What is your favorite scary story? Blog poświęcony tematyce szeroko pojętej grozy. Recenzje książek i filmów z gatunków: HORROR, KRYMINAŁ, THRILLER, SCI-FI, etc.

Wpisy z tagiem: horrory z 2017

czwartek, 19 października 2017

The Crucifixion/ Krucyfiks (2017)

krucifiks

Młoda reporterka wyrusza do dalekiej Rumunii by zbadać sprawę księdza egzorcysty, który trafił do aresztu oskarżony o spowodowanie śmierci zakonnicy w trakcie rytuału egzorcyzmów. Nicole jest sceptyczna i niechętna wszelkim gusłom i powierzania swojego życia wierze. Planuje skroić materiał oskarżycielski jednoznacznie wymierzony w osobę księdza egzorcysty, ale po drodze zgłębiając sprawę śmierci zakonnicy dopadają ją wątpliwości.

Słyszałam wiele złego o tej produkcji. Szumna reklama podkręciła oczekiwania widzów, którzy najczęściej byli rozczarowani. Jeśli o mnie chodzi, nie pofatygowałam się nawet by obejrzeć trailer i podeszłam do filmu stosownie ostrożnie i bez skonkretyzowanych oczekiwań.

Nazwiska twórców są mi znane. Scenarzyści z racji pracy przy serii "Obecność" i paru innych znanych tytułach, zaś reżyser ma na koncie takie obrazy jak "Frontieres", czy "Divide". Nie powinno być zatem źle. I wcale źle nie jest. Tym stwierdzeniem pewnie już Was zaskoczyłam, ale bez obaw, nie zapadłam na przytępienie zmysłów i nie przygotowałam tu hymnu pochwalnego na cześć "Krucyfiksu". Uważam jedynie, że 'nie taki diabeł straszny jak go malują'.

"Krucyfiks" jest filmem na wskroś typowym. Typowe są jego zalety i typowe są jego wady. Zaletą jest z pewnością jakość techniczna, tu nie mam zastrzeżeń względem aktorstwa, a zdjęcia, szczególnie plenery jestem gotowa mocno pochwalić. Nieźle prezentuje się też aktorstwo - inną sprawą jest sam pomysł na postacie - ale o tym później.

Fabuła jest bardzo prosta i schematyczna. Są próby zaskoczenia widza, ale raczej przejdą bez echa.

Historia w dużej mierze bazuje na retrospekcji. Historię opętania i śmierci młodej zakonnicy poznajemy wraz z reporterką Nicole. Oczywiście poznajemy też samą Nicole, której postać stworzono na bazie tradycyjnego schematu sceptyka. Złe doświadczenia związane z religią, nieprzepracowane problemy, które odżywają w konfrontacji z badaną przez nią sprawą.Wrażliwe dziewczę kontra demon.

krucifiks

Myślę, że twórcy chcieli by konstrukcja fabularna produkcji przypominała "Egzorcyzmy Emilly Rose", stąd główna bohaterka jest bohaterką poboczną, która wraz z widzem ma wahać się, wątpić, wierzyć etc. To sprawia, że łatwiej można zaangażować się w tą historię, bo przynajmniej do pewnego punktu uwzględnia różne drogi interpretacji.

To co Was najbardziej interesuje czyli walory horrorowe, te walory nie wybiegają po za standard, aczkolwiek jedna ze scen zasługuje na uwagę. Chodzi o ujęcie w łóżku gdy siostra zakonnicy odsłania nakrycie i... uh - dobre to było, bez dwóch zdań. Reszta tego rodzaju 'kwiatków' też całkiem zgrabna, ale już bez szału.

krucifiks

Kwestia miejsca akcji... Tu mam dysonans, bo z jednej strony piękna Rumunia, fajnie, kraina Draculi, idealna miejscówka dla horroru, ale moim zdaniem twórcy za bardzo tą Rumunię podkoloryzowali. Z jednej strony mamy zapadłą wieś, z wozami konnymi, budowlami jak ze średniowiecznego skansenu i mieszkańcami, którzy żyją zgodnie z dawnymi tradycjami. Z drugiej, mamy XXI wiek. Nie byłam w Rumunii, może faktycznie tak to wygląda, ale powątpiewam, czy prości mieszkańcy taki dziur posługiwali się biegle angielskim. Z tą kwestia językową zauważyłam ciekawą omyłkę. Gdy Biskup Gornik nakrywa obcą dziewczynę w kaplic,y gdzie odprawiono egzorcyzmy od razu woła do niej po angielsku. Skąd wiedział, że jest obcokrajowcem? W małym Rumuńskim miasteczku wszyscy nawołują się po angielsku?

Produkcja nie uniknęła więc klasycznego błędu, wypuściła się na manowce, ale nie do koca zbadała grunt.

Kwestii autentyczności historii się nie czepiam. Tak, napisy początkowe głoszą, że true events, ale nawet te filmy które starają się bazować na wziętych z życia historiach wciąż są tylko filmami i tak też je traktuje.

krucifiks

Reasumując, stwierdzam, że "Krucyfiks", a w zasadzie "Ukrzyżowanie" jest typowym średnim współczesnym filmem grozy. Ma swoje wady i zalety, zarówno jedne jak i drugie są typowe.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś: 5

58/100

W skali brutalności:1/10

poniedziałek, 16 października 2017

Amityville: The Awakening (2017)

amityville przebudzenie

Joan, która samotnie wychowuje troje dzieci, nastoletnią Belle, jej pogrążonego od dwóch lat w śpiączce brata bliźniaka, Jamesa i najmłodszą Juliet wprowadza się do nowego domu. Domu nie byle jakiego, bo słynnego na cały świat Amityville House.

Przeprowadzka odmienia ich życie wydawałoby się, że na lepsze, bo nie tylko zdołali ogarnąć niezła chatę za psi grosz, ale zmiana otoczenia najpewniej przysłużyła się medycznemu cudowi jakim stała się poprawa stanu zdrowia Jamesa.

Wszystkie te korzyści, wkrótce obrócą się w niwecz, bo zło obecne w murach domu wcale nie zniknęło.

Horrorów nawiązujących do historii pewnego domu na Long Island jest tyle, że nie da się ich już zliczyć na palcach obydwu dłoni. Niektóre obrazy ściśle skupiają się na biografii Ronniego Defeo, zabójcy rodziny z Amityville, inne dotyczą losów tych którzy przyszli po nim. W wielu produkcjach Amityville funkcjonuje jako symbol nawiedzonego domu i do jego historii nawiązują na sto rożnych sposobów.

Nie dziwi mnie więc, że Amityville zostało wzięte na tapetę po raz enty. Twórca nie wiedział nawet jaką opowieść chce stworzyć. Pomysły ewoluowały, a pewną rzeczą było tylko miejsce akcji. Moim zdaniem film powstał trochę na siłę i niestety jest to odczuwalne dla widza.

Fabuła filmu skupia się na nowej rodzinie, która dopiero co przekracza próg feralnego domostwa. Czteroosobowa familia ma za sobą trudne przejścia. Ojciec i mąż umarł na raka, matka pogrąża siew gniewie i depresji, nastoletnia córka narobiła głupot, a jej brat bliźniak doświadczył wypadku, który zmienił go w warzywo. Tylko najmłodszej członkini rodu nic ne dolega, bo nawet pies imieniem Larry wydaje się znerwicowany.

Po przeprowadzce fortuna się odwraca. Najważniejsze, syn, któremu nikt nie wróżył powrotu do zdrowia, zaczyna odzyskiwać świadomość. Jednak jednocześnie wokół  wszystkich lokatorów domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najbystrzejsza w stadzie, nastoletnia 'grunge gotka' w różowych majtasach zaczyna rozkminiać sprawę do spółki z nowo poznanymi szkolnymi kolegami.

amityville przebudzenie

amityville przebudzenie

W tym miejscu możemy się zorientować jak "Amitywille: Przebudzenie" odnosi się do całej hordy podań na temat jego mrocznej historii. Ano, wszytko co było przed, między innymi słynny film "Horror Amityville" z 1979 to fikcja, jak i jego sequele, jego remake z 2005 roku to jeszcze większa fikcja, ale... No właśnie, historia Ronniego Defeo to już to słynne ziarnko prawdy. Młodzi bohaterzy zaczynają wierzyć, że zło tkwiące w domu, które skłoniło Ronniego do zabicia krewnych, przebudziło się po czterdziestu biblijnych latach i jest bigos. Nagłe przebudzenie Jamesa, ma więc podłoże paranormalne i jest zwiastunem zła.

