie Marion defrauduje pieniądze, widzimy jej ucieczkę i historia kończy się w momencie, gdy ta przekracza próg motelu i poznaje Normana. Co będzie dalej, wiemy z filmu Hitchcocka i książki Bloocha.

Nie drodzy Państwo, nic z tego.

bates motel

SPOILER: W serialu Norman nawet nie zabija Marion tylko jej kochanka... W dodatku twórcy serialu całkowicie pogwałcili Hitchcoowski przykaz obsadzania blondynek w rolach ofiar i z Marion zrobili Murzynkę, a w tejże roli.. Rihanna:) KONIEC SPOILERA

Cały więc czas w mojej głowie pobrzmiewa ten sam zarzut względem serialu: nie trzyma się nie nie chce się trzymać oryginału. Ale spójrzmy co dostajemy w zamian?

W zamian dostajemy bardzo dobrze skonstruowane postaci Normana, jego matki i doskonale przedstawiony motyw jego choroby. Nie da się ukryć, że tym serial punktuje na tyle, że ortodoksyjni fani Hitchcocka przy odrobinie dobrej woli będą w stanie zaakceptować tak inny bieg wydarzeń.

Przez pięć sezonów mieliśmy okazje śledzić rozwój głównego wątku, czyli obłędu Normana, jego dziwnej, przedziwnej relacji z matką, która budzi bardzo ambiwalentne uczucia. Nie mamy tu tak kategorycznie przedstawionych postaci. Norma wcale nie była jędzą, jak mogliśmy wywnioskować z "Psychozy", była matką która z miłości i poczucia winy popełniła wiele błędów wychowawczych. Norman to też ciężki orzech do zgryzienia, człowiek autentycznie chory, którego ciężko postrzegać w biało czarnych barwach. Przyznam, że z perspektywy całości nawet wątki poboczne nie wydają mi się tak złe i niepotrzebne. Cóż, jest to serial mainstreamowy, który wykorzystuje klasykę i tyle. Mogło być gorzej.

Podsumowując, nie dostałam od tego serialu tego czego bym chciała, ale moje rozczarowanie, to jedno, a obiektywna ocena to drugie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

 

Ocena całego serialu:

Sezon 1:72/100

Sezon 2: 66/100

Sezon 3: 68/100

Sezon 4: 75/100

Sezon 5: 65/100

Całość:7/10

niedziela, 30 kwietnia 2017

Rings (2017)

rings

Holt i Julia są parą. Gdy chłopak wyjeżdża na studia do innego miasta Julia cierpliwie czeka na każdą rozmowę i spotkanie. Jak się wkrótce okaże Holt pochłonięty studenckim życiem niefortunnie wplątał się w coś gorszego niż mogła przewidzieć jego dziewczyna.

Gdy Julia odbiera wiadomość od przerażonej koleżanki z roku Holta czym prędzej zjawia się na kampusie. W ten sposób okrywa, że Holt wziął udział w naukowym eksperymencie badającym znaną "taśmę śmierci". W wyniku seansu z Samarą Morgan zostało mu tylko kilkanaście godzin życia. Julia podejmuje heroiczną walkę o życie swojego chłopaka.


rings

Długo przyszło nam czekać na kolejny sequel "Kręgu". Dopiero po kilkunastu latach amerykańska wytwórnia podjęła próbę pociągnięcia tematu i tak, oto przed Państwem "The Rings".

Jak wspomniałam najnowsza produkcja jest sequelem a więc kontynuacją wydarzeń jakie miały miejsce w "Kręgu" i "Kręgu 2" - mam tu oczywiście na myśli amerykańskie remake japońskich horrorów.

Nie zobaczymy tu jednak Naomi Wats i jej dziwacznego synka, lecz zupełnie nowych bohaterów: młodych, pięknych, zakochanych. Fabula 'trójki' jest powiązana z tym co widzieliśmy do tej pory. Mamy więc zabójczą kasetę po obejrzeniu, której delikwent umiera zabity przez ducha Samary Morgan, dziewczynki, którą zatroskana matka wrzuciła do studni. Jesteśmy też bogatsi o informacje zawarte w kontynuacji, czyli 'dwójce' - skopiowanie zabójczego nagrania i pokazanie go komuś oddala od Ciebie klątwę Samary.

Nasz młody bohater, Holt pod przewodnictwem profesora akademickiego obejrzał owe nagranie, podobnie jak parę innych biednych dusz. Widmo śmierci już nadciąga, gdy z odsieczą pojawia się jego ukochana, Julia.

Dziewczyna podejmuje heroiczną decyzję, że obejrzy skopiowane przez Holta nagranie i tym samym ochroni go. Zamiast jednak tą sama droga uratować siebie postanawia położyć kres klątwie i dociec prawdy o Samarze.

rings

Z uwagi na to, że wszytko co mogliśmy się o niej dowiedzieć zostało powiedziane w dwóch poprzednich częściach, tu scenarzyści postanowili wziąć w obroty biologiczną matkę Samary. Tak, tą która wedle poprzednik ustaleń miała powić dziecko 'demona z głębin'. Scenarzyści 'trójki' obrali jednak inną ścieżkę. Czy mnie to dziwi? Nie.

Już zapowiedzi pojawienia się "Rings" po tylu latach od premiery ostatniego tytułu sprawiło, że nabrałam przekonania, że nic z tego nie będzie. Mało kiedy zdarza się, że kontynuacja nakręcona po takim czasie była dobra, a te kilkanaście lat poświecono na gruntowne przemyślenie sprawy. Najczęściej jest tak, że studio z braku lepszych komercyjnie pomysłów zleca wygrzebanie takiego trupa i do społu z zupełnie innymi ludźmi próbuje go reanimować. A, że minęło tyle i tyle czasu nikt nie zadaje sobie trudu by podejść poważnie do kontynuowania wcześniejszych filmowych założeń.

Nowy "Rings" praktycznie niczym nie przypomina starych "Ringów". Klimat zniknął bez śladu, akcja poszła w zapomnienie.

Mamy więc nowy film złożony ze starych składników połączony z kilkoma nowymi i złożony w niekoniecznie konsekwentną całość. Gdyby nie migawki z kaset, które doskonale pamiętają fani "Kręgu" i kilku ujęć z Samarą nikt nie rozpoznałby w tym kontynuacji.

rings

Dla mnie film zupełnie zbędny. Szczęście w tym, że nie spodziewałam się, że będzie inaczej, więc nie mogę mówić o rozczarowaniu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 14 kwietnia 2017

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat '60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, "Bye Bye Man" nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

"Bye Bye Man" stanowi kompilacje wątków ghost story i slashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym "Koszmarze z Ulicy Wiązów".

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc "Bye Bye Man" mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 21 lutego 2017

The Eyes of My Mother/ Oczy matki (2016)

oczy matki

Francisca mieszka na odludnej farmie wraz z matką i ojcem. Pewnego dnia, pod nieobecność ojca do domu zakrada się szaleniec. Mężczyzna zabija matkę dziewczynki, ale na swoim czynie zostaje nakryty przez męża ofiary. Ten pogrzebawszy zwłoki żony, okalecza morderce i skutego łańcuchami zamyka w szopie. Więziony przez wiele lat staje się w końcu jedynym towarzyszem Francescki, która w końcu dorasta. W raz z nią rośnie jej fascynacja brutalnością i psychopatyczna chęcią posiadania kogoś na własność.

No, co za film, Drodzy Państwo. Już w parę minut po seansie stwierdziłam, że oto obraz, który podzieli widzów. I miałam rację.

Tak zwana szeroka grupa odbiorców do której kierowany jest komercyjnie wyszlifowany repertuar kinowy nie ma tu co szukać. Tylko się biedactwa wynudzą, zniesmaczą a i tak pewnie nie dotrwają do końca filmu. I nawet nie mam im tego za złe, nie każdy musi lubić takie dziwolągi jak obraz Nicolasa Pesce. Wielbiciele dziwolągów natomiast spokojnie się w tym odnajdą.