Film, krótko mówiąc jest słabawy. Ogląda się go nieźle, jeśli nie mamy absolutnie żadnych wymagań, ale jeśliby zacząć szukać elementów, za które można by go polubić, lub chociaż zapamiętać zaczynają się schody.

Fabuła, mało wymyślna, schematyczna, do przejścia w najlepszym wypadku. Mam w sobie dużo niedociągnięć, miejscami wieje nudą, a miejscami jest niedorzecznie. Zastanawiający jest chociażby fakt, że nasza nastoletnia bohaterka, po stylu widać zainteresowana ciemnymi sprawkami, nie miała pojęcia o istnieniu Amityville. Serio? Istnieją ludzie, którzy o nim nie słyszeli? Efekty też nic nadzwyczajnego, aktorstwo bieda straszna, no może po za Jennifer Jason Leigh.  Bella Thorne, odtwórczyni głównej roli, gra dobrze dupą, ale jej ekspresji mimicznej już brak tak popisowej spójności.

Zakładam, że większość fanów horrorów i tak obejrzy ten film, więc nie będę nikogo od tego ociągać. W końcu jak można by odpuścić kolejna wizytę w najsłynniejszym nawiedzonym domu?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 13 października 2017

Temple (2017)

temple

Troje Amerykanów, Kate, jej chłopak James i jej kumpel z dzieciństwa Chris wyruszają na wycieczkę do Japonii. Kate, jak na zaangażowaną studentkę przystało zamierza wykorzystać podróż do zdobycia materiałów do pracy dyplomowej na temat miejscowej religii. W tym celu grupa zamierza odwiedzić miejsca kultu, różnej maści świątynie by dziewczyna mogła jej fotografować i poznać ich historię.

W tokijskim antykwariacie młodzi natrafiają na dziennik, w którym pojawia się wzmianka o opuszczonej świątyni w lesie, której strzeże zmiennokształtne bóstwo. Kate żywo interesuje się miejscem i wbrew ostrzeżeniom miejscowych rusza w raz z Chrisem i Jamesem na spotkanie przygody.

temple

"Temple" reżyserski debiut niegdysiejszego operatora stanowi koalicję filmu amerykańskiego z japońskim tłem. Akcja w całości rozgrywa się w kraju kwitnącej wiśni, starając się wykorzystać tamtejsze wierzenia do wystraszenia amerykańskich turystów, czyli naszych dobrych bohaterów.

Bohaterów jakoś nie polubiłam, bo mamy tu mało interesującą grupę. Egzaltowana Kate, kusząco wydymająca ostrzyknięte wargi, jej frajerski chłopak o niecierpliwym penisie i Chris chłopaczek z sąsiedztwa, który skrycie marzy o swojej koleżance nie robiąc jednak nic sensownego w tym kierunku.

Fabuła filmu jest na wskroś prosta i niezaskakująca. Widzimy tu mały wstęp zapoznawczy, po którym przechodzimy do akcji właściwej, czyli zarysowania historii świątyni, która to nie powinna zachęcić do odwiedzin.

temple

Nasi nieustraszeni protagoniści nic sobie jednak z tego nie robią i czym prędzej udają się do opuszczonego przed laty miejsca kultu. Tu napotykają zło wszelkie , które sprawnie się z nimi rozprawi. Zło objawia się dzięki przeciętnym efektom. Epilog tej historii w założeniu miał wywołać u widza 'wow', ale tego nie zrobił. Zabieg wydał mi się wręcz śmieszny i poczułam, że ktoś tu ma mnie za idiotkę sądząc, że nie będę w stanie dodać dwa do dwóch, ale mniejsza.

Film uznaje za pokaz przeciętności i nijakości, który wywietrzał mi z głosy w kwadrans po zakończeniu seansu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 10 października 2017

Wish Upon (2017)

wish upon

Nastoletnia Clare Shannon od chwili samobójczej śmierci matki mieszka z ojcem trudniącym się wywozem śmieci, co stanowi przyczynę kompleksów dziewczyny.

Pewnego dnia pan Shannon wraca do domu z wygrzebanym ze śmietnika skarbem - piękną, starodawną pozytywką z chińskimi inskrypcjami. Daje ją w prezencie córce, a tej udaje się ustalić, że wedle chińskich wierzeń przedmiot ten potrafi spełniać życzenia.

Gdy Clare wypowiada jedno z nich nie bardzo wierzy w ich spełnienie. Okazuje się jednak, że pozytywka faktycznie owo życzenie spełnia. Niestety w życiu nie ma nic za darmo, a Clare wkrótce się przekona, że za każde ze spełnionych życzeń przyjdzie jej zapłacić.

wish upon

Nie miejcie złudzeń, "Wish upon" jest typowym teen horrorem, który raczej nie będzie w stanie Was wystraszyć. Jego twórca co prawda kręcił się w okolicy poważniejszych produkcji jako operator i wreszcie jako reżyser, ale scenariusz autorstwa Barbary Marshall nie dał Leonettiemu szansy na stworzenie kina grozy z prawdziwego zdarzenia. Film jest oczywiście bardzo przyjemny, jak to teen horrory, gdzie problemom związanym z dorastaniem zazwyczaj poświęca się więcej uwagi niż aspektom paranormalnym. Tu mamy większą równowagę wątków, więc obraz nie przynosi rozczarowania jakie nieodmiennie mi towarzyszy gdy mam do czynienia z mazgajowatymi nielatami w horrorach.

Nasza boahaterka, dość sympatyczne acz niemożebnie zakompleksione dziewczę, otrzymuje od taty niefartowny prezent. Mimo iż nie dowierza w magiczną moc pozytywki postanawia powierzyć jej swoje marzenie. Marzenie brzydkie, bo dotyczy ukarania niefajnej koleżanki. Niefajna koleżanka dostaje kuksańca z rozbiegu, a rozochocona Clare nie zauważa nawet, że spełnienie marzenia zbiegło się w czasie ze zgonem jej czworonożnego przyjaciela.

wish upon

Wypowiada kolejne życzenie, które pociąga kolejną krwawą zapłatę. Dziewczyna ma do dyspozycji aż siedem życzeń. W końcu, z trudem bo z trudem, zaczyna kojarzyć fakty. Tu rozpoczyna się badanie pozytywki. Ach, rychło w czas, zupełnie jak czytanie instrukcji obsługi po zepsuciu gadżetu.

Fabuła prosta, dość przewidywalna, ale finalnie może przynieść efekt zaskoczenia. Zakończenie przypadło mi do gustu.

Strachu, jak wspomniałam nie będzie tu dużo. Jakieś próby w tym kierunku zostały podjęte, ale mocnych horrorowych scen się tu nie dopatrzyłam. Reasumując, film sympatyczny, niegroźny.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 5

To coś:5

57/100

W skali brutalności:1/10

środa, 04 października 2017

El Bar/ Bar (2017)

el bar

Do małego Madryckiego bistro wchodzi długonoga piękność by podładować telefon. Na miejscu spotyka  kilkoro innych klientów, jeden z nich już zbiera się do wyjścia. W momencie przekroczenia progu knajpy mężczyzna zostaje odstrzelony. Przez kogo? Nie wiadomo. Dlaczego? Nie wiadomo. Ulice opustoszały nieoczekiwanie. Jeden z przypadkowych klientów knajpy wychodzi na zewnątrz by udzielić pomocy postrzelonemu mężczyźnie. Jednak gdy tylko zdoła się nad nim pochylić sam staje się ofiarą niewidzialnego snajpera. Wygląda na to, że ktokolwiek spróbuje opuścić bistro zginie.

"El Bar" obraz twórcy "Pokoju dziecięcego" typowym thrillerem z pewnością nie jest. Duża dawka satyry i czarnego humoru sprawia, że groza schodzi tu na dalszy plan. Miejscami obraz kojarzył mi się to trochę z filmami Almadovara - nie jestem jednak znawczynią jego filmografii by powiedzieć to z pełnym przekonaniem.