Jak wiecie, ja owym wielbicielem jestem, toteż film przypadł mi do gustu, choć nie powiem bym była obłędnie zachwycona. Film ma wady, z czego najbardziej rzuca się w oczy, bardzo nierówna narracja. Mamy tu sporo niejasnych przeskoków, urwanych tematów i niedopowiedzeń. Z uwagi na sam temat filmu, który czyni go wcale nie łatwym w odbiorze i te zabiegi dodatkowo utrudniają odbiór i trzeba mieć coś z kinowego masochisty by przełknąć to od tak.

Jest to film w dużej mierze opowiedziany obrazem, nie słowem, do tego czarno- biały więc przebija tu w mojej ocenie sentyment do kina niemego. Zdjęcia charakteryzują się długimi ujęciami, dużą ilością scen skupiających się na prezentacji otoczenia wydarzeń niż samym wydarzeniom. Doskonale poznamy wystrój farmy, położenie domu etc. Taki mały świat głównej bohaterki. Tak mały, że można rzec klaustrofobiczny. Jej egzystencja przypomina żałosny żywot Ed'a Geina, który możecie sobie wyobrazić dzięki rozlicznym dokumentom i filmom fabularnych opartym na jego historii.

oczy matki

Sama bohaterka jawi nam się jak rasowy psychopata. Ale nie taki jakim widzi go Hollywood. Jest wyprana z emocji do granic możliwości. Widać to już w scenach bezpośrednio po śmierci matki, gdy zakrada się do szopy gdzie tkwi uwiązany morderca i nawiązuje z nim relacje. Wszyscy chyba spodziewaliśmy się innego obrotu sprawy. Bohaterka jest zafascynowana śmiercią, ale dopiero później odkryje radość płynącą z mordowania, póki co jej zainteresowanie jest czysto ... naukowe.

Wiele tu będzie scen zdolnych zszokować, choć paradoksalnie nie można filmowi zarzucić by obfitował dosadnym gore. Wręcz przeciwnie, widzimy, że Frann coś kroi, ale tylko z kontekstu możemy wiedzieć, co kroi. Widzimy jak wkłada zakrwawione mięso do lodówki, a wyobraźnia robi resztę: to szczątki człowieka, ona zamierza jej zjeść, etc.

Więcej tu wiec sugestii niż dosłowności, za co bardzo chwalę twórcę, bo nie od dziś uważam, że reżyserzy powinni bardziej zawierzyć widzom, zamiast sprzedawać nam 'gotowce' sprzedać 'sugestie'. Dzięki temu każdy wedle własnych możliwości umysłowych dośpiewa sobie resztę na miarę zapotrzebowania czy to na makabrę czy to na coś innego.

oczy matki

"The Eyes of my mother" jest reżyserskim debiutem, co więcej jest to film chłopaczka dwudziestosiedmioletniego, jego kariera i zmysł twórczy jest więc jeszcze w powijakach, a już wyskoczył z czymś takim. Co to będzie dalej?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 19 lutego 2017

Shut In/ Osaczona (2016)

osaczona

W tragicznym wypadku samochodowym zginął mąż Mary, Richard, a jej nastoletni pasierb, Steven doznał urazu mózgu w wyniku, którego jego życie to bierna wegetacja. Kobieta obawia się, że nie jest w stanie dłużej opiekować się Stevenem i planuje zapewnić mu opiekę w specjalnym ośrodku.

Tymczasem w swojej pracy, psychologa dziecięcego trafia na przypadek chłopca, który z powodu zaburzeń zachowania może stracić szansę na normalne dzieciństwo. Mały Tom ucieka z opieki społecznej prosto do domu Mary, jednak jeszcze tego samego wieczoru znika. Kobieta jest przekonana, że dzieciaczek zginął na mrozie z powodu jej zaniechania i teraz jego duch nawiedza ją nocami.

Dawno nie widziałam Naomi Watts w żadnym horrorze, a z tym gatunkiem kojarzy mi się nieodmiennie od czasu "Kręgu". Byłam ciekawa jak będzie wyglądać jej kolejne spotkanie z gatunkiem, co z tego tym razem wyniknie.  Co prawda, "Osaczona" stricte horrorem nie jest, raczej thrillerem, jednak wykorzystuje on sporo elementów, które są jednak bardzo typowe dla kina grozy. Jak się okazało, nie był to powrót w wielkim stylu, bo "Osaczona" to do bólu przeciętne kino, wykorzystujące ograne motywy i tak naprawdę Naomi nie miała tu wielkiego pola do popisu.

W thrillerach z gruntu najważniejsza jest dobrze zbudowana intryga. Sprawne wywodzenie widza w pole, gra na jego emocjach i budowanie napięcia tak by całą historię śledziło się z uwagą. Tu tego nie zaznałam i już Wam mówię dlaczego.

osaczona

Pierwszym i w zasadzie ostatnim zarzutem jest schematyczność. Schematyczność tęgich rozmiarów pozwalająca w dużą dokładnością przewidzieć dalsze wydarzenia. Ot pojawia się bohater - tak, wiemy, że to właśnie on zginie, bo zgodnie z narzuconym tu schematem, który szybko rozgryziemy idealnie wpisuje się w rolę potencjalnej ofiary. Ten sam problem miałam chociażby z "Annabelle", której sequel niebawem trafi do kin.

Jeśli mamy do czynienia  z przewidywalnością tej miary ciężko mówić o napięciu. Ta schematyczność pociąga za sobą dalsze konsekwencje. To co miało być w założeniu nieoczekiwane, czyli wszelkie sceny, przy których powinniśmy podskoczyć na fotelu nie robią pożądanego wrażenia. Po prostu są, pojawiają się ni z tego ni z owego bez wstępnego 'podejścia'.

osaczona

Emocje bohaterów, na których zbudowana jest cała historia, czyli po pierwsze dylematy zawodowo - moralne Mary i relacja z pasierbem są tak grubymi nićmi szyte, że równie dobrze można by wyposażyć bohaterów w transparenty. Cała psychologia postaci tak ważna w tego rodzaju opowieściach zbudowana została na oczywistych oczywistościach. Jeśli już widzieliście film, domyślacie się zapewne o czym mówię.

Nie wyposażono tych postaci w żadne rysy, zgięcia, zniekształcenia, są papierowi i wyglancowani jak srebrna zastawa w lordowskim domu. W tę wszechobecną schematyczność doskonale wpisuje się zagrywka końcowa, czyli twist fabularny, który zdradza nam istotę całej intrygi. Jeśli byliście zaskoczeni to Wam zazdroszczę.

Nie, film mi się nie podobał, bo w żaden sposób nie odstawał od przeciętności. Był nijaki i nawet aktorstwo, nie najgorsze przecież, nie ratuje sprawy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 12 lutego 2017

Don't Knock Twice/ Baba Jaga (2016)

baba jaga

Nastoletnia Chloe wychowanka domu dziecka  wprowadza się do swojej matki. Niesie ze sobą bagaż przykrych doświadczeń i coś jeszcze... klątwę przywleczoną z owianego złą sławą domu rzekomej czarownicy.

Dziewczyna wierzy, że zniknięcie jej kumpla i dziwne zdarzenia rozgrywające się wokół niej są efektem dwukrotnego zastukania w drzwi przeklętego domu. Pytanie tylko, ile jest prawdy w starym micie.

baba jaga

"Baba Jaga" to horror nakręcony przez twórce "Machine" we współpracy z twórcami "The Howl" i licznych filmów animowanych dla dzieci. Takie połączenie trendów daje nam owszem horror, ale raczej z kategorii teen horrorów, lekkostrawnych fabularnie i z raczej podłogowym poziomem grozy.