Twórcy nie dysponowali wielkimi pieniędzmi, więc produkcji przypięto łatkę kina klasy B. Niski budżet nie koliduje szczególnie z zamysłem twórców, którzy postawili na 'pierwiastek ludzki'.

Skupiamy się tu niemal od początku na bohaterach i ich wzajemnych relacjach. Relacjach opartych na nieufności, bo nikt nie zna tu nikogo, a sytuacja zagrożenia sprawia, że każdy może okazać się wrogiem. Atmosfera robi się gęsta, jednak napięcie każdorazowo rozładowywane jest humorem. W zasadzie można powiedzieć, że od tego jak odbierzecie te śmieszki zależy, czy spodoba Wam się film. Tu na dwoje babka wróżyła. U mnie różnie z tym było. Niektóre żarty wywołały uśmiech, inne wydały się żenujące.

el bar

el bar

Fabuła trzyma się kupy - tak z grubsza. Działania bohaterów skupiają się na przetrwaniu w sytuacji, której nie rozumieją. Kolejne teorie spiskowe podsuwają coraz bardziej katastroficzne wizje. Desperacja się wzmaga, więc niektórzy 'przechodzą na ciemną stronę mocy'. Myślę, jednak, że zbyt dużo satyrycznych elementów szkodzi budowaniu napięcia właściwemu gatunkowi.

"El Bar" może się podobać, ale wcale nie musi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 02 października 2017

Gerald's Game/ Gra Geralda (2017)

gra geralda

Jessie i jej mąż Gerald wybierają się do domu letniskowego na weekend by popracować nad swoją relacją. Szczególną uwagę zamierzają poświęcić sferze seksualnej. W ramach łóżkowe zabawy Gerald przykuwa swoją żonę do łóżka przy pomocy prawdziwych kajdanek. Po zaaplikowaniu sobie niebieskiej pigułki Gerald przechodzi do akcji. Jess nie podoba się ta zabawa, dochodzi do sprzeczki, a Gerald pada martwy pokonany przez atak serca, nie zdążywszy rozkuć żony...

Jak wspomniałam na fanpage bloga na facebooku przy okazji jednego z ostatnich postów 'nierecenzyjnych,' rok 2017 zdecydowanie jest rokiem Stephena Kinga. "Gra Geralda" jest bowiem kolejną powstałą w tym roku ekranizacją jego twórczości.

Jest to obraz stworzony w oparciu o pełnometrażową powieść pisarza, która swoją drogą od dłuższego czasu zalega na mojej półce. Podobnie jak w przypadku chociażby "Dolores Claiborne" skupia się na kobiecej bohaterce walczącej o przetrwanie. Punktów stycznych z opowieścią Dolores Claiborne jest zresztą więcej - obejrzycie, będziecie wiedzieć co mam na myśli.

Mimo, że nie miałam okazji przeczytać "Gra Geralda" seans z filmem utwierdził mnie w przekonaniu, że Mike Flanagan nie miał łatwego zadania przenosząc ją na ekran. Budowanie scenariusza w oparciu o powieść w dużej mierze składającej się z wewnętrznych monologów bohaterki, dyskusji prowadzonych z halucynacjami i rozlicznych retrospekcji to nie lada wyzwanie, jednak reżyser "Olultusa" wybrnął z tej sytuacji z dużą gracją.

Właściwa akcja filmu rozpoczyna się z chwilą śmierci Geralda. Przez kilka godzin kobieta jest sama, unieruchomiona, obok trupa męża. Na domiar złego, do domu wkrada się pies przybłęda, który zwęszył okazję do pożywienia się. Kiedy bezpański owczarek zaczyna nadgryzać Geralda Jesse nie wytrzymuje i 'odpływa'. Tu zaczynają się halucynacje.

gra geralda

Martwy Gerald 'ożywa', choć jego zwłoki dalej leżą u podnóża łóżka i rozpoczyna rozmowę z żoną. Wkrótce pojawi się też druga Jess, z którą skuta kobieta też prowadzi rozmowę. Można to sprowadzić do symboliki aniołka i diabełka na ramieniu, jednak trafniejszym stwierdzeniem byłby rozłam osobowości Jess na wewnętrzny głos dopingujący ją w przetrwaniu, silna Jess, i przedstawiona pod postacią męża słaba część kobiety, chcąca się poddać, nie widząca ratunku. Wypada to bardzo ciekawie i oglądając film aż żałowałam, że nie przeczytałam książki, bo zakładam, że w niej wszytko zostało bardziej rozbudowane.

Nie zapominajmy o retrospekcjach. Złych wspomnieniach nawracających falą do naszej nieszczęsnej protagonistki. Ma kobieta co wspominać. Retrospekcje pozwalają nam lepiej zrozumieć jej postać.

gra geralda

Fabuła składa się więc na proces desperackiej walki o przetrwanie, która wykańcza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie naszą bohaterkę.

O dziwo znalazło się tu miejsce dla scen stricte horrorowych, ze złowrogą postacią wyłaniającą się z mroku i jak to bywa u Flanagana są bardzo udane. Choć nie powiem by ostateczne wyjaśnienie kwestii 'księżycowego człowieka' nie zaleciało mi tandetą - no cóż ideałów nie ma.

"Gra Geralda" jest produkcją Netflixa, ale moim zdaniem spokojnie kwalifikowała by się na duży ekran. Technicznie wypada bardzo dobrze, od aktorstwa po montaż wszytko gra.

Myślę, że zadowoli potencjalnych widzów, przynajmniej tych, którzy nie znają oryginalnej literackiej wersji, bo z ortodoksyjni fani prozy Kinga mogą nie przetrawić zmian względem książki, a te jak zakładam musiały się tu pojawić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 28 września 2017

It/ To (2017)

it

W niewielkim miasteczku Derry w stanie Mine znikają dzieci. Jednym z nich jest Georgie, młodszy brat Billyego. Chłopiec nie zamierza odpuścić poszukiwania brata, którego zdaje się wszyscy już spisali na straty i wyrusza z misją ratunkową. Intuicja podpowiada mu by sprawdzić miejscowe akweny wodne i to jest strzał w dziesiątkę, bowiem zło odpowiedzialne za niewyjaśnione zaginięcia najmłodszych obywateli Derry gnieździ się w kanałach pod miastem.

Miejsce odpływu kanału Billy bada w asyście trzech kolegów, jednak szeregi poszukiwaczy prawdy zwiększają się o kilkoro innych miejscowych dzieciaków. Wszyscy oni mają swoje lęki, które ukazują swoje oblicze z pomocą niewesołego klauna z czerwonym balonikiem.

it

Kiedy zapowiadany jest remake kolejnego klasycznego horroru nie wiadomo, czy się cieszyć, czy załamywać ręce. Istnieją obrazy, których nowe wersje są potrzebne jak dziura w moście, bo wcale się nie zestarzały - tu najlepszym przykładem wydaje mi się "Koszmar z ulicy wiązów".

Nie miałam wielkiego problemu z "To", bo pierwsza ekranizacja powieści Kinga, ekranizacja dla TV niemożebnie długa, technicznie mocno już stara i fabularnie za bardzo uderzająca w rejony kina familijnego nie jest moim faworytem jeśli idzie o klasykę horroru.

Książki nie czytałam, więc nie wiem czy trzyma się jej wiernie, czy też nie. Nie mniej jednak oglądając film wieki temu zauważyłam duży potencjał w postaci Pennywise'a, czyli naszego klauna. King potrafi tworzyć bardzo sentymentalne opowieści o grozach dzieciństwa ("Ciało"), więc przez moment pomyślało mi się nawet, że ten remake może być niegłupim pomysłem. Pojawiła się jednak obawa, jak z telewizyjnego miniserialu, ewentualnie tak opasłego dzieła literackiego, można zrobić dobry horror mieszczący się w czasowych ramach filmu kinowego?

Tu pomysłodawcy dobrze wybrnęli, bo podzielili "To" na dwie części. Część pierwsza, czyli ta obecnie goszcząca na kinowych afiszach, skupia się na dziecięcych bohaterach, żyjących w latach '80 XX wieku, bez kontynuacji ich losów w dorosłości, gdy to powracają do Derry. Domyślam się, że tę właśnie historię zobaczymy w sequelu.

it

Film stara się więc czarować duchem lat '80 wykorzystując stosowną dla tamtych czasów estetykę. Ten chwyt sprawdził się doskonale w "Stranger things" i sprawdza się i tu. Scenariusz jest zdecydowanie mniej słodki niż w starszej wersji, a problemy z jakimi zmagają się młodzi bohaterzy są bardziej hardcorowe, więc wszelkie wątki obyczajowe odnotowuję na plus.