Amerykańska moda na poniewieranie demonami z Europy Wschodniej znalazła tu swoje miejsce, w osobie tytułowej Baby Jagi. Antagonistka została wykorzystana w stosownie niedbały sposób i tylko jedna kwestia mówiona z filmu wskazuje na jej rodowód. Zakładając, że słuch mnie nie oszukał, podobnie jak w "Kronice opętania" pojawił się tu dialekt z siódmego kręgu piekła, czyli język polski.

Fabuła filmu skupia się na zaprezentowaniu niszczącego wpływu przywleczonej przez Chloe klątwy i próbach jej zdjęcia.

baba jaga

Zarówno początkowa, jak i środkowa partia filmu wieje straszną nudą. Zarejestrowałam jedną dobrą scenę, z emanacją ducha w domu matki Chloe i to na tyle jeśli idzie o paranormalne wrażenia godne uwagi.

Finisz fabuły to dwa zwroty akcji nałożone jeden po drugim. Gdyby rozciągnąć to trochę w czasie być może ów zabieg osiągnął by pożądany efekt. A tak, dwa niewypały jeden po drugim.

Nie jest to film niskobudżetowy, ale i tak nie bardzo mogę pochwalić realizacje, bo jest przeciętna po prostu.

Podsumowując, film dla niewymagających.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 26 stycznia 2017

Clinical (2017)

clinical

Dr. Jane Mathis psychiatra zajmująca się psychoterapią PTSD sama doświadcza traumy, gdy jedna z jej najmłodszych pacjentek atakuje ją w jej własnym domu. Po tym zdarzeniu kobieta długo dochodzi do siebie, aż wreszcie postanawia wrócić do pracy zawodowej. Wtedy na jej kanapie pojawia się nowy pacjent.

"Clinical" to kolejny twór Netflixa, a więc postanowiłam się z nim zapoznać. Drugim argumentem było nazwisko reżysera, który zwrócił moja uwagę swoim poprzednim filmem "Diabolical" - który to jednak wśród polskiej widowni przeszedł raczej bez echa.

Liczyłam, że ponownie uda mi się obejrzeć coś oryginalnego fabularnie, z dobrym twistem i ciekawym finałem, jednak "Clinical" mimo swoich aspiracji do miana thrillera, czy nawet horroru psychologicznego nie spełnia oczekiwań jakie stawiam tym gatunkom. Przede wszystkim dlatego, że film jest mocno przewidywalny, mimo pewnego chaosu jaki wkrada się w scenariusz. Widać, że dołożono starań, żeby jak najwięcej rzeczy umknęło uwadze widza, ale jednocześnie zapomniano o tym, że dobry pomysł to podstawa i żadne zabiegi nie uratują filmu jeśli pomysł jest tylko przeciętny.

Główną bohaterką jest Pani doktor, a jakże, zajmująca się pomocą psychologiczną osobom doświadczającym traumy. Zespół strasu pourazowego nie jedno ma oblicze i tak naprawdę ciężko znaleźć tu uniwersalną drogę wsparcia. Jane będzie miała okazję przekonać się o tym.

clinical

clinical

Pojawia się tu też mała antybohaterka. Z kontekstu możemy wywnioskować dość szybko, zanim zostanie to potwierdzone, że była molestowana. Okoliczność tych zdarzeń jasno nasuwają wniosek ad. sprawcy. To pierwsza rzecz z którą twórcy się przeliczyli. Miał być szok, a zamiast tego oczywista oczywistość.

Druga rzecz to sposób w jaki wprowadzono do akcji drugiego antybohatera. Umiecie dodać dwa do dwóch? Z pewnością, szybko wszystko stanie się dla Was jasne. Dorzućmy do tego jeszcze parę ogranych motywów i mamy całą fabułę "Clinical".

Jeśli jesteście już po seansie z tym filmem, możecie stwierdzić: No, przecież nie był zły.

No, nie był, ale nie był też dobry. Przeciętna produkcja, którą dobrze się ogląda zwłaszcza jeśli nie ma się dużych oczekiwań. Nie spotkamy tu żadnej wybitnej kreacji aktorskiej, którą warto byłoby pochwalić, więc reasumując, mamy tu film przeciętny. Przeciętnie nakręcony z przeciętnego pomysłu. Tyle.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 21 stycznia 2017

Nocturnal Animals/ Zwierzęta nocy (2016)

zwierzęta nocy

Sussan Morrow żyje w świecie artystycznej elity Nowego Jorku jako właścicielka dobrze prosperującej galerii sztuki. Jej spokojne bytowanie pewnego wieczoru zakłóca przesyłka od byłego, porzuconego przed laty małżonka. Edward przesyła jej swoją pierwszą powieść, sugerując, że napisany przez niego brutalny thriller został zainspirowany ich rozstaniem.

Och, co za film. Przyznam szczerze, że nie widziałam poprzedniego obrazu Toma Forda, ale po seansie ze zwierzętami nocy" czuję się zobowiązana by nadrobić sprawę.

Film nadal wyświetlany jest w polskich kinach, więc zamiast tracić czas na czytanie moich wypocin ruszcie tyłki z przed komputera i ruszajcie. Taka moja rada.

Nie poszliście, no dobra, postaram się Was bardziej zachęcić.

"Zwierzęta nocy" fabularnie rozkrywają się na trzech płaszczyznach, mamy tu więc do czynienia z trzema różnymi narracjami.

Czas rzeczywisty to Susan czytająca powieść Edwarda, wgnieciona brutalnością przekazu. Druga narracja to jakby 'ekranizacja powieści' którą czyta kobieta. Powieść nosi tytuł "Zwierzęta nocy" i rozgrywa się na południu stanów gdzie główny bohater - o twarzy Edwarda, wraz z żoną - o twarzy Susan i ich nastoletnia córką podróżuje po opustoszałej autostradzie. Tu ich samochód namierza zgraja, jak to nazywam , obszczymurków, którzy postanawiają się zabawić kosztem Edwarda i jego rodziny. Tu, Drodzy Państwo zaczyna się jazda bez trzymanki.

zwierzęta nocy

SPOILER: Panowie zbirowie spychają samochód rodziny z drogi. Klasycznie odwracają sytuację zmuszając Edwarda by przyjął ich perspektywę - to oni są poszkodowani. W wulgarnych słowach 'zmuszają' go do posłuszeństwa, aż finalnie zostawiają pobitego na bezdrożu, a sami udają się gdzieś z jego żoną i córką. KONIC SPOILERA

Wreszcie mamy trzecią narrację, czyli wspomnienia Susan z czasów gdy poznała i poślubiła Edwarda. Widzimy rozpad jej związku. Widzimy w jaki sposób zaczyna postrzegać swojego męża: Jesteś słaby. Wspominam o tym nie bez powodu, bo ma to silny związek z motywem przewodnim, czyli historią spisaną przez Edwarda. Jego bohater to w gruncie rzeczy on sam. Zbyt słaby by ochronić swoją żonę i córkę. Pytanie tylko, czemu Susan czytając jego opowieść, sama czuje się winna? A tu Moi Drodzy mała niespodzinka, która nadaje "Zwierzętom nocy" zupełnie inny wymiar. Ja Wam nie zdradzę, w czym rzecz, ale ostrzegam, że recenzje w sieci krzyczą spoilerami na ten temat, jakby autorzy zupełnie nie rozumieli faktu, że nie jest to jakiś końcowy twiścik tylko klucz do zrozumienia całego przekazu i wręczając Wam go na wstępie równie dobrze mogli by od razu wyważyć drzwi.