To co właściwe horrorowi to już klasyczne chwyty współczesnego kina grozy, czyli sceny nastawione na gwałtowny wzrost napięcia i wywołanie strachu. Nie wychodzi to źle, nie wychodzi też rewelacyjnie. W wielu scenach zabrakło uprzedniego zbudowania napięcia, co udało się naprawdę dobrze jedynie w scenie otwierającej, z udziałem małego Georgiego. Strasznego klauna mocno podrasowano i powiem, że dość mi typek przypadł do gustu. Dobrze spisują się też młodzi aktorzy, sól ziemi Derry.

Całość ogólnie na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:1/10

sobota, 23 września 2017

A Ghost Story (2017)

a ghost story

Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu. Kobieta szybko traci sympatię do tego miejsca i chce je opuścić, jednak mężczyzna obstaje przy podjętej wcześniej decyzji. Konflikt przerywa jego śmierć. Wkrótce po tym małżonek powraca pod postacią ducha.

Brzmi jak opis z "Uwierz w ducha", ale jest to zupełnie inna historia. W zasadzie nie mieści się ona w żadnym gatunkowym standardzie, jednak los chciał, że 'Opowieść ducha' w filmowym świecie funkcjonuje jako horror. Nie wystraszy Was jednak, więc zduście w zarodku tego rodzaju oczekiwania, jeśli zamierzacie zmierzyć się z tą produkcją.

Sam tytuł obił mi się już wcześniej o uszy i siadając do seansu z nim miałam o nim pewne wyobrażenie. Może coś w stylu "Obecności" Wana? Klasyczna opowieść o duchach? Jak się okazało film ma coś wspólnego z "Obecnością", ale nie 'tą'. Jeśli by się uparła by czynić jakieś porównania to postawiła by na "Presence" z 2010 roku.

Ten 'horror nie horror' bardzo przypadł mi do serca.

a ghost story

Jeśli ktoś mnie pyta za co lubię horrory z podgatunku ghost story, zawsze odpowiem, że za ich przygnębiający nastrój. Nie ma chyba nic smutniejszego niż bezradność w jakiej pozostają osoby, które fizycznie opuściły swoje życie jednak nadal w nim tkwią w roli obserwatora. Jak bohater "Ghost strory" obserwujący żałobę swojej żony. W tego rodzaju filmach zawsze współczuje ich paranormalnym antybohaterom. Im większą żałość budzi we mnie duch tym bardzo podoba mi się film. Ot pokrętne to, bo opowieści o duchach w założeniu mają straszyć a nie smucić. A produkcja Davida Lowery smuci po mistrzowsku.

a ghost story

Głównym bohaterem jest martwy facet - nie poznajmy chyba nawet jego imienia, jest Panem C. Widzimy, że zginął w wypadku nieopodal swojego domu. Jako duch powstaje w kostnicy. Nie jest półprzezroczystą postacią samego siebie, lecz ... prześcieradłem z otworami na oczy. Taki duch rodem z kreskówek. Chyba nie dało się tego zrobić bardziej prostolinijnie. Ta prostota się sprawdzi, wierzcie bądź nie.

Mimo, że nie poznaliśmy go zbyt dobrze za życia, możemy uważnie przyjrzeć się jego pośmiertnej egzystencji na każdym jej etapie.

a ghost story

Życie idzie na przód, wydarzenia toczą się obok. Kolejni lokatorzy, duch ten sam. Związany z miejscem, czekający. Na co? Pewnie niebawem zapomni, jak jego martwa sąsiadka -machające do niego prześcieradło z okna naprzeciwko. Jest to mega smutne i potwierdzi to każdy wrażliwiec.

Napotkamy tu też jedną niespodziankę, choć cóż, jest to temat właściwy dla wszelkich teorii o życiu po śmierci.

Fabuła składa się z kolejnych obrazów. Długich ująć, między którymi raz na ruski miesiąc pojawia się jakiś dialog. Znaczna część widzów odrzuca tego rodzaju koncepcje narracji, bo żmudne, bo nudne. Często tak właśnie jest kiedy wizja pozbawiona jest treści. Tej produkcji to nie zagraża i gorąco wierzę, że znajdzie swoich amatorów. Osobiście jestem urzeczona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:10

78/100

W skali brutalności:0/10

poniedziałek, 18 września 2017

Annabelle: Creation/ Annabelle: Narodziny zła (2017)

annabelle 2

Ameryka, lata 50 XX wieku. Samuel Mulins, mąż Ester i ojciec małej Bee, zawodowo zajmuje się robieniem zabawek. Sielskie życie w szczęściu i dobrobycie przerywa tragedia, której ofiarą pada jedyna córka Mulinsów.

Po jej śmierci małżonkowie wycofują się z życia społecznego, lecz po dwunastu latach postanawiają wykonać gest dobrej woli i w swoim okazałym domu ugościć wychowanki sierocińca pod opieką siostry Charlotte. Warunkiem gościny jest zakaz odwiedzania dwóch pomieszczeń: sypiali Ester Mulins, gdzie przebywa schorowana kobieta i pokoiku niegdyś należącego do córki właścicieli domu.

Niestety jedna z dziewcząt łamie drugi z zakazów i z ciekawością odkrywa skarby w pokoju Bee, w tym rudowłosą, drewnianą lalkę...

Tytułowa "Annabelle" to postać znana z opowieści pary amerykańskich demonologów, małżeństwa Warrenów. W swoim horrorze pokątnie wykorzystał ją James Wan, ale nie można powiedzieć by stała się ona ważnym bohaterem serii "Obecność".

Potencjał tej postaci dostrzegł John Leonetti, który w 2014 roku nakręcił film w całości poświęcony opętanej lalce imieniem "Annabelle". Jakże ten film mi się nie podobał...

Usłyszawszy o planach powstania prequela "Annabelle" miałam dwie myśli: Albo będzie równie lichy jak poprzednik, albo wybije się i uratuję historię z potencjałem jakim bez wątpienia dysponuje przypadek opętanej lalki. Domyślam się, że większość widzów raczej nie dopuszczała drugiej z założonych przeze mnie opcji, ale ja nauczona przypadkiem serii "Ouija", w której to prequel nakręcony później okazał się o niebo lepszy od poprzednika, dopuszczałam taka możliwość. I nie pomyliłam się.

annabelle 2

Oczywiście nie oznacza to bym "Narodziny zła" uważała za horror wybitnie dobry, ale w porównaniu z mielizną na jaką wpadł scenariusz pierwszej "Annabelle" jest zdecydowanie lepiej.

Twórcy prequela, co zaskakujące, ratując sprawę nie odżegnali się całkowicie od tego co opowiadał nam pierwszy film, ale podeszli do sprawy z głową i połączyli niespójności, jednocześnie naprawiając błąd rzeczowy popełniony przez Wana i Leonettiego - wygląd lalki.

Osoby, które udało mi się zachęcić do lektury "Demonologów" wiedzą, że prawdziwa Annabelle, ta którą w swoich demonicznych zbiorach urywają Warrenowie, była lalką szmacianą i do takiej też postaci wraca demon w epilogu "Narodzin zła". Co prawda godzi to w wizję pierwszej "Annabelle", ale sadzę, że ekipa Leonettiego powinna się cieszyć, że ktokolwiek uznał wypierdziane przez nich wątki za godne choćby zahaczenia.

annabelle 2

O ile pierwsza "Annabelle" rozgrywała się wczasach bliskim obecnym o tyle "Narodziny zła" cofają się do lat 50 czy 60 XX wieku. Tu poznajemy nieszczęsnego lalkarza, który zmajstrował Annabelle tuż przed śmiercią swojej córki. Sam proces opętania lalki bliższy jest temu co opisali Warrenowie, choć zdecydowanie nie jest to, ta właśnie historia. Nie mniej jednak uważam, że ma ręce i nogi, kupy się trzyma i nie śmiem narzekać.

Historię zła, które wstąpiło w lalkę poznajemy dzięki wydarzeniom związanym z jedną z sierotek, które Mulins sprowadza do domu.

annabelle 2

Śliczna Janice chorująca na polio ma pecha znaleźć się w złym miejscu o złym czasie przez co demoniczna siła zaczyna się nią żywo interesować. W tym miejscu mamy okazję obserwować sporo typowo horrorowych zagrywek wizualnych, z czego niektóre są całkiem dobre - scena z narzutą - inne zupełnie słabe - scena w szopie.

Efekt jest ogólnie średni, zwłaszcza biorąc pod uwagę miliony, które wpompowano w ten obraz. Mimo, że film nie przynosi jakiś większych uciech dla fana grozy, to i tak uważam, że twórcy zrobili dobrą robotę- zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak poprzednicy ją dokumentnie skopali.

Rezultatem jest produkcja dość przyjemna, nie godząca w inteligencje widza i stanowiąca nie najgorszą rozrywkę. I tyle musi Wam wystarczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

poniedziałek, 11 września 2017

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku "House of disappeard" mamy do czynienia z tą samą historię co w "La Casa del fin de los tiempos".

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake'ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza - w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej - na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 07 września 2017

Johnny Frank Garrett's Last Word/ Ostatnia klątwa (2017)

ostatnia klatwa

Na początku lat '80 siedemnastoletni Johnny Frank Garret został oskarżony i skazany za gwałt i morderstwo na zakonnicy. Ława przysięgłych skazała go na śmierć, a wyrok wykonano jedenaście lat później, po serii bezskutecznych apelacji i mimo interwencji samego papieża.

Wkrótce po wykonaniu wyroku osoby związane ze sprawą, w tym członkowie ławy przysięgłych zaczęli ginąć. Jedyny z ławników, który kiedykolwiek miał wątpliwości względem winy siedemnastolatka zaczyna wierzyć, że chłopak rzucił na nich klątwę w zemście za niesłuszne osądzenie.

ostatnia klatwa

Johny Frank Garret nie jest postacią fikcyjną. Zawarta w "Ostatniej klątwie" opowieść opiera się na  fragmentach historii autentycznej. Faktycznie w Teksasie w latach osiemdziesiątych doszło do morderstwa, za które skazano niejakiego Garreta, upośledzonego chłopaka, którego nikt skutecznie nie bronił.

ostatnia klatwa

Po tym jak już chłopak dokonał żywota pojawiło się całe morze wątpliwości, ba były one już wcześniej, ale nikt nie traktował ich poważnie. Całą sprawę przybliża dokument "The last word", zaś "Ostatnia klątwa" skupia się na paranormalnym aspekcie sprawy.

Przed śmiercią natchniony Garret przeklina cały krąg osób, które wini za niesprawiedliwość jaka go spotkała. Treść owej klątwy znacznie wykracza poza możliwości umysłowe kogoś z IQ rzędu 80 punktów, stąd też podejrzenie, że do tego oświadczenia natchnęły go diabelskie siły.

Jak pokazuje rozwój wydarzeń, osoby, które Garret przeklina faktycznie zaczynają ginąć. Zdesperowany ławnik, jak wspomniałam, jedyny, który miał wątpliwości względem winy oskarżonego, rozpoczyna desperacją walkę o oczyszczenie dobrego imienia Garreta wierząc, że w ten sposób ocali siebie i bliskich przez klątwą.

ostatnia klatwa

No cóż, osobiście jestem zdania, że sama historia Garreta jest dużo ciekawsza niż legendy jakimi obrosła. Dużo bardziej cieszyło by mnie podążenie śladem błędów sadowych, odkrycie złych intencji teksańskiego systemu sprawiedliwości niż zabawa w pokonywani klątwy. Wówczas film być może nie miałby zbyt wiele wspólnego z horrorem, ale osobiście czułabym mniejszy niedosyt i łatwiej byłby mi zaangażować się w tą historię. Bo cóż, wszystkie zawarte w filmie elementy nadnaturalne trącą przeciętnością i są średnio przekonujące.

Jest średnio, ale nie całkiem źle. Może zmiana aktora wcielającego się w postać 'ostatniego sprawiedliwego' coś by tu zaradziła, bo uważam, że Mike Doyle średnio sprawdził się w tej roli.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

55/100

W skali brutalności:1/10

wtorek, 05 września 2017

It Comes at Night/To przychodzi po zmroku (2016)

it comes at night

Czteroosobowa rodzina Paula, jego teść, jego syn i małżonka ukrywają się w leśnym siedlisku z dala od miast, w których panuje tajemnicza zaraza. Zdziesiątkowane społeczeństwo nie wie co jest przyczyną śmierci tak wielu osób, wiedzą tylko, że by przetrwać muszą się odizolować.

Pewnego dnia, wkrótce po śmierci seniora rodu, do domu rodziny Paula włamuje się zdesperowany mężczyzna szukający zapasów wody i jedzenia dla swojej rodziny ukrywającej się niedaleko. Paul musi zdecydować, czy połączyć siły z nieznajomymi i zwiększyć tym samym szansę na przetrwanie, czy potraktować przybysza jako zagrożenie, które trzeba wyeliminować.

Film "To przychodzi po zmroku" nie spotkał się z entuzjazmem większości polskiej widowni. Miałam nawet pokusić się o seans kinowy, ale negatywne oceny zniechęciły mnie. Z drugiej strony współczesny film o zarazie jednoznacznie kojarzy się z zombie movie, a nie jest to preferowany przeze mnie podgatunek. To też wstrzymałam się z bólami i wyzbyłam wszelkich pozytywnych oczekiwań.

Najczęstszym słowem krytyki kierowanym pod adresem tego filmu była nuda. Po obejrzeniu filmu, muszę stwierdzić, że zupełnie inaczej wyobrażam sobie nudne zombie movie. "To przychodzi po zmroku" zdecydowanie nie jest dziełem mainstreamowym. W niczym nie przypomina "Walking dead", którego obejrzałam całe pięć odcinków, ani filmów pokroju "World war Z" z efektownymi nawalankami z hordami truposzy.

Jeśli miałabym go porównać z jakimś filmem z nurtu zombie movie to była by to "Maggie", czy oryginalna "Noc żywych trupów". Jednak jest to porównanie czynione na silę, bo fakt faktem, nie mamy tu zombie. Mamy chorobę, o której charakterze możemy tylko domniemać na podstawie przypadku dziadka, który zostaje 'dobity' w końcowym jej stadium. Strzał w głowę i palenie zwłok mogą więc nasuwać skojarzenie z zarazą zmieniająca ludzi w zombie, ale na tym koniec. Nie zobaczymy bowiem żadnego 'dojrzałego okazu'. I to jest moim zdaniem bardzo fajne. Jest przestrzeń na tajemnicę i domniemania, tu może zadziałać wyobraźnia widza.

it comes at night

Cała fabuła kręci ie wokół działań bohaterów skoncentrowanych na tym by nie złapać wirusa powodującego chorobę. Stąd skrajna ostrożność, zabijanie drzwi i okien, unikanie jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi z zewnątrz.

I tu pojawia się bohater imieniem Will, mężczyzna szukający zapasów mogących pomóc przetrwać jego żonie i synkowi. Rodzą się pytania? Czy facet ma czyste zamiary? Może już jest chory? Może chce ich powybijać i przejąć cały dom? Możliwości jest dużo, a odpowiedzialny ojciec rodziny Paul zrobi wszytko by zagrożenie zminimalizować. Mogłabym Wam zdradzić, jaką decyzję podejmie, bo większość internetowych opisów to robi, ale po co. Dość, że Wa powiem, że pointa tego filmu jest taka: Lęk przed zagrożeniem jest bardziej niszczący niż samo zagrożenie.

it comes at night

Fabuła była dość zadowalająca, na tyle bym osobiście nie uznała jej za nudną, ale najbardziej podobała mi się otoczka filmu. Jego klimat. Klaustrofobiczny jak się zapewne domyślacie jeśli jest mowa o ludziach skazanych na izolacje. Mamy symboliczne czerwone drzwi, jak czerwona linia której nie można przekroczyć. Wokół tych drzwi rośnie paranoja będąca przyczyną tragedii.Świetne zdjęcia jeszcze uwypuklają to co ma niepokoić widza i nie mówię t tylko o halucynacjach jakich doświadcza syn Paula, ale o sam sposób w jakim kręcono ujęcia domowych przestrzeni. Moim zdaniem to dobry film z dużym ładunkiem psychologicznym, ale nie zadowoli fanów zombie movie, bo brakuje mu dynamiki z jaką nieodmiennie kojarzony jest każdy gatunek w którego centrum znajdują się pościgi za ofiarą.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

niedziela, 27 sierpnia 2017

Killing Ground/ Zabójcza ziemia (2017)

killing ground

Narzeczeni, Sam i Ian wyruszają na kemping. Rozbijają obóz nad rzeką ciesząc się malowniczymi krajobrazami Tanzanii. Nieopodal zauważają jeszcze jeden samochód i namiot pozostawiony przez innych obozowiczów. Po ludziach jednak nie ma śladu.

Nazajutrz Sam postanawia zgłosić zaginiecie sąsiadów, gdy znajduje porzucone w lesie dwuletnie dziecko. Po drodze para napotyka miejscowego myśliwego, który niedawno widział rodzinę z dzieckiem całą i zdrową. Mężczyzna i Ian wyruszają na poszukiwania rodziny, która planowała wycieczkę nad wodospad.

Z uwagi na Australijski rodowód "Killing Ground" i jego liczne porównania do "Ostatniego domu po lewej", czy "Eden Lake" spodziewałam się miazgi. Dlatego już speszę do Was ze sprostowaniem byście nie narobili sobie apetytu na coś czego w filmie nie ma.

Jeśli idzie o dozę brutalności i dramatyzm sytuacji "Killing Ground" nie umywa się do obrazów, z którymi był zestawiany. Jednych to pewnie rozczaruje, innych ucieszy.

To co może najbardziej zniesmaczyć, np. sceny gwałtów, rozgrywają się po za kadrem, są jedynie sugerowane. Nie zobaczymy tu też żadnych wymyślnych tortur, krew nie poleje się strumieniem, a potyczka z antybohaterami bardziej skupia się na ganiance.

killing ground

killing ground

Fabuła jest prosta choć twórca starał się trochę namieszać. Początkowo śledzimy równorzędnie dwa wydarzenia rozgrywające się w innym czasie, w przeciągu dnia czy dwóch. Pierwsze to spotkanie antagonistów z obozującą rodzinką i finał owego spotkania.

Tuż obok śledzimy losy Sam i Iana, którzy są o krok od zagrożenia ale jeszcze o tym nie wiedzą. Dla widza to żadna rewelacja, bo i tak wiemy do czego to zmierza. Przez to oczekiwanie zaczynamy sobie wyobrażać bóg wie co, a finalnie dostajemy wspomniane ganianki. Może gdyby nie te porównania do wspomnianych wcześniej obrazów nie przeszłabym przez fabułę "Killing ground" tak obojętnie. Dobra, może nie obojętnie, bo scena z dzieciątkiem jednak mnie trafiła, ale reszta bez rewelacji. Dziwi mnie tym bardziej, że film dostał kategorię R.

Dość o moich rozczarowaniach, trzeba poszukać plusów. Plusem bez wątpienia są plenery, które mamy szansę podziwiać. Scenariusz czynił też próbę nakreślenia charakterystyk bohaterów, ale nie zaszedł z tym zbyt daleko. Dość bym mogła domniemać, że słodka miłość Sam i Iana, zakończy się po tym kempingu, bo laska była poważnie wkurwiona na postawę swojego faceta.  Antagoniści prezentują się nieco lepiej. German ze swoimi nieco aborygeńskimi rysami przypomina dzikiego zwierza, a Chook to przy nim ledwie amator. Jakby powiedziała Miranda z "Gothiki": klasyczny układ mistrz i uczeń. Na tle większości tego typu sodomitów wypadają jednak blado. Wszytko jest więc średnie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W sakli brutalności: 2/10

piątek, 25 sierpnia 2017

Amok (2017)

amok

Z Odry wyłowione zostają zwłoki wrocławskiego architekta. Sprawa zostaje nierozwiązana przez kolejne dwa lata z powodu braku najmniejszych poszlak mogących nadać kierunek śledztwu. Wtedy właśnie do szeregów Wrocławskiej policji wkracza Jacek Sokolski, któremu przydzielono zbadanie anonimowego zgłoszenia dotyczącego sprawy. Ktoś utrzymuje, że rozwiązanie zagadki zbrodni kryje się w mało popularnej powieści kryminalnej "Amok". Policjant postanawia zbadać poszlakę kierując się wprost do autora powieści.

Kasia Adamik, polska reżyserka, poszła w ślad za twórcami "Czerwonego pająka" i "Jestem mordercą" dając widzom możliwość zapoznania się z filmową wersją prawdziwej zbrodni jakiej dokonano w naszym pięknym kraju.

Nie celowała jednak w czasy PRL, bo wzięła na warsztat bardzo współczesną, bardzo bliską czasowo, sprawę Krystiana Bali.

amok

W roku 2000 z rzeki wyłowione zostają zwłoki Dariusza, właściciela agencji reklamowej- w filmie zmieniono mu imię i profesję. W roku 2003 Krystian Bala po wielu trudach i znojach wydaje swoją debiutancką powieść "Amok". Z uwagi na brak zainteresowania książką, postanawia podkręcić jej reklamę sugerując policji, że opisano w niej morderstwo Dariusza.  Media w Polsce i zagranicą szaleją. Zainteresowanie książką rośnie wprost proporcjonalnie do podejrzeń względem jej autora. W 2007 roku w wyniku procesu poszlakowego Bala zostaje skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. W pierdlu sprzedaje prawa do sfilmowania książki, a jakże, na własnych zasadach. Gloria i chwała dopełnia się w 2016 roku filmem "True Crime", a w 2017 "Amokiem" Kasi Adamik.

amok

Wręcz czułam poczucie winy oglądając ten film, bo jakby nie patrzeć głaskam w ten sposób rozdęte ego tego morderczego fana Nitzschego. Jednak obowiązek obowiązkiem jest, a usprawiedliwiam się tym, że pyszałek nie zarobił na moim oglądaniu ni centa.

Myślę, że podejście wielu oglądających było podobne stąd też bardzo surowe oceny obrazu Adamik, który uczciwie mówiąc nie jest złym filmem. Nie stanowi też ekranizacji powieści - obstawiam, że ciężko byłoby to coś przełożyć na język filmu, lecz jest luźną wariacją na temat tego jak wpadł autor. Być może scenarzysta czerpał nieco z "Komy" Aleksandra Sowy, która omawia sprawę złapania Bali.

Filmowa historia usnuta jest jednak z dużą swobodą i niskim poszanowaniem faktów. Rodzina zamordowanego chciała zablokować dystrybucję filmu, jednak ostatecznie ujrzał on światło dzienne litościwie pomijając osobę ofiary- jest jakby rekwizytem w tej historii.

Narracja filmu miejscami dusząca i intrygująca bardzo często wpada w banał, jest przegadana, przeintelektualizowana i stronnicza - tak, myślę że niebezpiecznie gloryfikuje postać mordercy.

Nie mniej jednak sporo tu dobrych momentów, udanych dialogów i ciekawych ujęć. Podobała mi się scena otwierająca, gdy na ekranie urzeczywistnia się to co Bala w danej chwili pisze - bardzo udany zabieg. Podobały mi się sceny z Łukaszem Simlatem, gdy wcielając się w postać policjanta popada w histeryczny amok.

amok

I przede wszystkim podobał mi się Mateusz Kościukiewiecz, który  swoją kreacją nieco naprostował postać Bali, którą scenariusz chciał przedstawić - takie mam wrażenie - w roli nadczłowieka. Ośmiesza go, pokazuje jego narcyzm - choć wypowiadane kwestie mówią co innego.

Z konkretów, które nie bardzo mi przypadły, to obstawie zbytnią dosłowność w relacji Bali i policjanta. To, że zabójca robi go w trąbę było zbyt ewidentne, a łatwość z jaką Jacek się temu poddawał naciągana - zaśmierdziało mi amerykańskim kinem kryminalnych naiwność. Tym bardziej, że w "Jestem mordercą" udało się zbudować bliźniaczą relację z dużo lepszym efektem. Pseudo psychodeliczne sceny narkotycznego transu też z deka przegięte, choć przynajmniej w jakiś sposób zabawne. Całość zaliczam jednak do dość udanych.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

środa, 16 sierpnia 2017

El guardián invisible/ Niewidzialny strażnik (2017)

niewidzialny traznik

Detektyw Amaia Salazar po powrocie ze stanów gdzie miała okazję pracować w szeregach FBI angażuje się w sprawę serii morderstw w swoim rodzinnym miasteczku. Od jakiegoś czasu w Elizando giną młodziutkie dziewczyny, które morderca zabija w myśl swojego rytualnego modus operandi. Amaia zauważa, że już przed laty w dolinie doszło do kilku niewyjaśnionych zabójstw i zaczyna łączyć sprawy. Niestety Elizando nie jest dla niej zwykłym miejscem zbrodni lecz też siedliskiem przykrych wspomnień z czasów dzieciństwa, co bardzo utrudnia jej działanie.

Tytuł "Niewidzialny strażnik" może być Wam już znany za sprawą książki pod tym samym tytułem, która ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Wchodzi ona w skład całej serii przygód naszej detektyw Salazar.

Na scenariusz filmowy przełożył ją scenarzysta "Rec'a" i "Granic bólu", bardzo sprawny Hiszpan, Lusio Berdejo. Reżyserię powierzono nie mniej doświadczonemu Fernando Molinie, choć zwykł on obracać się raczej w innym filmowym gatunku. Mogę powiedzieć, że efekt ich współpracy jest bardzo udany. Otrzymujemy bowiem dobre kino z pogranicza thrillera i kryminału, którego fabuła skupia się na postaci seryjnego zabójcy. Jest to kino hiszpańskie nie amerykańskie więc mniej tu sensacji, a więcej, bo ja wiem? Uduchowienia?

niewidzialny traznik

niewidzialny traznik

Klimat filmu ma w sobie coś złowrogiego i baśniowego. Bardzo udane zdjęcia plenerowe ukazują nam Hiszpanię od zupełnie nie słonecznej strony. Pojawiają się złe wróżby tarota i baskijskie legendy o strażniku natury. Tuż obok morderca, który obrał za cel udowodnienie światu swoich przekonań względem dorastających dziewcząt. Według mnie takie połączenie bardzo się udało. Jakby tego było mało na dokładkę otrzymujemy mocne wątki dramatyczne dotyczące Amai i jej relacji z rodziną. Retrospekcje z jej dzieciństwa to taka wisienka na torcie.

Jednoznacznie mogę stwierdzić, że film mi się podobał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

62/100

W skali brutalności:1/10

czwartek, 10 sierpnia 2017

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

"Gracefield incydent" to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o "Gracefield incydent". Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy'a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe 'atuty' produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec 'kręcony z oka', bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze "Znaków", "Dnia niepodległości" i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z "Gracefield incydent"...

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10

piątek, 04 sierpnia 2017

Die Hölle/ Piekło (2017)

piekło

Ozge, była narkomanka, wychowana w muzułmańskiej rodzinie imigrantów z Turcji, przemierza Wiedeń na nocnych dyżurach taksówką, po czym wraca do obskurnego mieszkanka w czynszowej kamienicy. Pewnej nocy po powrocie z pracy staje się świadkiem morderstwa. Widzi jak mężczyzna morduje jej sąsiadkę, prostytutkę. Pech chce, że i on ją zauważa. Seryjny zabójca kobiet obiera Ozge za następny cel.

"Piekło" to thriller produkcji austriackiej i niemieckiej. Bohaterką, raczej nie inaczej, jest imigrantka wyznania islamskiego. Generalnie cała fabuła kręci się wokół świata przybyszy ze wschodu. Tematy imigracyjne będą tu na pierwszym miejscu, ale nie Angela Merkel ma tu głos, więc nie będzie słowa o kulturowym ubogaceniu.

Jest to kino gatunkowe, trzyma sie motywów stosowny dla thrillera z seryjnym mordercą. Nasza bohaterka nie jest jakąś bidulką zakutaną w burkę, lecz kobietą wyzwoloną z patriarchatu w jakim dorastała. Jej dzieciństwo zresztą odgrywa tu nie małą rolę.

Obecnie Ozge zdołała podnieść się z rynsztoka i już nie rozładowuje agresji na sobie. Trenuje tajski boks i jest doprawdy twardą babką. Lecz nawet najtwardsza postać może stać się ofiarą, gdy upatrzy ją sobie świrnięty sukinsyn z misją.

W sytuacji gdy Ozge staje się świadkiem morderstwa zaczyna bezskutecznie poszukiwać pomocy. Jedyną przyjazną jej osoba okaże się mało znaczący detektyw, który poświęca się opiece nad zdemenciałym ojcem. Wspólnymi siłami wytropią morderce.

piekło

piekło

Fabularnie można by rzec film podobny do setek innych. Ilu mieliśmy już biblijnych morderców? Ile niewiast kryjących się w ramionach twardych gliniarzy, bo znalazły się w złym miejscu o złym czasie?

Rzecz w tym, że "Piekło" prezentuje rzeczywistość z innego kręgu kulturowego. Owszem rozgrywa się na zachodzie, ale w świecie imigrantów wyznania 'nie biblijnego'. Nasz morderca w zasadzie niewiele różni się od fanatyków chrześcijańskich (jak pan z "Siedem") z tym, że posługuje się inną lekturą i odbiorcą jego działań - jakkolwiek to brzmi - jest inna grupa docelowa.

Ten kontekst kulturowy jest też istotny jeśli idzie o wątki obyczajowe i dramatyczne. Jest tu rasizm, seksizm i cały wachlarz powikłań jakie mogą wystąpić w wyniku zderzenia odmiennych idei. Myślę, że właśnie to sprawia, że film staje się ciekawszy.

Niewątpliwym plusem jest też tempo akcji. "Piekło" ociera się wręcz o sensacyjne kino kryminalne, choć miejscami można odnieść wrażenie, że z tego rozpędu gubi logikę zdarzeń, ale jestem w stanie litościwie przymknąć na to oko. Reasumując film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:2/10

sobota, 29 lipca 2017

Berlin Syndrome/ Syndrom Berliński (2017)

berlin syndrome

Młoda turystka z Australii poznaje sympatycznego Niemca w czasie pobytu w Berlinie. Wyraźnie wpadają sobie w oko i bez zbędnych ceregieli przechodzą na drugi etap znajomości.

Kiedy Clare budzi się następnego dnia w jego mieszkaniu ze zdziwieniem stwierdza, że drzwi są zamknięte. Bierze to za roztargnienie Andi'ego, który miał zapomnieć zostawić jej klucze. Dziewczyna spędza u niego kolejną uroczą noc, a rano sytuacja z zamkniętymi drzwiami powtarza się. Wygląda na to, że zakochany mężczyzna nie zamierza wypuścić dziewczyny.

berlin syndrome

'Berlin Syndrome" to australijski thriller, który, jak wskazuje tytuł, nawiązuje go Syndromu Sztokholmskiego. Kto nie wie co to jest już spieszę z wyjaśnieniem.

Termin ten został stworzony przez psychologa-kryminologa, który pracował przy przesłuchaniu ofiar napadu, który miał miejsce w Sztokholmie w latach '70. Przestępcy przez parę dni przetrzymywali przypadkowe osoby jako zakładników. Po uwolnieniu ofiary odmówiły zeznawania przeciwko oprawcom. Badający sprawę psycholog, uznał, że w takich sytuacjach, może dojść do zaistnienia pokrętnej relacji między napastnikiem a ofiarą, która zaczyna zaczyna przywiązywać się do porywacza, z którym spędza bardzo dużo czasu w izolacji.

Na całym świecie odnotowuje się setki takich przypadków. Niektóre są bardzo znane, szczególnie te które dotyczą ofiar przestępców seksualnych. Pamiętacie "Taśmy z Poughkeepsie"? Tam widzimy syndrom sztokholmski w wersji hardcore.

"Berlin Syndorme' nie ukazuje sprawy tak brutalnie co nie znaczy, że kontekst wydarzeń nie jest na tyle sugestywny by widz mógł się wczuć w sytuację ofiary.

Ofiarą jest młoda i jak widać naiwna Clare. Szuka wiatru w polu i nawiązuje przypadkowe znajomości. Pech w tym, że trafia na Andiego.

Widzimy jak dziewczynie z trudem przychodzi ogarnięcie sytuacji. Widzimy jej dramatyczny rozwój, w którym leży, zasikana i przywiązana do łóżka. Widzimy jak znajduje pęk włosów w odpływie wanny- najpewniej należący do poprzedniczki.

Są też chwile, w których Andi traktuje Clare całkiem dobrze. Daje jej psa, dostarcza lektury do czytania. Widzimy gdy dziewczyna tuli się do niego z bezradności.

Myślę, że pod względem psychologicznym jest to całkiem zgrabny obraz syndromu sztokholmskiego. Tu spory plus za kreacje aktorskie, które na pewne przysłużyły się temu efektowi, w równej mierze co scenariusz. Przypadło mi też do gustu psychologiczne uzasadnienie postawy Andiego.

berlin syndrome 

Jeśli miałabym wskazać jakieś wady, czy potknięcia, to cóż... można podważyć zdolności racjonalnego myślenia naszej bohaterki, jej zaradność. Na pewno u każdego z widzów zrodziło się tysiąc pięćset pomysłu na to jak załatwić psychola i dać nogę, ale cóż plan był inny.

Druga rzecz, akcji można zarzucić zbyt dużą ospałość, ale moim zdaniem takie tempo wynikało z założeń fabularnych: dobremu zobrazowaniu postępującego załamania u bohaterki.

Generalnie jest dobrze, ale do wyrwania z kapci trochę zabrakło

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10

czwartek, 13 lipca 2017

Valley of ditches (2017)

valley of ditches

Młoda kobieta zostaje uprowadzona przez religijnego fanatyka, który w ramach boskiej misji zamierza 'oczyścić ją z grzechu'. Oczyszczenie przynieść może tylko śmierć. Lecz mężczyzna ne zamierza jej od tak zabić.

"Valley of ditches" to niskobudżetowy thriller nakręcony za mniej niż 50 tysięcy dolców. Budżet filmu jest lichy nawet jak na niskobudżetówki. To spore osiągnięcie nakręcić film za taką kwotę, zwłaszcza, że w czasie seansu żaden widz nie powinien szczególnie odczuć dziury budżetowej twórców.

Finansowe braki filmowców najłatwiej odczuć w warstwie technicznej. Brak profesjonalnego sprzętu i doświadczonych operatorów i montażystów, że o aktorach już nie wspomnę. Nie wiem jak reżyser rozwiązał ten problem, ale skompletował całkiem dobrą ekipę. Przyznać trzeba, że fabuła filmu, nie wymagała wielkich eksperymentów technicznych, brawurowych efektów, czy większej charakteryzacji aktorów.

valley of ditches

Akcja filmu dzieje się generalnie w jednym miejscu. Jest to spory połać pustynnej ziemi, gdzie antybohater przywozi skrępowaną ofiarę. Dalej zaczyna się monolog sprawcy, który ma uświadomić tam ogrom jego szaleństwa.

Nasza ofiara, skrajnie przerażona nie zamierza się poddać, gdy w sytuacji beznadziejne znajduje szansę na ocalenie. Nie zobaczymy tu większych tortur niż przemoc psychiczna i obietnica śmieci. Jak bardzo prawdopodobne jest, że kobieta dokona żywota na pustyni widać po leżącym tuż obok trupie. Trupie jej chłopaka, którego psychopata zdążył już uśmiercić.

valley of ditches

Dalszy rozwój wydarzeń sprawia, że film ten ma więcej z survival horroru niż sadystycznego pokazu do jakiego dochodzi ilekroć na aren wkracza wykolejeniec.

Cała groza sytuacji opiera się w zasadzie na odosobnieniu pięknie zaprezentowanemu dzięki zdjęciom. Dobór lokalizacji miejsca akcji odegrał tu ogromną rolę.

A sama historia, cóż... większość widzów uzna ją za mało atrakcyjną i w pewnym stopniu nie dziwię się temu.

Film ma jednak swoje przesłanie, które stara się ukazać nie tylko dzięki bieżącym wydarzeniom, ale także retrospekcjom z życia ofiary. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, bo wówczas oglądanie "Valley of ditches całkowicie straci sens, tak więc na tym zakończę. Czy polecam? Niekoniecznie, choć warto zobaczyć żywy dowód na to, że filmowcy bez kasy też mogą zrobić coś na poziomie tego co inni kręcą za grubą kasę.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

niedziela, 25 czerwca 2017

XX (2017)

xx

"XX" to zbiór czterech noweli filmowych utrzymanych w konwencji horroru. Każda antologia ma zazwyczaj motyw przewodni, coś co łączy wszystkie segmenty.Cechą wspólną filmów jest 'kobieca perspektywa'. Zarówno głównymi bohaterkami jak i reżyserami każdego z obrazów są kobiety.

Pierwszy i moim zdaniem najlepszy z filmów nosi tytuł "The box". Jego fabuła została oparta na znanym mi opowiadaniu Jacka Ketchuma - zdaje się, że znajdziecie je w zbiorze "Królestwo spokoju". Jego reżyserka, Jvonka Vouckovic nie była mi dotąd znana.

Fabuła skupia się na około świątecznych dniach z życia czteroosobowej rodziny. Pewnego dnia wracając do domu metrem matka i jej synek napotykają dziwnego mężczyznę z pudełkiem w rękach. Synek Susan zagląda do niego i od tamtej pory przestaje jeść. Twierdzi, że nie odczuwa głodu, a świadomość rychłej śmierci z niedożywienia nie robi na nim żadnego wrażenia. Wkrótce ta sama przypadłość udziela się jego siostrze i ojcu.

xx

Już w momencie lektury opowiadania, parę lat temu bardzo przykuło ono moją uwagę i zapadło w pamięć. Z tego co kojarzę, nie skupiało się ono  na perspektywie matki, ale wszytko inne raczej się zgadza.

Z tytułowym pudełkiem jest jak z nierozpakowaną paczką z "Cast away". Widz nie dowie się co w nim było. Usłyszy jedynie lakoniczne 'nic', co nie tłumaczy nic, jednocześnie mogąc być najlepszą odpowiedzią. Nie ma nic, po co żyć. Moja ocena:8/10

Drugi segment nosi tytuł "The Birthday Cake" i traktuje o pewnym niefortunnym przyjęciu urodzinowym. Kiedy Mary przygotowuje urodziny dla swojej córki okazuje się, że jej mąż przygotował własną niespodziankę dla dziecka- umarł.

xx

Film to trochę taka tragi komedia z czarnym humorem i psychodelicznym nastrojem. Podobała mi się. Moja ocena:6/10

Trzeci segment "Don't fall" podobał mi się najmniej. To historia czwórki młodych ludzi udających się na kemping. Miejsce, które wybrali na wypoczynek okazuje się naznaczone czymś złym, co bardzo szybko  skutecznie wpływa na jedną z kobiecych bohaterek.

xx

W sumie nic specjalnego, choć to właśnie po Roxane Benjamin, która miała swój udział w "Southbound" i w "Devil candy" spodziewałam się najwięcej. Moja ocena:4/10

Ostatnia nowelka to drugi z najlepszych w antologii filmów. Nosi tytuł "Her only living son" i opowiada o samotnej matce wychowującej dorastającego syna, Andy'ego.

xx

Mamy tu motywy satanistyczne i sporo psychodeli. Fajnie rozegrane i czerpiące z klasyki jak "Omen", czy "Dziecko Rosemary". Reżyserką jest Katryn Kusma ("Zaproszenie", "Zabójcze ciało". Moja ocena:7/10

Antologię odnotowuję na plus jako całość, choć są tu i słabsi i mocniejsi zawodnicy. Podoba mi się założenie by oddać głos kobietom, które w świecie horroru nie często mają okazję odegrać pierwsze skrzypce, a przecież mamy sporo wartościowych reżyserek gatunku.

Moja ocena:

Całość:6/10

 
1 , 2
Zakładki:
BIBLIA HORRORU (Kontakt, współpraca)
JAKI FILM POLECASZ?
JAKI TO HORROR?
LISTA HORRORÓW
RECENZJE FILMÓW- ILSA
RECENZJE KSIĄŻEK- ILSA
RECENZJE SERIALI GROZY - ILSA
W sąsiedztwie














Najstraszniejsze strony w necie


Blogi



Ja Pacze Sercem - adopcje kotów niewidz?cych







zBLOGowani.pl