To co uwiodło mnie w tej historii to jej intensywność. Niby nie mamy tu do czynienia z niczym o czym kino, szczególnie kino grozy, nie opowiadało po wielokroć, ale siła z jaką robią to "Zwierzęta nocy" dla mnie okazała się porażająca.

zwierzęta nocy

Nie da się też ukryć, że jest to bardzo dobra produkcja pod wszelkimi możliwymi aspektami realizacyjnymi. Scenariusz mimo różnych narracji tworzy spójną i płynną historię. Ruda Amy Adams, zimna jak lód, swoją posągowością przerasta Nicole Kidman - szczerze, widząc filmowy plakat byłam przekonana, że to Nicole. I oczywiście Jake Gyllenhaal, który z każdą swoją kreacją aktorską rośnie w moich oczach i doprawdy nie jestem w stanie nadziwić się jak chłopina o tak poczciwych oczach może tak zaskakiwać. Filmowe, zdjęcia, muzyka, wszytko cudne. Tak, jestem zachwycona.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Napięcie:9

klimat:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:2/10

wtorek, 17 stycznia 2017

The Snare (2017)

snare

Alice, Carl i Lizzie urządzają sobie imprezę w pustym mieszkaniu, w pustym niezamieszkanym jeszcze bloku. Szybko okazuje się, że ktoś z rozmysłem ich tam uwięził. Po nieudanych próbach wydostania się na zewnątrz trójka znajomych postanawia cierpliwie czekać na pomoc.

"Snare" to dziwny twór, już nawet ogarniecie daty jego produkcji przysparza sporo kłopotów. Teoretycznie jego premiera miała przypaść na 6 stycznia 2017 roku, ale w niektórych bazach filmowych jego powstanie datuje się na 2014. Być może obraz czekał trzy lata na premierę aż się jakiś VOD nad nim ulituje i puści w świat.

Jego twórca to człowiek orkiestra, jego nazwisko pojawia się przy dość sporej ilości tytułów, prawie za każdym razem w innej roli, od aktora do reżysera. "Snare" wydaje się być jego jedynym w całości autorskim przedsięwzięciem.

Dla mnie po za oczywistością dziwnością ten film prezentuje jeszcze jedną przypadłość: zmarnowany pomysł. Tak, pomysł wyjściowy, pokurwiony jak dwieście pięćdziesiąt miałby szansę powodzenia w bardziej sprawnych rękach. Bo co tu mamy?

Mamy trójkę bohaterów na czele których staje Alice. Z założenia miała być pewnie milcząca, tajemnicza, ukrywająca objawy kiełkującego w niej szaleństwa. W efekcie była jednak dość jałowa i irytująca. Pozostała dwójka bohaterów, to zakompleksiona Lizzy i jej boyfriend cwaniaczek. Aktorskie umiejętności obsady nie pozwoliły jednak na zbudowanie postaci, które mogłyby zrobić wrażenie inne niż poczucie irytacji.

Niczym bohaterzy "Bunkra" dobrowolnie udają się do pustego mieszkania, które ojciec Lizzy, agent nieruchomości, przeznacza na sprzedaż. Szybko okazuje się, że ktoś uwięził ich w środku i wydostanie się na zewnątrz jest niemożliwe.

snare

Tu mocno zaczyna kuleć logika zdarzeń, czy jednak nie przejmuje się twórca, bo stara się dorobić do owych wydarzeń drugie, paranormalne dno.

Lubie filmy z takim właśnie motywem: uwięzieni przez coś, zakleszczeni w  innej rzeczywistości, jak to było "House Hunting" z 2013 roku czy "Enter nowhere".

Próbom przetrwania, bo szybko przechodzimy od prób wydostania się do prób przetrwania, towarzysza dziwne wizje jakich doświadcza Alice. To ona jako pierwsza odkrywa w jak czarnej dupie się znajdują, ale nie stara się nic z tym zrobić. Złośliwy los podkłada im kolejne kłody pod nogi i w efekcie w gruncie rzeczy bezpieczne schronienie okazuje się pułapką, gdzie rychle przyjdzie im zdechnąć.

snare

Wydaje mi się, więc że samo założenie tej historii nie było wcale głupie, ale wykonanie zostało skopane dokumentnie przez zbytnie niechlujstwo. Miałam wrażenie, że reżyser tak bardzo chce nam opowiedzieć tą historię, dotrzeć do jej pointy, że nie baczy na nic po drodze. Efekt wiec jest, jaki jest.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność: 5

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl